Panów piłą. Trzy legendy o Jakubie Szeli - Ryszard Jamka

Kup ebooka

59.90 zł
48.52 zł (47,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Le­genda, to skarb i siła, siła czę­sto po­tęż­niej­sza,niż hi­sto­rya, niż rze­czy­wi­stość.

~ STA­NI­SŁAW WIT­KIE­WICZ[1]

Do Smar­żo­wej nie tra­fi­łem od razu. Po­ko­nu­jąc kręte i gó­rzy­ste drogi, ro­dzinną wieś Ja­kuba Szeli mi­ną­łem nie­po­strze­że­nie, aż zna­la­złem się w po­ło­żo­nych w ma­low­ni­czej do­li­nie Sie­dli­skach-Bo­gu­szu, gdzie ko­ściół, cmen­tarz i ru­iny dworu - ma­te­rialne do­wody pań­skiej prze­szło­ści - jako pierw­sze opo­wie­działy mi hi­sto­rię ra­ba­cji. Upo­rczywy ma­gnes kul­tury szla­checko-in­te­li­genc­kiej na­tych­miast dał o so­bie znać.

Po­tężna neo­go­tycka świą­ty­nia z 1912 roku do­mi­nuje w pej­zażu tej li­czą­cej pra­wie ty­siąc miesz­kań­ców pod­kar­pac­kiej wsi. Jej ar­chi­tek­tem był Jan Sas-Zu­brzycki, który mo­nu­men­talne bryły w stylu nad­wi­ślań­skim umiesz­czał nie­mal se­ryj­nie za­równo w pro­win­cjo­nal­nej, jak i wiel­ko­miej­skiej Ga­li­cji. Nie tylko ku­ba­turą, ale także oka­za­ło­ścią wnę­trza ba­zy­lika może kon­ku­ro­wać ze swymi od­po­wied­ni­kami ze znacz­nie więk­szych miej­sco­wo­ści. W końcu jej wie­lo­barwne se­ce­syjne wi­traże wy­szły ze słyn­nego kra­kow­skiego za­kładu Sta­ni­sława Ga­briela Że­leń­skiego, brata "Boya", a za­pro­jek­to­wał je Ste­fan Ma­tejko, bra­ta­nek Jana. Im­po­nu­jący bu­dy­nek to sym­bol zgod­nego współ­dzia­ła­nia miej­sco­wej in­te­li­gen­cji i chło­pów - jego hoj­nych fun­da­to­rów. O tra­gicz­nych wy­da­rze­niach sprzed lat przy­po­mina je­dy­nie umiesz­czony przed wej­ściem rys hi­sto­ryczny, w któ­rym pod datą 1846 roku ka­li­gra­ficz­nym pi­smem skru­pu­lat­nie od­no­to­wano: "20 lu­tego - ra­ba­cja w pa­ra­fii pod wo­dzą Ja­kuba Szeli ze Smar­żo­wej".

Wię­cej in­for­ma­cji do­star­cza znaj­du­jący się po prze­ciw­nej stro­nie ulicy cmen­tarz pa­ra­fialny. Tak jak nad ca­ło­ścią wsi do­mi­nuje ko­ściół, tak nad cmen­ta­rzem gó­ruje mu­ro­wana ka­plica gro­bowa, wy­sta­wiona w 1860 roku przez Lu­dwikę z Bo­gu­szów Go­ray­ską ku pa­mięci po­mor­do­wa­nych człon­ków jej ro­dziny oraz ofi­cja­li­stów dwor­skich. La­ko­niczny na­pis na ścia­nie ka­plicy za­wiera je­dy­nie na­zwi­ska, choć i tak zgodę na jego brzmie­nie mu­siał wy­ra­zić bi­skup tar­now­ski Jó­zef Alojzy Pu­kal­ski[2]. Rana była jesz­cze bar­dzo świeża... Tuż obok znaj­duje się znacz­nie skrom­niej­sza ka­mienna mo­giła, którą ów­cze­sna wła­ści­cielka Sie­dlisk-Bo­gu­sza spra­wiła swo­jemu bra­tan­kowi Wło­dzi­mie­rzowi. Do me­ta­lo­wego krzyża z po­sta­cią Chry­stusa do­ło­żyła roz­wi­dla­jącą się u góry pałkę sym­bo­li­zu­jącą we­dle le­gendy wi­dły - na­rzę­dzie zbrodni do­ko­na­nej na czter­na­sto­latku. O de­mo­kra­tycz­nym cha­rak­te­rze śmierci przy­po­mina je­den z wielu na­grob­ków w po­bliżu, z wy­ry­tym na nim na­zwi­skiem Szela.

Mój dłuż­szy po­byt na cmen­ta­rzu przy­kuł uwagę miej­sco­wego gra­ba­rza, który za­gad­nął mnie, czy przy­je­cha­łem na od­by­wa­jący się tego dnia po­grzeb. Gdy usły­szał o celu mo­jej wi­zyty, wy­pro­sto­wał się i po­ro­zu­mie­waw­czo spoj­rzał: "Ten Szela?". Na­stęp­nie nie­pro­szony skie­ro­wał mnie do miej­sca, gdzie zgod­nie z wie­ścią gminną stać miała Sze­lowa cha­łupa. Wpierw jed­nak po­dą­ży­łem w prze­ciwną stronę, w kie­runku Go­rze­jo­wej, ku zbo­czu po­ro­śnię­tego la­sem wzgó­rza, ukry­wa­ją­cego po­zo­sta­ło­ści ro­do­wej sie­dziby Bo­gu­szów - je­dy­nego we wsi miej­sca pa­mię­ta­ją­cego ra­ba­cję. Mu­ro­wany dwór, a wła­ści­wie dwa z dru­giej po­łowy XVIII i po­czątku XIX wieku, to ty­powy przy­kład pol­skiej szkoły ochrony za­byt­ków. Upa­dek tu­tej­szej rol­ni­czej spół­dzielni pro­duk­cyj­nej oraz wy­su­nię­cie rosz­czeń re­pry­wa­ty­za­cyj­nych szybko do­pro­wa­dziły bu­dynki do ru­iny, która po­mimo wpi­sa­nia ich do re­je­stru za­byt­ków wciąż po­stę­puje. Frag­men­tów da­chu i ścian we­wnętrz­nych, zna­nych mi ze zdjęć sprzed kilku lat, nie udało się już od­na­leźć. Gorzko sko­men­to­wała ten stan rze­czy rze­szow­ska de­le­ga­tura Naj­wyż­szej Izby Kon­troli: "to­czące się po­stę­po­wa­nie re­pry­wa­ty­za­cyjne nie zwal­nia od ko­niecz­no­ści dba­nia o za­by­tek"[3]. Nie­stety, skład ma­szyn rol­ni­czych i sprzętu oraz zło­żona na eu­ro­pa­le­tach ce­gła na sprze­daż nie wróżą ni­czego do­brego.

Oskar­że­nie utrwa­lone w że­la­zie. Grób Wło­dzi­mie­rza Bo­gu­sza z cha­rak­te­ry­styczną pałką przy­mo­co­waną do krzyża, wrze­sień 2020

Sporu re­pry­wa­ty­za­cyj­nego nie prze­żył... XIX-wieczny dwór Bo­gu­szów w Sie­dli­skach-Bo­gu­szu, wrze­sień 2020

Za­mkną­łem oczy i wy­obra­zi­łem so­bie chmarę chło­pów po­dą­ża­ją­cych w mroźny po­ra­nek 20 lu­tego 1846 roku stro­mym wą­wo­zem ku dwo­rowi. Wśród nich był Ja­kub Szela z sy­nem. We­dle opisu nie­chęt­nego im Adama Bo­gu­sza, który oparł się na re­la­cji swo­jej ciotki Lu­dwiki - sio­stry i córki po­mor­do­wa­nych dzie­dzi­ców - pa­mięt­nego dnia chłopi z krzy­kiem oto­czyli dwór i za­częli się do niego do­bi­jać. "Prze­stra­szeni do­mow­nicy [...] i służba wzięły się do ra­to­wa­nia dziadka Sta­ni­sława, 86-let­niego starca, który bę­dąc chory, le­żał tego dnia w łóżku. Z trud­no­ścią ubrali go i wy­pro­wa­dzili na strych domu, gdzie go ukryli, przy­rzu­ca­jąc słomą, a sami zbie­gli na dół. Roz­hu­kana tłusz­cza wpa­dła tym­cza­sem do domu, za­częła prze­szu­ki­wać wszyst­kie kąty i do­tarła na strych, gdzie od­kryli dziadka. Tam syn Szeli, urlop­nik Sta­szek, ma­jąc strzelbę na­bitą, zmie­rzył się i wy­pa­lił do dziadka, lecz strzał chy­bił. [...] po­chwy­cili go oprawcy, wy­wle­kli na dzie­dzi­niec, gdzie na po­rę­czy sie­dział Ja­kób Szela i uj­rzaw­szy, ode­zwał się z drwin­kami do niego: "Jak się masz, Sta­siu? Już mnie wię­cej do aresztu wsa­dzać ani pie­nię­dzy za Wi­słę Po­la­kom wo­zić nie bę­dziesz, bo przy­szła twoja go­dzina". Po­czem ski­nął ręką, da­jąc znak chło­pom [...]"[4]. Cha­rak­te­ry­styczne, że Szela wy­daje po­le­ce­nia, lecz sam nie uczest­ni­czy w mor­do­wa­niu i sza­bro­wa­niu. Non­sza­lancko sie­dzi na po­rę­czy i przy­gląda się, jak wy­rów­ny­wane są ra­chunki krzywd.

Da­lej Adam Bo­gusz opi­suje śmierć wspo­mnia­nego mło­dziut­kiego Wło­dzi­mie­rza Bo­gu­sza, któ­rego chło­pak kre­den­sowy ukrył w wy­chodku, lecz gdy miej­sce to za­częła za­le­wać upusz­czana z be­czek oko­wita, prze­nie­siono go do piw­nicy i przy­sy­pano ziem­nia­kami. Nie mi­nęło parę go­dzin i w wy­niku zdrady swo­jego nie­do­szłego wy­ba­wi­ciela Wło­dzi­mierz zo­stał za­mę­czony. Zdra­dzono rów­nież Ty­tusa Bo­gu­sza, który ukry­wał się na stry­chu domu, a chłopi, nie mo­gąc go od­szu­kać, kłuli su­fit "wi­dłami, prze­bili mu wnętrz­no­ści, roz­darli płótno, a przez ten otwór zle­ciał nie­bo­rak na ka­mienną po­sadzkę, po­ła­mał nogi i tam go do­bili". "Straszny był wi­dok na dzie­dzińcu sie­dli­skim. Le­żały tam ciała po­za­bi­ja­nych: dziadka Sta­ni­sława, sę­dziego Ka­lity, eko­noma Jana Stra­dom­skiego i jego sio­strzeńca, 18-let­niego także, Jana Stra­dom­skiego, Ty­tusa i Wło­dzi­mie­rza Bo­gu­szów, a cały dom zra­bo­wany, znisz­czony, drzwi, okna, na­wet i pod­łogi po­wy­ry­wane. Krzyk był okropny, a wi­dok serce roz­dzie­ra­jący. Temu wszyst­kiemu przy­pa­try­wał się spo­koj­nie sie­dzący na dzie­dzińcu Ja­kób Szela i wy­da­wał sy­nowi Stasz­kowi roz­kazy, który przy­wo­dził ban­dzie. Do dwóch dziew­cząt Pie­trzysz­cza­nek, sie­rót, wy­cho­wa­nek dworu, które gło­śno za­wo­dziły, pła­cząc i na­rze­ka­jąc, co się z nimi te­raz sta­nie, ode­zwał się stary Szela w te słowa: "Czego tak za­wo­dzi­cie i bo­icie się, wam się nic nie sta­nie, Bo­gu­si­ków nie ma­cie czego ża­ło­wać, oni zgi­nąć mu­szą, a my się po­dzie­limy tem, co ich było, i le­piej nam bę­dzie""[5].

Jesz­cze stoi. Dwór Bo­gu­szów w 1959 roku

Dal­szą drogę po­ko­ny­wa­łem już ni­czym chłopi w pa­mięt­nym 1846 roku, któ­rzy po roz­bi­ciu dworu w Sie­dli­skach skie­ro­wali się ku Sma­rzo­wej, bo tak do 1999 roku na­zy­wała się ta wieś. W tam­tej­szym dwo­rze nie oszczę­dzili spa­ra­li­żo­wa­nego Ni­ko­dema Bo­gu­sza. "Sta­ni­sław Dzie­dzic [...] za­dał mu cios sza­blą w głowę, od któ­rego tenże spadł z fo­tela i wy­krwa­wił się na śmierć, jak zwie­rzę rzeźne"[6]. Po­wtó­rze­nie ćwi­cze­nia z wy­obraźni było tu­taj trud­niej­sze, al­bo­wiem mil­czący świa­dek wy­pad­ków z 1846 roku zo­stał ro­ze­brany po dru­giej woj­nie świa­to­wej i dzi­siaj obej­rzeć można je­dy­nie póź­niej­szy drew­niany dwór z końca XIX wieku.

Dzie­dzi­cem Sma­rzo­wej był Wik­tor Bo­gusz, zwany Wik­to­ry­nem. Po­niósł on śmierć fe­ral­nego lu­tego jako je­den z pierw­szych w oko­licy. Ran­kiem wy­je­chał z Sie­dlisk, by od­wieźć swo­ich dwóch ma­ło­let­nich sy­now­ców do Rze­mie­nia. Za­trzy­mani przez chło­pów kilka ki­lo­me­trów da­lej, zo­stali uwię­zieni w karcz­mie w Ka­mie­nicy Dol­nej, gdzie po­tur­bo­wany Wik­to­ryn ocze­ki­wał na przy­jazd władz au­striac­kich. Wcze­śniej po­ja­wił się tam jed­nak Szela, który miał wów­czas wy­krzy­czeć swą osła­wioną kwe­stię: "Jesz­cze ży­jesz, Wik­torku, za­wsze mi gro­zi­łeś kry­mi­na­łem, lecz te­raz na cie­bie ko­lej przy­szła, a ja choć kilka go­dzin prze­żyć cię mu­szę; chłopcy do ro­boty"[7]. Na­stęp­nie re­la­cje są roz­bieżne. We­dług tej szla­chec­kiej, po­cho­dzą­cej od Lu­dwiki z Bo­gu­szów Go­ray­skiej, Szela jako pierw­szy miał ugo­dzić Wik­to­ryna szyną że­la­zną, czego w śledz­twie nie po­twier­dzili chłopi, a za nimi ba­da­jący te wy­padki Au­striacy[8]. W opi­nii od­de­le­go­wa­nego do tej sprawy Geo­rga Do­er­fla, nowo po­wo­ła­nego bur­mi­strza po­bli­skiego Pil­zna, "wo­bec wiel­kiej ilo­ści po­dej­rza­nych nie da się usta­lić z całą pew­no­ścią, kto za­dał Wik­to­rowi Bo­gu­szowi śmier­telną ranę; jako naj­bar­dziej praw­do­po­dobne wy­daje się, że Wa­lenty Ro­zen­bal­ski ze Strze­go­cic prze­bił go wi­dłami, a na­stęp­nie dzieła do­koń­czył jego brat Ja­kub, ude­rza­jąc go w głowę że­la­zną sztangą. W szynku był obecny Ja­kub Szela ze Sma­rzowy, na­wo­łu­jąc chło­pów, aby go za­bili"[9]. Bi­lans ra­ba­cji w pa­ra­fii sie­dli­skiej był wy­jąt­kowo krwawy - ży­cie stra­ciły 23 osoby, w tym 7 dzie­dzi­ców (5 z rodu Bo­gu­szów), 5 dzier­żaw­ców i 11 ofi­cja­li­stów[10].

