Paradis City - Jens Lapidus

Kup ebooka

43.90 zł
35.56 zł (35,12 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Drzwi windy otwo­rzyły się z chro­bo­tem. We­szli do ka­biny.

Ewi­dent­nie paru go­ści grało w po­kera w miesz­ka­niu na dru­gim pię­trze. Gra­cze za­wsze mieli apki z do­stę­pem do cięż­kiego hajsu. On i Isak mu­sieli tylko wejść i wyjść. Pro­sta ro­bota. In­szal­lah - szybki job.

Emir zo­ba­czył swoją twarz w pęk­nię­tym szkle lu­stra: nos bok­sera, sze­roka szczęka, kil­ku­dniowy za­rost. Wcze­śniej, w co­kol­wiek się ubrał, jego by­czy, umię­śniony kark i po­ważne oczy za­wsze wy­sy­łały ja­sny prze­kaz. Bez względu na to, jak się czuł, nie był fa­ce­tem, któ­remu można wci­skać kit. A te­raz - skóra ob­wi­sła wzdłuż dwóch li­nii na szyi jak u ja­kie­goś scho­ro­wa­nego czło­wieka albo u dzie­ciaka ucie­ki­nie­rów z Pa­ki­stanu czy Bia­ło­rusi. Wzrok roz­bie­gany. Jak u ko­goś, kto się boi.

Miał dwa­dzie­ścia sześć lat, czuł się na dwa­dzie­ścia, ale za­cho­wy­wał się jak sie­dem­na­sto­la­tek. Cza­sem się wy­da­wało, jakby od dłuż­szego czasu stał w miej­scu. Z dru­giej strony - wła­śnie za­raz za­in­ka­suje spory cash. Po­wi­nien być happy.

Cho­ciaż szcze­rze mó­wiąc, ga­nia­nie po Järvie, gro­że­nie lu­dziom i wy­mu­sza­nie od nich szmalcu to żadna chlubna rzecz dla shunne[1] w jego wieku. Ale nie god­ność była tu praw­dzi­wym pro­ble­mem - cho­dziło o coś in­nego. Iden­tycz­nie czuł się jako dziecko, kiedy mama od­kryła, że znów wy­my­ślił coś par­szy­wego. Zbie­rało mu się na mdło­ści od tego, co ro­bił. Chciał tylko uciec od tego gówna.

Ni­gdy by nie po­wie­dział, że ma dwa­dzie­ścia sześć lat i le­dwo daje radę za­ju­mać ko­muś tro­chę pie­nię­dzy - był na­wet ozna­czony jako JSSZ, pań­stwo na­pięt­no­wało go jako jed­nostkę po­wią­zaną z gan­gami i sta­no­wiącą szcze­gólne za­gro­że­nie.

Fak­tycz­nie po­wi­nien spró­bo­wać cze­goś in­nego. Ale to je­dyne, co na­prawdę po­tra­fił. Prze­waż­nie nie mu­siał się na­wet wy­si­lać, miał swoją re­pu­ta­cję. Książę: nie­bez­pieczny shunne, mistrz prze­mocy, spe­cja­li­sta od ogra­bia­nia.

Poza tym ko­niec nie wcho­dził w ra­chubę. Emir po­trze­bo­wał kasy. To nie kwe­stia ape­tytu, ale głodu.

Za­wsze uga­niał się za szmal­cem dla szmalcu, ale od kilku lat było ina­czej. Miał nie­wy­dol­ność ne­rek. Jego krew mu­siała być oczysz­czana co naj­mniej dwa razy w ty­go­dniu - każdy taki za­bieg kosz­to­wał tyle, że wo­lał na­wet o tym nie my­śleć. Pań­stwo nie da­wało ani gro­sza.

Drzwi windy znowu za­zgrzy­tały, roz­su­nęły się po­woli. Do­je­chali na górę.

Li­czyły się tylko trzy rze­czy. Ska­so­wać cash. Ska­so­wać cash. I prze­żyć.

Cho­ciaż nie­zu­peł­nie - cho­dziło o coś jesz­cze. O to, na czym na­prawdę mu za­le­żało, o jego mały klej­not, o jego pe­rełkę, dzięki któ­rej w ogóle warto żyć.

Cała reszta to samo gówno. Te­raz miał tylko za­ła­twić pie­nią­dze.

Nie­któ­rzy na­zy­wali tę oko­licę Pa­ra­dis City.

A to prze­cież kom­pletne prze­ci­wień­stwo Dżanny[2]. Szcze­rze mó­wiąc, spe­cjalny ob­szar Järva to Ge­hin­nom - pie­kło na ziemi.

Musi już wy­łą­czyć to joj­cze­nie. Trzeba wziąć kilka głę­bo­kich od­de­chów: wejść, zro­bić swoje. Że­tony i konta pełne forsy z po­kera, już nie­długo cash bę­dzie jego.

On i Isak mają tylko wejść i wyjść, jak w okta­go­nie.

Na ga­le­rii bie­gną­cej wzdłuż ca­łego bu­dynku za­jeż­dżało szczy­nami i ha­szem. Upał ude­rzył w nich jak w taj­skim bur­delu.

Isak żuł gumę jak krowa.

- Może le­piej chrza­nić to. Mam złe prze­czu­cie.

Kum­pel był blady, miał na so­bie sfa­ty­go­wany ti­szert i spodnie wy­strzę­pione przy kie­sze­niach. Jego czapka z dasz­kiem od Guc­ciego już dawno stra­ciła fa­son, mimo to Isak wciąż ją no­sił, jakby to było kufi albo coś w tym stylu. Wła­ści­wie wy­glą­dał jak sta­rzec. Stres i tra­ma­dol przy­spie­szyły sta­rze­nie się dzie­się­cio­krot­nie: sę­pia szyja wy­gięta w S, a plecy w li­terę Z.

- Wy­lu­zuj, bra­chu - po­wie­dział Emir. - Trzeba ich tylko zmu­sić, żeby zro­bili prze­lewy. Wy­star­czy wejść i wyjść.

Przy drzwiach nie było dzwonka. Emir za­pu­kał.

Nikt nie otwo­rzył.

Za­pu­kał moc­niej. Ktoś krzyk­nął ze środka.

Wy­jął pi­sto­let z kie­szeni, trzy­mał go wzdłuż nogi.

- Nie wejdę tam - po­wie­dział na­gle Isak.

To nie okej, żeby się te­raz pie­trać. Ale nie było czasu na bi­cie piany, kum­pel mógł zo­stać na ze­wnątrz na straży. Emir wie­dział: Isak nie cierpi psiarni, cho­ciaż po­trze­bo­wał kasy tak samo jak cała reszta.

- Otwie­rać - rzu­cił Emir pod­nie­sio­nym gło­sem.

Zza drzwi do­biegł od­głos kro­ków. Za­chro­bo­tało, klapka wi­zjera prze­su­nęła się w bok.

Drzwi otwo­rzyły się gwał­tow­nie: w wej­ściu stał ko­leś z czer­wo­nymi od zioła oczami i ogo­loną cza­chą.

- Czego chcesz?

- Mogę wejść za­grać?

- Fuck off.

Na­ganna po­stawa. Złe wi­bra­cje. Co-to-ma-być-do-kurwy-nę­dzy.

Emir nie miał siły się pruć - pod­niósł gnata i przy­ci­snął go do klaty ły­sola.

Pod­łoga w przed­po­koju była brudna. Pchnął go­ścia przed sobą. Za­jeż­dżało ja­kimś żar­ciem i jesz­cze moc­niej gan­dzią. Z lufą przy ple­cach łysa pała zro­biła się nad­spo­dzie­wa­nie grzeczna.

We­szli do du­żego po­koju. Trzy twa­rze pod­nio­sły wzrok - scena za­trzy­mana w ka­drze: trzej fa­ceci sie­dzieli przy zie­lo­nym stole po­kry­tym kar­tami i że­to­nami. Wy­ba­łu­szali gały na broń w jego ręce.

Je­den z nich wy­glą­dał na ko­goś, kogo Emir ni­gdy by się tu nie spo­dzie­wał.

Mah­moud Gha­rib.

Czy to moż­liwe?

Wiel­kie ta­tu­aże na ra­mio­nach i nie­sa­mo­wi­cie pre­cy­zyj­nie przy­strzy­żona broda, li­nia na po­licz­kach tak ostra, jakby po­cią­gnięta la­se­rem. Emir prze­czy­tał tekst na bi­cep­sie:

Tak. Kurwa, to on.

Mah­moud Gha­rib: szef ochrony Brac­twa Mu­zuł­mań­skiego. Wcze­śniej wódz Laz­ca­nos. Je­den z naj­ostrzej­szych zio­mów w ca­łym ob­sza­rze spe­cjal­nym Järva. Le­genda prze­mocy, ikona dziel­nicy, pie­prz­nięty shurda, o któ­rym krą­żyły opo­wie­ści, kiedy Emir był jesz­cze mały. Miej­scowi dy­go­tali jak wi­bra­tory na sam dźwięk jego na­zwi­ska. Po­dobno na­wet psy ro­biły w ga­cie, kiedy była o nim mowa. Tu­taj bar­dziej znany jako Abu Gha­rib.

A Emir te­raz stał przed nim i ce­lo­wał z gnata pro­sto w niego i w jego kum­pla.

Fu­uuck.

Oczy Abu Gha­riba: czarne jak bez­k­się­ży­cowa noc.

Gdyby to wie­dział, nie od­wa­żyłby się za­pu­kać na­wet z bu­kie­tem kwia­tów.

Na sto­liku sto­ją­cym tro­chę da­lej zo­ba­czył pi­sto­lety - gra­cze za­wsze grali nago - a o ścianę stały oparte ka­mi­zelki ochronne. Wy­star­czyło, że hold'em czy omaha wy­wo­ły­wały siódme poty.

Musi wy­my­ślić coś sen­sow­nego, ja­koś wy­brnąć z sy­tu­acji.

- A ty to kto? - Głos Abu Gha­riba był prze­sad­nie spo­kojny, prze­sad­nie po­wolny - prze­sad­nie zło­wrogi.

Trzeba by się ewa­ku­ować.

Wejść i wyjść - po­mału się wy­co­fać i spie­przać.

Wtedy za jego ple­cami roz­legł się huk.

Obej­rzał się.

Było za późno: drzwi na ga­le­rię wy­le­ciały z fu­tryny.

Trzej mun­du­rowi z wy­cią­gnię­tymi gi­we­rami wpa­dli do środka.

- PO­LI­CJA! - krzy­czeli.

Abu Gha­rib i reszta ze­rwali się z miej­sca; stół się prze­wró­cił, karty fru­wały.

Emir oce­niał sy­tu­ację.

- Na zie­mię! Od­dać broń! - wo­łały psy.

Fa­ceci od sto­lika rzu­cili się w kie­runku sy­pialni.

- Stać! - wrza­snęły gliny.

Wy­glą­dało na to, że Isak chyba chli­pie przy wej­ściu.

Emir nie mógł tra­fić do pier­dla, miałby prze­je­bane. Po­wi­nien roz­wa­lić te po­li­cyjne łajzy, po­dziu­ra­wić ich jed­nego za dru­gim.

O ile się orien­to­wał, nikt nie wie­dział, że oni tu są, po dro­dze nie mi­nęli z Isa­kiem żad­nej pie­przo­nej ka­mery mo­ni­to­ringu, która by dzia­łała.

Uniesz­ko­dli­wił nie­jed­nego ćwoka - to byłby tylko ko­lejny krok. Mimo to wo­lał czuć skórę go­ścia, któ­remu spusz­czał ło­mot, był dawną gwiazdą MMA. Nie zdo­był się na to, żeby strze­lić.

Krzyk­nął do Isaka:

- Spier­da­laj!

Po­tem pu­ścił się pę­dem za tam­tymi ko­le­siami, okno w sy­pialni było otwarte, do­my­ślił się, co pla­no­wali: wła­śnie zni­kał w nim ty­łek Abu Gha­riba. Po­zo­stali już czmych­nęli. Cią­gnąca się na ca­łej sze­ro­ko­ści bu­dynku ga­le­ria na ze­wnątrz była jak je­den długi bal­kon z od­dziel­nym wyj­ściem - tor wy­ści­gowy dla ucie­ki­nie­rów.

Gli­nia­rze darli się na całe gar­dło.

Łóżko było nie­za­słane, prze­ście­ra­dło - szare od brudu. Emir rzu­cił się za Gha­ri­bem i wy­lą­do­wał mię­dzy ro­we­rami a de­sko­rol­kami. Na ga­le­rii le­żeli dwaj gli­nia­rze, ję­czeli i stę­kali - lu­dzie Abu Gha­riba za­jęli się nimi po swo­jemu.

I stał tam Isak: miał oczy jak u je­ba­nego osła.

Emir ru­szył bie­giem. Isak kilka me­trów przed nim. Jego kum­pel nie chciał być gang­ste­rem. A te­raz mu­siał grzać, jakby nim był.

Tamci do­bie­gali już do scho­dów.

Nike air maxy na gi­gan­cie.

Gnali na górę, nie na dół - bo tam pew­nie cze­kało wię­cej psów.

Gha­rib wrza­snął do swo­ich lu­dzi:

- Ma­cie gnaty?

- La, la - krzyk­nęli po arab­sku, ża­den z nich nie zdą­żył chwy­cić broni. Je­dyną uzbro­joną osobą był Emir.

Gha­rib od­wró­cił się do niego.

- Co z cie­bie za pier­do­lony kre­tyn?

Za nimi, w dol­nej czę­ści scho­dów, sły­chać było tu­pot po­li­cji.

- Mu­sia­łeś mieć ogon - wy­sa­pał boss.

Emir brał po pięć stopni na raz. Le­d­wie dy­szał.

Gha­rib się my­lił: on nie przy­wlókł za sobą ainy[3].

Dach był pła­ski. Z góry Järva wy­glą­dała jak be­to­nowa pu­sty­nia.

Lu­dzie Gha­riba stali na kra­wę­dzi: ślepa uliczka. Dla­czego boss ich tu ścią­gnął?

Za­czął się ból głowy. Emir nie mógł jej na­wet ob­ró­cić, bo tak mocno na­pie­przała. To naj­gor­szy mo­ment w hi­sto­rii świata, żeby jego mózg prze­stał kon­tak­to­wać. Le­ka­rze na­zy­wali to ceną po­znaw­czą.

W tym mo­men­cie zro­zu­miał plan Abu Gha­riba.

- Skacz­cie! - krzyk­nął boss.

Ge­niusz.

Pierw­szy shunne od­bił się od kra­wę­dzi, rzu­cił się do przodu i prze­bie­ra­jąc no­gami w po­wie­trzu, wy­lą­do­wał na da­chu są­sied­niego domu. Shit, co naj­mniej cztery me­try da­lej.

Gość już poza za­się­giem psów.

Bły­ska­wice strze­lały w gło­wie bez ustanku.

Isak dy­szał.

Na­stępny shunne zro­bił to samo - sko­czył i do­padł da­chu po prze­ciw­nej stro­nie. Ko­lej na ły­sola. Wziął roz­bieg - pot błysz­czał w słońcu.

Ra­miona do przodu, ręce wy­cią­gnięte. Po­le­ciał, nogi nie zna­la­zły opar­cia, jed­nak dło­niom udało się chwy­cić kra­wędź da­chu. Cen­ty­metr od śmierci. Ale te­raz łysa pała wolna jak ptak.

Emir, Abu Gha­rib i Isak - zo­stali sami. Emir czuł, co w tym mo­men­cie my­śli jego kum­pel: on wie­dział, że jest za słaby na taki skok; "siłka i tre­ningi to nie dla mnie" - mó­wił za­wsze.

Sły­chać było tu­pot glin - pew­nie będą tu za parę se­kund.

Ja też nie dam rady, stwier­dził Emir przez ból głowy.

Isak jakby czy­tał w jego my­ślach.

- Ogar­niesz, bra­chu - po­wie­dział. - Je­steś spor­tow­cem. Mo­żesz się ura­to­wać.

By­łem spor­tow­cem, po­my­ślał Emir.

Gha­rib zmru­żył oczy.

- Psy będą tu za pięć se­kund - rzu­cił. - Zro­bisz, co trzeba, jak się zja­wią?

Emir wa­żył pi­sto­let w dłoni. Ból roz­sa­dzał mu czaszkę. Nie po­tra­fił od­po­wie­dzieć na py­ta­nie bossa.

Na­gle spoj­rze­nie Gha­riba się zmie­niło. Wpa­trzył się w ta­tuaż Emira: 9 KO - dzie­więć no­kau­tów. Boss wy­glą­dał na za­in­te­re­so­wa­nego - za­cie­ka­wio­nego.

- Te­raz cię po­znaję. Ty by­łeś Księ­ciem. Za­wsze na cie­bie sta­wia­łem.

Ból głowy roz­dzie­rał Emira od środka.

- Daj mi gnata - zwró­cił się do niego Abu Gha­rib, wy­cią­ga­jąc rękę. - Ja się nimi zajmę.

Za ich ple­cami otwo­rzył się właz. Na da­chu za­ro­iło się od po­li­cjan­tów, któ­rzy wy­ma­chi­wali pi­sto­le­tami. Darli się. Pró­bo­wali za­blo­ko­wać drogę ucieczki. Któ­ryś chwy­cił Isaka.

Abu Gha­rib wciąż trzy­mał wy­cią­gniętą rękę. "Daj mi gnata" - mó­wił jego wzrok.

- Od­daj broń! - ryk­nął glina.

Isak się szarp­nął.

Emir pod­niósł ma­ka­rova, ale nie od­dał go bos­sowi. Od­cią­gnął spust.

BAM. Od­rzut był silny. BAM.

Gli­nia­rze pa­dli na zie­mię, a Gha­rib sko­rzy­stał z szansy - naj­po­tęż­niej­szy czło­wiek Västry wziął roz­pęd i sko­czył. Szy­bo­wał w po­wie­trzu nie­re­al­nie długo i wy­lą­do­wał po dru­giej stro­nie jak wielki wo­rek cia­sno upa­ko­wa­nej ko­ka­iny.

Emir po­wi­nien zro­bić to samo.

Mu­siał sko­czyć.

Mimo to - za da­leko. Ni­gdy by mu się nie udało.

Są­dził, że już się wy­zwo­lił od ta­kich my­śli, ale był idiotą.

Był kimś, kto na­wet przez se­kundę nie po­tra­fił spró­bo­wać.

Był lu­ze­rem, który zu­peł­nie prze­stał wie­rzyć.

Broń szczęk­nęła, gdy ją upu­ścił. Pod­niósł ręce.

Wtedy zo­ba­czył Isaka.

Le­żał na ziemi z drżą­cymi war­gami. Ze skroni le­ciała krew.

Gli­nia­rze darli się w tle: za­mglone, nie­re­alne, wy­my­ślone po­sta­cie.

Emir rzu­cił się do przodu.

- Bra­chu - wy­char­czał Isak. - Dał­byś radę. Dał­byś radę sko­czyć.

Jego guma do żu­cia le­żała obok niego jak białe pta­sie gówno.

Po­li­cja nie od­dała ani jed­nego strzału. Tylko jedna osoba użyła broni. Emir za­strze­lił swo­jego naj­lep­szego przy­ja­ciela.

Miało być "wejść i wyjść".

A skoń­czyło się tylko na je­ba­nym "wyjść". Isak był w dro­dze do praw­dzi­wego raju.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Ustawa o ob­sza­rach spe­cjal­nych (2025:1252)

Cel

§ 1

Ustawa za­wiera prze­pisy szcze­gólne, które mogą być sto­so­wane na ob­sza­rze spe­cjal­nym w przy­padku ist­nie­nia po­waż­nego za­gro­że­nia dla po­rządku pu­blicz­nego lub dla bez­pie­czeń­stwa we­wnętrz­nego kraju.

De­fi­ni­cje

§ 2

"Ob­szar spe­cjalny" to ob­szar miesz­kalny li­czący co naj­mniej 5000 miesz­kań­ców, na któ­rym od­se­tek imi­gran­tów z kra­jów in­nych niż za­chod­nie oraz ich po­tom­ków prze­kra­cza 50 pro­cent lud­no­ści oraz speł­nione jest co naj­mniej jedno z dwóch po­niż­szych kry­te­riów:

1. Od­se­tek miesz­kań­ców w wieku 18-64 lata nie­zwią­za­nych z ryn­kiem pracy lub nie­uczest­ni­czą­cych w pro­ce­sie edu­ka­cji prze­kra­cza 40 pro­cent.

2. Liczba miesz­kań­ców ska­za­nych za prze­stęp­stwa sta­nowi co naj­mniej trzy­krot­ność śred­niej kra­jo­wej, li­czo­nej jako śred­nia z ostat­nich dwóch lat.

§ 3

"Jed­nostka Sta­no­wiąca Szcze­gólne Za­gro­że­nie" (JSSZ) to miesz­ka­niec ob­szaru spe­cjal­nego, który zo­stał co naj­mniej trzy­krot­nie ska­zany za po­peł­nie­nie prze­stęp­stwa za­gro­żo­nego karą po­zba­wie­nia wol­no­ści na co naj­mniej rok i może być po­dej­rze­wany o udział w prze­stęp­czo­ści zor­ga­ni­zo­wa­nej lub sta­no­wić szcze­gólne za­gro­że­nie dla oto­cze­nia.

§ 4

"Se­pa­ra­tor ładu" to po­dłużny obiekt wo­kół ob­szaru spe­cjal­nego unie­moż­li­wia­jący przej­ście.

Po­sta­no­wie­nia szcze­gólne

§ 5

W przy­padku po­waż­nego za­gro­że­nia dla po­rządku pu­blicz­nego lub bez­pie­czeń­stwa we­wnętrz­nego kraju Urząd do spraw Ob­sza­rów Spe­cjal­nych może:

1. Ogło­sić spe­cjalne re­gu­la­cje do­ty­czące kon­troli toż­sa­mo­ści i bez­pie­czeń­stwa przy wjeź­dzie do ob­szaru spe­cjal­nego i wy­jeź­dzie z niego.

2. Ogło­sić spe­cjalne re­gu­la­cje do­ty­czące miesz­kań­ców skla­sy­fi­ko­wa­nych jako JSSZ, obej­mu­jące mię­dzy in­nymi: obo­wią­zek re­je­stra­cji, usu­nię­cie z sys­temu po­wszech­nej opieki zdro­wot­nej i pod­wyż­sze­nie wy­miaru kar dla spraw­ców po­wra­ca­ją­cych do prze­stęp­stwa.

3. Wznieść se­pa­ra­tor ładu wo­kół ob­szaru spe­cjal­nego.