Biały dom, na sześciu wsparty kolumnach, panował dawniej nad tak
szerokim kręgiem ziem, że krańca ich nie można było dojrzeć
z największego nawet komina. Skowronek Szaragrudka, na tych ziemiach
śpiewający, musiał wzlecieć bardzo, bardzo wysoko, aby je ogarnąć
bystrym spojrzeniem. Tak się z czasem zaczęły te ziemie kurczyć, bo
z nich obcy ludzie całe zabierali połacie, że można je było zmierzyć
oczyma: najpierw z okien pierwszego piętra, potem już z okien tych
komnat, do których zaglądały wysoko urodzone kwiaty. Wreszcie, kiedy
Irenka zjawiła się w białym domu na sześciu wspartym kolumnach, dom
ten otoczony był małym tylko skrawkiem ziemi: wyglądał jak świetny
grobowiec, co włada już tylko trawnikiem i kilkoma ścieżynami. Jeszcze
spozierał dumnie i wyniośle, lecz serce domu toczyła zgryzota
i czasem, kiedy nikt tego nie widział, w posępne noce jesienne grube
łzy spływały po jego szklanych oczach. Wyglądał jak olbrzym,
któremu odebrano jego moc, dumny i biedny był jak ów król Jan,
który zwał się "bez Ziemi". Niwy dokoła domu zjadał czas, co
wszystko pożera, i czarny, zachłanny smok, którego podjudziła wojna,
aby pożarł las jeden i drugi, potem słodkie łąki, aby wypił stawy,
a groble rozdarł pazurami. Ojciec Irenki piersią własną zasłaniał
te umiłowane ziemie i o każdą ich piędź walczył z uporem, lecz
jak rybak wątłą piersią nie zdoła powstrzymać naporu morza, tak
i on nie mógł ziemi swojej zasłonić przed tą falą kąśliwą
i żarłoczną, co wciąż gruda po grudzie zabierała ziemię i niosła
między obcych ludzi. Z przerażeniem w struchlałym sercu czekał
owej chwili, kiedy będzie musiał pozbyć się ostatnich zagonów,
a wtedy fala daleka przypełznie aż do drzwi białego domu i będzie
go szturmować jak skałę wśród morza, na której kilkoro ludzi
mieszkało jak mewy. Podczas bezsennych nocy nasłuchiwał, jak pluszcze
i niecierpliwie wirem bulgocze - daleko jeszcze - lecz się już
oznajmia, nieuchronnie się zbliża. Obliczał, dodawał i mnożył;
walczył o tę swoją ziemię i ostatkiem sił utrzymał jakby niezbyt
rozległą wyspę z białym domem pośrodku.
Irenka nie znała jeszcze
tych zmartwień, bo nigdy czarnymi swymi oczyma nie widziała
zmartwienia. Zmieniły się te oczy z czarnych główek od szpilki
na dwa węgielki, w których czasem błyskały świetlne, złociste
iskierki. Pomimo takiej piekielnej, smolnej czarności cały świat
odbijał się w nich błękitnie i jasno. Wszystko na świecie było
uśmiechnięte i kwitło uśmiechem. Drzewa pokryte nim były jak
kwiatami, wody śmiały się najśliczniej; każda trawka śmiała się
i każde stworzenie; wiewiórka nosiła swój uśmiech na końcu wesołej
kity ogona, pies gryzł swoją uśmiechniętą radość w białych
lśniących zębach, ptaki były pełne radości rozśpiewanej, prócz
kury, która radość swoją objawiała krzykliwie jak stara przekupka, co
ma na sprzedaż jedno mizerne jajko. Irenka śmiała się do wszystkich,
a wszyscy do niej. Najdziwaczniej śmiał się dom: stary był i nieruchomy,
więc nie mógł, oczywiście, fikać kozłów, lecz objawiał swoją
radość trzaskiem podłóg, brzękiem szyb i stukaniem drzwi. Śmiał
się i cieszył jak staruszek ksiądz proboszcz, któremu też trzaskały
palce, kiedy z wielkiej radości zacierał ręce. Mądre, czarne oczy
Irenki szybko spostrzegły, że na świecie nie ma rzeczy martwych;
są czasem nieruchome, lecz zawsze żywe. Wszystko żyje, a ponieważ
żyje, więc albo cieszy się, albo smuci. Kamień jest smutno zadumany,
bo nie może ruszyć się z miejsca. Zawodowo smutna jest wielka brama
na zardzewiałych zawiasach, bo jej ciągle wyłamują stawy i nigdy nie
zamkną jej dobrotliwym ruchem, lecz z silnym, nagłym trzaskiem. Żuraw
przy studni mógłby być wesoły, gdyby mu dano odpocząć, jakże
jednak nie ma skrzypieć albo czasem jęknąć boleśnie, skoro sto razy
dziennie zanurzają nieszczęsny jego dziób w zimnej wodzie? Niewiele
poza tym istot okazuje smutek, więcej, stokroć więcej jest takich,
które radują się życiem. Czynią to jedne mądrze i roztropnie,
inne bez opamiętania. Są też takie boże stworzenia, które radość
z życia okazują w sposób zgoła wariacki i do niczego niepodobny; do
nich przede wszystkim należy cielę, którego formy radości wszelkie
dozwolone przekraczają granice i budzą niesmak nawet w ośle wożącym
beczkę z wodą, objawiającym swoją radość w sposób wzniosły
i rozumny: rykiem niespodziewanym i pełnym serdecznej rozpaczy.