Po obej­rze­niu wszyst­kich we­hi­ku­łów czasu z Sie­dlisk-Bo­gu­sza i Smar­żo­wej po­zo­stało mi od­na­leźć ten naj­trud­niej­szy do zlo­ka­li­zo­wa­nia - wło­ści Szeli. Wska­zówki gra­ba­rza oka­zały się jed­nak zbyt skom­pli­ko­wane dla miesz­czu­cha, a "druga ka­pliczka za mo­stem", w ob­li­czu mno­go­ści przy­droż­nych przy­byt­ków - nie do od­na­le­zie­nia. Moim pierw­szym prze­wod­ni­kiem zo­stał więc męż­czy­zna w śred­nim wieku pra­cu­jący z sy­nem w polu: "Ja to nie pa­mię­tam, dawno to było" - od­rzekł, jakby cho­dziło o wy­da­rze­nia sprzed kil­ku­dzie­się­ciu lat, a nie z po­łowy XIX wieku. Na­stęp­nie skie­ro­wał mnie do swo­jej star­szej są­siadki. Ta osiem­dzie­się­cio­let­nia, spra­co­wana ko­bieta oka­zała się - przy­naj­mniej we­dług jej wła­snych słów - ostat­nią po­wier­niczką pa­mięci o Ja­ku­bie Szeli. Wszy­scy po­zo­stali po­marli, a wie­dzieli znacz­nie wię­cej niż ona i chęt­nie dzie­lili się wie­dzą z od­wie­dza­ją­cymi wieś ba­da­czami i cie­kaw­skimi. Bez­błęd­nie jed­nak wska­zała mi pole, które miało na­le­żeć do Szeli, i opo­wie­działa zwią­zaną z jego użyt­kow­ni­kiem le­gendę, po­ja­wia­jącą się także w chłop­skich prze­ka­zach z lat pięć­dzie­sią­tych XX wieku.

Hi­sto­ria ta miała świad­czyć o wiel­kiej wie­dzy i spry­cie Szeli, który jako ple­ni­po­tent, czyli przed­sta­wi­ciel gminy, pro­wa­dził z Bo­gu­szami ba­ta­lię prawną o za­kres wy­miaru pańsz­czy­zny oraz wspólne dla ca­łej wsi grunty. Trwa­jący co naj­mniej dwa­dzie­ścia sześć lat spór ob­fi­to­wał w wy­biegi prawne, za­stra­sze­nia i kary cie­le­sne, sto­so­wane oczy­wi­ście przez szlachtę. Szy­ka­no­wany na wszel­kie spo­soby Szela był na co dzień ostrożny i dla­tego wodę ze studni za­wsze naj­pierw po­da­wał psu. Obawy o ży­cie oka­zały się za­sadne, bo pew­nego razu zwie­rzę pa­dło otrute. Zmyślny Szela ka­zał więc zbu­do­wać drugą stud­nię po­wy­żej tej pierw­szej, bo do­sko­nale zda­wał so­bie sprawę, że ska­żona woda po­zo­sta­nie je­dy­nie po­ni­żej. Jak utrzy­my­wała moja roz­mów­czyni, wie­lo­krot­nie ko­rzy­stała z tego uję­cia i ni­gdy nic złego jej nie spo­tkało. W tej opo­wie­ści, oprócz ele­mentu fan­ta­stycz­nego, ude­rzała bli­skość i na­ma­cal­ność zda­rzeń sprzed pra­wie dwu­stu lat. Dla­tego star­szy, nie­ży­jący brat ko­biety, gdy cho­dził z kro­wami na po­bli­skie pole, choć nie na­le­żało ono już od dawna do pier­wot­nego użyt­kow­nika, mó­wił za­wsze, że idzie na "Sze­lowe".

Słynna rola znaj­duje się rze­czy­wi­ście w po­bliżu mu­ro­wa­nej ka­pliczki Matki Bo­skiej z 1932 roku, po le­wej stro­nie od sta­rej, drew­nia­nej cha­łupy po­ma­lo­wa­nej na żółto. Wśród krze­wów i so­sen sta­ra­łem się doj­rzeć ob­ni­że­nie te­renu, wy­zna­cza­jące miej­sce, gdzie stał dom Szeli. To, co zo­ba­czy­łem, po­rów­na­łem z za­cho­wa­nym zdję­ciem domu sprzed dru­giej wojny świa­to­wej i wska­zów­kami z in­ter­netu. Na próżno. Po­zo­stało je­dy­nie za­wie­rzyć le­gen­dzie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki