Papierowe miasta - John Green

Kup ebooka

34.90 zł
29.39 zł (24,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Oso­bi­ście widzę to tak: każ­demu przy­da­rza się jakiś cud. Umówmy się, że praw­do­po­dob­nie ni­gdy nie trafi we mnie pio­run, nie zdo­będę Nagrody Nobla, nie zostanę dyk­ta­to­rem nie­wiel­kiego pań­stwa na jed­nej z wysp Pacy­fiku, nie zapadnę na nie­ule­czalny nowo­twór ucha ani nie ule­gnę spon­ta­nicz­nemu samo­za­pło­nowi. Jeśli jed­nak wziąć pod uwagę wszel­kie nie­praw­do­po­dobne histo­rie, zapewne okaże się, że przy­naj­mniej jedna z nich przy­tra­fia się każ­demu. Mogłem zoba­czyć deszcz żab. Mogłem posta­wić nogę na Mar­sie. Mogłem zostać pożarty przez wie­lo­ryba. Mogłem oże­nić się z kró­lową Anglii albo prze­trwać kilka mie­sięcy na morzu. Jed­nak mój cud był inny. Moim cudem było to, że spo­śród wszyst­kich domów na wszyst­kich osie­dlach miesz­ka­nio­wych w całym sta­nie Flo­ryda zamiesz­ka­łem w domu w sąsiedz­twie Margo Roth Spie­gel­man.

Nasze osie­dle, Jef­fer­son Park, było kie­dyś bazą mary­narki wojen­nej. Kiedy zaś mary­narka prze­stała jej potrze­bo­wać, zie­mię zwró­cono oby­wa­te­lom mia­sta Orlando w sta­nie Flo­ryda, które posta­no­wiło wybu­do­wać tu ogromne osie­dle, bo wła­śnie tak robi się w sta­nie Flo­ryda. Moi rodzice i rodzice Margo wpro­wa­dzili się do sąsia­du­ją­cych ze sobą domów tuż po tym, jak posta­wiono pierw­sze budynki. Margo i ja mie­li­śmy wtedy po dwa lata.

Zanim Jef­fer­son Park stało się osie­dlem przy­po­mi­na­ją­cym mia­steczko Ple­asan­tville, i zanim jesz­cze zmie­niono je w bazę mary­narki wojen­nej, rze­czy­wi­ście nale­żało do nie­ja­kiego Jef­fer­sona, jego­mo­ścia o nazwi­sku Dr. Jef­fer­son Jef­fer­son. Nazwi­skiem Dr. Jef­fer­sona Jef­fer­sona nazwano szkołę w Orlando, a także dużą fun­da­cję dobro­czynną, jed­nak tym, co w histo­rii Dr. Jef­fer­sona Jef­fer­sona jest naprawdę fascy­nu­jące i nie­wia­ry­godne, choć praw­dziwe, jest fakt, że nie był on żad­nym dok­to­rem. Był zwy­kłym sprze­dawcą soku poma­rań­czo­wego i nazy­wał się Jef­fer­son Jef­fer­son. Kiedy stał się bogaty i wpły­wowy, poszedł do sądu i "Jef­fer­son" przy­jął jako dru­gie imię, a pierw­sze zmie­nił na "Dr.". Duże D, małe r. Kropka.

Margo i ja mie­li­śmy już po dzie­więć lat. Nasi rodzice się przy­jaź­nili, więc cza­sami bawi­li­śmy się razem i wyjeż­dża­li­śmy na rowe­rach poza ślepe uliczki aż do samego Parku Jef­fer­sona, "pia­sty" koła, któ­rym było nasze osie­dle.

Za każ­dym razem, kiedy sły­sza­łem, że za chwilę ma przyjść Margo, sta­wa­łem się jed­nym wiel­kim kłęb­kiem ner­wów, ponie­waż była to naj­bar­dziej nie­sa­mo­wita i zachwy­ca­jąca istota, jaką stwo­rzył Bóg. Tam­tego ranka miała na sobie białe szorty i różowy T-shirt, na któ­rym wid­niał zie­lony smok zie­jący ogniem poma­rań­czo­wego bro­katu. Nie spo­sób wyja­śnić, jak fan­ta­styczny wyda­wał mi się wtedy ów T-shirt.

Margo jak zwy­kle peda­ło­wała na sto­jąco, pro­stu­jąc ręce w łok­ciach i pochy­la­jąc się nad kie­row­nicą roweru, a jej fio­le­towe teni­sówki roz­my­wały się w koli­ste plamy. Był gorący, parny mar­cowy dzień. Niebo było bez­chmurne, ale powie­trze miało cierpki smak, jakby zbie­rało się na burzę.

W tam­tym cza­sie mia­łem się za wyna­lazcę, więc kiedy tylko zało­ży­li­śmy blo­kady na rowery i roz­po­czę­li­śmy nasz krótki spa­cer przez park w stronę placu zabaw, opo­wie­dzia­łem Margo o moim pomy­śle na wyna­la­zek, który nazwa­łem pier­ście­niarka. Pier­ście­niarka miała być gigan­tyczną armatą wystrze­li­wu­jącą na bar­dzo bli­ską orbitę wiel­kie kolo­rowe kamie­nie, które two­rzy­łyby wokół Ziemi pier­ście­nie podobne do tych, jakie ma Saturn. (Na­dal uwa­żam, że to świetny pomysł, ale oka­zuje się, że zbu­do­wa­nie armaty zdol­nej wystrze­li­wać kamienne bryły na bli­ską orbitę jest dość skom­pli­ko­wane).

Byłem w tym parku już tyle razy, że w pamięci mia­łem wyrytą jego mapę, wystar­czyło więc zale­d­wie kilka kro­ków, abym poczuł, że porzą­dek owego świata został zabu­rzony, cho­ciaż nie od razu potra­fi­łem stwier­dzić, co się zmie­niło.

- Quen­tin - cichym, spo­koj­nym gło­sem ode­zwała się Margo.

Wska­zy­wała na coś. Dopiero wtedy zorien­to­wa­łem się, gdzie zaszła zmiana.

Kilka metrów przed nami rósł dąb. Gruby, sękaty i wyglą­da­jący na wie­kowy - to nie było nowe. Po naszej pra­wej stro­nie znaj­do­wał się plac zabaw - i to też nic nowego. Lecz oto o pień dębu bez­wład­nie opie­rał się ubrany w szary gar­ni­tur męż­czy­zna. Nie ruszał się. Oto co było nowe. Ota­czał go krąg krwi, któ­rej na wpół zaschnięty stru­mień wypły­wał mu z ust. Usta zaś miał otwarte w nie­na­tu­ralny dla ust spo­sób. Jego blade czoło obsia­dły muchy.

- Nie żyje - oznaj­miła Margo, jak­bym sam nie potra­fił tego stwier­dzić. Zro­bi­łem dwa małe kroki w tył. Pamię­tam, iż wyda­wało mi się wtedy, że jeśli wyko­nam jakiś nagły ruch, męż­czy­zna może się ock­nąć i rzu­cić na mnie. To mógł być zom­bie. Wie­dzia­łem, że zom­bie nie ist­nieją, ale on z pew­no­ścią wyglą­dał jak poten­cjalny zom­bie.

Pod­czas gdy ja robi­łem dwa kroki w tył, Margo zro­biła dwa rów­nie małe i bez­gło­śne kroki w przód.

- Ma otwarte oczy - stwier­dziła.

- Musimy iść do domu - wymam­ro­ta­łem.

- Myśla­łam, że kiedy się umiera, zamyka się oczy.

- Margo, musimy iść do domu i komuś powie­dzieć.

Postą­piła jesz­cze o krok. Była teraz na tyle bli­sko, że gdyby wycią­gnęła rękę, mogłaby dotknąć stopy męż­czy­zny.

- Jak myślisz, co mu się stało? - zapy­tała. - Może to nar­ko­tyki albo coś takiego.

Nie chcia­łem zosta­wiać Margo samej z mar­twym face­tem, który mógł się oka­zać ata­ku­ją­cym zom­bie, jed­nak nie mia­łem rów­nież ochoty tkwić w miej­scu i dys­ku­to­wać o oko­licz­no­ściach jego zgonu. Zebra­łem się więc na odwagę, zbli­ży­łem do Margo i zła­pa­łem ją za rękę.

- Margo, musimy natych­miast iść do domu!

- Okej, dobra.

Puści­li­śmy się bie­giem w stronę naszych rowe­rów i poczu­łem, jak serce pod­cho­dzi mi do gar­dła, zupeł­nie jakby działo się coś eks­cy­tu­ją­cego, mimo iż wcale tak nie było. Wsie­dli­śmy na rowery i puści­łem Margo przo­dem, ponie­waż pła­ka­łem, a nie chcia­łem, żeby to zoba­czyła. Na pode­szwach jej fio­le­to­wych teni­só­wek ujrza­łem krew. Jego krew. Krew mar­twego faceta.

Chwilę póź­niej byli­śmy już z powro­tem w swo­ich domach. Moi rodzice zadzwo­nili na 911, a kiedy w oddali usły­sza­łem syreny, chcia­łem iść zoba­czyć wozy poli­cyjne, ale mama mi nie pozwo­liła. Potem się zdrzem­ną­łem.

Moi rodzice są tera­peu­tami, co ozna­cza, że jestem naprawdę cho­ler­nie dobrze przy­sto­so­wany do życia. Kiedy się więc obu­dzi­łem z drzemki, odby­łem z mamą długą roz­mowę o cyklu życia i o tym, że śmierć jest jego czę­ścią, ale nie czę­ścią, którą powi­nie­nem jakoś szcze­gól­nie zaprzą­tać sobie głowę w wieku dzie­wię­ciu lat, i poczu­łem się lepiej. Szcze­rze mówiąc, ni­gdy się tą sytu­acją zbyt­nio nie prze­ją­łem. O czymś to świad­czy, jako że mie­wam skłon­ność do noto­rycz­nego przej­mo­wa­nia się.

