13 lipca 2008, niedziela, Nowiny
- I co powiesz? - zapytał Zygadło lekarza, ponieważ cisza się
przeciągała.
Od dłuższej chwili stali w milczeniu i patrzyli na cztery ciała
wyłowione z jeziorka. Były to zwłoki kobiet. Ich kolor i zesztywnienie
były nietypowe. Widzieli to nawet Piętka i Piórkowska, którzy nie mieli
dużego doświadczenia w oglądaniu zwłok. W tym przypadku zdecydowanie coś
było nie tak. Tymański klęczał nad ciałami, próbując dokonać choćby
pobieżnej oceny tego, co mogło być przyczyną zgonu.
Obaś i Gawęda podeszli tam tylko na moment. Paweł sprawiał wrażenie
rozdygotanego, a Borys wpatrywał się w twarze denatek. Ich twarze były
zniekształcone, więc trudno byłoby mu dostrzec znajome rysy. Aczkolwiek
i tak nie był pewien, czy rozpoznałby każdą osobę z miasteczka. Chociaż
te, które leżały na brzegu, wydawały mu się nieznajome. Policjanci
szybko znaleźli sobie inne zajęcie z dala od nieprzyjemnego widoku.
- Niewiele mogę teraz powiedzieć - odezwał się Tymański, nie odrywając
wzroku od zwłok. - Na razie zastanawia mnie ich temperatura ciała. Jest
znacznie niższa niż temperatura wody i powietrza. Jest lipiec, w nocy
temperatura nie spada poniżej zera nawet w wodzie. Natomiast ciepłota
ich ciał jest taka, jakby był środek mroźniej zimy.
- Są ubrane w lekką odzież - zauważyła Piórkowska. - A jedna ma tylko
figi. To może dlatego?
- Dobre spostrzeżenie - przyznał patolog. - Chociaż od strony medycznej
to nie wyjaśnia ich niskiej temperatury.
Ewa pokiwała z powagą głową. Każde wypowiedziane przez patologa słowo
było dla niej cenne. Wcześniej nie miała kontaktu z takim lekarzem, a była przekonana, że drugi raz nie nastąpi zbyt szybko.
- Czas zgonu? - rzucił Zygadło.
- Na podstawie tego, co widzę, i nietypowej temperatury ciała nie jestem
w stanie jeszcze precyzyjnie go określić - wyjaśnił lekarz. - Samo
przebywanie ciał w wodzie już komplikuje sprawę, ale tu występują też
inne czynniki utrudniające określenie podstawowych parametrów.
- Rozpoznajecie je? - zapytał Zygadło, spoglądając na komendanta i aspirant.
- Trudno powiedzieć - przyznała niepewnie Ewa, a komendant pokręcił
przecząco głową. Odkąd je wyłowiono, milczał i próbował sobie
przypomnieć, czy gdzieś już widział te twarze.
- W przypadku trzech ofiar nie widać żadnych obrażeń. Zapewne się
utopiły, ale dopiero w trakcie sekcji będę mógł to potwierdzić. Muszę je
otworzyć - ponownie odezwał się patolog. - Natomiast ta jedna ma rozbitą
czaszkę i w jej przypadku utonięcie nie było przyczyną zgonu -
oświadczył. - Proszę zobaczyć.
Ewa nachyliła się w jego kierunku. Pachniał świeżym zapachem markowych
perfum. Delikatnie obrócił jedno z ciał na bok i pokazał widoczne
wgniecenie w czaszce i ślady zakrzepłej krwi na włosach. Piórkowska
poczuła niemiłe ukłucie w żołądku, nie była gotowa na taki widok.
Wydawało się jej, że była twarda, oglądała brutalne filmy i seriale, ale
widok rozbitej głowy na żywo był druzgocący.
- Wszystko w porządku? - dopytywał patolog.
Przytaknęła, ale on przyglądał się jej jeszcze przez moment.
- Może spadły ze skarpy, z góry kamieniołomu? - zasugerowała, bo nic
innego nie przyszło jej do głowy.
- Pani aspirant, na tę chwilę nie można wykluczyć żadnej wersji wydarzeń
- odpowiedział z sympatią w głosie lekarz. - Jednak tę hipotezę muszę
podważyć.
Piórkowska kiwnęła głową.
- O ile istnieje prawdopodobieństwo, że ta jedna kobieta spadła z góry i uderzyła głową o skałę, tak w przypadku pozostałych trzech jest to
niemożliwe - wyjaśnił. - Wysokość jest duża, woda płytka, a dno
kamieniste. Miałyby inne, rozleglejsze obrażenia.
- To co mogło się wydarzyć?
- Nie wiadomo - odparł. - Może przyszły tutaj, doszło między nimi do
konfliktu i zdarzył się wypadek? Może ktoś ją czymś uderzył? Albo
popchnął i straciła równowagę, po czym uderzyła głową o skałę. Nie wiemy
też, czy nie były pod wpływem alkoholu lub innych substancji. Będę mógł
to sprawdzić dopiero u siebie. - Jego teoria była tak samo hipotetyczna
jak Piórkowskiej.
- Jak się znalazły w wodzie? - zadała kolejne pytanie, na które Tymański
tylko rozłożył ręce w geście bezradności.
- Jeśli dowiemy się, kim są, to rozgryziemy, co tu robiły - włączył się
w rozważania Zygadło. - Wystarczy dobrze poznać ofiary, aby odnaleźć
odpowiedź na pytanie, co się stało i kto im mógł to zrobić. Ofiary i ich
życie zwykle są kluczem.
- A może poprosić o identyfikację tę dwójkę, która je tu znalazła? -
zaproponowała Ewa, ale prokurator skrzywił się na te słowa.
- Nie możemy tego zrobić bez zgody ich rodziców. Są niepełnoletni, a to
jest szokujący widok.
- Trzeba na razie postępować zgodnie z podstawowymi procedurami, czyli
zrobić im zdjęcia, zdjąć odciski palców i pobrać DNA. W ten sposób
najszybciej można uzyskać dane - stwierdził patolog.
- Coś macie? - zapytał prokurator techników.
- Dookoła pełno butelek, starych puszek, papierów - odpowiedział jeden z mężczyzn. - To miejsce publiczne i z tego, co wiemy, bywa tu dużo
młodzieży, więc będzie sprawdzania od groma.
Usłyszawszy to, prokurator fuknął ze złością.
- Jumper dalej nurkuje, może coś znajdzie, ale na dnie też może być
pełno dziadostwa - dywagował technik.
- Fatalnie, nic nie mamy - powiedział Zygadło i rozglądał się
metodycznie dookoła. Kamieniołom był obszernym i niebezpiecznym terenem.
Nie musiało tu dojść do zbrodni, może to był nieszczęśliwy wypadek. W tym miejscu czuć było grozę.
- Ale zaraz, zaraz - nagle rzuciła Ewa i wszyscy na nią spojrzeli. -
Wczoraj Julia Bystroń chciała zgłosić zaginięcie córki - stwierdziła
niepewnie.