Najdziwaczniej objawiał swoją
radość zaprzysięgły i najwierniejszy przyjaciel Irenki: pies nazwany
Drab. Nigdy więcej prawdy nie było w psim imieniu. Gdyby psy sądzono
wedle ludzkiej sprawiedliwości, pies ten powinien być skazany co
najmniej dziesięć razy na śmierć przez powieszenie. Najłagodniejszy
sędzia podpisałby taki wyrok szybko i bez drgnienia ręki, nie było
bowiem na sto mil dokoła większego złodziejaszka, urwipołcia,
rzezimieszka, włóczykija, łgarza, kurokrada i fanfarona. Kiedy
w okolicy ukradziono konia, było rzeczą oczywistą, że pies nie mógł
ukraść potężnej kobyły, mimo woli jednak patrzono podejrzliwie
najpierw na Draba. Był to kundel z nieprawdziwego zdarzenia. Nie
wiedziano, skąd się wziął. Znaleziony pod płotem, wychudzony jak
szkielet i więcej umarły niż żywy, zdołał poczciwym spojrzeniem
tak ocyganić Irenkę, że został oddany pod jej opiekę. Był to
pierwszy dzień jego grzesznego żywota. Mądry był nad podziw
i nieskończenie brzydki. Minę miał zawsze uśmiechniętą, po kilku
zaś dniach wiedział wszystko, a sto razy więcej niż psy miejscowe,
z dawna tu osiadłe. Poznał wszystkich na wylot, wybornie rozumiał,
kogo należy unikać, a przed kim merdać ogonem. Najdokładniej zaś
wiedział, gdzie, co i kiedy można ukraść tak zręcznie, że nigdy
go nie schwytano na gorącym uczynku. Stare kury płakały rzewnymi
łzami i straszliwymi głosami skarżyły się przed całym światem,
bo najszlachetniejsze z nich, najbardziej tkliwe i przystojne ginęły
bez śladu. Kiedy zaś szukano ich z wielkim rwetesem i narzekaniem,
Drab wzdychał ciężko i dawał do poznania, że serce w nim pęka
z wielkiego żalu, bo nie może bez wzruszenia słuchać o mordowaniu
niewinnych skrzydlatych stworzeń. Groza padła na zające, które
wytrzeszczały ślepia podczas miesięcznych nocy, nie wiedząc, skąd
wychynie nagle i bez szelestu kudłate, obłudnie uśmiechnięte widmo
tego piekielnego psa. Umiał on nie tylko śmiać się całą gębą,
umiał też i płakać, i stroić śmiertelnie smutne miny. Świat nie
widział tak przemyślnego oszusta, kradnącego w jasny dzień spod ręki
i pomagającego chwilę potem szukać złodzieja. Ten arcyrzezimieszek
umiał otwierać drzwi, wskakiwać do kuchni przez otwarte okno
i wiedział dokładnie, kiedy klucznica pójdzie na plotki do kucharza.
W porze dojrzewania owoców stawał się jaroszem, przestawał kraść kury,
a kradł za to z krzaków maliny i porzeczki. Kiedy był najbardziej
obżarty, udawał głodnego i wypraszał żebraczą miną jakiś ochłap,
który porzucał na śmietniku. Mianował się sam psim władcą całej
okolicy i, jak gdyby miał sto oczów, wszystko widział, i o wszystkim
wiedział. Kiedy jego łajdactwa stały się zbyt głośne, przepadał
na czas niejaki i wracał po kilku dniach niezwykle wesoły, wierząc
w krótką pamięć i dobre serce poczciwych ludzi. Szczytem jego perfidii
było skierowanie podejrzeń w stronę poczciwego biedaczyny, starego psa
na uwięzi: zakatrupiwszy mizerne kurczę, zaniósł je i podrzucił pod
budę starowiny, który, swoim kaprawym i załzawionym nie wierząc oczom,
począł zajadać nieszczęsnego kurczaka. Wtedy Drab narobił piekielnego
hałasu i zwołał całą ludzką czeredę, aby wszyscy jasno ujrzeli,
kto jest złoczyńcą i kto morduje kury. Przez cały dzień uchodził
za uczciwego psa największy wisielec, jakiego znają nowożytne dzieje.
Nie uznawał żadnego pana prócz
Irenki. Na pochwałę tego obwiesia powiedzieć należy, że dla niej
byłby poszedł naprawdę na śmierć. Była to jego królowa i jego
bóstwo. Dla niej byłby wymordował wszystkie kury świata i najmniej
połowę zajęcy, sam zaś chętnie umarłby z głodu. Śmiał się na
jej widok oczami, zębami i ogonem, wydawał z siebie niepojęte głosy
radości i aż płakał czasem z zachwytu. Jej wolno było wszystko,
na jej rozkaz ciskał się jak kula w głębię stawu, chociaż wodą
gardził ponad wszelkie pojęcie, właził za nią na rosochate drzewo
i nie odstępował jej jak kudłaty cień. Razem tworzyli groźną parę
zabijaków, oboje włóczykije po lesie i wertepach. Pies rozumiał każde
jej słowo: wył na jej rozkaz i na jej rozkaz milczał. Wiedział, że
go to bóstwo zawsze ochroni, skoro wpadnie w takie tarapaty, że sam
wyłgać się nie zdoła. Przed nią nie łgał nigdy i wyszczekiwał
swoją smutną prawdę jak skruszony morderca. Rozżalonym spojrzeniem
obiecywał poprawę, zwalając ponure grzechy na swoją psią naturę
i na brak uczciwego wychowania. Karę z jej rąk przyjmował z pokornym
poddaniem, tym tylko zdumiony, skąd to drobne ludzkie stworzenie mogło
dowiedzieć się o tym, o czym nie wiedział ani kucharz, ani klucznica.
Irenka wiedziała o wszystkim równie
dobrze jak sam Drab. Była na wszystkich strychach i na dnie studni,
znała wszystkie zakamarki i schowki, wiedziała o każdej truskawce
w ogrodzie i o najmniejszym słoiku konfitur w spiżarni. Czarnymi oczkami
wypatrzyła najmniejszą szczelinę, wiedziała, gdzie się lęgną
myszy i gdzie w stajni mają nory króliki. Znała każde gniazdo
os i wszystkie gniazda ptasie. Można było mniemać, że rozumie
mowę zwierząt i ptaków i że słyszy, jak trawa rośnie. Rozpacz
z tego powodu, że urodziła się dziewczynką, osładzała sobie
szaleństwami, będącymi wedle naturalnego porządku rzeczy udziałem
chłopców bez piątej klepki, bez której wycieka woda z głowy wraz
z odrobiną rozsądku danego znarowionym pędrakom przez łaskawość
nieba. Diabeł, odpędzony od tej dziewczyny za sprawą święconej
wody, teraz wcielony w jej oszalałego psa, towarzyszył jej zawsze
i wszędzie. W płonących, czarnych oczach Irenki przyczaiła się
swawola najlepszego gatunku, wybrana z wybranych. Były to nieustannie
uśmiechnięte oczy drapichrusta, który nie tylko łazi po drzewach
jak zawodowe małpiątko, nie tylko wschodzi ustawicznie tam, gdzie
go nikt nie posiał, i wszędzie wetknie swoje trzy grosze, lecz
także nad tym rozmyślała, jak to sprawić, aby cały dom stanął
na głowie. Ta rogata dziewczynka, śliczna jak anioł, mądra jak
filozof, ale taki, któremu coś w mądrej pomieszało się głowie,
wesoła jak szczygieł o poranku, gotowa była na każde szaleństwo,
łącznie z połamaniem rąk i nóg, aż do skręcenia karku. Więcej
bowiem, pomimo najszczerszych chęci, ani połamać, ani skręcić już
nie było można. Człowiek nie jest stonogą i ma, licho wie czemu,
ograniczoną liczbę kruchych członków. Gdyby istniał urzędowy
wykaz oszalałych przygód tej dziewczyny z okresu jej lat cielęcych,
kiedy dźwigała na sobie straszliwe brzemię lat sześciu, musiałby
być spisany na wołowej skórze, a w każdej przygodzie brakowało jej
trzech ćwierci do śmierci.