No bo co: zna­la­złem mar­twego faceta. Mały, roz­koszny dzie­wię­cio­letni ja i moja jesz­cze mniej­sza, i jesz­cze bar­dziej roz­koszna kole­żanka z podwórka zna­leź­li­śmy męż­czy­znę, z któ­rego ust lała się krew, i ta krew była na jej małych, roz­kosznych teni­sów­kach, kiedy wra­ca­li­śmy rowe­rami do domu. Wszystko to bar­dzo dra­ma­tyczne i w ogóle, ale co z tego? Nie zna­łem faceta. Do cho­lery, ludzie, któ­rych nie znam, umie­rają przez cały czas. Gdy­bym miał prze­cho­dzić zała­ma­nie ner­wowe za każ­dym razem, kiedy na świe­cie wyda­rza się coś okrop­nego, był­bym bar­dziej szur­nięty niż wście­kły makak.

Tam­tego wie­czoru o dzie­wią­tej posze­dłem do swo­jego pokoju, bo dzie­wiąta była godziną, o któ­rej powi­nie­nem być w łóżku. Mama otu­liła mnie koł­drą, powie­działa, że mnie kocha, a ja jej powie­dzia­łem: "Do zoba­cze­nia jutro", ona odpowie­działa: "Do zoba­cze­nia jutro", a potem zga­siła świa­tło i pra­wie zamknęła za sobą drzwi.

Kiedy obró­ci­łem się na bok, zoba­czy­łem Margo Roth Spie­gel­man sto­jącą po dru­giej stro­nie okna z twa­rzą nie­mal wci­śniętą w okienną moski­tierę. Wsta­łem i otwo­rzy­łem okno, ale siatka wciąż tkwiła mię­dzy nami, pik­se­li­zu­jąc jej twarz.

- Prze­pro­wa­dzi­łam śledz­two - oświad­czyła dość poważ­nym tonem. Nawet z bli­ska siatka roz­ma­zy­wała jej twarz, ale zdo­ła­łem dostrzec, że Margo trzyma w ręku mały notes i ołó­wek ze śla­dami zębów wokół gumki. Spoj­rzała w dół na swoje notatki. - Pani Feld­man z Jef­fer­son Court powie­działa mi, że facet nazy­wał się Robert Joy­ner i miesz­kał na Jef­fer­son Road w jed­nym z tych miesz­kań nad skle­pem spo­żyw­czym, więc tam poszłam i zoba­czy­łam kilku poli­cjan­tów, i jeden z nich zapy­tał mnie, czy pra­cuję dla szkol­nej gazety, a ja powie­działam, że nasza szkoła nie ma gazety, a on na to, że skoro nie jestem dzien­ni­karką, to odpo­wie na moje pyta­nia. Powie­dział mi, że Robert Joy­ner miał trzy­dzie­ści sześć lat. Był praw­ni­kiem. Nie chcieli wpu­ścić mnie do jego miesz­ka­nia, ale drzwi w drzwi z nim mieszka kobieta o nazwi­sku Juanita Alva­rez, więc do niej poszłam i zapy­tałam, czy mogła­bym poży­czyć szklankę cukru, a ona zaraz mi powie­działa, że Robert Joy­ner zastrze­lił się z pisto­letu. Wtedy zapy­tałam ją, dla­czego to zro­bił, a ona na to, że się roz­wo­dził i był z tego powodu smutny.

Tu Margo zamil­kła, a ja tylko na nią patrzy­łem, na jej szarą twarz, roz­świe­tloną przez księ­życ i podzie­loną przez splot siatki na tysiąc małych kawał­ków. Jej sze­roko otwarte, okrą­głe oczy prze­ska­ki­wały znad notesu na mnie i z powro­tem.

- Mnó­stwo ludzi się roz­wo­dzi i się nie zabija - sko­men­to­wa­łem.

- Wiem - odparła pod­eks­cy­to­wa­nym gło­sem. - To samo powie­dzia­łam Juani­cie Alva­rez. Ale wtedy ona powie­działa... - Margo prze­rzu­ciła kartkę - ...powie­działa, że pan Joy­ner był zgnę­biony. Zapy­ta­łam, co to zna­czy, a ona odparła tylko, że powin­ni­śmy się za niego modlić i żebym zanio­sła mamie cukier, a ja powie­dzia­łam "nie­ważne" i wyszłam.

I tym razem nie ode­zwa­łem się od razu. Chcia­łem tylko, aby nie prze­sta­wała mówić - ten cichy głos napięty z pod­nie­ce­nia bli­skim odkry­ciem cze­goś dawał mi poczu­cie, że wła­śnie przy­da­rza mi się coś waż­nego.

- Myślę, że chyba wiem dla­czego - powie­działa Margo.

- Dla­czego?

- Może popę­kały w nim już wszyst­kie struny.

Usi­łu­jąc wymy­ślić jakąś odpo­wiedź, wycią­gną­łem rękę, naci­sną­łem blo­kadę na dzie­lą­cej nas moski­tie­rze i ścią­gną­łem ją z okna. Posta­wi­łem siatkę na pod­ło­dze, ale Margo nie dała mi szansy powie­dze­nia cze­go­kol­wiek. Zanim zdą­ży­łem z powro­tem usiąść, unio­sła twarz w moją stronę i szep­nęła:

- Zamknij okno.

Więc je zamkną­łem. Myśla­łem, że Margo odej­dzie, lecz ona wciąż stała w tym samym miej­scu i tylko na mnie patrzyła. Poma­cha­łem do niej i uśmiech­ną­łem się, ale jej oczy zda­wały się utkwione w czymś za moimi ple­cami, czymś potwor­nym, co spra­wiło, że z twa­rzy odpły­nęła jej krew, ja zaś zbyt­nio się bałem, żeby się obej­rzeć. Jed­nak za moimi ple­cami niczego rzecz jasna nie było - no, może prócz tego mar­twego faceta.

Prze­sta­łem machać. Moja głowa znaj­do­wała się teraz na wyso­ko­ści głowy Margo i wpa­try­wa­li­śmy się w sie­bie z prze­ciw­le­głych stron szyby. Nie pamię­tam, jak to się skoń­czyło - czy ja posze­dłem do łóżka, czy ona ode­szła. W moich wspo­mnie­niach ta scena nie ma końca. Trwamy tak, na zawsze wpa­trzeni w sie­bie.

Margo zawsze kochała tajem­nice. W obli­czu wyda­rzeń, które nastą­piły potem, ni­gdy nie opusz­czała mnie myśl, że być może kochała je tak bar­dzo, że sama stała się tajem­nicą.

Rozdział 1

1

Naj­dłuż­szy dzień mojego życia zaczął się z opóź­nie­niem. Tego śro­do­wego poranka obu­dzi­łem się zbyt późno, zbyt dużo czasu spę­dzi­łem pod prysz­ni­cem i w końcu nie pozo­stało mi nic innego, jak zabrać się do śnia­da­nia o 7.17, dopiero gdy sie­dzia­łem na miej­scu pasa­żera w mini­va­nie mojej mamy.

Zwy­kle jeź­dzi­łem do szkoły razem z moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem Benem Star­lin­giem, jed­nak Ben wyje­chał do szkoły punk­tu­al­nie, więc tego poranka nie mia­łem z niego żad­nego pożytku. "Punk­tu­al­nie" w naszym wypadku ozna­czało trzy­dzie­ści minut przed wła­ści­wym roz­po­czę­ciem lek­cji, ponie­waż te pół godziny przed pierw­szym dzwon­kiem, spę­dzone na wysta­wa­niu przed bocz­nym wej­ściem do sali orkie­stry szkol­nej i gawę­dze­niu, było naj­waż­niej­szym wyda­rze­niem w naszym kalen­da­rzu towa­rzy­skim. Duża grupa moich zna­jo­mych nale­żała do orkie­stry, co wią­zało się z tym, że więk­szość wol­nego czasu w szkole spę­dza­łem w odle­gło­ści pię­ciu metrów od sali muzycz­nej. Sam nie byłem człon­kiem orkie­stry, ponie­waż cier­pię na ten rodzaj muzycz­nej głu­choty, który w zasa­dzie utoż­sa­miany jest z abso­lutną głu­chotą. Byłem spóź­niony dwa­dzie­ścia minut, co for­mal­nie rzecz bio­rąc, ozna­czało, że i tak będę w szkole na dzie­sięć minut przed roz­po­czę­ciem lek­cji.

Sie­dząca za kie­row­nicą mama wypy­ty­wała mnie o lek­cje, egza­miny koń­cowe i bal poże­gnalny na zakoń­cze­nie szkoły.

- Nie uznaję balów poże­gnal­nych - przy­po­mnia­łem jej, kiedy wcho­dziła w zakręt. Z wprawą prze­chy­li­łem miskę peł­no­ziar­ni­stych płat­ków śnia­da­nio­wych z rodzyn­kami, kom­pen­su­jąc siłę gra­wi­ta­cji. To dla mnie nie pierw­szy­zna.

- Cóż, nic by się chyba nie stało, gdy­byś po pro­stu poszedł z jakąś kole­żanką. Jestem pewna, że mógł­byś zapro­sić Cas­sie Hiney. - Ow­szem, mogłem zapro­sić Cas­sie Hiney, która istot­nie była bar­dzo miła, sym­pa­tyczna i uro­cza, pomimo nie­zwy­kle nie­for­tun­nego nazwi­ska1.

- Nie cho­dzi tylko o to, że nie lubię balów poże­gnal­nych. Nie lubię także ludzi, któ­rzy je lubią - wyja­śni­łem, choć w rze­czy­wi­sto­ści nie była to prawda. Ben miał total­nego bzika na punk­cie balu.

Mama skrę­ciła na szkolny par­king, a ja przy­trzy­ma­łem pra­wie pustą już miskę obiema rękami, bo wła­śnie prze­jeż­dża­li­śmy przez próg zwal­nia­jący. Zer­k­ną­łem na par­king dla uczniów ostat­niej klasy. Srebrna honda Margo Roth Spie­gel­man była zapar­ko­wana tam, gdzie zawsze. Mama wje­chała mini­va­nem w ślepą uliczkę pro­wa­dzącą do sali orkie­stry i poca­ło­wała mnie w poli­czek. Dostrze­głem Bena i moich pozo­sta­łych przy­ja­ciół sto­ją­cych w pół­kręgu.

Pod­sze­dłem do nich, a pół­kole płyn­nie się roz­su­nęło, by zro­bić dla mnie miej­sce. Roz­ma­wiali o mojej eks­dziew­czy­nie Suzie Chung, która grała na wio­lon­czeli i naj­wy­raź­niej wywo­łała nie­małe poru­sze­nie, uma­wia­jąc się z base­bal­li­stą, zna­nym jako Taddy Mac. Czy to było jego praw­dziwe imię - nie wie­dzia­łem. W każ­dym razie Suzie posta­no­wiła iść na bal z Tad­dym Makiem. Kolejna ofiara.

- Stary - powi­tał mnie sto­jący naprze­ciwko Ben. Dał mi znak głową i obró­cił się na pię­cie. Wysze­dłem z kręgu i w ślad za nim wsze­dłem do budynku. Ben, niskie stwo­rze­nie o oliw­ko­wej kar­na­cji, które co prawda weszło w okres doj­rze­wa­nia, ale ni­gdy nie weszło weń zbyt głę­boko, był moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem od pią­tej klasy, kiedy to obaj w końcu przy­zna­li­śmy się do faktu, że żaden z nas nie ma dużych szans na innego naj­lep­szego przy­ja­ciela. A prócz tego Ben bar­dzo się sta­rał, a mnie to się podo­bało. Zazwy­czaj.

- Co nowego? - zapy­ta­łem. Sta­li­śmy bez­piecz­nie na kory­ta­rzu, roz­mowy innych zagłu­szały nasze słowa.

- Radar idzie na bal - oznaj­mił posęp­nie Ben. Radar był naszym dru­gim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Nazwa­li­śmy go "Radar", bo wyglą­dał jak ten mały gość w oku­la­rach, Radar, ze sta­rego serialu tele­wi­zyj­nego M*A*S*H, tyle tylko że: 1. tele­wi­zyjny Radar nie był czar­no­skóry i 2. jakiś czas po nada­niu mu tego prze­zwi­ska nasz Radar urósł około pięt­na­stu cen­ty­me­trów i zaczął nosić szkła kon­tak­towe, więc zapewne 3. w isto­cie wcale nie wyglą­dał jak ten facet z M*A*S*H, ale 4. na trzy i pół tygo­dnia przed zakoń­cze­niem szkoły śred­niej nie mie­li­śmy naj­mniej­szego zamiaru wymy­ślać mu nowego prze­zwi­ska.

- Z tą dziew­czyną, Angelą? - upew­ni­łem się. Radar ni­gdy nic nam nie opo­wia­dał o swoim życiu miło­snym, co jed­nak nie prze­szka­dzało nam w czę­stym spe­ku­lo­wa­niu na ten temat.

Ben przy­tak­nął i powie­dział:

- Pamię­tasz mój wielki plan, żeby zapro­sić na bal któ­rąś ze świe­ży­nek, bo to jedyne dziew­czyny, które nie znają histo­rii o Krwa­wym Benie? - Ski­ną­łem głową. - No więc - cią­gnął Ben - dziś rano jakaś słodka mała kró­li­sia z dzie­wią­tej klasy pode­szła do mnie i zapy­tała, czy to ja jestem Krwawy Ben, a kiedy zaczą­łem jej tłu­ma­czyć, że to była infek­cja nerek, zachi­cho­tała i ucie­kła. Więc już po spra­wie.

W dzie­sią­tej kla­sie Ben był hospi­ta­li­zo­wany z powodu infek­cji nerek, ale Becca Arring­ton, naj­lep­sza przy­ja­ciółka Margo, roz­pu­ściła plotkę, że praw­dzi­wym powo­dem tego, że Ben miał w moczu krew, była chro­niczna mastur­ba­cja. Pomimo swej bez­pod­staw­no­ści z medycz­nego punktu widze­nia od tam­tej pory ta histo­ria prze­śla­do­wała Bena.

- No to lipa - stwier­dzi­łem.

Ben zaczął kre­ślić nowe plany zna­le­zie­nia part­nerki na bal, ale ja słu­cha­łem go tylko jed­nym uchem, bo pośród gęst­nie­ją­cej ludz­kiej masy tło­czą­cej się w kory­ta­rzu dostrze­głem Margo Roth Spie­gel­man. Stała przy szafce na książki razem ze swoim chło­pa­kiem Jase'em. Miała na sobie białą spód­nicę do kolan i bluzkę w nie­bie­skie wzory. Widzia­łem jej oboj­czyk. Śmiała się z cze­goś prze­za­baw­nego z pochy­lo­nymi do przodu ramio­nami, od zewnętrz­nych kąci­ków jej wiel­kich oczu roz­cho­dziły się deli­katne linie, a usta miała sze­roko otwarte. Jed­nak naj­wy­raź­niej nie śmiała się z niczego, co powie­dział Jase, bo nie patrzyła na niego, tylko w kie­runku rzędu sza­fek po prze­ciw­nej stro­nie kory­ta­rza. Podą­ży­łem w ślad za jej spoj­rze­niem i zoba­czy­łem Beccę Arring­ton, uwie­szoną na jakimś base­bal­li­ście niczym ozdoba na bożo­na­ro­dze­nio­wej cho­ince. Posła­łem Margo uśmiech, choć wie­dzia­łem, że mnie nie widzi.

- Stary, powi­nie­neś do niej ude­rzyć i tyle. Zapo­mnij o Jasie. Boże, ależ z niej lukro­wana kró­li­sia. - Kiedy prze­mie­rza­li­śmy kory­tarz, spo­glą­da­łem na nią ukrad­kiem poprzez tłum, utrwa­la­jąc sobie w pamięci migawki skła­da­jące się na serię foto­gra­fii pod tytu­łem: "Ideał stoi w miej­scu mijany przez śmier­tel­ni­ków". Kiedy zna­la­złem się bli­żej, pomy­śla­łem, że może jed­nak wcale się nie śmiała. Może coś ją zasko­czyło albo dostała pre­zent, czy coś w tym stylu. Wyda­wało się, że nie może zamknąć ust.

- No - rzu­ci­łem do Bena, na­dal nie słu­cha­jąc, na­dal sta­ra­jąc się nasy­cić jej wido­kiem bez zwra­ca­nia na sie­bie uwagi. Nie cho­dziło nawet o to, że była tak ładna. Margo była wprost nie­sa­mo­wita, i to cał­kiem dosłow­nie. W końcu zbyt się od niej odda­li­li­śmy, zbyt wiele osób przecho­dziło mię­dzy nią a mną i ni­gdy nie zna­la­złem się wystar­cza­jąco bli­sko, by choć usły­szeć jej głos albo dowie­dzieć się, cóż to była za zabawna nie­spo­dzianka. Ben pokrę­cił głową, bo już tysiąc razy widział, jak na nią patrzę, i był do tego przy­zwy­cza­jony.

- Daj spo­kój, fajna z niej laska, ale nie aż tak fajna. Wiesz, kto jest naprawdę wystrza­łowy?

- Kto? - zapy­ta­łem.

- Lacey - odparł. Druga naj­lep­sza przy­ja­ciółka Margo. - No i twoja mama. Stary, widzia­łem, jak cię cało­wała w poli­czek dziś rano, i daruj mi, ale przy­się­gam na Boga, pomy­śla­łem sobie: "Rany, chciał­bym być na miej­scu Q. A do tego chciał­bym, żeby moje policzki miały penisy".

Dźgną­łem go łok­ciem w żebra, ale wciąż myśla­łem o Margo, bo była dla mnie jedyną legendą z sąsiedz­twa. Margo Roth Spie­gel­man, któ­rej sze­ścio­sy­la­bowe imię i nazwi­sko czę­sto były wyma­wiane w peł­nym brzmie­niu z nutą cichej rewe­ren­cji. Margo Roth Spie­gel­man, któ­rej opo­wie­ści o hero­icz­nych przy­go­dach prze­ta­czały się przez szkołę niczym let­nia nawał­nica: sta­ru­szek miesz­ka­jący w walą­cym się domu w Hot Cof­fee w sta­nie Mis­si­sipi nauczył Margo grać na gita­rze; Margo Roth Spie­gel­man przez trzy dni podró­żo­wała z cyr­kiem (uwa­żali, że ma poten­cjał na tra­pe­zie); Margo Roth Spie­gel­man wypiła kubek zio­ło­wej her­baty z The Mal­lio­na­ires za kuli­sami po kon­cer­cie w St. Louis, pod­czas gdy oni pili whi­sky; Margo Roth Spie­gel­man weszła na ów kon­cert, mówiąc bram­ka­rzom, że jest dziew­czyną basi­sty i czy jej nie poznają, i serio, daj­cie spo­kój, chło­paki, nazy­wam się Margo Roth Spie­gel­man, i jeśli wej­dzie­cie tam i powie­cie basi­ście, żeby rzu­cił na mnie okiem, albo powie wam, że jestem jego dziew­czyną, albo że chciałby, żebym nią była, więc bram­karz to zro­bił, a basi­sta powie­dział: "No jasne, to moja dziew­czyna, wpu­ście ją na show", a jesz­cze póź­niej ów basi­sta chciał się z nią umó­wić, a ona dała kosza basi­ście z The Mal­lio­na­ires.

Kiedy opo­wia­dano sobie te histo­rie, nie­uchron­nie koń­czyło je pyta­nie: "Dacie wiarę?". Czę­sto nie wie­rzy­li­śmy, jed­nak opo­wie­ści zawsze oka­zy­wały się praw­dziwe.

Dotar­li­śmy do naszych sza­fek. Radar stał oparty o szafkę Bena, pisząc coś na table­cie.

- A więc idziesz na bal - zaga­iłem. Pod­niósł na mnie wzrok i zaraz znów go opu­ścił.

- Usu­wam w Omni­klo­pe­dii skutki wan­da­li­zmu w arty­kule o byłym pre­mie­rze Fran­cji. Wczo­raj w nocy ktoś wyka­so­wał całą treść, a na jej miej­sce wpi­sał zda­nie: "Jacques Chi­rac to gey", co, jak wia­domo, jest nie­zgodne zarówno ze sta­nem fak­tycz­nym, jak i z zasa­dami orto­gra­fii.

Radar jest peł­no­eta­to­wym redak­to­rem two­rzo­nej przez użyt­kow­ni­ków inter­ne­to­wej ency­klo­pe­dii o nazwie Omni­klo­pe­dia. Całe jego życie pod­po­rząd­ko­wane jest nad­zo­ro­wa­niu Omni­klo­pe­dii i dba­niu o jej dobro. To tylko jeden z wielu powo­dów, dla któ­rych fakt, że Radar ma part­nerkę na bal, był nieco zaska­ku­jący.

- A więc idziesz na bal - powtó­rzy­łem.

- Sorry - bąk­nął, nie pod­no­sząc wzroku. Fakt, że jestem prze­ciw­ni­kiem balu poże­gnal­nego, był powszech­nie znany. Żaden jego aspekt abso­lut­nie mnie nie pocią­gał - ani wolny taniec, ani szybki taniec, ani suk­nie, a już z całą pew­no­ścią nie wypo­ży­czany smo­king. Wypo­ży­cza­nie smo­kingu jawiło mi się jako zna­ko­mity spo­sób na zła­pa­nie jakiejś paskud­nej cho­roby od poprzed­niego "najemcy", a nie aspi­ro­wa­łem do tytułu jedy­nego na świe­cie pra­wiczka z wszami łono­wymi.

- Stary - ode­zwał się Ben do Radara - młode kicie znają histo­rię o Krwa­wym Benie. - Radar w końcu ode­rwał się od kom­pu­tera i współ­czu­jąco poki­wał głową. - W tej sytu­acji - cią­gnął Ben - dwie pozo­sta­jące mi stra­te­gie to albo kupić part­nerkę na bal w inter­ne­cie, albo pole­cieć do Mis­so­uri i porwać jakąś małą, śliczną, wykar­mioną kuku­ry­dzą kró­li­się.

Kie­dyś pró­bo­wa­łem wytłu­ma­czyć Benowi, że "kró­li­sia" brzmi raczej sek­si­stow­sko i tan­det­nie niż retro i cool, ale on nie zamie­rzał porzu­cać swo­ich zwy­cza­jów. Mówił "kró­li­sia" nawet na wła­sną matkę. Był nie­re­for­mo­walny.

- Zapy­tam Angelę, czy kogoś nie zna - zaofe­ro­wał Radar. - Cho­ciaż zna­le­zie­nie ci part­nerki na bal będzie trud­niej­sze niż prze­mie­nie­nie oło­wiu w złoto.

- Zna­le­zie­nie ci part­nerki na bal jest tak przy­gnia­ta­ją­cym zada­niem, że samej hipo­tezy jego reali­za­cji używa się do roz­kru­sza­nia dia­men­tów - doda­łem.

Radar dwu­krot­nie ude­rzył pię­ścią w szafkę na książki, wyra­ża­jąc swą apro­batę, i dorzu­cił:

- Ben, zna­le­zie­nie ci part­nerki na bal jest tak poważ­nym pro­blem, że rząd Sta­nów Zjed­no­czo­nych uważa, iż nie spo­sób roz­wią­zać go na dro­dze dyplo­ma­tycz­nej i konieczne jest uży­cie siły.

Usi­ło­wa­łem wymy­ślić coś jesz­cze, kiedy wszy­scy trzej rów­no­cze­śnie dostrze­gli­śmy idący ku nam z jakimś zamia­rem człe­ko­kształtny zbior­nik na ste­rydy ana­bo­liczne znany jako Chuck Par­son. Chuck Par­son nie brał udziału w zaję­ciach spor­to­wych, ponie­waż to odwra­ca­łoby jego uwagę od więk­szego celu w życiu: aby pew­nego dnia zostać ska­za­nym za mor­der­stwo.

- Hej, cioty! - zawo­łał.

- Chuck - odpar­łem na tyle przy­jaź­nie, na ile mogłem się zdo­być. Przez ostat­nich kilka lat Chuck nie przy­spa­rzał nam poważ­niej­szych kło­po­tów - naj­wy­raź­niej ktoś w Kra­inie Faj­nych Ludzi wydał edykt, żeby zosta­wił nas w spo­koju. Było więc raczej nie­zwy­kłe, że w ogóle się do nas ode­zwał.

Może dla­tego, że prze­mó­wi­łem, a może nie, Chuck ude­rzył dłońmi w szafki po obu stro­nach mojej głowy, a następ­nie pochy­lił się ku mnie na tyle bli­sko, że mogłem poczuć zapach jego pasty do zębów:

- Co wiesz o Margo i Jasie?

- Ehm - bąk­ną­łem. Zebra­łem w myślach wszystko, co o nich wie­dzia­łem: Jase był pierw­szym i jedy­nym poważ­nym chło­pa­kiem Margo Roth Spie­gel­man. Zaczęli ze sobą cho­dzić pod sam koniec zeszłego roku. Po waka­cjach oboje wybie­rali się na Uni­wer­sy­tet Flo­rydzki. Jase dostał tam sty­pen­dium dla base­bal­li­stów. Ni­gdy nie był u niej w domu, jedy­nie po nią przy­jeż­dżał. Ona ni­gdy nie oka­zy­wała, że jakoś szcze­gól­nie go lubi, ale z dru­giej strony Margo ni­gdy nie oka­zy­wała, że lubi kogo­kol­wiek. - Nic - powie­dzia­łem w końcu.

- Nie leć sobie ze mną w kulki - wark­nął.

- Ja ledwo ją znam - powie­dzia­łem, co było bli­skie prawdy.

Roz­wa­żał przez chwilę moją odpo­wiedź, pod­czas gdy ja usil­nie sta­ra­łem się nie odwró­cić wzroku od jego bli­sko osa­dzo­nych oczu. Ski­nął lekko głową, ode­pchnął się od sza­fek i poszedł na swoją pierw­szą tego ranka lek­cję: pie­lę­gna­cja i żywie­nie mię­śni pier­sio­wych. Roz­brzmiał drugi dzwo­nek. Minuta do lek­cji. Radar i ja mie­li­śmy ana­lizę mate­ma­tyczną; Ben - mate­ma­tykę dys­kretną. Nasze klasy przy­le­gały do sie­bie, więc ruszy­li­śmy razem w ich kie­runku, nas trzech w jed­nym sze­regu, licząc na to, że fala naszych kole­gów i kole­ża­nek z klasy roz­stąpi się na tyle, by nas prze­pu­ścić, co też się stało.

- Ben, zna­le­zie­nie ci part­nerki na bal jest tak trudne, że tysiąc małp piszą­cych na tysiącu maszyn do pisa­nia przez tysiąc lat nawet raz nie napi­sa­łoby "Pójdę z Benem na bal" - powie­dzia­łem.

Ben nie mógł się oprzeć poku­sie osta­tecz­nego pognę­bie­nia się:

- Moje widoki na bal są tak marne, że bab­cia Q dała mi kosza. Powie­działa, że czeka, aż zaprosi ją Radar.

Radar powoli poki­wał głową.

- To prawda, Q. Twoja bab­cia uwiel­bia czar­nych braci.

Tak żało­śnie łatwo było zapo­mnieć o Chucku, roz­ma­wiać o balu, mimo że bal guzik mnie obcho­dził. Takie było życie tego poranka: nic tak naprawdę nie miało zna­cze­nia, ani te dobre sprawy, ani te złe. Byli­śmy zajęci zaba­wia­niem sie­bie nawza­jem i cał­kiem dobrze nam to szło.

Kolejne trzy godziny spę­dzi­łem w róż­nych kla­sach, usi­łu­jąc nie spo­glą­dać na zegary nad róż­nymi tabli­cami, osta­tecz­nie jed­nak spo­glą­da­jąc na te zegary i dzi­wiąc się, że minęło zale­d­wie kilka minut, odkąd zer­ka­łem na nie po raz ostatni. Mia­łem pra­wie cztery lata doświad­cze­nia w obser­wo­wa­niu tych zega­rów, ale ich śla­ma­zar­ność ni­gdy nie prze­stała mnie zaska­ki­wać. Jeśli ktoś mi kie­dyś powie, że został mi jeden dzień życia, udam się pro­sto ku świę­tym kory­ta­rzom Win­ter Park High School, gdzie jeden dzień zwykł trwać tysiąc lat.

Cho­ciaż zda­wało mi się, że trze­cia tego dnia lek­cja ni­gdy się nie skoń­czy, fizyka jed­nak minęła i już sie­dzia­łem w sto­łówce z Benem. Radar miał prze­rwę na lunch dopiero na pią­tej prze­rwie, razem z resztą naszych zna­jo­mych, więc Ben i ja zwy­kle sie­dzie­li­śmy sami, odda­leni o kilka krze­seł od zna­nej nam grupki z kółka teatral­nego. Dzi­siaj obaj jedli­śmy mini­pizzę z pep­pe­roni.

- Dobra pizza - zauwa­ży­łem. Ben z roz­tar­gnie­niem poki­wał głową. - Co się stało? - zapy­ta­łem.

- Nic - prze­mó­wił z peł­nymi ustami. Prze­łknął. - Wiem, że myślisz, że to głu­pie, ale ja chcę iść na bal.

- 1. Ow­szem, uwa­żam, że to głu­pie; 2. Jak chcesz iść, to idź; 3. O ile się nie mylę, nikogo jesz­cze nawet nie zapy­ta­łeś.

- Zapy­ta­łem Cas­sie Hiney na ana­li­zie. Napi­sa­łem jej liścik. - Unio­słem pyta­jąco brwi. Ben się­gnął do kie­szeni szor­tów i pod­su­nął mi mocno pognie­ciony kawa­łek papieru. Roz­wi­ną­łem go i prze­czy­ta­łem:

Ben!

Bar­dzo chcia­ła­bym pójść z Tobą na bal, ale umó­wi­łam się już z Fran­kiem. Sorry!

C.

Zwi­ną­łem papier i prze­su­ną­łem go po stole do Bena. Przy­po­mniało mi się, jak gry­wa­li­śmy na tych sto­łach w papie­rową piłkę nożną.

- To przy­kre - powie­dzia­łem.

- E tam, mniej­sza z tym. - Ściany dźwięku wokół nas zda­wały się nas osa­czać, więc zamil­kli­śmy na chwilę, a potem Ben spoj­rzał na mnie bar­dzo poważ­nym wzro­kiem i oświad­czył: - Mam zamiar pouży­wać sobie w col­lege'u. Mam zamiar zna­leźć się w Księ­dze rekor­dów Guin­nessa w kate­go­rii "Naj­więk­sza liczba zaspo­ko­jo­nych kró­liś".

Par­sk­ną­łem śmie­chem. Wła­śnie roz­my­śla­łem o tym, że rodzice Radara naprawdę są w Księ­dze Guin­nessa, kiedy zoba­czy­łem, że obok nas sta­nęła ładna afro­ame­ry­kań­ska dziew­czyna z krót­kimi nastro­szo­nymi dre­dami. Minęła chwila, zanim zorien­to­wa­łem się, że to Angela, domnie­mana dziew­czyna Radara.

- Cześć - zwró­ciła się do mnie.

- Hej - odpo­wie­dzia­łem. Mie­li­śmy razem lek­cje i zna­łem ją z widze­nia, ale ni­gdy nie mówi­li­śmy sobie "cześć" na kory­ta­rzu, ani nic w tym stylu. Zapro­si­łem ją gestem, by usia­dła. Przy­su­nęła sobie krze­sło do szczytu stołu.

- Zdaje się, że wy dwaj zna­cie Mar­cusa lepiej niż kto­kol­wiek inny - powie­działa, uży­wa­jąc praw­dzi­wego imie­nia Radara. Pochy­liła się ku nam, opie­ra­jąc łok­cie na stole.

- To gów­niana robota, ale ktoś musi to robić - odpo­wie­dział z uśmie­chem Ben.

- Myśli­cie, że on, no wie­cie, wsty­dzi się mnie?

Ben się roze­śmiał.

- Co? Nie!

- Na dobrą sprawę - doda­łem - to ty powin­naś się wsty­dzić jego.

Prze­wró­ciła oczami i uśmiech­nęła się jak dziew­czyna przy­zwy­cza­jona do kom­ple­men­tów.

- Ale jed­nak ni­gdy mnie nie zapro­sił, żeby coś z wami poro­bić.

- Aha - powie­dzia­łem, kiedy w końcu dotarło do mnie, o co jej cho­dzi. - To dla­tego, że on wsty­dzi się nas.

Zaśmiała się.

- Wyda­je­cie się cał­kiem nor­malni.

- Jesz­cze nie widzia­łaś, jak Ben wciąga nosem sprite'a, a potem wypluwa go ustami - ostrze­głem.

- Wyglą­dam jak obłą­kana gazo­wana fon­tanna - dopo­wie­dział ze śmier­telną powagą Ben.

- Ale serio, mówi­cie, że mam się nie przej­mo­wać? No bo cho­dzimy ze sobą już pięć tygo­dni, a on ni­gdy nawet nie zapro­sił mnie do sie­bie do domu.

Wymie­ni­li­śmy z Benem spoj­rze­nia, a ja zasło­ni­łem usta, by stłu­mić śmiech.

- Co? - dopy­ty­wała się Angela.

- Nic - odpo­wie­dzia­łem. - Serio, Angela, gdyby zmu­szał cię do spę­dza­nia czasu z nami i cią­gle zabie­rał cię do swo­jego domu...

- ...z całą pew­no­ścią zna­czy­łoby to, że cię nie lubi - dokoń­czył Ben.

- Ma dziw­nych rodzi­ców?

Gło­wi­łem się, jak szcze­rze odpo­wie­dzieć na to pyta­nie.

- Hm, nie. Są spoko. Tylko chyba nieco nado­pie­kuń­czy.

- Wła­śnie, nado­pie­kuń­czy - zgo­dził się tro­chę zbyt szybko Ben.

Uśmiech­nęła się i wstała, mówiąc, że musi się jesz­cze z kimś przy­wi­tać przed koń­cem prze­rwy na lunch. Ben odcze­kał, aż Angela odej­dzie, zanim powie­dział:

- Ta dziew­czyna jest nie­sa­mo­wita.

- Wiem - odpar­łem. - Cie­kawe, czy uda­łoby nam się zastą­pić nią Radara?

- Tyle że ona nie zna się chyba zbyt dobrze na kom­pu­te­rach. Potrze­bu­jemy kogoś, kto zna się na kom­pu­te­rach. Poza tym założę się, że jest bez­na­dziejna w "Odro­dze­niu". - To była nasza ulu­biona gra kom­pu­te­rowa. - A przy oka­zji - dodał Ben - nie­zły manewr z tym stwier­dze­niem, że sta­rzy Radara są nado­pie­kuń­czy.

- Nie do mnie należy poin­for­mo­wa­nie jej o tym.

- Cie­kawe, jak długo potrwa, zanim dane jej będzie zwie­dzić Rezy­den­cję i Muzeum Dru­żyny Radara - uśmiech­nął się Ben.

Prze­rwa dobie­gała już końca, więc Ben i ja wsta­li­śmy i odsta­wi­li­śmy nasze tace na taśmę. Dokład­nie tę samą, na którą Chuck Par­son rzu­cił mnie na początku szkoły śred­niej, posy­ła­jąc do prze­ra­ża­ją­cego pod­ziem­nego świata oddzia­łów pomy­wa­czy Win­ter Park High School. Ruszy­li­śmy w stronę szafki Radara i sta­li­śmy tam, dopóki nie przy­biegł do nas tuż po pierw­szym dzwonku.

- Na wie­dzy o spo­łe­czeń­stwie dosze­dłem do wnio­sku, że gotów był­bym naprawdę, dosłow­nie ssać ośle jądra, jeśli dzięki temu mógł­bym daro­wać sobie ten przed­miot przez resztę seme­stru - obwie­ścił.

- Z oślich jąder można się wiele dowie­dzieć o spo­łe­czeń­stwie - zgo­dzi­łem się. - A wła­śnie, mówiąc o powo­dach, dla któ­rych żału­jesz, że nie masz prze­rwy na lunch razem z nami - wła­śnie jedli­śmy z Angelą.

Ben uśmiech­nął się zna­cząco do Radara, podej­mu­jąc wątek:

- No, i ona chce wie­dzieć, dla­czego ni­gdy jesz­cze nie była u cie­bie w domu.

Radar zaczął robić długi wydech, wpro­wa­dza­jąc jed­no­cze­śnie za pomocą pokrę­tła kod otwie­ra­jący szafkę. Wydy­chał powie­trze tak długo, że pomy­śla­łem, iż zaraz chyba straci przy­tom­ność.

- Szlag by to - powie­dział w końcu.

- Czyż­byś cze­goś się wsty­dził? - zapy­ta­łem z uśmie­chem.

- Zamknij się - odpo­wie­dział, dźga­jąc mnie łok­ciem w brzuch.

- Miesz­kasz w uro­czym domu. - Nie zra­ża­łem się.

- Poważ­nie, stary - dodał Ben. - To naprawdę fajna dziew­czyna. Nie rozu­miem, dla­czego nie miał­byś jej przed­sta­wić swoim rodzi­com i opro­wa­dzić po Casa Radar.

Radar wrzu­cił książki do szafki i ją zatrza­snął. Gwar roz­mów wokół nas aku­rat nieco ucichł, kiedy zwró­cił oczy ku niebu i krzyk­nął:

- TO NIE MOJA WINA, ŻE MOI RODZICE POSIA­DAJĄ NAJ­WIĘK­SZĄ NA ŚWIE­CIE KOLEK­CJĘ CZAR­NO­SKÓ­RYCH MIKO­ŁA­JÓW!

Sły­sza­łem, jak Radar mówi "naj­więk­sza na świe­cie kolek­cja czar­no­skó­rych miko­ła­jów" praw­do­po­dob­nie tysiąc razy w moim życiu, ale ni­gdy ani tro­chę nie prze­stało mnie to śmie­szyć. Jed­nak Radar nie żar­to­wał. Pamię­tam pierw­szy raz, kiedy do niego przy­sze­dłem. Mia­łem może trzy­na­ście lat. Była wio­sna, wiele mie­sięcy po świę­tach Bożego Naro­dze­nia, a mimo to para­pety okien zasta­wione były czar­no­skó­rymi miko­ła­jami. Czar­no­skóre miko­łaje powy­ci­nane z tek­tury zwi­sały z porę­czy scho­dów. Czarne świeczki w kształ­cie miko­ła­jów przy­stra­jały stół jadalni. Obraz olejny przed­sta­wia­jący czar­no­skó­rego Świę­tego Miko­łaja wisiał nad komin­kiem, któ­rego gzyms także był zasta­wiony czar­nymi figur­kami miko­ła­jów. Mieli spro­wa­dzony z Nami­bii podaj­nik do pudro­wych drop­sów Pez, z głową czar­no­skó­rego Świę­tego Miko­łaja. Pod­świe­tlany, pla­sti­kowy czar­no­skóry miko­łaj, który od Święta Dzięk­czy­nie­nia do Nowego Roku stał w ogródku wiel­ko­ści znaczka pocz­to­wego przed ich domem, resztę roku spę­dzał, dum­nie trzy­ma­jąc wartę w kącie łazienki dla gości - łazienki z tapetą w czar­no­skóre miko­łaje wła­sno­ręcz­nie wyko­naną za pomocą farby i gąbki w kształ­cie miko­łaja. Każdy pokój w ich domu, z wyjąt­kiem pokoju Radara, tonął w czar­no­skó­rych miko­łajowych bytach - z gipsu i z pla­stiku, i z mar­muru, i z gliny, i z drewna, i z żywicy, i z tka­niny. Łącz­nie kolek­cja rodzi­ców Radara liczyła ponad tysiąc dwie­ście czar­no­skó­rych miko­ła­jów wszel­kiego rodzaju. Jak gło­siła tablica przy drzwiach wej­ścio­wych, dom Radara był ofi­cjal­nie zare­je­stro­wa­nym Obiek­tem Repre­zen­ta­cyj­nym Świę­tego Miko­łaja, zatwier­dzo­nym przez Towa­rzy­stwo ds. Bożego Naro­dze­nia.

- Powi­nie­neś jej po pro­stu powie­dzieć, stary - pora­dzi­łem. - Musisz powie­dzieć jej pro­sto z mostu: "Angela, naprawdę cię lubię, ale jest coś, o czym powin­naś wie­dzieć: kiedy pój­dziemy do mnie do domu, by sobie pogru­chać, będzie nas obser­wo­wać dwa tysiące czte­ry­sta oczu nale­żą­cych do tysiąca dwu­stu czar­no­skó­rych miko­ła­jów".

Radar prze­je­chał dło­nią po swo­ich ścię­tych na jeża wło­sach i potrzą­snął głową.

- Taa, raczej nie ujmę tego dokład­nie w ten spo­sób, ale zajmę się tym.

Odma­sze­ro­wa­łem na lek­cję wie­dzy o spo­łe­czeń­stwie; Ben na zaję­cia fakul­ta­tywne z pro­jek­to­wa­nia gier kom­pu­te­ro­wych. Obser­wo­wa­łem zegary jesz­cze przez dwie godziny lek­cyjne, a kiedy zaję­cia wresz­cie się skoń­czyły, po mojej klatce pier­sio­wej pro­mie­ni­ście roze­szło się uczu­cie ulgi - koniec każ­dego dnia był niczym próba gene­ralna przed wypa­da­ją­cym za mniej niż mie­siąc ukoń­cze­niem szkoły śred­niej.

Wró­ci­łem do domu. Na wcze­sny obiad zja­dłem dwie kanapki z masłem orze­cho­wym i dże­mem. Obej­rza­łem w tele­wi­zji pokera. O szó­stej wró­cili do domu moi rodzice, przy­tu­lili się nawza­jem, potem przy­tu­lili mnie. Na obia­do­ko­la­cję zje­dli­śmy zapie­kankę z maka­ronu. Zapy­tali mnie o szkołę. Zapy­tali mnie o bal poże­gnalny. Poza­chwy­cali się, jaką to wspa­niałą robotę wyko­nali, wycho­wu­jąc mnie. Opo­wie­dzieli mi o swoim dniu, pod­czas któ­rego zaj­mo­wali się ludźmi wycho­wa­nymi znacz­nie mniej wspa­niale. Poszli oglą­dać tele­wi­zję. Ja posze­dłem do swo­jego pokoju spraw­dzić maile. Napi­sa­łem notatkę na temat Wiel­kiego Gatsby'ego na angiel­ski. Prze­czy­ta­łem kilka arty­ku­łów z "The Fede­ra­list Papers" w ramach wcze­snych przy­go­to­wań do egza­minu koń­co­wego z wie­dzy o spo­łe­czeń­stwie. Cza­to­wa­łem przez chwilę z Benem, potem online poja­wił się także Radar. W naszej roz­mo­wie czte­ro­krot­nie użył frazy "naj­więk­sza na świe­cie kolek­cja czar­no­skó­rych miko­ła­jów" i za każ­dym razem wybu­cha­łem śmie­chem. Powie­dzia­łem mu, że cie­szę się, że ma dziew­czynę. On napi­sał, że to będzie wspa­niałe lato. Przy­zna­łem mu rację. Był piąty maja, ale rów­nie dobrze mógł to być każdy inny dzień. Moje dni nace­cho­wane były przy­jemną iden­tycz­no­ścią. Zawsze to lubi­łem: lubi­łem rutynę. Lubi­łem czuć się znu­dzony. Nie chcia­łem tego, ale to lubi­łem. A zatem piąty maja mógł być dniem jak każdy inny - aż do chwili tuż przed pół­nocą, kiedy Margo Roth Spie­gel­man otwo­rzyła nie­za­bez­pie­czone siatką okno mojej sypialni po raz pierw­szy, odkąd przed dzie­wię­ciu laty kazała mi je zamknąć.

Rozdział 2

2

Obró­ci­łem się na dźwięk otwie­ra­nego okna i ujrza­łem wpa­tru­jące się we mnie nie­bie­skie oczy Margo. Z początku widzia­łem wyłącz­nie jej oczy, jed­nak kiedy mój wzrok przy­wykł do ciem­no­ści, zauwa­ży­łem, że Margo ma twarz poma­lo­waną czarną farbą, a na gło­wie czarny kap­tur.

- Upra­wiasz cyber­seks?

- Cza­tuję z Benem Star­lin­giem.

- To nie jest odpo­wiedź na moje pyta­nie, zboku.

Roze­śmiaw­szy się z zakło­po­ta­niem, pod­sze­dłem do okna i uklęk­ną­łem. Moja twarz znaj­do­wała się teraz kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów od jej twa­rzy. Nie mia­łem poję­cia, dla­czego Margo tu była, pod moim oknem, w tym stroju.

- Czemu zawdzię­czam tę przy­jem­ność? - zapy­ta­łem. Margo i ja na­dal byli­śmy w kole­żeń­skich sto­sun­kach, jak sądzę, jed­nak nie była to komi­tywa w rodzaju: spo­tkajmy się w środku nocy z twa­rzami poma­lo­wa­nymi czarną farbą. Do tego typu akcji z pew­no­ścią miała przy­ja­ciół. Ja zaś nie nale­ża­łem do ich grona.

- Potrzebny mi twój samo­chód - wyja­śniła.

- Nie mam samo­chodu - wyzna­łem, poru­sza­jąc tym samym dość draż­liwą dla mnie kwe­stię.

- No to potrzebny mi samo­chód two­jej mamy.

- Masz wła­sny samo­chód - zauwa­ży­łem.

Margo wydęła policzki i wes­tchnęła.

- Zga­dza się, ale pro­blem w tym, że rodzice zabrali klu­czyki do mojego samo­chodu i zamknęli je w sej­fie, który wło­żyli pod swoje łóżko, a w ich pokoju śpi Myrna Moun­twe­azel2. - To był pies Margo. - A Myrna Moun­twe­azel dostaje cho­ler­nego świra, kiedy tylko znajdę się w jej polu widze­nia. Jasne, że mogła­bym się wśli­zgnąć do środka, wykraść ten sejf, roz­bić go, zabrać klu­czyki i odje­chać, ale prawda jest taka, że zwy­czaj­nie szkoda zachodu, bo Myrna Moun­twe­azel zacznie szcze­kać jak opę­tana, jeśli choćby lekko uchylę drzwi. Więc jak już mówi­łam, potrzebny mi samo­chód. No i ty musisz pro­wa­dzić, bo mam jede­na­ście spraw do zała­twie­nia dzi­siej­szej nocy, a co naj­mniej pięć z nich wymaga kie­rowcy w peł­nej goto­wo­ści do ucieczki.

Kiedy prze­sta­wa­łem sku­piać wzrok, Margo sta­wała się samymi oczami, uno­szą­cymi się w ete­rze. Ale kiedy ponow­nie kon­cen­tro­wa­łem na niej spoj­rze­nie, mogłem roz­róż­nić kon­tury twa­rzy i jesz­cze mokrą farbę na skó­rze. Kości policz­kowe Margo two­rzyły wraz z brodą trój­kątny kształt, a czarne jak smoła wargi ukła­dały się w ledwo zauwa­żalny uśmiech.