Obaś poczuł irracjonalny lęk. To on nie chciał przyjąć zgłoszenia ani
nic zrobić wcześniej, niż nakazywały procedury. Jeśli wśród nieżyjących
kobiet była córka Julii, to będzie miał wyrzuty sumienia, że odprawił
jej matkę z kwitkiem.
- Nie znacie jej? Nie rozpoznajecie jej w którejś z denatek? -
podchwycił trop Zygadło.
- Ich twarze są zmienione, nie jestem pewna, tak sobie ją kojarzę -
przyznała Ewa.
- Powinno się udać wykonać komputerową rekonstrukcję twarzy - włączył
się Tymański. - Ale to potrwa.
- Musimy porozmawiać z jej matką - stwierdził Zygadło. - Może przybliży
nam, co córka miała robić i z kim.
- Wczoraj twierdziła, że córka miała być na próbie teatralnej w szkole.
- Z oddali odezwał się Obaś. Bacznie przysłuchiwał się ich rozważaniom.
- W szkole? - zdziwił się Zygadło. - Przecież są wakacje.
- Nasza placówka w czasie wakacji i ferii organizuje zajęcia dodatkowe
dla dzieci i młodzieży. W tak małych miejscowościach nie ma zbyt wiele
możliwości na ciekawe spędzenie wolnego czasu, a nie każdego stać na to,
aby wysłać dziecko gdzieś na wakacje, i to jeszcze na dwa miesiące -
wyjaśnił komendant.
- Ile lat ma ta zaginiona?
- Siedemnaście, jest starsza o rok od mojego syna - odpowiedział Obaś,
nadal trzymając się na dystans. - Jest w trzeciej klasie liceum.
- Nie przyjęliście zgłoszenia? - dopytywał prokurator.
- Nie, bo kiedy przyszła do nas Julia Bystroń, to twierdziła, że córka
spóźnia się godzinę. To za mało, aby uruchamiać całą procedurę -
tłumaczył Obaś. Prokurator kiwnął głową ze zrozumieniem. Według prawa
policjant postąpił prawidłowo.
- Pani Bystroń więcej nie przyszła, więc może córka wróciła do domu -
zasugerowała Ewa.
- Porozmawiajmy z matką, dowiemy się, czy dziewczyna miała jakieś
koleżanki. Jeśli tak, to trzeba ustalić, czy wróciły do domu i jakie
miały relacje - planował Zygadło. - Z młodzieżą nigdy nic nie wiadomo.
Nastolatkowie są nieracjonalni, nielogiczni i bywa, że postępują wbrew
temu, co inni o ich sądzą - rozważał i spojrzał na Tymańskiego: - Jeśli
coś ustalisz, to proszę o telefon.
- Nie licz, że to będzie jeszcze dzisiaj.
Prokurator nie mógł mieć mu za złe, że nie będzie dziś wyników. Cztery
ciała zmuszały do wytężonej pracy, nawet z pomocą musiało to potrwać.
- Nasze wyniki też nie będą błyskawiczne - dodał młody technik robiący
obok zdjęcia.
- Róbcie, co możecie, cztery ciała to nielicha sprawa - oświadczył
Zygadło. - Komendancie, czy mogę na rozmowę z matką zaginionej zabrać ze
sobą panią aspirant? - zapytał i niemal natychmiast umotywował swoją
prośbę: - Jest kobietą, zapewne znaną choćby z widzenia matce
zaginionej, to ułatwi komunikację.
Piórkowska mimo tragizmu sytuacji ucieszyła się, że została wytypowana
przez prokuratora. Chciała się zaangażować i brać czynny udział w śledztwie.
- Oczywiście - oświadczył Piętka i uśmiechnął się do pucułowatej
blondynki. - Piórko pomoże.
Ruszyli kamienistym podejściem w stronę zaparkowanych aut.
- Przejdźmy od razu na ty, to nam ułatwi komunikację - zaproponował
prokurator. - Dawid jestem. - Podał jej rękę.
Ewa była zaskoczona. Nasłuchała się wcześniej od znajomych policjantów z większych miast o prokuratorach, jacy potrafią być grubiańscy i zarozumiali. Sądziła, że Zygadło będzie ich miał za bandę
niedoinformowanych małomiasteczkowych stróżów prawa. Dlatego jego
propozycja sprawiła, że na kilka sekund zaniemówiła.
- Ewa - odezwała się w końcu, choć poczuła skrępowanie.
- Pojedziemy moim autem, później odwiozę cię na komendę - oświadczył.
Kiwnęła głową, a kiedy zobaczyła żółtego chevroleta camaro, od razu
wiedziała, że go polubi.
- Długo znasz doktora Tymańskiego? - zapytała, otwierając drzwi auta.
- Pracuje dla nas od trzech czy czterech lat - odparł Dawid. - Ma dużą
wiedzę, skończył medycynę i prawo. - Zobaczył zaskoczenie na jej twarzy.
- Każdy tak reaguje. Wydaje się niewykonalne, a jednak. Spodobał ci się?
- zapytał, ale w pytaniu nie było wścibstwa czy kpiny.
- Nie wygląda na lekarza, ma ciekawe tatuaże na dłoniach - stwierdziła.
- Ma ich więcej w takim stylu. Poza szyją i twarzą cały jest wytatuowany
w szkielet - wyjaśnił prokurator i dodał: - Ale nie widziałem tego na
własne oczy, może tobie się uda. - Uśmiechnął się.
- Hmmm, może tak uczył się anatomii - rzuciła z rozbawieniem Ewa, a prokurator się zaśmiał. Oboje czuli, że znajdą płaszczyznę porozumienia.
- Jedno jest pewne: jeśli coś go dziwi przy zwłokach, to znaczy, że jest
nietypowe i że zrobi wszystko, aby znaleźć odpowiedź - stwierdził
Zygadło. - Poświęci na to nawet noc, abyśmy poznali prawdę.
- Jestem ciekawa, co znajdzie - powiedziała, siadając na skórzanym
rozgrzanym fotelu.
- Zapewne nie oszczędzi nam szczegółów, i to na żywo - oznajmił
prokurator.
Ewa przyjęła to z zadowoleniem. Nigdy nie była w prosektorium na sekcji
i nie wiedziała, jak by zareagowała, dlatego chciała się sprawdzić. W szkole od wykładowców słyszała różnie historie o tym, jak policjanci w prosektorium mdleli i wymiotowali lub wręcz przeciwnie: pozostawali
niewzruszeni. Chciała się przekonać, którym typem będzie.
21 maja 1978 roku, niedziela, Nowiny
Po obiedzie Marek i jego młodszy o dwa lata brat Adam zamknęli się w pokoju. Małgorzata zaś wymogła na Dorotce, aby dziewczynka poczytała jej
książkę, gdyż sama nie chciała męczyć oczu z powodu wczorajszej migreny.
Następnie ubzdurała sobie, że razem z córką będą oglądały telewizję.
