Prolog
Prolog
Osobiście widzę to tak: każdemu przydarza się jakiś cud. Umówmy się, że
prawdopodobnie nigdy nie trafi we mnie piorun, nie zdobędę Nagrody
Nobla, nie zostanę dyktatorem niewielkiego państwa na jednej z wysp
Pacyfiku, nie zapadnę na nieuleczalny nowotwór ucha ani nie ulegnę
spontanicznemu samozapłonowi. Jeśli jednak wziąć pod uwagę wszelkie
nieprawdopodobne historie, zapewne okaże się, że przynajmniej jedna z nich przytrafia się każdemu. Mogłem zobaczyć deszcz żab. Mogłem postawić
nogę na Marsie. Mogłem zostać pożarty przez wieloryba. Mogłem ożenić się
z królową Anglii albo przetrwać kilka miesięcy na morzu. Jednak mój cud
był inny. Moim cudem było to, że spośród wszystkich domów na wszystkich
osiedlach mieszkaniowych w całym stanie Floryda zamieszkałem w domu w sąsiedztwie Margo Roth Spiegelman.
Nasze osiedle, Jefferson Park, było kiedyś bazą marynarki wojennej.
Kiedy zaś marynarka przestała jej potrzebować, ziemię zwrócono
obywatelom miasta Orlando w stanie Floryda, które postanowiło wybudować
tu ogromne osiedle, bo właśnie tak robi się w stanie Floryda. Moi
rodzice i rodzice Margo wprowadzili się do sąsiadujących ze sobą domów
tuż po tym, jak postawiono pierwsze budynki. Margo i ja mieliśmy wtedy
po dwa lata.
Zanim Jefferson Park stało się osiedlem przypominającym miasteczko
Pleasantville, i zanim jeszcze zmieniono je w bazę marynarki wojennej,
rzeczywiście należało do niejakiego Jeffersona, jegomościa o nazwisku
Dr. Jefferson Jefferson. Nazwiskiem Dr. Jeffersona Jeffersona nazwano
szkołę w Orlando, a także dużą fundację dobroczynną, jednak tym, co w historii Dr. Jeffersona Jeffersona jest naprawdę fascynujące i niewiarygodne, choć prawdziwe, jest fakt, że nie był on żadnym doktorem.
Był zwykłym sprzedawcą soku pomarańczowego i nazywał się Jefferson
Jefferson. Kiedy stał się bogaty i wpływowy, poszedł do sądu i "Jefferson" przyjął jako drugie imię, a pierwsze zmienił na "Dr.". Duże
D, małe r. Kropka.
Margo i ja mieliśmy już po dziewięć lat. Nasi rodzice się przyjaźnili,
więc czasami bawiliśmy się razem i wyjeżdżaliśmy na rowerach poza ślepe
uliczki aż do samego Parku Jeffersona, "piasty" koła, którym było nasze
osiedle.
Za każdym razem, kiedy słyszałem, że za chwilę ma przyjść Margo,
stawałem się jednym wielkim kłębkiem nerwów, ponieważ była to
najbardziej niesamowita i zachwycająca istota, jaką stworzył Bóg.
Tamtego ranka miała na sobie białe szorty i różowy T-shirt, na którym
widniał zielony smok ziejący ogniem pomarańczowego brokatu. Nie sposób
wyjaśnić, jak fantastyczny wydawał mi się wtedy ów T-shirt.
Margo jak zwykle pedałowała na stojąco, prostując ręce w łokciach i pochylając się nad kierownicą roweru, a jej fioletowe tenisówki
rozmywały się w koliste plamy. Był gorący, parny marcowy dzień. Niebo
było bezchmurne, ale powietrze miało cierpki smak, jakby zbierało się na
burzę.
W tamtym czasie miałem się za wynalazcę, więc kiedy tylko założyliśmy
blokady na rowery i rozpoczęliśmy nasz krótki spacer przez park w stronę
placu zabaw, opowiedziałem Margo o moim pomyśle na wynalazek, który
nazwałem pierścieniarka. Pierścieniarka miała być gigantyczną armatą
wystrzeliwującą na bardzo bliską orbitę wielkie kolorowe kamienie, które
tworzyłyby wokół Ziemi pierścienie podobne do tych, jakie ma Saturn.
(Nadal uważam, że to świetny pomysł, ale okazuje się, że zbudowanie
armaty zdolnej wystrzeliwać kamienne bryły na bliską orbitę jest dość
skomplikowane).
Byłem w tym parku już tyle razy, że w pamięci miałem wyrytą jego mapę,
wystarczyło więc zaledwie kilka kroków, abym poczuł, że porządek owego
świata został zaburzony, chociaż nie od razu potrafiłem stwierdzić,
co się zmieniło.
- Quentin - cichym, spokojnym głosem odezwała się Margo.
Wskazywała na coś. Dopiero wtedy zorientowałem się, gdzie zaszła zmiana.
Kilka metrów przed nami rósł dąb. Gruby, sękaty i wyglądający na wiekowy
- to nie było nowe. Po naszej prawej stronie znajdował się plac zabaw -
i to też nic nowego. Lecz oto o pień dębu bezwładnie opierał się ubrany
w szary garnitur mężczyzna. Nie ruszał się. Oto co było nowe. Otaczał go
krąg krwi, której na wpół zaschnięty strumień wypływał mu z ust. Usta
zaś miał otwarte w nienaturalny dla ust sposób. Jego blade czoło
obsiadły muchy.
- Nie żyje - oznajmiła Margo, jakbym sam nie potrafił tego stwierdzić.
Zrobiłem dwa małe kroki w tył. Pamiętam, iż wydawało mi się wtedy, że
jeśli wykonam jakiś nagły ruch, mężczyzna może się ocknąć i rzucić na
mnie. To mógł być zombie. Wiedziałem, że zombie nie istnieją, ale on z pewnością wyglądał jak potencjalny zombie.
Podczas gdy ja robiłem dwa kroki w tył, Margo zrobiła dwa równie małe i bezgłośne kroki w przód.
- Ma otwarte oczy - stwierdziła.
- Musimy iść do domu - wymamrotałem.
- Myślałam, że kiedy się umiera, zamyka się oczy.
- Margo, musimy iść do domu i komuś powiedzieć.
Postąpiła jeszcze o krok. Była teraz na tyle blisko, że gdyby wyciągnęła
rękę, mogłaby dotknąć stopy mężczyzny.
- Jak myślisz, co mu się stało? - zapytała. - Może to narkotyki albo coś
takiego.
Nie chciałem zostawiać Margo samej z martwym facetem, który mógł się
okazać atakującym zombie, jednak nie miałem również ochoty tkwić w miejscu i dyskutować o okolicznościach jego zgonu. Zebrałem się więc na
odwagę, zbliżyłem do Margo i złapałem ją za rękę.
- Margo, musimy natychmiast iść do domu!
- Okej, dobra.
Puściliśmy się biegiem w stronę naszych rowerów i poczułem, jak serce
podchodzi mi do gardła, zupełnie jakby działo się coś ekscytującego,
mimo iż wcale tak nie było. Wsiedliśmy na rowery i puściłem Margo
przodem, ponieważ płakałem, a nie chciałem, żeby to zobaczyła. Na
podeszwach jej fioletowych tenisówek ujrzałem krew. Jego krew. Krew
martwego faceta.
Chwilę później byliśmy już z powrotem w swoich domach. Moi rodzice
zadzwonili na 911, a kiedy w oddali usłyszałem syreny, chciałem iść
zobaczyć wozy policyjne, ale mama mi nie pozwoliła. Potem się
zdrzemnąłem.
Moi rodzice są terapeutami, co oznacza, że jestem naprawdę cholernie
dobrze przystosowany do życia. Kiedy się więc obudziłem z drzemki,
odbyłem z mamą długą rozmowę o cyklu życia i o tym, że śmierć jest jego
częścią, ale nie częścią, którą powinienem jakoś szczególnie zaprzątać
sobie głowę w wieku dziewięciu lat, i poczułem się lepiej. Szczerze
mówiąc, nigdy się tą sytuacją zbytnio nie przejąłem. O czymś to
świadczy, jako że miewam skłonność do notorycznego przejmowania się.
No bo co: znalazłem martwego faceta. Mały, rozkoszny dziewięcioletni ja
i moja jeszcze mniejsza, i jeszcze bardziej rozkoszna koleżanka z podwórka znaleźliśmy mężczyznę, z którego ust lała się krew, i ta krew
była na jej małych, rozkosznych tenisówkach, kiedy wracaliśmy rowerami
do domu. Wszystko to bardzo dramatyczne i w ogóle, ale co z tego? Nie
znałem faceta. Do cholery, ludzie, których nie znam, umierają przez cały
czas. Gdybym miał przechodzić załamanie nerwowe za każdym razem, kiedy
na świecie wydarza się coś okropnego, byłbym bardziej szurnięty niż
wściekły makak.
Tamtego wieczoru o dziewiątej poszedłem do swojego pokoju, bo dziewiąta
była godziną, o której powinienem być w łóżku. Mama otuliła mnie kołdrą,
powiedziała, że mnie kocha, a ja jej powiedziałem: "Do zobaczenia
jutro", ona odpowiedziała: "Do zobaczenia jutro", a potem zgasiła
światło i prawie zamknęła za sobą drzwi.
Kiedy obróciłem się na bok, zobaczyłem Margo Roth Spiegelman stojącą po
drugiej stronie okna z twarzą niemal wciśniętą w okienną moskitierę.
Wstałem i otworzyłem okno, ale siatka wciąż tkwiła między nami,
pikselizując jej twarz.
- Przeprowadziłam śledztwo - oświadczyła dość poważnym tonem. Nawet z bliska siatka rozmazywała jej twarz, ale zdołałem dostrzec, że Margo
trzyma w ręku mały notes i ołówek ze śladami zębów wokół gumki.
Spojrzała w dół na swoje notatki. - Pani Feldman z Jefferson Court
powiedziała mi, że facet nazywał się Robert Joyner i mieszkał na
Jefferson Road w jednym z tych mieszkań nad sklepem spożywczym, więc tam
poszłam i zobaczyłam kilku policjantów, i jeden z nich zapytał mnie, czy
pracuję dla szkolnej gazety, a ja powiedziałam, że nasza szkoła nie ma
gazety, a on na to, że skoro nie jestem dziennikarką, to odpowie na moje
pytania. Powiedział mi, że Robert Joyner miał trzydzieści sześć lat. Był
prawnikiem. Nie chcieli wpuścić mnie do jego mieszkania, ale drzwi w drzwi z nim mieszka kobieta o nazwisku Juanita Alvarez, więc do niej
poszłam i zapytałam, czy mogłabym pożyczyć szklankę cukru, a ona zaraz
mi powiedziała, że Robert Joyner zastrzelił się z pistoletu. Wtedy
zapytałam ją, dlaczego to zrobił, a ona na to, że się rozwodził i był z tego powodu smutny.
Tu Margo zamilkła, a ja tylko na nią patrzyłem, na jej szarą twarz,
rozświetloną przez księżyc i podzieloną przez splot siatki na tysiąc
małych kawałków. Jej szeroko otwarte, okrągłe oczy przeskakiwały znad
notesu na mnie i z powrotem.
- Mnóstwo ludzi się rozwodzi i się nie zabija - skomentowałem.
- Wiem - odparła podekscytowanym głosem. - To samo powiedziałam Juanicie
Alvarez. Ale wtedy ona powiedziała... - Margo przerzuciła kartkę -
...powiedziała, że pan Joyner był zgnębiony. Zapytałam, co to znaczy, a ona odparła tylko, że powinniśmy się za niego modlić i żebym zaniosła
mamie cukier, a ja powiedziałam "nieważne" i wyszłam.
I tym razem nie odezwałem się od razu. Chciałem tylko, aby nie
przestawała mówić - ten cichy głos napięty z podniecenia bliskim
odkryciem czegoś dawał mi poczucie, że właśnie przydarza mi się coś
ważnego.
- Myślę, że chyba wiem dlaczego - powiedziała Margo.
- Dlaczego?
- Może popękały w nim już wszystkie struny.
Usiłując wymyślić jakąś odpowiedź, wyciągnąłem rękę, nacisnąłem blokadę
na dzielącej nas moskitierze i ściągnąłem ją z okna. Postawiłem siatkę
na podłodze, ale Margo nie dała mi szansy powiedzenia czegokolwiek.
Zanim zdążyłem z powrotem usiąść, uniosła twarz w moją stronę i szepnęła:
- Zamknij okno.
Więc je zamknąłem. Myślałem, że Margo odejdzie, lecz ona wciąż stała w tym samym miejscu i tylko na mnie patrzyła. Pomachałem do niej i uśmiechnąłem się, ale jej oczy zdawały się utkwione w czymś za moimi
plecami, czymś potwornym, co sprawiło, że z twarzy odpłynęła jej krew,
ja zaś zbytnio się bałem, żeby się obejrzeć. Jednak za moimi plecami
niczego rzecz jasna nie było - no, może prócz tego martwego faceta.
Przestałem machać. Moja głowa znajdowała się teraz na wysokości głowy
Margo i wpatrywaliśmy się w siebie z przeciwległych stron szyby. Nie
pamiętam, jak to się skończyło - czy ja poszedłem do łóżka, czy ona
odeszła. W moich wspomnieniach ta scena nie ma końca. Trwamy tak, na
zawsze wpatrzeni w siebie.
Margo zawsze kochała tajemnice. W obliczu wydarzeń, które nastąpiły
potem, nigdy nie opuszczała mnie myśl, że być może kochała je tak
bardzo, że sama stała się tajemnicą.
Rozdział 1
1
Najdłuższy dzień mojego życia zaczął się z opóźnieniem. Tego środowego
poranka obudziłem się zbyt późno, zbyt dużo czasu spędziłem pod
prysznicem i w końcu nie pozostało mi nic innego, jak zabrać się do
śniadania o 7.17, dopiero gdy siedziałem na miejscu pasażera w minivanie
mojej mamy.
Zwykle jeździłem do szkoły razem z moim najlepszym przyjacielem Benem
Starlingiem, jednak Ben wyjechał do szkoły punktualnie, więc tego
poranka nie miałem z niego żadnego pożytku. "Punktualnie" w naszym
wypadku oznaczało trzydzieści minut przed właściwym rozpoczęciem lekcji,
ponieważ te pół godziny przed pierwszym dzwonkiem, spędzone na
wystawaniu przed bocznym wejściem do sali orkiestry szkolnej i gawędzeniu, było najważniejszym wydarzeniem w naszym kalendarzu
towarzyskim. Duża grupa moich znajomych należała do orkiestry, co
wiązało się z tym, że większość wolnego czasu w szkole spędzałem w odległości pięciu metrów od sali muzycznej. Sam nie byłem członkiem
orkiestry, ponieważ cierpię na ten rodzaj muzycznej głuchoty, który w zasadzie utożsamiany jest z absolutną głuchotą. Byłem spóźniony
dwadzieścia minut, co formalnie rzecz biorąc, oznaczało, że i tak będę w szkole na dziesięć minut przed rozpoczęciem lekcji.
Siedząca za kierownicą mama wypytywała mnie o lekcje, egzaminy końcowe i bal pożegnalny na zakończenie szkoły.
- Nie uznaję balów pożegnalnych - przypomniałem jej, kiedy wchodziła w zakręt. Z wprawą przechyliłem miskę pełnoziarnistych płatków
śniadaniowych z rodzynkami, kompensując siłę grawitacji. To dla mnie nie
pierwszyzna.
- Cóż, nic by się chyba nie stało, gdybyś po prostu poszedł z jakąś
koleżanką. Jestem pewna, że mógłbyś zaprosić Cassie Hiney. - Owszem,
mogłem zaprosić Cassie Hiney, która istotnie
była bardzo miła, sympatyczna i urocza, pomimo niezwykle niefortunnego
nazwiska1.