- Jakieś prze­stęp­stwa? - zapy­ta­łem.

- Hmm - wes­tchnęła. - Przy­po­mnij mi, czy wła­ma­nie z wtar­gnię­ciem to prze­stęp­stwo.

- Nie - odpo­wie­dzia­łem sta­now­czo.

- Nie, to nie jest prze­stęp­stwo, pomo­żesz mi?

- Nie, nie pomogę ci. Nie możesz zwer­bo­wać któ­rejś ze swo­ich słu­żek, żeby cię woziły?

Lacey i/lub Becca zawsze były na każde jej ski­nie­nie.

- Ści­śle rzecz bio­rąc, one są czę­ścią pro­blemu - powie­działa Margo.

- Co to za pro­blem?

- Jest jede­na­ście pro­ble­mów - odparła znie­cier­pli­wiona.

- Żad­nych prze­stępstw - zazna­czy­łem.

- Przy­się­gam na Boga, że nikt nie będzie ci kazał popeł­niać prze­stęp­stwa.

W tym momen­cie zapa­liły się wszyst­kie świa­tła wokół domu Margo. Jed­nym bły­ska­wicz­nym ruchem wyko­nała salto przez moje okno i prze­to­czyła się pod moje łóżko. Kilka sekund póź­niej na ganku sta­nął jej ojciec.

- Margo! - krzyk­nął. - Widzia­łem cię!

Spod mojego łóżka dobie­gło mnie stłu­mione "Chry­ste!". Margo wysko­czyła spod łóżka, wypro­sto­wała się, pode­szła do okna i odkrzyk­nęła:

- Wylu­zuj, tato! Ja tylko usi­łuję poga­dać tro­chę z Quen­ti­nem. Zawsze mi powta­rzasz, jak wspa­niały mógłby mieć na mnie wpływ i w ogóle.

- Więc tylko uci­nasz sobie poga­wędkę z Quen­ti­nem?

- Tak.

- To dla­czego masz twarz poma­lo­waną na czarno?

Margo zawa­hała się tylko przez moment.

- Tato, odpo­wiedź na to pyta­nie wyma­ga­łaby wie­lo­go­dzin­nego opisu wcze­śniej­szych wyda­rzeń, a wiem, że jesteś praw­do­po­dob­nie bar­dzo zmę­czony, więc może wróć do...

- Do domu! - zagrzmiał. - W tej chwili!

Margo chwy­ciła mnie z koszulę, szep­cząc mi do ucha: "Za minutę będę z powro­tem", a potem wyszła przez okno.

Gdy tylko wyszła, zabra­łem z biurka klu­czyki do samo­chodu. Klu­czyki są moje, samo­chód pechowo nie. Na szes­na­ste uro­dziny rodzice wrę­czyli mi bar­dzo mały pre­zent, a ja wie­dzia­łem już w chwili, kiedy mi go dawali, że to klu­czyki do samo­chodu, i nie­mal się posi­ka­łem, bo stale mi powta­rzali, że nie stać ich na spre­zentowanie mi samo­chodu. Jed­nak kiedy wrę­czali mi to maleń­kie, zawi­nięte w ozdobny papier pudełko, zro­zu­mia­łem, że przez cały ten czas mnie zwo­dzili i że jed­nak dostanę samo­chód. Roze­rwa­łem papier i otwo­rzy­łem pude­łeczko. Rze­czy­wi­ście znaj­do­wały się w nim klu­czyki.

Przy bliż­szym oglą­dzie oka­zało się jed­nak, że znaj­do­wały się w nim klu­czyki do chry­slera. Klu­czyki do mini­vana Chry­slera. Do tego samego mini­vana Chry­slera, któ­rego wła­ści­cie­lem była moja matka.

- Mój pre­zent to klu­czyki do two­jego samo­chodu? - zapy­ta­łem mamę.

- Tom - zwró­ciła się do taty - mówi­łam ci, że będzie sobie robił nadzieje.

- Och, nie zrzu­caj winy na mnie - bro­nił się tata. - Ty po pro­stu sub­li­mu­jesz swoją fru­stra­cję z powodu moich zarob­ków.

- Czy ta bły­ska­wiczna ana­liza nie jest aby odro­binę pasywno-agre­sywna? - zri­po­sto­wała mama.

- Czy reto­ryczne oskar­że­nia o pasywną agre­sję nie są w swej natu­rze pasywno-agre­sywne? - odpa­ro­wał tata i kon­ty­nu­owali tę wymianę zdań jesz­cze przez dobrą chwilę.

Krótko mówiąc, sytu­acja przed­sta­wiała się nastę­pu­jąco: mia­łem dostęp do tego cudu na kół­kach, jakim jest naj­now­szy model mini­vana Chry­slera, wyjąw­szy czas, w któ­rym jeź­dziła nim mama. A ponie­waż jeź­dziła nim codzien­nie do pracy, mogłem korzy­stać z samo­chodu wyłącz­nie w week­endy. No, w week­endy i w środku głu­chej nocy.

Powrót do mojego okna zajął Margo tylko tro­chę dłu­żej niż obie­caną minutę. A mimo to pod jej nie­obec­ność zdą­ży­łem znowu się zawa­hać.

- Jutro jest szkoła - przy­po­mnia­łem jej.

- Tak, wiem - odparła Margo. - Jutro jest szkoła i poju­trze też, a roz­my­śla­nie nad tym zbyt długo może dopro­wa­dzić dziew­czynę do szału. Więc zgoda, jest śro­dek tygo­dnia. Wła­śnie dla­tego musimy już iść, żeby do rana wró­cić.

- No nie wiem.

- Q - powie­działa - Q. Kocha­nie. Od jak dawna jeste­śmy bli­skimi przy­ja­ciółmi?

- Nie jeste­śmy przy­ja­ciółmi. Jeste­śmy sąsia­dami.

- Chry­ste, Q. Czy nie jestem dla cie­bie miła? Czy nie naka­zuję cze­re­dzie moich pachoł­ków, żeby dobrze cię trak­to­wali w szkole?

- Mhm - odmruk­ną­łem z powąt­pie­wa­niem, choć szcze­rze mówiąc, zawsze podej­rze­wa­łem, że to wła­śnie Margo powstrzy­my­wała Chucka Par­sona i jemu podob­nych przed znę­ca­niem się nad nami.

Zamru­gała. Nawet powieki poma­lo­wała sobie na czarno.

- Q - pona­gliła - musimy iść.

Więc posze­dłem. Wyśli­zgną­łem się oknem i z pochy­lo­nymi gło­wami pobie­gli­śmy wzdłuż ściany mojego domu, aż dopa­dli­śmy drzwi mini­vana. Margo szep­nęła, żebym nie zamy­kał drzwi - za dużo hałasu - więc przy otwar­tych drzwiach wrzu­ci­łem luz i ode­pchną­łem się stopą od betonu, pozwa­la­jąc, by mini­van wyto­czył się z pod­jazdu. Powoli prze­to­czy­li­śmy się obok kilku domów, zanim włą­czy­łem sil­nik i świa­tła. Zatrza­snę­li­śmy drzwi i ruszy­łem w nie­koń­czące się ser­pen­tyny ulic Jef­fer­son Park, któ­rego domy wciąż wyglą­dały na nowe i pla­sti­kowe, niczym wio­ska z kloc­ków zamiesz­kana przez dzie­siątki tysięcy praw­dzi­wych ludzi.

Margo zaczęła mówić:

- Naj­gor­sze jest to, że tak naprawdę wcale im nie zależy; im się po pro­stu wydaje, że moje wybryki sta­wiają ich w złym świe­tle. Nawet teraz, wiesz, co mi powie­dział? Powie­dział: "Nie obcho­dzi mnie, jeśli schrza­nisz swoje życie, ale nie ośmie­szaj nas przed Jacob­se­nami - to nasi przy­ja­ciele". Żało­sne. Nawet nie masz poję­cia, jak utrud­nili mi wydo­sta­nie się z tego cho­ler­nego domu. Koja­rzysz, jak ci w fil­mach o ucieczce z wię­zie­nia wkła­dają zwi­nięte ubra­nia pod koc, żeby wyglą­dało, że ktoś tam leży? - Ski­ną­łem głową. - No, a moja mama umie­ściła w moim pokoju prze­klętą elek­tro­niczną nia­nię, żeby przez całą noc mogła sły­szeć, jak oddy­cham pod­czas snu. Musia­łam więc zapła­cić Ruthie pięć dolców, żeby spała w moim pokoju, a zwi­nięte ubra­nia wło­ży­łam do łóżka w jej pokoju. - Ruthie to młod­sza sio­stra Margo. - Teraz to pie­przona mis­sion impos­si­ble. Kie­dyś mogłam się wymknąć jak nor­malna ame­ry­kań­ska dziew­czyna - zwy­czaj­nie wyjść przez okno i zesko­czyć z dachu. Ale, Boże, teraz to jak życie w faszy­stow­skiej dyk­ta­tu­rze.

- Zamie­rzasz powie­dzieć mi, dokąd jedziemy?

- Dobra, naj­pierw jedziemy do publixu. Z powo­dów, które wyja­śnię póź­niej, chcę, żebyś zro­bił dla mnie małe zakupy. A potem do wal­martu.

- Czyli co, wybie­ramy się na wielką objaz­dową wyprawę po wszyst­kich pla­ców­kach han­dlo­wych środ­ko­wej Flo­rydy? - zapy­ta­łem.

- Dziś w nocy, kocha­nie, będziemy napra­wiać wiele złego. A także popsu­jemy tro­chę dobrego. Ostatni będą pierw­szymi; a pierwsi ostat­nimi; pokorni posiądą tro­chę ziemi. Jed­nak zanim rady­kal­nie zmie­nimy obli­cze świata, musimy pójść na zakupy.

Wkrótce zaje­cha­łem pod publix i zapar­ko­wa­łem na nie­mal cał­ko­wi­cie pustym par­kingu.

- Słu­chaj - rzu­ciła - ile masz przy sobie pie­nię­dzy?

- Zero dola­rów i zero cen­tów - odpar­łem.

Wyłą­czyw­szy zapłon, obró­ci­łem się w jej stronę. Margo wci­snęła rękę do kie­szeni obci­słych, ciem­nych dżin­sów i wycią­gnęła kilka stu­do­la­ro­wych bank­no­tów.

- Na szczę­ście dobry Bóg nam pobło­go­sła­wił - oznaj­miła.

- Co to, u dia­bła?

- Pie­nią­dze na bat micwę, psia mać. Rodzice nie dali mi dostępu do konta, ale znam ich hasło, bo do wszyst­kiego uży­wają "myrnamountw3az3l". To sobie wypła­ci­łam.

Usi­ło­wa­łem nie dać po sobie poznać ogar­nia­ją­cego mnie podziwu, lecz ona dostrze­gła, jak na nią patrzę, i uśmiech­nęła się do mnie zna­cząco.

- Krótko mówiąc - dodała - to będzie naj­lep­sza noc w twoim życiu.

Rozdział 3

3

Pro­blem z Margo Roth Spie­gel­man pole­gał na tym, że tak naprawdę jedyne, co mogłem zro­bić, to pozwo­lić jej mówić, a kiedy prze­sta­wała mówić, zachę­cać ją do dal­szego mówie­nia ze względu na to, że 1. byłem w niej nie­za­prze­czal­nie zako­chany, 2. była abso­lut­nie bez­pre­ce­den­sowa pod każ­dym wzglę­dem i 3. ni­gdy nie zada­wała mi żad­nych pytań, więc jedy­nym spo­so­bem na unik­nię­cie ciszy było skła­nia­nie jej do mówie­nia dalej.

I tak, na par­kingu przed publi­xem powie­działa:

- No dobra. Zro­bi­łam ci listę. Jak będziesz miał jakieś pyta­nia, po pro­stu zadzwoń na moją komórkę. Słu­chaj, to mi o czymś przy­po­mina: wcze­śniej pozwo­li­łam sobie wło­żyć na tył vana tro­chę ekwi­punku.

- Co? Niby zanim zgo­dzi­łem się na to wszystko?

- No, tak. For­mal­nie rzecz bio­rąc, tak. Nie­ważne, po pro­stu zadzwoń do mnie, jak będziesz miał jakieś pyta­nia; tylko jeśli cho­dzi o waze­linę, to znajdź opa­ko­wa­nie, które będzie więk­sze od two­jej pię­ści. No wiesz, jest dziecko-waze­lina, potem mama-waze­lina i wresz­cie wielka, tłu­sta tata-waze­lina i wła­śnie tę masz kupić. A jeśli nie będzie, to kup, no, ze trzy mamuśki. - Wrę­czyła mi listę, stu­do­la­rowy bank­not i dodała: - To powinno wystar­czyć.

Lista Margo:

3 całe Sumy, osobno Zapa­ko­wane

Veet (To do Gole­nia nóg Tyle że Bez golarki Będzie tam gdzie wszyst­kie inne Bab­skie kosme­tyki i bajery)

Waze­lina

sze­ścio­pak Moun­tain Dew

tuzin Tuli­pa­nów

Butelka wody

Chu­s­teczki

Puszka nie­bie­skiej farby W sprayu

- Fra­pu­jące uży­cie wiel­kich liter - zauwa­ży­łem.

- Widzisz, jestem gorącą zwo­len­niczką przy­pad­ko­wego uży­cia wiel­kich liter. Obo­wią­zu­jące zasady są okrop­nie krzyw­dzące wobec wyra­zów w środku zda­nia.

Nie jestem pewien, co wypa­da­łoby powie­dzieć kobie­cie przy kasie o wpół do pierw­szej w nocy, kiedy kła­dzie się na taśmę sześć kilo sumów, krem Veet, opa­ko­wa­nie waze­liny w roz­mia­rze Tłu­sty Tatuś, sze­ścio­pak Moun­tain Dew, puszkę nie­bie­skiej farby w sprayu i tuzin tuli­pa­nów. Ja w każ­dym razie powie­dzia­łem:

- To nie jest takie dziwne, jak się wydaje.

Kobieta odchrząk­nęła, ale nie pod­nio­sła wzroku.

- A jed­nak dziwne - mruk­nęła pod nosem.

- Naprawdę nie chcę pako­wać się w żadne kło­poty - powie­dzia­łem Margo, kiedy znów sie­dzie­li­śmy w mini­va­nie, a ona przy uży­ciu wody z butelki i chu­s­te­czek zmy­wała czarną farbę z twa­rzy. Naj­wy­raź­niej ten kamu­flaż był jej potrzebny tylko po to, żeby wydo­stać się z domu. - W moim liście infor­ma­cyj­nym o przy­ję­ciu na stu­dia z uni­wer­sy­tetu Duke'a jest wręcz wprost napi­sane, że mnie nie przyjmą, jeśli zostanę aresz­to­wany.

- Jesteś bar­dzo lękli­wym czło­wie­kiem, Q.

- Po pro­stu nie pakujmy się w kło­poty, co? - popro­si­łem. - Nie zro­zum mnie źle, chcę się dobrze bawić i w ogóle, ale nie kosz­tem, no wiesz, mojej przy­szło­ści.

Pod­nio­sła na mnie wzrok, z twa­rzy zmyła już więk­szość czerni, i ledwo zauwa­żal­nie się uśmiech­nęła.

- Dziwi mnie, że uwa­żasz wszyst­kie te bzdury za choćby poten­cjal­nie inte­re­su­jące.

- Co masz na myśli?

- Col­lege: zostać przy­ję­tym albo nie zostać przy­ję­tym. Kło­poty: pako­wać się albo się nie pako­wać. Szkoła: dosta­wać szóstki albo dosta­wać jedynki. Kariera: robić albo nie robić. Dom: duży albo mały, kupić albo wyna­jąć. Pie­nią­dze: mieć albo nie mieć. To wszystko jest takie nudne.

Zamie­rza­łem już coś powie­dzieć, choćby że naj­wy­raź­niej ją to wszystko nieco obcho­dziło, bo miała dobre oceny, a w przy­szłym roku wybie­rała się na Uni­wer­sy­tet Flo­rydzki w ramach pro­gramu dla naj­lep­szych absol­wen­tów, lecz ona rzu­ciła tylko:

- Wal­mart.

Weszli­śmy razem do wal­martu i kupi­li­śmy ten wihaj­ster z tele­wi­zyj­nych kana­łów rekla­mo­wych, któ­rym blo­kuje się kie­row­nicę samo­chodu. Kiedy prze­cho­dzi­li­śmy przez dział dzie­cięcy, zapy­ta­łem:

- Po co nam ta blo­kada?

Margo prze­mó­wiła swoim zwy­kłym mania­kal­nym soli­lo­kwium, nie odpo­wia­da­jąc jed­nak na moje pyta­nie:

- Wie­dzia­łeś, że na dobrą sprawę przez więk­szość histo­rii rodzaju ludz­kiego prze­ciętna dłu­gość życia wyno­siła mniej niż trzy­dzie­ści lat? Mogłeś liczyć na jakieś dzie­sięć lat wła­ści­wego doro­słego życia, cza­isz? Nikt nie pla­no­wał życia na eme­ry­tu­rze. Nikt nie pla­no­wał kariery. W ogóle nikt nic nie pla­no­wał. Nie było czasu na pla­no­wa­nie. Nie było czasu na przy­szłość. Ale potem dłu­gość życia zaczęła się wydłu­żać i ludzie mieli coraz wię­cej i wię­cej przy­szło­ści, zaczęli więc spę­dzać coraz wię­cej czasu na roz­my­śla­niu o niej. O przy­szło­ści. A dzi­siaj życie stało się przy­szło­ścią. W każ­dym momen­cie swo­jego życia czło­wiek żyje dla przy­szło­ści - idzie do szkoły śred­niej, żeby móc pójść do col­lege'u, żeby dostać dobrą pracę, żeby kupić ładny dom, żeby było go stać na posła­nie dzieci do col­lege'u, żeby one dostały dobrą pracę i mogły posłać swoje dzieci do col­lege'u.

Mia­łem wra­że­nie, że Margo ple­cie piąte przez dzie­siąte tylko po to, żeby unik­nąć odpo­wie­dzi na zadane jej pyta­nie. Więc powtó­rzy­łem:

- Po co nam ta blo­kada?

- Zaufaj mi, dowiesz się wszyst­kiego, zanim noc dobie­gnie końca. To chyba oczy­wi­ste. - Margo pokle­pała mnie lekko po ple­cach, a potem w dziale z akce­so­riami żeglar­skimi wyszpe­rała pneu­ma­tyczny klak­son. Wyjęła go z pudełka i unio­sła wysoko w powie­trze, więc powie­dzia­łem: "Nie", a ona na to: "Co: nie?", więc ja na to: "Nie, nie trąb", tylko że kiedy dosze­dłem mniej wię­cej do "t" w sło­wie "trąb", ści­snęła klak­son, a ten wydał z sie­bie potwor­nie gło­śny sko­wyt, który odczu­łem w gło­wie jako słu­chowy odpo­wied­nik zawału, a potem Margo powie­działa: "Wybacz, nie sły­sza­łam cię. Co mówi­łeś?", więc ja: "Prze­stań t...", a ona znów to zro­biła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki