VII.
Między Mortfontaine a Pontarmé okolica jest prześliczna. Żyzne płaszczyzny, poprzecinane bukietami gajów, czarują oczy przechodnia. Zdawać mu się może, że się znajduje w najpiękniejszym kantonie bogatej Normandyi.
Po nocnej burzy, jasne słońce wschodziło na czystym błękicie nieba, zapowiadając dzień prześliczny.
Była godzina czwarta rano.
Ptaszki fruwały około krzaków, koguty w ferm ach głośno i radośnie wygłaszały swoje zwycięzkie pienia pośród pierzastego seraju.
W wioskach okiennice odmykały się, mieszkańcy zjawiali się w oknach, z nabrzękłemi od snu powiekami.
Mortfontaine jestto skromna wioska zamieszkała wyłącznie przez rolników.
Gdzieniegdzie dają się widzieć wille rozrzucone na skraju lasu d'Ermenonville, otaczając Mortfontaine jakby pasem zieloności.
W odległości kilometra od wioski, przy samej drodze przechodzącej przez las, znajdowało się wejście do wcale znacznej majętności.
Brama z kutego żelaza, pomnikowo wyglądająca, dawała przystęp do alei wysadzonej stuletniem i wiązami.
Aleja ta prowadziła w prostej linii do wielkiego kwadratowego budynku zwanego w całej okolicy: "Domem doktora".
Budynek był stary, we włoskim stylu uwieńczony tarasem, w pośrodku którego wznosił się belweder w dosyć złym guście.
Dom doktora, chociaż zamieszkały przez jedną tylko osobę, zawierał znaczną liczbę pokoi, trzy czwarte jedak okien zwykle było zamknięte.
Gospodarz domu znany pod imieniem doktora Gilberta, zajmował małą tylko cząstkę gmachu i zadawalniał się pokojem sypialnym, jadalnym, gabinetem do pracy, biblioteką zawierającą skarby nauki starożytnej i współczesnej, i wielką izbą urządzoną na chemiczne laboratoryum.
Piętnaście lat przed epoką, w której dzieją się opisywane przez nas wypadki, dom ten opuszczony od pewnego czasu wystawiony na sprzedaż; nieznajdował jednakże długo kupujących i zdawało się, że ich nigdy nie znajdzie z powodu krwawego dramatu, jaki się dawno już temu w jego murach odegrał.
Młoda jedna kobieta, jak mówiono, została w tym domu zabitą przez męża, który w napadzie zazdrości spełniwszy tę zbrodnię, sam sobie w łeb strzelił, wobec trup a swej ofiary.
Legenda ta zniechęcała kupujących i pusty dom coraz bardziej popadał w ruinę.
Pewnego dnia rozeszła się w Mortfontaine wiadomość, przyjęta z łatwem do zrozumienia zadziwieniem, że ponure to domostwo zostało kupione.
Nazajutrz stary służący z żoną przywieźli bagaże i zamieszkali w domu.
W dwa dni później, przybył mężczyzna w wieku nie dającym się określić, i od razu rozpoczął urządzać się; sprowadził rzemieślników, kazał im konieczne porobić reperacye. Był to nowy właściciel. Nazwano go prawie od pierwszej chwili doktorem Gilbert, chociaż wcale nie trudnił się praktyką lekarską.
Człowiek ten wkrótce po zajęciu w posiadanie willi, przypadkowo był świadkiem strasznego wypadku.
Jeden z robotników spadł z rusztowenia służącego do reperacyi dachu, i złamał sobie obie nogi.
Nabywca starego domu, kazał go zanieść, nie do szpitala, ale do swego własnego mieszkania, i pielęgnował go w sposób dowodzący głębokiej nauki i lekarskiej biegłości.
Podwójnie złamana kość wkrótce się zrosła, i robotnik odzyskał siły w nogach, bez najmniejszego śladu kulawizny.
Cudowna ta kuracya miała ogromny rozgłos, i ogół dodał do imienia nieznajomego tytuł doktora.
Głos ogółu nie mylił się.
Osobistość zajmująca nas, była w Paryżu pod swem prawdziwem nazwiskiem jednym z najbardziej odznaczających się lekarzy, chirurgiem niemal sławnym.
Czytelnik, dowie się wkrótce dla czego, usuwając się dobrowolnie z areny paryskiej, zamieszkał samotnie w Mortfontaine, i starał się otoczyć milczeniem i tajemnicą.
Od czasu do czasu okoliczni mieszkańcy pukali do drzwi kwadratowego domku i żądali pomocy doktora Gilberta.
Starzy służący odpowiadali niezmiennie, że pan ich już niepraktykuje, lecz jeżeli proszący byli w nędzy, nie dozwalali im nigdy odejść bez obfitego wsparcia.
Dziwnie tajemnicza osobistość doktora, obudzała żywą ciekawość na trzy mile wokoło.
Probowano wyciągnąć na słowo kamerdynera Wilhelma i Małgorzatę jego żonę.
Niepodobna jednakże było wydostać od nich najmniejszego choćby wyjaśnienia; ciekawi zawiedzeni, pogodzili się w końcu z losem i przestali zajmować się doktorem, chociaż spotykali go często przechadzającego się po wsi z dwoma olbrzymiemi chartami o płowej szerści, przepysznemi i strasznemi zarazem stworzeniami, groźnie pokazującemi zęby, jeśli kto ośmielił się dopuścić z nimi choćby najmniejszej poufałości.
Mieszczanie i chłopi przechodząc kłaniali się doktorowi.
Odpowiadał ukłonem i milcząc szedł dalej z fizyognomią tak lodowatą i spojrzeniem tak ponurem, że nikomu nie przychodziła ochota zagadać do niego.
Chociaż stosunkowo wydawał się jeszcze młodym i silnej budowy, włosy szybko mu siwiały.
Na czole występować poczęły zmarszczki.
Wysoka jego postać pochylała się coraz bardziej.
Twarz przybierała odcień żółtawy pargaminu.
Z tem wszystkiem pomimo tych symptomatów przedwczesnej starości pozostał zawsze rzeźki, chodził po polach i lasach przez długie godziny, zawsze milczący, zamyślony w towarzystwie swych wiernych obrońców.
Nikt go nigdy nie odwiedzał.
Nie odbierał nigdy listów. Wszelkie stosunki pomiędzy, nim a światem zdawały się być zerwane.
U siebie doktór Gilbert był takim samym. Kiedy niepogoda nie dozwalała mu wyjść z domu, zamykał się po całych dniach w laboratoryum, albo w bibliotece, robiąc doświadczenia, lub pisząc wielkie dzieło o chemii, nad którem pracował oddawca.
Nie odzywał się nigdy do Wilhelma i Małgorzaty, chyba wydając im krótkie rozkazy.
Często przepędzął całe wieczory nieruchomy, z twarzą ukrytą w rękach, a wtedy z poza konwulsyjnie ściśniętych palców płynęły łzy, których nigdy nie ocierał.
Zapewne jakaś boleść niedowyleczenia toczyła tego człowieka; zapewne ciągła ta potrzeba czynności pochodziła z chęci odpędzenia zmęczeniem ciała, trapiących go myśli.
Tylko do swoich psów zdawał się mieć przywiązanie.
Dwa pierwsze Diana i Bob zdechły ze starości w siedem lat po zainstalowaniu się w Mortfontaine, lecz odżyły one pod identyczną formą dwojga ich potomstwa Agra i Nello, które nocowały u stóp jego jego łóżka i spały na podłodze około niego w bibliotece lub laboratoryum.
Często pieścił je i jeżeliby usta jego zdolne były do uśmiechu to tylko dla nich, dla nikogo innego prócz Agry i Nella.
Po za tą nieprzeniknioną zasłoną ukrywającą życie poprzednie doktora Gilbert, cóż się ukrywało? Wyrzuty sumienia? Czy też boleść?
Można było zadawać sobie te pytania, lecz odpowiedzieć na nie nie podobna.
Nazajutrz po nocnej burzy, kilku wieśniaków udających się w pole do pracy, spotkało właściciela kwadratowego domu, kierującego się ku równinie ozłoconej pierwszemi promieniami słońca.
Było około czwartej.
Agra i Nello krążyły w podskokach naokoło swego pana, krótko, radośnie poszczekując:
Wieśniacy szeptali między sobą, ukłoniwszy się doktorowi który powitał ich ręką.
- Hum! hum! bardzo się postarzał doktór Gilbert!
- Brodę ma teraz zupełnie białą.
- Schudł.
- Pochylił się.
- Co nie przeszkadza, że idzie zawsze dobrym krokiem.
- To człowiek który ma się ku schyłkowi, ale umrze chodząc.
Doktór Gilbert istotnie miał lat czterdzieści dziewięć. Zdawał się jednak mieć sześćdziesiąt. Był wysokiego wzrostu i nadzwyczaj chudy.
Długie siwiejące włosy i broda prawie biała okalały twarz zmęczoną, pooraną zmarszczkami.
Całe życie skupiało się w oku, z którego widniała wyższa inteligencya, a czasami wytryskiwały błyskawice.
W całkowitym ubraniu z szarego płótna, i w kapeluszu słomianym z szerokiemi brzegami, w ręku trzymał bat myśliwski.
Wieśniacy patrzeli za oddalającym się.
Jeden z nich odezwał się:
- Otóż i poszedł ze swemi psami, jak zwykle, będzie szedł, szedł, nie wiedząc sam gdzie... Czysty żyd wieczny tułacz.
Właściciel kwadratowego domu znał wszystkie drogi i ścieżki leśne.
Szedł prędko, równym, miarowym krokiem oddychając pełną piersią, z oczami czasem w dół spuszczonemi, czasem wpatrzonemi wprost przed siebie, lecz które nic widzieć nie zdawały się.
Charty, biegły w poskokach upojone wolnością, goniły się, zakreślały wielkie koła po polu i pędem powracały do nóg pana, żebrząc pieszczoty, której im nigdy nie odmawiane i rozpoczynały harce na nowo.
Ranny przechodzień szedł ścieżką przecinającą gęstwinę.
Nagle psy puściły się w krzaki, skowycząc.
- Wpadły na trop sarny - myślał doktór, mogą ją wyszczuć - i zawołał rozkazującym głosem:
- Agra! Nello!... tu, do nogi!
Posłuszne charty wybiegły natychmiast z gęstwiny, i ustawiły się za swoim panem, szły przy jego nogach ze spuszczonemi łbami, aż do chwili, kiedy przeszedłszy las znalazły się znowu na otwartem polu.
Wtedy Agra i Nello znowu szalenie biegać poczęły, a doktór już ich więcej nie przywoływał.
Zeszedł ze ścieżki i wszedł na drogę prowadzącą prosto do Pontarmé.
Była to właśnie droga którą baron Filip de Garennes i Julian Vendame przebyli dwa razy poprzedniej nocy.
Punkt złączenia się ścieżki z drogą znajdował się na pewnem wzniesieniu.
Doktór przystanął, i okiem śledził psy, które coraz radośniej swawoliły, i blady uśmiech ukazał się na ustach.
- Jedyni prawdziwi na tym świecie przyjaciele! - rzekł do siebie, jedyni których przywiązanie nie jest interesownem ani kłamliwem.
I znowu twarz mu się zachmurzyła.
Nagle Agra i Nello stanęły jedno obok drugiego, z szyjami wyciągniętemi, z karkiem zesztywniałym i nozdrzami drżącemi.
- Tu, do nogi! - zawołał znowu ich pan.
Pomimo nałogu biernego posłuszeństwa, psy nie poruszyły się z miejsca.
Doktór rozkaz powtórzył.
Psy przestały stawać, i poczęły krążyć węsząc ziemię z podniesionemi w górę ogonami, potem krótkim galopem podbiegły do skraju leśnej gęstwiny położonej o jakie dwadzieścia pięć stóp.
- Co im się stało - zapytał siebie doktor patrząc na wietrzące psy.
Psy wkrótce powróciły i poczęły krążyć około miejsca, w którem jak się zdawało grunt był świeżo skopany.
Doktór przyszedł do przekonania, że zwietrzyły ślady sarny lub jelenia, które być może były niedawno na polu ażeby wykopywać kartofle. Znowu psy zawołał.
Nello i Agra zdawały się nie słyszeć go nawet, a w każdym razie nie okazywały nawet najmniejszej chęci posłuszeństwa. Wietrzyły bez przerwy coraz to ścieśniając koło, i od czasu do czasu przedniemi łapami nerwowo drapały ziemię.
Niecierpliwość ogarnęła doktora Gilberta, zbliżył się ku nim, klaskając swoim myśliwskim batem.
Charty podniosły łby i popatrzyły na swego pana, kręcąc ogonem. Lecz zamiast przyjść do niego, nanowo rozpoczęły przerwaną pracę, i drapały ziemię, coraz lepiej, z dziwnym zapałem.
Opór ten w nieposłuszeństwie niedowytłomaczenia, będący tak w niezgodzie, ze zwykłem poddawaniem się chartów najmniejszemu skinieniu pana, zadziwił i zaciekawił doktora. Zbliżył się.
Agra i Nello pracowały zawzięcie, wyrzucały ziemię piaszczystą, pazurami na wszystkie strony.
- Zwietrzyły kreta, myślał właściciel kwadratowego domu. - No, dalej w drogę - dodał głośno - w drogę albo skarcę was, jak na to zasługujecie!
Ultimatum pozostało bez skutku, poparte zatem zostało potężnem uderzeniem bata.
Psy zawyły z przerażenia raczej aniżeli z bólu, rzuciły na swego pana spojrzenie w którem czytać było można wymowny wyrzut, i narażając się na nowe ciosy również jak pierwsze niezasłużone, rozpoczęły kopać na nowo.
Tym razem doktór zadziwiony, postanowił nie przeszkadzać im.
- Stworzenia te zbyt są inteligentne i dobrze wytresowane - rzekł do siebie - pierwszy to raz odmawiają posłuszeństwa... Upór ich musi mieć swoją przyczynę, a przyczyna ta może być ważną... Zobaczmy do czego ich instynkt doprowadzi...
I założywszy ręce, czekał.
Charty zziajane, ze zwieszonymi ozorami, nozdrzami rozwartemi, powalanemi ziemią, kopały bez odpoczynku, przerywając sobie tylko od czasu do czasu, głuchem, ponurem warknięciem.
- Ależ te psy wyją na śmierć! Co to może znaczyć - mówił do siebie doktór Gilbert, ogromnie zaniepokojony.
Głęboka dziura tworząca rodzaj nory już była wykopana, w niej Agra i Nello do trzech czwartych znikały.
Zamiast odwoływać je, doktór głosem ich zachęcał:
- Kopcie, kopcie - wołał - dalej, dalej dobre psy.
Zapał psów wzmagał się.
Upłynęło pół godziny.
Wydrążenie dochodziło do głębokości dwóch metrów, Agra i Nello, bez przerwy głucho warczały.
Nagle pazury ich, dotychczas napotykające miękką tylko ziemię, wydały suchy odgłos.
Nie było wątpliwości, napotkały jakiś twardy przedmiot.
Doktór nachylił się; spostrzegł pomiędzy psami, deskę dębową, a na tej desce tablicę z błyszczącego metalu.
- Z drogi! - zawołał trzaskając batem - tu psy do nogi!
Psy wyczerpane tak długiem wysileniem, posłuszne odeszły i położyły się dysząc ciężko nad otworem dołu, w który zeszedł ich pan.
Deska dębowa zadźwięczała pod uderzeniem jego obcasów...
- Czyż to kufer? - A jeśli kufer, co może w sobie zawierać? - zapytywał siebie przyklękając, aby rękami i chustką odgarnąć ziemię pokrywającą połowę tablicy miedzianej, na której wyrżnięte były jakieś słowa.
Nagle głuchy krzyk wyrwał się z jego piersi twarz wyrażała przerażenie.
- To trumna - wyjąknął - i trumna ta nosi nazwisko mego brata!...
III.
Oberżystka powróciła z piwnicy, z butelką w ręku:
- Oto jest piwo - rzekła - zaraz panu odkorkuję. Weź pan szklankę, tam z bufetu, i trzymaj ją w pogotowiu, wybucha jak szampan.
Podróżny podstawił szklankę i kiedy napełniła się piwem świeżem i musującem, wychylił ją duszkiem z widoczną przyjemnością.
- Do licha, jak się tak długo połykało kurz, doskonale to czyni, tam którędy przechodzi!
Nalał sobie drugą szklankę i literalnie wlał ją sobie w gardło.
Oberżystka na nowo zabrała się do pończochy.
- Co za upał! nieprawdaż panie? - rzekła chcąc rozpocząć rozmowę.
- Straszny upał, rzeczywiście moja pani, można by jajka na twardo ugotować na słońcu. Możesz pani wierzyć, że bardzo mi było pilno dojść tu, aby ugasić pragnienie.
- A czy pan zdaleka tak idzie?
- Z Mortfontaine...
- Szedłeś pan pewno drogą z Pontarmé do Chapelle-en-Serval?
- Tak jest.
- Piękny kawałek drogi z Mortfontaine aż tutaj przez La Chapelle! Droga przez pola o wiele jest krótsza.
- Nie wiedziałem o niej.
- Idzie ona tam, z tyłu naszego domu, patrz pan przez te drzwi i ten lasek...
Oberżystka nachylając się, wskazała ręką w głębi podwurza toż samo wyjście, które zwróciło już u w agę nieznajomego, i które zamierzał bliżej obejrzeć.
- Ah! - rzekł obojętnie - więc tam idzie droga, poza tym murem?
- Tak panie... można dojść do niej z innej strony od Pontarmé, prowadzi ona do Baron i przecina drogę do Nanteuil-le-Haudoin...
- Mało znam tę okolicę... - rzekł podróżny nalewając sobie trzecią szklankę piwa.
- Oh! ja bo się tu urodziłam... Znam cały ten kraj jak własną kieszeń, a nieboszczyk mój mąż jeszcze lepiej go znał odemnie.
- Jesteś więc wdową, moja pani?
- Tak panie. Blizko już od pięciu lat... i wcale nie mam ochoty drugi raz iść za mąż, zaręczam panu.
- Dzieci pani nie masz?
- Niestety! nie.
- I trzymasz pani sama tę oberżę?
- Tak jest sama, z moją małą siostrzenicą, ale ta leży teraz w łóżku, dostała jakiejś gorączki... W dnie powszednie tak mało tu ludzi zagląda, że nie ma o czem i mówić... W niedzielę trochę lepiej idzie, w tedy jedna dzielna dziewczyna ze wsi przychodzi mi pomódz.
- Jednakże można u pani mieć nocleg?
- Jeżeliby się zdarzyło, naturalnie, ale nie zdarza się to nigdy. Fury z furmanami teraz rzadko tylko tędy przechodzą. Jeżeli mi się czasem uda za robić kilka sous to tylko dla tego, że nie ma konkurencyi.. W Pontarmé prócz mojej nie ma innej oberży.. Z rana przychodzą chłopi na wódkę albo szklankę białego wina, żeby zatruć robaka... W niedzielę cała wieś się tu schodzi... A potem mam parę skrawków ziemi, które sąsiad dla mnie uprawia...
- A zatem żyjesz pani sobie spokojnie...
- O co do tego to zupełnie spokojnie... W Pontarmé śpiemy przy otwartych drzwiach... Wszyscy poczciwi ludzie.
Butelka piwa była wypróżnioną. Podróżny wstał i zapłacił oberżystce.
- Idę do Baron - rzekł - mówisz więc pani, że droga idąca wzdłuż tego muru, doprowadzi mnie tam prosto?
- Tak jest panie... i skraca panu drogę, najmniej o cztery kilometry.
- Którędy mogę dojść do tej drogi?
- A przez nasze drzwi.
- Czy one otwarte?
- Już od roku przeszło nigdy nie były zamykane.
- Dziękuję ci, moja kochana pani... skorzystam z twego pozwolenia, do widzenia...
- Szczęśliwej podróży, życzę panu!
Nieznajomy przeszedł podwórze i skierował się ku drzwiom, o których mowa, z zamiarem obejrzenia ich...
Rzeczywiście były otwarte, klucza w zamku nie było. - Widocznie, zamek ten stoczony przez rdzę, oddawna nie funkcyonował. Ciężkie, dębowe na wpół spróchniałe drzwi obróciły się na zawiasach, nie wydając najmniejszego hałasu. Popchnąwszy je za sobą, podróżny spojrzał na piaszczystą drogę, źle utrzymywaną, idącą wzdłuż muru, i z prawej strony mającą mały lecz bardzo gęsty lasek.
Wszedł do owego lasku, i nie oddalając się od brzegu, poszedł w kierunku północnym.
Gęstwina kończyła się ostrym kątem.
Doszedłszy do tego skraju zatrzymał się.
Inna droga przecinała pierwszą i szła w kierunku Chapelle-en Serval, poszedł nią badając starannie jej kontury, zakręty i starając się zapamiętać grupy drzew małego lasu, który droga przecinała.
Doszedłszy do wyższej części doliny, w którą droga się zagłębiała, zatrzymał się znowu.
Na lewo rozciągała się gęstwina granicząca z rozległem polem kartofli, gdzieniegdzie skopanem. Rzuciwszy okiem po równinie aby się przekonać, czy nikogo na niej nie ma, podróżny wszedł na pole kartofli i postępował za śladami wozu, którego koła pozostawiły ślady na tym piaszczystym gruncie Ślady te stawały się głębsze około miejsca szeroko rozkopanego. W tem miejscu zatem ładowano na wóz wykopane kartofle.
Człowiek zwrócił się napowrót do lasu wyjął nóż z kieszeni i zaczął podcinać dość grubą gałęź, kiedy nacięcie było dostateczne, pociągnął gałęź na dół, ta się złamała lecz pozostała wisząca przy pniu drzewa na kawałku kory.
- To będzie pierwszy znak - wyszeptał nieznajomy - trzeba jeszcze drugiego.
Powracając więc nazad doszedł do skraju lasu dotykającego drogi, uciął drugą gałęź, ale zupełnie tym razem i wsadził ją w pole w odległości jakich pięciu stóp od brzegu drogi.
Uczyniwszy to, zamknął nóż i począł iść dość prędkim krokiem pomimo duszącego upału.
Po kwadransie czasu, zdawało mu się, że bardzo daleko oddalił się od Chapelle-en-Servant. Wieśniak z motyką na ramieniu zbliżał się ku niemu. Zaczekał i rzekł mu gdy nadszedł:
- Zdaje mi się że zabłądziłem. Gdzie ta droga prowadzi, mój przyjacielu?
- Prosto do Morfontaine, mój panie.
- Oh! do dyabła, wcale nie tam mam iść.
- A gdzie pan chcesz iść, jeśli zapytać wolno?
- Do Chapelle-en Serval... czy nie ma jakiej krótszej drogi żebym się tam mógł dostać?
- Jest właśnie... pierwsza droga od pana na prawo, ztąd mały kwadrans, co najwyżej...
- Bardzo dziękuję...
Dwaj ludzie się rozeszli.
Po upływie kwadransa istotnie nieznajomy napotkał ową drogę. Idąc nią w pół godziny doszedł do Chapelle-en-Serval.
Punkt o szóstej wszedł do oberży pod "Białym koniem", pustej jak zawsze.
Gospodyni była ciągle sama, ani mąż, ani syn z pola jeszcze nie powrócili.
- Już z powrotem - rzekła widząc ukazującego się swego klienta. - Nie miałeś pan zamiaru tak prędko powrócić.
- To prawda, ale załatwiłem moje interesa prędzej aniżeli myślałem. Proszę o papugę jeżeli łaska, zanim obiad będzie gotów.
- Papugę? - powtórzyła w osłupieniu oberżystka.
- To znaczy absynt... postaw pani karafkę przedemną.
- Dobrze panie.
Podając żądaną karafkę oberży3tka dodała:
- Zabiłam śliczną kaczkę na pańską intencyę. Zobaczysz pan, że będzie wyborna, przytem będą kotlety, cynadry, groszek zielony, sałata, ser i owoce... Czy to będzie dosyć?
- Aż nadto.
- A na którą obiad ma być gotowy?
- Na wpół do dziewiątej, mówiłem już to kochanej pani.
- A czy tu w sali mam nakryć do stołu?
- Czy nie masz pani jakiego osobnego pokoju... mam do pomówienia z przyjacielem, który tu przybędzie.
Oberżystka poszła doglądać obiadu podczas gdy jej klient wypiwszy swój absynt poszedł obejrzeć wóz i konia.
Poczem, powrócił i usiadł przed napoczętą karafką absyntu i zabrał się z całą starannością do sztucznego przyprawienia drugiej zielonej papugi.
Około wpół do ósmej oberża zaczęła się ożywiać. Gospodarz z synem powrócili z pola.
Kilku sąsiadów towarzyszyło im aby wypróżnić parę kufli kwaskowatej pikietki od której koza by skakała, ale orzeźwiającej w czasie tak strasznego upału.
Podróżny wyjął z kieszeni gazetę i czytał.
Pił już trzeci kieliszek absyntu.
Kiedy prosty wiejski zegar z kukułką, zawieszony na ścianie, wyśpiewał ósmą, poczuł ogarniającą go niecierpliwość, i częste rzucał w stronę drzwi spojrzenia.
- Czas zaczyna mi się długim wydawać - mruknął - nie licząc, że jestem głodny jak wszyscy dyabli.
I nalał sobie czwarty kieliszek absyntu.
II.
Filip szedł prędko.
Kilka minut wystarczyło do przebycia, ulicy Deux Gares, i dojścia do przedmieścia Saint-Denis a ztąd do dworca Północnego, do którego wszedł z pośpiechem.
Kasy już były otwarte.
- Gdzie się bierze bilety do Chantilly? - zapytał posługacza kolejowego.
- Tam, panie - rzekł wskazując mu kasę.
Filip poskoczył. Około dwunastu osób stało oczekując kolei. Doczekawszy się nareszcie, rzekł kładąc pięć franków:
- Pierwsza klasa do Survilliers.
Oddano mu bilet i resztę. Wziął to wszystko i wszedł do sali pasażerskiej. Drzwi prowadzące na peron były otwarte od kilku minut. Młody adwokat wyszukawszy swój pociąg, zajął miejsce w przedziale I klasy. Zamknięto drzwi od wagonów.
Chwilę później, gwiźnięcie zapowiedziało ruszenie pociągu, wagony, z początku zwolna, później szybko toczyć zaczęły ku Chantilly.
Zostawmy Filipa de Garennes zapalającego cygaro, i rozmyślającego nad powodami swego nagłego odjazdu, i wyprzedźmy go o parę godzin w Chapelleen-Serval, prawdziwym celu jego tajemniczej podróży.
Tegoż samego dnia, około drugiej popołudniu, wóz idący od strony Paryża, wjeżdżał do wioski Chapelle-en-Serval, położonej jak wiadomo, na drodze do Chantilly.
Powóz, był to lekki wiejski szaraban, z firankami z ceraty szczelnie zapuszczonemi, zaprzężony w jednego konia, pospolitego lecz młodego i silnego. Powoził, wysoki chłopak dwudziestopięcio lub sześcio letni. Chłopak ten ubrany jak zamożny włościanin, był nadzwyczaj silnie zbudowany. Szerokość jego ramion i muskularność, zdradzały na pierwszy rzut oka pomimo zbyt obszernego ubrania, niezwykłą siłę.
Rysy jego twarzy nie przedstawiały nic pociągającego, niepokoiły nawet z początku. Twarz płaska, czoło nizkie, oczy blado błękitne, usta wązkie, broda ostro zakończona, włosy długie, gorąco rude. Ani faworytów, ani wąsów, ani śladu żadnego zarostu. Fizyognomia ta mało sympatyczna, nosiła wyraz skrytości i chytrości zarazem.
Człowiek ten popędzał konia pogwizdując z miną fermera, ciągle włóczącego się po wszystkich drogach, nie lubiącego gnić na jednem miejscu.
W chwili zbliżania się do pierwszych domów wioski, obrócił się i spojrzał w środek powozu, gdzie znajdowało się ze dwanaście snopków słomy. Grubszym końcem bata rozrzucił tę słomę, zapewne aby lepiej ukryć przedmiot umieszczony na dnie wozu, który za każdem dotknięciem wydawał głuchy odgłos, niewytłomaczonej natury.
Poczem przybrał minę obojętną spoglądając na domy, stojące po obu stronach ulicy. Po chwili zwolnił biegu i dojechawszy do wązkiej uliczki, na rogu której stała oberża, zatrzymał konia. Oberża ta zwracała uwagę, szyldem malowanym na blasze i zawieszonym na żelaznym drągu. Na szyldzie tym ponad jakiemś dziwacznem stworzeniem podobnem raczej do bestyi apokaliptycznej, aniżeli do czegobądź innego, widniały słowa na wpół starte przez niepogody, lecz jeszcze czytelne:
Pod białym koniem
dobry nocleg.
Podróżny lekko zeskoczył na ziemię, przywiązał cugle do baryery, obrócił łeb koński ku drzwiom oberży i wszedł do izby zwanej na prowincyi salą.
Sala ta była pustą, ani gospodarza, ani służby, ani gości. Przybyły uderzył w stół pięścią.
- Hej! jest tam kto? - zawołał.
- Idę, idę! - odpowiedział głos, z tylnego podwórza, i wkrótce mała, czterdziestoletnia kobieta, świeża i pulchna, żywa pomimo wspaniałej tuszy, ukazała się we drzwiach.
- Przepraszam pana, że pozwoliłam mu czekać - rzekła, kłaniając się po staromodnemu - zagniatałam właśnie ciasto dla kaczek. - I obcierała w fartuch ręce uwalane mokrą mąką i owsem.
- Czego pan sobie życzy? - dodała.
- Naprzód chcę powóz mój ulokować w wozowni, a konia w stajni, jeśli to możliwe.
- Naturalnie, mamy przecież i stajnię i wozownię, tylko będziesz pan musiał sam sobie we wszystkiem usłużyć. Mąż mój i chłopiec są w polu. Rozumie pan, rzadko tu mamy gości, chyba podczas wyścigów w Chantilly... jeżeliby się nie uprawiało tego kawałka ziemi, trudno by było związać dwa końce.
- I owszem sam wszystko zrobię - odrzekł po drożny śmiejąc się - zresztą znam się na tem dobrze.
- Czy pan na długo potrzebuje wozowni?
- Aż do wieczora... muszę odwiedzieć kilku fermerów w okolicy.
- Pan jest zapewne sam gospodarzem?
- Nie, jestem handlarzem zboża.
- Pyszne rzemiosło! grubo się na niem zarabia... tego roku urodzaje będą wyborne. Porobisz pan tu dobre interesa... Tu obok znajdziesz bramę wozowni. Czy ma pan owies dla konia?
- Mam wszystko co potrzeba.
- A więc pokażę panu stajnię.
- Sam ją znajdę, nie trudź się pani, przygotuj mi tymczasem śniadanie, jeśli łaska.
- Nie wiele co znajdzie się na śniadanie...
- Są jajka?
- O! jajka są, i to zupełnie świeże, dziś rano zniesione...
- A więc, moja kochana pani, przygotuj mi jajecznicę ze słoniną, sałatę, kawałek sera, butelkę wina, kawę i kieliszek wódki, będę miał śniadanie jak dożywotni senator.
- Za chwilę wszystko będzie gotowe...
- Pospiesz się pani, bo mało mam czasu... a na wieczór włożysz na rożen kaczkę albo kurczę..
- Oh! na wieczór wszystko będzie czego pan tylko zechcesz.
Gospodyni skrzętnie zabrała się do przygotowania śniadania, podróżny tymczasem zajął się koniem i wozem. Wtoczywszy wóz do wozowni zamknął drzwi i klucz schował do kieszeni, przywiązał konia w stajni, wytarł go słomą, okrył, napoił, wsypał do żłobu dobrą porcyę owsa i powrócił do sali oberży.
Stół był nakryty.
Jaja dobrze wybite, miały być wylane na patelnię, na której smażyły się piękne kawałki słoniny.
- Sądziłam, że może zechce pan zjeść parę sardynek i masła, zanim jajecznica będzie gotowa - rzekła gospodyni.
- Wyborna myśl! - odrzekł podróżny siadając do stołu, cokolwiek paliwa do kaloryfera, bardzo dobrze mi zrobi.
Oberżystka nie znała się wcale na wyższym języku, zwanym langue verte, który się słyszy tylko w Paryżu i to w pewnych kołach. Patrzała więc z zadziwieniem i ciekawością na swego przypadkowego klienta.
- Paliwa! - zawołała! - Ależ panie, najmniej jest trzydzieści stopni gorąca...
Podróżny zaczął się śmiać i odpowiedział:
- Istotnie mamy temperaturę zdolną do wyklucia jedwabników... Gdyby dziś wieczór była burza, nie dziwiło by mnie to wcale.
- Grzmiało trzy noce z rzędu. Pogoda musiała się na końcu zepsuć... Oto pańska jajecznica.
- Przyjm moje powinszowanie zacna kobieto, śliczną ma ona postać.
- Co pan mówi?
- Mówię, że apetycznie wygląda...
Nieznajomy spiesznie zjadł śniadanie.
O wpół do czwartej wstał od stołu, zapalił krótką fajkę z bukszpanowego korzenia, włożył kapelusz i skierował się ku drzwiom.
- Daleko pan idzie? - zapytała oberżystka.
- Naprzód do Pontarmé, a potem może do okolicznych wsi.
- Ztąd do Pontarmé zajdziesz pan w małą godzinę, nie spiesząc się... Na którą godzinę przygotować obiad?
- Na ósmą, albo na wpół do dziewiątej... Ale powrócę daleko wcześniej... Czekam na przyjaciela, który będzie ze mną jadł obiad, a więc dowidzenia... dziś wieczór, moja dobra pani.
- Szczęśliwej drogi.
Podróżny wyszedł z oberży, stojącej na samym prawie skraju wioski, i udał się drogą, białą, pełną kurzawy, wysadzoną wiązami, przerzynającą od czasu do czasu kępy krzaków, zachodzące w grunta orne.
Szedł prędko i pocił się ogromnie.
W odległości około kilometra od Pontarmé droga stawała się górzystą, i pierwsze domy wioski, ukazywać się poczęły na szczycie wzgórza. Nieznajomy zmęczony upałem z konieczności zwolnił kroku wdrapując się pod górę.
Poważne myśli jak się zdawało zajmowały jego umysł. Czoło zmarszczył, brwi nasunął, półgłosem mówił do siebie, popychając nogą toczące się kamyki.
Monolog zakończył słowami:
- Nie bardzo to wszystko łatwo pójdzie... Oh! nie, wcale nie! Zresztą zobaczymy!
Doszedł do pierwszych domów wioski, stojących tak jak w Chapelle-en-Serval po obu stronach drogi.
Stary wieśniak, siedząc w cieniu na ławce w pobliżu swego domu, poprawiał zęby żelaznej brony.
Podróżny zbliżywszy się do niego zapytał:
- Wszak jest tu oberża w tej okolicy, nieprawdaż panie?
- Jest panie, w samym środku wsi.
- A jaki szyld?
- Nie ma szyldu wcale, gałąź sośniny zawieszona nad drzwiami wskaże panu. Zresztą nie można się omylić, nie ma drugiej oberży w Pontarmé.
- Bardzo dziękuję.
Nieznajomy poszedł dalej.
Wkrótce gałąź sosnowa zwróciła jego uwagę.
Drzwi oberży były otwarte; w murowanym parkanie otaczającym dom, widać było wielką bramę również otwartą, służącą za wjazd na podwórze zarzucone nawozem, a umeblowane narzędziami rolniczemi, najrozmaitszych kształtów i natury.
W głębi podwórza wznosiła się szopa, stodoły i stajnia. Z poza tych budynków dość nizkich ukazywały się wierzchołki drzew małego lasku dotykającego do zabudowań.
Podróżny przestąpił próg oberży.
Gospodyni zakład u siedząca pomiędzy oknem a drzwiami, w nadziei znalezienia choćby najmniejszego powiewu wiatru, powstała widząc wchodzącego młodego człowieka, i położyła na stole pończochę którą robiła.
- Czego pan sobie życzy? - zapytała.
- Piwa, jeżeli jest.
- Jest, jest, i to sławne piwo strasburskie! zaczekaj pan chwilkę, przyniosę zaraz z piwnicy.