Obok tysiąca zdarzeń tak zwyczajnych
jak sińce, zadrapania, krew z nosa, przebicie gwoździem bosej i na
czekoladę opalonej nogi - grubymi literami pisane pyszniłyby się
takie przygody, jak: dwadzieścia siedem przypadków zlatywania z drzewa;
czterokrotna nieudana próba utonięcia na głębokiej wodzie; trzykrotne
wywrócenie się wozu z sianem, na którego szczycie siedziała Irenka
i jej pies; cudowne jej ocalenie, kiedy mogła ugotować się w kotle, czemu
przeszkodzono w ostatniej chwili przez schwycenie jej za nogi; niedoszła
śmierć od kuli, kiedy chcąc uczcić imieniny matki, dwukrotnie
wystrzeliła z dubeltówki i nakryła się nogami z niezwykłego
wrażenia; trzydziestokrotne zlatywanie z grzbietu konia wysokiego jak
słoń; awantura ze zwariowaną krową, która powzięła niespodziewany,
wesoły zamiar chwycenia jej na rogi; wielka wojna z gniazdem os, które,
wyprowadzone przez nią z równowagi, postanowiły zjeść ją na surowo;
wreszcie głośna na całą okolicę awantura, kiedy usiłowała na
grzbiecie starej, statecznej kobyły wjechać po drabinie na dach stodoły
- co się skończyło nagłym obłąkaniem poczciwego zwierzęcia,
złamaniem drabiny i dwóch panieńskich żeber. Należy nadmienić,
że strata pożytecznej drabiny była nierównie większa niż mizerna
szkoda nadwerężenia dwóch żeber. Ludzie w ogóle byli zdziwieni, że
osoba zwana Irenką nie rozleciała się dotąd na drobne ułamki przy
jej zwariowanym trybie życia, któremu nie dałoby rady dziesięciu
zrzeszonych urwipołciów płci męskiej. Zdawało się czasem,
że Irenkę przyniosą do domu w osobnych pakunkach, osobno głowę,
osobno ręce i nogi, a ktoś litościwy będzie niósł na dłoni,
jak ziarnka młodej kukurydzy, jej nieliczne jeszcze zęby. Straszliwa
ta kobieta postanowiła bowiem zwiedzić ziemię i niebo, przekonać
się naocznie, co się dzieje na dnie rzeki i stawu i co się odbywa na
szczycie najwyższych drzew. Pieniła się w niej żądza przygód jak
rozrobione mydło w balii. Nie bała się niczego i nikogo. Kiedy cały
dom, zasłoniwszy oczy ciężkimi powiekami okiennic, spał sprawiedliwie,
małe półdiablę, cicho gwizdnąwszy na swego piekielnego towarzysza
i wspólnika zbrodni, Draba, wyłaziło z nim przez okno, aby zapolować na
starego puchacza, który na szczycie stajni popłakiwał rozdzierającym
głosem. Wtedy nagle wśród nocnej ciszy rozpoczynał się diabelski
rwetes: Irenka wykrzykiwała groźnie, Drab odchodził od zmysłów,
a mądry puchacz, nie kiwnąwszy im nawet ogonem, odlatywał miękko,
puszyście na kościelną wieżę. Nazajutrz odbywał się sąd, na
który pies przezornie nigdy nie stawał, bo przeczuwając awanturę,
zmykał przed srogim okiem sprawiedliwości, na Irenkę zaś sypały
się klęski, groźby i narzekania. Stojąc potem długo w kącie,
miała wiele czasu, aby obmyślić wyborną wyprawę do lisiej nory,
nieustraszona i przemyślna.
Wśród takich zajęć, wymagających
natężenia umysłu i hartu serca, zaledwie zauważyła, że narodził
się jej braciszek, którego nazwano krótko Janem. Dowiedziawszy
się o tym, zdziwiła się powszechnej radości: wzruszyła ramionami,
kiedy dostrzegła bezradne maleństwo, ssące gorliwie własny palec,
pomyślała bowiem, że dużo wody upłynie, zanim takie chuchro wylezie
na szczyt drzewa albo kamieniem będzie trafiało w szczura. Tym
skwapliwiej wzięła się do roboty, westchnąwszy ciężko, gdyż
musiała pracować za dwoje. Miała przed sobą dokładne zbadanie tej
części strychu, do której dostęp był trudny i dokąd nie dotarł
jeszcze żaden z uczonych geografów badających nieznane ziemie. Przez
dwa lata obmyślała drogę przez komin wiodącą przez wielki kominek
w salonie aż na dach. Historia tej wyprawy została przerwana w połowie,
kiedy ją na poły uduszoną wydobyto z czeluści komina i prano długo
w gorącej wodzie. Jej nieodłączny pies został wytrzepany z sadzy na
sucho, przez czas długi jednakże żywo przypominał kosmatego diabła
zajętego przy fabrykacji smoły.
Był to okres wielkich w jej życiu burz
i niepowodzeń. Wszyscy wielcy ludzie, potężni zdobywcy i nieustraszeni
podróżnicy, mają takie chwile, kiedy ich ratuje cud i łaska boska. Ją
wyratował wtedy słodką wymową ksiądz proboszcz, siwy gołąb, który
miał niepojętą słabość do tego jastrzębiego pisklęcia. Dobry
ten człowiek dawno już zapomniał o tym, że to kochane przez niego
dziewczynisko, wpuszczone nieopatrznie do jego ubożuchnej spiżarni,
aby sobie wzięło z półki odrobinę piernika, pozostawiło w spokoju
żółty ze zgryzoty piernik, spustoszyło natomiast kilka słoików
z konfiturami, w czym jej niepospolicie musiał pomagać jej hańbą okryty
pies. Niemożliwą bowiem było rzeczą, aby człowiek mający osiem lat
mógł zjeść tyle konfitur, że na jeden rok żywota jeden przypadał
słoik. Według takiego rachunku człowiek siedemdziesięcioletni byłby
smokiem, co potrafi pożreć siedemdziesiąt słoików. Święty ksiądz
i o tym zapomniał, że jego ukochana Irenka, dobrawszy sobie kompanię
basałyków, pasących gęsi i krowy, wprawiła w jedno ciche, senne
popołudnie wszystkie kościelne dzwony w ruch tak gwałtowny, że ludzie
przerażeni przybiegli z pól, głośno wołając boskiego zmiłowania,
a z pobliskiego miasteczka przypędziła na złamanie beczki straż
pożarna, wioząc dwa wiadra wody.
Ksiądz kochał tę dziewczynkę całym
sercem, jak zawsze wielka mądrość kocha niewinną słodycz. Czarne
Cyganiątko siadało nieraz obok świętego męża i słuchało
z rozgorzałymi oczyma, w których zapalały się płomyki, jak opowiadał
o ziemi, którą kochał, i o niebie, do którego tęsknił. Mówił
jej o pszczołach i o ptakach, i o tym, że najmniejsza trawka cierpi
i że gwiazdy śpiewają złotymi głosami, aby się spracowanej ziemi
słodko spało. Opowiadał jej o Panu Bogu tak ślicznie, że oczarowana
dziewczynka patrzyła na zapylone słońcem pola i łąki, szukając
oczami tego Pana Boga, co chodzi po miedzach, kiście kłosów bierze
w drżące dłonie i bada, czy w nich jest dość ziarna, aby głód
nie przyszedł na ludzi, potem jednym skinieniem odgania chmury jak
ciężkie, brunatne krowy, co lezą nierozumnie w szkodę, albo czasem
krzyknie na pioruny, jak na złe psy, aby poszły sobie precz i biednej
wiosce nie czyniły krzywdy. O zwierzętach mówił przedziwnie pięknie
i wzruszająco, że są bardzo czasem nieszczęśliwe i że należy
być dla nich dobrymi i miłosiernymi. Już tego samego dnia, kiedy
zapadł rosisty zmierzch, Irenka dała dowód, że święty ksiądz nie
gadał do niej jak do obrazu: przekonana, że spętane konie zostały
pokrzywdzone, zwołała tajną radę wyrostków i potęgą wymowy to
sprawiła, że rozpętano konie, gwałtem i namową wpędzono je na
zagony młodych zbóż, aby sobie biedactwa podjadły. Gruba się z tego
uczyniła awantura, kiedy Irenka z wielką prawdą w piskliwym głosie
oznajmiła przed trybunałem domowym, że dokonała zbrodniczej wyprawy,
bo "ksiądz proboszcz tak nauczał". Wszystkim sędziom ręce opadły,
a oskarżyciel publiczny, ekonom, uderzał głową o twardy róg stodoły,
przekonany, że zmysły postradał i że nastąpił koniec świata,
kiedy ksiądz proboszcz każe liczną czeredę koni pędzić na młodą
pszenicę. Staruszek jednak nigdy nie gniewał się na tego małego
herszta, co najdziwniejsze wymyślał zbrodnie. Czasem srogo do niej
zagadał i niby mocno burczał, kiedy wszyscy słuchali, uprosiwszy
go, aby swoją siwą powagą przywiódł do opamiętania zwariowaną
dziewczynę. Ona słuchała niezmiernie skruszona, ale, kiedy nikt nie
widział, mrugała znacząco w jego stronę, dając mu do poznania, że
rozumie jego przykre położenie. Biedny staruszek urywał w połowie
słowa, jąkał się, bladł i czerwieniał, wreszcie nie dokończywszy
wzniosłej nauki, porywał kapelusz i parasol i uciekał, aby nie być
wspólnikiem jakiejś wyrafinowanej awantury.
Nazajutrz czekał niecierpliwie na
dziewczę i pytał zatroskany:
- Bardzo było gorąco?
- Troszeczkę - odpowiadała
Irenka. - Sześć klapsów.
- Sześć? - zdumiał się ksiądz,
drapiąc się za uchem. - Należało ci się dwanaście, ale, prawdę
powiedziawszy, sześć to było za wiele.
Wobec tego szybko dreptał po
pachnący miód, aby nim osłodzić boleść swojej dziewczynki, na
której cała kopa klapsów byłaby przyschła jak na młodym psiaku,
a sześć najmizerniejszego na niej nie czyniło wrażenia.
Nad tym tylko staruszek pilnie czuwał,
aby mu kiedy nie podpaliła przypadkiem białej jego plebanii, ukwieconej
i pachnącej rumiankiem. Na razie nie leżało to w jej zamiarach,
więc żyli sobie w rozkosznej zgodzie, bardzo w sobie rozkochani. Kiedy
ten uprzykrzony pędrak zaczął róść szybko jak malwa pod oknami
i doszedł dość już zażywnej liczby lat dziewięciu, awantury działy
się niepoliczone i coraz bardziej zdumiewające. Przepłynąć rzekę
w najgłębszym miejscu, siedząc jak małpa na grzbiecie przerażonej
szkapy - było dla Irenki drobnostką. Podczas powodzi potrafiła,
siadłszy okrakiem na belce, dotrzeć do płynącej po mętnych
rozlewiskach chałupy i wyratować z niej zapomnianego psa. Odprawiała
sądy wśród wiejskich niedorostków, kiedy zaś nie można było
zagmatwanej sprawy rozwikłać rozumem, staczała bój z winowajcą,
który długo potem nosił jej pieczęć i podpis w kształcie sińca
pod okiem. Wtedy to ksiądz proboszcz miał do niej długą mowę
i usiłował wydobyć ze swoich siwych oczów dwa pioruny; już jej
zagroził pogardą świata i gniewem bożym i już sięgał po piorun,
kiedy Irenka rzekła:
- Albo się mylę, albo rój pszczół
siadł na jabłoni!
Ksiądz opuszczał wzniesioną
do karcenia rękę, piorun padał na trawę i bzykał w niej
nieszkodliwie. Staruszek wołał zdyszany:
- Gdzie, gdzie?
Irenka bardzo długo i pilnie patrzyła
w stronę drzew.
- Zdawało mi się: to nie pszczoły
- mówiła z wielkim żalem.
Staruszek na próżno starał się
odnaleźć w sobie furię i pioruny. Machnął ręką i mruczał:
- Ciebie to nawet w piekle nie
przyjmą!
- Tak? Za to, że się pomyliłam,
to mi ksiądz proboszcz piekłem grozi? Mój Boże! Mój Boże!
Wsadzała piąstki w oczy i,
uśmiechnięta, patrzyła przez palce, jak zacne, przedobre księżysko
czerwienił się jak piwonia i, objąwszy straszliwie pokrzywdzoną,
mówił szybko:
- Wcale tego nie powiedziałem!...
A jeśli powiedziałem, to w gniewie, boś mi pszczołami zawróciła
w głowie... Nie płacz, na Boga, bo mi się serce kraje! Przestań,
dziecino...
Dziecina dawała się wreszcie ukoić
i rzucali się sobie w objęcia, bo jedno bez drugiego żyć nie mogło,
młody diabeł ze starym aniołem.
Ksiądz ją nazwał "Panną
z mokrą głową". Sprawiedliwe to nazwanie było odmianą popularnego
określenia człowieka, który postradał piątą klepkę i wskutek
tego najdziksze wyprawia swawole. O takim mówi się wesoło, że to
"wariat z mokrą głową". Wsadza łeb do wody bez najmniejszej
potrzeby. Ponieważ Irenka była wspaniałym okazem tego gatunku, co
łeb wsadziłby nie tylko do wody, lecz między pokrzywy, w mąkę albo
w smołę, przydomek nie był dla niej zbyt krzywdzący. Przyjęła go
z uznaniem, jak medal za waleczność, słusznie rozumując, że lepiej
mieć mokrą głowę niż żadnej. Nazwanie pochodziło zresztą
z najsłodszych ust i serca pełnego miłości, więc zgodziła się na
nie z radością i odtąd sława jej pod tą zaczęła się szerzyć
firmą. Na dziesięć mil wokoło wiedziano o "Pannie z mokrą
głową", co była śliczna, do Cyganiątka podobna, co nikomu -
chyba sobie - nie uczyniła krzywdy i co odjęłaby sobie od ust
ostatnią kruszynę chleba, aby nią nakarmić człowieka lub zwierzę.
O tym, że posiadała maniery rozbrykanego cielaka, wiedziano również;
jednym było to obojętne, innych to gorszyło, ona zaś, ponieważ mało
ją to obchodziło, co mówią o niej "za granicą", nie zwracała
na to uwagi. Większe miała zmartwienia. Z wysokiej gruszy zleciał,
jak dojrzała gruszka, pękaty Wojtek, jej adiutant, a koń kopnął
kowala, swego żelaznego dobrodzieja. Brata jej, Janka, bolał brzuch,
więc w domu był rwetes i bolejąca awantura. Poza tym pan leśniczy
głośno oświadczył, że przy pierwszym spotkaniu w lesie zastrzeli
Draba, największą hańbę psiego rodu. Z tych wszystkich zmartwień
najdotkliwsze było to, że lato przymykało już oczy i stawało się
senne: zmęczone było ogromnym urodzajem i spieczone na słońcu,
więc, nie czekając końca dnia, owijało się o zmierzchu we mgły
i, oddychając ciężko, kładło się na spoczynek na posłaniu
z pachnącego cudownie siana. Ze schyłkiem lata kończyła się wolność,
ta obłędna i śliczna, łażąca po drzewach jak wiewiórka i jak
srebrna ryba w srebrnej pluskająca się wodzie. Zbliżała się
za to smętna niewola, chmurna jak jesień i niosąca pod pachą
niezliczoną ilość książek, a wśród nich najstraszliwszą,
przemądrą, nielitościwą i nieznającą pomyłki: arytmetykę. Wszystko
zwiastowało zbliżanie się uczonej pory i, widać, przed nią chciały
uciec mądre bociany, i przed nią wesołe uciekną jaskółki. Twarde
jest życie. "Trzeba się uczyć", przeminęło lato.
Irenka, płosząc nierozumne żaby,
które skakały w wodę na łeb na szyję, patrzyła, jak słońce siało
się powietrzem przez przetak nieba jakby złota mąka. Wałęsała się
przez ścierniska, które orano. Pomyślała wtedy, że rzeka powinna
wezbrać od ludzkiego potu, który spływa po twarzach i grzbietach
ludzi, co w spiekocie słonecznej żęli niedawno zboże, a teraz orzą
w trudzie.
W powietrzu latała srebrna przędza,
z której w niebie robią sukienki dla Matki Boskiej. Jaskółki
pokrzykiwały niespokojnie jak panny przed daleką podróżą. Dziki
gołąb frunął jak strzała, nieufny i szybki. Leniwy wiatr pędził
łaciaste chmury na zachód, jak senny pastuch pędzi krowy. Już
pachniał zmierzch spaloną macierzanką i gorzkim dymem rozpalonego
gdzieś na ściernisku ogniska. Było słodko i wonnie. Szczęśliwy
dzień szedł wolnym, miękkim krokiem na spoczynek, a ziemia patrzyła
w słońce jak w zegar, czekając tej godziny, w której będzie jej
wolno przemyć oczy rosą i usnąć z uśmiechem. Okna białego domu,
wspartego na sześciu kolumnach, wyzłociły się i przenikliwym szkliły
blaskiem, a niedaleko, wśród lip, żegnał się ze słońcem drewniany
kościół i domek księdza mrugający wesołymi oczkami małych szybek,
które pannom malwom służyły za zwierciadła.
Irenka dojrzała białą głowę
księdza. Wyszedł z domku pomiędzy ule i, wędrując drożyną, czytał
brewiarz. Czasem przystanął i siwiutką głowę podnosił jak człowiek,
co patrzy na lot ptaków. Dziewczyna pomyślała, że te święte słowa,
które wymawia, lecą jak ptaki w górę, a on, prostaczek boży, patrzy,
czy nie zmyliły drogi i czy prosto kierują lot w niebo.
Podeszła bliżej i patrzyła przez
badyle umierających malin, mając w roześmianych oczach wilgotne
jakieś rozrzewnienie. Śliczny był ten srebrny staruszek, gadający
sobie z Panem Bogiem dobrotliwie i mądrze. Chciała krzyknąć wesoło,
ale nie śmiała, bo ksiądz patrzył wciąż jeszcze w brewiarz; czasem
odpędzał ręką pszczoły wracające z daleka, czasem przystawał
i trzęsącą się ręką dotykał serca. Znowu iść zaczął, lecz
jakoś niepewnie i jakby błędnie. Brewiarz wypadł mu z ręki. Irenka
przesadziła płot jak sarna i w jednej chwili była przy nim. Właśnie
się słaniał i byłby upadł, gdyby go nie podtrzymała silnymi rękami.
- Drogi mój, złoty! Co księdzu
proboszczowi?
On spojrzał na nią jakby bardzo
zdziwiony niespodziewanym jej zjawieniem i z trudem uśmiechnął się.
- Irenka! - szepnął ze słodyczą.
Usta miał bardzo blade i drżące.
Dziewczyna obejrzała się w stronę
domku i zaczęła wołać.
- Daj spokój - szepnął ksiądz
- nie ma nikogo.
Nie mógł iść, a ona nie miała
dość sił, aby udźwignąć potężną jego postać. Pomogła mu
ułożyć się na ciepłej trawie i głowę jego oparła o zielony ul,
w którym drżało cicho rozszemrane, złote życie. Serce się w niej
tłukło, kiedy pobiegła po wodę i kiedy poiła go jak dziecko bezbronne
i jakby bardzo chore.
Przez lipy sączył się zmierzch jak
różana woda i coraz bardziej gasły dalekie głosy z pól i łąk. Tylko
spóźnione pszczoły brzęczały cichutko, lecz niespokojnie, i zaczęły
krążyć nad jego głową. Czasem któraś, ciężka jak kropla miodu,
padała w trawę, jakby chcąc być przy tym, który im królował.
A on ciężko dyszał, coraz bledszy i bledszy, taki bez krwi jak ten
gasnący dzień.
Wielka, lodowata trwoga wionęła na
serce tej dziewczyny, która nigdy nie znała trwogi. Objąwszy ramieniem
ukochaną starą głowę, mówiła cichutko jak matka do dziecka:
- Czy księdzu lepiej? Co mam
robić? O mój złocisty! Przecież ksiądz nie umrze.
- Zdaje mi się, dziecinko, że
umrę - mówił on z trudem.
- Matko Boska!
- Nie odchodź ode mnie... Zanim ktoś
przyjdzie, już mnie nie będzie... Zbyt długo żyłem i zabierałem zbyt
długo miejsce na bożej ziemi... Miło jest umierać pod lipami... Co
to tak szumi?
- To pszczoły...
- Dobre i poczciwe pszczoły. Czy
ja ci nie ciążę, Irenko?
Dziewczyna nie odpowiadała, bo nie
mogła schwytać oddechu. Oczy jej napełniły się łzami, które
ciężko zaczęły padać na jego twarz białą jak ściana domku.
- Rosa pada... Rorate coeli... Czy to już noc?
- Nie, jeszcze...
- Ach, to moja lampa zagasła... Czy
mnie słyszysz?
- Słyszę...
Serdeczny płacz wstrząsnął nią
jak burza młodym drzewkiem.
- Bardzo cię kochałem... Bądź
zawsze dobra, dziecinko... Wariat jesteś, ale serce złote. Zostań
już taka! Czasem cię zburczałem... Ale chyba mi przebaczysz...
- O Jezus Maria... - łkała
dziewczynka.
On odpoczął, ciężko dysząc. Potem
mówił cichutko:
- Módlmy się!
Zaczął szeptać jakieś urywane
słowa, a ona, załzawionym spojrzeniem objąwszy jego świętą głowę,
zaczęła się też modlić bez ładu i składu:
- Matko Boska, nie daj mu
umrzeć! Panie Boże, jeśli chcesz, abym była jaka taka, nie daj
mu umrzeć! Lepiej niech ja umrę, bo jestem wariat, ale nie on,
ale nie on. Co to za urządzenie, abym ja żyła, a ten najlepszy
człowiek umierał? Zdrowaś Mario, łaskiś pełna... O, już
się uśmiecha!... Bądź wola Twoja, jako i my odpuszczamy naszym
winowajcom... Uśmiecha się, uśmiecha! Księże proboszczu!
Już jej nie odpowiedział, choć
ze słodkim uśmiechem patrzył na nią. Przytuliła do piersi jego
głowę, zdumiona i niewiedząca. Już nie było w niej lęku. Czuła,
że się stało niezmierne nieszczęście i że pewnie umarł,
bo jej nie odpowiada. Serce w niej dygotało, bardzo rozżalone
i pełne płaczu. Oparła znowu jego biedną głowę o szumiący ul,
podniosła się, pomyślała o czymś i błędnym krokiem poszła ku
dzwonnicy. Ujęła sznur największego dzwonu i, wszystkich z siebie
dobywając sił, poczęła dzwonić.
Serce dzwonu było takie ciężkie
i rozpłakane jak jej serce.