ROZDZIAŁ 1
Rok wcześniej
- Słyszałem, że potrzebujesz dobrego prawnika - zwrócił się do Ricarda Paulo.
Twarz chłopaka skrzywiła się w grymasie. W kąciku ust zebrało się kilka kropel krwi.
- Tatooo - odezwał się chłopak. Chociaż Paulo nie był jego biologicznym ojcem, to Ricardo tak właśnie go traktował, jak tatę. Paulo był wyrozumiały i kochający, ale umiał też jasno w życiu stawiać sprawę, wyraźnie ustalił granice poprawności i rzadko odstępował od swoich zasad. Gdy ktoś je naruszał, potrafił potraktować go surowo. Chociaż Ricarda akurat rozpieścił. Jego pasierb miał wszystko, czego tylko zapragnął: samochody, drogie ciuchy, udziały w firmie zajmującej się obrotem nieruchomościami, własnego ścigacza. Oprócz tego do woli mógł korzystać z konta, na które Paulo regularnie przelewał mu naprawdę dużą kwotę. - Jakiego prawnika? - obruszył się. - Znamy Domenica, lubi straszyć sądami, a gdyby przyszło co do czego, stuliłby dziób, bo przecież jesteś jego przełożonym, a jemu zależy na tej pracy.
- Wsiadaj do samochodu. - Paulo pokręcił głową. - Pod podłokietnikiem znajdziesz mokre chusteczki, otrzyj nimi twarz, zanim zobaczy cię twoja matka i dostanie zawału.
- Okej.
Dłuższą chwilę w milczeniu jechali pnącą się wśród klifów drogą. W dole fale Atlantyku obmywały złociste plaże. Słońce pomału zachodziło, barwiąc niebo na pomarańczowo.
- To teraz mów: co jest na rzeczy z Domenikiem? - Mężczyzna odezwał się pierwszy.
- Obiłem mu twarz.
- Z tego, co widzę, on tobie też.
- Trochę. - Chłopak lekko się uśmiechnął, po czym skrzywił, bo zabolała go rozcięta dolna warga.
Jego twarz oblały szkarłatne plamy.
- To powiesz mi, o co chodzi?
- Ten goguś, wielki agent nieruchomości, zaczął mi skakać i mówić, że mam bogatego ojczulka i nie wiem nic o życiu.
- No i? - Paulo spojrzał na syna wyczekująco.
- No i się rzuciłem na niego.
- Myślisz, że tak się załatwia sprawy?
- Z takimi jak on, to chyba tak.
- Musisz nauczyć się trzymać nerwy na wodzy.
- Nikt mnie nie będzie obrażał. Wiem o życiu więcej, niż ten złamas może przypuszczać.
- Dałeś się sprowokować, a on na pewno ma ubaw.
- Jego sprawa. - Ricardo wzruszył ramionami.
- Twoja i moja też. Nie można się rzucać na kogoś z rękami tylko dlatego, że ten ktoś powie o kilka słów za dużo.
- Nie chcę pracować w agencji.
- Rozumiem. A co chcesz robić? - Paulo odwrócił twarz w stronę syna.
- Imprezować - zaśmiał się chłopak i znów poczuł piekący ból.
- Na imprezy też trzeba sobie zarobić.
- Wypróbowałem na nim ten lewy sierpowy, którego mnie nauczyłeś - odezwał się Ricardo, a Paulo uśmiechnął się pod nosem. Kochał tego chłopaka mimo jego zadziorności i lekkomyślności. To nie pierwszy raz, kiedy narażał go swoją głupotą na kłopoty, a jedyne, co go ostatnimi czasy obchodziło, to imprezowanie. Głupota młodości, uśmiechnął się w myślach. - Ricardo, masz już dwadzieścia jeden lat, musisz pomyśleć, co chcesz robić w życiu.
- Oj, tato, zaczynasz górnolotnie.
- Staram się być rodzicem, nie tylko kumplem. Rodzice chcą, by ich dzieci nie spędzały życia tylko na zabawie. Życie to też praca, a przede wszystkim rozwój.
- Grubo teraz pojechałeś, niczym jakiś pompatyczny mędrzec.
- Proszę cię, zastanów się nad tym wszystkim.
- Okej, okej. - Chłopak uniósł ręce na znak kapitulacji i westchnął.
- I...- Paulo jeszcze raz się uśmiechnął, po czym powiedział: - Cieszę się, że lewy sierpowy się przydał, chociaż w tym przypadku wolałbym, żebyś wykorzystał umiejętności komunikacji, a nie obijał moich pracowników.
- Ja też bym wolał, ale zostałem sprowokowany.
- Zjesz coś? - zapytał Ricardo ojca, gdy kilkanaście minut później wrócili do domu. Chłopak bardzo dobrze gotował. Nauczył się już w wieku kilku lat. Życie go do tego zmusiło.
- A wiesz, że chętnie. A może byś został...
- Nie kończ. To, że lubię gotować, nie oznacza, że chcę zostać szefem restauracji.
Weszli do kuchni. Paulo usiadł na krześle przy kuchennej wyspie i obserwował chłopaka, jak krzątał się po kuchni. Ricardo łokciem odsunął wpadające do oczu włosy. Wyciągnął z szafki patelnię i postawił ją na płycie indukcyjnej. Zdecydowanym ruchem wlał na nią kilka kropel oliwy, potem obrał cebulę, położył ją na desce i szybkim ruchem posiekał w równą kosteczkę. Kiedy oliwa się rozgrzała, chłopak wrzucił warzywo na patelnię. Mocno potrząsnął ciężkim naczyniem, a następnie odstawił je na palnik i dosypał soli. Po kilku chwilach cebulka się zarumieniła. Dodał do niej pokrojone pieczarki, paprykę i starte na grubych oczkach marchewkę i cebulę.
Rozbił jajka. Żółtka wrzucił do jednej miski, a białka osobno ubił trzepaczką. Następnie połączył zawartość obu naczyń, dołożył do masy jajecznej dwie łyżki parmezanu, łyżkę mąki i pół łyżeczki sody. Dodał szczyptę soli. Wszystko delikatnie wymieszał szpatułką, po czym wylał na patelnię.
- Jest pyszny. To najlepszy omlet, jaki jadłem - zachwycał się Paulo chwilę później.
- Coś potrafię robić. - Ricardo się uśmiechnął, po czym syknął. Rozcięta warga wciąż go bolała.
- Nie wątpię. Nigdy w to nie wątpiłem - powiedział ojczym. - Nie chcę prawić ci kazań, ale powinieneś na serio potraktować swoje życie. Już kiedyś przechodziliśmy przez twoje bójki.
Tak, już kiedyś przez to przechodzili. I to Paulo wydostawał wtedy Ricarda z bagna, w którym chłopak się pogrążał.
Ricardo był chłopcem, który nie dał sobie w kaszę dmuchać. Kiedy żył jego biologiczny tata, nigdy nie podniósł na nikogo ręki. Był wrażliwym dzieckiem, bywało, że za bardzo przejmował się losem innych. Ale potem życie zmusiło go do tego, by postępować inaczej - w wieku dziesięciu lat musiał stać się mężczyzną i zatroszczyć o rodzinę. Dobrze, że Paulo pojawił się na ich drodze, bo inaczej jego matka nigdy nie wyszłaby z depresji.
To było kilka miesięcy po tym, kiedy wprowadzili się do domu Paula. Ricardo pobił się z chłopakiem z klasy. Kiedy Paulo wszedł do szkoły, chłopiec od kilku minut był już w pokoju dyrektorki. Kobieta obserwowała go bacznie.
- I po co ci to wszystko? - zapytała.
Mały wydął tylko wargi, przyciskając mocniej okład z lodu do łuku brwiowego. Czuł, że będzie miał tam siniaka wielkości śliwki.
- Pomaga? - zainteresowała się Alice, sekretarka, najsympatyczniejsza osoba w szkole. Była córką dyrektorki i młodszą kopią swojej matki, ale tylko z wyglądu, bo ani usposobieniem, ani poglądami w ogóle jej nie przypominała. Świetnie rozumiała dzieciaki i potrafiła wczuć się w ich problemy.
- Pomaga - przyznał mały Ricardo, choć tak naprawdę czuł się wtedy tak, jakby zaraz miało rozerwać mu łuk brwiowy. Ale nie mógł ani nie chciał pokazać słabości.
Dziewczyna posłała mu całusa, a on się zaczerwienił. Pierwszy raz poczuł coś niewytłumaczalnego do kobiety.
Spoglądał na nią ukradkiem, a ona jakby nigdy nic wklepywała dane do komputera. Kiedy w końcu podniosła wzrok, szybko odwrócił głowę.
Usłyszał pukanie do drzwi.
- Proszę - odpowiedziała dyrektorka.
Do pokoju wszedł Paulo. Ricardo widział, że mężczyzna jest zmieszany.
- Dzień dobry - powiedział ze sztucznym uśmiechem.
- Dzień dobry, niech pan siada - odparła oschle nauczycielka. - Doceniam, że zjawił się pan tak szybko. - Paulo przeczesał palcami włosy, robił tak zawsze, kiedy był w kłopotliwej sytuacji. Wreszcie usiadł na niewygodnym krześle. - Dzisiaj na przerwie Ricarda zaatakował chłopca - kontynuowała dyrektorka. Brzmiała poważnie.
- Rozumiem. - Mężczyzna spojrzał na młodzieńca, który skinął głową. - Ale znam Ricarda na tyle dobrze, by wiedzieć, że musiał być jakiś powód tego ataku - powiedział, patrząc dyrektorce w oczy.
- Proszę pana, nieważne, jaki był powód, ważne jest to, że w naszej szkole nie stosujemy przemocy.
- Rozumiem. Ale żeby rozwiązać problem, musimy dojść do tego, skąd on się wziął.
- Ricardo mi powiedział, że chłopiec, ten, na którego napadł, śmiał się i to spowodowało taki wybuch agresji - parsknęła. - Pana... - Kobieta zawiesiła na chwilę głos, wahając się, jakiego słownictwa powinna użyć.
Paulo figurował w dokumentach szkolnych jako osoba kontaktowa w przypadku Ricarda, obok matki, ale miał inne nazwisko, inne dane kontaktowe, dyrektorka nie wiedziała, kim dokładnie jest dla chłopca, mogła się tego jedynie domyślać. Paulo wyczuł jej zakłopotanie i dokończył za nią:
- Syn... Mój syn...
- Pana syn nie może się tak zachowywać. A pan jeszcze, zdaje się, szuka wytłumaczenia. - Pokręciła głową.
- Pani dyrektor - zaczął spokojnie opiekun. - Tamten chłopiec musiał zrobić Ricardowi jakąś dużą przykrość, poważnie zajść mu za skórę, skoro wywołał w nim tak gwałtowną reakcję. Może najpierw o tym porozmawiamy? - Dyrektorka założyła ręce na piersi. - Może dokuczał mu z jakiegoś konkretnego powodu? Coś pani wiadomo?- zapytał Paulo.
- Owszem, śmiał się, że nie jest pan biologicznym ojcem chłopca. Rozumiem, że to mogło być dla Ricarda bolesne, ale to nie znaczy, że musiał reagować agresją.
- Pani dyrektor, z całym szacunkiem - głos Paula był łagodny, ale stanowczy - ale tamten chłopiec też stosował agresję wobec mojego syna. To, że dostał w dziób... - Paulo ugryzł się w język pod czujnym spojrzeniem dyrektorki.
Sekretarka robiła wszystko, żeby się nie roześmiać, a Ricardo ścisnął mocniej dłoń ojca.
- Takie sytuacje nie powinny się zdarzyć.
- Zgadzam się. Żadna agresja, także słowna, nie powinna mieć miejsca.
- Panie Sousa, wciąż patrzy pan ze swojej perspektywy i broni pan Ricarda. Złość-wymierzona-pięścią-jest-przemocą - powtórzyła, podkreślając każde słowo po kolei.
- Dobrze, w takim razie niech obaj chłopcy poniosą konsekwencje swoich czynów. Z całym szacunkiem, pani dyrektor... - Paulo lekko podniósł głos. - Ale mój syn miał prawo bronić się przed jakimś gnojkiem, który uprzykrzał mu życie.
Pół godziny później Paulo i Ricardo wyszli ze szkoły. Ojczym niewiele wskórał, ale cieszyła go świadomość, że zawalczył o swojego adopcyjnego syna.
- Gdzie celowałeś?
- W nos. Rozkwasiłem mu nochal.
Paulo się uśmiechnął. Wiedział, że nie powinien popierać siłowych rozwiązań, ale jednocześnie był dumny. Miał świadomość, że dzieciak stanął po jego stronie. I tym połechtał jego ambicje. Pokochał tego małego buntownika od samego początku. Jego przywiązanie wypełniło rodzicielską pustkę w jego sercu.
- Następnym razem go olej. - Puścił do młodzieńca oko. - Obojętność bardziej w niego ugodzi.
- Nie sądzę.
- Mówię ci. Tacy ludzie jak tamten gnojek tylko czekają na zaczepkę.
- Okej. Nie jesteś na mnie zły?
Mężczyzna nachylił się w stronę chłopca.
- Chcę, żebyś wiedział, że jesteś moim synem. I nieważne, co będą ci mówili inni ludzie, ja cię kocham. - Westchnął. - Ludzie zawsze będą gadali. To albo coś innego. Nie daj im zniszczyć swojego szczęścia.
- Ale dlaczego? - zapytał wtedy ojca.
- Bo są zazdrośni. Zazdrość potrafi uczynić z człowieka potwora.
- Ale Marco ma ojca, czego miałby mi zazdrościć?
Paulo nie znał odpowiedzi.
- Może jego tato nie jest tak fajny jak ja? - uśmiechnął się szeroko.
- To na pewno. - Ricardo poklepał go po ramieniu i zaczęli się śmiać.
- Paulo?
- Tak?
- Dobrze, że jesteś.
- Ja też się cieszę, że pojawiłeś się w moim życiu. - Paulo otworzył ramiona i przytulił chłopca.
Ricardo poczuł, jak pod powiekami zbierają mu się łzy. Ktoś znowu stanął w jego obronie. To nie on był tą osobą, która opiekuje się innymi. To nim znów zaopiekował się ktoś inny. Zapamiętał tę rozmowę i uczucie, jakie mu wówczas towarzyszyło, i ciepłe spojrzenie Paula na zawsze.