Wyszła.
Jak tylko opuściła salę oberży, podróżny szybko przystąpił do drzwi, prowadzących na podwórze i obejrzał starannie całe ich urządzenie.
- Nie ma haczyka - mruknął - doskonale. Zamiast wozowni otwarta szopa. To właśnie czego nam potrzeba. Gdzież u dyabła się tędy wychodzi? - dodał z uwagą przyglądając się drzwiom w murze, po za którym znajdował się wspomniany poprzednio lasek.
Po chwili przyglądania się, rzekł:
- Za chwilę dokonam inspekcyi, to może być niezmiernie ważne...
Dały się słyszeć kroki. Nieznajomy powrócił na środek izby.
V.
Wóz wprawnie kierowany, rzeczywiście skręcił nagle i wjechał na drogę piasczystą, którą kamerdyner Filipa przebywał kilka godzin temu, wracając z Pontarmé do Chapelle-en-Serval.
Droga była ciężką, ale młody koń silne miał nogi. Vendame zresztą oszczędzał go.
- Trzeba myśleć o powrocie - mówił.
Na zakręcie drogi do Baron, improwizowany woźnica, ufając swej pamięci, skręcił bez wahania na lewo, i znalazłszy się na drodze lepiej utrzymywanej, zwolnił cugle koniowi, który też zaraz puścił się szybszym kłusem.
Błyskawica rozjaśniła niebo, jednocześnie prawie dał się słyszeć przedłużony huk grzmotu.
Jasne światło błyskawicy dozwoliło Vendamowi spostrzedz róg lasu, i o kilka kroków na polu gałęź wkopaną, już zwiędłą.
Gałęź ta stanowiła jeden ze znaków.
W tej chwili osadził konia i rzekł:
- Panie, wysiadajmy, jeżeli łaska... Tutaj ma się odegrać pierwszy akt naszej sztuki, komedyi, albo melodramatu, jak kto woli...
Obaj ludzie wyskoczyli na ziemię.
Julian Vendame wziąwszy konia za cugle przy pysku, zaprowadził go polem zoranem trzymając się brzegu lasu. Po kilku minutach uderzył się o drugą gałęź odłamaną od drzewa, końcem dotykającą ziemi.
- No, jesteśmy na miejscu. Teraz chodzi o zapalenie latarki.
- Jakto? światło na otwartem polu? - zawołał pan de Garennes z przestrachem.
- Nie obawiaj się pan niczego.
- Jednakże...
- Powtarzam panu, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa. Jesteśmy w kotlinie, w której słabe światełko nie może być dostrzeżone... Najbliższy dom mieszkalny jest ztąd daleko i bądź pan pewny, że wabec grożącej burzy, żaden chłop nie wyjdzie zobaczyć, czy sarny albo jelenie nie włażą w szkodę i nie raczą się kartoflami, jak się to często zdarza w okolicach lasów...
Tak rozprawiając i odwracając się plecami do wiatru, kamerdyner potarł zapałkę i zapaliwszy knot latarki, zatknął ją w miękkiej ziemi.
Światełko było blade, ale dostateczne aby oświecić grunt w promieniu trzech lub czterech metrów.
Vendame opuścił ruchomy tylny bok wozu, wyciągnął snopy słomy, rzucił je na ziemię, potem dwie motyki i dwie łopaty.
Pod snopami słomy znajdowała się trumna z dębowego drzewa, zupełnie podobna do tej, którą widzieliśmy wkładaną do furgonu przedsiębiorstwa pogrzebowego, na ulicy Garanci?re.
- Teraz panie, trzeba mi pomódz - rzekł lokaj do swego pana.
Filip zbliżył się.
Obaj schwycili za antaby trumny. Podnieśli ją i postawili na słomie.
Po zrobieniu tego, rzekł Vendame:
- Weź pan latarkę i bądź łaskaw mi poświecić.
Pan de Garenne wykonał to.
Kamerdyner wyjął z jednej kieszeni, śrubsztak, papier zawierający śróbki, i tabliczkę miedzianą, na której wyryty był napis w kilku wierszach, położył tabliczkę na trumnie i przytwierdził ją czterema śrubkami do wieka.
Wiatr dął z podwójną siłą, lecz był już o wiele chłodniejszy. Kilka kropel deszczu spadło na twarze tych dziwnych nocnych pracowników. Grzmot huczał bez przerwy.
Vendame skończywszy z tablicą, zabrał się do odkręcania wielkich śrub trzymających wieko trumny. W kilka chwil szruby zostały wyjęte i wieko otwarte dozwoliło widzieć próżnię w głębi trumny.
- Teraz spieszmy się - rzekł Julian.
Chwyciwszy motykę zaczął kopać, i ziemię rzucać do trumny.
Filip także wziął motykę i pracował nią jak umiał, z niezgrabnością okazującą brak przyzwyczajenia do pracy ręcznej.
Wkrótce trumna na wpół była napełnioną.
- Dosyć - rzekł Vendame zatrzymując się i przykrywając ziemię wrzuconą do trumny snopkiem słomy - trzeba teraz zamknąć na nowo pudełko.
Chustką do nosa otarł brzegi trumny, na których pozostało trochę piasku, mocno dopasował wieko i rzekł chowając narzędzia.
- Włóżmy napowrót do wozu! No, jazda panie, wesoło, a energicznie... hop! do lich a ciężkie!
Filip schylił się, chwycił antaby, potem prostując się obaj jednocześnie podnieśli to, co Julian nazywał pudełkiem, i z trudem wsunęli do wozu.
Wielkie krople potu spływały po czole pana de Garennes.
Vendame zamknął ruchomą część wozu.
- A ta słoma - zauważył Filip wskazując na snop pozostały na ziemi.
- Zabierzemy ją z sobą za powrotem... teraz ona by nam zawadzała. No panie, w drogę! już wielki czas... Burza tym razem zaczyna się na dobre.
Zgasił latarnię.
Filip siedział już w wozie.
Kamerdyner, wziął konia za cugle, odwrócił na miejscu i wprowadził na drogę. Poczem sam wsiadł i popędził konia szybkim kłusem.
Jedenasta biła w najbliższej wiosce.
Pioruny uderzały bez przerwy, ciągłe błyskawice, ciemne głębie nieba zamieniały jakby w piec ognisty. Wiatr straszny dął ciągle. Nagle wszystkie katarakty niebios otwarły się jednocześnie, zatapiając ziemię prawdziwym potopem.
- Pyszny czas, panie baronie! - zawołał śmiejąc się Vendame - jakby na obstalunek! Jestem najmocniej przekonany, że nikt nam nie przeszkodzi.
Jak wiemy, była godzina dziewiąta kiedy furgon pogrzebowy wiozący zwłoki hr. de Vadans do Compiegne, przejeżdżał przez Chapelle-en-Serval, przed drzwiami oberży pod "Białym koniem", gdzie pan z lokajem jedli obiad przy jednym stole.
Konie zdawały się być wyczerpane, woźnica jednak którem u pilno było znaleźć się pod dachem przed oczekiwanym uraganem, popędzał je batem z całej siły.
O wpół do dziesiątej żałobny ekwipaż wjechał do Pontarmé.
Raul de Challins, towarzyszący zwłokom swego wuja, wychylił się z kabryoletu, i zwracając się do woźnicy zapytał:
- Czy znasz jaką oberżę w Pontarmé?
- Znam panie, nie kłopocz się pan o nic, znam jedną i to najlepszą w okolicy, tem bardziej, że nie ma drugiej... trzyma ją wdowa Magloire... zacna kobieta. Znałem także jej męża, ś. p. Magloire'a, był moim przyjacielem, nie jedną flaszkę razem wysuszyliśmy... Będzie panu bardzo dobrze u wdowy... Otóż to tu...
Istotnie po paru sekundach furgon wjechał w podwórze, które tak ściśle badaliśmy w towarzystwie Juliana Vendame.
- Hej! jest tam kto? - zawołał woźnica.
Oberżystka ukazała się natychmiast na progu drzwi mieszkania, wychodzących na podwórze.
Raul zeszedł z furgonu.
- Ah! a to niespodzianka! - zawołała wdowa ujrzawszy kłaniającego się woźnicę. - Pan tu, o tej porze, panie Saturninie, jakimże wypadkiem?
- Wcale nie wypadkiem moja pani Magloire, prosty skutek wykonywania moich obowiązków, daje mi sposobność uściskać ci rękę i przepędzić noc pod twoim dachem pani Magloire. - Odrzekł Saturnin zsiadłszy z kozła i serdecznie ściskając ręce oberżystki.
- A więc będziesz pan tu nocować? - zapytała dobra kobiecina.
- Tak pani Magloire i ten pan również; zajmę się furgonem i końmi, a wy zajmijcie się tym panem i pamiętajcie, że oba jesteśmy zgłodniali.
- Dam panom na wieczerzę co tylko mam najlepszego. Wszak wiesz pan gdzie jest stajnia i wozownia.
- Wiem, wiem, znam tu wszystkie zakątki.
Sam sobie dam rady.
Oberżystka zwróciła się do Raula.
- Czy pan życzy sobie wejść do domu - rzekła do niego.
- Idę za wami, moja kobieto...
I młody człowiek wszedł za wdową do sali oberży.
Saturnin wyprzągł konie.
Umieścił furgon na poprzek pod szopą, służącą za wozownię, zaprowadził konie do stajni, rozebrał je, wytarł słomą, a znając dom doskonale, dał im wszystko czego tylko potrzebować mogły, t. j. wody, siana, owsa i słomy.
Spełniwszy ten obowiązek, wszedł do sali oberży gdzie Raul wydawał rozkazy ażeby wieczerza była jak można najobfitszą, i przygotowane dwa pokoje.
Matka Magloire zadziwioną była przyjemnie a jednocześnie nieprzyjemnie, niespodzianym przyjazdem podróżnych, o tak późnej godzinie.
Przyjemnie, ponieważ grosz wpadnie do kieszeni.
Nieprzyjemnie zaś, bo samej trudno będzie podołać robocie, do której ten przyjazd ją zmuszał.
Słyszeliśmy jak dobra ta kobieta mówiła Julianowi Vendame o dziewce pomagające jej w niedzielę, kiedy goście schodzili się do oberży.
Pomyślała, że najlepiej będzie pójść sprowadzić tę dziewczynę i prosić ją o pomoc w przygotowaniu wieczerzy i uporządkowaniu pokojów.
- Bądź pan chwilkę cierpliwym - rzekła do Raula, wnet powrócę.
I pobiegła na wieś aby wyszukać Franciszkę.
Młody człowiek upadł na krzesło i pogrążył się w smutnych myślach.
Po upływie pięciu minut wszedł Saturnin.
- Cóż to? pana samego tu zostawili - rzekł - gdzież jest wdowa Magloire?
- Wyszła...
- Poczciwa kobieta... zapewne po prowizye... Zaraz powróci... Czy nie czujesz pan potrzeby ochłodzenia się? taki upał i kurzawa?... Ogień mam w piersiach.
- Nie - rzekł Raul - zaczekam na wieczerzę.
- Jak się panu podoba... ale pozwolisz pan, że ja siebie poczęstuje czemś płynnem.
- Owszem.
Saturnin wszedł za bufet wdowy, wziął butelkę, nalał sobie dobrą miarkę wódki, dolał wody i wypił z rozkoszą, aby sobie wypłókać podniebienie, jak mówił.
Wdowa Magloire ukazała się wkrótce z Franciszką.
Ta ostatnia była to rzeźka wieśniaczka, pełna dobrych chęci, które okazała z zadziwiającą energią zabierając się do gotowania wieczerzy jeżeli nie zbyt delikatnej, to za to obfitej. Oberżystka tymczasem pytała się Raula:
- Pan będzie jadł tutaj wieczerzę, czy też w swoim pokoju?
- Tutaj - odpowiedział młody człowiek, z wielkiem zadowoleniem Saturnina, który powiedział sobie:
- Bogu dzięki, przynajmniej nie jest dumny.
IV.
Pozostawiliśmy Filipa de Garennes w pociągu, wychodzącym z dworca Północnego.
Było kwadrans na ósmą kiedy opuścił Paryż.
Na dziesięć minut przed ósmą, pociąg zatrzymał się na stacyi Survillers. Odległość od tej stacyi do Chapelle-en-Serval wynosiła trzy kilometry.
Filip znał dobrze okolicę.
Wyszedł ze stacyi na drogę i szedł prędko jak człowiek, którem u pilno dojść do celu podróży.
W pół godziny przebiegł trzy kilometry i wszedł na wielką ulicę Chapelle-en-Serval, zatrzymał się przed oberżą pod "Białym koniem" i rzucił okiem do środka.
Gospodarz i gospodyni siedzieli przy obiedzie, kilku wieśniaków piło. W końcu sali młody człowiek zbliżał do ust szklankę absyntu.
Filip próg przestąpił.
- Ah! ab! - zawołał młody człowiek spostrzegając go. - A nareszcie! Nie przybyłeś zawcześnie kochany przyjacielu, obiad oczekuje cię...
- Jeść będę z przyjemnością, odpowiedział p. de Garennes, dotykając końcem palców wyciągniętej ręki nieznajomego.
- Panowie - rzekła gospodyni - za pięć minut będziecie mogli zasiąść do stołu. Pozwólcie, że was zaprowadzę do pokoju, w którym nakryte.
- Idziemy, idziemy, kochana pani...
Oberżystka zaprowadziła młodych ludzi do pokoju na pierwszem piętrze.
Nakrycie było bardzo czyste, niemal eleganckie, na okrągłym stole umieszczonym koło otwartego okna wychodzącego na ulicę wioski.
- Zamknijmy okno - rzekł Filip. - Proszę nam podać światło...
- W tej chwili panie...
Oberżystka zeszła na dół.
Filip zbliżył się do okna aby je zamknąć.
Nagle odskoczył w tył.
- Co tam takiego? - zapytał nieznajomy:
- Otóż oni...
Odgłos kopyt końskich i turkot kół ciężkiego wozu rozlegał się na bruku ulicy.
Nieznajomy wychylił się i patrzał na drogę.
- Aha! - rzekł - furgon przedsiębiorstwa towarzystwa pogrzebowego... za pół godziny kuzyn pana barona i nieboszczyk wujaszek, przybędą do Pontarmé.
- Zamknij okno! - rozkazał Filip.
Podróżny, Julian Vendame, kamerdyner pana de Garenne, jak czytelnik zapewne się domyślił, po spieszył wykonać rozkaz.
Furgon pogrzebowy, który widzieliśmy wyjeżdżający z pałacu ś. p. hrabiego de Vadans, na ulicy Garanci?re, jechał nierównym kłusem dwóch ciężkich wyczerpanych ze zmęczenia koni, dyszących z gorąca.
Filip chciał zacząć wypytywać się Juliana Vendame, ale nie miał czasu.
Weszła gospodyni, przynosząc wazę. Za nią szedł jej syn trzymając dwie świece w lichtarzach i postawił je z prawej i lewej strony wazy.
- Pospiesz się pani proszę z usługą - rzekł Julian - a przytem proszę napoić mego konia i dać mu podwójną porcyę owsa.
- Chłopiec mój zajmie się tem natychmiast - odpowiedziała oberżystka - a co do obiadu nie będziecie panowie potrzebowali czekać... wszystko już gotowe.
Wyszła z pokoju.
Jak tylko drzwi się za nią zamknęły, Filip usiadł do stołu. Julian stał w postawie pełnej uszanowania, kamerdynera dobrze wytresowanego i zapytał:
- Może pan baron pozwoli mi usiąść naprzeciwko siebie... jest to wprawdzie bardzo nie na swojem miejscu... ale położenie jest wyjątkowe...
Pan de Garennes wzruszył ramionami i odrzekł:
- Prawdopodobieństwo przede wszystkiem... nie ma tu ani pana ani kamerdynera, tylko dwóch handlarzy zboża... Postępuj więc ze mną jak z kolegą.
- A więc za pozwoleniem pana barona uczynię tak...
- No, siadaj do stołu, jedząc będziemy rozmawiać, ale mówmy po cichu.
Filip podniósł pokrywę wazy, nalał zupę w talerze i dodał:
- Czy wszystko gotowe?
- Czyż byłbym tu gdyby nie było? Koń jest w stajni, wóz w wozowni, od której klucz u mnie w kieszeni. Wóz ten kosztował mnie sześćset franków, koń tysiąc, zaprzęg sto... Jutro właśnie targ na konie... Łatwo przyjdzie się pozbyć, bez wielkiej straty.
- A... szepnął Filip... - to co wiesz?
- Oh! tak, futerał - rzekł Julian Vendame śmiejąc się - w głębi wozu dobrze okryty słomą...
- A miedziana tablica?
- U mnie w kieszeni, ze śrubami, czy chcesz pan zobaczyć?
- Nie potrzeba... Narzędzia?
- W wozie, obok przedmiotu...
- Czy zaopatrzyłeś się w latarkę?
- Strzegłem się zapomnieć.
- Jesteś nieocenionym pomocnikiem, Julianie.
- Robię wszystko co tylko odemnie zależy ażeby... Zresztą tak dobrze to w moim interesie, jak i w pańskim.
Pan de Garennes zmarszczył brwi.
- Trzeba będzie bardzo drogo opłacić tego łotra! - pomyślał.
Co mu nie przeszkodziło nalać wina swemu lokajowi, nalewając sobie.
Julian Vendame podniósł w górę kieliszek.
- Twoje zdrowie, kochany kolego! - rzekł śmiejąc się.
- Dziękuję - odpowiedział Filip krzywiąc się mimowolnie.
Oberżystka przyniosła smażone cynadry.
- Zupa panom smakowała? - zapytała.
- Bardzo, kochana matko - zawołał kamerdyner - i te cynadry mają również dobrą minę... ale wino zostawia do życzenia, prawdziwa pikieta. Czy nie mogłabyś pani przynieść nam jaką starą butelczynę, z kąta piwnicy.
- I owszem moi panowie, mam z góry Saint Jacque3, wszyscy znajdują go wybornem.
- Przynieś więc pani trzy butelki.
Oberżystka wyszła, rozmowa dwóch współbiesiadników zawiązała się na nowo.
- Czy byłeś w Pontarmé? - zapytał baron.
- Tak jest, na trzydzieści stopni upału, zdawało mi się, że się roztopię w drodze.
- Oberża?
- Jedyna we wsi, nie mogą się zatrzymać gdzieindziej...
- A wozownia?
- Prosta szopa, przyparta do muru, do za którym idzie droga, bardzo dla nas przydatna, pozwoli ona doprowadzić nasz interes do skutku tak, że nikt niczego nie posłyszy.
- A więc trzeba będzie przełazić przez ten mur?
- Bynajmniej... przecież Opatrzność czuwa nad dzielnymi ludźmi... Obok szopy znajdują się drzwi, otwarte dniem i nocą...
Gospodyni znowu przerwała rozmowę, przynosząc wino z góry Saint-Jacques; skosztowano nie czekając i uznano go doskonałem, dobra kobieta odeszła promieniejąca.
- A zatem - rzekł Filip - będziemy mogli dostać się na podwórze, nie obudzając podejrzeń?
- Wejdziemy jak do siebie... ani psa... ani męża... ani służących... Sama kobieta z małą chorą siostrzenicą... Zdawałoby się, że umyślnie tak przygotowano... Interes jest pewny.
- Niech się nam tylko uda, Vendame - rzekł pan de Garennes po chwili milczenia - wiesz, że potrafię ci się wywdzięczyć.
- Do licha, liczę n a to... wszak chodzi o pięć do sześciu milionów! Pan baron będzie mógł nie rujnując się dać mi tyle ażebym mógł żyć z renty, jak jaki poczciwy mieszczuch.
- W dniu, w którym wejdę w posiadanie spadku po moim wuju, otrzymasz sto pięćdziesiąt tysięcy franków.
- Nad tą cyfrą będziemy jeszcze dyskutować... w właściwym czasie i miejscu - pomyślał Julian, potem rzekł głośno:
- Pan zapewne ma już plan gotowy, jakim sposobem pozyskać ten piękny kawał grosza... Pan baron nie raczył mi go wyjaśnić, ale ja mam w panu zaufanie.
- Masz słuszność - sucho odrzekł Filip.
- Pan baron jest trochę sztywny ze mną - pomyślał Vendame - zapłaci mi za to, i to drogo.
Obiad miał się ku końcowi. Czas upływał.
- Nie potrzebujemy się zanadto spieszyć - rzekł kamerdyner - musimy przybyć tam wtedy kiedy wszyscy głęboko w śnie będą pogrążeni.
- Ale - zauważył Filip - mamy przecież zatrzymać się w drodze...
- Tak jest, ale na bardzo krótko.
W tej samej chwili, głuchy odgłos grzmotu dał się słyszeć zdala.
Błyskawice w krótkich przerwach, zaczęły czarne niebo przerzynać białem, oślepiającem światłem.
- Będziemy mieli burzę - zawołał Filip z niezadowoleniem - to się nazywa nie mieć szczęścia. Obeszlibyśmy się bez tego dodatku wybornie!
- Można się było spodziewać - odrzekł filozoficznie Vendame. Od trzech dni burza grozi... Ale zresztą, co nam to szkodzi? Utrzymuję właśnie, że wszystko idzie jak najlepiej... Jeżeli będziemy zmuszeni hałasować trochę, huk grzmotu usłyszeć niedozwoli... Idę zaprzęgać... Chwila odjazdu nadchodzi.
- Czy chcesz żebym ci pomógł?
- Nie śmiałbym tego od pana żądać, ale nie odmawiam.. Niepotrzeba aby tutejszym ludziom przyszło na myśl pomagać mi... Mógłby ich zaniepokoić ładunek naszego wozu, i mogliby zobaczyć futerał.... Mam wprawdzie gotową historyę aby wytłomaczyć dla czego wieziemy to pudełko, ale jeśli tylko można uniknąć skompromitowania, choćby jaknajmniejszego, trzeba korzystać z okoliczności. Jeszcze kieliszek fine, płać pan i jedźmy... Poświecisz mi pan kiedy będę zaprzęgał konia....
Vendame wychylił od razu kieliszek od wina pełen koniaku.
Filip de Garennes uczynił toż samo.
Podczas obiadu, obaj wychylali kieliszki za kieliszkami, jakby chcieli się odurzyć.
Żaden z nich jednakże nie potrzebował, upijać się aby nakazać milczenie swojemu sumieniu.
Pan wart był służącego. Pierwszy dozwalał opanowywać się namiętnościom, doprowadzającym do wszelkich występków. Drugi poprostu był łotrem najgorszego gatunku.
Wspominaliśmy już, że Filip należał do ciała adwokatów paryzkich.
Obdarzony niezwykłą inteligencyą, wielu wiadomościami i pierwszorzędnym talentem oratorskim; od niego tylko zależało stać się sławnym adwokatem, zdobyć wysokie stanowisko, i szybko w sposób honorowy, dzięki tylko swej pracy, odbudować dawny piękny majątek.
Nie chciał jednakże, a raczej nie mógł, pogrążony w denerwujących rozkoszach szalonego życia.
Julian Vendame, pochodzący z rodziny poczciwych wieśniaków z Nanteuil-le-Haudouin przed pięcioma laty przyszedł do Paryża, będąc wprzód postrachem swej rodzinnej wioski i całej okolicy.
Ojciec jego dzielny rolnik, prowadził pracowity żywot, a nie mogąc nic z syna zrobić dobrego, bez wielkiego żalu patrzał na jego odjazd.
W Paryżu Vendame prowadził życie bardzo burzliwe, probował wszelkich podejrzanych rzemiosł, a ponieważ nie mogły go one wyżywić, i przedstawiały mu z jednej strony szpital w perspektywie, z drugiej sąd, policyę poprawczą i więzienie, postanowił ustatkować się, przynajmniej pozornie, i pokryć swoje występki, werniksem uczciwości.
Tem gorzej jeżeli werniks ten pękał na wszystkie strony.
Tymczasem, zanim maska spadnie kompletnie, być może zdarzy się sposobność zwrócenia ku sobie fortuny, jakimś zuchwałym czynem...
Vendame został lokajem, przedtem zajmował się podnoszeniem kawałków cygar, występował jako figurant w teatrzykach, był chłopcem na posyłki u jakiegoś podejrzanego pośrednika w interesach i t. p.
Wyjaśnimy później jakim sposobem, uzyskawszy godność kamerdynera barona de Garennes, stał się jego powiernikiem i wspólnikiem.
Filip i Julian opuścili pokój na pierwszem piętrze i zeszli na dół. Gospodyni znajdowała się w sali.
Mąż jej i syn, znużeni ciężką, całodzienną pracą udali się na spoczynek.
- Więc panowie już jedziecie? - zapytała dobra kobiecina zdając resztę z piećdziesięcio-frankowego biletu.
- Tak, trzeba - odpowiedział Julian - musimy być koniecznie tej nocy w Baron.
- Lepiej byłoby tu przenocować.
- Niepodobna...
- Czyż nie słyszycie panowie jak strasznie grzmi?
- Słyszymy doskonale.
- Straszna będzie burza...
- To nas ochłodzi.. A koń mój czy dobrze napasiony? czy zjadł podwójną porcyę.
- Tak jest panie.
- No, to pójdę zaprzęgać...
- Czarno na dworze jak w piecu. Weź pan przynajmniej latarnię.
- To, to i owszem... Mój towarzysz ją weźmie.
Oberżystka zapaliła latarnię i podała ją Filipowi.
Pan de Garennes wziął ją i poszedł za swoim lokajem udającym się do stajni.
Niebo istotnie było czarne jak atrament. Kiedy błyskawica przerzynała te ciemności, widać było straszne chmury, pędzone wichrem jak gdyby dotykały ziemi.
W parę minut koń objedzony owsem aż po nozdrza, zaprzężony został do wozu.
- Czy zapalimy latarnię u wozu? - zapytał Filip.
- Tak jest, dla przejechania wsi... Potem zobaczymy co nam robić wypadnie.
Latarnię zapalili, wóz wyszedł z podwórza, Vendame oddał latarkę oberżystce, siadł na ławeczce z prawej strony swego pana, ściągnął cugle i krzyknął:
- Hop!
Koń młody i silny poszedł szerokim kłusem nie potrzebując bata, odgłos kół rozległ się po bruku wiejskiej ulicy.
Wszystkie domy długiej ulicy Chapelle-en-Serval były zamknięte.
Zaledwie od czasu do czasu, ujrzeć można było smugę światła wydobywającą się przez spaczone okiennice i drzwi szczelnie zamknięte.
Wiatr zawsze gorący, dął coraz silniej.
Odgłos grzmotów stawał coraz częstszy i bliższy.
W krótce minęli ostatnie budynki wioski.
Julian Vendame skierował konia na bok drogi, i wóz toczyć się począł pocichu, po gruncie piasczystym.
- Panie baronie - rzekł do Filipa - teraz zgaś pan latarnię, jeżeli łaska. Na drodze, którą będziemy jechać, nie spotkamy ani żandarma, ani strażnika wiejskiego.
- Ależ bez latarni, będziemy jechać na chybił trafił - zauważył pan de Garennes.
- Bądź pan spokojny - odrzekł Julian - wystudyowałem topografię okolicy. Zaręczam, że nie zbłądzimy.
Filip zagasił latarnię.
Vendame bystrym wzrokiem, zdającym się przebijać ciemności, studyował zakręty drogi.
- Poznaję moją drogę. Skręcimy teraz na prawo - rzekł nagle, wstrzymując bieg konia.
VI.
Oberżystka nakryła do stołu i zwracając się do woźnicy, zapytała:
- Czy panowie jutro zrana odjeżdżają?
- O wschodzie słońca.,. Musimy stanąć w Compi?gne na dziesiątą rano...
- Bardzo dobrze panowie uczynili, zatrzymując się tu i to w samą porę. Będziemy mieli burzę.
- To nam wszystko jedno. Jesteśmy pod dachem, a po burzy przynajmniej nie będzie takiego kurzu na drodze.
Szybko podaną wieczerzę zjedzono w milczeniu; dwaj ludzie znużeni udali się do swoich pokoi, Franciszka odeszła, pani Magloire pozamykała drzwi i poszła spać, wkrótce wszyscy w całym domu pomimo huku grzmotów w głębokim śnie byli pogrążeni.
Niebo otworzyło swoje upusty. Deszcz lejący jak w czasie potopu, rozmiękczał ziemię piasczystą w której koła wozu zagłębiały się prawie po osie.
Koń poganiany przez Juliana Vendame ciężko dyszał i z wielkim trudem postępował naprzód.
Nagle ogromna błyskawica rozpędzając ciemności oświeciła róg muru.
Vendame nachylił się do Filipa.
- Przyjechaliśmy na miejsce, teraz wysiadajmy, jesteśmy zmoczeni do nitki, ale to mała rzecz... deszcz jest ciepły.
Filip włożył płaszcz kauczukowy, w który się zaopatrzył i wysiadł z wozu.
Julian przywiązał konia i drzewa i poszedł za swoim panem.
Przed nimi ukazał się mur dość wysoki z nizkiemi drzwiami pośrodku.
- O to drzwi o których mówiłem, ułatwią one nam nadzwyczaj robotę - rzekł Vendame - za tym murem, znajduje się podwórze oberży. A w tem podwórzu na prawo szopa, pod którą stoi furgon.
- A jeżeli zmienili plan? - wyszeptał Filip - jeżeli się wcale nie zatrzymali w Pontarmé?
- To nie prawdopodobne... Zresztą zaraz się przekonamy... Zaczekaj pan na mnie, pójdę na zwiady...
Julian przy świetle błyskawicy, pocisnął klamkę i popchnął drzwi, które się otworzyły.
Zanim się wejść ośmielił na podwórze, wsadził głowę i utkwił wzrok w głównym budynku mieszkalnym będącym po lewej stronie.
W żadnem z okien oberży nie było światła. Ciemności te uspokoiły go... Przeszedł próg i zbliżył się do szopy.
Światło błyskawicy jednocześnie z ogłuszającem uderzeniem piorunu, dało mu spostrzedz furgon ze swoim wysokim kabryoletem i długą skrzynią.
Furgon ten jak wspominaliśmy stał na poprzek. Można było obejść go ze wszystkich stron.
- Wybornie się składa, myślał Julian. - Aby tylko, klucze w które się zaopatrzyłem otworzyły skrzynię...
Vendame, wydobył z kieszeni kilka kluczy podobnych do tego, jaki Saturnin wręczył Raulowi, na ulicy Garanci?re, po włożeniu trumny hrabiego de Vadans do furgonu.
Klucze te były najrozmaitszych kalibrów.
Julian wziął pierwszy z brzegu, i lewą ręką począł prowadzić po boku skrzyni, szukając otworu zamku. Palec jego natrafił na otwór okrągły wśródku, którego był trójkąt żelazny.
- Mam go - rzekł do siebie - i spróbował włożyć klucz wybrany w otwór zamku. Wszystko składało się jak najlepiej. Odrazu trójkąt zamku dopasował się do otworu klucza. Vendame zakręcił klucz, drzwi furgonu otworzyły się, włożył natychmiast rękę i dotknął wieka dębowej trumny.
Powrócił wtedy do Filipa de Garennes.
- A cóż? - zapytał ten ostatni.
- Wszystko idzie jaknajlepiej. Dalej do roboty.
Nie tracąc chwili, obniżył tył wozu i schwycił za jednę antabę trumny naładowanej ziemią i słomą.
Filip uczynił toż samo ze swej strony i obydwaj przenieśli na podwórze oberży, pod szopę ciężką trumnę i postawili ją na ziemi obok furgonu.
- Weźmy się teraz do drugiej! - rzekł Vendame - trzeba uczynić zamianę.
Po chwili świętokradzka zamiana została dokonaną, skrzynia furgonu zamknęła się nad trumną, w której nie było zwłok hrabiego de Vandans, trumna zaś z zwłokami położoną została na wozie.
Dwaj ludzie zajęli miejsce na wozie i powrócili tą samą drogą, którą przyjechali z Pontarmé.
Przybywszy na pole kartofli, zatrzymali się w tem samem miejscu, na którem byli godzinę temu.
- Ostatni akt naszego dramatu! - rzekł Julian. - Spieszmy się panie baronie, trzeba mnie pomódz wykopać dół.
Filip wziął motykę. Pod ulewnym deszczem, przy strasznym wichrze, przy blasku błyskawic i odgłosie piorunów, pan i lokaj wykopali dół, około sześciu stóp głęboki.
Poczem spuścili trumnę i zasypali ziemią wydobytą przy kopaniu.
- Deszcz zatrze ślady naszej obecności - rzekł Vendame - dyablo sprytny musiał by być ten, któremu by na myśl przyszło, szukać na tem polu, na dwa metry w ziemi, zwłok hrabiego Karola Maksymiliana de Vadans, wuja pana barona! Zmarły spoczywać tu będzie bardzo spokojnie. Mogę go zapewnić, że nikt mu nie będzie przeszkadzać...
Pan de Garennes nie odpowiedział ani słowa.
Łopaty i motyki wrzucono do wozu wraz ze snopami zmoczonej słomy, i podróżni wsiedli i udali się drogą ku Paryżowi.
Vendame zaciął biczem konia, zmuszając go do szybkiego kłusu pomimo zmęczenia.
- Jeżeli się ochwaci tem gorzej dla niego - rzekł Julian - musimy dojechać do Paryża.
Przejechali szybko Chapelle-en-Serval, i mniej niż w godzinę przebyli wioskę Louvres.
Burza oddaliła się. Niebo miejscami ukazywało błękit, deszcz zaledwie padał i wkrótce ustał zupełnie.
Świtać zaczęło, i dwaj ludzie niedawno przy kopaniu dołu potem oblani, szczękali zębami od rannego chłodu.
- Co zrobimy z narzędziami? - zapytał Filip.
- Nie weźmiemy ich z sobą do Paryża to pewna - odrzekł Vendame - trzeba je tu zostawić.
Zatrzymał konia, zsiadł z wozu i wziąwszy motyki i łopaty, rzucił je do rowu napełnionego wodą ulewy... Cokolwiek dalej rzucił szrubsztak na pole zorane... Dalej znowu pozbył się słomy zmoczonej i obłoconej.
Tym sposobem nie było już niczego w wehikule coby ich mogło skompromitować.
- Co do wozu i konia - rzekł Julian - zmieniam cokolwiek program... Zwierzę jest wyczerpane... sprzedając je dziś na końskim targu, możnaby zaledwie dostać wartość skóry... byłoby to, w głupi sposób wyrzucać za okno pieniądze... Postawię go w stajni jednego znajomego handlarza koni w La Villette, i za kilka dni zajmę się pozbyciem go... Czy pan baron zgadza się...
- W zupełności.
O szóstej rano dojechali do La Villette.
Filip zostawił tu swego lokaja a sam wsiadł do fiakra i kazał się odwieźć do domku przy ulicy Assas, rozebrał się i położył do łóżka.
Mało miał czasu do spania, musiał wkrótce wraz z matką jechać do Compi?gne na nabożeństwo żałobne.
Zaledwie głowę przyłożył do poduszki zamknął oczy i zasnął snem tak głębokim, że nie słyszał Juliana Vendame wchodzącego i zabierającego się do wykonywania swych lokajskich funkcyi.
O czwartej zrana Raul de Challins zajął swoje miejsce w kabryolecie furgonu pogrzebowego, a Saturnin wychyliwszy duży kieliszek wódki, ofiarowany mu przez wdowę Magloire jako przyjacielowi nieboszczyka męża, zaciął konie.
Duszące powietrze wczorajsze, było dziś świeże, prawie chłodne.
Konie dobrze wypoczęte, biegły raźnie.
Według przewidywania woźnicy, z łatwością dojechano do Compi?gne, punkt o godzinie dziewiątej.
Raul wskazał drogę, którą należało jechać do rezydencyi ś. p: hrabiego de Vadans.
W okolicy własność tę nazywano Szaletem.
Szalet znajdował się o kilometr może drogi na prawo od Compi?gne, w cienistej dolinie, w głębi której eleganckie kontury dachu, malowniczo odbijały od ciemnej zieleni drzew służących im za tło.
Obszerne trawniki gdzie niegdzie ubrane bukietami drzew, tworzyły jak gdyby aksamitny dywan przed szaletem.
Na prawo, na lewo i z tyłu domu rozlegał się wielki i dobrze zarysowany park.
