- Gdybym miała dwanaście córek, wszystkie, co do jednej,
wykierowałabym na profesorów uniwersytetu! Tak, wszystkie, co do
jednej, chociażby mię za to ludzie biczowali, krzyżowali i
kamienowali, wszystkie, co do jednej, byłyby profesorami
uniwersytetu! Tak! Dwanaście córek i dwanaście katedr! Takiem było
zawsze najdroższe marzenie moje... O! pokazałabym ja wtedy światu,
co kobiety mogą i do czego są zdolne. Byłabym też szczęśliwą, bo
widok dzieci moich wynagrodziłby mi wszystko to, co...
przecierpiałam sama... Istotnie, patrząc na nią, z łatwością uwierzyć można było,
że w życiu swem przecierpiała wiele. Była to teraz kobieta lat trzydziestu kilku, chuda,
koścista, trzymająca się zawsze prosto, chodząca żwawo i raźnie, z
energicznemi ruchami delikatnych, podługowatych rąk, których
błękitne żyłki, przebijające się przez cienką skórę, objawiały
wysoki stopień fizycznego wycieńczenia. Wycieńczenie to widocznem też było w twarzy panny
Antoniny. Z profilu widziana, wyglądała dość jeszcze młodo, bo rysy
miała prawidłowo i delikatnie zarysowane, lecz gdy się na nią
wprost, twarzą w twarz patrzyło, wydłużenie chudych policzków jej,
czoło, okryte rojem drobnych zmarszczek, i żółtawa bezkrwista jej
cera sprawiały wrażenie przedwczesnego zwiędnięcia. Kiedy wpadała w
zapał, co zdarzało się bardzo często, cienkie, blade jej wargi
drgały nerwowo, a piwne, zagłębione oczy ciskały iskry i płomienie. Ubierała się zawsze jednostajnie, w czarną suknię, której
stanik obciśle zarysowywał wyprostowaną i suchą jej kibić i w
niepokalanie białe kołnierzyki i mankiety. Nigdy błyskotki żadnej,
ani żadnego przyozdobienia stroju, z wyjątkiem kawałka czarnej
koronki, którym przysłaniała włosy swe, czarne niegdyś, teraz
zlekka już siwiejące i dwoma gładkiemi pasmami nisko na czoło
zsunięte. Sposób ten czesania się nadawał wysokiemu czołu postać
dość regularnego trójkąta i powiększał blask ognistych oczu. - Tak; dwanaście córek i dwanaście katedr i nikt mi tego z
głowy nie wybije! Ja nawet tego nie rozumiem, jak państwo możecie
słuszności mi nie przyznawać ? Cóżto ? powiadacie mi, że ptaki nie
orzą i nie sieją, a jednakże żyją! dziękuję! Śliczne mi to
pocieszenie! Nie orać i nie siać! Ja bo jak patrzę na te nieorzące
i niesiejące, to taka mię złość ogarnia, żebym je pięścią do siania
i orania naganiała! tak, pięścią naganiałabym; bo to próżniaczki
są, lalki, pijawki, pasorzyty wysysające soki z drzewa
społeczeństwa! O! żebym miała córki, nigdy nie pozwoliłabym im na
coś podobnego, nigdy, nigdy! Niechby lepiej poumierały dziećmi.
Takie są moje przekonania i biczujcie mię, krzyżujcie, ścinajcie, a
już ja od swego przekonania nie odstąpię! Nie tylko biczować ją, krzyżować i ścinać, ale nawet
zaprzeczać jej nikt nie myślał. Było to w malutkim, niskim pokoiku, znajdującym się pod
dachem wysokiej kamienicy miejskiej. Pana Antonina siedziała na
sprężynowej kanapce, bardzo staro i ubogo wyglądającej, przed
okrągłym stolikiem, na którym paliła się świeca stearynowa w
żelaznym lichtarzu i stały trzy szklanki z herbatą. Przy ścianie
przeciwległej znajdowało się łóżeczko wąskie, ze szczupłą, twardą i
śnieżyście białą pościelą, dalej stała komódka pełna kajetów
dziecinnych, książek ze zniszczoną oprawą, dalej dwa czy trzy
stare, żółte krzesła, jakiś taborecik ze spłowiałem nakryciem,
samowarek gotujący się na ziemi przed otwartym piecem, na ścianach
kilka historycznych rycin z ilustrowanych dzienników wyciętych i
szpilkami przymocowanych do obicia, zasianego polnymi kwiatkami; u
jednego okna kilka zielonych roślin w doniczkach i klatka z
kanarkiem. Pokoik ten był nadzwyczaj czysty. Obicie z polnemi
kwiatkami, wazoniki, ptaszek w klatce i śnieżnie usłane wąskie
łóżko, nadawały mu pewien charakter naiwności, na tle której
dziwnie odbijała czarno ubrana, surowa i sucha postać jego
właścicielki. Patrzyłam na nią z ciekawością i współczuciem. Ani
dwanaście córek w połączeniu z dwunastu katedrami, ani "drzewo
społeczeństwa", ani uderzania pięścią w stół, nie zrażały mnie do
niej. Znałam ją oddawna. - Jednakże - nieśmiało zaczęłam - pani sama nie zajmowałaś
nigdy katedry profesorskiej, a któż powiedzieć może, że nie siejesz
i nie orzesz... Spojrzała na mnie bystro, podejrzliwie, jakby usiłując
przekonać się, że w słowach moich złośliwości lub ironii nie było,
potem smutnie skinęła głową, a ręka uczyniła znak zniechęcenia. - Oj! - rzekła - takież tam sianie i oranie moje! Boże
odpuść! Chude, długie, delikatne ręce swe na czarnej sukni splotła
i cichszym znacznie głosem zaczęła: - To prawda; dwadzieścia i jeden lat skończyło się na
wiosnę, odkąd nauczycielką jestem. Prosto z pensyi, tak, prościutko
z pensyi na nauczycielkę poszłam. Ani jednego dnia swobodnie po
świecie nie bujałam. Ojca już na tej ziemi nie było, chora matka u
krewnych mieszkała. Prosto więc z pensyi... do cudzego domu! No i
cóż dalej? przez siedemnaście lat z domu do domu... a cztery lata,
odkąd tu osiadłam, bo przekonałam się ostatecznie, że wszystkie
ściany na świecie zimne, i wszystkie serca cudze... Te ściany i te
serca swoją drogą, a swoją drogą... własna głupota! Takem ja
zupełnie do nauczycielstwa, jak wół do karety. Czyto ja nie
rozumiem coto jest gwiazda wiedzy i jak mnie do niej daleko! O,
gwiazdo wiedzy! Kto tam o czem marzy i do czego wzdycha, a ja o
niej tylko marzyłam... Wzlatywałam też, wzlatywałam do niej i tędy
i owędy i tak i owak, ale sposobów i czasu nie było... głód moralny
i koniec! O! żebym miała córki... Wszystko to mówiła z wielkim spokojem w postawie i ze
spuszczonemi oczyma. Widocznie do zwierzań się i wywnętrzań
nieprzyzwyczajona, wstydziła się nieco, że tak długo o samej sobie
mówi. Nagle spostrzegła, że szklanki przed gośćmi stojące są już
próżne. Zerwała się żywo z kanapki i pochwyciwszy szklanki, do
samowarka pobiegła. Chciałam wyręczyć ją w nalaniu herbaty, bo
samowarek stał na ziemi, a wiedziałam o tem, że nachylanie się
sprawiało jej przykrość, z powodu artrytyzmu w nogach i ramionach,
którego lekkich jeszcze ataków, od pewnego czasu doświadczała.
Dobre chęci moje bardzo energicznie odrzuconemi zostały. - O, nie! o, nie! - zawołała - tak mi jest miło służyć
paniom w mojej chatce! Rzadko miewam gości, ot! prawie nigdy.
Czasem chyba która z dziewczątek tych, młodych koleżanek moich,
wpadnie do mnie na chwilkę, ale i to rzadko bywa, bo czasu
niebożątka nie mają i z młodemi przestawać wolą. Nie mam też ja do
nikogo pretensyi o nic. Każdy ma swoje zajęcia i stosunki... A te
wielkie przyjaźnie i przywiązania pomiędzy obcymi sobie ludźmi, to
tylko w powieściach... Ot, córki dobre kiedy kto ma... o! córki... Postawiła na stole szklanki z herbatą, starannie pokroiła
i na talerzu ułożyła bułeczkę, a czyniąc to, uśmiechała się wesoło. - Tak mi jest miło przyjmować panie w moim domku... I
przytem - dodała zaraz - wszystko w małem gospodarstwie mojem robię
zawsze sama, a to dlatego, aby przekonać ludzi, że kobieta, która
samodzielnie żyje i do gwiazdy wiedzy wzdycha, niekoniecznie już w
życiu praktycznem musi być niedołęgą! "Samodzielność kobiety" i "gwiazda wiedzy", ilekroć je
wspomniała, nieuniknienie wprawiały ją w zapał. I teraz też,
szerokim, energicznym ruchem wskazała nam ściany pokoiku swego i
napełniające go przedmioty. - A co! - zawołała - czysto, porządnie i choć ubogo ale i
trochę nawet elegancko. Obicie z maczkami i bławatkami sama
wybrałam w sklepie, jakem się tu wnosiła. I kwiatki są i kanareczek
i ryciny takie, na jakie mię stać było... Ot! niech przyjdą i
zobaczą, że kobieta, która sama dla siebie na kawałek chleba
zapracowuje, a naukę ubóstwia... niekoniecznie przecież musi być
niemytą i nieuczesaną. - O kimto pani mówi, aby przyszli i zobaczyli? -
zapytałam. - Ot! - zawołała - albo to pani nie wiesz? Kobietożercy,
tyrani, gwałciciele praw najświętszych, którzy odmawiają kobietom
prawa do nauki i samodzielności, a gdy tylko która z nas palcem
poruszy, u nich o pozwolenie nie poprosiwszy, arabskie awantury na
nią wygadują... O! żebym ja miała córki... Zauważyłam, że w marzeniach swych zanadto może
jednostronną jest, dwanaście naraz kobiet na katedrach
profesorskich osadzając, że przecież inne jeszcze gałęzie pracy
ludzkiej... - No, no! - przerwała, - to tylko tak się mówi!
naturalnie, że są inne gałęzie... Ale ot! zkąd mi się te katedry
wzięły... Zaśmiała się wesoło... - Wiesz pani dobrze o tem, że ja w życiu mojem z uczonymi
ludźmi nigdy żadnych stosunków nie miałam. Po obywatelskich domach
młodość całą przewłóczyłam się, a obywatelstwo nasze... wiadomo...
Otóż, raz tylko, przez całe życie moje, zdarzyło mi się spotkać
profesora uniwersytetu... Miałam wtedy już lat pod trzydzieści,
wiesz pani, o mało, o mało, żem przed człowiekiem tym na kolana nie
uklękła. Mąż nauki! pani moja! pokolenia młode do gwiazdy wiedzy
prowadzi! Śmieli się wtedy wszyscy ze mnie, mówili, że pomiędzy
nimi bywają tacy i owacy. A mnie co do tego? kapłan nauki i koniec.
Wtedy też, na człowieka tego patrząc, pomyślałam sobie: gdybymto ja
na jego miejscu była! Aż mi się w głowie od myśli tej zakręciło!
Gdzie tam mnie, mizernemu robakowi, o takiem szczęściu myśleć! Ale
potem przyszło mi do głowy, że gdybym miała córki... i od tego
czasu, ile razy pomyślę sobie o córce, tyle razy obok ślicznej
dziewczyny, zdrowej, szczęśliwej, matkę swoję z całego serca
kochającej, widzę profesorską katedrę.... Takto czasem, pani moja,
człowiek swój głód moralny różnemi wyobrażeniami uspokaja... Czasem
ramiona tej dziewczyny mojej wymarzonej około szyi swojej czuję...
a czasem widzę ją i słyszę przemawiającą z katedry... Zaczęła mówić ze śmiechem, a kończąc, miała łzy w oczach.
Jak wszyscy przecież, których łez nie spostrzegał i nie ocierał
nigdy nikt, nie lubiła ich pokazywać nikomu. Zarumieniła się trochę
i pobiegła ku oknu, aby mi kwitnącą tam w doniczce pelargonią
pokazać. Oglądaliśmy właśnie pelargonią, gdy cichutko i zwolna
otworzyły się drzwi wiodące na wschody i do pokoju wsunęła się
dziewczynka dziesięcioletnia może, w długiej aż do ziemi podartej
sukienczynie, z lnianemi włosami na tył głowy zczesanemi, więc
odkrywającemi w pełni pucołowatą, różową, dwojgiem błękitnych oczu
świecącą twarzyczkę. Wsunęła się i onieśmielona widokiem nieznanych
sobie osób, tuż przy drzwiach, do ściany plecami przycisnąwszy się,
stanęła. Wnet za nią żwawiej i śmielej wtargnął chłopak nieco od
niej starszy, bosy, rozczochrany, w spencerku, z którego dawno już
wyrósł, a po wtargnięciu jego wsunęło się jeszcze jedno dziecko,
niewiadomo już jakiej płci, bo w grubej tylko koszuli, znacznie
młodsze od tamtych, z kromką czarnego chleba przy ustach. - Jacyżto osobliwi goście? - zapytałam. Panna Antonina zmieszała się trochę. - A no, - zaczęła - to są dzieci stróża tej kamienicy....
bardzo biednego człowieka i w dodatku pijaka..., - Uczniowie pani zapewne?... - A uczniowie... dziewczyna jest łagodna i zdolna, chłopak
zdolny także, ale... - I to maleństwo także uczysz pani?... - Ej nie! przychodzi to sobie z rodzeństwem, kiedy samo
chce i przysłuchuje się tylko naszym lekcyom... Jestto - dodała, -
na uniwersytecie moim wolny słuchacz... Uniwersytet ani na chwilę z głowy jej nie wychodził. - Ileż pani masz godzin lekcyj na mieście? - zapytałam. - Ośm. - Ta więc, z temi dziećmi, jest dziewiątą. - Naturalnie. Ośm a jeden to dziewięć! Kiedy z towarzyszką moją żegnałyśmy pannę Antoninę, dzieci
ośmieliły się już zupełnie i były w pokoiku jej, jakby u siebie. Dziewczynka, wspinając się na palcach, ściągała z komody
elementarz swój i zeszyt, zakreślony grubemi kreskami, chłopak
czyścił łupkową tabliczkę, a maleństwo, wdrapawszy się na taboret,
z podniesioną głową i otwartemi usty podziwiało kwitnącą
pelargonią. Jakież było zdziwienie nasze, gdy na schodach
spotkałyśmy dążące w górę jeszcze jedno dziecko ubogo ubrane i
jeszcze jedno i jeszcze jedno... - Dokąd idziecie wszyscy? - zapytałam jedno ze spotkanych
dzieci. - Do panny Antoniny! - odpowiedział mi malec, który jak
dowiedziałam się potem, w sklepie jakimś zajmował posadę wymywacza
podłóg i roznosiciela po mieście zakupionych towarów. - A ileż rodzice wasi płacą pannie Antoninie za to, że was
uczy? - zapytałam jeszcze malca. - A ktoby tam miał rodziców jakich! - odkrzyknął chłopiec,
po trzy schody odrazu przesadzając. Widocznie miłość panny Antoniny dla "gwiazdy wiedzy"
platoniczną nie była. Po raz pierwszy poznałam ją, gdy była jeszcze zupełnie
młodą, bo nie miała więcej nad lat dwadzieścia cztery. Nosiła
jeszcze wtedy kolorowe suknie i czarne włosy dość pretensyonalnie
zaczesywała, ale nie była już świeżą i zaczynała stawać się chudą i
kościstą. Zwiędnięciu temu, nader przedwczesnemu, towarzyszyła
przecież świeżość uczuć, do egzaltacyi i naiwności posunięta.
Zajmowała miejsce nauczycielki w trzecim już zkolei domu i po raz
trzeci była pod wpływem najzupełniejszego złudzenia, że na zawsze,
albo przynajmniej na bardzo długo, stała się przybranym członkiem
rodziny, śród której zostawała. W rzeczy samej rodzina ta,
jakkolwiek z osób uczciwych i dobrze wychowanych złożona, o żadnem
przybieraniu jej za członka swego ani myślała. Czuła się ona
najzupełniej w komplecie i nie uczuwała potrzeby powiększania się
przez przyjmowanie do siebie osób obcych. Obchodzono się z
nauczycielką dobrze przez przyzwoitość i prostą życzliwość,
trzymano ją, bo nie widziano, jakąby korzyść odprawienie przynieść
mogło; przytem z nadmiernej czułości wszystkim okazywanej i z
przebijającego się niekiedy w mowie patosu, jak też czasem z
loczków, które wysoko piętrzyła nad czołem, i z całonocnych
przesiadywań nad książkami, śmiano się pocichu. Śmiano się z
nauczycielki tak cicho i tajemnie, że ona tego nigdy spostrzec, ani
dosłyszeć nie mogła. Wzamian każdy żywszy objaw grzeczności, każde cieplejsze
nieco uściśnięcie ręki lub życzliwsze słowo, przybierały w oczach
jej znaczenie uczuć gorących i trwałych. Pod wpływem ich, tajała
cała w przywiązaniu i wdzięczności, z zapałem i gorliwością
niezrównaną oddawała się na usługi każdego, kto ich zażądał.
Przedewszystkiem duszą i ciałem oddawała się uczennicom swoim.
Ciekawym był istotnie widok, jak we wszelkich z niemi stosunkach
heroicznie i skutecznie walczyła z wrodzoną sobie żywością i
popędliwością, zarówno jak z niedostatkami wykształcenia własnego.
Pensyjka, z której zaczerpnęła była cały zasób swej wiedzy, była
pensyjką bardzo mizerną, to też zrazu panna Antonina zająć mogła
miejsce tylko nauczycielki początkowej. W tym trzecim jednak domu
zostając, udzielała już nauki średniej. Postęp ten nie przyszedł sam przez się; aby go zdobyć,
przesiedziała była pięćset nocy nad gramatykami różnemi, ze trzysta
przynajmniej nad historyą i jeografią i ze sto pięćdziesiąt nad
arytmetyką. Były to już wszystkie prawie gałęzie nauki, których
znajomości od niej żądano. Żądano wprawdzie jeszcze i nawet bardzo
usilnie muzyki, ale w tej, panna Antonina żadnemi już pod słońcem
usiłowaniami wydoskonalić się nie mogła. Poprostu nie miała ucha do
muzyki, a pomimo, że ręce jej były kształtne i delikatne, palce
uderzały zawsze i niezmiennie po dwa klawisze na raz. Muzyce więc
całkiem za wygraną dała. Natomiast, ilekroć ktokolwiek zapytał ją,
dlaczego w pokoju jej po całych nocach pali się światło, podnosiła
głowę i z oczyma błyskającemi od zapału, śmiało i nawet z dumą
odpowiadała: Kształcę się. Kształcenie się było ambicyą jej, namiętnością, drogiem
pragnieniem całej jej młodości. Postępowało czasem dziwnemi
drogami: tak np. dla wprawienia się w język francuski, tłómaczyła
kilkotomowe powieści francuskie i uczyła się recytować na pamięć
długie ich ustępy, ażeby zaś zdobyć szerszą wiedzę o świecie i
ludziach, kilka miesięcy ślęczała nad ogromnych rozmiarów dziełem o
strategii wojskowej. Szczególne to skierowanie się jej studyów było
wynikiem prostego wypadku. Pani domu lubiła czytać francuskie powieści; pan domu był
eks-wojskowym. Suego więc, Dumasa, Sanda i strategią znalazła w
starej biblioteczce domowej i z kilkoletniego pyłu otarłszy, za
skarby znalezione uznała. Innych książek w domu nie było, a ona
skądżeby mieć je mogła? Pensyę brała niewielką i trzy czwarte jej
odsyłała chorej matce. Za pozostałe pieniądze sprawiała sobie
suknie tanie, ale tak co do barwy, jak co do kroju, usiłujące
zawsze mieć w sobie coś poetycznego. To dążenie do poetyczności w
ubieraniu się, jako też piętrzenie loczków nad czołem, świadczyć
zdawało się, że w porze tej swego życia panna Antonina, oprócz dwu
powyżej wymienionych, miała jedno jeszcze, bardzo właściwe wiekowi
jej pragnienie; zapewne marzyła czasem o tem, aby kochać, być
kochaną, wyjść za mąż. Jednak napewno powiedzieć można, że ten
szereg pragnień i marzeń, stał u niej na planie dalekim. Głównie i
przedewszystkiem szło jej o to, aby być jednostką rodziny jakiej i
kształcić się. Była też najzupełniej pewną, że osiągnęła pierwsze z
pragnień tych, a dokonywa drugiego, gdy niby piorun ugodziła w nią
wiadomość, że przez caluteńkie dwa lata zostawała pod wpływem
najzupełniejszego złudzenia i, że z chwilą, w której uczennice jej
potrzebowały rozpocząć naukę muzyki, - ona z domu ich ustąpić
musiała. Jakto! rodzina ta więc, lubiąc ją i szanując, uważała
zawsze za osobę obcą i tymczasowo tylko niezbędną. Jakto! więc nie
kochano jej naprawdę i odprawiono, gdy tylko jednej potrzebie
jakiejś zadość uczynić nie mogła! Była to dla niej trzecia już z
rzędu niespodzianka podobna, wywarła na nią przecież wrażenie takie
samo zupełnie, albo może i silniejsze, jak pierwsza i druga.
Zapomniała nawet o kształceniu się. Przez dwa tygodnie po całych nocach zalewała się łzami, po
wszystkich samotnych kątach domu i ogrodu załamywała ręce i na
pożegnanie całowała sprzęty i drzewa; duże już i ciężkie dzieci na
ręce porywała, dusząc je w uściskach i wlewając w ich dusze całe
dykcyonarze najczulszych wyrazów. Nakoniec, gdy z twarzą spuchniętą
od płaczu, zmęczona, chora prawie wsiadła do powozu i wyjechała za
bramę ładnego wiejskiego dworu, osłupiałym wzrokiem powiodła po
szerokich polach i jesiennem niebie, bo doświadczyła takiego
uczucia, jak gdyby świat cały był jedną bezgraniczną, głuchą, zimną
pustynią. W czwartym zkolei domu przebyła dłużej nieco jak w
trzecim, niepospolicie nawet długo, bo całe lat trzy. Zawdzięczała
to nowym postępom, które w kształceniu się swem dokonała, a które
pozwalało jej dalej już nieco posuwać edukacyą młodych dziewcząt,
nadewszystko zaś zawdzięczała staruszce pewnej, babce pani domu,
której stała się ulubienicą, sługą i ofiarą. Nie mogąc już tym
razem na żaden sposób łudzić się co do usposobień względem niej
pani i pana domu, ludzi dumnych i zimnych, nie mogąc zdobyć sobie
przywiązania dzieci, nieszczególnie przez naturę utworzonych, a źle
wychowanych, - przylgnęła, można powiedzieć, przykleiła się do
staruszki. Przedewszystkiem wyidealizowała ją sobie. W rzeczywistości, ośmdziesięcioletnia przeszło osoba ta,
jeżeli i posiadała kiedy jakiekolwiek przymioty umysłu i serca, ze
szczętem je utraciła i teraz przedstawiała już zaledwie
niekształtne i niedołężne resztki ciała, ożywione zaledwie
dostrzegalnemi resztkami ludzkiej duszy. Dla panny Antoniny jednak
dziecinne kaprysy jej, samolubne wymagania jej i bezmyślne
gadaniny, były "wspaniałym i rozrzewniającym majestatem starości".
Co najważniejsza, że z jednej strony przypominała jej ona kochaną
babkę w dzieciństwie utraconą, a z drugiej strony miała
prześlicznie, długie i gęste włosy, z białością śniegu a połyskiem
srebra. Panna Antonina kwadranse i godziny przepędzała na klęczkach
lub na niskim stołeczku u stóp fotelu lub łóżka staruszki, bawiła
ją opowiadaniem powieści Suego i Sanda; studziła jej rosoły i
gotowała ziółka, pielęgnowała ją w chorobach i popychała wózek jej
po cienistych alejach ogrodu. Wzamian tego wszystkiego, staruszka
pozwalała jej nazywać siebie babcią i od czasu do czasu nazywała
też ją zdrobniałem imieniem Antosi. To ostatnie szczególnie,
sprawiało nauczycielce wielką przyjemność. Powoli cały ciężar "majestatu starości" na jej barki
włożono. Ona upatrywała w tem dowód zaufania i szacunku, co
napełniało ją uczuciem przychylności i wdzięczności dla ludzi,
którzy zresztą patrzyli na nią bardzo zgóry. Drugiem szczęściem jej
w domu tym była możność dalszego kształcenia się, polegająca na
czytaniu niemieckich filozofów, których pan domu był zwolennikiem
wielkim i zbiór spory posiadał. W porach więc, w których ani
staruszka, ani dzieci jej nie potrzebowały, czytała, czytała,
czytała filozofów niemieckich; kilkanaście miesięcy upłynęło, zanim
zrozumiała, że nic nie rozumie i że cała ta ciężka praca, którą
dokonała, nie przyniosła jej korzyści żadnej. W innym czasie
odkrycie to napełniłoby ją smutkiem, teraz jednak nie myślała o
biadaniu nad poniesioną stratą sił i czasu, bo najdroższa staruszka
jej szybko bardzo zbliżała się do chwili, w której "majestat
starości" ustępuje przed "grozą śmierci". Umarła. Przed skonaniem, resztki duszy jej wzmogły się na siłach,
gasnącym wzrokiem szukała pośród obecnych panny Antoniny, a gdy ta
wzrok zrozumiawszy, przy łóżku jej uklękła, zeschłą i kostniejącą
dłoń swą, w znak błogosławieństwa na głowie jej położyła. Panna Antonina o chwili tej i o tem niemem
błogosławieństwie wspominała zawsze z silnem wzruszeniem. Nazywała
je jednem z najpiękniejszych wspomnień swoich. Jednem zato z
najprzykrzejszych wspomnień było ofiarowanie jej, w parę dni potem,
przez panią domu w rodzaju wynagrodzenia za czułość babce
okazywaną, jedwabnej sukni i szczerozłotej broszy, których
naturalnie nie przyjęła, i oświadczenie, że przed miesiącami
wakacyjnemi dom ich opuścić powinna. Panna Antonina uczyniła to,
ale już nie w ten sposób w jaki opuszczała dom poprzedni, bo bez
płaczu, łamania rąk, całowania ścian i krzeseł... Być może, iż
gdyby nawet nie żądano - odjechałaby sama; po stracie staruszki i
rozczarowaniu, doznanem względem filozofii niemieckiej, nic tu już
ją nie wiązało. Gdy o parę wiorst od dworca mijała cmentarz, kazała
furmanowi zatrzymać konie, poszła na cmentarz, posiedziała chwilę
na murawie u brzegu mogiły staruszki, potem z obsychającemi na
policzkach łzami do powozu wróciła - i pojechała dalej. Należała ona do tej kategoryi natur ludzkich, które
niezmiernie troszczą się o możliwą doskonałość tego, co czynią. Nie
rozumiała nigdy, co to jest czynić cokolwiek byle kiedy i byle jak.
O wczesnej bardzo porze zrywała się z pościeli, z energią rumaka
rwącego się do boju; ręka jej nabrała machinalnego ruchu sięgania
po zegarek. Wiele już lat minęło odkąd była nauczycielką, a jednak
do lekcyi z uczennicami swemi przystępowała zawsze z wewnętrznym
niepokojem, który jakkolwiek ukrywała starannie, przebijał się w
wyrazie ognistych jej oczu. Owszem niepokój ten, zamiast umniejszać
się, rósł z latami. Ze zwykłą sobie górnolotnością wyrażeń,
mawiała: "nauczycielstwo, to kapłaństwo" i z namaszczeniem kapłanki
a zapałem apostołki przeplatała lekcye języków, jeografii i
arytmetyki długiemi mowami o pracy, miłosierdziu, braterstwie
ludzi, wielkości nauki i tym podobnych bardzo pięknych i wzniosłych
rzeczach. Nie można powiedzieć, aby nauczania te, jakkolwiek
przedmiotami ich były rzeczy piękne i wzniosłe, odpowiadały zasadom
dobrze wyrozumowanej pedagogiki. Pomimo wiedzy i woli panny
Antoniny, plątały się w nich wyrażenia i zwroty, będące niby echami
tłómaczonych dla wprawy we francuski język romansów, jako też
studyowanej, w celu kształcenia się, filozofii niemieckiej. Przytem
zapał unoszący mówczynię, ruchom jej i wyrazowi twarzy nadawał
cechy, sprowadzające częstokroć na dziecinne twarze słuchaczów
figlarne uśmieszki. Bywały dzieci, które słuchając moralizatorskich
mów jej śmiech w sobie tłumiły, i takie, które słuchały ich bardzo
pilnie, ani pół słowa z nich nie rozumiejąc, i takie jeszcze, które
rozumiały je trochę, a częściowe rozumienie to, od czasu do czasu,
w postępkach swych ujawniły. Te ostatnie sprawiały pannie Antoninie
rzadkie, lecz żywe radości. Były to niby krople rosy, spadające na
czoło palone gorączką. Raz przecież, wkrótce po rozstaniu się z ową ukochaną
staruszką, panna Antonina znalazła uczenicę idealną, taką, o jakiej
marzyła oddawna, o możliwości znalezienia wątpić zaczynając.
Dziewczynka bardzo pojętna, żywa, czuła, nietylko uczyła się
wybornie gramatyki, jeografii, historyi i arytmetyki, ale też
niezmierne okazywała zamiłowanie do tego, co panna Antonina zwykła
była nazywać "filofozią nauczania". Długich i gorących rozpraw jej
o braterstwie ludzkiem, miłosierdziu, pracy, nauce i t. d.,
nietylko z wielką uwagą i prawie z chciwością słuchała, nietylko
bystro i szybko podstawowy sens ich sobie przyswajała, lecz jeszcze
zapalając dziecięcą wyobraźnię swą u ognia gorejącego w piersi
nauczycielki, z żarliwością wielką we wszystkich okolicznościach
dziecięcego życia swego stosować je usiłowała. Tak naprzykład, spotkawszy raz na przechadzce ubogie,
żebracze dziecko, zdjęła wykwintne, małe obuwie swe i ubogiemu
dziecku je oddała. Służącym zabroniła nazywać się "panienką" i co
chwila w twarz je całować chciała. Nad książkami przesiadywała do
późnej nocnej godziny, co niekoniecznie dobrze oddziaływało na
zdrowie, lecz pannę Antoninę w zachwyt nieopisany wprawiało. Z
trudem wielkim przestudyowała strategią wojskową i filozofią
niemiecką bieżącego stulecia, wzamian o higienie wogóle, a higienie
dziecięcej w szczególności, ze słyszenia zaledwie wiedziała.
Zresztą, przez całe życie swe, ciało i wszelkie jego potrzeby miała
ona w wielkiej pogardzie. Wszystkiem dla niej był - duch. "Będzie
to piękny, czysty, wzniosły duch!" - mawiała zwykle o niepospolitem
dziecku, które przez matkę swą, piękną i bardzo bawiącą się wdówkę,
niezbyt uszczęśliwiane, do nauczycielki przywiązało się rzewnie i
namiętnie. Przez całe dwa lata nie rozłączały się z sobą ani na jednę
godzinę. Blade, wątłe, nerwowe dziecko zasłoniło przed panną
Antoniną świat cały. Prócz niego nie widziała ona nikogo i nic.
Poetyczność ubrania zniknęła całkiem z uwagi jej i pamięci,
przestała włosy zawijać na loczki; wzamian kształcenie się nabrało
dla niej wyższej jeszcze wagi. Tyle umieć, aby móc edukacyą
ukochanej dziewczynki aż do końca doprowadzić - stało się
najdroższem, najwyższem jej marzeniem. Doprowadzić ją do granic
świata i rodziny, towarzyszyć jej w świecie, a potem na zawsze
wejść w jej rodzinę, głowę swą na zawsze u piersi jej i w ścianach
jej domu utulić, a może dzieci jej jeszcze kołysać, hodować,
nauczać, - wydawało się to pannie Antoninie szczytem szczęścia,
zarówno jak najmożliwszą ze wszystkich pod słońcem możliwości. Z serca jej i głowy nie wyszedł był jeszcze wyraz: na
zawsze! Tym razem muzyka nie stawiała przed nim groźnego znaku
zapytania; była ona bowiem udzielaną uczenicy przez kogo innego. Co
się zaś tyczy innych nauk, o! panna Antonina wierzyła w siły
własne; długie godziny nocne i poranne przesiadując nad stołem
obładowanym różnego rodzaju podręcznikami i metodami, kształciła
się z taką żarliwością, że żółtość cery jej i kościstość kibici,
czyniła szybkie i widoczne postępy. W stroju i obejściu się z ludźmi stając się poważniejszą i
surowszą, w stosunku do dziecka odmłodniała i odświeżyła się.
Niewiedzieć jak z wyobraźni jej wywijać się poczęły cudowne bajki i
historye, któremi bawiła i nauczała zarazem; niewiedzieć jakim
sposobem nauczyła się sama biegać i śmiać się, a lekcye, ze
zdwojonem namaszczeniem udzielane, przeplatać wesołą i głośną
zabawą. Nigdy też potem zrozumieć nie mogła, zkąd się jej brała
fizyczna siła taka, że dziewczynkę już dwunastoletnią, niby piórko
chwytała na ręce, aby móc ją silniej, ściślej do piersi swej
przycisnąć, ani jakim sposobem czas ubiegał tak szybko, że szare
godziny, które spędzały w kątku pokoju, przytulone do siebie,
zdawały się graniczyć z chwilami świtania, które często, sinem
światłem swem, przyćmiewało żółty blask niezgaszonej jeszcze lampy. O szarej godzinie, tuląc się wzajem do siebie,
nauczycielka i uczenica jednocześnie i z jednostajnie silnem
przekonaniem powiedziały sobie, "nie rozłączymy się z sobą nigdy!"
W parę miesięcy potem ktoś z poważnych krewnych dziewczynki uczynił
matce jej uwagę, że nauczycielka taka, jak panna Antonina, edukacyi
panienki majętnej i do błyszczenia w świecie przeznaczonej ukończyć
nie jest w stanie, że trzeba jej nauki gruntowniejszej i szerszej,
jako też kształcenia talentów. Coprawda krewny ów miał słuszność
zupełną; uznała ją też piękna i bawiąca się wdówka, tem łatwiej i
chętniej, że oddanie na pensyą córki dorastać zaczynającej, o lat
kilka przedłużało matki młodość. Dziewczynka więc oddaną być miała na pensyą. Nauczycielka
o parę tygodni wcześniej dom opuszczała. W piękny, letni poranek, w podróżnem ubraniu na ganek
wyszedłszy, nie widziała ona ani błękitu nieba, ani zieleni
okrywającej ziemię, ani słońca, ani ludzi. Nie płakała. Miała tylko
spieczone usta, drżące ręce i na żółtych policzkach, plamy ciemnych
rumieńców. Drżącemi rękami objęła raz jeszcze uczenicę swą, która
szeptała jej coś do ucha. Mówiła zapewne, że nie zapomni o niej
nigdy i skoro tylko z pensyi wróci... Panna Antonina uwierzyła
widać słowom dziecka, bo uśmiechnęła się i wyraz pocieszenia na
twarz jej spłynął. Wsiadła do powozu - i pojechała dalej. Wkrótce potem zaszedł w życiu jej wypadek, wobec położenia
jej dość osobliwy. Miała starającego się, - odmówiła mu. Był to
człowiek nie stary jeszcze, zamożny obywatel wiejski, bardzo
uczciwy i dość ograniczony. Była to dla niej partya świetna,
ostatnia zapewne sposobność wyjścia za mąż, zapewnienia więc sobie
spokojnej i z wielu stron szczęśliwej nawet przyszłości. Wszystko
to czuła i uznawała sama. To też walczyła z sobą i wahała się
długo. Ostatecznie jednak, gdy przyszło do dania słowa
konkurentowi, odmówiła.
Dokoła uważano ją prawie za waryatkę i sama potem mówiła
nieraz, że "wedle światowych względów sądząc, popełniła wielką
niedorzeczność". "Ale - dodawała zaraz - nie mogłam postąpić
inaczej. Człowiek to był dobry, uczciwy, ale o nauce, ani o żadnych
ideach i kwestyach, literalnie, pani moja, pojęcia nie miał.
Wspólności przekonań nie było pomiędzy nami żadnej i przywiązania
do niego nie miałam. Wyjść zamąż bez przywiązania i bez wspólności
przekonań, byłoby to z mojej strony zaprzeć się swego ducha i stać
się na świętem drzewie rodziny pasorzytem. Nie mogłam". Osoby, które znały ją we wczesnej jej młodości, domyślały
się, że była ona kiedyś silnie w kimś zakochaną. Był to podobno
jakiś brat czy kuzyn jakiejś pani domu. Można tylko było domyślać
się tego, gdyż ona sama nie zwierzała się z tem nigdy przed nikim i
parę razy tylko pochwycono ją na gorącym uczynku przypatrywania się
fotografii jakiegoś mężczyzny, którą też coprędzej chowała na dno
szczelnie zamykającej się szkatułki. Być może, iż echa zaznanych
kiedyś wzruszeń, nadziei i cierpień, znacznie przyczynyły się do
tego, że w trzydziestym pierwszym roku życia, nie chciała pochwycić
przychylającej się ku niej gałęzi: "świętego drzewa rodziny". Później nieco doświadczyła ona wstrząśnień moralnych
innego rodzaju. Po raz pierwszy w życiu swem znalazła się w domu,
którego mieszkańcy posiadali wysokie umysłowe wykształcenie. Goście
domu tego odznaczali się po większej części właściwością tą samą.
Tamto po raz pierwszy doświadczyła ona przebłysku pojęcia o tem,
czem jest istotna nauka i jakiemi drogami postępować zwykło na
świecie kształcenie się. Z rozmów dokoła niej toczonych i książek,
których dom ten był pełen, dowiedziała się, że przez długie lat
kilkanaście, wyobrażając sobie, że kształci się, czyniła
niewiedzieć co; czyniła coś istotnie i to z trudem nadzwyczajnym,
ale, jak potem mawiała zwykle: "było to, pani moja, takie podobne
do kształcenia, jak pięść do nosa!" Uczyniwszy odkrycie to,
załamała ręce i zalała się łzami; płakała przecież niedługo.
Najprzód nie miała czasu, bo uczyła tam aż troje dzieci, następnie
przyszło jej na myśl, że ma dopiero lat trzydzieści dwa. Cóż? wiek
ten nie jest jeszcze starością. Uczonego pana domu o kierownictwo,
a wykształconej żony jego o pomoc prosząc, rozpoczęła kształcenie
się
ab ovo. Dopomagano jej w pracy tej szczerze i umiejętnie,
ona sama zanurzała się w niej z naiwnym zapałem młodego
dziewczątka. To też, coraz wyraźniej, coraz szerzej spostrzegać
zaczynała "gwiazdę wiedzy", gdy rodzice małych uczniów jej,
finansowo nadrujnowani, wydzierżawili wieś swoję i w celu
staranniejszego a tańszego wychowania dzieci, w mieście osiąść
umyślili! Nauczycielka o kilka dni wcześniej niż oni, dom ich
opuszczała. Z pokoju swego wyszła w czerni cała, prosta, sztywna, a
ktoby ją wtedy po raz pierwszy zobaczył, myślałby pewnie, że była
to kobieta szorstka i rozgniewana. Czoło jej było porznięte
zmarszczkami, ogniste oczy świeciły ponuro, chód i ruchy miały w
sobie coś ostrego i popędliwego. Jednak pana i panią domu pożegnała
z głębokim szacunkiem, dzieci uścisnęła serdecznie, milcząc, do
powozu wsiadła - i pojechała dalej. Odtąd cechy, których powierzchowność jej i obejście się
stopniowo nabierały, niedobrze względem niej ludzi usposabiały. Ona
też dobrych ich usposobień dla siebie nie oczekiwała. Powiedziała
była sobie, że "wszystkie ściany na świecie zimne i wszystkie serca
obce" i że: "te wielkie przywiązania pomiędzy obcymi... to tylko w
powieściach". Powiedziała to sobie i z różowego morza iluzyi, po
którym przez całą swą młodość pływała, wpłynęła w gorzkie wody
nieufności i podejrzliwości. Nieufność i podejrzliwość malowały się w wyrazistych jej
oczach wtedy nawet i wtedy szczególnie, gdy ktokolwiek zwracał ku
niej życzliwe lub serdeczne słowa. Na każdy objaw sympatyi patrzyła
w ten sposób, jakby zbadać chciała, czy nie jest braną za przedmiot
żartu lub ironii. Jeżeli przekonała się, że nie był to żart, ani
szyderstwo i wtedy jeszcze nie rozczulała się wcale. "Przyjaźń
ludzka, mawiała, to wiatr: przyleci i odleci. Ktoby na nią w wieku
moim liczył i spodziewał się czegoś od niej, temubym powiedziała,
że jest starem dzieckiem". Czy głębokie zwątpienie to było we wnętrzu jej raną
wiecznie i mocno bolącą? nie mówiła o tem nikomu. Ale przejęta
niem, przestała całkiem garnąć się ku ludziom, którzy też
przygarniać jej ku sobie ani myśleli. Była to, jak z jednej tak z
drugiej strony, rzecz prosta i konieczna. Prosto też i koniecznie
ztąd wynikało, że panna Antonina przez kilka lat następnych często
miejsca zmieniała.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.