Panna Winter w bibliotece z nożem - Martin Edwards

-
Proszę czekać

4. Dziennik Harry'ego Crystala

- Daleko jeszcze? - spytałem po dziesięciu minutach jazdy w niemal całkowitej ciszy, przerywanej jedynie szmerem wycieraczek samochodowych.

Carys Neville konsekwentnie milczała, ale ja miałem dość analizowania każdego swojego słowa pod kątem potencjalnych zysków i strat. Zagadując Frankie, mogłem przynajmniej dowiedzieć się czegoś ciekawego. A jeśli przy okazji rozwiąże to język mojej rywalce, tym lepiej dla mnie.

Frankie pozwoliła sobie na uprzejmy chichocik.

- W linii prostej Midwinter leży całkiem blisko, ale im wyżej, tym droga robi się bardziej zdradliwa. Widzisz ten znak ostrzegawczy?

Pokonaliśmy właśnie garbaty mostek nad zamarzniętym strumieniem, a ona wskazała mi stojącą na poboczu tabliczkę. W zacinającym śniegu z trudem odczytałem jej treść.

UWAGA - W OKRESIE ZIMOWYM WARUNKI DROGOWE

MOGĄ BYĆ SKRAJNIE NIEBEZPIECZNE

- Jakbyśmy sami nie wiedzieli, co? - parsknęła śmiechem. - Ale co racja, to racja. Ten samochód ma najlepsze całoroczne opony dostępne na rynku, a i tak muszę jechać bardzo uważnie. Nie chcielibyśmy skończyć w korycie potoku, prawda? A co dopiero zsunąć się ze zbocza.

Tego akurat się nie obawiałem, patrząc, z jak imponującą pewnością siebie Frankie pokonuje kolejne ostre zakręty. Zaśnieżone wrzosowiska wyglądały przepięknie, lecz były bezlitosne jak kochanka, którą zbyt często się lekceważy. Co jakiś czas zdająca się nie mieć końca kręta droga mijała samotną farmę i stadko smętnych owiec. Kolejne zabudowania i kamienne murki niemal całkiem wtapiały się w skalisty krajobraz. Potoki spływały wartko z urwisk, podmuchy wiatru rozwiewały śnieg na wszystkie strony, a jezdnię przed nami spowijała dziewicza biel. Odkąd ruszyliśmy spod stacji, nie minął nas żaden inny pojazd.

Rytm wycieraczek działał na mnie hipnotyzująco. Rozsiadłem się wygodnie, wdychając zapach nowiutkiej skórzanej tapicerki.

- Zważywszy na tak fatalne warunki, jedzie się całkiem gładko - zauważyłem.

- Za to mi płacą, Harry. Troska o dobre samopoczucie klientów to nasz priorytet.

- Carys i ja przyjechaliśmy ostatni?

- Nie. Rano dotarło dwoje gości, Poppy i Baz. A mnie czeka jeszcze jeden kurs po ostatnią dwójkę.

- Co możesz nam powiedzieć o już przybyłych? - Zawahałem się. - O ile wolno ci cokolwiek zdradzić.

- Przykro mi - odparła - ale jestem tylko podwykonawczynią. Musicie zaczekać, aż Bernadette i Chandra dokonają wieczorem oficjalnej prezentacji. Jeśli mam być szczera, nie znam praktycznie żadnych szczegółów waszej świątecznej imprezy.

- Imprezy? - Głos Carys ociekał sarkazmem. Było to równie irytujące, jak odgłos kapania z dziurawej rynny.

- Jesteście tu po to, żeby wziąć udział w jakiejś grze, prawda? Będziecie rozwiązywać zagadkę morderstwa z wyższych sfer?

- Coś w tym rodzaju - przytaknąłem.

- Wspaniale. I z pewnością tak właśnie będzie: wspaniale. Świąteczny pobyt w Midwinter musi kosztować krocie.

Miałem ochotę się pochwalić, że nie zapłaciliśmy za tę podróż w nieznane ani pensa i że niezależnie od wygranej każde z nas miało otrzymać pokaźną sumkę w gotówce jako premię za sam przyjazd tutaj, jednak ostrożność kazała mi trzymać język za zębami. Moim celem było zdobywanie informacji, nie dzielenie się nimi.

- Twoją szefową jest Chandra Masood?

- Uhm.

- Powiedziała ci, kim jesteśmy?

Frankie pokręciła głową.

- Chyba nie muszę tego wiedzieć. Zaraz, jak tylko was wysadzę, wracam na stację. Wolę nie ryzykować kolejnego spóźnienia, szczególnie że warunki z godziny na godzinę będą się pogarszać.

- Przynajmniej mamy całą drogę dla siebie - zauważyłem. - Praca szofera musi być koszmarem, kiedy pasażerowie się spieszą, bo są umówieni albo muszą zdążyć na samolot!

- Takie już uroki tej pracy - stwierdziła Frankie. - Trzeba brać rzeczy takimi, jakie są.

- Nawet najcierpliwszym zdarza się od czasu do czasu wybuchnąć za kierownicą.

- Ja muszę nad sobą panować. Nie chcę znienacka umrzeć na zawał.

- To ci raczej nie grozi. Widać, że masz świetną kondycję.

Roześmiała się.

- Na pierwszy rzut oka trudno to zauważyć, ale jestem poważnie chora na serce. Lekarze twierdzą, że w każdej chwili mogę paść trupem.

- O mój Boże. - Nie wiedziałem, co powiedzieć.

- Spokojnie, Harry. Dużo ćwiczę, więc trzymam formę. Nie ma sensu się nad sobą użalać. Taka się urodziłam i jak dotąd radzę sobie całkiem nieźle. - Zaśmiała się. - Grunt to zachować spokój i robić swoje.

- Świetna filozofia - pochwaliłem. - Szkoda, że sam tak nie potrafię.

- Na szczęście jestem bardzo cierpliwa.

- To chyba konieczne, kiedy pracuje się dla Fundacji Midwinterów. Bernadette Corrigan zrobiła na mnie wrażenie okropnej pedantki. Kogoś, kto zawsze musi mieć wszystko zapięte na ostatni guzik.

Usta Frankie widoczne w lusterku wstecznym wygięły się w delikatnym uśmiechu.

- Tak myślisz?

Ciekawe. Bernadette wyglądała na sztywną formalistkę, ale jak posępnie mawiała moja świętej pamięci matka, najgorsze są ciche myszki. Może po paru drinkach nawet Bernadette potrafi się rozluźnić.

- Wiesz coś na ten temat?

Frankie z żalem pokręciła głową.

- Pierwszą zasadą, jakiej uczymy się przestrzegać w tej pracy, jest zasada poufności.

- Jasne, wybacz. Rozumiem. - Niepotrzebnie kusiłem los. Frankie nie należała co prawda do wąskiego grona osób zaangażowanych w przygotowanie czekającej nas rozgrywki, ale Fundacja Midwinterów była ważnym klientem, a ona ani na moment nie zapomniała, kto jej płaci. Musiałem stłumić frustrację i działać bardzo, ale to bardzo ostrożnie. - Rozumiem. Musisz zachować dyskrecję.

- Zaakceptowałam warunki umowy, Harry - odrzekła. - Sam wiesz, jak to jest.

- Naturalnie. To samo dotyczy mnie i Carys.

Wywołana do tablicy Carys burknęła coś pod nosem. Z pewnością musiała podpisać tę samą umowę o zachowaniu poufności co ja, bo taki był warunek naszego udziału w grze. Kilka stron drobnym drukiem, przygotowanych przez prawników, którym najwyraźniej płacono od każdego słowa. Wspomniano tam nawet o przewidzianych prawem karach za złamanie zasad gry i wysokim "odszkodowaniu umownym" na rzecz fundacji w razie niedotrzymania uzgodnionych warunków. Każda niesubordynacja mogła nas narazić na poważne straty finansowe.

- Czuję się zupełnie, jakbym podpisywał cyrograf - zauważyłem w rozmowie z Bernadette podczas naszego spotkania online. Potwierdziła skinieniem głowy, co do reszty podkopało moje morale.

Czy powinienem mieć żal do siebie, że nie wczytałem się dokładnie w treść umowy? Lecz zaraz upomniałem się w myślach: miałem przecież niczego nie żałować. Gdybym spróbował przedrzeć się przez labirynt paragrafów i podpunktów, zawierających ubrane w niezrozumiały żargon zdania wielokrotnie złożone, chyba bym oszalał.

- Domyślam się, że wozisz wielu VIP-ów? Celebrytów? Różnych znanych ludzi?

Frankie miała dar uprzejmego zbywania wścibskich rozmówców.

- Wszystkich staram się traktować jednakowo, nie tylko klientów korporacyjnych czy grube ryby. Szanuję prywatność każdego pasażera.

- Co się dzieje w limuzynie, zostaje w limuzynie, tak?

Parsknęła śmiechem.

- Święte słowa, Harry.

Droga pięła się w górę, trzymając się kurczowo krawędzi urwiska. Na kolejnym ostrym zakręcie Carys nerwowo poprawiła się w fotelu. Niemożliwe, żeby w tak komfortowym aucie było jej niewygodnie. Może irytowały ją moje próby wciągnięcia Frankie do rozmowy? Na tym etapie nie byłem już pewny, co ma znaczenie, a co nie. Bernadette obiecała całej naszej szóstce spotkanie wprowadzające dotyczące reguł gry, które zaplanowano na dzisiejszy wieczór. A to znaczyło, że jak na razie oboje z Carys poruszaliśmy się po omacku.

Nic się nie stanie, jeśli znów spróbuję pociągnąć Frankie za język. Podpisała co prawda umowę o zachowaniu poufności, ale przecież każdy lubi opowiadać o sobie. Niektórzy wręcz nie potrafią mówić o niczym innym. Warto było spróbować, jeśli mogłem w ten sposób zyskać choć odrobinę przewagi.

- Długo pracujesz jako szofer?

- Odkąd pamiętam, uwielbiałam prowadzić samochód. Ale przez lata imałam się najróżniejszych zajęć. Wiesz, zawsze wolałam praktykę od teorii. Nie dla mnie ślęczenie nad książkami.

- Czyli szkoła życia?

- Zgadza się. Nie ma to jak czerpać z własnych doświadczeń. - Zerknęła w lusterko wsteczne i obrzuciła mnie szybkim spojrzeniem, po czym znowu skupiła uwagę na jezdni. - Dlatego Fundacja Midwinterów mnie zatrudniła.

- Ach tak?

- Tak. Szukali doświadczonego kierowcy. Nawet podczas łagodnych zim szansa na białe święta jest w Midwinter znacznie większa niż w jakimkolwiek innym zakątku kraju. Potrzebowali kogoś, kto byłby w stanie przy złej pogodzie zapanować nad dużym autem. Ale to nie wszystko. O tej porze roku fundacja działa w bardzo okrojonym składzie. Od wszystkich oczekuje się wielozadaniowości. Ode mnie również. Wszystkie ręce na pokład. Nie ma żadnych wyjątków, również dyrektor musi zakasać rękawy.

Carys nie zdołała dłużej się powstrzymywać.

- Czyżby? - wtrąciła z nieskrywaną wrogością.

- Naprawdę! - zapewniła ją szczerze Frankie. - Zaczął nawet pomagać w kuchni.

Carys prychnęła pogardliwie.

- Mamy teraz nową kucharkę, Daisy Wu. Dusza człowiek. Dyrektor pomaga jej się wdrożyć. To Amerykanka, ale menu składa się z samych tradycyjnych angielskich potraw. Pani Beeton1 byłaby dumna.

- Po prostu cudownie!

Cierpka uwaga Carys spłynęła po Frankie jak woda po kaczce. Wyglądało na to, że dziewczyna myślami jest daleko stąd.

- Wiem jedno: Bernadette bardzo zależy, żeby dla wszystkich gości to były niezapomniane święta.

W jej ustach zabrzmiało to niemal złowieszczo.

- Mieszkasz gdzieś w okolicy? - zagadnąłem.

- Przez najbliższe kilka dni będziemy stłoczeni w Midwinter jak sardynki w puszce. - Frankie się zaśmiała. - Wracacie do domu dopiero po drugim dniu świąt, prawda?

Z pewnym opóźnieniem dotarło do mnie, że pomimo pozorów otwartości w zasadzie ani razu nie odpowiedziała wprost na żadne moje pytanie. Ta dziewczyna potrafiła lawirować jak mało kto.

- Uhm. Czyli zostajesz z nami do końca pobytu?

- Tak. Fundacja zatrudnia na stałe złotą rączkę, człowieka, do którego obowiązków należą bieżące naprawy i prowadzenie samochodu. Niestety w ostatniej chwili okazało się, że ma problemy zdrowotne i trzeba szybko znaleźć kogoś na jego miejsce. Jego pech okazał się moją szansą.

- Zastąpiłaś go? - spytałem.

- Tak, niełatwo o godnych zaufania fachowców, którzy byliby dostępni z dnia na dzień, szczególnie w okresie Bożego Narodzenia. W dodatku fundacja bardzo starannie dobiera współpracowników. Właśnie dlatego mnie polecono. Mam dryg do różnych rzeczy. Po studiach pracowałam przez pewien czas jako mechanik. Zawsze uwielbiałam samochody, dłubanie w elektryce i tak dalej. Taki ze mnie majster-klepka.

Roześmiałem się.

- Widzę, że wprost palisz się do tej roboty!

- Wprost nie mogę się doczekać najbliższych dni! Taka szansa trafia się raz w życiu. Chociaż jestem tu tylko na zastępstwo, ludzie z Fundacji Midwinterów przyjęli mnie bardzo ciepło. Czy nie tego właśnie potrzebujemy w Boże Narodzenie? Odpoczynku w luksusowych warunkach? To miła odmiana po siedzeniu w domu, świątecznym obżarstwie i przysypianiu przed telewizorem.

- Twoi bliscy nie mają nic przeciwko temu, że nie będzie cię w domu na święta?

- Moi rodzice zmarli, kiedy byłam mała, i nie mam już nikogo bliskiego - odparła cicho. - Mieszkam sama. A ty?

- Jestem rozwiedziony - powiedziałem. - Żona ode mnie odeszła.

- Przykro mi.

- Mnie też było przykro, kiedy zobaczyłem wyciąg z konta. A co do naszej córki Saskii, to skończyła dziewiętnaście lat i jest ekoaktywistką z prawdziwą obsesją na punkcie naszej planety.

- To miło.

- Nie odzywa się do mnie, odkąd nie zgodziłem się sprzedać samochodu i zrezygnować z jedzenia mięsa oraz ryb. Według niej recykling w moim wykonaniu, ograniczający się do odgrzewania starych dowcipów i pomysłów fabularnych w książkach, to zdecydowanie za mało.

- Ach tak.

- Domyślam się, że skoro jesteś tu całkiem nowa - zmieniłem temat - o Fundacji Midwinterów wiesz równie mało, jak my?

Carys znowu nie wytrzymała i westchnęła poirytowana. Wyobraziłem sobie ponad jej głową dymek o treści: "Czemu on z takim uporem wali głową w mur? Chyba nie może być aż tak głupi, na jakiego wygląda?".

Ku mojemu zaskoczeniu Frankie, zamiast od razu mnie zbyć, najwyraźniej uznała pytanie za warte namysłu. Dobra nasza! O ile znam się na ludziach - choć przyznaję, że Jocasta i Saskia uznałyby takie twierdzenie za absurdalne - nasz szofer w damskim wydaniu miał wszelkie zadatki na potencjalnego sojusznika. Frankie okazała się osobą całkiem innego pokroju niż Bernadette Corrigan czy nawet czarująca rozmówczyni Chandra Masood.

Gdybym tylko zdołał zaskarbić sobie jej życzliwość, dałoby mi to pewną przewagę nad rywalami. Zawsze dobrze jest mieć swojego człowieka we wrogim obozie - nie żebym uważał członków Fundacji Midwinterów za wrogów. Moimi wrogami była pozostała piątka graczy.

Nie poddawałem się więc.

- Zaproszenie na święta w Midwinter przyszło kompletnie niespodziewanie. Fundacja nie jest zbyt aktywna w sieci. Naturalnie od razu wszedłem na ich stronę internetową, z której wynika, że ta wioska to istny raj. Znalazłem też trochę informacji na forum lokalnego towarzystwa historycznego, jednak tam obraz Midwinter był już nieco mniej cukierkowy.

Frankie przyjrzała mi się w lusterku wstecznym. Minę miała nieprzeniknioną.

- Tak?

- Ciekawa rzecz: kiedy po kilku dniach znowu chciałem tam zajrzeć, okazało się, że strona towarzystwa historycznego zniknęła z sieci. Chandra powiedziała mi, że celem fundacji jest uczynić świat lepszym, bardziej przyjaznym miejscem. Nie rozumiem tylko, jak można to osiągnąć, działając na takim odludziu?

Frankie pokręciła głową.

- To nie jest pytanie do mnie. Mogę tylko powiedzieć, że znają się na rzeczy. Jak na tak małe przedsiębiorstwo, są naprawdę świetnie zorganizowani. Mają nawet na miejscu własnego lekarza, Ethana Swifta. Porządny z niego gość.

- Co właściwie należy do jego obowiązków?

- Każdy, kto chce pracować dla fundacji, musi najpierw spotkać się z Ethanem i przejść badania wstępne. Dotyczy to nawet podwykonawców takich jak ja. Ethan sprawdza stan zdrowia kandydatów, ale jest też dyplomowanym psychiatrą. Dba o nasze samopoczucie psychiczne, co ma chyba jakiś związek z kwestiami ubezpieczeniowymi. Takie biurokratyczne formalności.

- Czyli zatrudniając go, upiekli dwie pieczenie na jednym ogniu - zauważyłem. - Mają pod ręką człowieka, który służy im pomocą w zakresie podstawowych problemów zdrowotnych, a jednocześnie dzięki niemu fundacja dysponuje szczegółową wiedzą o stanie psychicznym graczy. Zanim otrzymaliśmy zaproszenia, musieliśmy wypełnić długą ankietę. Przypuszczam, że posłużyła do wstępnej oceny psychiki każdego z nas.

Frankie przytaknęła.

- Intryguje mnie ta wasza gra. To jakaś próba nerwów? Kto dłużej wytrzyma?

Postanowiłem ją sprowokować.

- Chodzi o rozwikłanie zagadki morderstwa, a to raczej nie wymaga pomocy psychiatry. Na ile coś takiego może być stresujące? Czeka nas kilka dni, podczas których będziemy usiłowali rozwiązać łamigłówkę, spędzonych w sielankowym miejscu, w dodatku w Boże Narodzenie. Co miałoby pójść nie tak?

- Stawka jest wysoka - mruknęła Carys.

- Nie zapominaj o tym, że ze względu na śnieżycę z dużą dozą prawdopodobieństwa będziemy odcięci od świata. Raz już tak się zdarzyło - stwierdziła Frankie grobowym głosem. - To może być... bardzo stresujące doświadczenie.

- O? - podchwyciłem. - W jakim sensie?

- Mówię tylko, co słyszałam - odparła prędko. - Nie ma powodu do obaw. W dzisiejszych czasach wszyscy stawiają BHP na pierwszym miejscu, prawda? Fundacja Midwinterów nie pozostawia niczego przypadkowi.

Pokiwałem głową.

- Kto jeszcze jest członkiem fundacji?

- Nasz szef, naturalnie.

- Masz na myśli Jeremy'ego Vandervella?

- Zgadza się. Pana dyrektora.

Vandervell nie brał udziału w naszym spotkaniu informacyjnym online. Zaryzykowałem i zadałem kolejne pytanie:

- Jaki on jest?

Frankie się zawahała - dość długo, jak na siebie.

- Jest bardzo... profesjonalny.

Czyżbym wyczuł w jej głosie cień wątpliwości? A może dałem się ponieść wyobraźni? Nawet jeśli Frankie wiedziała o jakichś niecnych sprawkach Jeremy'ego, nie zamierzała się z tym zdradzać.

- Jeremy chyba lubi mieć wszystko pod kontrolą - zauważyłem. - Zatrudnia bardzo małą grupę ludzi jak na tak wpływową instytucję.

- Fundacja to organizacja typu non profit, prawda? Domyślam się, że tak jak inne musi liczyć się z każdym groszem - odparła Frankie.

Carys zaczynała się niecierpliwić. Wyczuwałem, że trudno jest jej zachować milczenie podczas mojej pogawędki z Frankie.

- Jedno jest pewne - oznajmiła. - Fundacji Midwinterów nie brakuje pieniędzy.

- Co racja, to racja - przyznała Frankie. - Wiem od Chandry, że rodzina Midwinterów przeznaczyła na cele fundacji olbrzymią darowiznę. Marcus Midwinter był wtedy właścicielem całej okolicy. Wyobraźcie to sobie!

- Słynne kopalnie Midwintera - powiedziałem. - Podziemny skarb w postaci złóż cennych metali.

- Tyle że większość tych złóż stanowił ołów, a nie srebro, na które liczył stary Midwinter - stwierdziła Carys tonem nauczycielki, poprawiającej wyjątkowo tępego ucznia. - Wydobycie szybko stało się nieopłacalne.

- Szkoda - powiedziałem. - Na oficjalnej stronie fundacji można przeczytać o historii Midwinter. Marcus zbudował dla swoich robotników modelową wioskę. O całe lata wyprzedzał swoją epokę.

- A przy tym był próżnym jak paw egocentrykiem - burknęła Carys. - Nazwał wioskę swoim nazwiskiem.

- Podobno wcześniej to miejsce nosiło nazwę Pogańskiego Wzgórza - rzuciłem.

Frankie przytaknęła.

- Owszem. W dawnych czasach składano tutaj ofiary z ludzi.

Zapadła cisza. Zaśmiałem się z cicha, żeby ją wypełnić.

- Liczę, że dni całopaleń już się skończyły?

- Wiesz, jak mówią. - Frankie zachichotała. - Nie ma dymu bez ognia.

- Nic dziwnego, że Marcus zmienił nazwę wioski, zwłaszcza jeśli chciał zbudować poczucie wspólnoty wśród swoich robotników i stworzyć dla nich bezpieczny azyl. Warunki życia musiały tu być o niebo lepsze od tych, o jakich mogli marzyć zwykli górnicy.

- Marcus nie ukończył budowy - warknęła Carys. - Górnicy poszli walczyć na wojnie, która, jak mówiono, "miała zakończyć wszystkie wojny", i już nie wrócili do Midwinter.

Przez chwilę milczeliśmy.

- Z tego, co słyszałam, był wielkim filantropem - odezwała się Frankie. - Podobnie jak jego syn. Dlatego właśnie założył Fundację Midwinterów.

Nadąsana Carys wpatrywała się w dziki krajobraz za oknem. Śnieg sypał gęsto.

- Co za klimat - westchnęła. - Chyba ciężko się tutaj żyje.

- Za moment miniemy ruiny starej kopalni. Robią dość upiorne wrażenie. Niewiele z niej pozostało. Matka Natura kawałek po kawałku odbiera, co do niej należało, ale nadal widać ślady dawnej działalności wydobywczej. Tyle że teraz wszystko przysypał śnieg.

Samochód z poślizgiem zatrzymał się na wąskim pasie ziemi. Teren po obu stronach jezdni opadał stromo w dół. Dalszą drogę zagradzała metalowa brama, przed którą tkwiła oblepiona śniegiem tablica ostrzegawcza.

TEREN PRYWATNY, WŁASNOŚĆ FUNDACJI MIDWINTERÓW.

KONIEC DROGI PUBLICZNEJ.

WSTĘP TYLKO DLA OSÓB UPRAWNIONYCH.

WCHODZISZ NA WŁASNE RYZYKO

- To zajmie tylko chwilę - oznajmiła Frankie.

Wyskoczyła z auta, żeby otworzyć bramę, a gdy przejechaliśmy, ponownie wysiadła, aby ją zamknąć.

- Nie powiedziałabym, że macie tu jakieś nadzwyczajne środki bezpieczeństwa - mruknęła Carys.

- Bramę postawiono głównie z myślą o owcach - wyjaśniła cierpliwie Frankie. - Gdyby biedactwa przedostały się na wyżej położone tereny, mogłyby ugrzęznąć w zaspach. Wioska leży na czymś w rodzaju półki skalnej pod grzbietem wzgórza. Ostatni fragment drogi jest najtrudniejszy do pokonania. Jeśli śnieżyca się nasili, całkiem nas zasypie.

Carys wyprostowała się na fotelu.

- Czy to znaczy, że nie będziemy mogli się stąd wydostać?

Frankie się zaśmiała.

- Nie pozwólcie, aby ta odrobina białego puchu zepsuła wam cały pobyt. Przy odrobinie szczęścia przed waszym wyjazdem śnieg zdąży nieco stopnieć. A jeśli nie, to są chyba gorsze miejsca, gdzie można by utknąć na święta? Bernadette szczyci się tym, że jest przygotowana na każdą okoliczność.

Umilkła i dalej jechaliśmy w milczeniu. Carys i ja przetrawialiśmy jej słowa. Perspektywa, że utkniemy na kilka dni na tym odludziu, uwięzieni z garstką przypadkowo dobranych nieznajomych, wydawała się nagle całkiem realna. Widać było, że Frankie nie przesadza: droga - a właściwie bity, wyboisty trakt bez pobocza, które umożliwiałoby bezpieczne wymijanie innych pojazdów - zrobiła się teraz węższa, a śnieg głębszy niż w dolinie. Widoczność była fatalna, a podmuchy wiatru - coraz gwałtowniejsze.

Frankie machnęła ręką w stronę przysypanej śniegiem łukowatej konstrukcji z surowych cegieł, stojącej tuż przy drodze.

- Wejście do starej kopalni. Oczywiście zabezpieczone. Fundacja nie chciałaby, żeby ktokolwiek wpadł do szybu i skręcił kark.

Dotarliśmy do niewielkiego płaskowyżu, na którym wznosił się zrujnowany budynek. Jego ściany nadal stały prosto, lecz dach dawno się zawalił.

- Tu miała być wiejska szkoła - poinformowała nas Frankie. - Nie zdążyli jej ukończyć przed wybuchem pierwszej wojny światowej. A tam miała stanąć kaplica. Ocalały z niej same fundamenty. Po zawieszeniu broni w wiosce zostało tak mało rodzin, że nie opłacało się kończyć budowy.

Droga znowu zaczęła piąć się w górę, po czym teren się wyrównał i naszym oczom nareszcie ukazała się wioska. Nieliczne parterowe kamienne domki oraz większe budynki otaczały z rzadka owalny, zamarznięty o tej porze staw i gładką, białą płaszczyznę obok niego - błonia, obecnie całkiem przysypane śniegiem. W kilku oknach paliło się światło, które sączyło się także z żeliwnych latarni, wydobywając z mroku fontannę i krzyż ku czci poległych na wojnie górników. Przed nami wyrosła naraz wysoka, pięknie ubrana choinka; kolorowe lampki rzucały wyzwanie zimowym ciemnościom.

Wzdłuż kręgosłupa przebiegł mi dreszcz. Spodziewałem się, że Midwinter będzie sielankową osadą, istną oazą świątecznego spokoju na końcu świata. Wyobrażałem sobie zielony, malowniczy zakątek, jednak rzeczywistość okazała się całkiem inna. Grudniowy mrok sprawiał, że panowała tu ponura, przytłaczająca atmosfera.

- Jesteśmy na miejscu - oznajmiła Frankie.

- To jest Midwinter? - wymamrotała Carys.

- Zgadza się. Na szczyt wzgórza prowadzi ścieżka. Przy lepszej pogodzie zobaczylibyście usypany tam kamienny kurhan. Dawniej mówiło się o nim Pogański Wierzchołek.

Pomimo ogrzewania w aucie nie mogłem powstrzymać dreszczy. Frankie łagodnie zatrzymała Mercedesa przed piętrowym budynkiem z oknami po obu stronach wejścia. Nad frontowymi drzwiami umieszczono przed laty wykuty w kamieniu szyld, który niedawno musiał zostać odmalowany. Widniało na nim tylko jedno słowo: CZYTELNIA.

- Staremu Marcusowi zależało, żeby robotnicy i ich rodziny mieli dostęp do przyzwoitego wykształcenia - wyjaśniła Frankie. - Tutaj się zameldujecie. Każdy ma do dyspozycji oddzielny domek. Bagażami się nie przejmujcie. Chandra dała mi duplikaty wszystkich kluczy, więc przed ostatnim kursem na stację zadbam, żeby walizki czekały na was za progiem. Oczywiście najpierw zostaną dokładnie sprawdzone.

- Sprawdzone? - powtórzyłem, zanim zdążyłem ugryźć się w język.

- Nie uprzedzono was? Względy bezpieczeństwa, sami rozumiecie.

- Informacja drobnym drukiem - burknęła Carys. - Strona piąta umowy.

- Chandra wspominała, co wolno ze sobą zabrać, a czego nie. - Poczułem się żenująco nieprzygotowany. - Ale nie przypuszczałem, że...

- Nie ma powodu do paniki - rzuciła lekko Frankie. - Na pewno nie wziąłeś niczego, czego nie powinieneś.

Nie widziałem twarzy Carys, jednak byłem pewien, że uśmiechnęła się z wyższością. Może nawet z satysfakcją.

- Chodzi tylko o to, żebyście wszyscy mieli równe szanse w tej waszej grze - ciągnęła Frankie. - Wiadomo, że nie wolno oszukiwać. Naturalnie nikt nikogo o nic nie podejrzewa. To tylko taki środek zapobiegawczy, żeby wszyscy wiedzieli, na czym stoją.

Tyle że akurat tego właśnie nie wiemy - pomyślałem.

Frankie gestem skierowała nas do drzwi wejściowych budynku.

- Wiecie, że smartfony trzeba zostawić w recepcji, prawda? Trafią do sejfu razem z waszymi paszportami. Dostaniecie je z powrotem w dniu wyjazdu.

Znowu nie zdołałem się powstrzymać.

- Serio?!

- Nie martw się. Zapewniam, że będziesz miał co czytać. W Midwinter nie mamy radia ani telewizji, nie mówiąc już o dostępie do internetu.

- A jeśli coś...?

- Nie słyszałeś, co powiedziała? - warknęła Carys. - Żadnego oszukiwania. Żadnego wyszukiwania wskazówek w sieci, żadnych telefonów do przyjaciela. Od tej pory jesteśmy zdani sami na siebie. Chyba nie liczyłeś na to, że uda ci się podstępem zdobyć przewagę nad pozostałymi?

Nie próbowała nawet złagodzić wydźwięku swoich słów. Miałem ochotę zaprotestować, ale faktycznie mnie rozgryzła. Podstępy są w porządku, o ile tylko ja je stosuję.

- Bez obawy - wtrąciła Frankie. - Nawet w środku lata mamy tu słabe Wi-Fi. Dziś rano nie działało i przypuszczam, że do końca waszego pobytu to się nie zmieni, więc niczego nie tracisz.

- Jak oryginalnie - odparłem szybko. - Możemy prowadzić ze sobą ciekawe rozmowy i dać się porwać lekturze, zamiast bez sensu scrollować wiadomości.

- Otóż to. - Frankie się zaśmiała. - Jeśli wysiądzie ogrzewanie, w lodowni znajdziecie wszystkie niezbędne zapasy, w tym świece i zapałki.

Zamieć śnieżna za oknem z każdą minutą przybierała na sile. Pomyślałem, że w ciepłym wnętrzu, w otoczeniu książek, powinienem czuć się zupełnie komfortowo.

Tymczasem byłem spocony ze zdenerwowania.

- Widzę, że organizatorzy o niczym nie zapomnieli - mruknąłem.

Frankie się rozpromieniła.

- Witajcie w Midwinter!

Mapka okolic Midwinter naszkicowana przez Bernadette

5. Dziennik Harry'ego Crystala

- Czyli Harry Crystal to ty? - Oczy młodej kobiety rozszerzyły się z zainteresowaniem, a jej usta lekko się rozchyliły. - Ten autor kryminałów?

- We własnej osobie.

- Super! - Szeroki uśmiech odsłonił idealne zęby, a odrobina afektacji w głosie kazała podejrzewać, że dziewczyna odebrała kosztowne prywatne wykształcenie. - Nazywam się Poppy de Lisle. Jestem przeszczęśliwa, mogąc cię poznać. Czekasz na klucz do swojego domku?

- Zgadza się.

Czytelnia tonęła w świątecznych dekoracjach. Wysoka jodła uginała się od bombek i nawet na żelaznym odboju drzwiowym udrapowano błyszczącą lametę. W pomieszczeniu było tylko jedno okno, nieoznakowane drzwi prowadziły w głąb budynku, a dwie ściany zostały całkowicie zabudowane półkami. Znajdujący się przy trzeciej ścianie wolno stojący regał sięgał niemal do sufitu i był tak ciasno zastawiony książkami, że bałem się, iż runie przy byle dotknięciu. Przypomniał mi się stary bibliofilski żart: "Nie ma czegoś takiego jak za dużo książek. Jest tylko za mało regałów".

Meble - sześć wygodnych foteli i dwa mahoniowe biurka - sprawiały przytulne, staroświeckie wrażenie. Zwróciłem uwagę na elegancki papier listowy, wieczne pióra oraz srebrne noże do otwierania listów. Były tam również sterty gier planszowych i puzzli, a także stoliki do gry w szachy oraz tryktraka.

Kilka minut wcześniej Chandra Masood wręczyła mi dwie odręczne mapki naszkicowane przez Bernadette. Jedna przedstawiała plan najbliższej okolicy, na drugiej widniała szczegółowo rozrysowana wioska Midwinter. Chandra dodała, że po kolacji możemy zajrzeć do czytelni, żeby zagrać w planszówkę, jeśli tylko będziemy mieli na to ochotę.

Wystarczył mi rzut oka na zawartość wysokiego regału, aby przeżyć pierwszy szok po przyjeździe do Midwinter. Zgromadzono w nim wszystko, co się dało, od najnowszych bestsellerów po Dickensa i Szekspira. Najbardziej jednak zaskoczył mnie widok kompletu moich własnych dzieł w twardych okładkach. Wszystkie trzydzieści dwie powieści mojego autorstwa stały równym rządkiem na półce; w dodatku były to same pierwsze wydania, chociaż trzeba przyznać, że żaden tytuł nie zasługiwał na wznowienie. Nie ułożono ich w porządku chronologicznym - czwarta i szósta z kolei zostały zamienione, co nie miało jednak większego znaczenia. Dotychczas zakładałem, że jedynym miejscem, w którym można znaleźć wszystkie napisane przeze mnie książki, jest mój gabinet.

No proszę! Dni, kiedy pędziłem co tchu do księgarni w poszukiwaniu egzemplarzy nowo wydanej powieści, gotów przenieść je w bardziej wyeksponowane miejsce, minęły bezpowrotnie. Obecnie moje dzieła widuje się głównie w sklepach z używanymi rzeczami i na pchlich targach, a niekiedy w kontenerach na śmieci.

To jeszcze nie wszystko: tuż pod półką z moim dorobkiem pisarskim umieszczono najsłynniejsze powieści kryminalne, do których nawiązywały tytuły moich książek. Pomysł ten zrodził się całkiem przypadkowo, kiedy zatytułowałem swoją pierwszą powieść Morderstwo nie jest łatwe. Święte słowa, zważywszy na walkę, jaką stoczyłem, żeby napisać ten szajs, a co dopiero znaleźć wydawcę, który zechciałby go opublikować. Raz, na targach książki (cóż to były za czasy, gdy jeszcze zapraszano mnie na spotkania z czytelnikami!) pewien bardzo poważny młody człowiek z sali zapytał, czy moim celem było stworzenie metanarracji reinterpretującej słynną powieść Agathy Christie Morderstwo to nic trudnego. Kiedy zaprzeczyłem, wydawał się zbulwersowany.

Podsunął mi jednak pewien pomysł: uznałem za całkiem prawdopodobne, że nieuważny czytelnik pomyli moją książkę z inną i kupi ją przez przypadek, dlatego postarałem się, aby tytuł kolejnej powieści nawiązywał do kryminału P.D. James Niewinna krew. Moja agentka była zachwycona; stwierdziła, że ludzie często kupują książki pod wpływem impulsu, zwłaszcza w supermarketach. W związku z tym mogą sięgnąć po moje powieści w błędnym przekonaniu, że autorem jest któryś z mistrzów gatunku - zwłaszcza że moje nazwisko mogło się komuś skojarzyć ze słynną Agathą.

Przez lata testowaliśmy tę teorię do upadłego, jednak żadna sieć supermarketów nigdy nie zamówiła moich książek. W efekcie moje dochody ledwie wystarczały na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych. W Drakuli Bram Stoker napisał, że uczymy się na swoich porażkach, a nie na sukcesach; zgodnie z tą logiką powinienem być najlepiej wykształconym człowiekiem w Wielkiej Brytanii. Marzyło mi się pisanie pod pseudonimem; mógłbym wtedy udawać debiutanta wolnego od presji mizernych wyników sprzedaży w nadziei, że "Booktrader Magazine" będzie się rozpisywał o bojach toczonych na aukcjach o moje wiekopomne arcydzieło i wydawcach oferujących sześciocyfrowe kwoty za prawo pierwokupu książki. Moja agentka studziła te marzenia, powtarzając, że cała nasza nadzieja w roztargnionych czytelnikach, którzy pomylą mnie z panią Christie. W rezultacie przypadkowo poznane osoby notorycznie pytały mnie, czy piszę pod własnym nazwiskiem, co odbierałem jako uprzejmą sugestię, że nigdy o mnie nie słyszeli.

Dlatego też na widok, jaki zastałem w czytelni w Midwinter, poczułem się jak w raju. Wszystkie moje książki były w doskonałym stanie - prawdopodobnie nikt ich nigdy nie otworzył, ale co z tego? Cynik powiedziałby, że może tak było nawet lepiej. Uszczypnąłem się, żeby sprawdzić, czy nie mam przypadkiem halucynacji. W tej samej chwili drzwi frontowe otworzyły się z hukiem i do środka wpadła zaróżowiona od chłodu Poppy. Emanowała tak młodzieńczym entuzjazmem, że podświadomie spodziewałem się ujrzeć w jej ręku kij do gry w hokeja.

- Trudniej się tutaj zameldować, niż sądziłem - zwróciłem się do niej. - Chociaż pewnie nie powinienem być zaskoczony, Chandra wspominała coś o "onboardingu".

- Ostrożności nigdy dosyć - odparła wymijająco. - Wszystko to jest bardzo tajemnicze, prawda? Jestem taka podekscytowana! Wprost przepadam za zagadkami kryminalnymi. Uwielbiam je, chociaż nigdy nie zdarza mi się wygrać?

Całkiem zwyczajne zdania twierdzące brzmiały w jej ustach jak pytania. Z pewnością rządziła tym jakaś logika, której jednak nie potrafiłem rozgryźć. Może Poppy obrała taką taktykę, żeby zdezorientować rozmówcę?

- Teraz masz szansę odmienić swoją złą passę.

- Oby! Miło, że tak mówisz.

- Przyjechałaś wcześniej niż my, zgadza się?

- Tak. Miałam kilka godzin, żeby się odstresować i zrelaksować. Zaadaptować do nowego otoczenia?

- I przyzwyczaić do myśli, że śnieżyca odetnie nas od świata?

- Czy to nie byłoby super? - Oczy jej błyszczały. - Kiedy Frankie wysadziła nas przed świetlicą, z nieba zaczynały dopiero lecieć pierwsze płatki śniegu. A teraz sypie bez opamiętania! Według Chandry prognozy przewidują istną apokalipsę?

- Mnie zapewniła, że Fundacja Midwinterów jest przygotowana na każdą ewentualność.

- Są świetnie zorganizowani, prawda?

- Na razie wszystko zdaje się iść jak po maśle. Przy czym nie bez znaczenia jest zapewne fakt, że nie muszą liczyć się z pieniędzmi.

Wydęła wargi.

- To trochę cyniczne, nie sądzisz?

- Piętnaście lat pisania książek na pełen etat robi z człowieka cynika. - Westchnąłem. - Odbiera cały optymizm. Osłabia wiarę w ludzi.

Poppy zaśmiała się niepewnie.

- Więc to dlatego...

Urwała, a w jej oczach błysnęła panika. Przypuszczam, że dotarło do niej, do czego może doprowadzić nasza rozmowa - do natychmiastowej dyskwalifikacji z dalszej rozgrywki i wydalenia z Midwinter w ciągu zaledwie kilku godzin od przyjazdu. Co by było, gdyby zapytała mnie o prawdziwy powód mojej wizyty, a Chandra akurat by weszła, żeby wręczyć mi klucz, i wszystko usłyszała? Czy przesadą było podejrzewać, że Bernadette podsłuchuje nas zza zamkniętych drzwi?

Nie daj się ponieść wyobraźni - upomniałem się w myślach. Akurat w twoim przypadku nic dobrego nigdy z tego nie wynika. Bądź co bądź to tylko zabawa. Nie prowadzimy przecież dochodzenia w sprawie prawdziwego morderstwa.

Poppy miała w sobie pewną niewinność - a przynajmniej pozory niewinności - która mnie pociągała. Mogła być (nie - poprawiłem się w myślach; z całą pewnością była) moją przeciwniczką, postanowiłem jednak pomóc jej się wykaraskać z tej niezręcznej sytuacji.

- Rozumiem, że kojarzysz moje nazwisko?

- Naturalnie - odparła. - Tak samo jak...

Zawahała się, a ja domyśliłem się, co chciała powiedzieć: "Twoje zdjęcie". Sęk w tym, że nie wyglądałem już jak dawniej. Poppy spąsowiała. Znowu się nad nią zlitowałem.

- Miło mi to słyszeć.

- No tak! - ożywiła się. - Twoje książki były kiedyś na topie...

Zbyt późno uświadomiła sobie, że użyła czasu przeszłego. Równie dobrze mogłaby dodać: "w zamierzchłych czasach". Zasłoniła usta dłonią, a ja byłem zmuszony podjąć kolejną próbę wybawienia jej z opresji.

- A zatem jesteś miłośniczką kryminałów?

- Zajmuję się promocją książek - odpowiedziała. - Zaraz po studiach znalazłam pracę w marketingu, a później postanowiłam spróbować swoich sił w branży wydawniczej.

- Gdzie konkretnie?

- W wydawnictwie Paxton & Lightfoot.

- W P&L? - W branży prześmiewczo interpretowano to jako skrót od "profit and loss"2, co doskonale odzwierciedlało obsesję firmy na punkcie wyników finansowych.

Poppy spochmurniała.

- Teraz pracuję jako wolny strzelec.

- Okazało się, że kultura korporacyjna nie jest dla ciebie? Trudno cię winić, że postawiłaś na samodzielność. Na pewno masz teraz o wiele więcej swobody.

- Decyzja nie należała do mnie, jeżeli mam być szczera - wyznała.

Wydawnictwo P&L zaliczało się w poczet tak zwanej wielkiej siódemki, ale jak przez mgłę pamiętałem, że niedawno doszło tam do kolejnej serii zwolnień... Albo, żeby posłużyć się ich ulubionym eufemizmem, "redukcji warstw zarządzania". Najwyraźniej musieli zacisnąć pasa po tym, jak utopili ogromne kwoty w zbyt wielu książkach napisanych przez ghostwriterów, a firmowanych przez celebrytów, którzy ledwo umieli sklecić jedno poprawne zdanie, oraz w tak zwanych kultowych powieściach, których nikt nie chciał czytać, bo zawierały zwykle kompletnie niezrozumiały bełkot. Nie żebym był zgorzkniały.

- Ale lubisz być własnym szefem?

W jej oczach dostrzegłem lęk.

- Ja... nie jestem z natury przedsiębiorcza?

No raczej. Z pewnością nie kupiła tej atłasowej marynarki ani skórzanych spodni na ciuchach; przypuszczałem, że podobnie jak złotą bransoletkę na swoim nadgarstku zawdzięcza je zamożnym rodzicom, a nie długiej liście klientów. Szczerość Poppy była rozbrajająca, jednak w porę przypomniałem sobie radę Bernadette: "Nikomu nie ufaj".

- Przyjechałaś z którymś z graczy? - zapytałem.

- Z Bazem Frederickiem? Tym autorem podcastów?

- Pierwsze słyszę.

- Czarna śmierć? - wyjaśniła mi cierpliwie. - Prowadził superdochodzenia.

- Prowadził?

- Wszystko przez jeden feralny odcinek. Chciał na nowo zbadać pewną nierozwiązaną sprawę.

- Czego dotyczyła?

- Nie znam wszystkich szczegółów, ale pod koniec poprzedniego podcastu zapowiedział, że kolejny odcinek będzie zatytułowany Zło czai się pod śniegiem. Rewelacyjny tytuł, taki oryginalny! A potem - cisza. Nic dziwnego, że Baz...

Urwała, najwyraźniej zdając sobie sprawę, że za dużo powiedziała. Należało umiejętnie pociągnąć ją za język.

- Ja przyjechałem z niejaką Carys Neville - oznajmiłem.

- Tą influencerką?

- Powiedziałbym, że bliżej jej do influency. Rozsiewa w sieci treści jak wirusy.

Poppy zachichotała, a ja poczułem do niej rosnącą sympatię. Nie pamiętałem, aby Jocasta albo Sasha reagowały ostatnio na moje kiepskie żarty inaczej, niż pozorując torsje.

- Znasz ją?

- Tylko ze słyszenia? Zanim odeszłam z P&L, zatrudnili ją w Cancelo jako konsultantkę.

- Serio?

Cancelo było ekskluzywnym imprintem grupy P&L, założonym przez hiszpańskiego ucznia Borgesa i słynącym z wydawania nikomu nieznanej ambitnej prozy, reklamowanej zwykle jako nowatorskie powieści o dojrzewaniu. Osobliwe fabuły tych książek próbowano sprzedawać jako "osobistą i porywającą narrację", "przełamującą tradycyjne ramy powieści", a ich autorów w skrajnych wypadkach obwoływano "najwybitniejszymi przedstawicielami tradycji realizmu magicznego". Pięknie wydawane, z zakładkami zdobionymi frędzelkami, zdobywały liczne nagrody. Pies z kulawą nogą do nich nie zaglądał, o używaniu zakładek nie wspominając, lecz eksponowanie ich na półce w salonie uznawane było za przejaw wyrafinowanego gustu.

- To z jej rekomendacji z katalogu Cancelo skreślono kilkudziesięciu autorów. Zastanawiałeś się kiedyś, skąd wzięło się powiedzenie: "kultura unieważniania w wydaniu Cancelo"3? Właśnie ze względu na Carys Neville. - Zrobiła smutną minkę. - Potem oczywiście sama została unieważniona.

Aż zamrugałem powiekami ze zdziwienia.

- Naprawdę?

- Jakiś współpracownik, z którym miała na pieńku, upublicznił wstępną wersję jej raportu. Język, w jakim wypowiadała się o niektórych autorach, uznano za wysoce niestosowny.

Udało mi się powstrzymać chichot, ale nie mogłem sobie odmówić złośliwego uśmieszku.

- Przykra sprawa. - Moja wrodzona wścibskość wzięła górę. - A co dokładnie napisała?

- Części nie ośmieliłabym się powtórzyć w mieszanym gronie.

Zabrzmiało to dość osobliwie; zwykle takie słowa padały z ust mężczyzn i były odbierane jako przejaw protekcjonalizmu wobec kobiet.

- E tam, nie daj się prosić - kusiłem.

Poppy chwilę się wahała, zanim w końcu uległa, a jej wargi wygięły się w konspiracyjnym uśmiechu. Nachyliła się bliżej, dzięki czemu poczułem delikatną kwiatową woń jej perfum - intensywną, lecz bynajmniej nie wulgarną, jak sama Poppy.

- Nawet najłagodniejsze opinie o recenzowanych przez nią powieściach były, no... uszczypliwe. Wiesz, co mam na myśli?

Starałem się nie wyglądać jak ktoś, kto ślini się na samą myśl o soczystych plotkach.

- Tam gdzie finalny dokument wspominał o "nieśpiesznym tempie" jakiejś książki, w pierwotnej wersji była mowa o "ślimaczącej się akcji, tak nudnej, że czytelnik ma chęć palnąć sobie w łeb". "Bolesna" lektura oznaczała "koszmarną", "głęboka" równało się "bełkotliwa", a "wielopoziomowa" stanowiło eufemizm dla "opowiadania w przebraniu powieści". Rozumiesz?

- O rety. Rzeczywiście, fatalnie się złożyło. - W głębi duszy piałem z zachwytu. W wykonaniu Carys nawet zniewagom brakowało polotu.

- Zasadniczo twierdziła, że wszystkiemu winna była awaria komputera. Wypieranie się prawdy nic jej nie dało, chociaż do ostatecznej wersji dokumentu nikt by się nie przyczepił. Wiesz przecież, jak to dzisiaj wygląda: jeden fałszywy krok i sam się pogrążasz?

- Bez szans na rehabilitację, co? - Po kręgosłupie przebiegł mi miły dreszcz. Nie ma to jak nieszczęście wroga, żeby poprawić sobie nastrój. - Co za pech! Chociaż, jak to mówią, nie ma dymu bez ognia, prawda?

Poppy zniżyła głos do szeptu.

- Oficjalnie nie było mowy o tym, że rozwiązano z nią umowę, ale chyba oboje wiemy, co znaczy "strategiczny urlop bezterminowy"?

- Chyba tak.

- Jestem zaskoczona, że nic nie słyszałeś. Cała prasa branżowa o tym trąbiła.

- Nie czytuję prasy branżowej.

Ciągłe bombardowanie się informacjami o sukcesach innych pisarzy jest zbyt przygnębiające. Nagrody dla tego czy tamtego autora, aukcje praw do tej czy tamtej książki. Wolałbym już wbijać sobie szpilki w oczy, niż przeglądać media społecznościowe. Jakże niszczący jest dla duszy pisarza moralny przymus lajkowania i udostępniania maskowanych samokrytyką przechwałek ludzi, którzy sprzedają sto razy więcej książek niż ty i mają więcej domów, niż ty masz pięciocyfrowych zaliczek! Nie usprawiedliwiam rzecz jasna uczucia zazdrości, niemniej jednak czasami trudno nie odczuwać goryczy na myśl: "Dlaczego znów on albo ona? Dlaczego nie ja?!".

- Ojejciu.

Poppy wydawała się zszokowana, jakby nie była w stanie sobie wyobrazić, że ktoś na własne życzenie mógłby się pozbawiać najnowszych branżowych plotek. Ja byłem równie zaskoczony: nie przypuszczałem, że ktoś jeszcze używa wykrzyknika "ojejciu".

- Tak sobie teraz myślę - powiedziałem - że ostatnio o Carys było jakoś cicho. W samochodzie właściwie ze sobą nie rozmawialiśmy. Zrobiła na mnie wrażenie samotniczki. Co ona właściwie teraz porabia?

- O ile wiem, to nic. - Poppy myślała nad czymś tak intensywnie, że niemal widziałem kółka zębate obracające się w jej mózgu. - To bardzo ciekawe, prawda?

- Co takiego?

- To, że w ten czy inny sposób cała nasza czwórka ma jakiś związek ze zbrodnią?

- Chyba nic w tym dziwnego, zważywszy na to, że przyjechaliśmy tutaj rozwiązać zagadkę morderstwa?

Poppy się zawahała.

- Chodzi o coś jeszcze.

- Co masz na myśli?

- To, że każde z nas przeżywa ostatnio... hm, trochę gorszy okres w karierze?

Przyglądałem się jej, rozważając, jak na to zareagować.

- Nie obraź się, proszę - dodała szybko, zaniepokojona - ale miałeś ostatnio wyjątkowo złą passę. Pisarze ze średniej półki zawsze mają pod górkę.

- Ze średniej półki! - jęknąłem. - To bodaj największy eufemizm w branży, oznaczający dziewięćdziesiąt dziewięć procent pisarzy, o których szersza publika nigdy nie słyszała!

- Wierz mi, że jeszcze wrócisz do gry? Wystarczy dobry agent i dobry redaktor. Nie mówiąc o dobrej strategii reklamowej!

Poczułem ukłucie irytacji. Czym innym jest grzecznościowe wykpiwanie braku własnych sukcesów komercyjnych i uznania w oczach krytyków, a czym innym konieczność konfrontowania się z ponurą rzeczywistością nawet za sprawą kogoś tak z pozoru życzliwego jak Poppy de Lisle. Na szczęście miałem możliwość odreagowania poprzez napawanie się cudzym nieszczęściem.

- Nie miałem pojęcia, że Carys Neville wpadła w takie tarapaty w Cancelo.

- W oficjalnym komunikacie prasowym była mowa o tym, że zamierza poświęcić się nowym, ekscytującym przedsięwzięciom.

- Jak wizyta w urzędzie pracy? - Zamrugała, słysząc mój jadowity ton. - Sama wiesz, że są kłamstwa, cholerne kłamstwa i wzmianki w komunikatach prasowych o odchodzących pracownikach. No cóż, kto by pomyślał? Nosił wilk i tak dalej, co?

Poppy przyjrzała się uważnie swoim pomalowanym na różowo paznokciom.

- Nie chciałabym, żeby zabrzmiało to nieuprzejmie, ale podobno ciężko się z nią pracuje.

- Zdradzę ci pewien sekret - odparłem konspiracyjnym szeptem. - Ta kobieta zniszczyła moją karierę, marną, bo marną, ale jednak karierę. Wystarczył jeden okrutny, cięty komentarz w internecie.

Oczy Poppy się rozszerzyły.

- Naprawdę?

- Zdaniem Carys, nazywając mnie kontynuatorem "tradycji literackiej Agathy Christie", mój wydawca miał w istocie na myśli, że bezwstydnie z niej zrzynam. Stwierdziła, że chodziło wyłącznie o to, aby umieścić jej nazwisko na okładce wielkimi literami i wzbudzić w czytelnikach przekonanie, że kupują jej najnowszą powieść. "Fakt, że mamy tu do czynienia z nieuczciwą praktyką reklamową i sprzedażową to jedno - napisała. - Inna rzecz, że Crystal stworzył całkiem nowy podgatunek powieści, przy której czytelnik śpi jak zabity. Kryminał kocykowy w dosłownym tego słowa znaczeniu".

Poppy się wzdrygnęła.

- Ojej.

- Poczułem się tak, jakby ktoś w strzelaninie podziurawił moje poczucie własnej wartości. Jestem pewien, że nie przeczytała ani słowa z tego, co napisałem. Po prostu okazałem się łatwym celem. Kozłem ofiarnym. Nazwiskiem wyciągniętym z kapelusza na chybił trafił.

- Ojejciu, musieliście czuć się dziś oboje bardzo niezręcznie? Jadąc tu jednym samochodem?

- Nie miała pojęcia, kim jestem.

- Serio?

Zawahałem się. Czy to możliwe, aby Carys była bardziej przebiegła, niż sądziłem? A co, jeśli jednak mnie rozpoznała, chociaż nie wyglądam już jak na zdjęciu z okładki? Może udawanie, że nie zna mojego nazwiska, było przejawem jej pokręconego, wrednego poczucia humoru?

- Wydawca zerwał ze mną współpracę. Krytyka Carys była kroplą, która przelała czarę goryczy. Agentka usiłowała wcisnąć moje książki komu innemu, ale ostatecznie oświadczyła, że "marka Harry Crystal została nieodwracalnie zniszczona". Nie wiedziałem nawet, że jestem marką, zawsze uważałem się po prostu za pisarza kryminałów. W każdym razie ona też zerwała ze mną współpracę.

- O mój Boże!

- Dotąd się po tym nie podniosłem. Staram się nadążać za aktualnymi trendami rynkowymi, więc ostatecznie moja najnowsza powieść została wydana, hm... niezależnie.

- Samopublikowanie może być super - podchwyciła radośnie Poppy. - A o czym jest twoja nowa książka, Harry?

- Zatytułowałem ją Słonie mają krótką pamięć. Akcja rozgrywa się w parku safari; uczciwie przyznaję, że pisałem z myślą o miłośnikach zwierząt. Bohaterami wielu bestsellerów są koty i psy w roli detektywów prowadzących śledztwo. Ja przeniosłem ten pomysł na całkiem nowy poziom: w mojej książce zagadkę kryminalną rozwiązuje cała menażeria.

- Zwierzęta zwracające się bezpośrednio do użytkownika końcowego? Wspaniałe!

- Wymyśliłem, że to będzie początek serii pod hasłem: "W każdej klatce po zagadce".

- Genialne!

Zwiesiłem głowę.

- Jak dotąd sprzedało się dwadzieścia dziewięć egzemplarzy, mniej, niż dostałem hejterskich wiadomości od aktywistów działających na rzecz uwolnienia zwierząt z ogrodów zoologicznych.

Poppy położyła dłoń na moim ramieniu i pocieszająco je ścisnęła.

- Właściwie ukierunkowana kampania marketingowa mogłaby wiele zmienić? Może powinniśmy porozmawiać?

Spojrzałem na nią pytająco.

- Oczywiście... kiedy gra dobiegnie końca? - dodała prędko.

- Może masz rację - odparłem.

Nie zaszkodziłoby przeciągnąć Poppy na swoją stronę, uznałem jednak, że lepiej będzie uniknąć tradycyjnie popełnianego błędu i nie dać się ponieść emocjom. W przeciwieństwie do Frankie ta młoda kobieta miała wiele do stracenia. W końcu rywalizowaliśmy ze sobą.

Drzwi otworzyły się i Chandra zajrzała do środka.

- Widzę, że już się poznaliście? Znakomicie! Jesteś gotowy, Harry? Pora się zameldować.

*

- Mam wrażenie, jakbym podpisywał cyrograf i oddawał ci swoją duszę - mruknąłem poirytowany, składając niestaranny podpis w wykropkowanym miejscu.

- Na pewno masz serdecznie dość ludzi proszących cię o autograf - odrzekła uprzejmie Chandra Masood. Na oko dobrze po trzydziestce, chociaż trudno było to stwierdzić na sto procent, miała ogromne oczy i czarne włosy do ramion.

- Przeciwnie - burknąłem. - Usłyszałem kiedyś od sprzedawcy, że moje książki są więcej warte, gdy są niepodpisane. Czy ta biurokracja naprawdę jest konieczna? Te wszystkie klauzule o poufności? Jakbyśmy składali śluby milczenia. Albo zobowiązywali się przestrzegać omerty.

- Dbamy wyłącznie o waszą prywatność - wyrecytowała Chandra.

Jęknąłem. To stwierdzenie plasowało się w ścisłej czołówce kłamstw XXI wieku, wraz z "Wykorzystujemy pliki cookie w celu poprawy jakości obsługi" oraz "Państwa opinia jest dla nas ważna".

W Fundacji Midwinterów Chandra odpowiadała za sprawy personalne i niejednokrotnie powtarzała, że "ludzie to jej pasja". Jak każdy specjalista w dziedzinie HR miała swoje sposoby na pacyfikowanie niezadowolonych. Uśmiechała się, podkreślała, że "ludzie to nasz najcenniejszy zasób", i nie zwracała uwagi na żale wylewane przez rozmówców.

- Mam nadzieję, że spędzisz z nami wyjątkowe święta!

Czytaj: "Odtąd może być już tylko lepiej"? Zaraz jednak uświadomiłem sobie, że tego typu teksty słyszy się często na chwilę przed katastrofą.

Proces meldowania się w Midwinter przypominał próbę wejścia do więzienia o zaostrzonym rygorze. Nie żebym miał jakiekolwiek porównanie, ale nie ulegało wątpliwości, że najbliższych kilka dni w wiosce będzie niczym pobyt w luksusowym zakładzie karnym. Coś jak Hotel Kalifornia, tyle że w bożonarodzeniowej odsłonie. Czułem się mniej gościem Fundacji Midwinterów, a bardziej jej więźniem.

A gdybym miał ochotę wcześniej stąd wyjechać i organizatorzy z sobie tylko znanego powodu źle by zareagowali na moją decyzję? Byłbym całkowicie zdany na łaskę i niełaskę Frankie. Przy tak fatalnej pogodzie nie miałbym szans dotrzeć pieszo na stację. Nawet gdybym wiedział, jak tam trafić, w połowie drogi zamarzłbym pewnie na śmierć.

- Oto klucze do twojego domku - powiedziała Chandra. - Pasują do drzwi frontowych i kuchennych.

Potrząsnąłem nimi.

- Ciekawe, że przy całej nowoczesnej technologii, jaka jest dostępna, nadal korzystacie z tradycyjnych, staroświeckich zamków.

- Nasz plan zwiększania odporności jasno stwierdza, że nie należy polegać na zaawansowanych technologicznie systemach. - Chandra przygładziła włosy. - Szczególnie o tej porze roku wzrasta ryzyko, że najnowocześniejsze rozwiązania mogą okazać się zawodne. Tutejszy klimat nauczył nas zawsze oczekiwać najgorszego.

- Który domek jest mój?

Uśmiechnęła się.

- Nazwę znajdziesz na breloczku.

Zerknąłem na tajemniczy napis.

Fp,rl msf dyser,

- Ach. - Zamrugałem powiekami. - To też element gry?

- Zwykły szyfr z kluczem. Jak ten na zaproszeniu. Liczę, że go rozgryzłeś?

Zawahałem się, niepewny, czy lepiej będzie udawać głupiego. Chandra cierpliwie czekała, więc się poddałem.

- Masz na myśli litery greckiego alfabetu? - Skinęła głową. - Wyszło mi pewne zdanie, ale nie byłem przekonany, że ma sens.

- Mów, śmiało.

- Panna Winter w bibliotece z nożem?

- Znakomicie! Bernadette uznała, że przyda wam się coś na rozgrzewkę, żeby rozruszać szare komórki. - Uśmiechnęła się chytrze. - Nie obraź się, ale ktoś w twoim wieku, kto pamięta jeszcze czasy maszyn do pisania, nie powinien długo biedzić się nad tym szyfrem.

Na dworze wiatr wył niczym na wpół oszalały włóczęga, domagający się, by wpuścić go do ciepłego, suchego wnętrza. Nieśpieszno było mi mierzyć się z żywiołem, zwłaszcza że nie wiedziałem, dokąd mam się skierować.

- Co za wichura!

- O tym wietrze mówi się tutaj Pogański Wiatr. Pojawia się w legendach związanych z tym wzgórzem.

- Chcesz powiedzieć, że ten wiatr ma swoją nazwę? Jak mistral albo chinook?

- Kiedy dmie z północnego wschodu, zwala z nóg owce i w drobny mak rozbija kamienne murki. Słyszałam, że usypuje zaspy śnieżne wielkości domu. Jak już zacznie, nikt nie wie, jak długo będzie wiał: dwie godziny, dwa dni albo dwa tygodnie.

- Dwa tygodnie? Chyba żartujesz? Obyście mieli wystarczające zapasy, tak na wszelki wypadek.

Roześmiała się.

- Nie rób takiej przerażonej miny, Harry. Z głodu nie umrzecie. Nasza kucharka Daisy to prawdziwy skarb. Zadbała, abyśmy mieli dość jedzenia dla całego wojska. Wiem, że lubisz się napić, więc o brak alkoholu też nie musisz się martwić, Jeremy pilnuje, żeby piwniczka była odpowiednio zaopatrzona, o czym przekonasz się przy kolacji.

Poczułem ukłucie niepokoju. "Wiem, że lubisz się napić"; czy należało to uznać za niewinny żarcik, czy za złośliwą aluzję do moich niegdysiejszych kłopotów? Jak dokładnie Fundacja Midwinterów sprawdzała przeszłość swoich gości? Zmusiłem się do uśmiechu, który miał wszelkie pozory życzliwości.

- O wszystkim pomyśleliście.

- Staramy się. Wino i zapasy żywności przechowywane są w dużej lodowni za wiejską świetlicą. Jest tam mnóstwo miejsca, więc w razie potrzeby można do niej przenieść wszystkie łatwo psujące się produkty. W ostateczności są też świece, zapałki i co tam jest jeszcze niezbędne, żebyśmy mogli przetrwać, dopóki pogoda się nie poprawi. Latarki na korbkę, co tylko chcesz. Każdy domek jest wyposażony w apteczkę. Zaufaj mi - wszystko będzie dobrze.

- To mnie uspokoiłaś - odparłem, chociaż w głowie wciąż miałem przestrogę Bernadette, abym "nikomu nie ufał". Nawet organizatorom.

Chandra się uśmiechnęła.

- Dołożymy wszelkich starań, abyście podczas pobytu mogli uczestniczyć w grze w komfortowych warunkach niezależnie od tego, co będzie się działo za oknem.

Na żywo Chandra okazała się bardziej rozmowna niż podczas naszych spotkań online. Może nie chciała wchodzić Bernadette w paradę; nie ulegało wątpliwości, która z nich tutaj rządzi. Musiałem dowiedzieć się jak najwięcej o tym miejscu i ludziach, którzy je prowadzili. Czy dałoby się sprowokować Chandrę do popełnienia jakiejś drobnej niedyskrecji? Może wystarczyłby kieliszek albo dwa czegoś mocniejszego z piwniczki Jeremy'ego? Niewykluczone, że przy okazji zechce sprawdzić, czy mam mocną głowę, potrzebowałem jednak okazji, żeby się do niej zbliżyć. Kto nie ryzykuje i tak dalej...

- Jak długo pracujesz dla Fundacji Midwinterów?

Zaśmiała się lekko.

- Dłużej, niż chciałabym pamiętać!

Ci ludzie podnieśli wykręcanie się od odpowiedzi do rangi sztuki. Spróbowałem ponownie:

- To chyba znaczy, że lubisz to, co robisz?

- Uwielbiam! - Posłała mi promienny uśmiech. - Nasz dyrektor jest całkowicie oddany Midwinter. Spędził tu połowę życia, a pod jego kierownictwem fundacja robi wiele dobrego. To niezwykle ważne w tych trudnych czasach.

- Czy on...?

- Ale, ale, nie powinnam zanudzać cię ploteczkami. Na pewno chcesz już pójść do domku, a ja mam jeszcze sporo do zrobienia przed dzisiejszą wieczorną odprawą.

- O siódmej w świetlicy?

- Zgadza się. Do zobaczenia. - Otworzyła drzwi. - Kogo ja widzę! Toż to jeden z naszych gości! Baz, wejdź i przywitaj się z Harrym Crystalem!

*

Baz Frederick był o dobre piętnaście centymetrów wyższy, dwadzieścia kilogramów cięższy i dziesięć lat młodszy ode mnie. W trzyczęściowym garniturze i wyglansowanych na wysoki połysk czarnych butach był też ode mnie znacznie bardziej szykownie ubrany. Uścisnął mi dłoń, miażdżąc przy tym moje palce, po czym strzepnął z płaszcza śnieg i obdarzył mnie drapieżnym uśmiechem.

- Lepiej by mi było w słonecznym Scarborough. Trzeba było wybrać święta z rodziną, mam rację?

- Na wybrzeżu Yorkshire prawdopodobnie nie jest teraz o wiele cieplej - odparłem. - Sztormy na Morzu Północnym...

W odpowiedzi rozległ się gromki śmiech i Baz klepnął mnie w plecy tak mocno, że omal nie wybił mi przy tym kilku kręgów.

- Miałem na myśli Scarborough na Tobago, stary. Cztery tysiące mil stąd. Moja babcia nadal tam mieszka. Mamcia i papcio, niech spoczywają w pokoju, przeprowadzili się tu przed moim urodzeniem.

Zdołałem przywołać na wargi blady uśmiech, upewniając się jednocześnie, czy wciąż mam cały kręgosłup.

- Zdążyłeś już zadomowić się w Midwinter?

- Taa. Istne wariatkowo, nie uważasz?

- Dopiero co przyjechałem - odpowiedziałem ostrożnie. - Nawet nie byłem jeszcze w swoim domku. Grunt, żeby ogrzewanie działało.

- Jeżeli śnieg dalej będzie tak sypał... - Wzdrygnął się teatralnie. - Nie znam dobrze tej części Anglii.

- Mieszkasz na południu?

- Taa, w Notting Hill. - Przyjrzał mi się uważnie. - Czyli piszesz kryminały, tak?

- Pochlebia mi, że o mnie słyszałeś.

Baz zarechotał, kręcąc zdecydowanie głową.

- Chandra mi powiedziała. Nie wciągają mnie takie zmyślone łamigłówki. Nie są dla mnie dostatecznie wiarygodne, rozumiesz?

- Hm. - Musiałem ugryźć się w język, żeby mu nie wytknąć, iż przyjechał do Midwinter po to, żeby rozwiązać wymyśloną przez kogoś zagadkę kryminalną.

- Fascynują mnie prawdziwe zbrodnie, nie historie, które się nie wydarzyły. Po co w ogóle o tym czytać?

Wbiłem paznokcie w dłoń, powtarzając sobie, że nie dam się sprowokować.

- Rozumiem, że jesteś... podcasterem?

Postarałem się, aby zabrzmiało to jak "fryzjerem" albo "kelnerem".

- Aktualnie nie. - Odetchnął głęboko, a ja wyczułem od niego cierpką woń tytoniu. - Miałem ostatnio gorszy okres, zbyt wielu ludziom nadepnąłem na odcisk, rozumiesz, co chcę powiedzieć? Nadeszła pora, żeby zrobić sobie przerwę.

- Dlatego postanowiłeś przyjechać do Midwinter i wziąć udział w grze? - rzuciłem lekko, licząc, że coś z niego wyciągnę.

On jednak przyłożył palec do ust.

- Nie wolno nam o tym gadać, stary. Mają tu od cholery zasad. Przysnąłem, czytając ten prawniczy bełkot, który nam przysłali. Bóg jeden wie, na co się ostatecznie zgodziłem. Pewnie zaprzedałem duszę fundacji. Niewiele będą z niej mieli pożytku.

Skinąłem głową ze zrozumieniem.

- Wiesz coś o pozostałych graczach?

Zaginał poplamione nikotyną paluchy, odliczając kolejne osoby:

- Przyjechałeś tu z tą babką o imieniu Carys, zgadza się? Ja z uroczą smarkulą Poppy, która robi w promocji.

- Rzeczywiście, wydaje się przesympatyczna. Taka... niewinna.

- Tak myślisz, Harry? Nie zapominaj, że jesteśmy w Midwinter. Gdyby mnie kto pytał, temu miejscu daleko do niewinności. Jak każdemu z nas.

Uśmiechnąłem się.

- Przez ciebie poczułem się jak Józef K. Winny, chociaż nie wiadomo czego.

- Józef K.? - powtórzył.

- Bohater Procesu.

Pokręcił głową.

- Dramaty sądowe są strasznie passé, stary. Przyszłość to podcasty poświęcone prawdziwym zbrodniom; pamiętaj, że pierwszy raz usłyszałeś o tym ode mnie.

- Skoro tak twierdzisz.

- Wiem od Chandry, że dwoje ostatnich gości to agent literacki i redaktorka. - Przyjrzał mi się z namysłem. - Też zajmują się powieściami kryminalnymi. Może to twoi znajomi? Zack i Grace?

Zmarszczyłem brwi.

- Chyba nie Zack Jardine i Grace Kinsella?

- Trafiony, zatopiony, Harry. Czyli jednak ich znasz?

- Tylko ze słyszenia. To rekiny, a ja pływam z drobnicą.

Baz parsknął śmiechem.

- Ej, nie dołuj się tak, stary. Taki weteran jak ty na pewno od podszewki zna świat powieści kryminalnych. - Wzdrygnąłem się, słysząc znienawidzone określenie "weteran", które wśród wydawców uchodziło za synonim nudziarza, lecz Baz beztrosko ciągnął: - Liczy się doświadczenie, stary. Według mnie w tej grze jesteś murowanym kandydatem na zwycięzcę.

Ręce mi opadły. Zależało mi, żeby sprawiać dokładnie odwrotne wrażenie. Wolałbym widzieć się w roli rezolutnego outsidera, prącego naprzód na przekór wszystkiemu, jednak cokolwiek bym robił, wiek działał przeciwko mnie.

- Mam dopiero czterdzieści pięć lat - palnąłem, zanim zdołałem się powstrzymać.

Baz współczująco pokiwał głową, jakbym właśnie oznajmił, że zamierzam nabyć balkonik i platformę schodową dla niepełnosprawnych w promocyjnej ofercie dwa w cenie jednego. Tak mnie to wkurzyło, że o mały włos nie zwróciłbym uwagi na błysk w jego oku, świadczący o tym, że Baz coś sobie kalkuluje.

- To co wiesz o Zacku i Grace?

Zaskoczył mnie jego upór. Najwyraźniej był równie jak ja zdeterminowany, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o przeciwnikach. Chyba że jego prawdziwym celem było wybadać, ile wiem i czy - pomimo matuzalemowego wieku - stanowię dla niego zagrożenie. Postanowiłem mieć się na baczności.

- Tyle co wszyscy - odparłem lekko. - Wśród agentów literackich Zack był wschodzącą gwiazdą, bystrzakiem obdarzonym talentem do wyszukiwania prawdziwych diamentów w makulaturze.

- W makulaturze?

- Setkach niezamówionych rękopisów, którymi zasypywani są agenci i wydawcy. W taki sposób Zackowi udało się odkryć Ravennę Gray.

- Wow, nawet ja o niej słyszałem.

- Wszyscy o niej słyszeli. To największa sensacja w literaturze kryminalnej od lat. Nagłówki gazet krzyczały wręcz o "Pięćdziesięciu twarzach sukcesu". Pierwszym błędem Zacka było postawienie wszystkiego na jednego konia. Kiedy Spielberg zaczął zabiegać o zgodę Ravenny na sfilmowanie jej pierwszej powieści, zwolniła Zacka i przeszła do jednej z największych agencji literackich na świecie. Drugim jego błędem było oskarżenie Ravenny o niedotrzymanie warunków umowy. W odwecie pozwała go, zarzucając mu molestowanie. Wtedy reszta jego klientów czmychnęła gdzie pieprz rośnie, a on musiał zamknąć swój sklepik.

- Czy redaktorką Ravenny była może Grace Kinsella?

Znowu to taksujące spojrzenie. Instynktownie czułem, że Baz zna odpowiedź na swoje pytanie, ale nurtuje go, ile dokładnie wiem na temat pozostałych gości. Czemu było to dla niego aż takie ważne?

Pokręciłem głową.

- Nie. Grace wyrobiła sobie markę, odkrywając nikomu wcześniej nieznanych autorów thrillerów psychologicznych, w których roiło się od czarujących socjopatów i niewiarygodnych narratorów. Książki takie jak Dziewczyna w samolocie i Kobieta na miejscu dla świadków sprzedały się w milionach egzemplarzy, a Netflix podpisał z nią umowę na wyłączność na usługi konsultanckie. Według krytyków książki przez nią redagowane sprawiają, że Patricia Highsmith wygląda jak Barbara Cartland!

- Jaka Barbara?

Machnąłem ręką.

- Nieważne. To tylko kiepski żart. Jak często wytykają mi żona i córka, znam tylko takie.

Baz potarł dłonią szczękę.

- Wygląda na to, że Grace jako jedyna nie pasuje do profilu.

- Profilu?

- Skoro odnosi tak spektakularne sukcesy, dlaczego spędza Boże Narodzenie w tej dziurze, w towarzystwie przegrywów niemających grosza przy duszy?

Skrzywiłem się.

- Grace wpadła w tarapaty po tym, jak ktoś zadał sobie trud sprawdzenia autorów redagowanych przez nią książek. Okazało się, że w większości piszą na akord, wspomagając się sztuczną inteligencją do wyszukiwania w bestsellerach chwytliwych cytatów i oryginalnych zwrotów akcji. Dzięki Grace ich powieści w ogóle dało się czytać, uznano jednak, że nie dochowała należytej staranności. Netflix anulował umowę i pozwał ją za starty finansowe, a platformy internetowe usunęły książki ze swoich katalogów. Grace z dnia na dzień stała się nikim.

- A teraz zjawia się w Midwinter - stwierdził cicho Baz. - Nie zastanawia cię dlaczego?

- Tak czy inaczej, cała nasza szóstka jest związana z tematem kryminałów.

- Co w sumie ma sens. Nie zapominaj, że jesteśmy tu po to, żeby rozwiązać zagadkę kryminalną. - Baz uśmiechnął się ponuro. - Jest jeszcze coś.

- Co takiego?

- Niełatwo mi o tym mówić, stary, ale pora spojrzeć prawdzie w oczy.

Serce mi zamarło. Konfrontowanie się z faktami należało do moich najmniej ulubionych zajęć - właśnie dlatego pisałem powieści. Pragnąłem tworzyć własne światy, do których brutalna rzeczywistość nie ma dostępu.

- Tak?

- Każdy z nas popełnił jakiś błąd. Przestało nam się układać. Jesteśmy zdesperowani, żeby zacząć wszystko od nowa.

- Nie wydaje mi się, aby "zdesperowani" było odpowiednim...

- Stary - przerwał mi - nie musisz zgrywać przy mnie twardziela. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku.

Zmarszczyłem brwi. Tego typu stwierdzenia padały zwykle z ust osób, które za nic nie chciałyby się znaleźć w tym samym położeniu co ja.

- Tak sądzisz?

Baz niecierpliwie machnął ręką. Czułem, że niejedno chciałby z siebie wyrzucić, ale dopóki nie poczuje się pewniej w Midwinter, w rozmowach celowo będzie dawkował informacje na swój temat.

- Nie rozumiesz, Harry? Właśnie dlatego spędzamy Boże Narodzenie w tym zwariowanym miejscu na odludziu i usiłujemy odmienić swój los, rozwiązując zagadkę morderstwa. Fundacja Midwinterów wcale nie ukrywa, że zaprosiła tu sześcioro nieudaczników, z których tylko jeden zostanie zwycięzcą. Czas, żebyś zadał sobie pytanie. - Zrobił znaczącą pauzę. - Po co oni to robią?

MIDWINTER

MIEJSCE NIEPODOBNE DO INNYCH

STRONA GŁÓWNA O NAS HISTORIA LUDZIE KONTAKT

Midwinter to miejsce luksusowe, ale nie elitarystyczne. Czerpie z tradycji wiejskiego życia - takiego, jak wyglądało ono sto lat temu - adaptując je z myślą o tych, którzy aspirują do lepszej przyszłości w doskonałej harmonii z wartościami wyznawanymi przez Fundację Midwinterów, organizację typu non profit działającą zgodnie z zapisami Statutu Fundacji Midwinterów z 1946 roku. Założoną przez sir Maurice'a Midwintera instytucją zarządza obecnie Jeremy Vandervell, pełniący również obowiązki kierownicze. Poza nim w zarządzie zasiadają jeszcze Bernadette Corrigan i Chandra Masood.

Jeremy Vandervell jest dyrektorem Fundacji Midwinterów. Kształcił się w Westminster School oraz Trinity College w Cambridge, gdzie studiował historię. Po ukończeniu studiów z najwyższym wyróżnieniem zaczął pracę w administracji państwowej, gdzie poznał sir Maurice'a Midwintera, który zaproponował mu pracę w swojej fundacji. Reszta, jak sam lubi powtarzać, jest historią...

Bernadette Corrigan, pełniąca funkcję zastępcy dyrektora Fundacji Midwinterów, urodziła się w Belfaście, lecz już jako małe dziecko przeniosła się z rodziną do Anglii. Zanim trafiła do fundacji, pracowała w administracji państwowej. Jej hobby to kreatywne pisanie i gry słowne.

Chandra Masood piastuje stanowisko dyrektorki ds. strategii personalnej Fundacji Midwinterów. Krótko przed jej urodzeniem rodzice Chandry przybyli do Anglii z Afganistanu, aby rozpocząć nowe życie. Przez kilka lat zdobywała doświadczenie jako kierowniczka ds. zasobów ludzkich w administracji rządowej, po czym przyjęła propozycję opracowania i wdrożenia nowych systemów zarządzania kadrami w fundacji. W wolnym czasie Chandra oddaje się swojej pasji, jaką jest joga i różne formy praktykowania terapeutycznej uważności.

6. Dziennik Harry'ego Crystala

Dzięki Bogu, zanim opuściłem ciepły azyl wiejskiej świetlicy, nie musiałem długo główkować, żeby rozgryźć dołączony do klucza szyfr.

Fp,rl msf dyser,

"Ktoś w twoim wieku, kto pamięta jeszcze czasy maszyn do pisania, nie powinien długo biedzić się nad tym szyfrem" - powiedziała Chandra, zawierając w tym zdaniu oczywistą podpowiedź. Kluczem była maszyna do pisania: każdy znak odpowiadał literze położonej bezpośrednio na lewo od niego na standardowej klawiaturze, przy czym wielkie litery zapisywano również wielkimi literami. Tak się składa, że posłużyłem się podobnym szyfrem w swojej powieści Zbrodnia wymaga reklamy. Rozwiązanie brzmiało zatem:

"Domek nad stawem".

Poczułem satysfakcję. Bernadette okazała się dobrym psychologiem: zadbała, abyśmy wczuli się w klimat gry, a zarazem nabrali pewności siebie.

Zakwaterowano mnie w parterowym bliźniaku, którego bielone ściany idealnie wtapiały się w otoczenie. Drzwi każdego domku we wsi zdobił świąteczny wieniec z ostrokrzewu. Chociaż moje nowe lokum od czytelni dzieliło zaledwie kilka kroków, zanim włożyłem klucz do zamka, byłem już całkiem przysypany śniegiem.

Domek nad stawem dysponował wszelkimi udogodnieniami, jakich można by oczekiwać po kamiennej chatce przeznaczonej pierwotnie dla rodziny górniczej z początków XX wieku. Grzejniki centralnego ogrzewania trzaskały i postukiwały, ale w kominku w salonie płonął ogień. Na stole leżało kilka paczek zapałek, a obok stała węglarka pełna polan, na wypadek gdyby żar zaczął przygasać. Blask kominka w Boże Narodzenie - po prostu cudownie! Brakowało tylko kasztanów do upieczenia.

Nigdzie ich nie zauważyłem, znalazłem za to herbatę, kawę i puszyste białe ręczniki, o upominkach powitalnych i ciepłym białym szlafroku nie wspominając. Fundacja zatroszczyła się również o latarkę na korbkę, świece, czekan oraz parę solidnych kijków trekkingowych do poruszania się po śniegu. Trzy półki małego regału były zastawione książkami, wśród których zauważyłem nawet ze trzy albo cztery wydania moich powieści w miękkiej oprawie, jakby obdarzona sporą dozą ironii pokojówka uznała, że mógłbym mieć chęć raz jeszcze się przekonać, dlaczego moja kariera literacka zaczęła pikować.

Poza tym w pokoju stało biurko i krzesło, zadbano też o spory zapas papieru listowego i kopert. Na biurku leżał piękny nowy dziennik w skórzanej oprawie, kołonotatnik do zapisywania informacji związanych z naszą zagadką kryminalną oraz srebrne pióro kulkowe w eleganckim etui, do którego dołączono podłużny bilecik o treści: "Z pozdrowieniami od Fundacji Midwinter". Rozbawiła mnie ta mało subtelna sugestia, że oczekuje się od nas spisywania swoich wrażeń. Jako że w krótkim czasie naprawdę wiele się wydarzyło, zdążyłem zapisać kilka stron dziennika.

Frankie, zgodnie ze swoją obietnicą, zostawiła moją walizkę tuż za progiem. Rozpakowując się, dokładnie sprawdziłem jej zawartość, aby się upewnić, czy niczego nie brakuje. Nie żebym podejrzewał Chandrę i spółkę o kradzież, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże.

Odświeżyłem się i przebrałem, po czym - z czystego przyzwyczajenia - sięgnąłem do kieszeni po smartfon, żeby sprawdzić nieprzeczytane wiadomości. Chwilę szukałem go w panice, zanim przypomniało mi się, że tkwi zamknięty w sejfie. Ostatnia więź łącząca mnie ze światem zewnętrznym została zerwana. Kiedy dotarło do mnie, co to oznacza, nie poczułem się ani trochę komfortowo. Rzeczywistość okazała się bezlitosna.

Byłem zdany na łaskę i niełaskę Fundacji Midwinterów.

Całe szczęście, że fundacji zależy, aby świat stał się lepszym miejscem - pomyślałem. Gorzej, gdyby kierowały nimi podejrzane motywy...

Nie, powiedziałem sobie, pora skończyć z tym negatywnym nastawieniem i uwierzyć, że jestem w stanie wygrać tę rozgrywkę. W tej chwili przydałoby mi się trochę pozytywnego nastawienia Jocasty. Jak to mawiał Henry Ford? "Jeśli myślisz, że ci się uda, to masz rację, jeśli myślisz, że ci się nie uda, to też masz rację". Muszę przekonać samego siebie, że moja kariera, a wręcz całe życie, nie są kompletną porażką, a jedynie sukcesem, który jeszcze się nie wydarzył.

Wpatrzony w tańczące w kominku płomienie, zasłuchany w odgłosy trzaskających polan, powtarzałem sobie, że nikt mnie przecież nie zmuszał, abym spędził tutaj święta Bożego Narodzenia. Przyjechałem do Midwinter z własnej woli, nie pod przymusem. Doskonale wiedziałem, w co się pakuję.

Tyle że oczywiście nie było to zgodne z prawdą. Miałem zaledwie mgliste pojęcie o tym, co mnie tutaj czeka. Bernadette i Chandra w żaden sposób nie przybliżyły mi zagadki, którą miałem rozwiązać. Do czasu dzisiejszego wieczornego spotkania dysponowałem jedynie strzępami informacji.

Smutna prawda była taka, że nie wystarczyło unikać czarnych myśli. Dobrowolnie nigdy bym tego nie przyznał, nawet sam przed sobą, ale Baz miał rację: byłem zapomnianym pisarzyną, który rozpaczliwie marzył o nowym początku, o rozpoczęciu nowego rozdziału, o czystej, niezapisanej kartce i jakie tam jeszcze inne książkowe frazesy przychodzą komu do głowy.

Czy przypadkiem nie byłem zbyt zadufany w sobie? Nie poświęciłem za dużo uwagi swoim potencjalnym przeciwnikom, założywszy, że nie będą aż tak głodni sukcesu jak ja. A jeśli ich własne niepowodzenia uczyniły ich równie bezwzględnymi i zdesperowanymi? Co, jeśli byli gotowi grać nieczysto, byle tylko wygrać? Jeśli byli gotowi na wszystko?

Położyłem głowę na oparciu fotela. Nie mogłem przestać myśleć o tym, czy właśnie popełniłem kolejny błąd - najnowszy z długiej listy błędów i niewykluczone, że największy w całym moim życiu.

*

Do świetlicy dotarłem, akurat żeby przed odprawą zdążyć obejrzeć sobie nowo przybyłych. Okazało się jednak, że Poppy była szybsza ode mnie - kolejna lekcja, żeby nie lekceważyć rywali.

Poppy, przy grzanym winie i przekąskach, prowadziła właśnie ożywioną dyskusję z Zackiem Jardinem, który z przejęciem urodzonego uwodziciela spijał z jej ust każde słowo. Z dyskretnie rozmieszczonych głośników dobiegał głos Perry'ego Como, śpiewającego It's Beginning to Look a Lot Like Christmas.

Grace Kinsella popijała gin z tonikiem, jakby chciała pokazać wszystkim, że nie udzieliła się jej świąteczna atmosfera. Milcząc, trzymała się z boku, lecz byłem niemal pewien, że bacznie przysłuchuje się rozmowie wspomnianej wcześniej pary. Trzeba będzie na nią uważać.

Budynek świetlicy, największy w Midwinter, stanowił serce wioski, zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Marcus Midwinter faktycznie był wizjonerem, który wyprzedził swoje czasy o kilka pokoleń. Dzisiaj miejsce takie jak to nazwano by centrum aktywności lokalnej. Fundacja najwyraźniej nie poskąpiła środków na modernizację budynku.

Ponad naszymi głowami znajdowała się antresola z galerią oraz biura Jeremy'ego i jego współpracowniczek. Większość parteru zajmowała przestronna jadalnia z sześcioma stolikami. Drzwi w głębi pomieszczenia prowadziły do pomieszczeń gospodarczych oraz kuchni, a na ścianie pomiędzy nimi zawieszono wielką tablicę ogłoszeniową. Na wypolerowanym blacie dobrze zaopatrzonego baru stała kula śnieżna.

Stojąca za barem kobieta powitała mnie szerokim uśmiechem, odsłaniając przy tym olśniewająco białe zęby. Zgryz miała tak idealny, że na samą myśl o własnym uzębieniu, zawdzięczającym swój ostateczny kształt nieudolności brytyjskich dentystów, ze wstydu zapiekły mnie policzki.

- Przy takiej pogodzie koniecznie trzeba się czymś rozgrzać. - Zadygotała teatralnie, po czym podała mi drobną dłoń ponad kontuarem. - Daisy Wu. A pan to Harry Crystal, prawda? Bardzo mi miło pana poznać.

Fakt, że rozpoznała mnie atrakcyjna kobieta, wprawił mnie w przyjemne podniecenie, które znikło, ledwo uświadomiłem sobie, że barmanka odgadła moją tożsamość drogą eliminacji. Nic to; nadarzała się okazja, żeby czegoś się od niej dowiedzieć. Frankie wspomniała, że Daisy Wu przebywa w Midwinter stosunkowo od niedawna. Była więc osobą spoza ścisłego grona pracowników fundacji, w zasadzie outsiderką, do tego Amerykanką. Może okaże się z natury bardziej otwarta i rozmowna niż jej brytyjskie koleżanki?

- Co mogę panu podać? Grzane wino jest wyborne, jeśli miałby pan ochotę wprawić się w świąteczny nastrój. Proszę się też poczęstować kiełbaską w cieście albo falafelem.

Gawędziliśmy, gdy nalewała mi wino, lecz jeśli liczyłem, że coś z niej wyciągnę, musiałem obejść się smakiem. Ilekroć próbowałem pociągnąć ją za język w kwestii czekającej nas rozgrywki, Daisy po mistrzowsku unikała odpowiedzi. Na każde pytanie reagowała promiennym uśmiechem, przypominając mi skromnie, że ona tu tylko gotuje i zmywa, a dodatkowo, jako osoba uwielbiająca muzykę, odpowiada za świąteczną playlistę.

- To jeden z moich ulubionych kawałków - rzuciła, kiwając głową w stronę głośnika. - Stara, dobra Brenda Lee i jej Rockin' Around the Christmas Tree.

Postanowiłem zmienić taktykę.

- Sądząc po twoim akcencie, jesteś rodowitą Nowojorczanką.

Daisy klasnęła w dłonie.

- Zgadłeś! Doskonały z ciebie detektyw. Faktycznie, urodziłam się i wychowałam na Roosevelt Island w rejonie East River.

- Brzmi bardzo elegancko.

- Może kiedyś. Za moich czasów życie toczyło się w cieniu zakładu psychiatrycznego i szpitala zakaźnego dla chorych na ospę. Dorastając, spoglądałam tęsknie za rzekę, na wieżowce Manhattanu. Wydawało mi się, że gmach ONZ i reszta drapaczy chmur są tak blisko, a jednocześnie tak daleko! Jakby należały do innego świata. Później przeniosłam się do Frederick w stanie Maryland. Tam było już całkiem inaczej, chociaż niedaleko leży Waszyngton. Co to za niezwykłe miasto! Pracowałam w takim wielkim gmachu po drugiej stronie Potomacu.

Zmierzyła mnie wzrokiem, jakby zachęcając do zwierzeń, ja jednak trzymałem się swojego postanowienia, aby zbyt wiele nie zdradzać.

- Od dawna jesteś w Wielkiej Brytanii?

- Od początku roku.

- A co robiłaś wcześniej, zanim tu przyjechałaś?

- Bawisz się w detektywa? - odparła ze śmiechem. - Powiedzmy, że przez lata sporo nosiło mnie po świecie.

Nic więcej z niej nie wyciągnąłem, bo w tym właśnie momencie do jadalni wszedł Baz Frederick. Tuż po nim zjawiła się Carys Neville, witana dźwiękami przeboju Elvisa Presleya Santa Claus Is Back in Town, tak jakby ułożoną przez Daisy playlistę cechowało swoiste przewrotne poczucie humoru.

- Grzanego wina dla państwa? - zagadnęła ich Daisy. - Albo kiełbaskę w cieście?

Carys skrzywiła się.

- Jestem wegetarianką i nie pijam alkoholu.

Całkiem jak moja była żona - pomyślałem. I jak Adolf Hitler.

Daisy zaczęła wesoło wymieniać dania wegetariańskie i napoje bezalkoholowe, więc odszedłem i dołączyłem do reszty gości. Poppy pytała właśnie Grace o drogę ze stacji. W odpowiedzi rozległ się teatralny jęk.

- Koszmar, to był istny koszmar! Myślałam, że utkniemy tam na szczycie. Jeśli śnieżyca się utrzyma, będziemy musieli zaczekać na pług śnieżny, inaczej nigdy się stąd nie wydostaniemy.

- Na szczęście byliście w dobrych rękach. Frankie jest super, prawda?

Grace energicznie skinęła głową. Jej równo ścięte blond włosy tworzyły ostrą linię klasycznego boba. W czarnych legginsach ze sztucznej skóry, pantoflach na kaczuszce i czerwonej, asymetrycznej bluzce odsłaniającej z jednej strony bladą, nieskazitelną skórę ramienia prezentowała się swobodnie i szykownie zarazem.

- Założę się, że Frankie mogłaby nam niejedno opowiedzieć o celebrytach, którym szoferowała. Powiedziałam jej, że jeśli kiedykolwiek najdzie ją chęć opisania swoich przeżyć, ma się natychmiast umówić ze mną na lunch.

- O rety. Wy, redaktorzy, jesteście niepoprawni! - rzuciła lekko Poppy. - Zawsze i wszędzie szukacie kolejnej sensacji wydawniczej.

- Zamierzam otworzyć własny imprint z katalogiem starannie wyselekcjonowanych nazwisk - oznajmiła Grace obronnym tonem. - Poza tym wprost uwielbiam wracać w te okolice.

Zack Jardine nastawił czujnie uszu.

- Czyli już tu kiedyś byłaś?

Grace pokręciła głową, jakby zirytowała ją własna wpadka.

- Nie w Midwinter. W ogóle nie słyszałam o tej wiosce, zanim... To znaczy... Chciałam tylko powiedzieć, że dorastałam na północno-wschodnim wybrzeżu. W Whitley Bay, nad samym morzem.

Zack niepewnie skinął głową.

- Spoko.

- Raczej zimno - odparła kpiąco Grace. - Albo, jak się tam mówi, rześko. Zwłaszcza kiedy wiatr wieje znad Morza Północnego. Brr!

Zadrżała demonstracyjnie na całym ciele, jakby chciała odwrócić uwagę od tego, czego nie powiedziała, w ostatniej chwili gryząc się w język. Kiedy i w jakich okolicznościach pierwszy raz usłyszała o Midwinter?

Poppy zwróciła się do mnie.

- Wybacz, gdzie moje maniery? Harry, poznałeś już Zacka i Grace? Moi drodzy, to jest Harry Crystal, autor powieści kryminalnych. Super, co? Chcę przez to powiedzieć, że wszyscy powinniśmy na niego uważać. Ten człowiek to prawdziwy guru, znawca tematu, więc już na starcie ma nad nami przewagę.

Ze skrywaną niechęcią uścisnąłem dłonie Zackowi i Grace. Poppy niczego nie zauważyła.

- A więc wszyscy rywale dotarli bezpiecznie na miejsce, gotowi stoczyć ze sobą śmiertelny bój - zażartowała. - Założę się, że nie możecie się już doczekać początku zabawy! Ja w każdym razie odliczam minuty do startu.

Grace ją zignorowała. Przyglądała mi się przez chwilę spod zmarszczonych brwi, po czym spytała:

- Czyli piszesz?

- Kryminały, owszem.

- Popularny gatunek. Wydałeś już coś?

- Trzydzieści dwie powieści. Pierwsza była nominowana do Złotego Sztyletu za najlepszy debiut. Co prawda był to ogólnie słaby rok dla powieści kryminalnych.

Roześmiała się i odstawiła pusty kieliszek po winie. Domyśliłem się, że nie pierwszy tego wieczoru.

- Mam nadzieję, że nie wbiłeś zwycięzcy sztyletu w plecy. Piszesz pod własnym nazwiskiem?

- Tak. - Zagryzłem zęby z frustracji. - Jako Harry Crystal.

Skinęła głową z powagą, choć wyraz jej twarzy bynajmniej nie sugerował, że kiedykolwiek o mnie słyszała. Wydawałem książki od piętnastu lat, a moje nazwisko nawet ludziom z branży nic nie mówiło. Grace może i przechodziła gorszy okres w swojej karierze, ale trudno było mi znaleźć w tym jakąkolwiek pociechę.

W tle Herb Alpert raczył nas swoim wykonaniem The Bell That Couldn't Jingle, a ja przypomniałem sobie słowa Tołstoja, który powiedział, że muzyka to emocje w stenograficznym skrócie. Ja z pewnością zaczynałem się czuć jak największy nieudacznik w Midwinter.

Pora oddać cios za cios. Zmusiłem się do uśmiechu i rzuciłem:

- Twoje nazwisko oczywiście nie jest mi obce, Grace. Czy to nie ty odnosiłaś tak spektakularne sukcesy w świecie wydawniczym?

Wzruszyła ramionami.

- Czas przeszły jest jak najbardziej uzasadniony.

Pod jej badawczym spojrzeniem czułem się jak fragment DNA pod mikroskopem specjalisty medycyny sądowej. Miałem przed sobą kolejną osobę, która nie zamierzała niczego ujawniać. Skoro nie mogłem wydobyć z niej żadnych przydatnych informacji, postanowiłem dalej grać swoją rolę. Udawanie sympatycznego, nieszkodliwego, dobrodusznego dziwaka przychodziło mi aż nazbyt łatwo. Zależało mi, aby przeciwnicy widzieli we mnie kogoś, kogo doproszono tu "na doczepkę", żeby była równa liczba graczy. Nie chciałem być postrzegany jako ktoś, kogo należałoby się obawiać. A już na pewno nie jako potencjalne zagrożenie.

- Jesteś zbyt skromna! Taki wyrobnik jak ja może ci jedynie zazdrościć tylu wspaniałych osiągnięć. Tu bestseller "Sunday Timesa", tam książka roku wytypowana przez Richarda i Judy, a jeszcze gdzie indziej entuzjastyczne recenzje w Radio 4. - Uśmiechnąłem się nieco sztucznie, stopniowo nabierając pewności siebie. - Tytuły zapełniające półki w supermarketach.

- Jak sterty zepsutych warzyw - mruknęła. - Sęk w tym, że mój termin ważności także upłynął.

Nadejście Bernadette, ściskającej w ręku cienką teczkę, oraz Chandry Masood, wybawiło mnie od konieczności obłudnego zapewniania jej o swoim współczuciu. Nowo przybyłym towarzyszył wysoki, smukły mężczyzna z ciemnymi, niesfornymi włosami sięgającymi ramion. Wtedy to po raz pierwszy zobaczyłem Ethana Swifta.

Wyobrażałem go sobie wcześniej jako pochmurnego ascetę, okazał się jednak zaskakująco przystojny. Poppy omiotła go taksującym spojrzeniem. Nawet Grace zerknęła na niego ukradkiem.

Za wspomnianym trio, niczym główna gwiazda koncertu za swoim supportem, kroczył Jeremy Vandervell, niezwykle elegancki w dopasowanej marynarce i klasycznym krawacie. Każdy jego gest mówił, że jest urodzonym przywódcą. Emanując pewnością siebie i autorytetem w sposób tak naturalny, w jaki większość ludzi poci się na myśl o publicznym występie, rozejrzał się po zgromadzonych w jadalni gościach. Niewiele brakowało, a zgotowałbym mu żywiołowy aplauz; na szczęście w ostatniej chwili wcisnąłem ręce głębiej do kieszeni. Lepiej nie wyróżniać się z tłumu.

Cała czwórka podeszła do niewysokiego podestu znajdującego się od frontu pomieszczenia. Umieszczono na nim stół, na którym stał dzbanek z wodą i sześć szklanek, a wokół ustawiono w półokręgu sześć foteli. Daisy wyszła zza baru, żeby nalać napoje; poruszała się szybko i z gracją. Zack i Jeremy patrzyli na nią z nieskrywanym podziwem, Bernadette natomiast z odrazą ogrodnika badającego czarne plamy na liściach niegdyś pięknej róży. W tym momencie drzwi frontowe otworzyły się i wpadła przez nie Frankie. Strzepnęła śnieg z marynarki i stanęła bliżej podestu.

Chandra skinęła zachęcająco na Poppy, która zrobiła krok naprzód. Jedno po drugim zajmowaliśmy miejsca na przygotowanych dla gości krzesłach. Każde przyniosło ze sobą notatnik. Gdy pozostali je otworzyli, ujrzałem puste pierwsze strony - czyli byłem jedyną osobą, która zaczęła cokolwiek notować. Właściwie było to do przewidzenia - bądź co bądź, jako jedyny w całym towarzystwie żyłem z pisania.

Wypuściłem powietrze z płuc. Nasza dwunastka pierwszy raz zebrała się w jednym miejscu, zupełnie jak ława przysięgłych - pomyślałem. Tyle że aż sześcioro z nas miało usłyszeć werdykt.

Rozgrywkę czas zacząć.

Zwycięzca bierze wszystko.

MIDWINTER

MIEJSCE NIEPODOBNE DO INNYCH

STRONA GŁÓWNA O NAS HISTORIA LUDZIE KONTAKT

Jeśli chcesz się ubiegać o pobyt w Midwinter, wpisz poniżej kod wraz ze swoim imieniem i nazwiskiem, datą urodzenia, adresem, adresem e-mailowym oraz numerem telefonu komórkowego:

Przepraszamy, ale w najbliższym czasie

Midwinter nie dysponuje wolnymi miejscami.

7. Midwinter

Siadając, Ethan odsunął nieco swoje krzesło, żeby mieć lepszy widok na pozostałych. Przed wejściem do jadalni Bernadette wzięła go na bok i poprosiła, żeby miał nowo przybyłych na oku.

- Daj mi znać, gdybyś zauważył coś niepokojącego. Cokolwiek, co mogłoby zwiastować kłopoty. Jeśli pogoda się pogorszy, zostaniemy odcięci od świata. To idealne warunki na zabawę w morderstwo, ale część gości może się czuć nieswojo. A co, jeżeli nie są tak odporni psychicznie, jak nam się wydaje?

Ethan odetchnął głęboko.

- Od ostatniego razu wszystko się zmieniło. To całkiem inna sytuacja.

- Naturalnie - odparła, zniżając głos. - Odcięliśmy się od przeszłości. A co do nowej grupy... Ciekawi mnie, jak sobie poradzą z presją.

- Doskonale się przygotowałaś. Naprawdę sporo już o nich wiesz.

- Fakt, i w dużej mierze tobie to zawdzięczam. Wstępne rozpoznanie i analiza danych to podstawa, ale zawsze znajdzie się coś, czego nie zdołaliśmy ustalić. Jak choćby... co stanowi o tym, że jedni odnoszą w życiu sukcesy, a inni ponoszą porażki?

- Przez chwilę wydawało mi się, że powiesz: "Co stanowi o tym, że jedni giną, a innym udaje się przeżyć?" - odparł cicho.

- Stawką jest przyszłość ich wszystkich - stwierdziła. - Nasza również.

- Zwykle nie masz takich melodramatycznych ciągot, Bernadette - zauważył łagodnie Ethan. - Nie zapominaj, że przyjechali tu tylko po to, żeby wziąć udział w grze.

Rzuciła mu ostre spojrzenie.

- Dobrze wiesz, o co ona się toczy.

Po tych słowach odwróciła się do Jeremy'ego, czekając na sygnał do rozpoczęcia spotkania.

Ze swego miejsca na podwyższeniu Ethan mógł dobrze przyjrzeć się gościom. Stanowili zróżnicowaną grupę, której członkowie zostali wybrani z najwyższą starannością.

Leniwe ziewnięcie Carys Neville miało zapewne wyrażać wyższość zabarwioną szczyptą znudzenia. Grała? Bez wątpienia; ta kobieta była kompletnie pozbawiona pewności siebie, a jej próby pokrycia tego za pomocą pasywno-agresywnych złośliwości były tyleż oczywiste, co irytujące. Baz Frederick dla odmiany nachylał się do przodu na krześle, trzymając długopis w gotowości. Ostry podbródek Grace Kinselli był wyzywająco zadarty, jakby szykowała się do kłótni.

Jeśli chodzi ubiór, tego wieczoru obowiązywała swobodna elegancja, choć Baz miał na sobie trzyczęściowy garnitur. Ethan był ciekaw, czy Grace swoim wyborem stroju świadomie chciała zdominować rywalki i w ten pokrętny sposób zyskać nad nimi przewagę psychologiczną. Bluzka odsłaniająca ramię i legginsy ze sztucznej skóry korzystnie podkreślały jej figurę. Nie żeby Ethan był nią choćby w najmniejszym stopniu zainteresowany, ale wystarczyła jej nanosekunda, aby skupić na sobie uwagę dyrektora Fundacji Midwinterów. Jeremy Vandervell był taki przewidywalny!

Zack Jardine, w aksamitnej marynarce i fularze, wybrał nieco niekonwencjonalną stylizację. Ethan zauważył, że skubie zębami skórkę przy paznokciu, co zdradzało nerwowość kryjącą się pod maską wyrafinowania. Z kolei Poppy de Lisle ogryzała końcówkę długopisu. Ethan przyłapał ją na tym, że mu się przygląda; gdy ich spojrzenia się spotkały, policzki dziewczyny spąsowiały, a ona szybko odwróciła wzrok.

Co do Harry'ego Crystala, na jego twarzy malował się wyraz łagodnego zdziwienia, tak jakby był przypadkowym przybyszem, który chciał tylko schronić się przed śnieżycą, a trafił w sam środek czegoś, czego zupełnie nie rozumie.

Harry intrygował Ethana. Czy ktokolwiek może być aż tak naiwny? Ostatecznie ten człowiek napisał ponad trzydzieści powieści kryminalnych, choć niezbyt poczytnych. Nie był więc kompletnym głupkiem.

Jeremy postukał w swój kieliszek i muzyka umilkła, jakby na skutek czarów.

- Dobry wieczór, panie i panowie. Witam was serdecznie w naszej małej wiosce. Jestem niezwykle wdzięczny, że zechcieliście towarzyszyć nam w tym szczególnym czasie świąt Bożego Narodzenia. I naprawdę zachwycony, goszcząc was tu wszystkich.

Cóż za aksamitny głos! Ethan już wcześniej zwrócił uwagę na to, że Jeremy lubi podkreślać swoje pochodzenie. Stale powtarzał, że jego małą ojczyzną jest północna Anglia, chociaż nikt by się nie domyślił, że urodził się i wychował w okolicach stoczni w Tyneside. Trudno byłoby sobie wyobrazić kogoś mniej kojarzącego się z typowym stoczniowcem o sękatych dłoniach. Prawdopodobnie znał na pamięć słowa do Eton Boating Song. Trzy lata w Cambridge, a następnie kariera w służbie dyplomatycznej wygładziły wszelkie szorstkie, prowincjonalne naleciałości w jego akcencie. Patrząc na niego lub słuchając go, nikt nie podejrzewałby go o robotnicze korzenie; przeciwnie, można było założyć, że dorastał w uprzywilejowanym środowisku.

- Jedno z pewnością zwróciło już waszą uwagę. Midwinter, jak sama nazwa wskazuje4, postanowiło zasłużyć w tym roku na miano zimowej stolicy regionu.

Jeremy zrobił pauzę, aby wybrzmiał szmer uznania i rozbawienia. Uśmiechał się błogo, chociaż bystry obserwator zdołałby dostrzec protekcjonalność ledwo skrywaną pod tym uśmiechem.

- Nazywam się Jeremy Vandervell i jestem dyrektorem Fundacji Midwinterów. Chociaż po co ja to państwu mówię, mam wszak przed sobą wytrawnych detektywów. - Uśmiechnął się promiennie, co wywołało na twarzach zgromadzonych ostrożne uśmiechy. - Przybyliście tu z odległych zakątków kraju, dzielnie stawiając czoło kapryśnej pogodzie i jeszcze bardziej kapryśnej kolei brytyjskiej, żeby spędzić z nami święta. To dla nas ogromny zaszczyt. - Zniżył głos, jakby chciał zbudować atmosferę intymności i wzajemnego zaufania. - Nie zamierzam obrażać waszej inteligencji, rozwodząc się na temat działalności fundacji. Wszyscy wiecie, czym się zajmujemy, choćby w ogólnych zarysach, a niektórzy zapewne znają nas od podszewki. W dzisiejszym złożonym świecie samo istnienie takiej instytucji jak nasza może się wydawać anachroniczne. My postrzegamy to inaczej. Działalność na mniejszą skalę i awersja do wszelkiej biurokracji gwarantują nam sprawność w działaniu. Jesteśmy elastyczni, innowacyjni i myślimy przyszłościowo.

Mina Daisy zastanowiła Ethana. Czyżby słowa dyrektora ją rozbawiły?

- Naszym mottem jest prostota - ciągnął Jeremy. - Pragniemy uczynić ten świat lepszym. Przyświeca nam zatem szlachetny cel. Sam, odkąd dołączyłem do zarządu fundacji, poświęcam się idei służby innym; a było to tak dawno temu, że już nie pamiętam, kiedy dokładnie. Niewykluczone, że części z was nie było jeszcze na świecie.

Uśmiech mówiącego zdawał się wyrażać jednocześnie autoironię i samozadowolenie, co stanowiło nie lada wyczyn. Ale dyrektor Fundacji Midwinterów rzeczywiście nie był byle kim. Ethan nie musiał studiować profilu psychologicznego Jeremy'ego Vandervella, aby wiedzieć, do czego ten człowiek jest zdolny.

- Wizjonerstwo Marcusa Midwintera i jego syna, sir Maurice'a, który przekuł marzenia ojca w czyn, kładąc podwaliny pod obecną działalność fundacji, budzi naszą ogromną wdzięczność. Fakt, że miałem okazję poznać sir Maurice'a przed jego śmiercią, poczytuję sobie za największy zaszczyt w życiu.

Jakby na sygnał dany przez inspicjenta, Bernadette i Chandra z powagą skinęły głowami. Daisy nie odrywała wzroku od dyrektora. Jej uśmiech wyrażał podziw, lecz oczy pozostawały chłodne i badawczo taksowały Jeremy'ego Vandervella.

- Jednak świat idzie naprzód i to samo dotyczy Fundacji Midwinterów. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że nie wolno nam popadać w rutynę, dlatego z radością otwieramy się na nowych ludzi, świeże pomysły i nowatorskie rozwiązania.

Zgrabnie powiedziane, pomyślał Ethan. Facet zachowywał się jak złotousty obrońca jakiegoś gangstera; sprytnie odpierał potencjalne ataki, zanim jeszcze do nich doszło, a zarazem starał się uosabiać głos rozsądku. Miał doskonale wykształcony instynkt przetrwania - nic dziwnego, że tak długo utrzymał się w Midwinter. Dać mu palec, to weźmie całą rękę. Jeśli ktokolwiek był w stanie uniknąć kary za morderstwo, to właśnie Jeremy Vandervell.

Dyrektor lekko odkaszlnął, traktując to z upodobaniem jako rodzaj znaku przestankowego.

- Dlatego właśnie, panie i panowie, o ile wolno mi posłużyć się dziś tym staroświeckim zwrotem, trafiliście do Midwinter.

Wielkopańskim gestem ręki objął wszystkich słuchaczy, chociaż Ethan zauważył, że patrzył przy tym prosto na Poppy, a nie - o dziwo - na ostentacyjnie bardziej efektowną Grace. Co ten facet knuje? Czyżby próbował przekazać jej w ten sposób jakąś zakamuflowaną wiadomość?

- Za państwem proces drobiazgowej selekcji. Teraz nastał czas na zabawę. Zabawę, która, od razu spieszę dodać, toczy się o wysoką stawkę. Zaprosiliśmy państwa do Midwinter, abyście wzięli udział w grze detektywistycznej i rozwiązali zagadkę morderstwa. Tylko jedna osoba na tej sali, obdarzona wystarczającą dozą szczęścia i talentu, może zostać zwycięzcą. Na początek więc chciałbym z całego serca życzyć każdemu z was powodzenia.

Jeremy, z miną dobrotliwego patriarchy, przyjrzał się kolejno twarzom sześciorga gości. Ethan nie dał się nabrać na tę pozę; dobrze znał Jeremy'ego Vandervella i wiedział, że pod maską łagodności skrywa się bezwzględność.

- Można by rzec, że pełnię w Midwinter funkcję mistrza ceremonii, ale proszę mi wierzyć: świąteczna gra, w której weźmiecie udział, to efekt pracy zespołowej. Mam szczęście mieć u swego boku niezwykle utalentowane osoby, tak jak ja identyfikujące się z tym miejscem oraz z wartościami, które reprezentuje Fundacja Midwinterów. Podobnie jak ja, są gotowe na wszystko, aby uczynić fundację symbolem doskonałości w tym coraz bardziej niespokojnym i niebezpiecznym świecie.

Dyrektor umilkł na chwilę, aby jego słowa lepiej wybrzmiały.

- Mogą być państwo pewni, że dołożymy wszelkich starań, aby zapewnić wam niezapomniane wrażenia. Dlatego, żeby już nie przedłużać, chciałbym przedstawić po kolei swoich współpracowników. Proszę wybaczyć, jeśli brzmi to jak przemowa dyrygenta przedstawiającego głównych muzyków w orkiestrze. Chodzi o to, że w naszej pracy stawiamy na idealną harmonię.

Ethan poruszył się na krześle. Cały Jeremy - złotousty orator, który nie wie, kiedy przestać, i posuwa się do przesady. Taki już miał charakter. Nie ma ludzi idealnych.

Jeremy wskazał na Frankie.

- Najpierw ktoś, kogo wszyscy mieliście przyjemność poznać osobiście. Nasza pani szofer. Jesteśmy jej ogromnie wdzięczni, że przy tak koszmarnej pogodzie bezpiecznie dowiozła was na miejsce. Jako miejscowa dziewczyna zgodziła się spędzić z nami kilka dni i zostać honorowym członkiem zespołu Fundacji Midwinterów. Pani Frankie Rowland, proszę państwa!

Znalazłszy się nagle w centrum zainteresowania, Frankie wyglądała na zażenowaną; mimo to uniosła rękę w geście powitania. Wydawało się, że Poppy de Lisle zacznie klaskać, jednak w ostatniej chwili się rozmyśliła.

- Jest także z nami pani Bernadette Corrigan, moja zastępczyni i mózg naszej bożonarodzeniowej operacji. - Jeremy posłał jej łagodny uśmiech. - Mieli ją państwo okazję poznać podczas spotkań informacyjnych online, a już za kilka chwil przedstawi wam ona pierwsze szczegóły dotyczące zagadki, którą macie rozwiązać.

Bernadette krótko skinęła głową.

- Kolejna osoba i kolejny kluczowy członek naszego zespołu, podejmujący najważniejsze decyzje, ktoś, kogo również poznali państwo podczas procesu rekrutacyjnego. Pani Chandra Masood odpowiada u nas za wszelkie sprawy związane z zasobami ludzkimi. W razie jakichkolwiek trudności należy się zwrócić do Chandry, a ona wszystko załatwi. Tylko proszę nie oczekiwać od niej cudów w związku z pogodą!

Jakby na dany sygnał, Chandra przywołała na twarz uśmiech pełen żalu.

- Śnieżyca ma nas wkrótce odciąć od cywilizacji, więc niewykluczone, że w drogę powrotną na stację wyruszą państwo z lekkim poślizgiem. - Po tych słowach nastąpiła krótka pauza. - Ale nie ma powodów do obaw. Osobiście uważam, że śnieg stwarza idealne warunki do rozgrywki, w której wezmą państwo udział.

Ethan rozejrzał się po twarzach uczestników gry. Ich miny nie zdradzały, co działo się w ich głowach.

- Po mojej prawej stronie - ciągnął Jeremy - stoi najważniejsza osoba w Midwinter. Daisy Wu odpowiada za posiłki i napoje. W krótkim czasie zdążyła udowodnić, że jest nie tylko znakomitą kucharką, ale i pierwszorzędną barmanką.

W odpowiedzi Daisy krótko pomachała zebranym. Mimo wszystko Ethanowi trudno było ukryć rozbawienie z powodu pochwał, jakimi obsypał ją Jeremy. Pozując na silnego, a zarazem wrażliwego lidera, Vandervell nie przepuścił żadnej okazji, żeby spędzić trochę czasu z nową szefową kuchni. Ethan zauważył, że Chandra zesztywniała, gdy jej przełożony wychwalał w ten sposób Amerykankę. Bernadette natomiast...

Jeremy odwrócił się i popatrzył wprost na Ethana.

- Wreszcie ostatni kluczowy członek naszego zespołu, Ethan Swift. Będzie państwu służył fachową pomocą, gdyby któremuś z państwa przyszło się zmagać z jakimkolwiek problemem fizycznym albo psychicznym, choć to bardzo mało prawdopodobne. Jak dobrze państwo wiedzą, z każdym uczestnikiem omówiliśmy stan jego zdrowia i sprawdziliśmy szczegóły dotyczące wszelkich przyjmowanych przez niego leków. Jeśli wydaje wam się, że to... hm, nadmiar skrupulatności z naszej strony, możecie być pewni, że w Midwinter wasze dobre samopoczucie i bezpieczeństwo traktujemy śmiertelnie poważnie. Co prawda ta wioska to oaza spokoju, ale my wolimy dmuchać na zimne.

Ethan zerknął na swoich współpracowników. Jego uwadze nie umknął mars na czole Chandry; czyżby właśnie pomyślała: lepiej późno niż wcale?

- Tyle ode mnie - zakończył Jeremy. - Na pewno chcą państwo dowiedzieć się czegoś o czekającej was rozgrywce, w związku z czym Bernadette w kilku słowach opowie, co dla was przygotowała.

Jego zastępczyni przygładziła włosy i poderwała się z krzesła.

- Bardzo ci dziękuję, Jeremy. Dobry wieczór wszystkim. Nie będę owijać w bawełnę.

Bernadette uśmiechnęła się i zrobiła krok naprzód, stając na skraju podestu. Wyglądała tak, jakby rzucała wyzwanie słuchaczom.

- W Midwinter doszło do morderstwa i to od waszej szóstki zależy, czy uda się wykryć sprawcę. Aby to zrobić, będziecie musieli się wykazać sporą umiejętnością... dedukcji. - Zamilkła, pozwalając ostatniemu słowu wybrzmieć. - Najpierw coś na rozgrzewkę. Wiem od Chandry, że wszystkim udało się złamać szyfr zapisany greką, chociaż nikt nie dopatrzył się w rozwiązaniu większego sensu. Tak się jednak składa, że odcyfrowaliście tytuł naszej gry: Panna Winter w bibliotece z nożem.

Kilka osób zmarszczyło brwi. Ethan dostrzegł, że ich niepewność wyraźnie ucieszyła Bernadette.

- Zadam wam teraz następujące pytanie: co skłoniło mnie do zatytułowania naszej gry akurat w taki sposób? A oto podpowiedź: panna Winter w ogóle nie występuje w zagadce, którą macie rozwikłać. Aby zachować pełną transparentność, powinnam jeszcze wspomnieć, że tak się składa, iż panna Winter to kobieta detektyw, bohaterka serii powieści kryminalnych autorstwa Harry'ego Crystala. Ale to tylko taki sympatyczny zbieg okoliczności, bez żadnego znaczenia dla naszej gry. Nie martwcie się. Podczas rozgrywki wszyscy będziecie dostawać takie same informacje.

Harry Crystal wydawał się skrępowany. Ethan pomyślał nawet, że określenie "wyglądać jak zbity pies" ukuto właśnie z myślą o nim.

- W Midwinter nigdy nie było żadnej biblioteki, przynajmniej nie w tradycyjnym rozumieniu wiejskiej biblioteki publicznej. Za to czytelnia, w której się obecnie znajdujemy, została przewidziana przez Marcusa Midwintera na miejsce cichej rekreacji. Właśnie tutaj wpadłam na pomysł tej gry.

Bernadette, gestem nauczycielki przemawiającej do zdezorientowanych uczniów, założyła ręce na piersi.

- Jutro rano ci z was, którzy poprawnie odgadną odpowiedź, a liczę, że uda się to całej waszej szóstce, zapiszą ją na kartce, a tę umieszczą w zaklejonej kopercie, jednej z tych, które możecie znaleźć w swoich domkach. Koperty wręczycie mi przy śniadaniu. Nie ekscytujcie się zbytnio, nie przewidzieliśmy za to żadnej nagrody. Niezależnie od tego, czy odgadniecie powód, czy nie, wasze szanse na wygraną nie ulegną zmianie. Wyjaśnię po prostu wszystkim, co mnie zainspirowało, to zaś powinno podsunąć wam dalsze wskazówki niezbędne do rozwiązania zasadniczej zagadki. Wszystko jasne?

Jedna czy dwie osoby ostrożnie przytaknęły.

- Znakomicie. Dzisiaj wieczorem nakreślę tło wydarzeń i wręczę każdemu kartkę z dodatkowymi informacjami.

Baz podniósł rękę.

- Czy będzie można zadawać pytania?

- Pamiętasz, co mówiłam na naszym spotkaniu online, Baz? Od momentu przyjazdu do Midwinter musicie sami wykazać się inicjatywą, dlatego obawiam się, że odpowiedź brzmi: nie. W każdym razie nie dzisiaj.

Stanowczość i bezkompromisowość w jej tonie sprawiły, że Baz zmarszczył brwi. Kilka osób zachichotało. Nerwowy śmiech - pomyślał Ethan. Nic dziwnego; ci ludzie nie mieli zielonego pojęcia, w co się pakują.

- W miarę waszych postępów w grze - ciągnęła raźno Bernadette - na jaw będą wychodzić kolejne dowody. Ale bądźcie czujni: obok wartościowych wskazówek pojawi się też mnóstwo fałszywych tropów, które mają za zadanie odwrócić waszą uwagę.

Przez chwilę szukała czegoś w teczce, budując napięcie niczym bohaterka filmów Hitchcocka. Cała szóstka czekała w wielkim skupieniu. Siedzące na podwyższeniu Chandra i Daisy wymieniły szybkie spojrzenia. Nawet Frankie, wyraźnie zaintrygowana, pochyliła się do przodu na krześle.

W końcu Jeremy ledwo dostrzegalnie skinął głową. Ethan nigdy nie miał pewności, co ten człowiek kombinuje. Może nawet lepiej było tego nie wiedzieć. Fundacja nie zleciła mu dokonania oceny psychologicznej ani dyrektora, ani jego zastępczyni. Jak jasno dała mu do zrozumienia Bernadette, wykraczałoby to poza zakres jego kompetencji. Poproszono go jednak o przeprowadzenie rozmów z Chandrą, Daisy, a nawet - o ironio - z Frankie Rowland.

Bernadette odchrząknęła.

- Kristy Winkelman to znana, bogata i niezwykle płodna autorka powieści kryminalnych. Wydawnictwo reklamuje je sloganem: "Jeśli lubisz Christie, pokochasz Kristy!". Odniosła zdumiewający sukces, wydając własnym sumptem całą serię tak zwanych kryminałów kocykowych, których telewizyjne ekranizacje stały się absolutnym hitem. Zdobyła sławę i majątek, zyskując renomę i rozpoznawalność. Niestety, takt i samoświadomość nie są jej mocną stroną. Jej życiu osobistemu, tak jak fabułom jej książek, dramaturgii dodają nieprzewidziane komplikacje i melodramatyczne zwroty akcji. Przez lata przysporzyła sobie wielu wrogów.

Pozwoliła swoim słowom wybrzmieć przez chwilę.

- Pomimo ostrzeżeń meteorologicznych zapowiadających śnieżycę wszech czasów Kristy wpadła na pomysł zorganizowania przyjęcia na odludziu, w północnych Penninach. Brzmi znajomo?

Uśmiechnęła się do swojej publiczności.

- Naturalnie nie należy mylić fikcyjnego Midwinter z tym prawdziwym. Faktycznie zapowiadają się tam białe święta, jednak warunki pogodowe nie są tak ekstremalne, jak te prognozowane dla nas na najbliższe siedemdziesiąt dwie godziny. Tak czy inaczej, Kristy nie należy do osób, które zmieniałyby plany z powodu kilku płatków śniegu. Nie chodzi zresztą o tradycyjną imprezę świąteczną, tylko o przyjęcie rozwodowe.

Kolejna teatralna pauza.

- Dobrze słyszeliście. Kristy postanowiła w Boże Narodzenie uczcić koniec swojego małżeństwa z niejakim Mikiem Sherwinem, prowadzącym w telewizji własny program ogrodniczy. Niestety, nie każdemu pisane jest żyć długo i szczęśliwie.

Wyjęła z teczki przezroczystą koszulkę z tworzywa sztucznego i położyła ją na brzegu stołu.

- Jej rozstanie z mężem przebiegło w bardzo burzliwej atmosferze. Fakt, że miała romans z Rishim Mehtą, który gra główną rolę w ekranizacjach jej książek, jedynie pogorszył sprawę. W każdym razie tymczasowy wyrok orzekający rozwód został w końcu wydany i wygląda na to, że sprawę można będzie uznać za zamkniętą, przynajmniej z punktu widzenia Kristy, która już teraz zamierza poślubić Tima Fabera, lekarza-celebrytę. Aby udowodnić, że nie żywi urazy do byłego męża, zaprosiła go na przyjęcie (chociaż formalnościom prawnym nie stało się jeszcze zadość). Mike'owi towarzyszyć będzie jego nowa partnerka, Harriet Linaker, która, jak się przypadkiem składa, jest byłą dziewczyną Tima Fabera.

Kolejna znacząca pauza.

- Rishi także został zaproszony, wraz ze swoją partnerką z planu, aktorką Bethan Kirtley, która rolę w ekranizacjach powieści Kristy zawdzięcza swojemu dalekiemu pokrewieństwu ze słynną pisarką.

Bernadette pozwoliła sobie na przebiegły uśmiech.

- Tak to więc wygląda, panie i panowie. Sześć osób, z których każda ma swoje tajemnice i których drogi przecięły się w Boże Narodzenie w Midwinter.

Jest w swoim żywiole - pomyślał Ethan, gdy przez salę przetoczyła się fala uprzejmego śmiechu. Bernadette, którą znał, niemal obsesyjnie kryła się ze swoimi emocjami. Słynęła zarówno ze skuteczności, jak i z zamiłowania do porządku i metodyczności, a poza tym miała wyjątkową pamięć do szczegółów, co czyniło z niej urodzoną zastępczynię. Dotychczas nie robiła na nim wrażenia liderki, która świetnie się czuje na scenie, w centrum zainteresowania. Kiedy ostatnio ze sobą współpracowali, nieustannie zerkała na Jeremy'ego, szukając u niego aprobaty i potwierdzenia własnych słów.

Praca nad świąteczną zagadką kryminalną wyzwoliła w niej nową, twórczą energię. Z psychologicznego punktu widzenia miało to sens: opracowała grę opartą na jasno określonych zasadach. Dopóki działała w ramach ustalonej struktury, nie wykraczała poza swoją strefę komfortu.

Ale co będzie, jeśli wydarzenia przybiorą nieprzewidywalny obrót i zrobi się niebezpiecznie, a Bernadette z jakiegoś powodu straci nad wszystkim kontrolę? Pal sześć gości, których psychikę zamierzała poddać próbie... Na ile instynkt przetrwania był silny u samej Bernadette Corrigan?

Panna Winter w bibliotece z nożem

Osoby biorące udział w bożonarodzeniowym przyjęciu rozwodowym

KRISTY WINKELMAN

pisarka

TIM FABER

lekarz

RISHI MEHTA

aktor

BETHAN KIRTLEY

aktorka

HARRIET LINAKER

projektantka biżuterii

MIKE SHERWIN

ogrodnik

8. Dziennik Poppy de Lisle

Podczas naszego spotkania informacyjnego online Bernadette powiedziała, że wszyscy uczestnicy gry powinni prowadzić dziennik. Osobisty dziennik, w którym będą zapisywać swoje przemyślenia i wrażenia z przebiegu rozgrywki, bo to może być niezwykle przydatne.

Przydatne dla kogo, Bernadette? Oto jest pytanie!

Na wypadek gdyby ktoś zapomniał o jej sugestii, każdy z gości znalazł w domku gościnnym śliczny, nowiutki notes oraz długopis, nie mamy więc odtąd żadnej wymówki.

To oczywiste, że tkwi w tym jakiś haczyk. Co, jeśli ktoś z Fundacji Midwinterów zakradnie się po kryjomu pod naszą nieobecność i przejrzy te wpisy, żeby się przekonać, co myślimy o wiosce, ludziach z fundacji i naszych rywalach? Mogą zechcieć to wykorzystać dla własnych celów - jakiekolwiek by one były. A jeśli wszystko, co zanotujemy, zostanie uznane za dowód i wykorzystane przeciwko nam? Czy właśnie na tym polega ich chytry plan?

W związku z tym zamierzam być całkiem szczera, ale do swoich zapisków będę podchodzić wybiórczo. Bardzo wybiórczo. Część z nich może nawet mijać się z prawdą.

Proszę bardzo, macie to czarno na białym. Nie mówcie potem, że was nie ostrzegałam.

Jeśli to czytasz, od ciebie zależy, czy uwierzysz we wszystko, co napisałam, czy tylko w niektóre rzeczy - a może postanowisz nie wierzyć w ani jedno moje słowo. Twój wybór, nic a nic mnie to nie obchodzi. W końcu nie zeznaję pod przysięgą, prawda? W każdym razie, jeszcze nie. To ty powinieneś trzymać swoje brudne łapy z dala od tego dziennika, zamiast wtykać nos w cudze sprawy, w dodatku w tak niehonorowy sposób. Co z poszanowaniem prywatności i całym tym trąbieniem o ochronie danych osobowych? O zasadach fair play, zwykłej uczciwości i przyzwoitości nawet nie wspominając?

Teraz, skoro mamy to już z głowy, muszę przyznać, że Bernadette niekoniecznie kierowała się ukrytymi intencjami. Notowanie swoich spostrzeżeń faktycznie może być przydatne. Założę się, że będę w zdecydowanej mniejszości; Grace Kinsella nie zechce ryzykować, że ktoś przeczyta to, co napisała, Zackowi Jardine'owi najprawdopodobniej wcale nie będzie się chciało prowadzić dziennika. Baz Frederick wolałby robić notatki głosowe, co bez smartfona nie jest takie proste. Ale Harry Crystal należy do starej szkoły. To ktoś, kto porządkuje swoje myśli, zapisując je na kartce. Jako pisarz nie będzie miał najmniejszych problemów z zapełnieniem stron dziennika. Carys Neville też może być skłonna go prowadzić, zwłaszcza jeżeli uzna, że dzięki temu zwiększy swoje szanse na wygraną. Chociaż raz już się sparzyła; przekonała się na własnej skórze, że prywatne dokumenty mogą wyciec i zostać upowszechnione ze szkodą dla ich autora.

A jeśli więcej niż jedno z nas rozwiąże zagadkę Bernadette? To przecież całkiem możliwe. Taka gra nie może być chyba zbyt skomplikowana. Co, jeśli wszyscy wykażemy dość sprytu i podamy właściwą odpowiedź? Fundacja będzie potrzebowała jakiegoś kryterium rozstrzygającego, żeby ostatecznie wyłonić zwycięzcę.

Domyślam się, że właśnie o to chodziło Bazowi. Nagroda może po prostu trafić w ręce tego, kto pierwszy rozwiąże zagadkę morderstwa. No, chyba że decydującym czynnikiem okaże się analiza naszych prywatnych zapisków. Czy to dlatego Bernadette tak nas do nich zachęcała? Jeśli chodzi o ludzi z Fundacji Midwinterów, nic mnie już nie zdziwi. To zbieranina kompletnie nieobliczalnych oryginałów.

Dzisiejsza odprawa podobała mi się nie tylko dlatego, że Ethan Swift ma w sobie coś z Heathcliffa. Posępny wyraz twarzy dodaje mu byronowskiego uroku. Założę się, że część pacjentek zgłasza się do niego wyłącznie po to, żeby móc się wpatrywać w te jego rozmarzone oczy! Nawet sztywna Bernadette zerkała na niego ukradkiem, kiedy myślała, że nikt tego nie widzi. Nieładnie; powinna raczej skupiać się na gościach, zamiast pożerać wzrokiem młodszego od siebie faceta. W każdym razie stać go na kogoś ciekawszego, na przykład na mnie. Odkąd pamiętam, uwielbiałam Wichrowe wzgórza, chociaż wybryki Cathy działały mi na nerwy. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym wyjść za mąż za takiego starego nudziarza, jakim był Edgar. Chętnie widziałabym siebie w roli heroiny burzliwego romansu, a trudno o bardziej romantyczne, a zarazem niesamowite miejsce niż zasypane śniegiem Midwinter.

Powinnam od razu zanotować kilka incydentów, bo potem mogę zapomnieć. Po pierwsze, kiedy Jeremy przedstawiał nam Daisy, Chandra na moment straciła nad sobą kontrolę. Z jej twarzy opadła maska zawodowej uprzejmości, a rysy stwardniały od nieskrywanej pogardy. Zwykle jest taka uśmiechnięta i pogodna, że aż mną to wstrząsnęło. Najwyraźniej Chandra nie jest wielbicielką Daisy. Czy jej niechęć wynika z zazdrości, czy może z jakiejś innej, mniej oczywistej przyczyny?

Druga rzecz: podczas przemowy Jeremy'ego Vandervella Frankie wyglądała na spiętą. Z jakiego powodu? Wcześniej wydawała się taka opanowana, wręcz niewzruszona.

Po trzecie, Baz Frederick zrobił na mnie wrażenie duszy towarzystwa, jednak w miarę upływu wieczoru coś coraz bardziej go gryzło. Wyraźnie zrobił się nerwowy.

Wreszcie coś dziwnego i chyba istotnego stało się, gdy Bernadette zbliżała się do końca swojej przemowy. Przyniosła ze sobą papiery w przezroczystej koszulce i gdy już przedstawiła nam scenariusz przyjęcia rozwodowego Kristy Winkelman, oznajmiła, że każdy dostanie kartkę z informacjami dotyczącymi Kristy i zaproszonych na przyjęcie gości. W chwili gdy wyjmowała wydruki z koszulki, potknęła się o wysuniętą łydkę Frankie Rowlands, a przynajmniej tak to wyglądało. Zdołała utrzymać równowagę, ale zachwiała się i kartki rozsypały się po podłodze. Zerwałam się, żeby je pozbierać, Baz Frederick zrobił to samo, po czym oddaliśmy wszystkie wydruki Bernadette.

Okazało się jednak, że poza informacjami przeznaczonymi dla nas znajdowało się tam coś jeszcze. Doliczyłam się trzech dodatkowych arkuszy A4, z których dwa sama podniosłam, a Baz szybko chwycił trzeci. Bernadette niemal wydarła nam je z rąk, mamrocząc pod nosem podziękowania, lecz to wydarzenie wyraźnie nią wstrząsnęło. Wyglądała, jakby widok dodatkowych kartek ją zaskoczył, jakby nie spodziewała się ich tam znaleźć.

Chwilę trwało, zanim odzyskała panowanie nad sobą, a wówczas wepchnęła te trzy tajemnicze wydruki z powrotem do koszulki i kontynuowała, jak gdyby nic się nie stało. Cała Bernadette - profesjonalistka do szpiku kości. Zdążyłam jednak przeczytać to, co znajdowało się na dodatkowych kartkach, podobnie jak moi rywale (przynajmniej tak mi się wydaje).

Na każdym arkuszu widniało jedno słowo, napisane wielkimi literami:

NO

ONE

WILL

Czyżby to też był element gry, mający przetestować naszą spostrzegawczość? Czy Bernadette celowo upuściła kartki, a jeśli tak, to dlaczego?

A może to był czysty przypadek? Jeżeli tak, to czy Bernadette sama włożyła te kartki do koszulki, czy też ktoś inny zdołał wsunąć je tam po kryjomu, żeby wytrącić ją z równowagi? Albo żeby ją ostrzec?

"No one will..." Nikt nie... zwycięży w tej grze?

A może, jeśli miałabym puścić wodze wyobraźni: nikt nie wyjdzie stąd żywy?

Mapka Midwinter naszkicowana przez Bernadette

9. Dziennik Harry'ego Crystala

Panna Winter w bibliotece z nożem.

Z jakiego powodu Bernadette, przygotowując swoją zagadkę, uznała za stosowne nawiązać do bohaterki moich powieści, panny Winter? Po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że musiało jej się spodobać nazwisko budzące skojarzenia z Midwinter. To naturalne, że twórcy gier detektywistycznych czerpią inspirację od autorów powieści kryminalnych; tak właśnie działa twórcza wyobraźnia. Jak to się mówi? Kiepscy pisarze plagiatują, dobrzy zapożyczają, a wielcy kradną. Jeśli ktoś jest geniuszem, można nazwać to hołdem, tak jak tytuły moich powieści są ukłonem w stronę autorów słynnych kryminałów, których pod żadnym innym względem nie przypominają, a już na pewno jeśli chodzi o recenzje i wyniki sprzedaży.

Nie było to jedyne zaskoczenie tego wieczoru. Jak należało rozumieć incydent, do którego doszło pod koniec wystąpienia Bernadette, tę całą farsę z fruwającymi kartkami, na których nie sposób było nie zauważyć tajemniczej wiadomości?

Czy Bernadette specjalnie potknęła się o wyciągniętą nogę Frankie? Co prawda spiorunowała biedaczkę wzrokiem, ale dałbym głowę, że udawała. A może Frankie celowo podstawiła jej nogę z powodów, których na razie nie pojmowałem? Równie dobrze mógł to być zwykły przypadek. Bernadette jest jednak tak perfekcyjnie zorganizowana, że pod maską profesjonalizmu musi skrywać obsesyjno-kompulsywną osobowość. Według mnie mieliśmy odczytać te trzy słowa:

WILL

NO

ONE

"Czy nikt nie..." To mógłby być początek zdania, jak w tym słynnym królewskim wezwaniu: "Czy nikt nie uwolni mnie od tego mącicielskiego klechy?!"5. Oczywiście mogę się mylić co do kolejności, w jakiej należałoby je odczytać. Niewykluczone, że tak:

ONE

WILL

NO

"Jedno nie..."; tak z kolei mogłoby się zaczynać zdanie: "Jedno nie przeżyje Bożego Narodzenia" albo coś w tym stylu.

Nic z tego nie rozumiem. Pocieszam się, że to jeden z tych fałszywych tropów, o których wspominała Bernadette. Mam tylko nadzieję, że nie chodzi o klucz do rozwiązania zagadki.

Po tym, jak Bernadette wręczyła każdemu z nas wydruk z informacjami dotyczącymi sześciu postaci biorących udział w przyjęciu, Daisy wniosła tacę z grzanym winem, napojami bezalkoholowymi i orzeszkami. Postawiła ją na barze i zachęciła, żebyśmy się częstowali, a ona tymczasem dopilnuje ostatnich przygotowań do kolacji. Jeremy Vandervell poszedł za nią do kuchni, a w ślad za nim podążyły Bernadette i Chandra Masood. Przeszło mi przez myśl, że zachowują się jak dwie przyzwoitki.

Znowu zabrzmiała muzyka; The Ronettes nuciły swój przebój Frosty the Snowman. Gdy wszyscy goście podeszli do baru, Frankie zaczęła przestawiać stoły i krzesła. Z pomocą Ethana Swifta połączyła je w jeden długi stół z sześcioma miejscami siedzącymi po obu dłuższych bokach. Bez przekonania zaoferowałem im swoją pomoc, ale szybko mnie przegonili.

- To twój pierwszy wieczór w Midwinter, Harry - stwierdził Ethan. - Lepiej odpocznij po podróży. Zrelaksuj się, bo jutro z samego rana gra zacznie się na poważnie, a my chcemy, żebyście byli wypoczęci i w jak najlepszej formie.

Zostawiłem ich więc samych sobie i ulokowałem się przy barze obok Baza Fredericka. Grace Kinsella zdążyła wziąć z tacy kieliszek grzanego wina i szybko się wycofała, jakby za wszelką cenę chciała uniknąć rozmowy z kimkolwiek. Czułem się jak na wycieczce objazdowej; pierwszego wieczoru uczestnicy obchodzą się nawzajem z daleka, starając się zachować pozory dobrego wychowania, przynajmniej dopóki nie wleją w siebie kilku drinków i nie stracą resztek zahamowań.

- Co sądzisz o zagadce kryminalnej z Kristy Winkelman w roli głównej? - zagadnąłem Baza.

Ponownie głęboko odetchnął, a ja wyczułem w jego oddechu woń tytoniu. Musiał być nałogowym palaczem. Domki gościnne wyposażono w alarmy przeciwpożarowe, zadbano też o tabliczki grożące konsekwencjami prawnymi tym, którzy chcieliby palić w czterech ścianach, więc pojąłem, że desperacko pragnie nikotyny. Może dlatego wydawał się teraz bardziej zdenerwowany niż wcześniej; pozbawiono go jego ulubionego narkotyku.

- Chyba nie jestem jeszcze gotów o tym gadać, stary.

- Podobno praca zespołowa jest mile widziana - zastrzegłem szybko.

- Tak, ale tylko jedno z nas może wygrać, prawda?

- Jak myślisz, co będzie, jeśli więcej osób poda właściwą odpowiedź?

Wymownie wzruszył ramionami.

- O to samo chciałem zapytać, zanim Bernadette mnie uciszyła. Ale pewnie niedługo się przekonamy, nie?

Upił spory łyk grzanego wina. Jak na człowieka emanującego pewnością siebie był wyraźnie rozkojarzony i nie miał ochoty na pogawędki. Tym bardziej należało go przycisnąć.

- Zwróciłeś uwagę na kartki, które upuściła Bernadette? Na każdej wydrukowane było tylko jedno słowo.

Zdecydowanym krokiem oddalił się od baru, jakby uciekając przed wyjątkowo uporczywym owadem, ja zaś, jak to mają w zwyczaju natrętne owady, pomknąłem za nim.

- Tak, sam podniosłem jedną z tych kartek.

- Masz jakiś pomysł, co by to miało oznaczać?

Chwila milczenia. Z zaskoczeniem stwierdziłem, że wyjątkowo ostrożnie dobiera słowa. Podczas naszego pierwszego spotkania zrobił na mnie wrażenie najsympatyczniejszego spośród moich rywali, podobnie jak Poppy de Lisle. Może więc nie chodziło tylko o głód nikotynowy. Czyżby jakieś wydarzenie wytrąciło go z równowagi? Albo coś sprawiło, że z niepojętego dla mnie powodu nagle nabrał wobec mnie podejrzeń?

- A jak się tobie wydaje? - odpowiedział pytaniem.

Upiłem trochę wina.

- Szczerze mówiąc, nie mam zielonego pojęcia.

Przyjrzał mi się uważnie, jakby szukając w mojej mimice dowodów na to, że kłamię. Zważywszy na to, że z natury jestem dość nerwowy, moja mowa ciała musiała wysyłać zupełnie mylne sygnały. Postanowiłem przejąć inicjatywę.

- Jak to interpretujesz? "Czy nikt nie...?" Brzmi to tak, jakby brakowało jakiegoś słowa. Serio, nie wiem, czy traktować ten incydent jako wskazówkę, czy raczej jako dość nieporadną próbę sprowadzenia nas na manowce.

- Hm. - Przez krótką chwilę Baz wyglądał, jakby chciał mi się z czegoś zwierzyć, ale coś, zapewne moja niecierpliwość, go powstrzymało. - Zobaczmy, czy dowiemy się czegoś jeszcze dziś wieczorem.

Po tych słowach dopił swoje grzane wino i odszedł w poszukiwaniu toalety.

- Spłoszyło go coś, co powiedziałeś? - szepnął mi do ucha czyjś głos.

Odwróciłem się i stanąłem twarzą w twarz z Zackiem Jardinem. Mierzył mnie uważnie wzrokiem marszanda badającego zakurzony portret, który w jego opinii może być dziełem fałszerza.

- Wcześniej, kiedy poznałem Baza, zrobił na mnie wrażenie rozmownego i towarzyskiego - powiedziałem.

- Też tak go odebrałem.

- Chciał ci przedstawić pomysł na książkę? - rzuciłem lekkim tonem.

Zack wbił we mnie przenikliwe spojrzenie.

- Skąd taka myśl?

- Zgaduję, to wszystko - odparłem zaskoczony.

Chociaż mówiłem prawdę, brwi Zacka powędrowały wysoko do góry.

- Czyżby?

- Oczywiście.

- Spoko.

Była to najwyraźniej jego standardowa odzywka, kiedy nie wiedział, jak ma zareagować. Uśmiechnąłem się i czekałem, aż pierwszy przerwie milczenie.

- Niezły z ciebie detektyw - pochwalił mnie w końcu.

- No wiesz - rzuciłem, przybierając pozę fałszywej skromności - po napisaniu tylu powieści chyba faktycznie nabiera się pewnej wprawy w rozwiązywaniu zagadek... Tak czy inaczej, jaki gatunek wybrał Baz? Planuje napisać kryminał oparty na faktach? A może zamierza spróbować swoich sił w beletrystyce?

- Nie wdawałem się z nim w dłuższą rozmowę - odrzekł sucho Zack. - Okazywanie zbytniego zainteresowania przez agenta literackiego zawsze jest błędem. Kto tak robi, nigdy nie opędzi się od amatorów marzących o sławie i tych, którym nomen omen nie jest ona pisana.

Mówiąc, unikał mojego wzroku, więc nie do końca mu uwierzyłam. Chociaż dlaczego miałby kłamać? To nie był właściwy moment na bezpośrednią konfrontację. Gra dopiero się rozpoczęła, a nasza szóstka, na podobieństwo kundli na psim wybiegu, najzwyczajniej w świecie obwąchiwała się nawzajem.

Frankie z Ethanem nakrywali do stołów, umieszczając przy każdym nakryciu kartonik z imieniem i nazwiskiem. Nawijali przy tym bez przerwy, sprawiając wrażenie ludzi, którzy co najmniej tak samo jak my cieszą się na nadchodzące święta. Fundacja Midwinterów ewidentnie zaszczepiła w nich ducha pracy zespołowej. Mając zaledwie sześć osób do obsługi takiej samej liczby gości, każdy musiał dawać z siebie wszystko.

- Baz wydawał się czymś zaniepokojony - powiedziałem.

- Na przykład czym? - spytał Zack.

- Wiem tyle co ty.

- Szczerze w to wątpię, Henry.

- Harry.

- Spoko. - Przyjrzał mi się uważnie. - Na pewno masz już jakąś teorię. W końcu żyjesz z pisania kryminałów. Jesteś starym wyjadaczem, a ja tylko skromnym agentem literackim.

Skromny agent literacki? Już miałem powiedzieć, że to oksymoron, jednak w ostatniej chwili przypomniałem sobie, że lepiej będzie zachować rozwagę. Na tym etapie rozgrywki szaleństwem byłoby robienie sobie wroga z kogokolwiek, nawet z człowieka, który nie potrafił zapamiętać, jak mam na imię.

- Nie słyszałem żadnego z jego podcastów.

- Na razie robi sobie od nich przerwę.

- I szuka uczciwej pracy? - Zack skwitował mój żarcik zmarszczeniem brwi. - Należysz do grupy jego stałych słuchaczy?

Chyba wprawiłem go w zakłopotanie.

- Ja... Możliwe, że słyszałem jeden albo dwa.

Czyli miałem rację. Po co się tak krygować? Wyczułem okazję do wykorzystania swojej przewagi, o ile w ogóle jakąś miałem.

- Czy Baz kiedykolwiek opisał którąś ze spraw omawianych w swoich podcastach? - zapytałem.

Ku memu zaskoczeniu i - przyznajmy otwarcie - satysfakcji, oczy Zacka się rozszerzyły. Wyraźnie go spłoszyłem. Przełknął łyk grzanego wina, jakby chciał się w ten sposób uspokoić, po czym wymamrotał:

- Sam musiałbyś go o to zapytać.

- Dzięki. Na pewno to zrobię.

Zack odchrząknął głośno.

- W porzo - rzucił i czmychnął.

Do mnie zaś wolnym krokiem podeszła Grace Kinsella.

- Wydajesz się taki nieszkodliwy, Harry, a na własne oczy widziałam, jak w ciągu ostatnich kilku minut wystraszyłeś dwóch innych gości. Wystarczyło kilka starannie dobranych słów.

- Postaram się trzeci raz nie popełnić tego samego błędu.

- Bez obawy. Mam twardszą skórę niż oni.

Nachyliła się ku mnie, a ja poczułem woń jej perfum. Pachniały delikatnie i kosztownie.

Ośmielony zagadnąłem:

- Nie mów, że śledzisz przebieg mojej kariery?

- Jesteś autorem regularnie wydawanych powieści kryminalnych, zakładam więc, że nie ma w Midwinter nikogo, kto bardziej nadawałby się do roli genialnego detektywa.

Drgnąłem, słysząc ironię w jej głosie. Po raz pierwszy w życiu rozpaczliwie starałem się pozostać w cieniu, tymczasem wszyscy uparli się doceniać moje możliwości.

- Nie przesadzajmy.

- Przyznaj się, co takiego powiedziałeś, że obaj dali nogę?

- Nic szczególnego. Niezobowiązująco sobie gawędziliśmy. - Zawahałem się. - Spytałem Zacka o nową książkę Baza.

Grace zmarszczyła brwi.

- Wiesz o jego książce?

Chciałem zrobić tajemniczą minę, lecz efekt moich starań sprawiał raczej wrażenie nerwowego tiku.

- Słyszałem to i owo - odparłem enigmatycznie.

- Czyżby?

- Oczywiście wolałbym, żebyś zachowała to dla siebie.

- Oczywiście. - Chwila wahania. - Co dokładnie słyszałeś?

Postanowiłem, że nie dam się przycisnąć do muru, zwłaszcza że nie miałem pojęcia, o czym właściwie mówię.

- Na pewno nie znam wszystkich szczegółów. Założę się, że wiesz więcej ode mnie, w końcu pracujesz w branży wydawniczej.

Grace upiła łyk wina.

- Stwierdzenie, że pracowałam w branży wydawniczej, byłoby chyba bliższe prawdy.

W odpowiedzi mruknąłem coś wymijająco, licząc, że sprowokuję ją do mówienia. Udało się.

- Gdybyś się nad tym zastanawiał, to Baz nigdy nie figurował na liście moich autorów w czasach, gdy miałam jeszcze taką listę.

- Aha - mruknąłem znacząco.

- Nie było tak, że przesłał mi rękopis i czekał pół roku, aż wygrzebię go spod sterty odrzuconych tekstów.

- Nie?

- Absolutnie nie. Wpadliśmy na siebie przypadkiem, podczas opijanej szampanem promocji debiutanckiej powieści jakiegoś przereklamowanego celebryty.

- Ach tak?

Zaczynałem dochodzić do wniosku, że opanowałem rzadką sztukę prowadzenia przesłuchania polegającą na reagowaniu półsłówkami na słowa rozmówcy. Gdy wszystko inne zawiedzie, zawsze mogę skomercjalizować tę nową umiejętność, kształcąc początkujących adwokatów i dziennikarzy robiących wywiady ze śliskimi politykami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zasady gry

Charakter gry: Panna Winter w bibliotece z nożem to gra detektywistyczna osadzona w realiach powieści kryminalnej. Niczego nie przyjmuj za pewnik! Bohaterowie mogą po prostu prowadzić ze sobą uprzejmą rozmowę, ale mogą też podsuwać Ci istotne wskazówki.

Cel gry: Celem gry jest rozwiązanie zagadek Midwinter, jedynej takiej wioski w Wielkiej Brytanii.

Przygotowanie do gry: Sześcioro graczy jest właśnie w drodze do Midwinter, gdzie mają wziąć udział w tajemniczej rozgrywce. Zwycięzca będzie mógł się ubiegać o członkostwo w Fundacji Midwinterów. Ty również możesz przyłączyć się do gry w zaciszu swojego domu.

Przebieg rozgrywki: Zdalni uczestnicy gry mogą w dowolnym momencie z niej się wycofać i śledzić fabułę jako zewnętrzni obserwatorzy ("czytelnicy"), ewentualnie analitycy ("recenzenci"). Ktoś w Midwinter prowadzi własną rozgrywkę, znacznie groźniejszą niż ta, w której uczestniczą zaproszeni goście. Zdalnych uczestników gry zachęca się do wykorzystania swoich umiejętności dedukcji w celu rozwiązania zagadki. Tekst główny oraz materiały uzupełniające (np. oficjalna strona internetowa Midwinter oraz nieoficjalna historia Midwinter) zawierają ukryte wskazówki, które zostały wyszczególnione w umieszczonym na końcu książki Kluczu. Zapoznanie się z treścią Klucza przed zakończeniem gry dyskwalifikuje gracza i odbiera mu szanse na wygraną.

Na początek, w ramach rozgrzewki, sześcioro uczestników zmierzy się z serią łamigłówek, które pozwolą im przećwiczyć i udoskonalić swoje umiejętności logicznego rozumowania. Poprawne odpowiedzi będą stopniowo ujawniane w trakcie gry, nie mają one jednak żadnego związku z zasadniczą zagadką morderstwa ani nie pomogą uczestnikowi wydobyć na światło dzienne innych sekretów Midwinter.

Jak już wspomniano, oprócz tekstu głównego uczestnik ma dostęp do materiałów dodatkowych, z których część dotyczy zasadniczej zagadki, podczas gdy inne rzucają nieco światła na tajemnice samego Midwinter. Zdalni uczestnicy gry mogą się z nimi zapoznać i porównać na przykład informacje zamieszczone na stronie internetowej Fundacji Midwinterów z nieoficjalną historią tego miejsca. Zachęca się ich również do wyszukiwania w tekście głównym wskazówek dotyczących zasadniczej zagadki i ujętych w Kluczu. Łamigłówki i inne elementy gry, niemające związku z zasadniczą zagadką ani ze wskazówkami zawartymi w Kluczu, umieszczono w ramkach.

Wygrana: Dla sześciorga gości Midwinter wygrana wiąże się z prawidłowym rozwiązaniem zagadki morderstwa. Celem uczestników grających zdalnie jest odnalezienie jak największej liczby tropów spośród tych umieszczonych w Kluczu na końcu książki.

Mniej niż 10 odnalezionych wskazówek: może lepiej skoncentruj się na czerpaniu przyjemności z lektury?

10 do 30 odnalezionych wskazówek: znakomity wynik - jeszcze będzie z Ciebie detektyw!

30-39 odnalezionych wskazówek: Poirot mógłby Ci buty czyścić.

40 lub więcej odnalezionych wskazówek: wkrótce możesz się spodziewać zaproszenia do Midwinter...

Dobra rada: Nikomu nie ufaj!

Oświadczenie o ograniczonej odpowiedzialności: Twórcy gry detektywistycznej Panna Winter w bibliotece z nożem nie ponoszą żadnej odpowiedzialności prawnej wobec graczy, w tym także w odniesieniu do doznanych obrażeń fizycznych oraz śmierci.

Początek wstępnej wersji scenariusza do podcastu Baza Fredericka Czarna śmierć. Odcinek 13, zatytułowany Zło czai się pod śniegiem

Śnieg leżał głęboki, zmrożony i zabójczy.

Wspiąwszy się na grzbiet wzgórza, dwoje członków ekipy poszukiwawczej przystanęło, żeby rozejrzeć się po okolicy. Gdzie kończyło się wrzosowisko, a gdzie zaczynało niebo? Wszystko spowijał ten sam biały całun.

I nigdzie nie było widać ani śladu tego, kogo ścigali.

Oboje mieli plecaki i byli ubrani odpowiednio do panujących tego dnia iście arktycznych warunków. Widoczność była niemal zerowa, chłód przenikał kości niczym śmiertelna choroba. Wbrew pozorom nie znajdowali się na syberyjskim pustkowiu, choć ten najwyżej położony region Wielkiej Brytanii był niemal równie odludny.

Kobieta uniosła gogle, licząc, że bez nich łatwiej będzie jej coś wypatrzeć. Lodowe igiełki cięły ją w policzki i sprawiały, że oczy zachodziły łzami.

- Może być dosłownie wszędzie. - Śnieg tłumił wszelkie dźwięki, więc podniosła głos i powtórzyła: - Dosłownie wszędzie!

- Bez przesady - odparł jej towarzysz. - W tych warunkach nie zdoła daleko zajść. Nie podczas śnieżycy i bez widocznych punktów orientacyjnych, w dodatku w stanie silnego wzburzenia. Mówimy tu o kimś, kto w Midwinter był kłębkiem nerwów, a na tym odludziu musi odchodzić od zmysłów ze strachu.

- Powinniśmy wezwać pomoc.

Mężczyzna odwrócił się do niej - ostrożnie, żeby nie stracić równowagi. Zmrożony śnieg był zdradliwy, skrywał pod sobą warstwę lodu, na której podeszwy ich butów ślizgały się jak na szklanej tafli. Zmierzył kobietę twardym wzrokiem.

- Nie!

Jego twarz niemal całkowicie niknęła pod kominiarką, więc kobieta nie mogła nic z niej wyczytać, nie potrafiła też odgadnąć, co nim kieruje. Perspektywa nieuniknionej katastrofy sprawiała, że nerwy miała napięte jak postronki.

- Sami nie damy rady.

- Nie możemy się teraz poddać. Musimy szukać dalej.

- Ale...

- Nie mam innego wyjścia. - Umilkł na chwilę. - To sprawa osobista.

Nie mówiąc już ani słowa, ostrożnie ruszył w dół zbocza, jakby stąpał po polu minowym. Wiedziała, że wybrał najbezpieczniejszą trasę, jednak bez raków nigdy nie zdołałby jej pokonać.

Sama wciąż stała nieruchomo, zahipnotyzowana wszechobecną bielą. W zagłębieniach terenu zamieć usypała zaspy o dziwnych, złowrogich kształtach, niczym surrealistyczne dzieła sztuki będące dziełem jakiegoś obłąkanego rzeźbiarza. Wyobraziła sobie nagle, że ożywają i przybierają postać śnieżnych potworów, gotowych pożreć każdego, kto stanie im na drodze.

Krew pulsowała jej w skroniach, mokra woń śniegu wciskała się do płuc. Jakże pragnęła zawrócić i poszukać bezpiecznego schronienia! Musiała jednak przyznać, że jej towarzysz ma rację; zaszli zbyt daleko. Nie śmiała się wycofać ani ulec panice.

Zaraz. Czy to jest...?

Uniosła ciepłą, wełnianą czapkę z warstwą wodoodporną, tak żeby nie zasłaniała jej uszu.

Nie, nie przesłyszała się. Dobiegający z oddali niesamowity odgłos był warkotem helikoptera, niewidocznego na tle czarnego nieba. To komandosi marynarki wojennej dostarczali drogą powietrzną żywność i leki dotkniętym żywiołem mieszkańcom okolic odciętych od reszty świata.

Czy powinna zacząć wymachiwać rękami, żeby zwrócić na siebie uwagę? A może była dla nich tak samo niewidoczna, jak śmigłowiec dla niej? Jej towarzysz nigdy by jej tego nie wybaczył. Nie śmiała zawieść jego zaufania.

Gdy tak wytężała słuch, dudnienie łopat wirnika z wolna cichło, aż w końcu zapanowała cisza. Helikopter musiał skierować się w stronę położonych wyżej wiosek po drugiej stronie wzgórza. Od tej nagłej ciszy rozbolała ją głowa. Czy właśnie zaprzepaściła ostatnią szansę na ratunek? A może o mały włos uniknęła katastrofy?

Teraz nie miała już innego wyjścia, jak tylko posuwać się naprzód.

Poprawiła gogle i czapkę, po czym ruszyła śladami swego towarzysza.

Stok przecinały tutaj liczne żleby i szczeliny, a pokrywa śnieżna miejscami była bardzo niestabilna. Kobieta poruszała się z przesadną ostrożnością, rozpaczliwie starając się nie wywołać lawiny.

Mężczyzna obejrzał się za siebie, jakby co do sekundy wyliczył, ile czasu zajmie jej przezwyciężenie wątpliwości i podjęcie decyzji, żeby trzymać się ustalonego planu. Znał ją aż nazbyt dobrze.

Kiedy się z nim zrównała, zapytał:

- Słyszałaś helikopter? Kończy się nam czas. Musimy się pospieszyć, inaczej ktoś nas ubiegnie.

- Gdzie powinniśmy szukać?

- W tych warunkach nikt nie zdoła ujść zbyt daleko. Zastanów się, co ty byś zrobiła. Poszukałabyś jakiegoś schronienia, najlepiej murowanego. Ukryłabyś się wśród owiec i spróbowała się rozgrzać.

- Nie widzę tu żadnych owczarni ani innych zabudowań.

- Bo są przysypane grubą warstwą śniegu - wyjaśnił cierpliwie. - Musimy ustalić właściwe miejsce, a potem zacząć kopać. Dlatego zabrałem łopaty.

Dawniej uśmiechnęłaby się i powiedziała: "Zawsze o wszystkim pamiętasz". Teraz rozejrzała się dookoła, na próżno wypatrując niewidocznego horyzontu.

Wiatr przybrał na sile, jakby nagle odzyskał głos, gotów zagrozić bydłu i ludziom na tyle nierozumnym, aby wejść mu w drogę. Jego ryk był równie natarczywy, jak podmuchy śniegu smagającego ich po twarzach, uniemożliwiającego dostrzeżenie tego, co przed nimi.

Nie miała pojęcia, jak długo tak szli. Pięć minut? Piętnaście? Trzydzieści? Czas rozmywał się zupełnie jak krajobraz tonący w bezkresnej bieli.

Naraz jej towarzysz przystanął i uniósł wysoko dłoń w ciepłej rękawicy.

- Widzisz coś?! - zawołała, starając się przekrzyczeć skowyt wichury.

Wskazał na coś przed sobą.

Wystarczyło kilka długich kroków, żeby zobaczyć, o co mu chodzi. Stali nad głęboką wyrwą, rozpadliną ukrytą pod wąskim nawisem skalnym. Jej dno wypełniał śnieg, a pośrodku wznosił się niewysoki kopczyk w nienaturalnym, a zarazem przerażająco znajomym kształcie.

Kobieta głośno wciągnęła powietrze, szukając słów, którymi mogłaby wbrew logice opisać ten widok.

- Bałwan?!

Nie był to jednak radosny, uśmiechnięty bałwan w kapeluszu z obitego garnka, z nosem z marchewki i oczami z czarnych węgielków.

Ten bałwan leżał na wznak na ziemi. Z rozrzuconymi bezładnie rękami i nogami wyglądał na bezradnego i pogrążonego w rozpaczy.

Domyśliła się prawdy, zanim jeszcze zaczęli kopać.

To tej osoby szukali.

MIDWINTER

MIEJSCE NIEPODOBNE DO INNYCH

STRONA GŁÓWNA O NAS HISTORIA LUDZIE KONTAKT

Midwinter to wyjątkowe miejsce. Maleńka wioska - niewiele większa od przysiółka - przycupnęła wysoko wśród surowego krajobrazu, na zboczu wzgórza, skąd roztaczają się widoki na okolicę, a piękno dzikiej przyrody wprost zapiera dech w piersiach. Osadę założył ponad sto lat temu Marcus Midwinter, człowiek obdarzony zmysłem przedsiębiorczości i wielką wyobraźnią. Jego celem było zapewnienie miejsc pracy, dachu nad głową, dobrobytu oraz możliwości wypoczynku lokalnej społeczności w tym słabo zaludnionym zakątku kraju.

Pierwotnie pomyślana jako modelowe osiedle robotnicze dla górników z miejscowej kopalni, po drugiej wojnie światowej Midwinter ulegała kolejnym przekształceniom, które zapoczątkował syn Marcusa, kolejny człowiek sukcesu, utalentowany wizjoner i idealista. To sir Maurice Midwinter powołał do życia i hojnie uposażył fundację, której staraniem wioska zyskała z czasem status kameralnego kurortu, ośrodka sprzyjającego rozwojowi osobistemu, którego atmosferę chłonie się wszystkimi zmysłami.

Obecnie Fundacja Midwinterów nadal pełni niezwykle ważną funkcję, sprawując pieczę nad tą wyjątkową wioską, chroniąc jej dziedzictwo i kultywując wartości ustanowione przez sir Maurice'a, przy jednoczesnej dbałości o zachowanie różnorodności i inkluzywnego charakteru tego miejsca.

Odludna, spokojna okolica zapewnia intymność i relaks wszystkim poszukującym wyciszenia oraz wypoczynku z dala od zgiełku cywilizacji. Sama wioska to oaza dobrego samopoczucia, zakątek idealnie sprzyjający kontemplacji, refleksji i kreatywnemu myśleniu. Szczęśliwcy, którym uda się otrzymać zaproszenie do Midwinter, przekonują się, że czas spędzony tutaj ma wartość co najmniej terapeutyczną. Bije tu niewyczerpane źródło inspiracji i wewnętrznego ubogacenia, dzięki któremu utalentowane jednostki mogą odmienić swoje życie, odkryć nowe formy twórczości i kreatywnej rozrywki oraz otworzyć się na nowe perspektywy, redefiniujące ich dotychczasową egzystencję. Możesz do nas przyjechać, licząc tylko na miłe odprężenie i regenerację, a następnie stwierdzić, że wkroczyłeś na całkiem nową ścieżkę, która już na zawsze odmieni Twoje życie.

1. Midwinter

- Ty tutaj mordujesz, Bernadette - stwierdził cicho Ethan. - Pytanie, czy popełniłaś zbrodnię doskonałą, czy może któryś z naszych detektywów rozwiąże jednak tę zagadkę.

Bernadette Corrigan, siedząca na dalszym skraju skórzanej sofy, uśmiechnęła się enigmatycznie. Jak zwykle utrzymywała bezpieczny dystans.

- Wkrótce się dowiemy.

- Dasz mi jakąś wskazówkę?

- Gdybym to zrobiła - mruknęła - musiałabym cię zabić.

- Nie tolerujesz ludzi, którzy podglądają zakończenie na ostatniej stronie kryminału? - Energicznie przytaknęła. - A więc mamy trupa. I co dalej? Rodzina nie życzy sobie żadnych kwiatów?

- Chyba że wieniec z ostrokrzewu.

Machnęła ręką w stronę świątecznych dekoracji. Wiejska świetlica w Midwinter jeszcze nigdy nie prezentowała się tak uroczyście. Ręcznie wykonane finezyjne bombki, eleganckie lampiony i przystrojona łańcuchami choinka wydzielająca intensywny sosnowy zapach... Jemioła o śnieżnobiałych jagodach i lśniących zimozielonych liściach wyglądała tak romantycznie, że łatwo było zapomnieć o jej pasożytniczej naturze. I o tym, że jest trująca.

Fundacja Midwinterów niczego nie robi na pół gwizdka, pomyślał Ethan.

Czerwone jak krew gwiazdy betlejemskie płonęły na sześciu dębowych stołach pośrodku sali. W drugim jej końcu, przy barze, skąd nie mogli być słyszani, rozmawiało dwoje ludzi, ich współpracowników. Bernadette zerknęła w tamtą stronę, po czym odwróciła wzrok. Atrakcyjny siwowłosy mężczyzna po pięćdziesiątce w ubraniu szytym na miarę przy Savile Row gawędził z młodszą od siebie o jakieś dwadzieścia lat barmanką, która chłonęła każde jego słowo, jakby usiłowała wszystko zapamiętać. Może faktycznie tak było, pomyślał Ethan. A może była po prostu dobrą aktorką... albo właśnie wyjątkowo kiepską?

- Zasłużyłaś na to, żeby świętować - zwrócił się do Bernadette. Stuknęli się kieliszkami. - Z morderstwem bardzo ci do twarzy.

- Pełna zgoda. - Bernadette upajała się korzennym aromatem grzanego wina. - Ale muszę uważać. Nigdy bym sobie nie darowała, gdyby rozszyfrował mnie taki utalentowany jasnowidz jak ty.

Ethan uśmiechnął się szeroko.

- Robisz ze mnie jarmarcznego oszusta. Szarlatana mieszającego ludziom w głowach.

- Wybacz. Chciałam powiedzieć: przez takiego znawcę ludzkiej psychiki. Obawiam się, że uda ci się zgłębić moje najmroczniejsze sekrety.

- Akurat - mruknął. - Każdy na moim miejscu postawiłby taką samą diagnozę. Po raz pierwszy w życiu wydajesz się zrelaksowana. Nie ciskasz się, usiłując dopiąć na ostatnią chwilę sto jeden drobiazgów, żeby zdążyć przed jakimś idiotycznym terminem, który sama sobie narzuciłaś.

- Uważasz mnie za beznadziejną pracoholiczkę, prawda?

- Po prostu cieszę się, że w końcu udzielił ci się świąteczny nastrój.

- Pozory mylą.

- Jak zwykle w Midwinter.

Posłała mu dziwne spojrzenie.

- Siedzę jak na szpilkach w oczekiwaniu na przyjazd naszych detektywów i na to, jak poradzą sobie w grze. Przez cały czas się zastanawiam, czy łamigłówki, które dla nich obmyśliłam, nie okażą się przypadkiem zbyt łatwe. Albo zbyt trudne.

- Założę się, że zadbałaś o każdy szczegół.

- Dzięki, że we mnie wierzysz. - Uśmiechnęła się. - I za to, że mnie do tego przekonałeś. Trudno byłoby mi to ciągnąć bez stałej zachęty z twojej strony. A już na pewno nie zdołałabym dobrnąć do końca.

- Pochlebiasz mi.

Ich spojrzenia spotkały się na moment, po czym Bernadette zaśmiała się cicho.

- Skądże. Przecież dlatego tutaj jesteś: bo jak mało kto potrafisz czytać ludzi.

Ethan przyglądał się swoim paznokciom.

- Wiesz, że zdarzało mi się mylić.

- Nie bądź dla siebie taki surowy.

- Przyganiał kocioł garnkowi. - Przez chwilę delektował się pikantnym smakiem grzanego wina. - Odwracasz role i próbujesz podnieść mnie na duchu.

- Trafiłeś. Przyznaję.

Ethan wziął głębszy oddech.

- Serio, nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Nie przyszłoby mi do głowy, że kiedyś wrócę do Midwinter. Gdybyś pięć lat temu powiedziała mi, że zechcę raz jeszcze przekroczyć próg tego miejsca, w dodatku żeby uczestniczyć w bożonarodzeniowej grze detektywistycznej, wziąłbym cię za wariatkę.

- Pandemia to był bardzo dziwny czas - odparła cicho. - Cały świat przeżywał koszmar. Ta cała niepewność i lęk o przyszłość... Niczego nie można było brać za pewnik, nawet tutaj, w Midwinter. W wiosce niepodobnej do innych.

- Co prawda, to prawda.

- Szczycimy się swoją wyjątkowością - ciągnęła rozmarzona. - Nie ma drugiego takiego miejsca. Midwinter to azyl, gdzie można się schronić przed całym złem tego świata. Pięć lat temu rzeczywiście było nam... bardzo trudno.

Skinął głową.

- Jestem ci bardzo wdzięczny za drugą szansę.

- Znasz Midwinter od podszewki. Podzielasz nasze wartości i potrafisz dochować tajemnicy. Wierz mi, to rzadko spotykane zalety. - Wypuściła powietrze z płuc. - Zresztą decyzja o tym, żeby podpisać z tobą nową umowę, nie zależała wyłącznie ode mnie. Jeremy mocno za tobą optował, podobnie jak Chandra.

Ethan zniżył głos.

- Jestem przeszczęśliwy, mogąc tutaj być. Naprawdę.

Po raz pierwszy, odkąd się poznali, Bernadette pokraśniała. Zdrada w jakiejkolwiek postaci napawała ją wstrętem, zwłaszcza gdy chodziło o ujawnianie własnych uczuć. Aby ukryć zakłopotanie, odwróciła wzrok i popatrzyła na stojącą przy barze dwójkę. Przez jej twarz przemknął cień.

Ethan podążył za jej spojrzeniem. Barmanka, atrakcyjna i pełna życia, właśnie odchyliła głowę do tyłu i śmiała się z jakiejś dowcipnej uwagi siwowłosego przystojniaka. Dłoń bez żadnych pierścionków oparła na szklanej kuli śnieżnej, zajmującej poczesne miejsce na kontuarze. Zważywszy na fakt, że narodowy serwis meteorologiczny ogłosił właśnie najwyższy stopień zagrożenia, był to całkiem zbędny element dekoracji. Na zewnątrz wiatr wył z furią. W ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin śnieżyca całkowicie odetnie ich od świata. Zupełnie jak...

Nie, nie wolno mu rozpamiętywać swojego ostatniego pobytu tutaj. Nie dzisiejszego wieczoru, gdy gra jeszcze się nie rozpoczęła.

Bernadette upiła łyk z kieliszka.

- Uwielbiam posmak cynamonu. Daisy perfekcyjnie dobiera proporcje składników. W życiu nie piłam równie dobrego grzanego wina.

- To kobieta wszechstronnie uzdolniona.

- Owszem. - Chwilę milczeli. - Ciekawe, co tak naprawdę myśli o naszym Midwinter? Daisy pochodzi z Marylandu. Trudno sobie wyobrazić dwa miejsca, które bardziej różniłyby się od siebie.

- Jeremy'emu najwyraźniej się podoba - zauważył podchwytliwie Ethan.

- Mnie również - odrzekła ze spokojem.

Bernadette nie należała do osób, które łatwo było sprowokować. Doświadczenia całego życia nauczyły ją panować nad emocjami. Bogaty wachlarz jej umiejętności obejmował zdolność do kontrolowania siebie i innych. Najwyższy czas znowu pociągnąć ją za język w sprawie zaplanowanej rozgrywki.

- Ledwo zdążyłaś z przygotowaniami. Jeszcze wczoraj wieczorem harowałaś jak wół, a jutro o tej porze gra zdąży na dobre się rozkręcić.

- Morderstwo to poważna sprawa - stwierdziła. - Wymaga starannego planowania.

- Jak w twoim przypadku wygląda praca nad fabułą? - Ethan wyszczerzył zęby w uśmiechu. - O ile, rzecz jasna, zechcesz mi zdradzić kilka sekretów swojego rzemiosła.

- Na początek zadaję sobie pytanie, kto ma kogo zabić i dlaczego. Kluczowy jest motyw, wiesz o tym lepiej niż ktokolwiek inny.

Ethan zaczerpnął powietrza.

- Tak, psychologiczny aspekt zabójstwa ma decydujące znaczenie.

- Co skłania człowieka do popełnienia największej zbrodni, jaką jest odebranie komuś życia? - Bernadette zazwyczaj unikała jego wzroku, lecz tym razem spojrzała mu prosto w oczy. - Chociaż pozostajemy w świecie fantazji, potrzebujemy przekonujących odpowiedzi na pytania "kto?" i "dlaczego?".

- A co z "jak"?

- Jeśli sposób popełnienia morderstwa jest zbyt udziwniony, traci się wszelką wiarygodność. Dlatego moje zbrodnie nie są popełniane z użyciem dzikich zwierząt, skomplikowanych machin rodem z ilustracji Heatha Robinsona czy nieznanych medycynie trucizn. To gra jak każda inna: należy ustalić zasady, a potem ich przestrzegać.

Ethan uniósł brwi.

- Mam rozumieć, że zamierzasz grać fair?

- Oczywiście. W grze detektywistycznej nie ma miejsca na oszustwa. Dotyczy to także autora zagadki. Gracze poszukujący rozwiązania muszą mieć dostęp do wszystkich niezbędnych wskazówek. Można rzecz jasna wprowadzać ich w błąd, ale droga do rozwiązania zagadki nie może być aż tak kręta, żeby okazała się niemożliwa do pokonania. Zwroty akcji to część zabawy, jednak tylko jeśli mają sens w kontekście całej intrygi. Moim celem jest przegrać z klasą, ofiarowując zwycięzcy satysfakcję, że wykazał się sprytem. Odgadywanie właściwych odpowiedzi musi dawać uczestnikom poczucie spełnienia.

- Zupełnie jakbym słuchał telewizyjnego ewangelizatora.

- Cała sztuka polega na tym, aby umiejętnie odwracać uwagę graczy od tego, co naprawdę istotne. Podsuwać im fałszywe tropy.

- Czyli jednak oszustwo?

Wzruszyła ramionami.

- Czy to nie nasza specjalność?

- Uważasz się za nową królową zbrodni? Czy nawet taki stary wyjadacz jak autor kryminałów, Harry Crystal, powinien czuć się zagrożony?

Bernadette pokręciła głową.

- Poczciwy Harry. Biedaczysko! Najlepsze lata dawno ma już za sobą.

Ethan pozwolił sobie na porozumiewawczy uśmiech.

- Myślisz, że stracił wenę?

- Ty mi to powiedz. - Przeczesała palcami swoje gęste, kasztanowe włosy; taki odruch, znak, że starannie dobiera słowa. - Kariera mu się posypała. Musi być zdesperowany. Z jakiego innego powodu zgodziłby się tu przyjechać?

Ethan ściągnął wargi.

- Ostatnia próba ratowania wizerunku? Chyba że chodzi mu o coś innego, rzecz jasna. Może skrzętnie ukrywa przed nami swoje prawdziwe zamiary.

- Niemożliwe.

- Dlaczego? Ostatecznie to "król kryminałów".

- Dokładnie trzydziestu dwóch kryminałów. Jego wizytówką były tytuły książek nawiązujące do klasyki gatunku. Wpadł na to przypadkowo i uznał, że na tym skorzysta. Naturalnie było to czyste szaleństwo, aż się prosił o porównania z lepszymi od siebie. - Uśmiechnęła się. - Dziwne, ale to właśnie jego powieści zainspirowały mnie do obmyślenia mojego własnego morderstwa.

- Serio?

- Tak jakby. Nie żebym zamierzała żyć z mordowania ludzi.

Ethan przyjrzał się jej uważnie.

- Czyli traktujesz to hobbystycznie?

Dopiła wino.

- Dla nas to gra, ale Jeremy traktuje ją śmiertelnie poważnie. Twierdzi, że na szali leży przyszłość Fundacji Midwinterów. Wszystko zależy od tego, co się wydarzy w te święta.

- No to zero presji. - Ethan pokręcił głową. - Ma rację?

- Tak. Jego miłość do Midwinter nie słabnie ani na moment. Pomimo niepowodzeń nie traci wiary.

- Podziwiam go za ten optymizm - mruknął Ethan. - Po wszystkim, co się stało...

- Jeremy ma rację. Musimy patrzeć w przyszłość i nie oglądać się za siebie. Przygotowane przez ciebie analizy psychologiczne naszych gości są dla nas bardzo cenne. Podobnie jak to, że zgodziłeś się być tutaj i obserwować, jak będą sobie radzić w trakcie gry.

- Za nic bym tego nie przegapił. - Ethan odstawił kieliszek. - Ale to ty jesteś najważniejszą osobą w Midwinter. Dzięki tobie wszystkie elementy układanki pasują do siebie jak ulał.

- Pierwszą rzeczą, jaką usłyszałam od Jeremy'ego po swoim przyjeździe do Midwinter, było to, że nikt nie jest niezastąpiony.

- Nie poradziłby sobie bez ciebie.

- Wcale nie - odparła. - To prawdziwy mistrz przetrwania.

- Naprawdę tak uważasz? - spytał ironicznie.

- Oczywiście. Weźmy tegoroczne Boże Narodzenie. Z prognoz meteorologicznych wynika, że czeka nas istny kataklizm pogodowy, najgorsza śnieżyca od lat, tymczasem Jeremy jest wniebowzięty! Uważa, że dzięki temu nasze przedsięwzięcie zyska idealne tło. Nic go nie przeraża.

Ethan dopił wino.

- Będę się zbierał. Żeby się dobrze bawić, trzeba się dobrze wyspać. Widzę, że nie mam co liczyć na wskazówki z twojej strony. Może chociaż mi powiesz, jak zatytułowałaś tę swoją grę?

- Wszystko jest w zaproszeniu, które wysłaliśmy naszym gościom. Tyle że najpierw muszą odczytać szyfr zapisany starożytną greką. Taka mała łamigłówka na rozgrzewkę, żeby wczuli się w nastrój.

Wyjąwszy z torebki podłużny kartonik, wskazała na greckie litery i znajdujący się poniżej wierszyk.

???? ?????? ??

??? ???????

???? ? ?????

nie udawaj greka

bo odpowiedź czeka

skocz dwie litery w przód

i zapomnij o "z",

inaczej próżny twój trud

Ethan zmarszczył brwi.

- Wskazówką jest ta rymowanka?

- Owszem, zapisana małymi literami, bez choćby jednej wielkiej litery, wskazuje, że szyfr również będzie zapisany minuskułą. Okazuje się, że w starożytnej grece istnieje dwadzieścia pięć małych liter, chociaż sigmę zapisuje się dwoma symbolami, co zmyliło nawet mnie, o innych nie wspominając. - Uśmiechnęła się. - Niestety nie jestem tak wszechstronnie wykształcona jak Jeremy. W sumie dobrze, że nie zajęłam się kryptografią, prawda? Każdej literze naszego alfabetu odpowiada jeden symbol, z wyjątkiem jednej litery, którą, jak wynika z rymowanki, jest litera "z". To szyfr podstawieniowy. Wierszyk każe nam przeskoczyć o dwie litery w przód, w związku z czym pierwsza litera alfabetu greckiego, czyli "alfa", staje się trzecią literą naszego alfabetu, czyli "c". W zaszyfrowanej wiadomości pojedynczy symbol będzie z dużą dozą prawdopodobieństwa odpowiadał angielskiemu przedimkowi nieokreślonemu "a", natomiast trzyliterowe słowo to najpewniej przedimek określony "the". Jeden symbol pojawia się aż sześć razy, więc to zapewne kolejna samogłoska, "i" albo "u". W istocie chodzi o "i".

- Wierzę ci na słowo. - Ethan przewrócił oczami. - Daj spokój, jestem beznadziejny w te klocki. Jakie jest rozwiązanie?

Bernadette teatralnie obejrzała się przez ramię i zniżyła głos do chrapliwego szeptu: - "Miss Winter in the Library with a Knife".

Ethan zamrugał powiekami.

- Panna Winter w bibliotece z nożem? Nie uważasz, że powinno się to opatrzeć dopiskiem: "Uwaga, spoiler!"? Skoro to panna Winter jest morderczynią...

- W mojej historii nie występuje żadna panna Winter.

Ethan uniósł brwi.

- Nie ma też żadnej biblioteki.

Na moment zapadło między nimi milczenie.

- Pewnie teraz powinienem zapytać o nóż?

- Żaden z moich bohaterów nie ma noża. - Bernadette posłała mu tajemniczy uśmiech. - Mówiłam ci już, że to zagadka.

Co warto przeczytać?

Bibliografia Harry'ego Crystala

Brytyjski autor

Gatunek: powieści kryminalne

Murder Isn't Easy

Innocent's Blood

Six Red Herrings

Strangers on a Plane

Why Didn't They Ask Evelyn?

In the Heat of the Moment

No More Dying Today

Trent's Last Caper

Endless Fright

Rear View Mirror

Intruder in the House

Nightmare Avenue

The Nine Gaolers

Have His Car Crash

End of Sentence

Last Seen Weeping

In a Lonely Daze

Bier Island

Rogue Males

And Then There Was Nothing

Red Heartburst

You Only Live Once

Which Body?

I, the Judge

The Blonde Wore Black

Hangover Street

After the Burial

Kiss the Girls Again

No or Maybe?

I is for Investigation

Farewell, My Lorelei

Elephants Can Forget

2. Dziennik Harry'ego Crystala

Jeszcze nie jest za późno - pomyślałem, gdy pociąg nerwowo zadygotał, zwolnił i począł toczyć się ku stacji, zupełnie jakby podobnie jak ja nie miał najmniejszej ochoty tam dotrzeć. Nadal możesz zmienić zdanie. Wróć do domu i zapomnij o tym całym morderstwie.

Szybę w wagonie oblepiały płatki mokrego śniegu, nie przesłaniając jednak całkiem widoku na chłostany zamiecią wyżynny krajobraz za oknem. Dlaczego miałbym spędzić Boże Narodzenie, grając w tajemniczą grę z grupką nieznajomych w takim ponurym i odludnym zakątku Anglii? Odpowiedź była prosta: bo nie miałem nikogo, na czyje towarzystwo mógłbym liczyć, ani żadnego pomysłu, dokąd miałbym się udać.

Propozycja Fundacji Midwinterów stwarzała szansę, że seria prześladujących mnie w ostatnich latach katastrof wreszcie dobiegnie końca. Szansę niewielką, to prawda, zważywszy na fakt, że o główną nagrodę miałem rywalizować z pięcioma innymi osobami, ale jednak.

Mógłbym zacząć całkiem nowe życie!

Po tym, jak zaproszono mnie, abym na koszt fundacji spędził Boże Narodzenie w zapomnianej przez wszystkich wiosce Midwinter, położonej gdzieś wysoko w Penninach - w zaproszeniu była też mowa o premii w gotówce za sam przyjazd - po prostu nie mogłem odmówić. Trudno było o lepszy moment, żeby ktoś rzucił mi koło ratunkowe, więc nie miałem innego wyjścia, jak tylko się go uchwycić.

Pociąg wlókł się ociężale, a ja po raz kolejny zadałem sobie pytanie, które dręczyło mnie, odkąd podjąłem decyzję o wyjeździe. Co by było, gdybym jednak jakimś cudem wygrał? Wszystko by się zmieniło!

Czy tego właśnie chciałem? A może powinienem pogodzić się z tym, że jestem urodzonym przegrywem, nieudacznikiem kryjącym się za wygodną maską pechowca?

Z natury nie jestem optymistą, mam za to talent do wyobrażania sobie najgorszych scenariuszy. Moja była żona, Jocasta, mawiała, że agentowi ubezpieczeniowemu wystarczy na mnie spojrzeć, żeby jego serce żywiej zabiło. Jestem łatwym łupem, frajerem kolekcjonującym polisy zapewniające mi spokój ducha i chroniące mnie przed całym szeregiem wydumanych katastrof. Czy decyzja, aby ruszyć w nieznane, narażając się na śmieszność i upokorzenie w nadziei na choćby cień szansy na odmianę losu, to z mojej strony akt odwagi, czy raczej dowód głupoty?

"Bylebyś tylko nie skończył jak ten bohater Kafki, który pewnego ranka budzi się i stwierdza, że zmienił się w olbrzymiego owada..." - szepnął złośliwy głosik w mojej głowie.

Pociąg zakołysał się i stanął, jakby przytłoczony surową zimową aurą i ponurym otoczeniem. Przed wyjazdem wyszukałem w internecie Midwinter Halt i dowiedziałem się, że to najmniej uczęszczana stacja w całej Wielkiej Brytanii. Jej znaczenie dla kolei brytyjskich było tak nikłe, że w ciągu pierwszego ćwierćwiecza XXI wieku nikomu nie przyszło nawet na myśl, że można by ją zamknąć.

Pora na ostateczną decyzję.

"Nie masz nic do stracenia" - powiedziałem sobie.

Czy aby na pewno?

Skoro byłem tego taki pewien, dlaczego poczułem na plecak ciarki niemające nic wspólnego z siarczystym mrozem?

Ulubiona mantra motywacyjna mojej byłej żony brzmiała: "Poczuj strach i staw mu czoło", co w pewnym sensie tłumaczy, dlaczego w ogóle za mnie wyszła. Tego rodzaju afirmujące życie pseudofilozoficzne bzdury gwarantowały cały wachlarz kłopotów, ale czy miałem inne wyjście niż kontynuować podróż do Midwinter? Perspektywa powrotu na wynajmowane w Manchesterze poddasze i Bożego Narodzenia spędzonego na zeskrobywaniu pleśni z sufitu nie wydawała mi się zbyt kusząca.

Ściągnąłem bagaże z półki i szarpnąłem drzwi wagonu. Na peronie nie dostrzegłem nikogo z obsługi ani w ogóle żadnej żywej duszy. Pokrywająca go warstwa białego puchu wyglądała na nietknięty ludzką stopą.

Wysiadłem, mrugając oczami w zadymce. W tej samej chwili drzwi sąsiedniego wagonu otwarły się gwałtownie i wyszła przez nie wysoka kobieta. Zwrócona profilem do mnie, manewrowała wielgachną walizką z wprawą i wigorem, które mnie zawstydzały. W puchowej kurtce, skórzanych botkach, ciepłej, zielonej czapce i takich samych rękawiczkach wydawała się gotowa na podbój Przylądka Północnego, a co dopiero północnych Penninów.

Ruszyłem przed siebie. Skrzypienie kółek walizki na śniegu sprawiło, że kobieta przystanęła i podejrzliwie obejrzała się przez ramię, jakbym był potencjalnym mordercą, a nie mało znanym autorem kryminałów i detektywem amatorem.

Na nosie miała duże, modne okulary z oprawkami w kolorze równie intensywnej czerwieni, jak sięgające jej ramion włosy. Poczułem, jakby ktoś wymierzył mi znienacka siarczysty policzek. Rozpoznałem ją.

To była Carys Neville...

Kobieta, której nie miałem okazji dotąd poznać.

Jednak to właśnie jej zawdzięczałem pocałunek śmierci, który, ot tak, zakończył moją karierę.

MIDWINTER

MIEJSCE NIEPODOBNE DO INNYCH

STRONA GŁÓWNA O NAS HISTORIA LUDZIE KONTAKT

Midwinter przycupnęła w najdalej położonym zakątku Zjednoczonego Królestwa, w miejscu, gdzie graniczą ze sobą dawne hrabstwa ceremonialne: Cumberland, Yorkshire i Northumberland. Ulokowana na nagim zboczu wzgórza, należy do najwyżej położonych miejscowości w kraju i zapewne najzimniejszych. Uważa się ją także za najmniej dostępną w całej Anglii - jedyna droga dojazdowa, którą często zasypuje śnieg, wije się przez górzyste tereny, łącząc Midwinter z oddaloną o siedem mil samotną stacyjką kolejową o nazwie Midwinter Halt.

Sama wioska należy do Fundacji Midwinterów, która zarządza lokalną społecznością w duchu wartości ustanowionych przez sir Maurice'a Midwintera. Są one zawarte w trzech słowach:

- służba,

- uczciwość,

- obrona.

Midwinter to bezpieczna przestrzeń do refleksji, regeneracji i rozwoju osobistego. Dysponuje własną czytelnią i wiejską świetlicą (wyposażoną między innymi w salę wielowyznaniową, niedużą siłownię i bar), oferującą różne zajęcia, w tym jogę oraz ćwiczenia oddechowe prowadzone przez naszą dyrektor ds. strategii personalnej, a także warsztaty kreatywnego pisania i gier, za które odpowiada zastępczyni dyrektora. Przy niemal zerowym zanieczyszczeniu światłem trudno wymarzyć sobie lepsze warunki do obserwowania gwiazd. Jeśli nie tolerujesz hałasu, nie martw się - Twoje uszy wypełni tylko śpiew ptaków. W wiosce nie ma spa ani basenu, a dostępne na miejscu usługi nie obejmują zabiegów kosmetycznych ani sportów zimowych, chociaż amatorzy morsowania mogą zażywać kąpieli w rześkiej źródlanej wodzie przepływającego przez Midwinter potoku. Pobyt tutaj z pewnością nie jest dla każdego - i całe szczęście, bo liczba wolnych miejsc jest ograniczona i zwykle są rozchwytywane. Szczęśliwcom, którzy dadzą się uwieść magii tego niezwykłego miejsca, wioska oferuje coś znacznie cenniejszego niż tylko ucieczkę od zgiełku zewnętrznego świata. Midwinter to azyl, gdzie ludzie z różnych środowisk mają możliwość odnalezienia nowej pasji i nowego celu w życiu, odbudowania własnej odporności, podzielenia się z innymi swoją mądrością i praktykowania jej na co dzień - słowem, daje im szansę przemiany dotychczasowego życia.

3. Dziennik Harry'ego Crystala

Serce biło mi jak oszalałe. Pomimo przenikliwego zimna spociłem się ze zdenerwowania. Czoło zwilżyła mi chłodna strużka.

Chociaż Carys i ja nigdy nie stanęliśmy ze sobą twarzą w twarz, ani przez chwilę nie wątpiłem, z kim mam do czynienia: wystarczająco często wyobrażałem sobie, że wbijam szpilki w jej wyszukane w internecie zdjęcie.

Niewiarygodne... To by znaczyło, że Fundacja Midwinterów ją także zaprosiła. Zdumiewający zbieg okoliczności.

Czy rzeczywiście?

Wybujała wyobraźnia to przekleństwo każdego, kto para się pisaniem kryminałów. Często miewam wrażenie, że mózg zaraz mi eksploduje od nadmiaru pomysłów na absurdalne zwroty akcji. Teraz też nie musiałem długo czekać, żeby w głowie zapaliła mi się czerwona lampka.

Carys i mnie łączyło jedno: oboje mieliśmy wielu znajomych w środowisku autorów powieści kryminalnych. Czy dlatego zaproszono nas do udziału w grze detektywistycznej?

Zgrzytając zębami, postanowiłem na razie z niczym się nie zdradzać. Za wcześnie było na jakiekolwiek błędy. Prędzej czy później trzeba będzie zaryzykować i postawić wszystko na jedną kartę, ale na razie nawet nie wiedziałem, czy gra już się rozpoczęła. Co do Carys Neville, jej mina sugerowała, że wzięła sobie do serca otrzymaną wraz z zaproszeniem instrukcję, żeby nikomu nie ufać.

Nie chcąc budzić podejrzeń, rozciągnąłem wargi w promiennym uśmiechu i zagadnąłem ją:

- Czy mi się wydaje, czy właśnie wylądowaliśmy gdzieś na końcu świata?

- Niech pan zaczeka, aż dotrzemy do Midwinter - odparła. Pociąg ruszył z miejsca i szybko nabierał prędkości, jakby chciał czym prędzej się oddalić. - Przy niej ta zabita dechami dziura to niemal terminal Eurostaru na St. Pancras.

- To pani też udaje się do Midwinter?

Zmierzyła mnie sceptycznym spojrzeniem pogranicznika podejrzewającego, że ma do czynienia z posiadaczem fałszywego paszportu. W myślach wymierzyłem sobie kopniaka w zadek; nie minęło wiele czasu, a już popełniłem pierwszy błąd. Przesadziłem, odgrywając swoją rolę dobrodusznego idioty.

- A gdzie indziej miałabym jechać?

Dobre pytanie. Zaraz za stacją wznosiły się wzgórza, puste, jeśli nie liczyć kilku drzew o karkach zgiętych poddańczo ku ziemi przez bezlitosny wiatr. Wokół szalała śnieżyca. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wysiadłby w Midwinter Halt, nie mając po temu dobrego powodu. Do Bożego Narodzenia zostały mniej niż dwa dni, a narodowy serwis meteorologiczny, z zapałem ulicznego kaznodziei wieszczącego nadciągającą katastrofę, wystosowywał kolejne alerty pogodowe.

Postawiłem na żartobliwy ton.

- Urodzony z pani detektyw - powiedziałem. - Widzę, że odpadam w przedbiegach. Harry Crystal, miło mi.

Podałem jej zmarzniętą dłoń; zignorowała ją. Musiała przecież kojarzyć moje nazwisko? Wyraz twarzy miała nieprzenikniony.

- Carys Neville.

Udałem, że nic mi to nie mówi. Zgrywałem ignoranta, w czym byłem naprawdę dobry, o ile wierzyć mojej byłej żonie Jocaście.

- Carys Neville? - powtórzyłem niepewnie. - Czym się pani zajmuje?

Czyżbym dostrzegł gniewny błysk w jej oczach ukrytych za wielkimi, modnymi okularami? Poczułem dreszcz satysfakcji, jaki szachista amator odczuwa na widok mistrza szachowego, który już na początku partii popełnia oczywisty błąd. Czy Carys naprawdę była aż taka próżna, aby spodziewać się, że na sam dźwięk jej nazwiska skłonię jej się w pas?

- Komentuję bieżące wydarzenia kulturalne.

Nasunęły mi się inne określenia jej profesji, między innymi: "niekompetentna mądrala o osobowości piranii i poziomie empatii boa dusiciela", ale ugryzłem się w język.

- Brzmi fascynująco!

Wzruszyła ramionami.

- Da się z tego wyżyć.

Czy aby na pewno? - pomyślałem.

- A co konkretnego pani komentuje?

- Różne rzeczy. O takich jak ja mówi się: influencerka.

- No proszę! A kim są pani odbiorcy?

- To ludzie z gustem i wyczuciem. - Jej ton jasno dał mi do zrozumienia, że nie zaliczam się do żadnej z tych dwóch kategorii. Na wypadek gdybym nie pojął aluzji, wzmocniła wydźwięk swych słów wymownym spojrzeniem, którym omiotła moje tweedowe spodnie i sznurowane trzewiki. - Ambitni i wyrafinowani, ceniący modę i styl.

- To dlatego nosi pani okulary w czerwonej oprawce? - Nie mogłem sobie odmówić drobnej złośliwości.

- Cynober.

Zamrugałem. Chyba się przesłyszałem. Czy ona nazwała mnie cyborgiem?

- Słucham?

Dotknęła oprawki okularów.

- To nie czerwień, tylko cynober.

Zgrzytnąłem zębami, boleśnie świadomy, że tracę inicjatywę.

- Zaintrygowałaś mnie, Carys. Możemy przejść na ty? Po co te formalności, skoro spędzimy razem święta? Niech będzie miło i sympatycznie.

Rozejrzała się po opuszczonej stacyjce i jednym machnięciem ręki, jakby odganiała natrętnego komara, ucięła te uprzejmości.

- Naprawdę tak uważasz? Wkrótce inaczej będziesz śpiewał... Harry. Midwinter to ostatnie miejsce, gdzie bywa miło i sympatycznie.

Jej ton był tak ostry, jakbym popełnił gafę, zaśmiewając się z dowcipu na pogrzebie. Porzuciłem więc maskę przymilnego prostaczka.

- Wolnego, moja droga. Nie zapominaj, że to tylko gra.

- Ale stawka jest bardzo wysoka - odcięła się.

Zacisnęła szczęki. Widziałem, że jest na siebie wściekła. Sprowokowałem ją i powiedziała o kilka słów za dużo. Teraz najwyraźniej odtwarzała w myślach wskazówki, które oboje otrzymaliśmy.

Nie zdradzaj nikomu prawdziwego celu gry. Z nikim nie rozmawiaj o czekającej na zwycięzcę nagrodzie. Złamanie tej zasady spowoduje natychmiastową dyskwalifikację. Decyzja dyrektora Fundacji Midwinterów jest ostateczna. Możliwości odwołania nie przewidziano.

Prędko zmieniła temat.

- Gdzie się podziewa ten kierowca? Miał na mnie czekać na stacji.

- Na mnie również. - Zachichotałem. - W sumie spodziewałem się ujrzeć na peronie kogoś trzymającego kawałek tektury, na której wielkimi literami wypisane będzie moje nazwisko. Jak w terminalu przylotów.

Nie zadała sobie trudu, żeby przewrócić oczami.

- Może to element gry? Rodzaj próby inicjacyjnej?

- Gdzie tam. Jeśli ten kierowca ma choć odrobinę oleju w głowie, nie wysiądzie z ogrzewanego samochodu.

Stanęliśmy przed wyludnioną poczekalnią, której ściany, zamiast ozdób świątecznych, pokrywały pajęczyny. Zabite deskami okna i zamknięte na kłódkę drzwi skazywały nieszczęsnych podróżnych na nieuchronną śmierć z wychłodzenia. Przeszedłem się wzdłuż peronu i zauważyłem szykownego czarnego Mercedesa zaparkowanego za budynkiem stacji na żwirowym placyku. Muskularna postać w ciemnym garniturze i czapce szofera pochylała się nad maską samochodu, usiłując na bieżąco ścierać śnieg z przedniej szyby ściereczką z mikrofibry. Syzyfowa praca, jakby mnie kto pytał.

Przyspieszając kroku, zawołałem do Carys:

- Tutaj! Samochód już na nas czeka!

Szofer odwrócił się na pięcie, a ja przeżyłem kolejne tego dnia zaskoczenie. Miałem przed sobą całkiem jeszcze młodą, dobrze zbudowaną kobietę. Było dobrze poniżej zera i musiała przemarznąć na kość, chociaż warunki atmosferyczne zdawały się nie robić na niej większego wrażenia. Kiedy podeszliśmy bliżej, strzepnęła śnieg z marynarki i schowała ściereczkę do kieszeni, a jej nijaka twarz przybrała wyraz profesjonalnej uprzejmości.

- Pani Neville? Pan Crystal? Mam na imię Frankie i jestem państwa szoferem. - Mówiła z przyjemnym akcentem z okolic Newcastle. - Najmocniej przepraszam, że nie wyszłam po państwa na peron. Czy mogę prosić o dowody tożsamości? I o zaproszenia?

Wyciągnąłem z kieszeni paszport oraz kartonik zapraszający mnie do spędzenia świąt Bożego Narodzenia w Midwinter. Carys Neville zrobiła to samo. Podczas wcześniejszego spotkania informacyjnego online, gdy Chandra Masood kazała mi wziąć ze sobą dokument tożsamości ze zdjęciem, teatralnie wyraziłem swoje zaskoczenie, ale jak widać nie żartowała, chociaż sprawiała wrażenie z natury rozrywkowej.

- Czuję się, jakbym przekraczał granicę państwową - rzuciłem.

- Nie wyobraża pan sobie, ilu ludzi byłoby gotowych zabić, żeby dostać się do Midwinter i wziąć udział w grze - odparła Frankie.

Postanowiłem być dowcipny.

- Mówiąc "zabić", masz na myśli...

Twarz Frankie była śmiertelnie poważna.

- Rozumiem, że zakwalifikowali się państwo w wyniku drobiazgowej selekcji. Powiedziano mi, że należycie do wąskiego grona szczęśliwców. To okazja jedyna w swoim rodzaju. Fundacja Midwinterów musi mieć pewność, że nikt nie zrzeknie się udziału w rozgrywce na rzecz osób trzecich.

Poczułem się jednocześnie wyróżniony i skarcony.

Mimo wszystko spodziewałem się, że Frankie tylko pobieżnie rzuci okiem na dokumenty, ona jednak studiowała nasze fotografie paszportowe z taką uwagą, jakby szukała dowodów przebytej niedawno operacji plastycznej. Jak zwykle pożałowałem, że wyglądam na swoim zdjęciu jak zmęczony życiem hulaka. Szkoda, że nie mogłem wykorzystać czarno-białej fotografii zamieszczanej na tylnej okładce moich książek - chociaż trzeba przyznać, że byłem na niej zupełnie do siebie niepodobny. Przede wszystkim wyglądałem piętnaście lat młodziej.

- Wielkie dzięki. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby zaszła pomyłka i ktoś zabrał się do Midwinter zamiast nas.

Carys obrzuciła wymarły peron kpiącym spojrzeniem.

- Mało prawdopodobne.

Za to Frankie zareagowała na moje słowa rozbrajającym uśmiechem. Najwyraźniej na sarkazm była tak samo odporna jak na mróz. Oddała nam nasze paszporty oraz zaproszenia i oznajmiła:

- Wezmę państwa bagaże.

Skrępowany wyglądem swojej sfatygowanej walizki, stanąłem za jej plecami, gdy otwierała pilotem bagażnik samochodu. Był naprawdę ogromny! W środku dostrzegłem zapiętą na suwak torbę oznaczoną etykietą "apteczka", kamizelkę odblaskową, latarenkę, zwój liny, łopatę do odgarniania śniegu i łańcuchy śniegowe. Spod zwiniętego koca wystawał sznur lampek choinkowych. Była tam nawet duża lodówka turystyczna, z pewnością zbędna, zważywszy na temperaturę. Frankie najwyraźniej należała do osób, które wolą nie zdawać się na przypadek. Po załadowaniu naszych walizek w bagażniku zostało w nim wciąż dużo miejsca.

W sam raz, żeby ukryć w nim ciało - pomyślałem. Na próżno starałem się odegnać tę makabryczną wizję; autor kryminałów zawsze pozostanie autorem kryminałów.

Frankie zerknęła na mnie przez ramię i zatrzasnęła bagażnik.

- Między nami mówiąc, to moje pierwsze zlecenie od Fundacji Midwinterów. Muszę się wykazać, bo to Bardzo Ważny Klient. Wszystko musi się odbyć zgodnie z instrukcją. Reputacja naszej firmy zależy od tego, czy usługa zostanie wykonana na najwyższym poziomie.

- Rozumiem, że masz być zabójczo skuteczna?

- Dobre! - Skwitowała mój żarcik szerszym uśmiechem, niż na to zasługiwał. - Ale rzeczywiście słyniemy z dyskrecji. Nasza firma to Karma Kars z Kielder, ale jak państwo widzą, samochód nie jest oznakowany. Gdyby był pan tak miły i zechciał zamieścić w sieci pozytywną opinię...

- Z największą przyjemnością, Frankie. I mów mi Harry. A to jest.... - Z uczuciem złośliwej satysfakcji machnąłem ręką w stronę swojej towarzyszki - moja znajoma... Hm... Carys, tak?

- Bardzo mi miło poznać was oboje. Możecie wierzyć lub nie, ale specjalnie wyruszyłam wcześniej, żeby dotrzeć na czas na stację, chociaż niewiele mi to dało. Tam na górze są teraz znacznie gorsze warunki, niż kiedy wcześniej jechałam tą trasą. Istna masakra.

- Nie ma to jak właściwy dobór słów - mruknęła Carys.

Frankie rzuciła jej niepewne spojrzenie.

- Najmocniej przepraszam.

Influencerka wzruszyła ramionami.

- Nie ma za co. Ostatecznie nikt jeszcze nie umarł.

Na moment zapadła cisza.

- Nie przejmuj się, Frankie - wtrąciłem. - Nie wydamy cię.

Dziewczyna przyjrzała mi się z namysłem.

- Może siądziecie razem z tyłu? Fotele są indywidualnie podgrzewane, więc każdy może wybrać odpowiednią temperaturę dla siebie.

- Usiądę z przodu - zdecydowała szybko Carys. - Wolę widzieć, dokąd jadę.

Kolejny przykład tego, jak bardzo się od siebie różniliśmy: osobiście wolę być raczej nieświadomy tego, co mnie czeka. Oszczędza mi to wielu zmartwień i stresu.

Frankie przytrzymała Carys drzwi, ja tymczasem szybko wstukałem w wyszukiwarkę w swoim smartfonie nazwę "Karma Kars", ale nie wyświetliły się żadne rezultaty. Najwyraźniej Frankie nie żartowała, mówiąc o dyskrecji swojej firmy. Uznałem, że skoro nigdy nie słyszałem o Karma Kars, najwyraźniej nie stać mnie na ich usługi. Frankie otworzyła tylne drzwi, więc wskoczyłem do środka i opadłem na rozkosznie miękką tapicerkę. Na oparciu fotela przede mną lśnił ekran; pojemny uchwyt mieścił paczkę herbatników, szklanki, butelkę wody mineralnej i buteleczkę whisky. Wszystko, co najlepsze dla gości Fundacji Midwinterów; w Karma Kars znali się na obsłudze klienta.

- Pogodą możemy się nie przejmować - oznajmiła Frankie, sadowiąc się za kierownicą. - Ten wóz ma supernowoczesną klimatyzację. To będzie jak podróż latającym dywanem.

- Wspaniale - powiedziałem.

- Częstujcie się. - Franki zerknęła na mnie przez ramię. - Może coś na rozgrzewkę?

Sięgnąłem po whisky, a Carys odparła:

- Ja dziękuję. Wolę zachować trzeźwy umysł.

Na każdym kroku musiała podkreślać swoją moralną wyższość. Biorąc pod uwagę jej dotychczasowe "dokonania", zakrawało to niemal na kpinę. Cofnąłem jednak rękę, zrezygnowałem z drinka i rozkoszowałem się komfortem tylnego siedzenia. Lepiej nie dawać ludziom powodów do plotek. A co, jeśli ta przejażdżka to już część rozgrywki? Frankie została wynajęta przez fundację, ale to nie znaczy, że była po naszej stronie. Może na polecenie ludzi z Midwinter miała nas wystawić na próbę?

Niechętnie musiałem przyznać Carys rację. Nawet na wczesnym etapie gry powinienem być skoncentrowany i dopracować swoją strategię. Podczas spotkania informacyjnego online Bernadette i Chandra wielokrotnie podkreślały znaczenie pracy zespołowej, mimo że mieliśmy ze sobą rywalizować o główną nagrodę, ale Carys nie była osobą, z którą łatwo by się współpracowało. Wolałbym chyba spłonąć w piekle, niż zwierzyć się jej ze swoich planów. Zależało jej na wygranej tak samo jak mnie. Nie miałem też żadnych wątpliwości, że jest równie bezwzględna, jak egocentryczna. Dostrzegłszy najmniejszy przejaw słabości u innego gracza, bez skrupułów to wykorzysta.

Podczas spotkania internetowego Bernadette wspomniała jeszcze, że każdy ma swoje tajemnice, a wiedza to potęga. Jeśli o mnie chodzi, nie byłem nawet gotów przyznać, że wiem, kim jest Carys, a co dopiero, że najchętniej widziałbym ją martwą.

MIDWINTER

MIEJSCE NIEPODOBNE DO INNYCH

STRONA GŁÓWNA O NAS HISTORIA LUDZIE KONTAKT

Założycielem Midwinter był Marcus Midwinter, zamożny przedsiębiorca znany z perspektywicznego myślenia i świadomości społecznej. Postanowił on dobrze wykorzystać odkryte jeszcze przez Rzymian bogate złoża ołowiu i srebra, położone w północnych Penninach. Jego celem było podniesienie poziomu życia lokalnej społeczności, która dotychczas ledwo wiązała koniec z końcem, utrzymując się z uprawy roli w tym trudnym terenie i w skrajnie niesprzyjających warunkach klimatycznych. Marcus Midwinter nabył prawa do wydobycia surowców na tak zwanym Pogańskim Wzgórzu, stając się właścicielem dużego areału w najbliższej okolicy.

Nie interesowały go krociowe zyski. Odziedziczywszy wielką fortunę po dalekim krewnym, marzył o stworzeniu kameralnej, zżytej społeczności, w której górnicy mieszkaliby ze swoimi rodzinami w dobrze zaprojektowanych i wygodnych domkach, malowniczo położonych na niewielkim płaskowyżu tuż pod górskim szczytem, z widokiem na piękny, dziewiczy krajobraz. Pierwsza wojna światowa przerwała jednak rozwój Midwinter. Nie udało się ukończyć budowy kaplicy ani szkoły, wznoszonych w niewielkiej odległości od osady. Pośrodku wioski, z widokiem na błonia i staw, zdążyły jednak stanąć świetlica oraz czytelnia, które miały zapewnić górnikom oraz ich rodzinom szeroki wachlarz możliwości wypoczynku i rekreacji.

Jeszcze przed wybuchem wojny stało się jasne, że zasoby surowców, a zwłaszcza złoża srebra, są mniej obfite i trudniejsze do wydobycia, niż sądził Marcus Midwinter. Za zgodą swego pracodawcy zatroskani o los ojczyzny górnicy wstąpili w szeregi armii, aby wziąć udział w "wojnie, która zakończy wszystkie wojny". Z dnia na dzień kopalnia została zamknięta. Niestety, niewielu górników powróciło do swoich domów, a nazwiska poległych widnieją dziś wykute na pamiątkowym krzyżu.

Pasma nieszczęść dopełniła osobista tragedia Marcusa Midwintera. W dniu zawieszenia broni stracił on swoją ukochaną żonę Melisę, która zmarła, wydając na świat ich jedynego syna, Maurice'a. Chociaż pierwotne marzenie Marcusa się nie zrealizowało, Maurice uczynił wszystko, co w jego mocy, aby ocalić spuściznę ojca. Efektem jego starań było powołanie do życia Fundacji Midwinterów.