Przybywszy do bramy parku, Raul zeskoczył na ziemię, zbliżył się do kraty i zadzwonił.
Drzwi pawilonu położonego z boku kraty żelaznej, otwarły się natychmiast, i siedemdziesięcioletni starzec ukazał się na progu w towarzystwie kobiety nie wiele od niego młodszej.
Oboje mieli oczy zaczerwienione.
Spostrzegłszy Raula starzec podbiegł otworzyć obie połowy bramy, i furgon wjechał do parku.
- Czy administracya pogrzebowa przysłała swych ludzi? - zapytał pan de Challins starego służącego.
- Tak jest, panie hrabio... Są tu już przeszło od godziny. Zawiesili draperyę nad wejściem do szaletu i ustawili katafalk na którym złożone będą zwłoki naszego biednego pana. Czekaliśmy na furgon....
- To dobrze... Czy zamówiłeś powozy w Compi?gne, jak ci o tem pisałem, ażeby stały przed dworcem dla osób które przyjadą z Paryża na pogrzeb?
- Tak jest, panie Raulu!
- Wiele zamówiłeś powozów?
- Dwanaście.
- To wystarczy jak myślę... Jak tylko Honoryusz przyjedzie z Berthaud, przyślij ich do mnie, proszę cię...
- Dobrze, panie Raulu.
Woźnica Saturnin nieruchomy na koźle oczekiwał rozkazów...
- Jedźcie do szaletu... - rzekł mu pan de Challins.
Furgon ruszył stępo.
Raul szedł na przedzie. Zbliżono się do mieszkania. Fasada ubrana była czarną draperyą ze srebrnemi łzami. Ponad głównem wejściem zawieszoną była tarcza harbowa, z hrabiowską koroną.
Komisarz żałobny podszedł do Raula, który wręczył mu papiery upoważniające do przewiezienia zwłok z Paryża do Chantilly. Wtedy żałobnicy otworzyli furgon kluczem który im podał pan de Challins i złożyli trumnę na katafalku; przykryli ją czarnym całunem przeciętym wielkim białym krzyżem, poczem odeszli oczekiwać n a chwilę pogrzebu.
Raul pozostał sam w kaplicy żałobnej.
VIII.
Zanim pójdziemy dalej w naszem opowiadaniu należy się cofnąć w przeszłość i pokrótce opowiedzieć fakta spełnione, które czytelnik wiedzieć powinien, aby zrozumieć to co dalej nastąpi.
Dwadzieścia dwa lat przed epoką, w której rozpoczęła się historya przez nas wiernie opowiadana, hrabia Karol Maksymilian de Vadans zaślubił pannę Joannę de Viefville.
Joanna miała lat dwadzieścia cztery.
Hrabia miał trzydzieści osiem i zamieszkiwał już wtedy pałac przy ulicy Garanci?re, tam więc zawiózł młodą swoją żonę.
Małżeństwo to było w całem znaczeniu tego wyrazu, małżeństwem z rozsądku. On poślubił pannę de Viefville dla tego, że pochodziła z jednego z najlepszych domów, i posiadała majątek równy jego majątkowi; nie uczuwał jednak dla niej żadnej miłości, i dowiódł tego aż nadto zaniedbując młodą hrabinę w kilka miesięcy po ślubie, pomimo, że była ona pod każdym względem czarującą. Pan de Vadans dozwolił swobodnie rozwinąć się swemu charakterowi egoistycznemu i gwałtownemu, i więcej niż kiedykolwiek oddał się namiętności dalekich podróży, i awanturom miłosnym, jak gdyby nowe jego stanowisko, nie nakładało nań nowych i koniecznych obowiązków.
Maksymilian miał dwie siostry i brata.
Starsza wyszła za barona de Garennes jednocześnie prawie z młodszą, która zaślubiła wicehrabiego de Challins.
Gilbert de Vadans, brat młodszy o lat dziesięć, z prawdziwego powołania poświęcił się pracom naukowym, a specyalnie medycynie.
Po świetnych egzaminach, laureat na wszystkich konkursach, pomimo stosunkowej młodości, poważna opinia publiczna przyznawała mu zalety znakomitego lekarza, chirurga i chemika.
Dwaj bracia mieszkali razem. Gilbert na drugiem piętrze pałacu przy ulicy Garanci?re. Hrabia sympatyę swoją dzielił pomiędzy niego a siostrę wicehrabinę de Challins.
Rzadko zato widywał baronowę de Garennes której charakter dominujący nie godził się z jego usposobieniem.
Wychodząc za hrabiego de Vadans, Joanna de Viefville uległa namowom familii bez oporu ale też i bez pociągu.
Nie zajęta nikim mówiła sobie, że zapewnie pokocha swego męża, i byłaby go może pokochała, gdyby chłód jego nie przeszkodził zrodzić się miłości.
Nowe horyzonty wkrótce otwarły się przed oczyma Joanny. Młoda kobieta zrozumiała to, o czem młode dziewczęta pojęcia nawet nie mają.
W parę miesięcy po ślubie nabrała bolesnego przeświadczenia, że nigdy nie będzie szczęśliwą.
- Poświęcono mnie mimo mej woli... - mówiła. - A więc zgadzam się być ofiarą. Jeżeli nie przeznaczo mi w tem życiu być szczęśliwą, przynajmniej pozostanie mi spokój sumienia, zadowolenie ze spełnionego obowiązku... Będę uczciwą kobietą.
Hrabia Maksymilian, jak mówiliśmy, wiele podróżował, pozostawiając Joannę w Paryżu.
Gdyby nie obecność Gilberta w pałacu, byłaby zupełnie opuszczoną. Samotność ta musiała wywołać smutne następstwa.
O ile Maksymilian był obojętnym względem swej żony, o tyle Gilbert okazywał się serdecznym i po bratersku czułym dla swojej bratowej.
Joanna zachorowała.
Hrabia znajdował się we Florencyi, bardzo zajęty jakąś modną śpiewaczką.
Gilbert zatelegrafował, ażeby jak najprędzej powracał do Paryża, ponieważ stan żony w każdej chwili stać się może groźnym.
Maksymilian odpowiedział:
"Ważne interesa zatrzymują mnie we Florencyi. Mam nadzieję, że komplikacye o których mi wspominasz nie nastąpią; obecność moja zresztą nic nie wpłynęłaby na zmianę sytuacyi, a zatem jest niepotrzebną. Joanna nie może być w lepszych jak twoje rękach. Czyż nie jesteś jednym ze świeczników wiedzy społecznej? Jeżeli ty Joanny nie wyratujesz, nikt inny uczynić tego nie zdoła".
Czytając tę suchą aż do brutalstwa odpowiedź, Gilbert zadrżał.
- Biedna kobieta! - mówił ze ścieśnionem sercem i ze łzami w oczach. - Możeby lepiej było dla jej szczęścia, ażeby umarła. Mam podwójne zatem przy niej zadanie do spełnienia: brata i lekarza. Potrzeb a ażeby żyła! I żyć będzie.
Przewidziane komplikacye nastąpiły z gwałtownością jakiej Gilbert nie przewidywał.
Tygodnie całe musiał z całą energią walczyć ze śmiercią, zaglądającą do łoża chorej.
Kilkakrotnie zdawało mu się, że nauka jest bezsilną, lecz nie tracił odwagi i nakoniec poświęcenie młodego lekarza, śmierć zwalczyło.
Kiedy po czterech miesiącach nieobecności, Maksymilian powrócił do Paryża, zastał Joannę uleczoną, choć jeszcze bardzo bladą.
- Byłem tego z góry pewny!... rzekł do brata. Widzisz więc, że miałem wielką słuszność liczyć na ciebie i nie opuszczać miasta, gdzie tak mi czas schodził przyjemnie...
Podczas choroby i rekonwalescencyi hrabiny, Gilbert miał sposobność poznać bratowę swoją lepiej daleko, aniżeli pierwej.
Nigdy duszy tak czystej, serca tak kochającego nie napotkał dotychczas.
- Co prawda, mówił do siebie, ażeby pogardzać takim skarbem, nie cenić go stosownie do jego wartości, Maksymilian musi być chyba ślepym albo szalonym! Gdybym to ja był mężem Joanny, uwielbiał bym ją!!
Pewnego dnia, spostrzegł się, że ją uwielbiał.
Pierwszem jego uczuciem, było oburzenie na samego siebie.
Kochać, żonę brata! miłość występna, kozirodstwo niemal!
Wstręt czuł do siebie, chciał uciec - lecz wkrótce uspokoił się całym szeregiem logicznych rozumowań.
Cóż szkodzić może ta występna namiętność, jeżeli ta co ją natchnęła, nigdy się o niej nie dowie? Wszak sercu nie można rozkazywać, ale można ustom nakazać milczenie...
I Gilbert przysięgał nigdy nic nie mówić, zarówno, jak Joanna przysięgła pozostać uczciwą kobietą.
Na nieszczęście zasłona spadać poczęła z oczu hrabiny, tak, jak już spadła z oczu Gilberta.
Ona również zrozumiała, że kocha człowieka, który jej życie ocalił.. Ona również oburzała się na siebie, drżąc z przerażenia, rumieniąc się ze wstydu.Ona także uspokoiła się, myśląc, że wieczna noc okryje tajemnicę jej występnej miłości.
Niestety! to co miało nastąpić, stało się, fatalnie, pomimo wszystkiego.
Podczas nowej nieobecności Maksymiliana, zawiązała się ta występna miłość.
Hrabia podróżował po Indyach angielskich. Podróż jego trwać miała blisko rok cały.
P. de Vadans posiadał jak wiemy, szalet w Compi?gne, gdzie Joanna przebywała od pierwszych pięknych dni wiosennych aż do końca jesieni.
Gilbert zatrzymany pracą i klientelą codzień się zwiększającą w Paryżu, co sobota jeździł do Compi?gne i spędzał czterdzieści osiem godzin w szalecie.
Tam to hrabina zrozumiała głębię przepaści w jaką wpadła.
Jesień miała się ku końcowi, chwila powrotu do pałacu na ulicy Garanei?re zbliżała się.
Joanna szalała ze strachu i rozpaczy, zwierzyła się ze swym stanem Gilbertowi, i jego przerażenie nie było mniejsze.
Koniecznem było, aby nikt nie mógł powziąć żadnego podejrzenia. Lecz jak osiągnąć ten rezultat?
Gilbert szukał sposobu i wkrótce znalazł go.
Na szczęście, nieobecność hrabiego według wszelkiego prawdopodobieństwa trwać mogła jeszcze długo.
Pani de Vadans powróciła do Paryża, i żyła w zupełnej samotności, nie przyjmując nikogo, nie opuszczając prawie swego apartamentu, nie wychodząc na krok z pałacu. Nikt nie miał najmniejszego podejrzenia.
Służący pałacu panią swoją uważali za świętą.
Stanowcza chwila zbliżała się. W zimie szalet w Compi?gne strzeżony był tylko przez starego służącego, poczciwego człowieka, wierności nieposzlakowanej, lecz bardzo ograniczonej inteligencyi.
Nie zobaczy on nic czego nie chcianoby aby widział; nie uwierzy niczemu w coby mu wierzyć nie dozwolono.
Joanna w danej chwili, okaże chęć udania się na jeden dzień do Compi?gne. Gilbert sam towarzyszyć jej będzie.
Na dwa dni przed wyjazdem młody doktór powiedział swemu służącemu, że wezwany na konsultacyę, wyjeżdża do Orleanu i nie powróci aż dopiero nazajutrz.
I pojechał, nie do Orleanu lecz do Compiegne gdzie stanął o ósmej wieczorem.
CZĘŚĆ PIERWSZA
Tajemnica Pontarmé.
I.
Dnia 27 lipca 1881 o czwartej popołudniu, trzydziestostopniowy upał zamieniał Paryż jak gdyby w jakiś piec olbrzymi. Tyle elektryczności mieściło w sobie powietrze, że zaledwie można było oddychać. Asfalt topniał na trotuarach. Ani jeden powiew wiatru nie poruszył kurzem okrytej zieloności drzew na bulwarach.
W wyższych sferach kilka obłoków miedzianego koloru zwolna przesuwało się po błękitnem niebie - nieomylne zwiastuny burzy.
Mieszkańcy lewego brzegu Sekwany, znają dobrze ulicę Garauci?re, wązką i krótką, niezaprzeczonej przyzwoitości, lecz jedną z najsmutniejszych w całym Paryżu.
W dziedzińcu starego pałacu, żałobny furgon z podłużną skrzynią malowaną na zielono i z zakrytem siedzeniem na przodzie, oczekiwał u stóp kamiennych stopni, prowadzących do przedsionka rezydencji hrabiego Karola-Maksymiliana de Vadans, zmarłego przedwczoraj.
Tylna część furgonu, a tem samem skrzynia zwróconą była ku schodom. Drzwi stały otworem.
Woźnica administracyi przedsiębierstwa pogrzebowego, stał w blizkości koni z odźwiernym pałacu, który jednocześnie był także stangretem zmarłego hrabiego, w czasach kiedy on jeszcze trzymał konie.
Podwórze, zasłonięte wysokiemi wieżami kościoła Saint-Sulpice, pogrążone w szarym cieniu nawet w godzinach południowych - dziwnie było ponure i smętne. Chwasty wyrastały z pomiędzy kamiennego bruku. Tynk murów nabrał jakiegoś zielonawego odcienia. Tenże sam kolor widniał na fasadzie pałacu, zbudowanego z ciosowego kamienia, lecz bez żadnego stylu.
Okiennice zewnętrzne obu piątr hermetycznie były zamknięte, z wyjątkiem jednego tylko okna.
Widocznie śmierć przestąpiła progi tego milczącego mieszkania, wyglądającego tak melancholicznie.
Służący ubrany czarno, otworzył na rozcież szklanne drzwi przedsionka, i na najwyższym stopniu peronu, ukazało się czterech żałobników niosących na ramionach ciężką dębową trumnę.
Za trumną szła kobieta około lat pięćdziesięciu, w grubej żałobie, za nią dwóch młodych ludzi, z których jeden mógł mieć około dwudziestu ośmiu lat, drugi dwadzieścia pięć.
Stara służąca postępowała za nimi, szlochając.
Kobieta w grubej żałobie była to baronowa de Garennes, siostra hrabiego, którego zwłoki spoczywały w trumnie niesionej przez czterech żałobników.
Pierwszy z młodych ludzi Filip de Garennes był jej synem, Drugi nazwiskiem Raul de Challins był synem wicehrabiego de Challins, męża siostry, Maksymiliana de Vadans i baronowej de Garennes, Rodzice jego już nie żyli.
Dwaj kuzynowie i baronowa stanowili całą znaną familię zmarłego.
Lokaj czarno ubrany, który drzwi otworzył, był kamerdynerem, w służbie hrabiego od lat dwudziestu pięciu, zarówno jak i stara służąca którą widzieliśmy płaczącą; on nazywał się Honoryusz, ona Zuzanna.
Baronowa, przed dwudziestu pięciu laty, wymieniana, jako jedna z najładniejszych kobiet Paryża - a przytem jako jedna z najlekkomyślniejszych, zachowała ślady dawnej piękności, nic jednak w niej nie przypominało starej grzesznicy.
Rysy jej twarzy dumne, surowe, prawie ascetyczne, wzbudzały szacunek połączony z pewną obawą.
Syn jej Filip, był wysokiego wzrostu, jasnych włosów, postaci dystyngowanej, twarz jego jednakże nie wzbudzała sympatyi, pomimo zupełnej regularności rysów.
Ciągły uśmiech błądzący po ustach cokolwiek zbyt wązkich, wyrażał czasami gorycz, a czasem ironię. Wzrok niepewny nigdy nie spoczął prosto i z ufnością na innym wzroku.
Twarz jego, starannie wygolona, dawała mu pozór sądownika - pozór ten był tylko nawpół omylnym. Filip nie należał do sądownictwa, ale można było widzieć jego nazwisko na liście członków ciała adwokackiego Paryża.
Bardzo był podobny do matki, a nic wcale do swego brata ciotecznego, Raula de Challins.
Ten ostatni miał lat dwadzieścia pięć, jak mówiliśmy, wzrostu średniego, twarzy otwartej, którą ożywiał wyraz szczerości i oświecały wielkie oczy, słodkie i dobre. Gęste włosy, ciemne, naturalnie wijące się, otaczały twarz bladą cokolwiek, lecz tej matowej i pełnej życia bladości. Jedwabisty wąsik zaciemniał górną jego wargę.
Na twarzy tej czytać było można smutek głęboki; niedawne łzy zaczerwieniły powieki, jeszcze wilgotne.
Żałobnicy umieścili trumnę dębową w skrzyni furgonu. Woźnica zamknął drzwiczki. Poczem zwracając się do dwóch siostrzeńców zmarłego, zapytał:
- Który z panów, towarzyszy zwłokom do Compiegne?
- Ja - odrzekł Raul de Challins.
- Oto klucz od furgonu.
Woźnica oddał młodzieńcowi jeden z tych kluczy trójkątnych, które pospolicie nazywają kwadratowemi, poczem dodał:
- Czy pan posiada papiery potrzebne do pogrzebania zwłok w Compi?gne?
- Mam wszystko w porządku.
- A więc możeby pan zechciał zająć miejsce w kabryolecie, pojedziemy natychmiast... już jest późno a burza się zbliża.
- Zatrzymasz się w Pontarmé, nieprawdaż? - rzekł Filip.
- Tak mój kuzynie - odrzekł Raul.
- Dziewięć mil bez odetchnienia - zauważył woźnica. - Podczas tego upału biedne konie dobre wezmą cięgi.
- O której będziesz jutro w Compi?gne?
- Wyjechawszy z Pontarmé o czwartej rano, staniemy w Compiegne około dziewiątej.
- Wszak nabożeństwo zamówione na dwunastą? - zapytała baronowa de Garennes.
- Tak, moja ciotko.
- A więc, kochany siostrzeńcze, przyjedziemy z Filipem, na krótko przed ceremonią.
- Honoryuszu - rzekł Raul, zwracając się do starego kamerdynera - zabierz Zuzannę i Berthauda, i pierwszym rannym pociągiem przyjeżdżajcie połączyć się ze mną w szalecie.
- Tak jest, panie Raulu, będziemy tam niezawodnie, aby oddać ostatnią posługę biednemu naszemu panu.
Woźnica furgonu tymczasem niecierpliwił się.
- Prosiłbym pana, ażeby był łaskaw spieszyć się - rzekł - niebo zachmurza się coraz bardziej. Musimy się starać zrobić dobry kawał drogi przed burzą, jeżeli to możliwe...
- Już, już siadam...
Czterej żałobnicy po dokonaniu swego gadania stali ciągle na podwórzu. Zdawali się czegoś oczekiwać.
Jeden z nich z kapeluszem w ręku, zbliżył się do Raula, wypowiadając słodkim tonem, tę suplikę:
- Mamy nadzieję, że pan o nas nie zapomni.
Młody człowiek zrozumiał.
Otworzył portmonetkę i położył sztukę złota na ręku proszącego, który zapewniwszy o swej wdzięczności, odszedł z towarzyszami, mówiąc do nich po cichu:
- To ten jest spadkobiercą, na pewno.
Raul ucałował ciotkę, uścisnął rękę kuzyna i zajął miejsce w kabryolecie furgonu.
Berthaud woźnica nieboszczyka, hrabiego, otworzył na rozcież bramę dziedzińca. Żałobny ekwipaż wyjechawszy z podwórza na ulicę Garanci?re udał się w kierunku placu Saint Sulpice i ulicy Bonaparte.
Najęty powóz oczekiwał w bliskości pałacu. Pani de Garennes z synem zajęła w nim miejsce. Brama się zamknęła.
- Gdzież jedziemy? - zapytała baronowa Filipa.
- Powóz odwiezie cię do domu, moja matko - odrzekł. - W przejeździe wysiądę przed mojemi drzwiami... Poczem zawołał na woźnicę:
- Ulica Assas Nr...
Powóz ruszył.
- Cóż teraz zamierzasz uczynić?
- Wszakże wiesz dobrze, moja matko...
- Zobaczysz się z Julianem Vandame?
- Tak jest...
- Czy wszystkie środki przedsięwzięte?
- I dobrze przedsięwzięte, zaręczam ci. Najdrobniejsze szczegóły z góry są obmyślane.
- Nie obawiasz się niczego?
- Niczego zupełnie... A gdybym się nawet i czegoś obawiał, stawka warta zaryzykowania... Położenie jest nie do zniesienia, ani dla mnie ani dla ciebie matko, musiemy być bogaci... majątek wuja musi należeć do mnie w całości, i należeć będzie, przyrzekam ci to...
- Jedna rzecz mnie niepokoi... powiem ci nawet... przeraża mnie...
- Cóż takiego?
- Zaufanie jakie pokładasz w tym Julianie Vandame... Pamiętaj, że robisz go swoim wspólnikiem...
- No i cóż z tego?
- Może cię zdradzić...
- Jego własny interes nie pozwoli mu tego uczynić...
- Dziś, być może, ale później interes jego może mu nakazać...
- Niepodobna... Julian jest na mojej łasce...
- A ty będziesz na jego.
- Nie zaprzątaj sobie niepotrzebnie głowy moja matko... Niepokój twój nie ma żadnego powodu... A zresztą nie mogłem sam działać. Lepiej zatem było użyć człowieka zręcznego, inteligentnego, na którego mogę liczyć, jak szukać dopiero innego... Czyż nie prawda?
- Prawda.
Z ulicy Garanci?re na ulicę d'Assas odległość nie wielka. Po kilku minutach powóz zatrzymał się przed wskazanym numerem.
- Wracaj do siebie matko - rzekł Filip do baronowej - i bądź spokojna... Odpowiadam za wszystko.
- Kiedy cię zobaczę?
- Przyjdę po ciebie jutro rano. Pojedziemy razem rannym pociągiem do Compiegne i trafiemy na sam czas ceremonii.
- Bądź rozsądny!
- Powtarzam, bądź spokojna.
Filip wysiadł na trotuar, zamknął portyerę i rzekł do woźnicy:
- Ulica de Madame Nr. 50.
Powóz odjechał.
Młody człowiek znalazł się przed małym pawilonem, składającym się z parteru i pierwszego piętra.
Wyjął z kieszeni pęk kluczy, wybrał jeden i otworzył drzwi swego mieszkania.
Drzwi te znajdujące się w pośrodku pawilonu, wychodziły na wązki korytarzyk, prowadzący z jednej strony do małego salonu i gabinetu adwokata, z drugiej do pokoju jadalnego i kuchni. W głębi znajdowały się schody na pierwsze piętro, składające się z dwóch pokojów sypialnych, gabinetu i pokoju służącego.
Filip wszedł na pierwsze piętro, przeszedł pokój sypialny i wszedł do gabinetu, w którem na ścianie wisiały różne ubrania. Wybrał stare ubranie do polowania, składające się z kurtki, kamizelki i spodni, z grubego brązowego aksamitu, wziął je na siebie, włożył trzewiki z grubemi podeszwami, a na wierzch kamasze z naturalnej skóry, ściskające nogi pod kolanami.
Zmienił charakter twarzy, podznaczując na niebiesko kontur oczu, ołówkami pastelowemi i robiąc sobie kilka zmarszczek; zawiązał na szyi czerwony fular i na głowę włożył, miękki filcowy kapelusz z szerokiem rondem, portmonetkę do kieszeni. Po czem wszedł do pokoju służącego i wziął na rękę wielki płaszcz kauczukowy, jaki noszą woźnice na deszcz i wyszedłszy z pawilonu, skierował się ku najbliższej stacyi fiakrów, nie zaniedbawszy wcisnąć kapelusza na oczy, tak, że mu zasłonił połowę twarzy.
Idąc, spojrzał Da zegarek. Wskazywał szóstą.
Wsiadł do fiakra. Woźnica siedział na koźle.
- Gdzie pan każe? - zapytał zbierając cugle.
- Na dworzec W schodni.
Koń ruszył szybkim kłusem.
Parę minut przed siódmą Filip wysiadł przed dworcem Strasburskim, lecz skoro fiakr odjechał, przeszedł przez salę pasażerską, i zamiast udać się do kasy, wszedł na schody prowadzące na ulicę Deux Gares.