- Nie chodzi tylko o to, że nie lubię balów pożegnalnych. Nie lubię
także ludzi, którzy je lubią - wyjaśniłem, choć w rzeczywistości nie
była to prawda. Ben miał totalnego bzika na punkcie balu.
Mama skręciła na szkolny parking, a ja przytrzymałem prawie pustą już
miskę obiema rękami, bo właśnie przejeżdżaliśmy przez próg zwalniający.
Zerknąłem na parking dla uczniów ostatniej klasy. Srebrna honda Margo
Roth Spiegelman była zaparkowana tam, gdzie zawsze. Mama wjechała
minivanem w ślepą uliczkę prowadzącą do sali orkiestry i pocałowała mnie
w policzek. Dostrzegłem Bena i moich pozostałych przyjaciół stojących w półkręgu.
Podszedłem do nich, a półkole płynnie się rozsunęło, by zrobić dla mnie
miejsce. Rozmawiali o mojej eksdziewczynie Suzie Chung, która grała na
wiolonczeli i najwyraźniej wywołała niemałe poruszenie, umawiając się z baseballistą, znanym jako Taddy Mac. Czy to było jego prawdziwe imię -
nie wiedziałem. W każdym razie Suzie postanowiła iść na bal z Taddym
Makiem. Kolejna ofiara.
- Stary - powitał mnie stojący naprzeciwko Ben. Dał mi znak głową i obrócił się na pięcie. Wyszedłem z kręgu i w ślad za nim wszedłem do
budynku. Ben, niskie stworzenie o oliwkowej karnacji, które co prawda
weszło w okres dojrzewania, ale nigdy nie weszło weń zbyt głęboko, był
moim najlepszym przyjacielem od piątej klasy, kiedy to obaj w końcu
przyznaliśmy się do faktu, że żaden z nas nie ma dużych szans na innego
najlepszego przyjaciela. A prócz tego Ben bardzo się starał, a mnie to
się podobało. Zazwyczaj.
- Co nowego? - zapytałem. Staliśmy bezpiecznie na korytarzu, rozmowy
innych zagłuszały nasze słowa.
- Radar idzie na bal - oznajmił posępnie Ben. Radar był naszym drugim
najlepszym przyjacielem. Nazwaliśmy go "Radar", bo wyglądał jak ten mały
gość w okularach, Radar, ze starego serialu telewizyjnego M*A*S*H,
tyle tylko że: 1. telewizyjny Radar nie był czarnoskóry i 2. jakiś czas
po nadaniu mu tego przezwiska nasz Radar urósł około piętnastu
centymetrów i zaczął nosić szkła kontaktowe, więc zapewne 3. w istocie
wcale nie wyglądał jak ten facet z M*A*S*H, ale 4. na trzy i pół
tygodnia przed zakończeniem szkoły średniej nie mieliśmy najmniejszego
zamiaru wymyślać mu nowego przezwiska.
- Z tą dziewczyną, Angelą? - upewniłem się. Radar nigdy nic nam nie
opowiadał o swoim życiu miłosnym, co jednak nie przeszkadzało nam w częstym spekulowaniu na ten temat.
Ben przytaknął i powiedział:
- Pamiętasz mój wielki plan, żeby zaprosić na bal którąś ze świeżynek,
bo to jedyne dziewczyny, które nie znają historii o Krwawym Benie? -
Skinąłem głową. - No więc - ciągnął Ben - dziś rano jakaś słodka mała
królisia z dziewiątej klasy podeszła do mnie i zapytała, czy to ja
jestem Krwawy Ben, a kiedy zacząłem jej tłumaczyć, że to była infekcja
nerek, zachichotała i uciekła. Więc już po sprawie.
W dziesiątej klasie Ben był hospitalizowany z powodu infekcji nerek, ale
Becca Arrington, najlepsza przyjaciółka Margo, rozpuściła plotkę, że
prawdziwym powodem tego, że Ben miał w moczu krew, była chroniczna
masturbacja. Pomimo swej bezpodstawności z medycznego punktu widzenia od
tamtej pory ta historia prześladowała Bena.
- No to lipa - stwierdziłem.
Ben zaczął kreślić nowe plany znalezienia partnerki na bal, ale ja
słuchałem go tylko jednym uchem, bo pośród gęstniejącej ludzkiej masy
tłoczącej się w korytarzu dostrzegłem Margo Roth Spiegelman. Stała przy
szafce na książki razem ze swoim chłopakiem Jase'em. Miała na sobie
białą spódnicę do kolan i bluzkę w niebieskie wzory. Widziałem jej
obojczyk. Śmiała się z czegoś przezabawnego z pochylonymi do przodu
ramionami, od zewnętrznych kącików jej wielkich oczu rozchodziły się
delikatne linie, a usta miała szeroko otwarte. Jednak najwyraźniej nie
śmiała się z niczego, co powiedział Jase, bo nie patrzyła na niego,
tylko w kierunku rzędu szafek po przeciwnej stronie korytarza. Podążyłem
w ślad za jej spojrzeniem i zobaczyłem Beccę Arrington, uwieszoną na
jakimś baseballiście niczym ozdoba na bożonarodzeniowej choince.
Posłałem Margo uśmiech, choć wiedziałem, że mnie nie widzi.
- Stary, powinieneś do niej uderzyć i tyle. Zapomnij o Jasie. Boże, ależ
z niej lukrowana królisia. - Kiedy przemierzaliśmy korytarz, spoglądałem
na nią ukradkiem poprzez tłum, utrwalając sobie w pamięci migawki
składające się na serię fotografii pod tytułem: "Ideał stoi w miejscu
mijany przez śmiertelników". Kiedy znalazłem się bliżej, pomyślałem,
że może jednak wcale się nie śmiała. Może coś ją zaskoczyło albo dostała
prezent, czy coś w tym stylu. Wydawało się, że nie może zamknąć ust.
- No - rzuciłem do Bena, nadal nie słuchając, nadal starając się nasycić
jej widokiem bez zwracania na siebie uwagi. Nie chodziło nawet o to, że
była tak ładna. Margo była wprost niesamowita, i to całkiem dosłownie. W końcu zbyt się od niej oddaliliśmy, zbyt wiele osób przechodziło między
nią a mną i nigdy nie znalazłem się wystarczająco blisko, by choć
usłyszeć jej głos albo dowiedzieć się, cóż to była za zabawna
niespodzianka. Ben pokręcił głową, bo już tysiąc razy widział, jak na
nią patrzę, i był do tego przyzwyczajony.
- Daj spokój, fajna z niej laska, ale nie aż tak fajna. Wiesz, kto jest naprawdę wystrzałowy?
- Kto? - zapytałem.
- Lacey - odparł. Druga najlepsza przyjaciółka Margo. - No i twoja mama.
Stary, widziałem, jak cię całowała w policzek dziś rano, i daruj mi, ale
przysięgam na Boga, pomyślałem sobie: "Rany, chciałbym być na miejscu Q.
A do tego chciałbym, żeby moje policzki miały penisy".
Dźgnąłem go łokciem w żebra, ale wciąż myślałem o Margo, bo była dla
mnie jedyną legendą z sąsiedztwa. Margo Roth Spiegelman, której
sześciosylabowe imię i nazwisko często były wymawiane w pełnym brzmieniu
z nutą cichej rewerencji. Margo Roth Spiegelman, której opowieści o heroicznych przygodach przetaczały się przez szkołę niczym letnia
nawałnica: staruszek mieszkający w walącym się domu w Hot Coffee w stanie Missisipi nauczył Margo grać na gitarze; Margo Roth Spiegelman
przez trzy dni podróżowała z cyrkiem (uważali, że ma potencjał na
trapezie); Margo Roth Spiegelman wypiła kubek ziołowej herbaty z The
Mallionaires za kulisami po koncercie w St. Louis, podczas gdy oni pili
whisky; Margo Roth Spiegelman weszła na ów koncert, mówiąc bramkarzom,
że jest dziewczyną basisty i czy jej nie poznają, i serio, dajcie
spokój, chłopaki, nazywam się Margo Roth Spiegelman, i jeśli wejdziecie
tam i powiecie basiście, żeby rzucił na mnie okiem, albo powie wam, że
jestem jego dziewczyną, albo że chciałby, żebym nią była, więc bramkarz
to zrobił, a basista powiedział: "No jasne, to moja dziewczyna, wpuście
ją na show", a jeszcze później ów basista chciał się z nią umówić, a ona
dała kosza basiście z The Mallionaires.
Kiedy opowiadano sobie te historie, nieuchronnie kończyło je pytanie:
"Dacie wiarę?". Często nie wierzyliśmy, jednak opowieści zawsze
okazywały się prawdziwe.
Dotarliśmy do naszych szafek. Radar stał oparty o szafkę Bena, pisząc
coś na tablecie.
- A więc idziesz na bal - zagaiłem. Podniósł na mnie wzrok i zaraz znów
go opuścił.
- Usuwam w Omniklopedii skutki wandalizmu w artykule o byłym premierze
Francji. Wczoraj w nocy ktoś wykasował całą treść, a na jej miejsce
wpisał zdanie: "Jacques Chirac to gey", co, jak wiadomo, jest niezgodne
zarówno ze stanem faktycznym, jak i z zasadami ortografii.
Radar jest pełnoetatowym redaktorem tworzonej przez użytkowników
internetowej encyklopedii o nazwie Omniklopedia. Całe jego życie
podporządkowane jest nadzorowaniu Omniklopedii i dbaniu o jej dobro. To
tylko jeden z wielu powodów, dla których fakt, że Radar ma partnerkę na
bal, był nieco zaskakujący.
- A więc idziesz na bal - powtórzyłem.
- Sorry - bąknął, nie podnosząc wzroku. Fakt, że jestem przeciwnikiem
balu pożegnalnego, był powszechnie znany. Żaden jego aspekt absolutnie
mnie nie pociągał - ani wolny taniec, ani szybki taniec, ani suknie, a już z całą pewnością nie wypożyczany smoking. Wypożyczanie smokingu
jawiło mi się jako znakomity sposób na złapanie jakiejś paskudnej
choroby od poprzedniego "najemcy", a nie aspirowałem do tytułu jedynego
na świecie prawiczka z wszami łonowymi.
- Stary - odezwał się Ben do Radara - młode kicie znają historię o Krwawym Benie. - Radar w końcu oderwał się od komputera i współczująco
pokiwał głową. - W tej sytuacji - ciągnął Ben - dwie pozostające mi
strategie to albo kupić partnerkę na bal w internecie, albo polecieć do
Missouri i porwać jakąś małą, śliczną, wykarmioną kukurydzą królisię.
Kiedyś próbowałem wytłumaczyć Benowi, że "królisia" brzmi raczej
seksistowsko i tandetnie niż retro i cool, ale on nie zamierzał porzucać
swoich zwyczajów. Mówił "królisia" nawet na własną matkę. Był
niereformowalny.
- Zapytam Angelę, czy kogoś nie zna - zaoferował Radar. - Chociaż
znalezienie ci partnerki na bal będzie trudniejsze niż przemienienie
ołowiu w złoto.
- Znalezienie ci partnerki na bal jest tak przygniatającym zadaniem, że
samej hipotezy jego realizacji używa się do rozkruszania diamentów -
dodałem.
Radar dwukrotnie uderzył pięścią w szafkę na książki, wyrażając swą
aprobatę, i dorzucił:
- Ben, znalezienie ci partnerki na bal jest tak poważnym problem, że
rząd Stanów Zjednoczonych uważa, iż nie sposób rozwiązać go na drodze
dyplomatycznej i konieczne jest użycie siły.
Usiłowałem wymyślić coś jeszcze, kiedy wszyscy trzej równocześnie
dostrzegliśmy idący ku nam z jakimś zamiarem człekokształtny zbiornik na
sterydy anaboliczne znany jako Chuck Parson. Chuck Parson nie brał
udziału w zajęciach sportowych, ponieważ to odwracałoby jego uwagę od
większego celu w życiu: aby pewnego dnia zostać skazanym za morderstwo.
- Hej, cioty! - zawołał.
- Chuck - odparłem na tyle przyjaźnie, na ile mogłem się zdobyć. Przez
ostatnich kilka lat Chuck nie przysparzał nam poważniejszych kłopotów -
najwyraźniej ktoś w Krainie Fajnych Ludzi wydał edykt, żeby zostawił nas
w spokoju. Było więc raczej niezwykłe, że w ogóle się do nas odezwał.
Może dlatego, że przemówiłem, a może nie, Chuck uderzył dłońmi w szafki
po obu stronach mojej głowy, a następnie pochylił się ku mnie na tyle
blisko, że mogłem poczuć zapach jego pasty do zębów:
- Co wiesz o Margo i Jasie?
- Ehm - bąknąłem. Zebrałem w myślach wszystko, co o nich wiedziałem:
Jase był pierwszym i jedynym poważnym chłopakiem Margo Roth Spiegelman.
Zaczęli ze sobą chodzić pod sam koniec zeszłego roku. Po wakacjach oboje
wybierali się na Uniwersytet Florydzki. Jase dostał tam stypendium dla
baseballistów. Nigdy nie był u niej w domu, jedynie po nią przyjeżdżał.
Ona nigdy nie okazywała, że jakoś szczególnie go lubi, ale z drugiej
strony Margo nigdy nie okazywała, że lubi kogokolwiek. - Nic -
powiedziałem w końcu.
- Nie leć sobie ze mną w kulki - warknął.
- Ja ledwo ją znam - powiedziałem, co było bliskie prawdy.
Rozważał przez chwilę moją odpowiedź, podczas gdy ja usilnie starałem
się nie odwrócić wzroku od jego blisko osadzonych oczu. Skinął lekko
głową, odepchnął się od szafek i poszedł na swoją pierwszą tego ranka
lekcję: pielęgnacja i żywienie mięśni piersiowych. Rozbrzmiał drugi
dzwonek. Minuta do lekcji. Radar i ja mieliśmy analizę matematyczną; Ben
- matematykę dyskretną. Nasze klasy przylegały do siebie, więc
ruszyliśmy razem w ich kierunku, nas trzech w jednym szeregu, licząc na
to, że fala naszych kolegów i koleżanek z klasy rozstąpi się na tyle, by
nas przepuścić, co też się stało.
- Ben, znalezienie ci partnerki na bal jest tak trudne, że tysiąc małp
piszących na tysiącu maszyn do pisania przez tysiąc lat nawet raz nie
napisałoby "Pójdę z Benem na bal" - powiedziałem.
Ben nie mógł się oprzeć pokusie ostatecznego pognębienia się:
- Moje widoki na bal są tak marne, że babcia Q dała mi kosza.
Powiedziała, że czeka, aż zaprosi ją Radar.
Radar powoli pokiwał głową.
- To prawda, Q. Twoja babcia uwielbia czarnych braci.
Tak żałośnie łatwo było zapomnieć o Chucku, rozmawiać o balu, mimo że
bal guzik mnie obchodził. Takie było życie tego poranka: nic tak
naprawdę nie miało znaczenia, ani te dobre sprawy, ani te złe. Byliśmy
zajęci zabawianiem siebie nawzajem i całkiem dobrze nam to szło.
Kolejne trzy godziny spędziłem w różnych klasach, usiłując nie spoglądać
na zegary nad różnymi tablicami, ostatecznie jednak spoglądając na te
zegary i dziwiąc się, że minęło zaledwie kilka minut, odkąd zerkałem na
nie po raz ostatni. Miałem prawie cztery lata doświadczenia w obserwowaniu tych zegarów, ale ich ślamazarność nigdy nie przestała mnie
zaskakiwać. Jeśli ktoś mi kiedyś powie, że został mi jeden dzień życia,
udam się prosto ku świętym korytarzom Winter Park High School, gdzie
jeden dzień zwykł trwać tysiąc lat.
Chociaż zdawało mi się, że trzecia tego dnia lekcja nigdy się nie
skończy, fizyka jednak minęła i już siedziałem w stołówce z Benem. Radar
miał przerwę na lunch dopiero na piątej przerwie, razem z resztą naszych
znajomych, więc Ben i ja zwykle siedzieliśmy sami, oddaleni o kilka
krzeseł od znanej nam grupki z kółka teatralnego. Dzisiaj obaj jedliśmy
minipizzę z pepperoni.
- Dobra pizza - zauważyłem. Ben z roztargnieniem pokiwał głową. - Co się
stało? - zapytałem.
- Nic - przemówił z pełnymi ustami. Przełknął. - Wiem, że myślisz, że to
głupie, ale ja chcę iść na bal.
- 1. Owszem, uważam, że to głupie; 2. Jak chcesz iść, to idź; 3. O ile
się nie mylę, nikogo jeszcze nawet nie zapytałeś.
- Zapytałem Cassie Hiney na analizie. Napisałem jej liścik. - Uniosłem
pytająco brwi. Ben sięgnął do kieszeni szortów i podsunął mi mocno
pognieciony kawałek papieru. Rozwinąłem go i przeczytałem:
Ben!
Bardzo chciałabym pójść z Tobą na bal, ale umówiłam się już z Frankiem.
Sorry!
C.
Zwinąłem papier i przesunąłem go po stole do Bena. Przypomniało mi się,
jak grywaliśmy na tych stołach w papierową piłkę nożną.
- To przykre - powiedziałem.
- E tam, mniejsza z tym. - Ściany dźwięku wokół nas zdawały się nas
osaczać, więc zamilkliśmy na chwilę, a potem Ben spojrzał na mnie bardzo
poważnym wzrokiem i oświadczył: - Mam zamiar poużywać sobie w college'u.
Mam zamiar znaleźć się w Księdze rekordów Guinnessa w kategorii
"Największa liczba zaspokojonych króliś".
Parsknąłem śmiechem. Właśnie rozmyślałem o tym, że rodzice Radara
naprawdę są w Księdze Guinnessa, kiedy
zobaczyłem, że obok nas stanęła ładna afroamerykańska dziewczyna z krótkimi nastroszonymi dredami. Minęła chwila, zanim zorientowałem się,
że to Angela, domniemana dziewczyna Radara.
- Cześć - zwróciła się do mnie.
- Hej - odpowiedziałem. Mieliśmy razem lekcje i znałem ją z widzenia,
ale nigdy nie mówiliśmy sobie "cześć" na korytarzu, ani nic w tym stylu.
Zaprosiłem ją gestem, by usiadła. Przysunęła sobie krzesło do szczytu
stołu.
- Zdaje się, że wy dwaj znacie Marcusa lepiej niż ktokolwiek inny -
powiedziała, używając prawdziwego imienia Radara. Pochyliła się ku nam,
opierając łokcie na stole.
- To gówniana robota, ale ktoś musi to robić - odpowiedział z uśmiechem
Ben.
- Myślicie, że on, no wiecie, wstydzi się mnie?
Ben się roześmiał.
- Co? Nie!
- Na dobrą sprawę - dodałem - to ty powinnaś się wstydzić jego.
Przewróciła oczami i uśmiechnęła się jak dziewczyna przyzwyczajona do
komplementów.
- Ale jednak nigdy mnie nie zaprosił, żeby coś z wami porobić.
- Aha - powiedziałem, kiedy w końcu dotarło do mnie, o co jej chodzi. -
To dlatego, że on wstydzi się nas.
Zaśmiała się.
- Wydajecie się całkiem normalni.
- Jeszcze nie widziałaś, jak Ben wciąga nosem sprite'a, a potem wypluwa
go ustami - ostrzegłem.
- Wyglądam jak obłąkana gazowana fontanna - dopowiedział ze śmiertelną
powagą Ben.
- Ale serio, mówicie, że mam się nie przejmować? No bo chodzimy ze sobą
już pięć tygodni, a on nigdy nawet nie zaprosił mnie do siebie do domu.
Wymieniliśmy z Benem spojrzenia, a ja zasłoniłem usta, by stłumić
śmiech.
- Co? - dopytywała się Angela.
- Nic - odpowiedziałem. - Serio, Angela, gdyby zmuszał cię do spędzania
czasu z nami i ciągle zabierał cię do swojego domu...
- ...z całą pewnością znaczyłoby to, że cię nie
lubi - dokończył Ben.
- Ma dziwnych rodziców?
Głowiłem się, jak szczerze odpowiedzieć na to pytanie.
- Hm, nie. Są spoko. Tylko chyba nieco nadopiekuńczy.
- Właśnie, nadopiekuńczy - zgodził się trochę zbyt szybko Ben.
Uśmiechnęła się i wstała, mówiąc, że musi się jeszcze z kimś przywitać
przed końcem przerwy na lunch. Ben odczekał, aż Angela odejdzie, zanim
powiedział:
- Ta dziewczyna jest niesamowita.
- Wiem - odparłem. - Ciekawe, czy udałoby nam się zastąpić nią Radara?
- Tyle że ona nie zna się chyba zbyt dobrze na komputerach. Potrzebujemy
kogoś, kto zna się na komputerach. Poza tym założę się, że jest
beznadziejna w "Odrodzeniu". - To była nasza ulubiona gra komputerowa.
- A przy okazji - dodał Ben - niezły manewr z tym stwierdzeniem, że
starzy Radara są nadopiekuńczy.
- Nie do mnie należy poinformowanie jej o tym.
- Ciekawe, jak długo potrwa, zanim dane jej będzie zwiedzić Rezydencję i Muzeum Drużyny Radara - uśmiechnął się Ben.
Przerwa dobiegała już końca, więc Ben i ja wstaliśmy i odstawiliśmy
nasze tace na taśmę. Dokładnie tę samą, na którą Chuck Parson rzucił
mnie na początku szkoły średniej, posyłając do przerażającego
podziemnego świata oddziałów pomywaczy Winter Park High School.
Ruszyliśmy w stronę szafki Radara i staliśmy tam, dopóki nie przybiegł
do nas tuż po pierwszym dzwonku.
- Na wiedzy o społeczeństwie doszedłem do wniosku, że gotów byłbym
naprawdę, dosłownie ssać ośle jądra, jeśli dzięki temu mógłbym darować
sobie ten przedmiot przez resztę semestru - obwieścił.
- Z oślich jąder można się wiele dowiedzieć o społeczeństwie - zgodziłem
się. - A właśnie, mówiąc o powodach, dla których żałujesz, że nie masz
przerwy na lunch razem z nami - właśnie jedliśmy z Angelą.
Ben uśmiechnął się znacząco do Radara, podejmując wątek:
- No, i ona chce wiedzieć, dlaczego nigdy jeszcze nie była u ciebie w domu.
Radar zaczął robić długi wydech, wprowadzając jednocześnie za pomocą
pokrętła kod otwierający szafkę. Wydychał powietrze tak długo, że
pomyślałem, iż zaraz chyba straci przytomność.
- Szlag by to - powiedział w końcu.
- Czyżbyś czegoś się wstydził? - zapytałem z uśmiechem.
- Zamknij się - odpowiedział, dźgając mnie łokciem w brzuch.
- Mieszkasz w uroczym domu. - Nie zrażałem się.
- Poważnie, stary - dodał Ben. - To naprawdę fajna dziewczyna. Nie
rozumiem, dlaczego nie miałbyś jej przedstawić swoim rodzicom i oprowadzić po Casa Radar.
Radar wrzucił książki do szafki i ją zatrzasnął. Gwar rozmów wokół nas
akurat nieco ucichł, kiedy zwrócił oczy ku niebu i krzyknął:
- TO NIE MOJA WINA, ŻE MOI RODZICE POSIADAJĄ NAJWIĘKSZĄ NA ŚWIECIE
KOLEKCJĘ CZARNOSKÓRYCH MIKOŁAJÓW!
Słyszałem, jak Radar mówi "największa na świecie kolekcja czarnoskórych
mikołajów" prawdopodobnie tysiąc razy w moim życiu, ale nigdy ani trochę
nie przestało mnie to śmieszyć. Jednak Radar nie żartował. Pamiętam
pierwszy raz, kiedy do niego przyszedłem. Miałem może trzynaście lat.
Była wiosna, wiele miesięcy po świętach Bożego Narodzenia, a mimo to
parapety okien zastawione były czarnoskórymi mikołajami. Czarnoskóre
mikołaje powycinane z tektury zwisały z poręczy schodów. Czarne świeczki
w kształcie mikołajów przystrajały stół jadalni. Obraz olejny
przedstawiający czarnoskórego Świętego Mikołaja wisiał nad kominkiem,
którego gzyms także był zastawiony czarnymi figurkami mikołajów. Mieli
sprowadzony z Namibii podajnik do pudrowych dropsów Pez, z głową
czarnoskórego Świętego Mikołaja. Podświetlany, plastikowy czarnoskóry
mikołaj, który od Święta Dziękczynienia do Nowego Roku stał w ogródku
wielkości znaczka pocztowego przed ich domem, resztę roku spędzał,
dumnie trzymając wartę w kącie łazienki dla gości - łazienki z tapetą w czarnoskóre mikołaje własnoręcznie wykonaną za pomocą farby i gąbki w kształcie mikołaja. Każdy pokój w ich domu, z wyjątkiem pokoju Radara,
tonął w czarnoskórych mikołajowych bytach - z gipsu i z plastiku, i z marmuru, i z gliny, i z drewna, i z żywicy, i z tkaniny. Łącznie
kolekcja rodziców Radara liczyła ponad tysiąc dwieście czarnoskórych
mikołajów wszelkiego rodzaju. Jak głosiła tablica przy drzwiach
wejściowych, dom Radara był oficjalnie zarejestrowanym Obiektem
Reprezentacyjnym Świętego Mikołaja, zatwierdzonym przez Towarzystwo ds.
Bożego Narodzenia.
- Powinieneś jej po prostu powiedzieć, stary - poradziłem. - Musisz
powiedzieć jej prosto z mostu: "Angela, naprawdę cię lubię, ale jest
coś, o czym powinnaś wiedzieć: kiedy pójdziemy do mnie do domu, by sobie
pogruchać, będzie nas obserwować dwa tysiące czterysta oczu należących
do tysiąca dwustu czarnoskórych mikołajów".
Radar przejechał dłonią po swoich ściętych na jeża włosach i potrząsnął
głową.
- Taa, raczej nie ujmę tego dokładnie w ten sposób, ale zajmę się tym.
Odmaszerowałem na lekcję wiedzy o społeczeństwie; Ben na zajęcia
fakultatywne z projektowania gier komputerowych. Obserwowałem zegary
jeszcze przez dwie godziny lekcyjne, a kiedy zajęcia wreszcie się
skończyły, po mojej klatce piersiowej promieniście rozeszło się uczucie
ulgi - koniec każdego dnia był niczym próba generalna przed wypadającym
za mniej niż miesiąc ukończeniem szkoły średniej.
Wróciłem do domu. Na wczesny obiad zjadłem dwie kanapki z masłem
orzechowym i dżemem. Obejrzałem w telewizji pokera. O szóstej wrócili do
domu moi rodzice, przytulili się nawzajem, potem przytulili mnie. Na
obiadokolację zjedliśmy zapiekankę z makaronu. Zapytali mnie o szkołę.
Zapytali mnie o bal pożegnalny. Pozachwycali się, jaką to wspaniałą
robotę wykonali, wychowując mnie. Opowiedzieli mi o swoim dniu, podczas
którego zajmowali się ludźmi wychowanymi znacznie mniej wspaniale.
Poszli oglądać telewizję. Ja poszedłem do swojego pokoju sprawdzić
maile. Napisałem notatkę na temat Wielkiego Gatsby'ego na angielski.
Przeczytałem kilka artykułów z "The Federalist Papers" w ramach
wczesnych przygotowań do egzaminu końcowego z wiedzy o społeczeństwie.
Czatowałem przez chwilę z Benem, potem online pojawił się także Radar. W naszej rozmowie czterokrotnie użył frazy "największa na świecie kolekcja
czarnoskórych mikołajów" i za każdym razem wybuchałem śmiechem.
Powiedziałem mu, że cieszę się, że ma dziewczynę. On napisał, że to
będzie wspaniałe lato. Przyznałem mu rację. Był piąty maja, ale równie
dobrze mógł to być każdy inny dzień. Moje dni nacechowane były przyjemną
identycznością. Zawsze to lubiłem: lubiłem rutynę. Lubiłem czuć się
znudzony. Nie chciałem tego, ale to lubiłem. A zatem piąty maja mógł być
dniem jak każdy inny - aż do chwili tuż przed północą, kiedy Margo Roth
Spiegelman otworzyła niezabezpieczone siatką okno mojej sypialni po raz
pierwszy, odkąd przed dziewięciu laty kazała mi je zamknąć.
Rozdział 2
2
Obróciłem się na dźwięk otwieranego okna i ujrzałem wpatrujące się we
mnie niebieskie oczy Margo. Z początku widziałem wyłącznie jej oczy,
jednak kiedy mój wzrok przywykł do ciemności, zauważyłem, że Margo ma
twarz pomalowaną czarną farbą, a na głowie czarny kaptur.
- Uprawiasz cyberseks?
- Czatuję z Benem Starlingiem.
- To nie jest odpowiedź na moje pytanie, zboku.
Roześmiawszy się z zakłopotaniem, podszedłem do okna i uklęknąłem. Moja
twarz znajdowała się teraz kilkanaście centymetrów od jej twarzy. Nie
miałem pojęcia, dlaczego Margo tu była, pod moim oknem, w tym stroju.
- Czemu zawdzięczam tę przyjemność? - zapytałem. Margo i ja nadal
byliśmy w koleżeńskich stosunkach, jak sądzę, jednak nie była to
komitywa w rodzaju: spotkajmy się w środku nocy z twarzami pomalowanymi
czarną farbą. Do tego typu akcji z pewnością miała przyjaciół. Ja zaś
nie należałem do ich grona.
- Potrzebny mi twój samochód - wyjaśniła.
- Nie mam samochodu - wyznałem, poruszając tym samym dość drażliwą dla
mnie kwestię.
- No to potrzebny mi samochód twojej mamy.
- Masz własny samochód - zauważyłem.
Margo wydęła policzki i westchnęła.
- Zgadza się, ale problem w tym, że rodzice zabrali kluczyki do mojego
samochodu i zamknęli je w sejfie, który włożyli pod swoje łóżko, a w ich
pokoju śpi Myrna Mountweazel2. - To był pies Margo. - A Myrna Mountweazel dostaje cholernego świra, kiedy tylko znajdę się w jej
polu widzenia. Jasne, że mogłabym się wślizgnąć do środka, wykraść ten
sejf, rozbić go, zabrać kluczyki i odjechać, ale prawda jest taka, że
zwyczajnie szkoda zachodu, bo Myrna Mountweazel zacznie szczekać jak
opętana, jeśli choćby lekko uchylę drzwi. Więc jak już mówiłam,
potrzebny mi samochód. No i ty musisz prowadzić, bo mam jedenaście spraw
do załatwienia dzisiejszej nocy, a co najmniej pięć z nich wymaga
kierowcy w pełnej gotowości do ucieczki.
Kiedy przestawałem skupiać wzrok, Margo stawała się samymi oczami,
unoszącymi się w eterze. Ale kiedy ponownie koncentrowałem na niej
spojrzenie, mogłem rozróżnić kontury twarzy i jeszcze mokrą farbę na
skórze. Kości policzkowe Margo tworzyły wraz z brodą trójkątny kształt,
a czarne jak smoła wargi układały się w ledwo zauważalny uśmiech.
- Jakieś przestępstwa? - zapytałem.
- Hmm - westchnęła. - Przypomnij mi, czy włamanie z wtargnięciem to
przestępstwo.
- Nie - odpowiedziałem stanowczo.
- Nie, to nie jest przestępstwo, pomożesz mi?
- Nie, nie pomogę ci. Nie możesz zwerbować którejś ze swoich służek,
żeby cię woziły?
Lacey i/lub Becca zawsze były na każde jej skinienie.
- Ściśle rzecz biorąc, one są częścią problemu - powiedziała Margo.
- Co to za problem?
- Jest jedenaście problemów - odparła zniecierpliwiona.
- Żadnych przestępstw - zaznaczyłem.
- Przysięgam na Boga, że nikt nie będzie ci kazał popełniać
przestępstwa.
W tym momencie zapaliły się wszystkie światła wokół domu Margo. Jednym
błyskawicznym ruchem wykonała salto przez moje okno i przetoczyła się
pod moje łóżko. Kilka sekund później na ganku stanął jej ojciec.
- Margo! - krzyknął. - Widziałem cię!
Spod mojego łóżka dobiegło mnie stłumione "Chryste!". Margo wyskoczyła
spod łóżka, wyprostowała się, podeszła do okna i odkrzyknęła:
- Wyluzuj, tato! Ja tylko usiłuję pogadać trochę z Quentinem. Zawsze mi
powtarzasz, jak wspaniały mógłby mieć na mnie wpływ i w ogóle.
- Więc tylko ucinasz sobie pogawędkę z Quentinem?
- Tak.
- To dlaczego masz twarz pomalowaną na czarno?
Margo zawahała się tylko przez moment.
- Tato, odpowiedź na to pytanie wymagałaby wielogodzinnego opisu
wcześniejszych wydarzeń, a wiem, że jesteś prawdopodobnie bardzo
zmęczony, więc może wróć do...
- Do domu! - zagrzmiał. - W tej chwili!
Margo chwyciła mnie z koszulę, szepcząc mi do ucha: "Za minutę będę z powrotem", a potem wyszła przez okno.
Gdy tylko wyszła, zabrałem z biurka kluczyki do samochodu. Kluczyki są
moje, samochód pechowo nie. Na szesnaste urodziny rodzice wręczyli mi
bardzo mały prezent, a ja wiedziałem już w chwili, kiedy mi go dawali,
że to kluczyki do samochodu, i niemal się posikałem, bo stale mi
powtarzali, że nie stać ich na sprezentowanie mi samochodu. Jednak kiedy
wręczali mi to maleńkie, zawinięte w ozdobny papier pudełko,
zrozumiałem, że przez cały ten czas mnie zwodzili i że jednak dostanę
samochód. Rozerwałem papier i otworzyłem pudełeczko. Rzeczywiście
znajdowały się w nim kluczyki.
Przy bliższym oglądzie okazało się jednak, że znajdowały się w nim
kluczyki do chryslera. Kluczyki do minivana Chryslera. Do tego samego
minivana Chryslera, którego właścicielem była moja matka.
- Mój prezent to kluczyki do twojego samochodu? - zapytałem mamę.
- Tom - zwróciła się do taty - mówiłam ci, że będzie sobie robił
nadzieje.
- Och, nie zrzucaj winy na mnie - bronił się tata. - Ty po prostu
sublimujesz swoją frustrację z powodu moich zarobków.
- Czy ta błyskawiczna analiza nie jest aby odrobinę pasywno-agresywna? -
zripostowała mama.
- Czy retoryczne oskarżenia o pasywną agresję nie są w swej naturze
pasywno-agresywne? - odparował tata i kontynuowali tę wymianę zdań
jeszcze przez dobrą chwilę.
Krótko mówiąc, sytuacja przedstawiała się następująco: miałem dostęp do
tego cudu na kółkach, jakim jest najnowszy model minivana Chryslera,
wyjąwszy czas, w którym jeździła nim mama. A ponieważ jeździła nim
codziennie do pracy, mogłem korzystać z samochodu wyłącznie w weekendy.
No, w weekendy i w środku głuchej nocy.
Powrót do mojego okna zajął Margo tylko trochę dłużej niż obiecaną
minutę. A mimo to pod jej nieobecność zdążyłem znowu się zawahać.
- Jutro jest szkoła - przypomniałem jej.
- Tak, wiem - odparła Margo. - Jutro jest szkoła i pojutrze też, a rozmyślanie nad tym zbyt długo może doprowadzić dziewczynę do szału.
Więc zgoda, jest środek tygodnia. Właśnie dlatego musimy już iść, żeby
do rana wrócić.
- No nie wiem.
- Q - powiedziała - Q. Kochanie. Od jak dawna jesteśmy bliskimi
przyjaciółmi?
- Nie jesteśmy przyjaciółmi. Jesteśmy sąsiadami.
- Chryste, Q. Czy nie jestem dla ciebie miła? Czy nie nakazuję czeredzie
moich pachołków, żeby dobrze cię traktowali w szkole?
- Mhm - odmruknąłem z powątpiewaniem, choć szczerze mówiąc, zawsze
podejrzewałem, że to właśnie Margo powstrzymywała Chucka Parsona i jemu
podobnych przed znęcaniem się nad nami.
Zamrugała. Nawet powieki pomalowała sobie na czarno.
- Q - ponagliła - musimy iść.
Więc poszedłem. Wyślizgnąłem się oknem i z pochylonymi głowami
pobiegliśmy wzdłuż ściany mojego domu, aż dopadliśmy drzwi minivana.
Margo szepnęła, żebym nie zamykał drzwi - za dużo hałasu - więc przy
otwartych drzwiach wrzuciłem luz i odepchnąłem się stopą od betonu,
pozwalając, by minivan wytoczył się z podjazdu. Powoli przetoczyliśmy
się obok kilku domów, zanim włączyłem silnik i światła. Zatrzasnęliśmy
drzwi i ruszyłem w niekończące się serpentyny ulic Jefferson Park,
którego domy wciąż wyglądały na nowe i plastikowe, niczym wioska z klocków zamieszkana przez dziesiątki tysięcy prawdziwych ludzi.
Margo zaczęła mówić:
- Najgorsze jest to, że tak naprawdę wcale im nie zależy; im się po
prostu wydaje, że moje wybryki stawiają ich w złym świetle. Nawet teraz,
wiesz, co mi powiedział? Powiedział: "Nie obchodzi mnie, jeśli
schrzanisz swoje życie, ale nie ośmieszaj nas przed Jacobsenami - to
nasi przyjaciele". Żałosne. Nawet nie masz pojęcia, jak utrudnili mi
wydostanie się z tego cholernego domu. Kojarzysz, jak ci w filmach o ucieczce z więzienia wkładają zwinięte ubrania pod koc, żeby wyglądało,
że ktoś tam leży? - Skinąłem głową. - No, a moja mama umieściła w moim
pokoju przeklętą elektroniczną nianię, żeby przez całą noc mogła
słyszeć, jak oddycham podczas snu. Musiałam więc zapłacić Ruthie pięć
dolców, żeby spała w moim pokoju, a zwinięte ubrania włożyłam do łóżka w jej pokoju. - Ruthie to młodsza siostra Margo. - Teraz to pieprzona
mission impossible. Kiedyś mogłam się wymknąć jak normalna amerykańska
dziewczyna - zwyczajnie wyjść przez okno i zeskoczyć z dachu. Ale, Boże,
teraz to jak życie w faszystowskiej dyktaturze.
- Zamierzasz powiedzieć mi, dokąd jedziemy?
- Dobra, najpierw jedziemy do publixu. Z powodów, które wyjaśnię
później, chcę, żebyś zrobił dla mnie małe zakupy. A potem do walmartu.
- Czyli co, wybieramy się na wielką objazdową wyprawę po wszystkich
placówkach handlowych środkowej Florydy? - zapytałem.
- Dziś w nocy, kochanie, będziemy naprawiać wiele złego. A także
popsujemy trochę dobrego. Ostatni będą pierwszymi; a pierwsi ostatnimi;
pokorni posiądą trochę ziemi. Jednak zanim radykalnie zmienimy oblicze
świata, musimy pójść na zakupy.
Wkrótce zajechałem pod publix i zaparkowałem na niemal całkowicie pustym
parkingu.
- Słuchaj - rzuciła - ile masz przy sobie pieniędzy?
- Zero dolarów i zero centów - odparłem.
Wyłączywszy zapłon, obróciłem się w jej stronę. Margo wcisnęła rękę do
kieszeni obcisłych, ciemnych dżinsów i wyciągnęła kilka studolarowych
banknotów.
- Na szczęście dobry Bóg nam pobłogosławił - oznajmiła.
- Co to, u diabła?
- Pieniądze na bat micwę, psia mać. Rodzice nie dali mi dostępu do
konta, ale znam ich hasło, bo do wszystkiego używają "myrnamountw3az3l".
To sobie wypłaciłam.
Usiłowałem nie dać po sobie poznać ogarniającego mnie podziwu, lecz ona
dostrzegła, jak na nią patrzę, i uśmiechnęła się do mnie znacząco.
- Krótko mówiąc - dodała - to będzie najlepsza noc w twoim życiu.
Rozdział 3
3
Problem z Margo Roth Spiegelman polegał na tym, że tak naprawdę jedyne,
co mogłem zrobić, to pozwolić jej mówić, a kiedy przestawała mówić,
zachęcać ją do dalszego mówienia ze względu na to, że 1. byłem w niej
niezaprzeczalnie zakochany, 2. była absolutnie bezprecedensowa pod
każdym względem i 3. nigdy nie zadawała mi żadnych pytań, więc jedynym
sposobem na uniknięcie ciszy było skłanianie jej do mówienia dalej.
I tak, na parkingu przed publixem powiedziała:
- No dobra. Zrobiłam ci listę. Jak będziesz miał jakieś pytania, po
prostu zadzwoń na moją komórkę. Słuchaj, to mi o czymś przypomina:
wcześniej pozwoliłam sobie włożyć na tył vana trochę ekwipunku.
- Co? Niby zanim zgodziłem się na to wszystko?
- No, tak. Formalnie rzecz biorąc, tak. Nieważne, po prostu zadzwoń do
mnie, jak będziesz miał jakieś pytania; tylko jeśli chodzi o wazelinę,
to znajdź opakowanie, które będzie większe od twojej pięści. No wiesz,
jest dziecko-wazelina, potem mama-wazelina i wreszcie wielka, tłusta
tata-wazelina i właśnie tę masz kupić. A jeśli nie będzie, to kup, no,
ze trzy mamuśki. - Wręczyła mi listę, studolarowy banknot i dodała: - To
powinno wystarczyć.
Lista Margo:
3 całe Sumy, osobno Zapakowane
Veet (To do Golenia nóg Tyle że Bez golarki Będzie tam gdzie wszystkie
inne Babskie kosmetyki i bajery)
Wazelina
sześciopak Mountain Dew
tuzin Tulipanów
Butelka wody
Chusteczki
Puszka niebieskiej farby W sprayu
- Frapujące użycie wielkich liter - zauważyłem.
- Widzisz, jestem gorącą zwolenniczką przypadkowego użycia wielkich
liter. Obowiązujące zasady są okropnie krzywdzące wobec wyrazów w środku
zdania.
Nie jestem pewien, co wypadałoby powiedzieć kobiecie przy kasie o wpół
do pierwszej w nocy, kiedy kładzie się na taśmę sześć kilo sumów, krem
Veet, opakowanie wazeliny w rozmiarze Tłusty Tatuś, sześciopak Mountain
Dew, puszkę niebieskiej farby w sprayu i tuzin tulipanów. Ja w każdym
razie powiedziałem:
- To nie jest takie dziwne, jak się wydaje.
Kobieta odchrząknęła, ale nie podniosła wzroku.
- A jednak dziwne - mruknęła pod nosem.
- Naprawdę nie chcę pakować się w żadne kłopoty - powiedziałem Margo,
kiedy znów siedzieliśmy w minivanie, a ona przy użyciu wody z butelki i chusteczek zmywała czarną farbę z twarzy. Najwyraźniej ten kamuflaż był
jej potrzebny tylko po to, żeby wydostać się z domu. - W moim liście
informacyjnym o przyjęciu na studia z uniwersytetu Duke'a jest wręcz
wprost napisane, że mnie nie przyjmą, jeśli zostanę aresztowany.
- Jesteś bardzo lękliwym człowiekiem, Q.
- Po prostu nie pakujmy się w kłopoty, co? - poprosiłem. - Nie zrozum
mnie źle, chcę się dobrze bawić i w ogóle, ale nie kosztem, no wiesz,
mojej przyszłości.
Podniosła na mnie wzrok, z twarzy zmyła już większość czerni, i ledwo
zauważalnie się uśmiechnęła.
- Dziwi mnie, że uważasz wszystkie te bzdury za choćby potencjalnie
interesujące.
- Co masz na myśli?
- College: zostać przyjętym albo nie zostać przyjętym. Kłopoty: pakować
się albo się nie pakować. Szkoła: dostawać szóstki albo dostawać
jedynki. Kariera: robić albo nie robić. Dom: duży albo mały, kupić albo
wynająć. Pieniądze: mieć albo nie mieć. To wszystko jest takie nudne.
Zamierzałem już coś powiedzieć, choćby że najwyraźniej ją to wszystko
nieco obchodziło, bo miała dobre oceny, a w przyszłym roku wybierała się
na Uniwersytet Florydzki w ramach programu dla najlepszych absolwentów,
lecz ona rzuciła tylko:
- Walmart.
Weszliśmy razem do walmartu i kupiliśmy ten wihajster z telewizyjnych
kanałów reklamowych, którym blokuje się kierownicę samochodu. Kiedy
przechodziliśmy przez dział dziecięcy, zapytałem:
- Po co nam ta blokada?
Margo przemówiła swoim zwykłym maniakalnym solilokwium, nie odpowiadając
jednak na moje pytanie:
- Wiedziałeś, że na dobrą sprawę przez większość historii rodzaju
ludzkiego przeciętna długość życia wynosiła mniej niż trzydzieści lat?
Mogłeś liczyć na jakieś dziesięć lat właściwego dorosłego życia, czaisz?
Nikt nie planował życia na emeryturze. Nikt nie planował kariery. W ogóle nikt nic nie planował. Nie było czasu na planowanie. Nie było
czasu na przyszłość. Ale potem długość życia zaczęła się wydłużać i ludzie mieli coraz więcej i więcej przyszłości, zaczęli więc spędzać
coraz więcej czasu na rozmyślaniu o niej. O przyszłości. A dzisiaj życie
stało się przyszłością. W każdym momencie swojego życia człowiek żyje
dla przyszłości - idzie do szkoły średniej, żeby móc pójść do college'u,
żeby dostać dobrą pracę, żeby kupić ładny dom, żeby było go stać na
posłanie dzieci do college'u, żeby one dostały dobrą pracę i mogły
posłać swoje dzieci do college'u.
Miałem wrażenie, że Margo plecie piąte przez dziesiąte tylko po to, żeby
uniknąć odpowiedzi na zadane jej pytanie. Więc powtórzyłem:
- Po co nam ta blokada?
- Zaufaj mi, dowiesz się wszystkiego, zanim noc dobiegnie końca. To
chyba oczywiste. - Margo poklepała mnie lekko po plecach, a potem w dziale z akcesoriami żeglarskimi wyszperała pneumatyczny klakson. Wyjęła
go z pudełka i uniosła wysoko w powietrze, więc powiedziałem: "Nie", a ona na to: "Co: nie?", więc ja na to: "Nie, nie trąb", tylko że kiedy
doszedłem mniej więcej do "t" w słowie "trąb", ścisnęła klakson, a ten
wydał z siebie potwornie głośny skowyt, który odczułem w głowie jako
słuchowy odpowiednik zawału, a potem Margo powiedziała: "Wybacz, nie
słyszałam cię. Co mówiłeś?", więc ja: "Przestań t...", a ona znów to
zrobiła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki