Panna Austen - Gill Hornby

Kup ebooka

32.90 zł
27.31 zł (23,03 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rodziny

Auste­no­wie

WIE­LEBNY GEO­RGE AUSTEN, pro­boszcz para­fii w Ste­ven­ton, i jego żona CAS­SAN­DRA AUSTEN: para miała ośmioro dzieci, z któ­rych jedno, syn Geo­rge nazwany tak po ojcu, był upo­śle­dzony i miesz­kał z dala od rodziny. Pozo­stałe dzieci:

JAMES prze­jął po ojcu para­fię w Ste­ven­ton. Po śmierci pierw­szej żony oże­nił się z MARY LLOYD. Mieli troje dzieci: ANNĘ, JAMESA-EDWARDA i CARO­LINE.

EDWARD został w mło­dym wieku zaadop­to­wany przez boga­tych krew­nych i wiódł życie wła­ści­ciela ziem­skiego. Oże­nił się z ELI­ZA­BETH i mieli jede­na­ścioro dzieci. Ich naj­star­sza córka FANNY była ulu­bie­nicą jego sióstr: Cas­san­dry i Jane.

HENRY naj­pierw był żoł­nie­rzem, potem ban­kie­rem, a na koniec pasto­rem. Naj­zdol­niej­szy i naj­bar­dziej świa­towy z braci, pomógł Jane zna­leźć wydawcę i peł­nił funk­cję jej agenta.

CAS­SAN­DRA była zarę­czona z Tomem Fowle'em; w póź­niej­szych latach spra­wo­wała pie­czę nad lite­racką spu­ści­zną sio­stry.

FRAN­CIS, znany jako Frank, wstą­pił do mary­narki, dosłu­żył się stop­nia admi­rała i otrzy­mał tytuł szla­checki. Po śmierci pierw­szej żony, która osie­ro­ciła dzie­się­cioro dzieci, oże­nił się z MAR­THĄ LLOYD.

JANE napi­sała sześć powie­ści, z któ­rych dwie uka­zały się już po jej śmierci. Zmarła w lipcu 1817 roku.

CHAR­LES rów­nież był mary­na­rzem.

Fowle'owie

Wie­lebny THO­MAS FOWLE, pro­boszcz w Kint­bury, i jego żona JANE FOWLE mieli czte­rech synów:

FUL­WAR CRA­VEN objął po ojcu para­fię w Kint­bury i oże­nił się z ELIZĄ LLOYD. Mieli trzech synów i trzy córki: MARY-JANE, ELI­ZA­BETH i ISA­BELLĘ.

TOM był zarę­czony z Cas­san­drą.

WIL­LIAM został leka­rzem woj­sko­wym, a CHAR­LES praw­ni­kiem. Obaj zmarli młodo.

Lloy­do­wie

ELIZA była żoną Ful­wara Cra­vena Fowle'a.

MAR­THA była bli­ską przy­ja­ciółką Cas­san­dry i Jane Austen. W póź­niej­szych latach poślu­biła Franka Austena.

MARY była żoną Jamesa Austena.

Wpro­wa­dze­nie

Chodźmy tą ścieżką.

Zamknął za nią ogro­dową furtkę i wska­zał ręką w stronę Elm Walk. Otu­liła się cia­śniej sza­lem i ode­tchnęła głę­boko czy­stym, świe­żym powie­trzem. Był rok 1795 i ten dzień uznał, że zain­au­gu­ruje wio­snę. Wysoko na dębie ptaki wyśpie­wy­wały swoją radość, na gałę­ziach poja­wiły się lep­kie wypu­kło­ści. Razem wspięli się na zbo­cze za ple­ba­nią, prze­szli przez lukę w żywo­pło­cie i tam - z dala od oczu jej rodziny - zatrzy­mał się i ujął jej dłoń.

- Uko­chana - zaczął Tom. Cassy uśmiech­nęła się: naresz­cie. Tak długo cze­kała na tę chwilę. - Och... - Urwał, nagle zawsty­dzony. - Zdaje mi się, że wiesz, co chcę powie­dzieć.

- Wiem? - Spoj­rzała na niego zachę­ca­jąco. - Z roz­ko­szą usły­szę, co chcesz mi powie­dzieć, cokol­wiek to jest. Pro­szę. Mów dalej.

Prze­mó­wił więc. Nie była to wyra­fi­no­wana dekla­ra­cja, zwa­żyw­szy, ile czasu miał na jej przy­go­to­wa­nie. Momen­tami ury­wana - kocha ją od... sam już nie pamięta, od kiedy... jest jedyną kobietą, z którą mógłby roz­wa­żać... hmm... wspólne... i tak dalej, ale ona mimo to słu­chała urze­czona. Prze­mowa paso­wała ide­al­nie do jego uro­czego cha­rak­teru i zarówno ona, jak i ta chwila były jed­no­cze­śnie cudowne i zwy­czajne, tak jak powinny. Kiedy wydało się, że wszyst­kie słowa, także te nie­do­sko­nałe, zaczy­nają go zawo­dzić, posta­no­wiła oszczę­dzić mu mozołu. Poca­ło­wali się, a całe jej ciało zalała fala - czego dokład­nie? - tak, satys­fak­cji. To było jej prze­zna­cze­niem. Wszystko w jej życiu zna­la­zło się na swoim miej­scu.

Spa­ce­ro­wali pod rękę jesz­cze przez chwilę i oma­wiali warunki zarę­czyn. Tak naprawdę był tylko jeden, który prze­peł­niał ich tro­ską: narze­czeń­stwo będzie dłu­gie. I trzeba było też wspo­mnieć o tych okrop­nych sło­wach: "dwie­ście pięć­dzie­siąt fun­tów" i "rocz­nie" - jakże doku­czały im obojgu! Ale musieli o nich pamię­tać. Pro­sił o cier­pli­wość; przy­rze­kła ją bez chwili namy­słu. Cassy skoń­czyła dopiero dwa­dzie­ścia dwa lata; mieli przed sobą tyle czasu. A cier­pli­wość była jedną z jej wielu cnót. Ruszyli w stronę domu, by podzie­lić się rado­sną nowiną.

Przy­jęto ją z zachwy­tem, o któ­rym mogli marzyć, lecz nikt nawet nie uda­wał zasko­cze­nia. Te zarę­czyny bowiem - panny Cas­san­dry Austen ze Ste­ven­ton z mło­dym wie­leb­nym Tomem Fowle'em z Kint­bury - ist­niały w powszech­nej świa­do­mo­ści na długo, zanim para pod­jęła decy­zję. Był to w końcu zwią­zek ide­alny, z rodzaju tych, które ura­dują wiele osób. Tak więc musi wyglą­dać ich przy­szłość, to jedyne moż­liwe szczę­śliwe zakoń­cze­nie.

Wszech­świat zade­cy­do­wał o tym już przed wie­loma laty.

Roz­dział I

* * *

Kint­bury, marzec 1840

Panno Austen. - Głos roz­legł się za nią. - Pro­szę mi wyba­czyć. - Odwró­ciła się. - Nie wie­dzia­łam, że tu jesteś.

Cas­san­dra zmu­siła się do uśmie­chu, ale nie ruszyła się z progu ple­ba­nii. Pra­gnęła oka­zać się bar­dziej wylewna - gdzieś głę­boko czuła odle­głe, zna­jome drgnie­nia ser­decz­no­ści - ale wiel­kie zmę­cze­nie nie pozwa­lało jej zro­bić kroku. Stare kości wytrzę­sła podróż dyli­żan­sem z domu w Chaw­ton, a lodo­waty wiatr znad rzeki prze­szy­wał jej stawy. Stała przy swo­ich baga­żach i patrzyła na zbli­ża­jącą się Isa­bellę.

- Musia­łam pójść do zakry­stii - zawo­łała Isa­bella, nad­cho­dząc od strony cmen­ta­rza. Zawsze była drobną, bez­barwną posta­cią, co teraz jesz­cze bar­dziej pod­kre­ślała nie­twa­rzowa czerń. - Obo­wiązki na­dal cze­kają... - Na tle zie­lo­nej trawy usia­nej pier­wiosn­kami poru­szała się jak cień. - Jest ich takie mnó­stwo. - Jedy­nym ele­men­tem wyróż­nia­ją­cym Isa­bellę był towa­rzy­szący jej pies. I choć w jej gło­sie sły­chać było prze­pra­sza­jący ton, zbli­żała się nie­spiesz­nym kro­kiem. Nawet Pyra­mus idący teraz przez żwir powłó­czył łapami jak żywy obraz nie­chęci.

Cas­san­dra podej­rze­wała, że nie jest tu mile widziana, i jeśli rze­czy­wi­ście tak było, mogła winić tylko sie­bie. Samotna kobieta powinna żyć tak długo, jak pozo­staje uży­teczna. Dłuż­sze życie to prze­jaw złych manier. Zja­wiła się tu bez zapro­sze­nia; Isa­bella prze­ży­wała trudny czas; wszystko to było raczej kło­po­tliwe, ale zro­zu­miałe. Mimo to kie­dyś mogła liczyć na odro­binę entu­zja­zmu ze strony psa.

- Moja droga, jakie to miłe z two­jej strony, że zgo­dzi­łaś się mnie ugo­ścić. - Objęła Isa­bellę, która cała była chłodną uprzej­mo­ścią, i pogła­skała Pyra­musa, choć zde­cy­do­wa­nie wolała koty.

- Nikt do cie­bie nie wyszedł? Nie dzwo­ni­łaś?

Oczy­wi­ście, że dzwo­niła. Przy­była dyli­żan­sem z wiel­kim zamie­sza­niem, by nie umknęło to niczy­jej uwa­dze. Woź­nica zadzwo­nił, potem zadzwo­nił jesz­cze raz. Widziała cał­kiem sporo ludzi: robot­ni­ków rol­nych balan­su­ją­cych na wozach wra­ca­ją­cych z pól i grupę chłop­ców, mokrych po kolana, z traszką w wia­derku. Bar­dzo chciała z nimi poroz­ma­wiać - dość lubiła traszki, a jesz­cze bar­dziej chłop­ców odda­ją­cych się z zapa­łem tak nie­win­nej pasji - ale zda­wali się jej nie dostrze­gać. A w domu pano­wała cisza, choć ta trudna słu­żąca - jak miała na imię, pamięć Cas­san­dry, zawsze tak dosko­nała, zaczy­nała się strzę­pić, nawet jeśli tylko na brze­gach - musiała wie­dzieć dosko­nale, że Cas­san­dra stoi na progu.

- Przy­by­łam w nie­od­po­wied­nim momen­cie. Och, Isa­bello! - Cas­san­dra wycią­gnęła ramiona i spoj­rzała jej w twarz. - Jak się mie­wasz?

- Było trudno. - Oczy Isa­belli poczer­wie­niały. - Naprawdę bar­dzo trudno. - Zma­gała się ze sobą, lecz odzy­skała rów­no­wagę. - Jak znaj­du­jesz teraz to stare miej­sce? Rozej­rza­łaś się?

- Jak zawsze. Dro­gie, kochane Kint­bury...

Przez czter­dzie­ści pięć lat ple­ba­nia była w życiu Cas­san­dry miej­scem zna­nym, czę­sto smut­nym, zawsze uko­cha­nym. Biały trzy­kon­dy­gna­cyjny budy­nek z przy­ja­zną fasadą skie­ro­waną na wschód, w stronę pra­sta­rej wio­ski; ogród opa­da­jący z jed­nej strony ku brze­gowi rzeki Ken­net, z dru­giej cią­gnący się do przy­sa­dzi­stego nor­mań­skiego kościoła. Ple­ba­nia była świad­kiem tego, co Cas­san­dra ceniła ponad wszystko: rodziny i dzia­ła­nia, pro­stego, uczci­wego, dobrego życia. Ten szczę­śliwy przy­kład angiel­skiej lokal­nej archi­tek­tury przed­kła­dała ponad więk­sze budowle - God­mer­sham, Sto­ne­le­igh, nawet Pem­ber­ley. Dla­tego z roz­ko­szą zna­la­złaby się w środku - usia­dłaby w fotelu, by ogrzać się przy kominku.

- Wej­dziemy...?

- Oczy­wi­ście. Gdzie się wszy­scy podziali? Pozwól, że to wezmę. - Isa­bella się­gnęła po mały czarny kufe­rek, który Cas­san­dra trzy­mała w ręce.

- Dzię­kuję. Dam radę. - Przy­ci­snęła kufe­rek do piersi. - Ale mój kufer...

- Kufer? Ach tak. - Choć twarz Isa­belli pozo­stała blada i bez wyrazu, w prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu jej nie­bie­skich oczu błysz­czała inte­li­gen­cja. - To na pewno moja wina. Mam tyle na gło­wie. - Jedna brew poszy­bo­wała w górę. - A twój list przy­szedł zale­d­wie wczo­raj. Czy to nie dziwne?

Nie tylko nie dziwne, ale wręcz zamie­rzone. Cas­san­dra ni­gdy wcze­śniej nie była tak nie­uprzejma, by zja­wić się gdzieś bez odpo­wied­nio wcze­śniejszej zapo­wie­dzi, lecz tym razem po pro­stu nie miała wyboru. Uśmiech­nęła się więc z roz­tar­gnie­niem.

Nie sły­sząc żad­nego wyja­śnie­nia, Isa­bella mówiła dalej:

- Nie dotarło do mnie, jak długo zamie­rzasz zostać. Pla­nu­jesz zatrzy­mać się u nas przez jakiś czas?

Nie­za­do­wo­le­nie Isa­belli z powodu jej przy­jazdu było teraz ewi­dentne. Za tą łagodną, cichą fasadą krył się być może sil­niej­szy cha­rak­ter, który wcze­śniej nie dawał o sobie znać. Pomimo to Cas­san­dra zosta­nie tutaj tak długo, jak będzie trzeba. Posta­no­wiła nie wyjeż­dżać, dopóki nie wypełni swo­jej misji. Mruk­nęła coś o moż­li­wo­ści dal­szej podróży do bra­tanka, demon­stru­jąc nie­ty­powe dla niej nie­zde­cy­do­wa­nie zwią­zane z zaawan­so­wa­nym wie­kiem.

- Fred wnie­sie twój kufer. Pro­szę. - Isa­bella wska­zała drzwi, które natych­miast otwo­rzyły się od środka. - A, tu jesteś, Dinah.

No wła­śnie. Dinah. Musi to zapa­mię­tać. Dinah może się oka­zać przy­datna.

- Panna Austen zosta­nie z nami.

Dinah dygnęła nie­dbale.

- Wej­dziemy do środka?

Cas­san­dra pierw­szy raz prze­kro­czyła ten próg jako młoda kobieta. Była wtedy wysoka i szczu­pła; wielu uprzej­mie okre­ślało ją jako ładną. Czy to czas płata figle, czy rze­czy­wi­ście miała na sobie naj­lep­szą nie­bie­ską suk­nię? Rodzina zgro­ma­dziła się tłum­nie, by ją powi­tać; za nią kłę­biła się służba - pod­nie­cona, pełna podziwu. Ona stała nie­ru­chomo i napa­wała się swoją pozy­cją! Mocą tej chwili!

Na­dal spo­glą­dała w lustro, jeśli musiała. Wie­działa, że teraz nie można jej uznać za szczu­płą, lecz chudą. Krę­go­słup, nie­gdyś ide­al­nie pro­sty, wykrzy­wił się i skró­cił; twarz była tak wychu­dzona, że jej nie­gdyś dumny nos - nos rodziny Leigh, echo dale­kich ary­sto­kra­tycz­nych konek­sji - przy­po­mi­nał teraz bar­dziej dziób kruka. A ludzie, któ­rzy ją wtedy kochali, ode­szli - jej też już pra­wie nie było. Ci, któ­rzy ją dziś przyj­mo­wali - biedna Isa­bella, trudna Dinah, Fred, który prze­cho­dził wła­śnie przez sień, z sapa­niem cią­gnąc jej kufer - znali oczy­wi­ście jej histo­rię, ale nie mieli poję­cia, jak wyglą­dała prawda. Bo kto patrzył na star­szą panią i widział w niej młodą damę, którą kie­dyś była?

Prze­szli do obszer­nego, wyło­żo­nego boaze­rią holu. Cas­san­dra szła za nimi potul­nie, lecz kiedy już się tam zna­la­zła, nagle ogar­nął ją nie­po­kój. Pode­szła do oka­za­łego kamien­nego kominka, przy­trzy­mała się go i z prze­ra­że­niem rozej­rzała dookoła.

Usły­szała, jak Dinah mru­czy:

- Panie, miej nas w opiece. Przy­je­chała tu i postra­dała zmy­sły. Jak­by­śmy mieli za mało na gło­wie.

- Może to bar­dziej smu­tek albo nostal­gia. W końcu jest tutaj chyba ostatni raz - szep­nęła Isa­bella.

Cas­san­dra wie­działa, że nie powinna zwra­cać na nie uwagi. Była to jedna z roz­mów pro­wa­dzo­nych tak, jakby nie mogła ich usły­szeć, jakie mło­dzi czę­sto pro­wa­dzili w obec­no­ści star­szych. Ale jakże mógł ją ogar­nąć smu­tek albo nostal­gia, kiedy od dekad stale dotrzy­my­wały jej towa­rzy­stwa. Nie. Nie cho­dziło też o to, że to jej ostat­nia wizyta - chwy­tała łap­czy­wie powie­trze, trzę­sły się jej ręce - lecz o strach, że zwle­kała z nią zbyt długo. Dom ogar­nął już chaos prze­pro­wadzki.

- Moja droga, na pewno dobrze się czu­jesz? - Isa­bella zła­god­niała i ujęła ją pod łokieć, by zapew­nić opar­cie.

Por­tret dobro­czyńcy rodziny Fowle'ów, lorda Cra­vena, wisiał nad komin­kiem od czasu, gdy się­gała pamię­cią. Teraz znik­nął ze ściany.

- Ten dyli­żans to było dla cie­bie sta­now­czo zbyt wiele. - Isa­bella prze­ma­wiała gło­śno niczym do osoby nie­spełna rozumu, roz­wią­zu­jąc przy tym wstążkę pod brodą Cas­san­dry. - I to w taką zimną pogodę. - Zdjęła jej kape­lusz. Z miej­sca, w któ­rym stała, Cas­san­dra mogła zaj­rzeć do gabi­netu, gdzie opróż­niono już półki. Które tomy znik­nęły? Mieli cały zbiór ksią­żek Jane. Do kogo teraz należą?

- I nie mogę nie zauwa­żyć, że przy­je­chała sama. - Dinah stała za nią i zdej­mo­wała jej pele­rynę.

Znaj­du­jące się wciąż na swoim miej­scu meble wyglą­dały na porzu­cone, upo­ko­rzone, jak nie­wol­nicy na targu.

- Może jej poko­jówka wyje­chała?

- No to kto będzie się nią zaj­mo­wał, jeśli mogę spy­tać? - Dinah prze­rzu­ciła pele­rynę i kape­lusz przez ramię. - Bo chyba nie ja?

Ple­ba­nia bez pro­bosz­cza zawsze przed­sta­wiała żało­sny widok. Cas­san­dra była tego świad­kiem czę­ściej niż więk­szość osób, a jed­nak za każ­dym razem doty­kało ją to bole­śnie. Rodzina Fowle'ów miesz­kała w tym domu od trzech poko­leń. Prze­ka­zy­wano go z ojca na syna - wszy­scy byli duchow­nymi, wszyst­kich los obda­rzył dobrymi żonami - ale teraz łań­cuch został prze­rwany. Ojciec Isa­belli zmarł, a bra­cia odmó­wili prze­ję­cia ple­ba­nii. Bez wąt­pie­nia mieli swoje powody i skoro zaprze­pa­ścili rodzinne dzie­dzic­two, Cas­san­dra miała nadzieję, że były one słuszne.

Zgod­nie z tra­dy­cją Kościół pozo­sta­wiał rodzi­nie dwa mie­siące na opróż­nie­nie domu dla następ­nego admi­ni­stra­tora. I choć ni­gdzie tego nie zapi­sano, zgod­nie z tą samą tra­dy­cją Kościół jakoś zawsze liczył, że zajmą się tym kobiety z ple­ba­nii. Biedna Isa­bella. Miała przed sobą zada­nie ponure, smutne, żmudne: zale­d­wie dwa mie­siące, by opróż­nić miej­sce, które było ich domem przez dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć lat! Oczy­wi­ście musiała się do tego zabrać nie­zwłocz­nie. Ale czci­godny Ful­war Cra­ven Fowle nie żył zale­d­wie od kilku tygo­dni. Cas­san­dra przy­je­chała, jak mogła naj­szyb­ciej. Widok tak dalece zaawan­so­wa­nej pracy mocno nią wstrzą­snął.

Pomy­śleć tylko, że podróż - tak męcząca, nie­wy­godna, tak bez­wstyd­nie droga - mogła się oka­zać zby­teczna! Pomy­śleć tylko, że to, po co przy­była, mogło już znik­nąć!

Cas­san­dra poczuła mdło­ści i zawroty głowy. Isa­bella miłym gestem przy­gła­dziła jej włosy - musiały być mocno potar­gane - i popro­wa­dziła ją przez hol.

Salon w Kint­bury był przy­kła­dem pro­stego piękna: ide­al­nie kwa­dra­towy, ze ścia­nami w kolo­rze głę­bo­kiej żółci, która chwy­tała i zatrzy­my­wała zacho­dzące słońce. Oba okna wycho­dziły na rzekę: można było obser­wo­wać ryba­ków lub barki sunące na wschód i zachód. Zwy­kle było to jedno z ulu­bio­nych miejsc Cas­san­dry. Zaspo­ka­jało tęsk­noty jej duszy. Lecz tego dnia szła do salonu z ner­wo­wym drże­niem, prze­peł­niona trwogą, co może tam zna­leźć.

Nie­po­trzeb­nie się mar­twiła. Jesz­cze zanim posta­wiła solidny bucik na kan­wo­wym dywa­nie, poczuła się bez­piecz­nie. W środku pano­wał nastrój spo­koju i odpo­czynku. Nic nie zakłó­cało atmos­fery. I wszyst­kie meble stały na swo­ich miej­scach. Nie przy­była więc za późno! Z ulgi o mało nie ugięły się pod nią kolana. Odwró­ciła się do Isa­belli, w jed­nej chwili odzy­sku­jąc głos i siłę.

- Może teraz dopro­wa­dzę się do porządku przed kola­cją?

Cas­san­dra czę­sto zauwa­żała w duchu, że kiedy umie­rał pan domu, razem z nim odcho­dziły ele­ganc­kie posiłki. I prze­ko­na­nie to zde­cy­do­wa­nie potwier­dziła kola­cja tego wie­czoru. Bara­nina była po pro­stu bara­niną, bez sosu, ziem­nia­ków czy pud­dingu, za jedyny doda­tek mając kapu­stę, która zbyt długo prze­by­wała w ziemi. Cas­san­dra uśmiech­nęła się, porów­nu­jąc ją z posił­kami, które kie­dyś spo­ży­wała pod tym dachem. Ojciec Isa­belli zawsze był czło­wie­kiem o wyso­kich stan­dar­dach i nie­po­ha­mo­wa­nych reak­cjach. Gdyby Dinah ośmie­liła się podać mu coś takiego, nie kryłby nie­za­do­wo­le­nia.

Ale do stołu zasia­dły dwie damy, więc grzecz­nie podzię­ko­wały Panu, z pew­nym wysił­kiem kro­iły bara­ninę i żuły ją z zaciętą wytrwa­ło­ścią. Towa­rzy­szył im jedy­nie gło­śny dźwięk tyka­ją­cego zegara. Cisza przy tym aku­rat stole była kolejną nie­mile widzianą inno­wa­cją, trud­niej­szą dla Cas­san­dry do prze­łknię­cia niż twarde mięso.

- Z ety­kiet przy­mo­co­wa­nych do wszyst­kiego wno­szę, że prace nad roz­dzie­la­niem przed­mio­tów są daleko posu­nięte. - Cas­san­dra przy­glą­dała się karafce, która pierw­szy raz w swo­jej histo­rii stała pusta. Prze­krzy­wiła głowę i prze­czy­tała, że prawo do niej rości sobie pan Char­les Fowle. U niego karafka na pewno będzie miała wzię­cie.

- Testa­ment odczy­tano w zeszłym tygo­dniu i moi bra­cia mogli pod­jąć decy­zje. - Mówiąc to, Isa­bella nie zdra­dziła żad­nych emo­cji. Zwie­siła głowę, wbi­ja­jąc jasne oczy w talerz.

Cas­san­dra jed­nak oka­zała się bar­dziej bez­po­śred­nia.

- Czy twoi bra­cia dostaną wszyst­kie rze­czy i rucho­mo­ści? - Usły­szała ostry ton w swoim gło­sie i natych­miast go poża­ło­wała: dosko­nale zda­wała sobie sprawę, że jest zbyt bez­po­śred­nia jak na gust nie­któ­rych osób, i bar­dzo się sta­rała trzy­mać język na wodzy. Ale tutaj sprawy przy­bie­rały naprawdę iry­tu­jący obrót. Fowle'owie pod wie­loma wzglę­dami przy­po­mi­nali Auste­nów: obie rodziny były duże, pobło­go­sła­wione synami i cór­kami oraz for­tuną, którą dzie­dzi­czyli tylko męscy potom­ko­wie.

- Ojciec zosta­wił kilka powie­ści mojej sio­strze Eli­za­beth. - Isa­bella wska­zała biblio­teczkę z jedną pustą, zaku­rzoną półką. - Te szcze­gól­nie ulu­bione, które czy­tali razem.

Twarz Cas­san­dry roz­ja­śniła się.

- Ach! - Naresz­cie tra­fiły na jej ulu­biony temat roz­mów. Zapy­tała żar­to­bli­wie - A kto był ich auto­rem, jeśli mogę spy­tać?

- Kto? - Isa­bella wyda­wała się zakło­po­tana tym pyta­niem, jakby książki były po pro­stu książ­kami, a ich auto­rzy nie­istotni. - Sądzę, że sir Wal­ter Scott.

Cas­san­dra zaci­snęła palce na widelcu i zdu­siła natu­ralny prze­jaw emo­cji. Sir Wal­ter Scott. Sir Wal­ter Scott! Czemu to zawsze musi być on! Jakże pra­gnęła, by choć raz także ona mogła oka­zać nie­po­ha­mo­waną reak­cję. Zamiast tego sie­działa w mil­cze­niu, duma­jąc nad nie­spra­wie­dli­wo­ścią sławy, mozo­łem praw­dzi­wego geniu­sza, uświa­do­mie­niem sobie - a to przy­pły­nęło do niej zupeł­nie spon­ta­nicz­nie - że ni­gdy szcze­gól­nie nie prze­pa­dała za Eli­za­beth, sio­strą Isa­belli. Bieg jej myśli został jed­nak nagle prze­rwany. Isa­bella naresz­cie odkryła, że ma coś do powie­dze­nia.

- W mojej opi­nii jego książki są bar­dzo... - Urwała i zaczęła się roz­glą­dać w poszu­ki­wa­niu odpo­wied­niego okre­śle­nia. - ...Bar­dzo... bar­dzo... - I nagle, jakby w cudowny spo­sób, spły­nęło na nią olśnie­nie: - ...Dłu­gie. - Zaczerp­nęła powie­trza, by mówić dalej. Wypra­wiw­szy się na mało znany teren dys­ku­sji lite­rac­kiej, poczuła przy­pływ odwagi, by odkry­wać go dalej. - Jest w nich dużo, bar­dzo dużo słów - cią­gnęła z pewną gory­czą. - Zabie­rają wszyst­kim zbyt dużo czasu.

Cas­san­dra była przy­zwy­cza­jona do wyż­szego poziomu dys­ku­sji, lecz z tym mogła się tylko zgo­dzić. W innym towa­rzy­stwie mogłaby się spie­rać, że Scott był nie­złym poetą, i zażar­to­wa­łaby, że jego dzia­łal­ność jako recen­zenta nie ma sobie rów­nych, ale wyczuła, że aku­rat to forum nie sprzyja takim roz­wa­ża­niom. - A ty, Isa­bello? Lubisz powie­ści? Jakie sobie szcze­gól­nie upodo­ba­łaś?

- Powie­ści? Ja? - Isa­bellę znów ogar­nęło zakło­po­ta­nie. - Upodo­ba­łam? Nie. Żadne.

Roz­mowa dobie­gła końca. Cas­san­dra się pod­dała. Dinah wpa­dła z kom­po­tem i sączyły go w ciszy prze­ry­wa­nej tylko tyka­niem zegara.

* * *

- Zaj­mij miej­sce mamy - powie­działa Isa­bella po kola­cji. Cas­san­dra od razu przy­stała na tę pro­po­zy­cję, gdyż fotel stał naj­bli­żej ognia.

Roz­cią­gnął się przed nimi senny wie­czór w salo­nie, ostat­nie z wyzwań w dniu tak ich peł­nym. Do pokoju przy­drep­tał Pyra­mus i roz­cią­gnął się na dywa­nie: był to zawsze jeden z domów, w któ­rym psy cie­szyły się swo­bodą. Cas­san­dra nie miała nic prze­ciwko aku­rat temu psu, ale gene­ral­nie nie do końca apro­bo­wała takie zwy­czaje. Otu­liła stopy, otwo­rzyła kufe­rek i wyjęła robótkę. Szy­cie było nie­zwy­kle uży­teczne, można się było zająć igłą, sku­pić wzrok na ście­gach. Była to zawsze jej zbroja w trud­nych sytu­acjach, sama czyn­ność odwra­cała uwagę od krę­pu­ją­cego towa­rzy­stwa. Czę­sto się zasta­na­wiała, jak męż­czyźni sobie radzą bez podob­nego zaję­cia. Choć wyglą­dało na to, że im znacz­nie rza­dziej bra­kuje słów.

Przy­wio­zła ze sobą tylko ścinki do zszy­wa­nia. Jej oczy nie pozwa­lały już na nic bar­dziej wyszu­ka­nego w świe­tle lamp.

- Nie masz żad­nej robótki, droga Isa­bello? - Wsu­nęła papier pod kawa­łek bawełny w roślinne wzory i zaczęła obszy­wać go dookoła. - Niczego, czym mogła­byś się zająć?

Wpa­trzona w ogień Isa­bella potrzą­snęła głową.

- Ni­gdy nie byłam zbyt dobra w tych rze­czach.

Cas­san­dra, która mogła zszy­wać ścinki z zamknię­tymi oczami, pod­nio­sła wzrok z pew­nym zasko­cze­niem. Jakim dziw­nym stwo­rze­niem była ta Isa­bella. Znała ją od uro­dze­nia - te lata zatarły się i prze­le­ciały - a jed­nak uświa­do­miła sobie, że nie zna jej wcale. Przy­glą­dała się sie­dzą­cej przed nią kobie­cie: miała zgrabną figurę, choć żałoba jej nie słu­żyła, rysy mogły ucho­dzić za deli­katne, gdyby smu­tek nie okradł ich z uroku. Isa­bella nie miała ani urody matki, ani inte­lektu ojca - choć te urze­ka­jące nie­bie­skie oczy odzie­dzi­czyła zde­cy­do­wa­nie po nim. A jed­nak nawet po czter­dzie­stu latach zna­jo­mo­ści wciąż trudno było w niej wyczuć choć ulotny cień cha­rak­teru bądź oso­bo­wo­ści. Cas­san­dra nie mogła zostać na ple­ba­nii, nie nawią­zu­jąc jakiejś rela­cji, ale czuła się tak, jakby poru­szała się po omacku, prze­su­wa­jąc dłońmi po gru­bej pustej ścia­nie w poszu­ki­wa­niu sekret­nego przej­ścia. Ciężko było je zna­leźć.

Nagle spły­nęło na nią olśnie­nie.

- Mam nadzieję, że śmierć oka­zała się łaskawa dla two­jego ojca, kiedy w końcu po niego przy­szła?

Bo o czym mają chęć roz­ma­wiać pogrą­żeni w świe­żej żało­bie, jeśli nie o Końcu?

Isa­bella wes­tchnęła.

- Już dzie­sięć dni wcze­śniej było wia­domo, że jego koniec jest bli­ski. Po kola­cji dostał ataku, a kiedy Dinah zaj­rzała do niego następ­nego ranka, był zbyt słaby, by wstać...

Zamek ustą­pił. Drzwi do roz­mowy sta­nęły otwo­rem.

- Ból, który mu doku­czał, z któ­rym żył tak dziel­nie, w końcu...

Cas­san­dra szyła dalej, słu­cha­jąc opo­wie­ści o lodo­wa­tych kąpie­lach i kom­pre­sach, i nagle poczuła się o wiele swo­bod­niej.

- Pią­tego dnia był w tak kiep­skiej for­mie, że mogli­śmy wezwać dok­tora...

- Nie kon­sul­to­wano się z nim wcze­śniej? Cóż za rażące zanie­dba­nie!

Isa­bella wes­tchnęła.

- Pan Lid­der­dale jest dobrym leka­rzem i mamy szczę­ście, że jest tu z nami. Cie­szy się ogromną popu­lar­no­ścią pośród wszyst­kich, to zna­czy z wyjąt­kiem papy. Ojciec z wiel­kim dystan­sem pod­cho­dził do pomy­słu zatrud­nie­nia dok­tora w wio­sce. Mar­twił się, że to zachęci do cho­ro­wa­nia tych, któ­rzy naj­mniej mogą sobie na cho­roby pozwo­lić. Ale gdy sam nie mógł już pro­te­sto­wać...

Cas­san­dra pomy­ślała, że umie­ra­nie w isto­cie musiało być tor­turą dla bied­nego pastora: leżał bez słowa i patrzył, jak igno­rują jego gniewne żąda­nia.

- A ja, oczy­wi­ście, byłam nie­zmier­nie wdzięczna, że mia­łam przy sobie pana Lid­der­dale'a. Och! Jaka to ulga, że nie byłam już dłu­żej sama...

- Ale twoje sio­stry, Isa­bello - prze­rwała jej Cas­san­dra - z pew­no­ścią przej­mo­wały po kolei opiekę nad ojcem?

- Eli­za­beth jest teraz tak zajęta opieką nad małymi dziećmi w wio­sce. Oczy­wi­ście nie można było pozwo­lić, by ucier­piały. Rzadko ją tutaj widu­jemy.

Eli­za­beth! Szcze­rze mówiąc, Cas­san­dra nie spo­dzie­wała się niczego innego.

- A Mary-Jane? Mieszka po dru­giej stro­nie cmen­ta­rza.

- Mary-Jane ma swoje gospo­dar­stwo, któ­rym musi się zaj­mo­wać.

Ach, tyra­nia zamęż­nej kobiety, pomy­ślała Cas­san­dra, nawet jeśli zostaje bez­dzietną wdową.

- To powinny być ci wdzięczne, że samot­nie dźwi­ga­łaś ten cię­żar.

- Nie prze­szka­dzało mi to. - Isa­bella wzru­szyła ramio­nami. - I nie mia­łam nic prze­ciwko temu, kiedy był ze mną dok­tor. To taki dziwny czas, kiedy ktoś umiera, ale nie wia­domo, kiedy to się sta­nie. Pan Lid­der­dale mówi, że pod tym wzglę­dem śmierć przy­po­mina naro­dziny.

Cas­san­dra wiele razy doświad­czyła jed­nego i dru­giego i dosko­nale wie­działa, jak ciężka to próba. Skoń­czyła się jej nitka i się­gnęła do kuferka po następną.

- A potem, tuż przed koń­cem, powie­dział, że jest głodny, i pamię­tam, że zje­dli­śmy wie­przo­winę zapie­kaną w cie­ście. Bar­dzo ją lubi. A ta miała w środku jajko. Nie­zwy­kle lubi jajka...

- Ful­war miał ochotę na wie­przo­winę w cie­ście nawet na łożu śmierci? - Cas­san­dra nawlo­kła igłę i potrzą­snęła głową: o takich jak on opo­wia­dają legendy.

- Nie mój ojciec! Pan Lid­der­dale. Czę­sto bywa głodny, nawet bar­dziej niż papa. Nie jest wysoki, ale ma sze­ro­kie ramiona i tak ciężko pra­cuje. - Przez chwilę w jej oczach odbi­jały się tań­czące pło­mie­nie. - O czym mówi­łam? A tak, sie­dzie­li­śmy po dwóch stro­nach stołu. Nie mógł się zde­cy­do­wać, czy woli piwo, czy her­batę. Roz­ma­wia­li­śmy o tym. Posiłki potra­fią się tak skom­pli­ko­wać, kiedy przez całą noc jest się na nogach. A on nagle chwy­cił ojca za rękę i powie­dział: "Och, Isa­bello!". Tak brzmiały jego słowa. "Och, Isa­bello". I wie­dzia­łam, że to już. To był koniec. Już ni­gdy nie usiądę u jego boku.

Do Cas­san­dry dotarły donie­sie­nia o roz­pa­czy Isa­belli z powodu odej­ścia Ful­wara. Zgod­nie z rela­cją rodziny była bar­dzo dzielna pod­czas jego cho­roby, ale zupeł­nie się zała­mała, kiedy nad­szedł koniec. Po pogrze­bie musiano ją nawet poło­żyć do łóżka. Dowód na­dal tu był - łzy w jej oczach - ale Cas­san­drę wciąż to tro­chę zaska­ki­wało. Oczy­wi­ście wszyst­kich rodzi­ców należy opła­ki­wać: to obo­wią­zek potom­stwa. Ale czy za wszyst­kimi należy tak samo tęsk­nić?

Zaczęła pako­wać swoją robótkę. Dzięki nowo odkry­tej gada­tli­wo­ści Isa­belli wie­czór minął szybko. Wresz­cie nade­szła godzina, o któ­rej mogły udać się na spo­czy­nek.

Isa­bella szła pierw­sza po wąskich dębo­wych scho­dach, oświe­tla­jąc drogę Cas­san­drze, która wspi­nała się powoli, po jed­nym stop­niu. Musiała się zatrzy­mać i odpo­cząć na pode­ście w poło­wie scho­dów i poczuła podmuch powie­trza wpa­da­ją­cego przez zasłonę w oknie wycho­dzą­cym na pół­noc. Ciężką próbą będzie prze­by­wa­nie w więk­szym, wyż­szym domu, kiedy tak przy­wy­kła do swo­jej chatki w Chaw­ton. Ale może zała­twi sprawy szybko i nie będzie musiała tu zostać zbyt długo.

Ruszyły kory­ta­rzem. Drzwi do sypialni matki Isa­belli stały otwo­rem i Cas­san­dra zaj­rzała tam na tyle, by się upew­nić, że tego pokoju też nie uprząt­nięto: to było wielce obie­cu­jące. Minęły pokój, o któ­rym na­dal myślała jako o nale­żą­cym do Toma - co za ulga, że nie umiesz­czono jej wła­śnie tam! - i w końcu dotarły na miej­sce. Cas­san­dra znała ten pokój. Przez wiele lat sta­no­wił jedyny dom bied­nej panny Mur­den, która, pozba­wiona przy­ja­ciół, była wiecz­nie kry­ty­ku­ją­cym wszystko cię­ża­rem dla rodziny. "Znaj­du­jące się tu rze­czy prze­ka­zać do przy­tułku", gło­siła przy­pięta na zewnątrz kar­teczka. Jeśli Cas­san­dra miała nadzieję na jakie­kol­wiek wygody, w jed­nej chwili musiała zmie­nić zda­nie.

Isa­bella wpro­wa­dziła ją do środka, zapa­liła lampę przy łóżku i życzyła dobrej nocy. Zna­cze­nie faktu, że umiesz­czono ją wła­śnie tutaj, nie umknęło uwa­dze Cas­san­dry. Pokój był zimny i nie­wie­trzony, z pod­sta­wo­wym ume­blo­wa­niem. Do umy­walki nalano wody, ale też była zimna. Prze­su­nęła dło­nią po narzu­cie; w łóżku nie było cegły ani ter­mo­foru, by je nagrzać, i pomy­ślała: No pro­szę. Teraz ja jestem ich pozba­wio­nym przy­ja­ciół cię­ża­rem.

Kufer stał wciąż zamknięty, ale nie zaj­mie się teraz jego roz­pa­ko­wy­wa­niem. Miała w sobie jesz­cze tro­chę ener­gii: trzeba dzia­łać od razu. Roz­pocz­nie poszu­ki­wa­nia listów. Cof­nęła się, zacze­kała, aż ucichną kroki i w domu zapad­nie cisza. Otwo­rzyła drzwi i wysu­nęła się na kory­tarz. W mroku zakra­dła się do pokoju matki Isa­belli; już pra­wie stała na progu, gdy roz­legł się za nią głos.

- Czy mogę pani pomóc, panno Austen? - Dinah, oświe­tlona od dołu przez słaby pło­mień łojo­wej świecy, stała u stóp scho­dów pro­wa­dzą­cych na strych. - Zgu­bi­ły­śmy się?

- Och, Dinah. Tak mi przy­kro. - Cas­san­dra udała zmie­sza­nie. - Jakie to dziwne. Za nic nie mogę sobie przy­po­mnieć, dla­czego tu przy­szłam.

- To na pewno przez zmę­cze­nie. Lepiej się poło­żyć, psze pani. Wra­camy tam­tędy, o tak. - Dinah obser­wo­wała ją bez uśmie­chu. - Tak jest. Dobra­noc, panno Austen. - I nie ruszyła się z miej­sca, dopóki Cas­san­dra nie wró­ciła do swo­jego pokoju.

Roz­dział II

* * *

Kint­bury, marzec 1840

Białe chmury prze­su­wały się za oknem; nagie gałę­zie wiel­kiego buka poru­szały się wysoko na wie­trze. Dwie damy obser­wo­wały to, sie­dząc przy stole, przy któ­rym Cas­san­dra ze sma­kiem jadła śnia­da­nie. Pod­czas wizyt był to zawsze nie­za­wodny posi­łek; nawet naj­gor­szym kuch­niom nie uda­wało się go zepsuć. A na zbli­ża­jący się dzień Cas­san­dra potrze­bo­wała całej siły, jaką mogła z sie­bie wykrze­sać.

- Ten dżem zro­biła moja matka. - Isa­bella nabrała na łyżeczkę led­wie odro­binę. - Była taka aktywna aż do samego końca. Nawet teraz wciąż cie­szymy się jej prze­two­rami.

Cas­san­dra ugry­zła kolejny kęs i przed oczami sta­nęła jej Eliza. Czuła ją w smaku owo­ców, widziała, jak je zbiera, mie­sza, śmie­jąc się, prze­lewa do sło­ików, i pomy­ślała: to są rze­czy, dzięki któ­rym pamięta się o więk­szo­ści z nas, drobne akty miło­ści, jedyny dowód na to, że my też kie­dyś żyli­śmy na tej ziemi. Prze­twory w spi­żarni, ściegi na poduszce do klę­cze­nia. Ślad pióra na stro­nie.

- A więc moja droga, jakie masz plany na ten dzień? - Cas­san­dra odło­żyła bułeczkę, stra­ciw­szy ape­tyt. - Czy nie mylę się, licząc, że zoba­czymy się rano z twoją ciotką Mary? Wiem, że skoro teraz mieszka tak bli­sko, zagląda tu dość czę­sto.

Isa­bella, która do tej chwili wyda­wała się nie­mal odprę­żona i pra­wie rado­sna, znów wpa­dła w ponury nastrój.

- Tak, naprawdę dość czę­sto. I jestem pewna, że będzie zaglą­dać jesz­cze czę­ściej, skoro wie, że ty tu jesteś.

- Prawdę mówiąc... - Cas­san­dra unio­sła fili­żankę i zupeł­nie obo­jęt­nie, jakby nie było w tym nic nie­zwy­kłego, rzu­ciła: - Nie mam poję­cia, co się ze mną dzieje. Robię się tak bez­na­dziejna i roz­tar­gniona. Jestem prze­ko­nana, że nie powia­do­mi­łam jej, że tu będę.

Isa­bella utkwiła w niej spoj­rze­nie nie­bie­skich oczu.

- Ja też nie mia­łam oka­zji o tym napo­mknąć. Twój list przy­szedł tak późno, że nie było czasu.

- Czyli nie wie jesz­cze o moim przy­jeź­dzie. - Cas­san­dra odwró­ciła się, by przy­glą­dać się pogo­dzie za oknem. - Wielka szkoda.

- I nie możemy liczyć, że ciotka dziś tu zaj­rzy. - Isa­bella się­gnęła po dżem i nabrała sporą por­cję. - We wtorki ciotka Mary zawsze pija her­batę z panią Bun­bury.

Uśmiech­nęły się. Nawią­zała się mię­dzy nimi nowa nić poro­zu­mie­nia. Mary Austen - kobieta nie­łą­czona wcze­śniej z pro­pa­go­wa­niem towa­rzy­skiej har­mo­nii - nie­ocze­ki­wa­nie je zjed­no­czyła.

- Ach! - Cas­san­dra poczuła w sobie świeżą lek­kość. - To możemy cie­szyć się na tę przy­jem­ność naj­wcze­śniej jutro. - Teraz naj­waż­niej­sze było to, by mogła zostać w spo­koju. - Pod­czas pobytu u cie­bie całym ser­cem chcia­ła­bym się na coś przy­dać. Byłam kie­dyś w two­jej sytu­acji i wiem, ile to wymaga pracy. Pro­szę. Pozwól mi być uży­teczną.

Ist­nieją kobiety, które ofe­rują pomoc, robią wszystko, o co się je prosi, i można liczyć, że zro­bią to dobrze. Z per­spek­tywy czasu można było stwier­dzić, że Cas­san­dra należy do ich grona. Ale są też kobiety - a znała ich mnó­stwo - które niby chcą robić wszystko dla wszyst­kich, być w cen­trum wszel­kich dzia­łań, lecz na dro­dze ich pod­nio­słych inten­cji zawsze stają znane tylko im prze­szkody. Z reguły można je zna­leźć leżące bez­czyn­nie na sofie, pod­czas gdy reszta domow­ni­ków uwija się dookoła. I tylko tego dnia, aby wes­przeć swą misję, panna Austen posta­no­wiła stać się jedną z nich, choć mogło to wstrzą­snąć każdą cząstką jej natury.

- Jest do zro­bie­nia tyle rze­czy, do któ­rych nawet nie wiem, jak się zabrać - wes­tchnęła Isa­bella. - Nic tylko orga­ni­za­cja... ukła­da­nie... sor­to­wa­nie. Nie są to czyn­no­ści, które pasują do moich uzdol­nień.

A jakie dokład­nie one są? - zasta­no­wiła się Cas­san­dra. Jak dotąd pozo­sta­wały owiane tajem­nicą. Ale pokła­dała nie­za­chwianą wiarę w boski plan doty­czący ludz­ko­ści: wszy­scy do cze­goś się przy­damy. Nie mogła się docze­kać, by zoba­czyć, co Bóg zapla­no­wał dla Isa­belli.

- Może była­byś tak dobra i pomo­gła Dinah przej­rzeć ubra­nia mamy? - cią­gnęła Isa­bella. - Wyznaję, że od dnia jej śmierci ani ja, ani mój ojciec nie byli­śmy w sta­nie dotknąć żad­nej z jej rze­czy.

Dinah, która stała przy kre­den­sie tyłem do pań, wydała z sie­bie gło­śne prych­nię­cie, aż cięż­kie od ukry­tego zna­cze­nia.

- Oczy­wi­ście! - Cas­san­dra wypro­sto­wała się na krze­śle jak uoso­bie­nie entu­zja­zmu. - Cho­ciaż - zaczęła, jakby ta myśl dopiero co przy­szła jej do głowy - nie mogę zbyt długo stać. A to będzie wyma­gać tyle sta­nia i pod­no­sze­nia rąk. - Wycią­gnęła rękę, a potem cof­nęła ją, krzy­wiąc się. Było to nie­złe przed­sta­wie­nie. Dinah odwró­ciła się i spoj­rzała na nią z apro­batą. - Zasta­nówmy się. Co jesz­cze mogę zro­bić?

I tak śnia­da­nie trwało dalej. Isa­bella suge­ro­wała, Cas­san­dra odma­wiała - nie może zgi­nać kolan, ma słabe czu­cie w rękach, sama wzmianka o kurzu spra­wia, że zaczyna kichać - aż zło­żyły ser­wetki, sprząt­nięto ze stołu i zapla­no­wano ranek.

Kiedy zegar kościelny wybił dzie­siątą, Cas­san­dra odpo­czy­wała w żół­tym salo­nie. Usa­do­wiła się z kufer­kiem wygod­nie w rogu sofy, trzy­mała robótkę na kola­nach, a igłę w pal­cach. Było to wielce zado­wa­la­jące z jed­nym wszakże wyjąt­kiem: nie zyskała pry­wat­no­ści, któ­rej tak pra­gnęła. Wszy­scy domow­nicy uwi­jali się dookoła; nie­stety zda­wali się krzą­tać wyłącz­nie wokół niej.

Naj­pierw zja­wił się Fred, by roz­pa­lić ogień; wniósł w to zada­nie mnó­stwo nie­chęci, za to żad­nej pod­pałki. Cas­san­dra obser­wo­wała, jak układa kilka dymią­cych polan, podzię­ko­wała mu wylew­nie i cze­kała, aż się oddali. Czy może już odło­żyć igłę? Czy odważy się wstać i roz­po­cząć śledz­two? W pierw­szej kolej­no­ści musi się przyj­rzeć sekre­ta­rzy­kowi w kącie. To przy nim Eliza, matka Isa­belli i droga przy­ja­ciółka Cas­san­dry, zasia­dała co rano, by pro­wa­dzić kore­spon­den­cję. Z pew­no­ścią ważne rze­czy znaj­dują się wła­śnie tam... Prze­su­nęła się na brzeg sofy. W tej chwili weszła Dinah.

- Czy jest pani wygod­nie, panno Austen? - Gdy oszczę­dzono Dinah poranka spę­dzo­nego w gar­de­ro­bie i pozo­sta­wiono ją wła­snym nie­dba­łym zaję­ciom, stała się nagle uoso­bie­niem przy­ja­znej uprzej­mo­ści. Ze szmatką w ręce ście­rała kurze tu i tam, od lich­ta­rza przez zegar po ozdobny fla­kon, i paplała dalej. - Tak tu cicho. - Pod­nio­sła poduszkę, na któ­rej Cas­san­dra opie­rała łokieć, i prze­trze­pała ją. - Nikt nie będzie pani prze­szka­dzał w tym, czym pani się aku­rat zaj­muje. - Pode­szła do lustra wiszą­cego nad komin­kiem i dodała jesz­cze jedną smugę do impo­nu­ją­cej kolek­cji. - Tak tu cicho w każ­dym kącie od czasu, gdy pan Fowle odszedł, niech Bóg ma w opiece jego duszę.

Cas­san­dra skwi­to­wała to kil­koma współ­czu­ją­cymi dźwię­kami i się­gnęła po napar­stek. Naj­wy­raź­niej przez naj­bliż­szy czas nie zosta­nie sama.

- I nikt też do nas nie zagląda. Para­fia­nie nie zja­wiają się ze swo­imi pro­ble­mami. Męż­czyźni nie prze­cho­dzą przez dom w zabło­co­nych bucio­rach, wra­ca­jąc z polo­wa­nia albo z psiarni.

Dinah pode­szła do sekre­ta­rzyka i prze­cie­rała go z roz­tar­gnie­niem. Otwo­rzy go teraz i odsłoni zawar­tość? Cas­san­dra aż wypro­sto­wała się z prze­ję­cia.

- O, tak. Bar­dzo tu teraz cicho. Wie­lebny wypeł­niał swoją obec­no­ścią cały dom. Te jego wybu­chy gniewu! Sły­chać je było aż w wio­sce. - Pokrę­ciła głową, uśmiech­nęła się z czu­ło­ścią i pole­ro­wała mebel dalej, choć bez wosku. Cas­san­dra musiała stłu­mić chęć, by iść go poszu­kać. - Ależ wrzesz­czał na pannę Isa­bellę. Wrzesz­czał! - Dinah zachi­cho­tała i sku­piła się na skrzy­dle okna. - Ten atak nastą­pił po tym, jak ude­rzył ją laską w głowę. Wszystko przez ten wysi­łek. - Urwała i obrzu­ciła spoj­rze­niem efekty swo­ich prac. - O tak, to strasz­liwa strata, panno Austen. Strasz­liwa dla nas wszyst­kich.

Skoń­czyw­szy pracę, zado­wo­lona z sie­bie Dinah wyszła. Lecz zanim Cas­san­dra mogła zacząć roz­trzą­sać okrop­no­ści, które usły­szała - że czło­wiek, który tak lubił swoje psy, mógł w ten spo­sób potrak­to­wać córkę! - na sofę obok niej z wes­tchnie­niem opa­dła Isa­bella we wła­snej oso­bie. Och, Isa­bello. Przez co ta bie­daczka prze­szła?

- Wszystko w porządku, moja droga? - Cas­san­dra poło­żyła dłoń na kola­nie młod­szej kobiety.

- Raczej tak. - Isa­bella bawiła się chwo­stem u poduszki. - Cho­dzi tylko o to, że nie wiem, w co mam ręce wło­żyć. Pako­wa­łam por­ce­lanę, którą mamy posłać do brata, ale zaraz zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy nie powin­nam robić cze­goś innego... - Rozej­rzała się bez­rad­nie.

- Ale z pew­no­ścią sio­stry teraz ci poma­gają? - zapy­tała Cas­san­dra.

- No cóż... Eli­za­beth jest tak zajęta w swoim żłobku...

Cas­san­dra pod­nio­sła rękę.

- Rozu­miem. - Stale to samo. Choćby nie wia­domo jak duża była rodzina, obo­wiązki opie­kuń­czo-orga­ni­za­cyjne zawsze spa­dały na jedną osobę. - Zupeł­nie jakby Natura była w sta­nie zapew­nić tylko jedną sprawną osobę, by mogła wspo­ma­gać każde poko­le­nie. W mojej rodzi­nie tą osobą zawsze byłam ja.

Isa­bella wyglą­dała jak kupka nie­szczę­ścia.

- To jeste­śmy sobie równe w swo­jej nie­doli.

- Ależ skąd! - wykrzyk­nęła Cas­san­dra. - To wiel­kie szczę­ście, że mamy rodziny, które nas potrze­bują. To nasz obo­wią­zek, nasza przy­jem­ność. Nasza wielka war­tość!

- Och, Cas­san­dro. Boję się, że zawsze byłaś o wiele bar­dziej uży­teczna, niż ja kie­dy­kol­wiek będę.

Cas­san­dra nie spę­dziła zbyt wielu godzin na ple­ba­nii, ale pozo­sta­wała tam wystar­cza­jąco długo, by oce­nić domowe umie­jęt­no­ści swo­jej gospo­dyni. Trudno więc było się spie­rać, a nie­mal nie­moż­li­wo­ścią było zapa­no­wać nad pra­gnie­niem, by zaszcze­pić kom­pe­ten­cje i porzą­dek i tym samym zwal­czyć ten przy­gnę­bia­jący brak efek­tyw­no­ści. Życz­li­wymi i peł­nymi zachęty sło­wami nakło­niła Isa­bellę, by wró­ciła do kre­densu z por­ce­laną i dokoń­czyła roz­po­czętą pracę, a Isa­bella z cięż­kim wes­tchnie­niem posłu­chała jej rady.

Cas­san­dra sie­działa bez ruchu i nasłu­chi­wała, aż kroki uci­chły i zamknęły się drzwi. Korzy­sta­jąc z tej chwili, wbiła igłę w mate­riał, pod­nio­sła się z sofy i pode­szła do kąta.

Panna Austen nie przy­wy­kła do naru­sza­nia pry­wat­no­ści innych osób. Serce waliło jej jak mło­tem. Nie­znane poczu­cie winy wystar­czyło, by ją powstrzy­mać. Przez chwilę tylko wpa­try­wała się w sekre­ta­rzyk. Ten deli­katny orze­chowy mebel, z trzema szu­fla­dami i pokrywą, która roz­kła­dała się w blat, był jedy­nym pry­wat­nym kąci­kiem Elizy w wiel­kich, peł­nych gwaru poko­jach. Ful­war miał oczy­wi­ście impo­nu­jący gabi­net, do któ­rego nikt nie odwa­żył się wejść bez pozwo­le­nia. Czy trzy­mał tam jakieś sekrety? Być może swoje wła­sne, ale raczej nie wybrano by go na powier­nika sekre­tów innych. Za to Eliza - cudowna Eliza - darzyła ludzi nie­ogra­ni­czoną sym­pa­tią. Każdy wie­dział, że może jej wszystko powie­rzyć.

Ilu rad udzie­lono przy tym bla­cie? O ilu naj­bar­dziej oso­bi­stych spra­wach prze­czy­tano? Gdy Cas­san­dra przy­glą­dała się teraz temu małemu meblowi, z tru­dem przy­szło jej wyobra­zić sobie, że mógł kryć wszystko, co Eliza wie­działa... Zwąt­piła w swoje dzia­ła­nia; pra­wie zde­cy­do­wała się porzu­cić je aku­rat w tej chwili i zna­leźć przy­zwo­it­sze podej­ście do pro­blemu, które będzie mogła zre­ali­zo­wać z wysoko pod­nie­sio­nym czo­łem. Potem się opa­mię­tała. To była sprawa Auste­nów. A rodzina zawsze stała ponad wszyst­kim.

Obie z Jane napi­sały kie­dyś wiele intym­nych listów na adres tej ple­ba­nii. Listów, które na­dal mogą tu być. Cas­san­dra była wyko­naw­czy­nią testa­mentu sio­stry, straż­niczką jej imie­nia, opie­kunką jej dzie­dzic­twa. W cza­sie, który jej pozo­stał, posta­no­wiła zna­leźć i znisz­czyć wszel­kie świa­dec­twa, które mogłyby spla­mić repu­ta­cję Jane. Było sprawą nad­rzędną, aby te listy nie wpa­dły w nie­po­wo­łane ręce.

Ośmie­lona zro­biła krok do przodu i opu­ściła pokrywę. Jej oczom uka­zały się jedy­nie atra­ment, papier i pióro. Zamknęła pokrywę i otwo­rzyła pierw­szą szu­fladę: pasma dzie­cię­cych wło­sów, pierw­sze ząbki, kilka dzie­cię­cych rysun­ków. Usły­szała zbli­ża­jące się kroki. Otwo­rzyła następną szu­fladę: listy pra­nia, potraw, karta człon­kow­ska objaz­do­wej wypo­ży­czalni ksią­żek. Ktoś prze­cho­dził przez hol. W ostat­niej szu­fla­dzie zna­la­zła jedy­nie zapi­ski doty­czące dzia­łal­no­ści cha­ry­ta­tyw­nej i pomocy w wio­sce. Wszystko ide­al­nie poukła­dane; nic jed­nak nie było tym, co miała nadzieję zna­leźć. Zamknęła szu­fladę w chwili, gdy Fred prze­szedł przez próg.

- Chcia­łam tylko roz­pro­sto­wać moje biedne nogi.

Fred ski­nął głową bez więk­szego zain­te­re­so­wa­nia. Nie przy­szedł zoba­czyć się z nią, lecz spraw­dzić swoje dzieło. Ogień, który roz­pa­lał się tak nie­mrawo, na­dal nie­mrawo pło­nął. Fred przyj­rzał mu się z pewną satys­fak­cją, jakby nie­mrawość była jego jedyną praw­dziwą ambi­cją, i skło­niw­szy się lekko, zosta­wił Cas­san­drę samą w chło­dzie.

Wró­ciła na sofę, zebrała robótkę i swoje myśli. Nie wolno roz­pa­czać. Co takiego powie­działa Isa­bella przy śnia­da­niu? Od dnia śmierci Elizy nie doty­kali żad­nej rze­czy nale­żą­cej do niej. Wszystko mogło na­dal gdzieś tam być: przed dal­szymi poszu­ki­wa­niami trzeba tylko zdo­być wię­cej infor­ma­cji.

Nie musiała długo cze­kać. Po kilku minu­tach wró­ciła do niej Isa­bella.

- Zro­bione. Skoń­czy­łam pako­wać więk­szość por­ce­lany. - Wykrę­ciła dło­nie zło­żone na kola­nach - To zna­czy... część por­ce­lany. Spa­ko­wa­łam wszyst­kie sosjerki, co do jed­nej.

Cas­san­dra prze­żyła całe swoje życie z wiej­skimi duchow­nymi lub w ich pobliżu. Dosko­nale zda­wała sobie sprawę, ile sosje­rek może zgro­ma­dzić prze­ciętna ple­ba­nia, i odpo­wiedź brzmiała: nie­wiele.

- Ach. No to już rze­czy­wi­ście coś. - Przy­po­mi­nało to zaj­mo­wa­nie się dziećmi w pokoju dzie­cię­cym w God­mer­sham. - Pozo­stały więc tylko tale­rze obia­dowe, dese­rowe, miski, wszyst­kie pół­mi­ski...?

- Ser­wisy do kawy i her­baty i tak dalej - dodała Isa­bella, opusz­cza­jąc ramiona. - Tyle tego jest, że pomy­śla­łam, czy nie zosta­wić tej pracy na następny dzień? - Zawie­siła głos, jakby aku­rat Cas­san­dra mogła wes­przeć takie opóź­nie­nie. A potem wyznała: - Prawda wygląda tak, że teraz, kiedy do tego doszło, ciężko jest mi się z tym wszyst­kim roz­stać. - Łzy napły­nęły jej do oczu. - Uży­wa­łam tego ser­wisu codzien­nie, przez całe życie. - Pocią­gnęła nosem. - Nagle wydał mi się tak... tak ważny. Wiem, że na pewno uznasz mnie za żało­sną, sama za taką się mam, ale z tru­dem zno­szę myśl, że już ni­gdy go nie zoba­czę.

Cas­san­dra wycią­gnęła rękę i ujęła dłoń Isa­belli. Och, ta siła dro­bia­zgów, kiedy więk­sze rze­czy - dom albo rodzina - oka­zały się kru­che! Przy­po­mniała sobie, jak panna Mur­den pole­ro­wała swoją małą błę­kitną paste­reczkę, a Jane ści­skała pudełko z przy­bo­rami do pisa­nia, nie chcąc się z nim roz­stać.

- Wiem, Isa­bello. Zostaw to na sam koniec, a teraz usiądź i poroz­ma­wiajmy chwilę. Mam takie wyrzuty sumie­nia, że wypo­czy­wam tutaj spo­koj­nie, pod­czas gdy ty zaj­mu­jesz się ciężką pracą. Nie ma nic takiego, co mogła­bym zro­bić, a co pocią­ga­łoby za sobą wię­cej sie­dze­nia, a mniej pod­no­sze­nia? Na przy­kład coś w gabi­ne­cie two­jego ojca? - Choć wcale nie chciała się w tym gabi­ne­cie zna­leźć.

- O ile wiem, tam wszystko jest w porządku. Przez ostatni rok papa robił u sie­bie porządki i miał oczy­wi­ście do pomocy swo­jego wika­riu­sza. To sumienny młody czło­wiek, taki skru­pu­latny w pracy. - Zasmu­ciła się. - Jakie to uży­teczne mieć wika­riu­sza, prawda? Rze­czy­wi­ście, gdy teraz o tym pomy­ślę, ni­gdy nie miesz­ka­łam bez wika­riu­sza w pobliżu. - Znów pobla­dła. - Teraz będę chyba musiała do tego przy­wyk­nąć.

Cas­san­dra znów była cała współ­czu­ciem. Dla rodziny, szcze­gól­nie dla samot­nych kobiet, dla któ­rych opusz­cze­nie ple­ba­nii było jak wygna­nie z raju. Cze­kały je tylko cięż­kie przej­ścia i nie­do­sta­tek.

- I oczy­wi­ście papa wie­dział, że koniec się zbliża. Biedna mama ode­szła nagle. W jed­nej chwili.

- Jakie to smutne. - Cas­san­dra się­gnęła po robótkę. - A jej papiery? Mogę pomóc je upo­rząd­ko­wać? Nie naru­szy­ła­bym jej pry­wat­no­ści. W końcu przy­jaź­ni­ły­śmy się przez tyle lat.

- Dzię­kuję, ale nie. Cio­cia Mary wyra­ziła zde­cy­do­wane życze­nie, że ona się tym zaj­mie. Rozu­miem, że jej syn James-Edward zaczął się bar­dzo inte­re­so­wać histo­rią rodziny. Twier­dzi, że pew­nego dnia nawet napi­sze o niej książkę! - Unio­sła oczy do sufitu na taką nie­do­rzecz­ność. - Jakby na świe­cie nie było dość ksią­żek. - Uśmiech­nęła się prze­ko­nana, że roz­mów­czyni w pełni podziela jej zda­nie. - I jakby ludzie chcieli się cze­goś dowie­dzieć o Auste­nach, też coś.

Cas­san­dra odpo­wie­działa jej uśmie­chem.

- Moja droga, nie mogła­bym się z tobą bar­dziej zgo­dzić. Jak wiesz, jestem wielce oddana mojej rodzi­nie i wspo­mnie­niom z nią zwią­za­nym, ale nawet ja muszę przy­znać, że jeste­śmy cudow­nie nudni i nie przy­da­rzyło nam się nic zaj­mu­ją­cego. - Tego wła­śnie się oba­wiała. Mary za żadne skarby nie może dotrzeć do tych listów jako pierw­sza.

Isa­bella mówiła dalej.

- Moja ciotka zde­cy­do­wa­nie uważa, że to na niej spo­czywa obo­wią­zek przej­rze­nia rodzin­nych papie­rów i wyłącz­nie ona powinna posta­no­wić, które z nich zatrzy­mać. Na­dal ser­decz­nie opła­kuje moją matkę. Twier­dzi, że o wiele więk­szym bólem napawa utrata sio­stry niż rodzica, ale ja nie mogę się na ten temat wypo­wie­dzieć.

Cas­san­dra z furią wbiła igłę w mate­riał, by dać upust iry­ta­cji. Nie­ważne, czyje ciało leży w trum­nie, Mary Austen zawsze uzna samą sie­bie za główną żałob­niczkę.

- Zaczęła już?

- Nie, jesz­cze nie. Ma istot­nie taki zamiar, ale jest oczy­wi­ście strasz­li­wie zajęta. Jakoś zawsze ma wię­cej do roboty niż reszta z nas. I cią­gle coś staje jej na prze­szko­dzie.

Z nową ener­gią Cas­san­dra zapro­po­no­wała, by Isa­bella wybrała się do wio­ski w ramach nagrody za ciężką poranną pracę. Poja­wiła się mini­malna próba oporu - Dinah już wyszła, by poza­ła­twiać sprawy; byłoby nie­grzecz­nie zosta­wić gościa samego w domu - ale bez trudu został prze­ła­many. Isa­bella nie­ba­wem wyszła po okry­cie i kape­lusz. I naresz­cie wyglą­dało na to, że Cas­san­dra może mieć dom tylko dla sie­bie.

Spa­ko­wała robótkę, wzięła kufe­rek i wyszła do holu. Wszę­dzie pano­wała cisza. W poło­wie scho­dów zatrzy­mała się, by wyj­rzeć przez okno. W ogro­dzie ani na brzegu rzeki nie było nikogo. Na pode­ście znów nasłu­chi­wała - czy mogła gdzieś tu być docho­dząca poko­jówka, która nie dała się jesz­cze poznać? Ktoś pra­co­wał w poko­jach na górze? Cas­san­dra nie wyczu­wała dodat­ko­wej obec­no­ści, choć w domu było zde­cy­do­wa­nie dużo pracy. Prze­szła przez kory­tarz do sta­rego pokoju dzie­cię­cego, potem wyj­rzała przez okno na tyłach. W ocie­nio­nym rogu nie­gdyś wspa­nia­łej zagrody dla dro­biu dostrze­gła Freda. Chude ptaki dzio­bały w kurzu, a Fred żuł tytoń i stru­gał patyk.

Cas­san­dra od lat podzi­wiała tę ple­ba­nię jako wzór domo­wej wydaj­no­ści. Zawsze pro­wa­dzono ją tak, jak sama by to robiła, gdyby koleje jej życia przy­brały taki wła­śnie obrót. Była więc wstrzą­śnięta opie­sza­ło­ścią i ogólną obo­jęt­no­ścią wszyst­kich pozo­sta­łych tu osób, łatwo­ścią, z jaką gospo­dar­stwo po pro­stu pod­upa­dało. Aż ją kor­ciło, żeby prze­jąć nad nim kon­trolę; przez wzgląd na repu­ta­cję Elizy nie można go prze­ka­zać następ­nemu admi­ni­stra­to­rowi w tak opła­ka­nym sta­nie. I zrobi to - ale póź­niej. Na razie panu­jący tu chaos odpo­wia­dał jej pla­nom. Pew­niej­szym kro­kiem skie­ro­wała się do pokoju pani domu.

Drzwi stały otwo­rem, jakby Eliza dopiero co wyszła. Na łóżku wciąż leżała narzuta zszyta z róż­nych kawał­ków mate­riału, cze­pek do spa­nia cze­kał przy lam­pie na komo­dzie. Szczotki i grze­bie­nie leżały na toa­letce pod oknem; wstążki do wło­sów spły­wały z lustra; przez opar­cie krze­sła prze­rzu­cono koszulę nocną. Cas­san­dra usia­dła ciężko na ozdob­nej dębo­wej ławie przy ścia­nie, poru­szona ota­cza­jącą ją sceną: zatrzy­ma­nym nagle życiem; chwilą zawie­szoną w cza­sie.

Przy­glą­dała się obraz­kom na ścia­nie, na które Eliza patrzyła co rano tuż po prze­bu­dze­niu: pro­stym modli­twom i mak­sy­mom wyha­fto­wa­nym dzie­cię­cymi rękami. "Nie ma jak w domu", prze­czy­tała i pokrę­ciła głową: takie try­wialne i naprawdę bar­dzo kiep­sko wyszyte. Jakie to dziwne ze strony Elizy, że naj­pierw powie­siła te obrazki, a potem żyła wśród nich. Ale tak wyglą­dały upo­ko­rze­nia wyni­ka­jące z macie­rzyń­stwa; kobiety obda­rzone dobrym gustem były zmu­szone cenić wysoko rze­czy, które nie zasłu­gi­wały nawet na tole­ran­cję. Jed­nym z wielu bło­go­sła­wieństw sta­ro­pa­nień­stwa było to, że przy­naj­mniej miało się dla sie­bie ściany. Ta myśl oży­wiła Cas­san­drę. Wstała i kon­ty­nu­owała poszu­ki­wa­nia.

Pod łóż­kiem zna­la­zła jedy­nie kłębki kurzu. W sza­fie mole i ubra­nia. Choć oto­mana wyglą­dała obie­cu­jąco, kryła w sobie jedy­nie pościel. Cas­san­dra rozej­rzała się i jej wzrok spo­czął na ławie. Cóż za stary, paskudny mebel. Z pew­no­ścią przy­wio­zło go do domu pierw­sze poko­le­nie Fowle'ów, ale wielka, ciężka ława wyko­nana z suro­wego ciem­nego drewna zupeł­nie nie paso­wała do sypialni kul­tu­ral­nej, nowo­cze­snej damy... W nagłym prze­bły­sku Cas­san­dra pojęła, dla­czego mebel zna­lazł się wła­śnie tutaj.

Prze­szła przez pokój, zdjęła z sie­dzi­ska długą pła­ską poduszkę, poło­żyła ją na pod­ło­dze i nie bez trudu uklę­kła na niej. Wysi­łek zwią­zany z pod­nie­sie­niem pokrywy nie­mal prze­kra­czał jej moż­li­wo­ści. Musiała wytę­żać siły tak mocno, nie wie­rzyła, że jest do tego zdolna. Krew pul­so­wała jej w żyłach. Nagle jej wysiłki zostały nagro­dzone. Z gło­śnym skrzyp­nię­ciem wieko pod­dało się i ława odsło­niła swoją zawar­tość. Poszu­ki­wa­nia dobie­gły końca. Cas­san­dra zaci­snęła palce na drew­nie i spoj­rzała w dół.

Miała przed oczami listy pisane przez całe życie.

Trudna do okre­śle­nia kola­cja tego wie­czoru była zupeł­nie pozba­wiona smaku i wyrazu. Cas­san­dra podej­rze­wała, że oglą­dała jej ostat­nie chwile w pyle zagrody dla dro­biu, lecz poza tym nie­wiele zaj­mo­wało ją to, co jadła. Miała wyraź­nie spre­cy­zo­wane plany na wie­czór: wró­cić jak naj­szyb­ciej do swo­jego pokoju, zamknąć się i zacząć czy­tać listy.

- Nie mam poję­cia, dla­czego jestem tak zmę­czona. - Odło­żyła sztućce na talerz, który dziel­nie zdo­łała nie­mal opróż­nić. - Tak nie­wiele dziś zro­bi­łam w porów­na­niu z tobą, Isa­bello. A jed­nak oba­wiam się, że nie­długo będę musiała się poło­żyć.

Nie prze­wi­dy­wała żad­nych obiek­cji. W końcu mil­cze­nie i nie­obec­ność ucho­dziły za prze­jaw grzecz­no­ści u nie­chcia­nych przy­jezd­nych i pozba­wio­nych przy­ja­ciół krew­nych. Biedna panna Mur­den spę­dzała więk­szość czasu w swoim pokoju, uda­jąc, że jest szczę­śliwa. Reak­cja Isa­belli mocno zasko­czyła więc Cas­san­drę.

- Och, pro­szę, jesz­cze nie! Nie położę się jesz­cze przez parę godzin i zostanę tu cał­kiem sama! - Isa­bella wró­ciła z wyprawy do wio­ski zaru­mie­niona i wesoła i ten nowy nastrój trwał aż do tej chwili. Teraz znów popa­dła w przy­gnę­bie­nie. - Czuję się okrop­nie, gdy sie­dzę sama i nie mam nic do roboty.

- Wybacz mi, moja droga. Jakie to bez­myślne z mojej strony. Oczy­wi­ście, posie­dzę z tobą, jeśli tego wła­śnie pra­gniesz. - Jakoś sobie z tym pora­dzi. W star­szym wieku nie potrzeba już tyle snu; będzie czy­tać listy przez całą noc, jeśli zaj­dzie taka potrzeba. Bar­dziej mar­twił ją ten nowy dowód nie­sa­mo­dziel­no­ści Isa­belli. Czuje się okrop­nie sama? Jest nie­za­mężną kobietą! Samot­ność to nie­unik­niona część jej pozy­cji.

Wstały od stołu i zasia­dły w salo­nie do her­baty.

- Zamie­rza­łam cię o to zapy­tać, droga Isa­bello. Jakie usta­le­nia poczy­ni­łaś w związku ze swoją przy­szło­ścią?

- Jesz­cze nie posta­no­wiono, co się ze mną sta­nie. - Isa­bella nalała her­batę i podała Cas­san­drze fili­żankę na spodeczku.

- Ale zamiesz­kasz oczy­wi­ście z jedną ze swo­ich sióstr. - Cas­san­dra nie mogła nic na to pora­dzić, że iry­to­wało ją to jawne uża­la­nie się nad sobą. Nie każda samotna kobieta mogła liczyć na pomoc rodziny. - Zasta­na­wia­łam się tylko, z którą i gdzie.

- Podej­rze­wam, że mnie przyjmą, jeśli tak zde­cy­duję. Wci­snę się jakoś do chatki Mary-Jane albo razem z Eli­za­beth wynaj­miemy nie­wielki dom w wio­sce, który będę pro­wa­dzić, bo ona stale gdzieś wycho­dzi. Takie było ostat­nie życze­nie mojego ojca, jed­no­znaczne. Miał bar­dzo zde­cy­do­wane poglądy w tej spra­wie. Jak wiesz, miał zde­cy­do­wane poglądy na wszystko, a ja przez całe życie ni­gdy nie zro­bi­łam niczego, co mogłoby mu spra­wić przy­krość. Ale aku­rat w tym wypadku... chcia­ła­bym choć raz wziąć pod uwagę moje wła­sne odczu­cia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki