1
Czasy współczesne, 1 sierpnia, Back Woods
6.30
Rzeczy przychodzą znikąd. Umysł jest pusty, a potem w kadrze pojawia się gruszka. Idealna, zielona, skośny ogonek, pojedynczy liść. Przycupnięta między limonkami w białej kamionkowej misie pośrodku sfatygowanego piknikowego stołu na osłoniętej siatką werandzie nad stawem w głębi lasu porastającego wybrzeże. Obok misy mosiężny świecznik, pokryty zastygłymi kroplami parafiny i oblepiony kurzem, który zgromadził się na półce podczas długiej zimy. Talerze z niedojedzonym makaronem, rozłożona lniana serwetka, resztki claretu w butelce, ręcznej roboty deska do krojenia, grubo ciosana, chleb - rwany, nie krojony. Otwarty, pokryty pleśnią tomik wierszy. Do skowronka wznosi się ku niebu bolesny i porywający - powtarzam go w pamięci, spoglądając na martwą naturę, pozostałość po wczorajszej kolacji. "Świat posłucha - jak teraz ja ciebie w niebios wyżynie". Czytał tak pięknie. "Dla Anny". Wspominaliśmy ją, siedząc oczarowani. Mogłabym patrzeć na niego, na nic więcej, w nieskończoność i być szczęśliwa. Mogłabym go słuchać z zamkniętymi oczami, czuć jego oddech, raz po raz zanurzać się w jego słowach. Niczego więcej nie pragnę.
Za krawędzią stołu światło przygasa, przenikając przez siatkę, i rozjaśnia się dopiero ponad cętkowanymi drzewami, czystym błękitem stawu, głębokim cieniem, który błotnie leśne rzucają na skraju wody, gdzie o tak wczesnej porze nie docierają promienie słońca. Widzę resztkę gęstego, zwietrzałego espresso w brudnej filiżance i zastanawiam się, czy go nie wypić. Chłodne powietrze sprawia, że dygocę owinięta w wyblakły lawendowy szlafrok matki, który wkładam co roku, gdy przyjeżdżam na letnisko. Pachnie nią i snem zimowym z leciutką domieszką mysich bobków. To moja ulubiona pora w Back Woods. Wczesny poranek nad stawem, zanim ktokolwiek zdąży się obudzić. Klarowne, flintowe światło, orzeźwiająca woda, nareszcie umilkły lelki krzykliwe.
Za drzwiami werandy na niewielkim podeście między listwami zgromadził się piasek i trzeba go wymieść. Miotła stoi obok, wrzynając się w siatkę, ale udaję, że jej nie widzę, i schodzę na ścieżkę prowadzącą na naszą plażę. Za moimi plecami zawiasy skrzypią na znak protestu.
Zrzucam szlafrok i staję naga nad wodą. Na dalekim drugim brzegu, gdzieś za prześwitem wśród sosen i karłowatych dębów niedźwiedzich, ocean burzy się i ryczy. Pewnie niesie w trzewiach sztorm z jakichś odległych rejonów. Tu jednak, na skraju słodkiej wody, powietrze jest miodowo nieruchome. Czekam, obserwuję, nasłuchuję... cykania, brzęczenia owadów, wiatru zbyt delikatnie poruszającego drzewami. A potem wchodzę po kolana i daję nura w lodowatą wodę. Wypływam daleko, za nenufarami, napędzana euforią, poczuciem wolności i adrenaliną, którą wywołuje nieokreślona panika. Pojawia się cień strachu przed żółwiami jaszczurowatymi, które mogłyby wypłynąć z głębiny, żeby kąsać moje ciężkie piersi. Albo może zwabione wonią seksu rozchodzącą się, gdy rozchylam i łączę nogi. Nagle czuję nieodpartą potrzebę, żeby wrócić na bezpieczną płyciznę, gdzie widać piaszczyste dno. Żałuję, że nie jestem odważniejsza. Ale też uwielbiam ten strach, krótki oddech, serce szaleńczo trzepoczące w piersi, gdy wychodzę ze stawu.
Wykręcam, na ile to możliwe, wodę z długich włosów, ze sznurka, który matka rozwiesiła między dwiema rosochatymi sosnami, ściągam wyświecony ręcznik i kładę się na ciepłym piasku. Na moim sutku ląduje jaskrawoniebieska ważka, siedzi przez chwilę, po czym leci dalej. Mrówka mozoli się wśród saharyjskich wydm, które moje ciało utworzyło na jej drodze.
Tej nocy w końcu się pieprzyliśmy. Po tylu latach wyobrażania sobie, z niepewnością, czy wciąż mnie pragnie. A potem ta chwila, gdy już wiedziałam, co się stanie: całe to wino, cudowny głos Jonasa czytającego odę, mój mąż Peter na sofie, otumaniony grappą, trójka moich dzieci śpiąca w domku, matka przy zlewie, ignorująca gości i w jaskrawożółtych gumowych rękawiczkach zmywająca naczynia. Patrzyliśmy sobie w oczy o jedno uderzenie serca za długo. Wstałam od gwarnego stołu, zdjęłam majtki w spiżarni i schowałam je za chlebakiem. Tylnymi drzwiami wyszłam w noc. Stałam w cieniu, nasłuchując odgłosów naczyń, wody, szkła i sztućców szczękających wśród mydlin. Czekałam. Miałam nadzieję. A po chwili on już tam był, przypierał mnie do ściany domu, sięgał pod sukienkę. "Kocham cię", szeptał. Sapnęłam gwałtownie, kiedy się we mnie wbił. Pomyślałam: teraz już nie ma odwrotu. Koniec z żałowaniem, że czegoś nie zrobiłam. Odtąd mogę żałować tylko tego, co zrobiłam. Kocham go i nienawidzę siebie; kocham siebie i nienawidzę Jonasa. To koniec długiej historii.
1966. Grudzień, Nowy Jork
Krzyczę. Krzyczę i gwałtownie łapię powietrze, aż w końcu moja matka orientuje się, że coś jest nie tak. Biegnie ze mną do lekarza, wyobrażając sobie, że jest panną Clavel, która w panice mknie Park Avenue, ściskając w ramionach trzymiesięczne niemowlę. Mój ojciec, z teczką w ręce, też rusza pędem - z Fred F. French Building w górę Madison Avenue. Jego umysł jak zwykle zacina się, porażony lękiem przed własną niemocą. Lekarz mówi, że nie ma czasu - jeśli będą zwlekać, dziecko umrze - i zabiera mnie z objęć matki. Na stole operacyjnym otwiera mój brzuch niczym dojrzałego arbuza. Guz owinął się wokół jelit i toksyny z gówna, które nawarstwiło się za jego żelazną obejmą, zatruwają małe ciałko. Gówno ma to do siebie, że zawsze się nawarstwia, rzecz w tym, żeby to przetrzymać, ale tego nie nauczę się jeszcze przez wiele lat.
W moim brzuchu nieuważny lekarz przecina jajnik, w pośpiechu wykrawając z życia śmierć. Tego też nie będę wiedziała przez wiele lat. A kiedy w końcu to odkryję, matka zapłacze po raz drugi. "Przepraszam", powie. "Powinnam była go przypilnować..." - jak gdyby mogła odmienić mój los, ale postanowiła tego nie robić.
Później leżę w szpitalnym łóżeczku ze skrępowanymi rękami. Drę się żywa i sina z wściekłości na tę niesprawiedliwość. Nie pozwolą matce mnie nakarmić. Traci pokarm. Minie prawie tydzień, zanim uwolnią z więzów moje ręce.
- Byłaś zawsze takim radosnym dzieckiem - mówi ojciec.
- Po tym wszystkim - mówi matka - płakałaś bez ustanku.
7.30
Przekręcam się na brzuch i opieram głowę na przedramionach. Uwielbiam ten słono-słodki zapach, którego nabiera moja skóra na słońcu - arachidowo-piżmowy, jakbym była zasolona. Na końcu ścieżki prowadzącej z głównego budynku do chatek słyszę ciche trzaśnięcie. Ktoś wstał. Chrzęst stóp na suchych liściach. Szum zewnętrznego prysznica. Jęk budzących się do życia rur. Wzdycham, podnoszę szlafrok i wracam do domu.
Nasze letnisko składa się z głównego budynku - Dużego Domu - i czterech jednoizbowych chatek stojących wzdłuż przysypanej igliwiem dróżki, która biegnie brzegiem stawu. Wzniesione z desek szalunkowych domki są niewielkie, mają spadziste dachy, na których nie gromadzi się śnieg, pojedynczy świetlik i długie okna poddachowe po obu stronach. Są staromodne, surowe, bez wodotrysków. Dokładnie takie, jakie powinny być domki w Nowej Anglii. Dróżkę od stawu oddziela parawan roślin - kwitnącej orszeliny, wawrzynu i jagód - chroniący nas przed wścibskim wzrokiem wędkarzy i nazbyt entuzjastycznych pływaków, którym udaje się dotrzeć na nasz kraniec stawu z niewielkiej publicznej plaży po drugiej stronie. Wprawdzie nie mogą wyjść na brzeg, ale czasami brodzą w wodzie półtora metra od linii drzew, nie zważając na to, że zakłócają nam spokój.
Na końcu drugiej ścieżki, biegnącej za chatkami, stoi stara umywalnia. Łuszcząca się farba, zardzewiały emaliowany zlew upstrzony beżowymi plamkami martwych ciem, które nocą przyciąga górne światło, wiekowa wanna na nóżkach w kształcie zwierzęcych łap, pamiętająca czasy, gdy dziadek budował letnisko, zewnętrzny prysznic z rurami przymocowanymi do drzewa błotni - woda gromadzi się tu, na ziemi, i spływa w dół piaszczystą ścieżką.
Duży Dom to jedno wielkie pomieszczenie - salon z kuchnią i wydzieloną spiżarnią - wzniesiony z pustaków i papy. Podłoga z grubych desek, ciężkie belki nośne, potężny kominek z kamienia. W deszczowe dni zamykamy drzwi i okna, siedzimy w środku, słuchamy trzaskającego ognia i zmuszamy się do gry w monopol. Miejscem, gdzie naprawdę toczy się życie - gdzie czytamy, jemy, kłócimy się i starzejemy - jest osłonięta siatką weranda, która wychodzi na staw. Nasze letnisko nie jest całoroczne. Nie miałoby to sensu. Pod koniec września, gdy robi się chłodno i wszystkie domy zamykają się na zimę, Back Woods pustoszeje - w surowym świetle wciąż jest piękne, ale przy tym poważne i grobowe. Nikt nie chce siedzieć wśród gołych drzew. Za to z nastaniem lata las gęstnieje, czaple modre wracają, żeby brodzić w jasnym stawie i budować gniazda; wtedy nie ma lepszego miejsca na ziemi.
Wchodzę na werandę i zalewa mnie fala pragnienia, tęsknota wzbiera w splocie słonecznym niczym rtęć. Wiem, że powinnam posprzątać ze stołu, zanim reszta zjawi się na śniadanie, ale chcę utrwalić ten obraz w pamięci - przeżyć jeszcze raz ostatnią noc okruch po okruchu, talerz po talerzu, wytrawić kwasem w mózgu. Przebiegam palcami po fioletowej plamie wina na białym lnianym obrusie, przytykam kieliszek Jonasa do ust, żeby poczuć jego smak. Zamykam oczy, przypominając sobie delikatny nacisk jego uda pod stołem. Jeszcze zanim zyskałam pewność, że mnie pragnie. Brak tchu i wahanie - czy to celowo, czy przez przypadek.
W salonie wszystko wygląda tak jak zawsze: wiszące nad kuchenką garnki, łopatki na haczykach do kubków, słój z drewnianymi łyżkami, wyblakły spis telefonów przypięty pinezką do półki na książki, dwa krzesełka reżyserskie przysunięte do kominka. Niby wszystko jest takie samo, a jednak kiedy idę do spiżarni, mam wrażenie, że to inny pokój - wyraźniejszy, ostrzejszy, jakby nawet powietrze obudziło się z głębokiego snu. Wychodzę przez tylne drzwi i patrzę na ścianę z pustaków. Nic nie widać. Żadnych śladów, żadnych dowodów. Ale to tu, tu tkwiliśmy w sobie bez końca. Wiliśmy się w ciszy i desperacji. Nagle przypominam sobie o majtkach schowanych za chlebakiem i akurat kiedy je wkładam, zjawia się matka.
- Wcześnie wstałaś, Elle. Jest kawa? - Oskarżenie.
- Właśnie miałam zrobić.
- Byle nie za mocną. Nie lubię tego twojego espresso. Wiem, że twoim zdaniem jest lepsze... - mówi tym sztucznym, żartobliwym tonem, który doprowadza mnie do szału.
- Dobrze. - Dziś rano nie mam ochoty na kłótnie.
Matka sadowi się na sofie. To wprawdzie tylko twardy materac z końskiego włosia pokryty starą szarą tkaniną, ale przy tym ulubione miejsce wszystkich letników. Można stąd patrzeć na staw, można pić kawę lub czytać książkę, opierając się o wiekowe poduszki w bawełnianych powłoczkach upstrzonych plamami rdzy. Kto by pomyślał, że nawet tkanina z czasem pokryje się rdzą?
To takie typowe dla mojej matki, żeby zawłaszczyć najlepsze miejsce.
Włosy w kolorze słomy, teraz przetykane siwizną, zwinęła w niedbały, niechlujny kok. Starą kraciastą koszulę nocną ma wystrzępioną. A mimo to wciąż wygląda imponująco - niczym galion na dziobie osiemnastowiecznego szkunera, piękna i surowa, w wieńcu z wawrzynu i pereł, wskazująca drogę.
- Napiję się kawy, a potem posprzątam ze stołu - oznajmiam.
- W takim razie ja pozmywam naczynia. Mmmm, dziękuję - mówi, kiedy podaję jej filiżankę. - Jak woda?
- Idealna. Zimna.
To najlepsza lekcja, jakiej mi udzieliła - że dwóch rzeczy nigdy nie żałuje się w życiu: dziecka i pływania. Nawet w najchłodniejsze wczesnoczerwcowe dni, kiedy spoglądam na słonawy Atlantyk, zła na foki, które wystawiają obrzydliwie bezkształtne łby, ściągając żarłacze, słyszę w głowie głos namawiający, żebym wskoczyła do wody.
- Mam nadzieję, że powiesiłaś ręcznik. Nie chcę oglądać znowu sterty mokrych szmat. Powiedz to dzieciom.
- Powiesiłam.
- Bo jeśli ty im nie powiesz, ja to zrobię.
- Powiem.
- I niech pozamiatają w chatce. Mają tam istny chlew. Tylko nie waż się sama tego robić, Elle. Są rozpuszczone jak dziadowski bicz. Najwyższa pora, żeby...
Z workiem śmieci w jednej i kubkiem kawy w drugiej ręce wychodzę tylnymi drzwiami, pozwalając jej litanii ulecieć z wiatrem.
Jej najgorsza lekcja: "Myśl jak Botticelli". Bądź jak Wenus stojąca na połówce muszli, buzia w ciup, skromna mimo nagości. Taką radę dostałam, kiedy zamieszkaliśmy razem z Peterem. Przyszła na wyblakłej pocztówce, którą wiele lat wcześniej matka kupiła w sklepiku z pamiątkami w Galerii Uffizi: "Droga Eleanoro, bardzo lubię Twojego Petera. Proszę, zdobądź się na odrobinę wysiłku i nie bądź taka trudna. Nie mów za wiele i sprawiaj wrażenie tajemniczej. Myśl jak Botticelli. Kochająca mama".
Wrzucam śmieci do kosza, zatrzaskuję klapę i mocno zaciągam elastyczną linkę, żeby szopy nie dobrały się do jego zawartości. To sprytne stworzenia o długich, zręcznych palcach. Małe człekopodobne niedźwiadki, bystrzejsze i paskudniejsze, niż mogłoby się wydawać. Od lat prowadzimy ze sobą wojnę.
- Pamiętałaś, żeby zaciągnąć linkę, Elle? - pyta matka.
- Oczywiście - uśmiecham się skromnie i zaczynam zbierać naczynia.
1969. Nowy Jork
Wkrótce przyjdzie ojciec. Chowam się - przykucnęłam za bufetem modułowym, który odgradza nasz salon od przedpokoju. Bufet jest podzielony na kwadratowe segmenty. W jednym stoją trunki, w innym adapter, w jeszcze innym kolekcja płyt ojca, kilka ogromnych albumów o sztuce, kieliszki do martini, srebrny shaker. Moduł z alkoholem, który otwiera się na dwie strony, przypomina okno. Wyglądam przez butelki, zahipnotyzowana niewyraźną plamą topazu - szkockiej, burbonu i rumu. Mam trzy lata. Obok stoją cenne longplaye i siedemdziesiątki ósemki. Przejeżdżam palcem po ich grzbietach, bo lubię ten dźwięk, wdycham zapach starej tektury i czekam na dzwonek u drzwi. Wreszcie ojciec się pojawia, a ja nie mam dość cierpliwości, żeby pozostać w ukryciu. Siedziałam tam przecież wieczność! Pędzę przez przedpokój i rzucam się w jego niedźwiedzie objęcia.
Do rozwodu jeszcze nie doszło, ale niewiele brakuje. Żeby go przeprowadzić, rodzice będą musieli pojechać do Juárez po drugiej stronie granicy. Koniec nadejdzie, gdy razem z moją starszą siostrą Anną będziemy siedziały w hotelowym holu na krawędzi ośmiokątnej fontanny wyłożonej meksykańskimi płytkami, wpatrując się nieruchomo w złotą rybkę - karasia pływającego wokół wyspy ciemnych tropikalnych roślin. Wiele lat później matka powie mi, że tego ranka zadzwoniła do ojca z papierami rozwodowymi w ręce i powiedziała: "Zmieniłam zdanie. Nie róbmy tego". A choć rozwód był w całości jej pomysłem i ojciec miał złamane serce, odparł: "Nie, Wallace. Zaszliśmy tak daleko, że równie dobrze możemy to zakończyć". Równie dobrze - dwa słowa, które zmieniły wszystko. Ale w tamtej chwili, gdy karmiłam złotą rybkę okruchami bułki, uderzając piętami o płytki fontanny, nie miałam pojęcia, że zawisł nade mną miecz Damoklesa. Że wszystko mogło potoczyć się inaczej.
Na razie jednak Meksyk jeszcze się nie wydarzył. Ojciec udaje radość i wciąż jest zakochany w matce.
- Eleanor! - Chwyta mnie w ramiona. - Jak się miewa mój króliczek?
Śmieję się i wczepiam w niego z czymś na kształt desperacji; moje rozpuszczone jasne loki oślepiają go, gdy przyciskam twarz do jego policzka.
- Tatuś! - Anna pędzi niczym byk i wściekła, że ją wyprzedziłam, wypycha mnie z ojcowskich objęć. Jest ode mnie dwa lata starsza i ma do niego większe prawo. Ale ojciec sprawia wrażenie, jakby tego nie widział. Obchodzi go tylko własna potrzeba bycia kochanym. Wpycham się z powrotem.
Z głębi naszego wyblakłego mieszkania w przedwojennym apartamentowcu matka woła:
- Henry? Chcesz drinka? Robię schabowe.
- Z przyjemnością - grzmi w odpowiedzi, jakby nic się między nimi nie zmieniło. Ale oczy ma smutne.
8.15
- No więc moim zdaniem wczorajszy wieczór był bardzo udany - mówi matka znad podniszczonej powieści Dumasa.
- Stanowczo.
- Jonas dobrze wyglądał.
Zaciskam dłonie na stercie talerzy.
- Mamo, Jonas zawsze wygląda dobrze. - Gęste czarne włosy, które można chwycić w pięści, jasnozielone oczy, skóra połyskująca sosnową żywicą, dzikie stworzenie, najpiękniejszy mężczyzna na ziemi.
Matka ziewa. To ją zdradza - robi tak zawsze, kiedy ma powiedzieć coś nieprzyjemnego.
- Do niego nic nie mam, ale jego matka jest nieznośna. Zadufana w sobie.
- To prawda.
- Jakby była jedyną osobą na świecie, która myśli o segregowaniu śmieci. A do tego ta Gina. To już tyle lat, a ja wciąż nie mogę zrozumieć, co mu strzeliło do głowy, żeby się z nią ożenić.
- Jest młoda, wygląda zachwycająco? Oboje są artystami?
- Była młoda - uściśla matka. - I ten jej dekolt. Praktycznie paraduje z cyckami na wierzchu. Pewnie uważa się za kociaka. Najwyraźniej nikt jej nigdy nie powiedział, że wdzięki chowa się pod korcem.
- To takie dziwne. - Idę do kuchni, żeby zostawić naczynia. - Poczucie własnej wartości. Pewnie miała rodziców, którzy ją wspierali.
- Moim zdaniem to bardzo nieapetyczne - stwierdza matka. - Jest sok pomarańczowy?
Biorę z suszarki czystą szklankę i podchodzę do lodówki.
- Prawdę mówiąc - wołam - pewnie dlatego Jonas się w niej zakochał. Musiała mu się wydać egzotyczna po tych wszystkich neurotycznych kobietach, wśród których dorastał. Prawdziwy paw w lesie.
- Ona pochodzi z Delaware - mówi matka, jakby to zamykało temat. - Nikt nie pochodzi z Delaware.
- Właśnie. - Podaję jej szklankę soku. - Jest egzotyczna.
Ale prawda jest taka, że patrząc na Ginę, zawsze myślałam: To ją wybrał? Tego chciał? Staje mi przed oczami jej postać: filigranowa, idealna, z talią osy. Staranna fryzura, ciemne odrosty przechodzące w tleniony blond. Najwyraźniej sprany len znów jest w modzie.
Matka ziewa po raz kolejny.
- No cóż, musisz przyznać, że do najbystrzejszych nie należy.
- Czy wśród naszych gości była choć jedna osoba, którą byś naprawdę lubiła?
- Po prostu jestem szczera.
- To nie bądź. Gina należy do rodziny.
- Tylko dlatego, że nie masz wyboru. To żona twojego najlepszego przyjaciela. Od początku byłyście jak ogień i woda.
- Ależ skąd. Zawsze lubiłam Ginę. Może nie mamy zbyt wiele wspólnego, ale ją szanuję. Poza tym Jonas ją kocha.
- Skoro tak twierdzisz - mówi matka z zadowolonym z siebie uśmieszkiem.
- Boże! - Mogłabym ją zabić.
- Czy ty przypadkiem kiedyś nie chlusnęłaś jej w twarz czerwonym winem?
- Nie, mamo. Nie chlusnęłam jej w twarz niczym. Byłyśmy na przyjęciu, a ja się potknęłam i ją oblałam.
- Gadaliście wczoraj z Jonasem cały wieczór. Ciekawe o czym.
- Nie wiem. O różnych rzeczach.
- Taki był w tobie zakochany, kiedy byliście mali. Podejrzewam, że złamałaś mu serce, wychodząc za Petera.
- Nie bądź śmieszna. Byliśmy dziećmi.
- Och, myślę, że to coś więcej. Biedaczek. - Mówi to bezmyślnie, wracając do lektury. Całe szczęście, że na mnie nie patrzy, bo wiem, że w tym momencie moja twarz zdradza wszystko.
Na zewnątrz woda w stawie jest całkowicie nieruchoma. Wyskakuje ryba i zostawia po sobie koncentryczne kręgi. Patrzę, jak się rozchodzą, dopóki staw nie wchłonie ich z powrotem, jak gdyby nic się nie stało.