2
Kiedy dwie godziny później Tom wreszcie pojawia się w domu, spaceruję nerwowo po naszej malutkiej kuchni. Pomieszczenie wygląda jak relikt z lat osiemdziesiątych, wyposażone w wiejskie meble i wyłożone terakotą z obrazkami tłustych świnek i owiec. Udało się nam tu wcisnąć nasz dębowy stół zabrany z mieszkania, ale można spod niego wyciągnąć tylko dwa z czterech krzeseł. Niedługo po przeprowadzce w lutym usiedliśmy z architektem - niskim łysiejącym mężczyzną po sześćdziesiątce o imieniu Clive, polecanym przez miejscowych - by opracować przebudowę domu. Kuchnia miała zostać powiększona i ciągnąć się przez całą szerokość chaty, z francuskimi drzwiami firmy Crittal prowadzącymi do rozległego ogrodu. Szczerze powiedziawszy, oderwałam się przynajmniej dzięki temu od myśli o ciąży, o którą nadal się trzęsę, mimo że miałam już USG w dwunastym tygodniu i wszystko wygląda dobrze. Nękają mnie jednak przerażające myśli. Co, jeśli stracę dziecko? Co, jeśli nie rozwinie się prawidłowo, przyjdzie na świat za wcześnie albo urodzę je martwe? Co, jeśli nie będę umiała sobie poradzić z niemowlęciem i nabawię się depresji poporodowej?
Ciąża nie była planowana. Rozmawialiśmy niezobowiązująco z Tomem, że może pomyślimy o tym po ślubie, ale oboje byliśmy zajęci rozpoczynaniem pracy, wspinaniem się po szczeblach karier i oszczędzaniem na wkład własny, abyśmy mogli kupić mieszkanie. Dzieci i ślub odkładaliśmy na później, kiedy będziemy starsi. Kiedy wreszcie staniemy się prawdziwymi dorosłymi. Zachorowałam jednak na grypę żołądkową i zapomniałam o dodatkowych zabezpieczeniach. W ten oto sposób jedno małe potknięcie zaowocowało wpadką. Dziecko. Będę młodą mamą, chociaż nie aż tak młodą jak moja własna.
Snowy leży wyciągnięty na swoim legowisku przy piecyku, z głową na przednich łapach, obserwując, jak przechadzam się nerwowo po pomieszczeniu. Za oknem z szybek w ołowianych ramkach widzę zamieszanie w ogrodzie. Nad połową trawnika wzniesiono biały namiot. Policjanci i technicy kryminalistyczni wciąż tam wchodzą i wychodzą, podobnie jak funkcjonariusz z kamerą na szyi. Dookoła namiotu rozwinięto fluorescencyjną taśmę policyjną, która teraz trzepocze na wietrze. Widnieje na niej napis "MIEJSCE ZBRODNI, NIE WCHODZIĆ" i za każdym razem, gdy zahaczam o nią wzrokiem, zbiera mi się na wymioty. Może z daleka wygląda to jak scena z serialu kryminalnego ITV, ale obecność taśmy uświadamia mi realność tej sytuacji. Byłam zaskoczona (i trochę dumna z siebie), że tak szybko opanowałam sytuację, kiedy już zdołałam otrząsnąć się z pierwszego szoku. Mimo że serce waliło mi jak młotem, zadzwoniłam po policję, a potem, po złożeniu zeznań, odesłałam robotników do domu, zapewniając, że dam im znać, kiedy będą mogli podjąć ponownie pracę. Następnie zadzwoniłam do Toma do jego londyńskiego biura; powiedział, że złapie najbliższy pociąg do domu.
Słyszę lambrettę Toma wjeżdżającą na podjazd; zawsze chciał mieć motorynkę, więc kiedy przeprowadziliśmy się tutaj, sprawił sobie używany model, żeby przemieszczać się do i ze stacji kolejowej. To znacznie tańsze niż dwa samochody, a wszystkie zaoszczędzone pieniądze pójdą na dobudówkę.
Słyszę trzaśnięcie drzwi. Tom wbiega do kuchni z niepokojem wypisanym na twarzy. Na nosie ma okulary z modną czarną oprawką, które kupił po rozpoczęciu swojej nowej pracy w wydziale finansowym firmy technologicznej ponad rok temu. Uważał, że przydają mu powagi. Jego grzywka koloru piasku opada mu na twarz, a lniana koszula i marynarka, które nosi do dżinsów, są pomięte. Nieważne, w co się ubiera, nadal jakimś sposobem wygląda na studenta. Pachnie Londynem: spalinami, pociągami, kawami na wynos i kosztownymi perfumami innych ludzi. Snowy plącze mu się pod nogami i Tom pochyla się, żeby poklepać go po zadku, wyraźnie rozkojarzony, próbując skoncentrować się na mnie.
- O Boże, dobrze się czujesz? Co za szok... dziecko? - pyta, prostując się.
- Wszystko jest w porządku. Nic nam nie jest. - Troskliwie zasłaniam brzuch dłońmi. - Policja nadal jest w ogrodzie. Przesłuchali już mnie i robotników, a teraz rozwieszają taśmę, stawiają namiot i tym podobne.
- Kurwa. - Spogląda nad moim ramieniem na scenkę dziejącą się za oknem i jego twarz przesłania na kilka sekund ciemna chmura. Potem odwraca się do mnie. - Podali ci jakieś informacje?
- Niewiele. To ludzki szkielet. Nie wiadomo, jak długo tam był. Równie dobrze może pochodzić sprzed kilkuset lat.
- Albo z czasów rzymskich. - Uśmiecha się krzywo.
- Dokładnie. Prawdopodobnie był tam, zanim zbudowano Skelton Place, czyli przed... - Marszczę czoło, bo nagle uświadamiam sobie, że nie pamiętam tej informacji.
- Tysiąc osiemset pięćdziesiątym piątym.
Oczywiście, że Tom pamięta. Wystarczy, żeby przeczytał coś raz, i wszystko zapamiętuje. Zawsze zgłaszał się jako pierwszy do odpowiedzi w quizach z wiedzy ogólnej i nieustannie sprawdza różne ciekawostki i fakty w telefonie. Jest moim całkowitym przeciwieństwem: spokojny, pragmatyczny, nigdy nie reaguje nerwowo.
- Wygląda na poważną sprawę - mówi zamyślony, nadal wpatrując się w policjantów za oknem. Podążam za jego wzrokiem. Właśnie pojawił się ktoś z dwoma psami wyszkolonymi do lokalizowania ludzkich zwłok. Czyżby podejrzewali, że jest tu więcej trupów? Wywraca mi się w żołądku.
Tom spogląda na mnie.
- Nie tego się spodziewaliśmy po przeprowadzce na prowincję - mówi z powagą. Milknie na chwilę, a potem oboje wybuchamy nerwowym śmiechem.
- O Boże - przytomnieję. - Chyba nie powinniśmy. W końcu ktoś tutaj umarł.
Znów zaczynamy chichotać.
Przerywa nam głośne chrząknięcie. Odwracamy się do umundurowanej policjantki, stojącej przy tylnym wyjściu z domu - drzwi wyglądają jak w stajni, gdzie górna część otwiera się osobno. Kobieta stoi tuż za nimi, ujęta w ramy drzwi i framugi, zupełnie jakby za chwilę miała zaprezentować przedstawienie kukiełkowe. Przygląda się nam, jakbyśmy byli dwójką niegrzecznych uczniaków. Snowy zaczyna na nią szczekać.
- Uspokój się - mamrocze Tom do psa.
- Przepraszam, że przeszkadzam - zaczyna kobieta, wcale nie wyglądając na speszoną. - Pukałam. - Otwiera dolną część drzwi i staje na progu.
- Nie ma sprawy. - Tom puszcza Snowy'ego, który natychmiast podbiega do policjantki i zaczyna obwąchiwać jej spodnie. Kobieta wygląda na lekko zirytowaną i delikatnie odpycha go nogą.
- Posterunkowa Amanda Price. - Jest od nas starsza o jakieś piętnaście lat. Ma ciemne włosy obcięte na boba i intensywnie niebieskie oczy. - Czy mogę potwierdzić, że są państwo właścicielami posiadłości? Tom Perkins i Saffron Cutler?
Technicznie rzecz biorąc, właścicielką jest moja mama, ale nie zamierzam komplikować spraw, tłumacząc jej to.
- Tak. - Tom spogląda na mnie wymownie. - To nasz domek.
- Rozumiem. Obawiam się, że będziemy zmuszeni zostać tu trochę dłużej. Czy mogą się państwo u kogoś zatrzymać na dzisiejszą noc, albo lepiej, na weekend?
Myślę o Tarze, która w tej chwili mieszka w Londynie, oraz o mojej przyjaciółce Beth w Kencie. Koledzy Toma mieszkają albo w Poole, skąd pochodzi, albo w Croydon.
- Mieszkamy tutaj od niedawna. Nie mamy jeszcze zbyt wielu znajomych w okolicy - odpowiadam, po raz kolejny konstatując z przykrością, że jesteśmy bardzo odosobnieni w tym nowym miejscu, z dala od cywilizacji.
- Rodzice mieszkają w pobliżu?
Tom potrząsa głową.
- Moi nadal są w Poole, a mama Saffy przebywa w Hiszpanii.
- Natomiast ojciec mieszka w Londynie - dodaję. - Ale ma tylko kawalerkę...
Kobieta marszczy czoło, jakbyśmy poczęstowali ją informacjami, których zupełnie nie potrzebuje.
- W takim razie sugeruję hotel, tylko do niedzieli. Policja opłaci państwa wydatki na ten czas. Chodzi o to, żeby móc zabezpieczyć właściwie miejsce zbrodni i dokończyć wykopki.
Słowa "miejsce zbrodni" i "wykopki" sprawiają, że znów robi mi się niedobrze.
- Kiedy możemy wrócić do przerwanych robót? - pyta Tom.
Policjantka wzdycha, jakby posunął się tym pytaniem za daleko.
- Obawiam się, że nie będą państwo mogli korzystać z ogrodu na tyłach domu, dopóki wydobycie i usunięcie szkieletu nie zostaną zakończone. Musicie państwo poczekać na informacje od kryminalistyków. Techników badających miejsce zbrodni - dodaje gwoli wyjaśnienia, kiedy spoglądamy na nią nieco zagubieni.
- Więc sądzi pani, że to była zbrodnia? - Rzucam Tomowi zaniepokojone spojrzenie, a on usiłuje się uśmiechnąć pokrzepiająco, chociaż wygląda to bardziej jak grymas.
- Owszem, traktujemy to w tej chwili jak miejsce przestępstwa - odpowiada policjantka, jakby uważała mnie za koszmarnie głupią, ale nie oferuje nam żadnych dodatkowych informacji. Wyczuwam, że prośba o dalsze wyjaśnienia byłaby bezowocna.
- Mieszkamy tutaj zaledwie od kilku miesięcy. - Czuję, że powinnam to wytłumaczyć, na wypadek gdyby ta surowa policjantka uważała, że mieliśmy coś wspólnego z tą zbrodnią... jakbyśmy mieli w nawyku ukrywanie trupów w ogrodzie. - Ten szkielet mógł tutaj przebywać od lat... może nawet stuleci... - Zawieszam głos z nadzieją, ale wyraz jej twarzy sprawia, że milknę.
Posterunkowa Price zaciska usta.
- Nie wolno mi w tej chwili zdradzać żadnych dalszych szczegółów. Wydział kryminalistyki poprosił antropologa sądowego o potwierdzenie, że mamy do czynienia z kośćmi ludzkimi. Będziemy państwa informować.
Myślę o ręce, którą podobno widział Karl. Chyba nie ma zbyt wielkich wątpliwości. Zapada niewygodna cisza, a potem kobieta odwraca się, żeby wyjść. Zatrzymuje się jednak, jakby nagle o czymś sobie przypomniała.
- Och, i bardzo bym prosiła, żeby opuścili państwo dom w ciągu godziny.
Obserwujemy, jak wychodzi do ogrodu, prosto w makabryczny świat policyjnego śledztwa, i muszę walczyć ze łzami napływającymi mi do oczu. Tom w milczeniu szuka mojej ręki, jakby stracił zdolność zaoferowania jakichkolwiek słów pocieszenia.
Nagle uderza we mnie: to się dzieje naprawdę. Nasz wymarzony dom, nasz śliczny dworek jest teraz miejscem zbrodni.
*
Na szczęście miejscowy pub Pod Jeleniem i Bażantem ma wolny pokój, w którym możemy się zatrzymać, i w dodatku pozwalają w nim trzymać psy. Pojawiamy się tam z jedną torbą na osobę. Tom nalega, żeby nieść je obie, mi zaś pozostaje prowadzenie na smyczy Snowy'ego.
Gospodyni, Sandra Owens, przygląda się nam pytająco.
- Czy państwo nie są właścicielami tego domku na Skelton Place? - pyta, widząc nas siedzących w części z barem. Od przeprowadzki do Beggars Nook przyszliśmy do tego pubu tylko raz, w zeszłym miesiącu, na niedzielny lunch. Zrobiły na nas wrażenie seledynowe ściany, rustykalne meble i smakowite domowe jedzenie. Podobno kiedy pięć lat temu Owensowie przejęli ten pub, przeprowadzili tu remont generalny.
Nie wiem, co odpowiedzieć. Kiedy wiadomości wydostaną się do wiadomości publicznej, wszyscy będą o tym plotkowali.
- Mamy drobny problem z przebudową - odpowiada Tom, uprzejmie, ale niezobowiązująco. - Dlatego uznaliśmy, że najlepiej będzie wyprowadzić się na kilka dni, dopóki wszystko nie zostanie załatwione.
- Aha. - Sandra nie wydaje się szczególnie przekonana. Jest już sporo po pięćdziesiątce, atrakcyjna, w eleganckiej obcisłej sukience i z rozjaśnianymi włosami przyciętymi w bob. Pewnie wkrótce dowie się prawdy, ale żadne z nas nie chce jej zdradzać dziś wieczór. Chociaż nie ma jeszcze dwudziestej trzeciej, czuję się nagle potwornie zmęczona. Mam ochotę wczołgać się do łóżka.
Sandra prowadzi nas do dwuosobowego pokoju, małego i przytulnego, z widokiem na las.
- Śniadanie serwujemy między siódmą trzydzieści i dziesiątą - mówi przed wyjściem.
Tom stoi przy tacce z przyborami do parzenia herbaty, spoglądając przez małe okno na zarys drzew w oddali.
- Nie mogę w to uwierzyć - mówi, zwrócony do mnie plecami.
Wyciągam się na łóżku - pięknym łożu z baldachimem i z pikowaną atramentowo czarną narzutą. Normalnie byłaby to dla nas fajna odskocznia. Nie mieliśmy wakacji od wieków - przez ostatnie pięć miesięcy wszystkie pieniądze odkładaliśmy na rozbudowę domu - ale to, co zostało wykopane w naszym ogrodzie, kładzie się cieniem na całą sytuację.
Snowy wskakuje na łóżko obok mnie, kładzie mi głowę na udach i spogląda na mnie smutnymi brązowymi oczami.
- Nie mogę uwierzyć, że zostaliśmy wyrzuceni z naszego własnego domu - mówię, gładząc łeb psa. Owijam się szczelniej swetrem. Zrobiło się zimno, a może to tylko szok.
Tom uruchamia mały plastikowy czajnik, a potem przyłącza się do nas na łóżku. Materac jest miększy niż nasz domowy.
- Wiem, ale wszystko będzie dobrze - mówi w przypływie swojego zwyczajowego optymizmu. - Wkrótce będziemy mogli na nowo podjąć remont i wszystko wróci do normy.
Wtulam się w niego, żałując, że mu nie wierzę.
*
Opieramy się chęci, żeby przejść koło domu, i cały weekend spędzamy w pubie lub na długich spacerach po wiosce i po okolicznych lasach.
- Cóż, przynajmniej mam jeden weekend wolny od remontu - mówi Tom w sobotę, chwytając mnie za rękę, kiedy przechadzamy się po rynku. Tom zdążył już sporo zrobić w domu od czasu naszej przeprowadzki: zerwał ze schodów poprzecierany dywan, pomalował ściany w dużym pokoju i naszej sypialni na srebrnoszary kolor, a także wycyklinował podłogi. Teraz zaplanował pozbycie się tapety w małym pokoju, który mieliśmy odnowić przed pojawieniem się dziecka, chociaż odkładał to do mojego badania USG, żeby nie kusić losu.
Kiedy w końcu w niedzielę po lunchu wracamy do chatki, z walizkami, niczym goście we własnym domu, czuję rozczarowanie. Na podjeździe nadal stoją samochody i półciężarówki policyjne. Kolejny funkcjonariusz, tym razem facet w średnim wieku, informuje nas, że powinni wynieść się do wieczora i że możemy wejść do domu, ale ogród pozostanie zamknięty, dopóki nie skończą. Zastanawiam się, czy przeszukali dom w środku. Sama myśl o tym sprawia, że czuję się niepewnie. Nie podoba mi się fakt, że policja grzebała w naszych rzeczach. Kiedy dzielę się tym z Tomem, zapewnia mnie, że gdyby mieli zrobić rewizję w środku, na pewno by nam o tym powiedzieli.
Przez resztę popołudnia chowamy się w dużym pokoju.
- Co sobie muszą myśleć sąsiedzi? - Staję w oknie, popijając bezkofeinową herbatę. Myślę o starym Jacku i Brendzie z domu obok. Nasze posesje oddziela żywopłot, ale Brenda zdecydowanie lubi obserwować wszystko zza firanek, a kiedy Clive wysłał do wszystkich w okolicy propozycję rozbudowy naszej kuchni, oboje się jej sprzeciwili.
Na początku naszego podjazdu, tylko częściowo przesłoniętego wozami policyjnymi, zgromadził się mały tłumek ludzi.
- Założę się, że to dziennikarze. - Tom staje za mną i spogląda w tamtą stronę nad moim ramieniem. W dłoni trzyma kubek. - Może lepiej, jeśli zadzwonisz do ojca i poprosisz o poradę.
Mój tata jest głównym reporterem jednego z narodowych brukowców. Kiwam głową ponuro. Czuję się tak obnażona, jakby ktoś zerwał dach z naszego domu.
- To jakiś koszmar - mruczę pod nosem i bodaj po raz pierwszy Tom nie spieszy z pocieszeniem. Wpatruje się w okno, popijając w milczeniu kawę, a na jego poważnej twarzy drgają lekko mięśnie szczęk.
*
Nieco później dzwonię do taty z prośbą o radę.
- Nie zamierzasz dać staremu ojczulkowi wyłączności? - odpowiada ze śmiertelną powagą.
Śmieję się.
- Ale ja nic nie wiem! Może się okazać, że te kości mają setki lat.
- Cóż, jeśli nie, to muszę cię ostrzec, że gdy tylko policja potwierdzi morderstwo i zidentyfikuje ciało, zaatakuje was prasa.
- Może powinniśmy się wyprowadzić? - pytam, chociaż nie mam pojęcia, gdzie moglibyśmy się zatrzymać. Nie stać nas na hotel. Szkoda, że tata nie mieszka bliżej. Albo mama; ona jest jeszcze dalej.
- Nie, nie, zdecydowanie tego nie rób. Po prostu przygotuj się, to wszystko. I jeśli będziesz czegoś potrzebować, informacji albo porady, daj mi znać. - Wiem, że jest w pokoju prasowym, bo w tle słyszę dzwonienie telefonów i gwar rozmów.
- Zamierzasz kogoś do nas wysłać?
- Póki co skorzystamy pewnie z agencji prasowej, ale jeśli zdecydujesz się udzielić wywiadu, pamiętaj o mnie, dobrze? Serio, Saff, jeżeli nie będziesz czegoś pewna, czy to w rozmowie z policją, czy z reporterami, zgłoś się najpierw do mnie.
- Dzięki, tato. - Czuję się pokrzepiona. Mój ojciec zawsze potrafił zapewnić mi poczucie bezpieczeństwa.
*
Następnego poranka policja składa namiot i zwija taśmę. Wpatrujemy się z Tomem przerażeni w ogromną dziurę w ogrodzie. Jest cztery razy większa, niż kiedy wyjeżdżali stąd robotnicy. Tom pyta swojego szefa, czy mógłby popracować z domu przez kilka dni, które spędzamy, usiłując uniknąć grupki dziennikarzy nadal czających się w okolicy.
A potem, w środę, kiedy Tom wraca do pracy, dzwoni policja.
- Obawiam się, że mam dla pani złe wiadomości - mówi detektyw szorstkim głosem. Przedstawił się, ale natychmiast zapomniałam jego nazwisko.
Sztywnieję. Czekam w milczeniu.
- Znaleziono dwa ciała.
Niemal upuszczam słuchawkę.
- Dwa ciała?
- Niestety, tak. Wydobyto wszystkie kości i kryminalistycy zdołali ustalić, że jedną z ofiar był mężczyzna, a drugą kobieta. Dzięki analizie budowy i stopnia dojrzałości kości dowiedzieliśmy się również, że oboje pokrzywdzeni mieli w chwili śmierci między trzydzieści a czterdzieści pięć lat.
Nie jestem w stanie wykrztusić ani słowa. Czuję, jak zbiera mi się na wymioty.
- Kobieta - ciągnie detektyw - zmarła na skutek uderzenia w głowę tępym narzędziem. Nadal próbujemy ustalić, w jaki sposób zginął mężczyzna. Rozkład tkanek utrudnia nam to zadanie. W przypadku szkieletu kobiety było to łatwiejsze ze względu na złamanie kości czaszki.
Zaciskam powieki, usiłując nie wyobrażać sobie tego.
- To... to okropne. - Ledwie jestem w stanie przyswoić sobie te informacje. - Czy pan... czy jesteście pewni, że nie ma tam już nikogo więcej? - Nagle przed oczami staje mi wizja rozkopanego ogrodu odsłaniającego masowy grób i wzdrygam się na tę myśl. Przychodzą mi do głowy inne "domy strachu", jak opisuje je prasa dla wzbudzenia sensacji: dom nr 25 na Cromwell Street, White House Farm. Czy nasz mały domek też stanie się równie niesławny? Czy utkniemy tutaj na zawsze, bo nikt nie będzie chciał go od nas kupić? Serce przyspiesza w mojej piersi i przełykam nerwowo, próbując skoncentrować się na słowach detektywa.
- Wezwaliśmy jednostkę ze specjalnie tresowanymi psami. Jesteśmy pewni, że nie ma tam więcej ciał.
- Jak... jak długo one tam leżały?
- Tego jeszcze nie możemy być stuprocentowo pewni. Gleba w państwa ogrodzie jest dość zasadowa, do tego warunki... zabezpieczyliśmy fragmenty ubrań i butów, ale sądzimy, że znaleźli się tam nie wcześniej niż około 1970 roku, zaś sądząc po stanie rozkładu, oceniamy, że śmierć nastąpiła nie później niż w 1990 roku.
Czuję gęsią skórkę na całej skórze. W moim domu zamordowano dwie osoby. W mojej idyllicznej wiejskiej chatce. Wszystko nagle staje się mroczne i nierealne.
- Oczywiście musimy porozmawiać ze wszystkimi mieszkańcami posesji między rokiem 1970 i 1990 - ciągnie detektyw. - Obawiam się, że oznacza to panią Rose Grey, poprzednią właścicielkę domu.
Pokój kołysze się niebezpiecznie wokół mnie.
Rose Grey to moja babcia.