Agata nie wnikała, co chłopcy robią razem w jednym pokoju.
Najważniejsze, że była cisza i mogła zająć się swoimi sprawami - w domu
zawsze było coś do zrobienia, nigdy nie miała chwili, aby się nudzić.
Brakowało jej jednak Dorotki, bo dziewczynka z chęcią jej we wszystkim
pomagała. Wtedy czas gosposi mijał milej i weselej. Zawsze miały jakiś
temat do rozmowy. Małgorzata Dorotkę wykorzystywała jako zabawiacza,
kiedy nie wiedziała, co zrobić ze swoim czasem. Agatę to irytowało, ale
nie mogła nic na to poradzić, Dorotka w końcu była córką jej
pracodawczyni.
Około godziny siedemnastej trzydzieści Marek zajrzał do kuchni.
- Idę do kościoła - rzucił celowo głośno, aby siedząca w salonie matka
mogła go usłyszeć. Natomiast kiedy Agata spojrzała na niego, puścił do
niej oko. Nie zamierzał iść na mszę, to było oczywiste. - Będę koło
dwudziestej - oznajmił. Kobieta była pewna, że nie wróci tak wcześnie,
ale kiwnęła tylko głową.
Ta niedziela wyglądała inaczej niż wszystkie inne, ponieważ w porze
obiadu zadzwonił Filip i poprosił gosposię, aby przekazała Małgorzacie,
że nie wróci na posiłek. Miała powiedzieć, że w klubie zjawili się
urzędnicy z pobliskich miasteczek i postanowili omówić plany na
najbliższą przyszłość całego regionu. Agata wiedziała, że kłamie, ale
dokładnie powtórzyła jego słowa Małgorzacie.
Marka nie dziwiło, że ojciec nie chciał wracać do domu. Zbyt dobrze
bawił się z młodą sekretarką, aby psuć sobie wolny dzień z użalającą się
nad sobą żoną.
- Jak ty wyglądasz! Masz na sobie wczorajsze ubranie - szepnęła
gosposia. - W szafie są czyste rzeczy, te śmierdzą papierosami.
- Daj spokój - zbagatelizował jej słowa, czego bardzo nie lubiła. -
Dzisiaj będę śmierdział tak samo.
Agata ostentacyjnie westchnęła, ale ponieważ nie był już dzieckiem, nie
mogła go zmusić do zmiany ubrania. Za kilka miesięcy będzie pełnoletni,
więc i tak cieszyła się, że przynajmniej mówi jej, że wychodzi.
Chłopak opuścił dom, nie mówiąc matce o swoich planach, bo i tak jej nie
interesowały. Jeśli przy kolacji zdziwi się, że go nie ma, gosposia
usprawiedliwi jego nieobecność.
Do najbliższej piwiarni, w której umówił się z Andrzejem, miał
niedaleko. Szedł poboczem głównej drogi, palił papierosa i zastanawiał
się, czy na lato nie wyciągnąć z piwnicy starego roweru. Mógłby się
znacznie szybciej przemieszczać. Chociaż ostatnio zwykle wracał
wstawiony, więc z tego względu jazda na rowerze nie była dobrym
pomysłem.
Kiedy dotarł na miejsce, rozejrzał się w poszukiwaniu Andrzeja. Kuzyn
siedział w ich ulubionej loży. Lokal nie należał do ekskluzywnych. Był
zaaranżowany na saloon z Dzikiego Zachodu. Wiele razy kpili z tego, jak
tandetne jest to miejsce. W małej wsi miejscówka udająca rasowy lokal z westernów budziła tylko rozbawienie. Ale czuli się tam swobodnie, mogli
dostać alkohol i papierosy z wyższej półki, te, na które było ich stać.
Nikt nie robił im problemów z racji wieku. Mieli kasę, i to się liczyło.
Marek, zanim dosiadł się do kuzyna, podszedł do baru i u znajomej
barmanki zamówił podwójne whisky. Był jednym z nielicznych gości, którzy
kupowali ten trunek. Tutejsi bywalcy wybierali piwo albo czystą.
Mimo że nie był pełnoletni, o czym wiedzieli wszyscy, dziewczyna nie
robiła trudności i zrealizowała jego zamówienie.
Usiadł obok kuzyna z pokaźną szklanką w ręce. Andrzej miał przed sobą
kieliszek wina.
- A ty znowu z tym pedalskim winem - zaczął. - Dlatego dziewczyny
omijają cię szerokim łukiem, bo wysyłasz sygnały, że wolisz parówki.
- Pierdol się! Nie rozumiem, co jest pedalskiego w winie - odpowiedział
bez urazy Andrzej. - Widok twoich ekscesów nie przekonuje mnie do picia
czegoś mocniejszego. Wczoraj przegiąłeś.
- Nooo trochę - przyznał Marek. - Gorzej było, kiedy dotarłem do chaty.
Przed drzwiami przypomniałem sobie, że nie mam kluczy, i musiałem włazić
przez okno w spiżarce.
- Głupi ma zawsze szczęście - skwitował Andrzej.
- Nie do końca, bo nakryła mnie Agata - wyjaśnił, ale zaraz dodał: -
Pomogła mi i zapewniła alibi.
- Ona jest klawa - stwierdził Andrzej. - U mnie Krystyna to posrałaby
się ze strachu. Boi się wszystkiego.
- Dobrą fuchę u was podłapała, to nie chce jej stracić - skwitował
Marek.
- Na początku myślałem, aby ją przeciągnąć na swoją stronę, ale gdzie
tam. Tak się boi, żeby matka nie pomyślała, że coś ze mną kombinuje, iż
nawet na dwie minuty nie zostanie ze mną sam na sam - opowiadał Andrzej.
- Głupia - rzucił Marek. - Do najpiękniejszych nie należy, więc rwania
raczej nie ma. Moglibyście razem na tym skorzystać.
- Weźźź - syknął Andrzej, upijając łyk czerwonego wina. - Brzydka, po
trzydziestce, okropność. Chociaż ojciec ma na nią chrapkę. Ale jej nie
tknie, bo wie, że matka by go zabiła.
- To zupełnie inaczej niż u mnie. - Marek prawie duszkiem wypił połowę
szklanki. - Ojciec po kościele się zmył do sekretarki i nadal go nie ma.
No, ale w przeciwieństwie do waszej Krychy Helena to niezła lala. Nawet
ojcu zazdroszczę, chętnie zobaczyłbym ją nago. Ma niezłe cycki, widać
przez obcisłe bluzki.
- Po co ci Helena? Na każdej imprezie masz każdą, która ci się spodoba.
Marek w słowach kuzyna usłyszał wyrzut, ale prawda była taka, że Andrzej
był świetnym uczniem, prymusem, który bez większego wysiłku osiągał
wysokie wyniki w nauce. Natomiast Marek był duszą towarzystwa. Mógł
przebierać w dziewczynach, które się do niego kleiły. Dlatego nie był
zainteresowany posiadaniem żadnej dziewczyny na stałe. Miał siedemnaście
lat i świat stał przed nim otworem. W ciągu ostatniego czasu przekonał
się, że nie musi wiele robić, aby zaciągnąć dziewczynę do łóżka. W Dyliżansie, w którym tak chętnie przesiadywali, na pierwszym piętrze
wynajmowano pokoje. Przy okazji każdej imprezy Marek korzystał z tej
możliwości.
- Fakt, skoro Helena lubi się pieprzyć z ojcem, to znaczy, że coś jest z nią nie tak - stwierdził Marek. - Chyba że lubi, aby jej rozkazywać.
- Może dla niej jest zupełnie inny niż w domu - odpowiedział Andrzej i opróżnił kieliszek.
- Pewnie tak - przyznał Marek, po czym zmienił temat: - Jest na jutro
coś do budy?
- Rany! Zamierzasz wpaść? - zakpił kuzyn, ale w jego reakcji nie było
nic dziwnego. Szkoła dla Marka w ostatnich miesiącach była dorywczym
obowiązkiem. - Ma być sprawdzian z matmy z całego ostatniego działu -
odparł niespiesznie Andrzej, gestem dłoni pokazując barmance, że
chciałby dolewkę.
- Kurwa! - syknął Marek. - A jaki był ostatni dział?
- Gdybyś raz na jakiś czas przyszedł do budy, tobyś nie miał takich
problemów - pouczył go Andrzej.
- Weź się odpierdol i zastanówmy się, jak mam zaliczyć ten sprawdzian.
- Chyba jedynie zaliczając matematyczkę. - Andrzej się zaśmiał, a Marek
skrzywił.
Nauczycielka od matematyki była niesympatyczną i zimną kobietą po
sześćdziesiątce. Sprawiała wrażenie, jakby nie lubiła swojej pracy, a każdy, kto nie rozumiał matematyki, z założenia był według niej idiotą,
który nic w życiu nie osiągnie.
- Zawsze robi poprawę taką samą jak sprawdzian. Jeśli zawalisz pierwszy
termin, pomogę ci na drugi wykuć zadania na blachę - zaproponował
Andrzej, spoglądając na kelnerkę, która napełniała jego kieliszek do
pełna.
- Dobra, coś się wymyśli - rzucił z lekceważeniem Marek. - Lepiej
zastanówmy się, jak się wkręcić na imprezę do Barona. - Bardziej
pochłaniało go życie towarzyskie niż problemy w szkole.
Andrzejowi zdawało się, że to jemu zależało bardziej na tym, aby kuzyn
nie miał kłopotów, ale nie zamierzał całego wieczoru poświęcać na
rozmowę na temat nauki.
- Ostatnio jest cięty na moją obecność - dodał Marek.
- Przez ciebie wybuchają awantury na imprezie, bo myślisz tylko fiutem -
skwitował Andrzej. - Ale mam sposób na przekonanie Barona, że nasza
obecność jest niezbędna - stwierdził z podstępnym uśmiechem, a Marek
spojrzał na niego wyczekująco. - Zaoferujemy mu kilka butelek wódki.
Darmowy alkohol to nasza droga do szczęścia.
- A skąd go weźmiemy? - zdziwił się Marek.
- Ojciec przytargał do domu ze trzydzieści butelek wódki. Dostał za
frajer, bo coś komuś załatwił. Ale to nieważne, najważniejsze, że leżą w piwnicy i nawet się nie zorientuje, jeśli weźmiemy kilka, a z pięć
załatwimy inną drogą i damy radę.
- Zacny plan - przyznał Marek. - U Barona mają być lale z innego miasta,
podobno wyposzczone i szukające wrażeń.
- Skąd masz takie informacje? - zapytał Andrzej. Miał inne podejście do
dziewczyn niż Marek. Lubił z nimi rozmawiać i poznawać je, zanim
przeszedł do bliższych kontaktów. Chociaż zazwyczaj bywali z kuzynem na
takich imprezach, na których intelektualistki należały do rzadkości,
dlatego zwykle wychodził z imprezy nieusatysfakcjonowany.
- Słyszałem, jak wczoraj Baron gadał o tym przed Dyliżansem - oznajmił
Marek.
- A co się tak nakręcasz na nowe lalki, skoro ostatnio czaisz się na
Alinę z trzeciej D?
- Z nią to sprawa jest już pewna, mięknie na mój widok. Żadne wyzwanie -
stwierdził triumfalnie. - Zresztą nie wiem, czy będzie u Barona sama,
czy z tym palantem, z którym chodzi. Dlatego muszę mieć alternatywę.
- Kiedyś napytasz sobie niezłych kłopotów - oświadczył Andrzej. -
Dostaniesz w dziób od zazdrosnego chłopaka i tylko nogami się nakryjesz.
- E tam - rzucił lekceważąco. - Teraz zostało tylko przetrwać do piątku.
- Andrzej zaczął się śmiać, bo właśnie dochodziła dziewiętnasta w niedzielę.
Marek podniósł się z miejsca i ruszył do baru.
- Jadzia, jeszcze raz to samo. - Postawił szklankę na barze, a tęgawa
brunetka podeszła z butelką cieczy o kolorze herbaty i wypełniła
szklankę.
13 lipca 2008, niedziela, Nowiny
- Co wiesz o tej zaginionej dziewczynie? - zapytał Zygadło, kiedy
ruszyli po wpisaniu podanych mu przez nową koleżankę danych adresowych.
Ewa nie odpowiedziała od razu. Wsłuchiwała się w pracę silnika. Jej
starszy o dziesięć lat brat był miłośnikiem sportowych aut i jako mała
dziewczynka jeździła z nim różnymi modelami samochodów dostępnych w ich
okolicy. Mieszkał teraz w Warszawie i prowadził salon ze sportowymi
samochodami sprowadzanymi z całego świata.
- Wszystko w porządku? - zapytał zaniepokojony brakiem odzewu z jej
strony. - Mam zwolnić?
- Nie, przepraszam, chciałam poczuć moc auta - odpowiedziała z uśmiechem.
Przyglądał się jej, co ją speszyło. Rzadko kiedy miała ostatnio
możliwość być sam na sam z nowo poznanym mężczyzną. Była singielką i przebywała głównie z kolegami z pracy lub ze szwagrem. Chociaż jeszcze
rok temu w każdy weekend jeździła z koleżankami na imprezy do Kielc.
Wtedy też poznawała wiele osób, z którymi dobrze się bawiła. Ale
ostatnio wszystkie jej przyjaciółki wyszły za mąż i miały małe dzieci
albo były w ciąży. Brakowało jej wspólnych wyjść i zabaw. Z powodu ich
braku miała wrażenie, że się zaniedbała. Wcześniej w wolny dzień lubiła
włożyć sukienkę, bo w pracy nie mogła ich nosić. A teraz leżały w szafie
nieużywane, nie miała gdzie i z kim wychodzić. Jedyne, co jej zostało i czego codziennie pilnowała, to delikatny makijaż.
Zawsze była przy kości, ale nie ubolewała nad tym. Nie miała problemu z dodatkowymi kilogramami. Umiała znaleźć w swoim wyglądzie plusy. Nawet
jako nastolatka nie trapiła się wyższą wagą. Jej koleżanki z liceum
ciągle się zadręczały, były na absurdalnych dietach, obsesyjnie
pilnowały tego, co i kiedy jedzą. Ewa była pewna, że niektóre z nich
dlatego były wredne dla wszystkich, bo były permanentnie głodne. Ona
akceptowała siebie i nikt jej nie dokuczał.
Samotne wieczory w domu przed telewizorem przez ostatni czas kończyły
się z paczką chipsów w rękach i to się Ewie nie podobało. Śmieciowe
jedzenie nie tylko dodało jej kilku kilogramów gdzieniegdzie, ale
wpływało niekorzystnie na zdrowie.
- Znasz się na samochodach? - zapytał, zaciekawiony jej odpowiedzią.
- Brat się zna i od najmłodszych lat słuchałam jego opowieści o najnowszych modelach - odpowiedziała. - Ten chevrolet by mu się
spodobał, też jeździ amerykańskim autem, Dodge'em Chargerem V6.
Prokurator spojrzał na nią. Nie spodziewał się po niej takiej wiedzy,
więc ta rozmowa była dla niego miłym zaskoczeniem. Dla Ewy także, bo
odniosła wrażenie, że Zygadło jest normalny i woda sodowa nie uderzyła
mu do głowy.
- Powiesz coś o tej zaginionej? - powtórzył pierwsze pytanie. -
Rozrywkowa dziewczyna? Były z nią wcześniej problemy?
- Nazywa się Ewelina Bystroń, nie znam jej zbyt dobrze, tylko ją
kojarzę. Raczej należy do tych porządnych i spokojnych. Matka mówiła, że
jest chora, ma astmę i musi przyjmować regularnie leki - odparła.
- A rodzice jacy są? - kontynuował. - Panikarze? Luzacy? Bogobojni?
- Ewelinę wychowuje tylko mama, Julia Bystroń. Ojciec dziewczyny podobno
odszedł lata temu, ale nikt nie wie, dlaczego i gdzie - wyjaśniła. - Od
tego czasu Bystroń jest sama. Dwa lata temu starsza córka wyjechała na
studia, ale nie wiem gdzie.
- Czyli nic nadzwyczajnego? - dopytywał.
- Raczej nie, Julia Bystroń jest skrytą osobą - opowiadała Ewa. -
Dlatego może się okazać, że Ewelina wróciła do domu, a matka nam tego
nie zgłosiła. Nie chcieliśmy przyjąć zgłoszenia, więc mogła uznać, że
nie ma obowiązku informować, że córka się znalazła.
- Może tak być - przyznał prokurator. Ewa patrzyła, jak swobodnie
prowadzi, tak samo jak jej brat. - Z jednej strony byłaby to dobra
wiadomość, a z drugiej zła - stwierdził. - Dobra, bo to oznaczałoby, że
dziewczyna żyje, a zła, gdyż nie mielibyśmy punktu zaczepienia dla
denatek z kamieniołomu.
- Cały czas się zastanawiam, jak cztery dziewczyny mogły utonąć w tak
płytkim jeziorku. - Ewa wyobrażała sobie różne scenariusze zdarzeń, ale
żaden nie był realistyczny. - Bywał czas, kiedy woda w kamieniołomie
była rozległa i głęboka, ale nigdy nie zdarzyło się, aby utonęły tam
cztery osoby w tym samym czasie.
- Może wciągnęły jedna drugą? Może wzajemnie próbowały się ratować? Może
nie były same? Może były pijane lub pod wpływem narkotyków? - rzucał
kolejne sugestie. - Długo tak można rozważać. Dlatego wydaje się, że
najistotniejsze jest, by ustalić ich tożsamość. Kiedy zna się ofiarę,
można poznać jej otoczenie i zrozumieć, co się wydarzyło - powtórzył to,
co mówił już w kamieniołomie.
- U nas nigdy nie działo się nic takiego - stwierdziła.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz. - Uśmiechał się, jakby opowiadał o czymś miłym. Zaparkował przy ogrodzeniu prowadzącym do domu Bystroń.
21 maja 1978 roku, niedziela, Nowiny
Dochodziła dwudziesta druga, a Marek dopiero zbliżał się do domu. Tak
jak wczoraj i dzisiaj był mocno spóźniony. Miał nadzieję, że rodzice i rodzeństwo już śpią. Dlatego układał w głowie, jak tym razem udobruchać
Agatę.
Zasiedział się w piwiarni, mimo że od dwóch godzin był bez Andrzeja,
który przed dwudziestą zwinął się do domu. Zachęcał Marka, aby ten
zrobił to samo, ale gdy już mieli wychodzić, do lokalu przyszli znajomi
z trzeciej D i Marek się cofnął. Zobaczył w tej grupie Alinę, z którą
spotykał się w tajemnicy przed jej chłopakiem. Od miesiąca ją urabiał,
prawił komplementy, dawał drobne prezenty, które sprawiały, że stawała
mu się przychylna. Na początku planował, że przekona ją do seksu i zakończy znajomość, jak z resztą dziewczyn. Ale z biegiem czasu
potajemne schadzki stały się i dla niego miłe. Alina nie była głupia, co
go pozytywnie zaskoczyło, bo przez cały rok otaczał się dziewczynami,
które z łatwością wykorzystywał tylko do własnych celów. Alinę natomiast
kręciło w nim, że miał pieniądze, zachodni styl i był zabawny.
Dziewczynie imponowało, że przy każdym spotkaniu coś od niego dostawała.
Był dla niej po prostu miły, nie jak Misiek, z którym chodziła.
Niby nie powinni być widywani razem, ale dziś Marek uznał, że skoro
będzie to spotkanie w grupie, to nie wzbudzą podejrzeń.
Długo nie kontrolował godziny, bo dobrze się bawił z Aliną. Dziewczyna
nie kryła zainteresowania nim. Nawet wyszli dwa razy na dwór na
papierosa i w tym czasie nie oponowała przed namiętnymi pocałunkami czy
jego ręką pod jej bluzką. Wtedy też miał nadzieję, że już dzisiaj będzie
mógł skorzystać z pokoju na pierwszym piętrze. Jednak kiedy miał jej to
zaproponować, spojrzał przelotnie na zegarek i zrobiło mu się gorąco.
Było późno, o wiele za późno, więc przeciągnięcie wieczoru o kolejną
godzinę nie wchodziło w grę. Dlatego kiedy dziewczyna razem z koleżanką
poszła do toalety, ulotnił się po angielsku. Postanowił, że wyjaśni jej
swoje zniknięcie na kolejny potajemnym spotkaniu.
Dziś przynajmniej nie zapomniał kluczy, więc liczył, że cichaczem
wślizgnie się do środka. Otworzył najpierw drzwi werandy, a potem
ostrożnie włożył klucz do starego zamka i przekręcił. Drzwi otworzyły
się z cichym skrzypnięciem, a kiedy był w środku i zamykał je za sobą,
podłoga wydała odgłos, który go zirytował. Spojrzał kontrolnie w stronę
szpary w drzwiach do kuchni. Dobiegało stamtąd stłumione światło.
Gosposia jak zawsze kończyła porządkować pomieszczenie.
Zdjął ostrożnie buty, trochę kręciło mu się w głowie. W ciągu ostatnich
dwóch godzin wypił kilka piw, chociaż wcześniej raczył się whisky. Co
chwilę patrzył przez ramię, czy Agata do niego nie wyjdzie, ale
najwyraźniej hałas, który mu towarzyszył, nie był głośniejszy niż jej
prace w kuchni. Kiedy już miał na palcach skierować się w stronę schodów
prowadzących do pokoju, nieoczekiwanie usłyszał głos ojca.
- Synu, pozwól na chwilę. - Filip był w salonie.
Marek przeklął w myślach, ale wszedł do pokoju i stanął zaraz za
drzwiami.
- Wydaje mi się, że umowa była jasna - zaczął mężczyzna odwrócony
plecami do chłopaka. Patrzył przez okno, ale Marek wiedział, że ojca nie
interesuje widok za nim, bo na zewnątrz panowała zupełna ciemność. -
Później możesz wracać w piątki i soboty, ale w dni poprzedzające szkołę
masz być w domu o dwudziestej.
- Byłem w kościele, a potem spotkałem się z Andrzejem. Tłumaczył mi
matematykę - skłamał bełkotliwie, co spowodowało, że Filip mruknął coś
pod nosem z niezadowoleniem.
- Myślisz, że jestem taki łatwowierny jak matka? Że uwierzę w twoje
kłamstwa? - Filip zadał pytanie. - Słyszałeś o takim wynalazku jak
telefon?
Marek patrzył na ojca, czekając na dalsze słowa.
- Dzwoniłem do Władysława. Odebrała Krystyna i powiedziała, że Andrzej
wrócił do domu o dwudziestej. Sam.
- No tak, bo po kościele poszliśmy się uczyć do kawiarni, a potem
odprowadzałem koleżankę do domu, aby po nocy nie chodziła sama -
tłumaczył, ale nie panował nad mową, bo za dużo wypił.
Filip odwrócił się powoli i na niego spojrzał.
- Czy możesz przestać kłamać? - zapytał.
Jego słowa wywołały gniew w Marku. Dlatego odwrócił się i zamknął
uchylone do tej pory drzwi. Chciał mieć pewność, że nikt nie usłyszy
tego, co ma do powiedzenia. Złość zaczynała w nim buzować, a połączona z wypitym alkoholem stanowiła tylko mieszankę wybuchową.
- Akurat ty nie powinieneś mi mówić, co jest kłamstwem, a co nie -
odezwał się zuchwale, co było do niego niepodobne. Zwykle czuł respekt
przed ojcem. - Jesteś ostatnią osobą, która mogłaby prawić mi morały.
Filip spojrzał na niego z zaskoczeniem.
- Nie rozumiem.
- No jasne - stwierdził Marek szyderczo. Czuł, że przyszedł moment, w którym rzuci ojcu prawdę w twarz. Miał nadzieję, że wtedy się od niego
odczepi. Mimo że liczył się z tym, że gdy ojciec zobaczy jego tragiczne
oceny, i tak będzie miał kłopoty. Od miesięcy opuszczał szkołę,
lekceważył sprawdziany i nauczycieli. Chociaż przekonywał Agatę, że
zdoła poprawić oceny, zdawał sobie sprawę, jakie ma zaległości. Dlatego
uznał, że przyszedł czas, aby wyciągnąć asa z rękawa. - A gdzie ty byłeś
dzisiaj cały dzień?
- W klubie, miałem spotkanie z przedstawicielami władz z naszej okolicy
- powtórzył kłamstwo, które w porze obiadu opowiedział Agacie.
- W niedzielę? Największe nieroby chciały poświęcić wolny czas na pracę?
- zaczął się sztucznie śmiać. Igrał z ogniem.
- Tylko dziś wszyscy mogliśmy się spotkać. - Ojciec brnął w kłamstwa.
- Myślisz, że jestem taki łatwowierny jak matka? - sparodiował słowa
ojca sprzed chwili. Na twarzy mężczyzny pojawiło się oburzenie. - Wiem o Helenie - oświadczył, ale Filip się nie odezwał, więc uznał, że ojciec
musi usłyszeć więcej szczegółów, aby przekonać się, że to nie jest
wiedza pozyskana od osób trzecich. - Jakieś pół roku temu byłem na
imprezie w hotelu Pod Złotą Różą. Koło dwudziestej drugiej wyszedłem na
zewnątrz się przewietrzyć. - Nie zamierzał mówić, że wyszedł na
papierosa. Nie chodziło o to, aby wyznać swoje grzechy, a jedynie
wytknąć przewinienia ojcu. - Zobaczyłem cię z sekretarką. Poszedłem za
wami, weszliście do pokoju dwadzieścia trzy. W tym dniu, o ile dobrze
pamiętam, powiedziałaś matce, że wyjeżdżasz w sprawach służbowych do
Warszawy. Do domu wróciłeś pod wieczór następnego dnia. - Miał wrażenie,
że wygrał, ale mówił dalej: - Zawsze kiedy twierdziłeś, że długo
pracujesz albo że wyjeżdżasz służbowo, byłeś z Heleną, sprawdzałem to. -
Szok na twarzy ojca przyniósł Markowi satysfakcję. Miał kartę
przetargową. - Ale nie martw się, matka nie wie i nic jej nie powiem,
pod warunkiem że się ode mnie odczepisz.
- Odczepię? - zdziwił się Filip. - To, że nie podoba mi się, iż mój
nastoletni syn wraca po nocy do domu w stanie upojenia alkoholowego,
nazywasz przyczepianiem się? - zirytował się.
- Ty masz na boku młodą dupę. - Kiedy wypowiedział te słowa, dwie
czerwone plamy ukazały się na policzkach ojca. - Możesz ją obracać, ile
chcesz, więc dlaczego się mną interesujesz? - Marek czuł, że zbliża się
do granicy, w której ojciec może za chwilę wpaść w wielką złość. Ale
doszedł do szybkiego i spontanicznego wniosku, że teraz albo nigdy.
Musiał wykorzystać przewagę nad nim, aby przestał go kontrolować. - Nie
mam do ciebie żalu, matka jest wkurzająca, nie ma z niej żadnego
pożytku.
- Chłopcze, licz się ze słowami - zareagował instynktownie Filip, choć
syn mówił prawdę.
- Nawet ci kibicuję, Helena jest niezła. Dlatego nie utrudniajmy sobie
nawzajem życia - kontynuował Marek.
- Jesteś moim dzieckiem i jestem za ciebie odpowiedzialny. Póki nie
uzyskasz pełnoletności, nie pozwalam, abyś przychodził pijany do domu,
nie akceptuję tego. Kiedy staniesz się dorosły i zaczniesz zarabiać sam
na siebie, możesz robić, co chcesz - wyjaśnił twardo Filip. Nie
zamierzał dać się synowi wodzić za nos i tolerować niewłaściwego
zachowania z powodu własnego romansu. - Mogę przymknąć oko na pewne
sprawy, ale na całkowitą swobodę się nie zgadzam, a jeśli ci to nie
pasuje lub nadal chcesz mnie szantażować, spakuj rzeczy i znajdź sobie
inne miejsce.
Marek poczuł wściekłość. Nie tego się spodziewał. Był pewien, że po
wyznaniu prawdy ojciec się przestraszy i da mu święty spokój. Ale
najwyraźniej lęk przed ujawnieniem tajemnicy nie był dla niego
wystarczającą motywacją. Marek czuł się skołowany. Zaczynał mieć
wątpliwości, czy dobrze zrobił, ujawniając to, co wiedział. Może było na
to za wcześnie i kiedyś lepiej by na tym wyszedł.
- Idź się położyć, zanim sobie bardziej zaszkodzisz - polecił ojciec.
Marek był skołowany. Musiał przemyśleć to, co się przed chwilą
wydarzyło, i ochłonąć. Mleko się rozlało i był pewien, że jego relacje z ojcem od dziś będą zupełnie inne.
13 lipca 2008, niedziela, Nowiny
Ewa weszła przez furtkę pierwsza, a za nią podążał prokurator.
- Nie powinniśmy zadzwonić przy bramce? - zapytał.
- Widziała nas, kiedy wysiadaliśmy z auta. Stała w oknie - oświadczyła
Piórkowska i jakby na potwierdzenie tych słów otworzyły się drzwi
wejściowe, w których pojawiła się Julia Bystroń. Kilka sekund później
usłyszeli i zobaczyli małego pieska biegnącego w ich stronę. Szczekał,
ale wystarczyło, że Zygadło przykucnął, a piesek do niego podszedł,
merdając ogonem z radości. Prokurator pogłaskał go i tyle wystarczyło,
aby zwierzę przestało hałasować.
- Dzień dobry, czy Ewelina wróciła? - zaczęła Ewa.
- Myślałam, że przyjechaliście, bo ją znaleźliście - odparła z przejęciem Julia.
- Niewykluczone - burknął pod nosem Dawid, ale Ewa zgromiła go wzrokiem.
- Nie szukaliśmy jej, nie mamy oficjalnego zgłoszenia - wyjaśniła
Piórkowska.
- Nie chcieliście go przyjąć - rzuciła ze złością Bystroń.
- Wczoraj wieczorem było za wcześnie, ale mogła pani do nas wrócić -
tłumaczyła spokojnie Ewa.
- Sama jej szukałam - oświadczyła kobieta.
- Z jakim rezultatem? - Zygadło ponownie przykucnął przy psie, który
skakał, dopraszając się dalszego głaskania.
- Kiepskim - odpowiedziała Julia. - Nie znalazłam jej.
- Podobno córka miała być wczoraj na próbie teatralnej w szkole. Czy
były z nią koleżanki, które pani zna? - zapytał prokurator.
- Dlaczego pan mówi podobno? - obruszyła się Bystroń.
- Rozmawiała pani z prowadzącym zajęcia? - zapytał, nie odpowiadając na
jej pytanie. Wiedział, że za chwilę dojdą do tego, dlaczego ma
wątpliwości.
- Jeszcze nie.
- To skąd pani wie, że była na tej próbie? - dopytywał.
- Powiedziała mi Dominika Mochocka, która przyjaźni się z Eweliną i też
chodzi na te zajęcia - odparła kobieta. - Rozmawiałam z nią wczoraj
wieczorem.
Ewa, usłyszawszy nazwisko koleżanki zaginionej, cicho cmoknęła, co było
sygnałem dla prokuratora, że coś jest na rzeczy.
- Czyli ona wróciła do domu - powiedział to tak, jakby znowu mówił sam
do siebie. - A inne koleżanki?
- Nie wiem, kto jeszcze chodzi na kółko teatralne - przyznała.
- Córka nie ma innych znajomych, z którymi mogłaby się gdzieś
zawieruszyć?
- Zawieruszyć? - Spojrzała wrogo na prokuratora. - Córka się nie
zawierusza, bo zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest w pełni zdrowa.
- Rozumiem. - Już wiedział, że kobieta jest typem matki kontrolującej i nie dostrzega prawdy, którą ma przed oczami. - Możemy pożyczyć
szczoteczkę do zębów lub szczotkę do włosów, które należą do córki? -
poprosił.
- Dlaczego? - zapytała podejrzliwie. Nie wiedziała, kim ten mężczyzna
jest, nie przedstawił się.
- Ostatnio w okolicy zdarzały się zaginięcia, dlatego przysłała mnie tu
prokuratura z Kielc, aby przeprowadzić śledztwo. Chcieliśmy mieć DNA
córki, aby wprowadzić je do naszej bazy i mieć porównanie.
Ewa na niego spojrzała. Mijał się z prawdą, ale na razie lepiej tak tę
sprawę załatwić niż przestraszyć kobietę informacjami o znalezionych
zwłokach. Dopóki nie upewnią się, do kogo należą, nie było sensu jej
stresować.
- Porównanie z czym? - Kobieta nie była taka naiwna, jak sądził.
- Z innymi zaginionymi - wybrnął szybko prokurator. Kobieta przyglądała
mu się czujnie. - Czasem bywa tak, że znajduje się młody człowiek, mimo
że nie chciał być znaleziony. Wtedy staramy się od niego dowiedzieć, jak
się nazywa i skąd jest, ale wielu uciekinierów milczy i nie ma
dokumentów. A kiedy mamy w systemie DNA, możemy tę osobę zidentyfikować.
Julia przewróciła oczami, ale zaprosiła ich do środka. Między nogami
plątał się piesek i nie odrywał wzroku od prokuratora. A kiedy tylko
Zygadło usiadł na krześle, wskoczył mu na kolana.
- Scrappy, schodź. - Właścicielka skarciła zwierzę, które natychmiast
posłuchało jej polecenia. - Okazał mu pan zainteresowanie, to już nie
popuści.
- Nie ma sprawy, lubię zwierzęta - odparł Zygadło, ale już nie wyciągnął
ręki do psa, aby go nie zachęcać. - Może pani nam opowiedzieć o córce?
Jaka jest, jakich ma znajomych, jak lubi spędzać czas.
- Ewelinka jest dobrym dzieckiem, delikatnym - zaczęła Julia z zapałem.
Usiadła na krześle naprzeciwko nich. - Bardzo się martwię, bo jest
chora, a nie ma ze sobą leków. Coś wam pokażę. - Wstała, poszła do
drugiego pomieszczenia i kilka sekund później wróciła z tacą, na której
były leki. - To na astmę. - Pokazała przynajmniej trzy różne lekarstwa.
- Tu na serce, a tu na alergię. - Podniosła kolejne fiolki. - Córka w różnych porach roku ma uczulenie na co innego - wyjaśniła. - Nie może
też spożywać niektórych produktów, uczulają ją. Ma skłonność do
przeziębień, nie ma biedactwo odporności przez te wszystkie schorzenia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Od autora
Wszystkie wydarzenia i postaci są fikcyjne. Wszelkie podobieństwa do
rzeczywistych osób są przypadkowe i niezamierzone. Wydarzenia i osoby
opisane w mojej książce powstały w mojej wyobraźni na potrzeby powieści.
Pomysł na tę książkę zrodził się przez przypadek pod koniec sierpnia
2021 roku. Byłam wtedy z weekendową wizytą u przyjaciół - Moniki i Łukasza - w Bolechowicach w gminie Nowiny. Łukasz zaproponował spacer po
ciekawych miejscach w okolicy. Jako pierwsze miejsce wybrał Kamieniołom
Zgórsko. Kiedy tylko się tam znalazłam, otoczona skałami i wodą, moja
pisarska wyobraźnia dała o sobie znać. Dlatego już wtedy, tam na
miejscu, opowiedziałam Łukaszowi zarys fabuły umiejscowionej w tym
klimatycznym miejscu. Oczywiście nie mogło obyć się bez trupów.
Przyjaciel po wysłuchaniu opowieści zapewne żałował, że zaprosił mnie na
spacer. :)
Myśl o kamieniołomie i jego niepowtarzalnej aurze nie pozwalała mi
zapomnieć o historii opowiedzianej Łukaszowi i w taki sposób zaczęła się
moja przygoda z Nowinami.
Nie wszystkie lokacje istnieją naprawdę. Część została wymyślona przeze
mnie na potrzeby fabularne. Uznałam, że mogę sobie na to pozwolić, wszak
piszę fikcję, a nie reportaż. Pewne niuanse skonsultowałam z przyjaciółmi znającymi miasteczko, o którym pisałam.
W tej książce głównym wątkiem jest młodzież, jej zachowanie,
postępowanie, sposób myślenia. Nastolatki to najbardziej
nieprzewidywalni ludzie. To, co innym wydaje się logiczne, dla nich jest
absurdem. Natomiast to, co dla dorosłego jest paranoją, dla nastolatka
będzie czymś, o czym marzy i czego pragnie. Młodzi ludzie w okresie
dojrzewania kierują się przede wszystkim swoimi emocjami i uczuciami.
Dlatego tak trudno przewidzieć ich działania. Skrajności targające
nastolatkami powinny zmuszać rodziców do czujności, obserwacji, a co
najważniejsze - do słuchania.
Dorośli odpowiadają za to, kim stają się ich dzieci. Obojętność,
nadopiekuńczość, niechęć, krytyka, nadmierna swoboda, wrogość,
zapracowanie i wiele innych czynników mogą wpływać na to, jaką drogę
wybierają dzieci.
W mojej książce relacje między nastolatkiem a rodzicem są istotne, wręcz
kluczowe. To ta relacja decydująca w podejmowaniu ważnych życiowych
decyzji.
Rola rodzica jest najtrudniejszą z ról, jaką człowiek otrzymuje od losu.
Jest wyzwaniem, którego efekty można obserwować z czasem. Najbardziej
budzi lęk to, że nie ma restartu w rodzicielstwie.
Nie sądź, Czytelniku, że książka jest moralitetem, pouczeniem czy okazją
do prawienia morałów. Absolutnie nie. Jest historią, która pokazuje, że
każda rodzina jest inna, panujące w niej relacje są odmienne, co
skutkuje różnymi wyborami i wyjątkowym sposobem myślenia o świecie
wychowywanych w niej nastolatków.
Czytelnicy przywykli do tego, że zakończenia moich książek nie są takie,
jak by się wszyscy spodziewali. Dlatego tym razem też stawiam na
zaskoczenie.
Życzę dobrych wrażeń i przyjemnej lektury.
12 lipca 2008 roku, sobota, Nowiny
- Czy pan mnie słucha?! Córka nie wróciła! Jest środek nocy, a jej nie
ma, to do niej niepodobne! - gorączkowała się kobieta. - Jest chora, ma
astmę, powinna przyjmować leki, których nie ma ze sobą.
- O której miała wrócić? - zapytał spokojnie, wzdychając, policjant po
czterdziestce. Pracował tu od dwudziestu lat, słyszał i widział wielu
zdenerwowanych rodziców. Nie bagatelizował ich emocji, ale nie dawał się
w nie wciągać. Miał przyjąć zgłoszenie, poznać szczegóły zdarzenia, a potem obrać odpowiedni kierunek interwencji.
- O dwudziestej drugiej - odpowiedziała kobieta i oparła się o kontuar z szaleńczym błyskiem w oczach.
- To na razie ma godzinę spóźnienia - stwierdził, zerkając na zegarek i ponownie patrząc na kobietę, która miała wściekłość wypisaną na twarzy.
- Może jest u jakiejś koleżanki?
- Dzwoniłam do wszystkich, które znam - wyjaśniła. - A zresztą jakby
chciała zostać u kogoś na noc, toby mnie o tym poinformowała. Znam ją.
Ileż razy Borys Obaś słyszał takie słowa na posterunku. Większość
rodziców, których dzieci wpadły w kłopoty, na początku twierdziła, że
zna swoje pociechy i że nie mogły zrobić nic złego. Zapierali się i zaklinali rzeczywistość, a kiedy prawda okazywała się inna, niż sądzili,
zawsze byli zaskoczeni.
- A gdzie córka miała być do tej dwudziestej drugiej, wie pani? - Obaś
zapisywał to, co uważał za istotne dla takiego zgłoszenia. Zapewne
dziewczyna się znajdzie za godzinę lub dwie, ale musi mieć dowód na to,
że Julia Bystroń była tu i próbowała odnaleźć córkę. Nie wiedział, jak
sprawa się potoczy, więc od początku wszystko musiało być zgodnie z procedurami.
- Tak, chodzi do szkoły na letnie warsztaty teatralne. Mieli mieć próbę,
bo za tydzień pierwszy występ - tłumaczyła kobieta. Zanim policjant
znowu o coś zapytał, dodała: - Dzwoniłam do jej koleżanki, która też
uczestniczy w tych warsztatach. Powiedziała, że wyszły około dwudziestej
pierwszej trzydzieści i rozstały się przed Dyliżansem.
- To może córka wstąpiła do pubu, spotkała tam kogoś znajomego i teraz
jest z nim - zasugerował Obaś.
- Ma mnie pan za idiotkę? - Spojrzała na niego wymownie. Nie zamierzał
odpowiadać. - Sprawdziłam w pubie, chociaż ona nigdy tam nie bywa. To
nie jest miejsce dla niej, ma siedemnaście lat - ofuknęła go.
To, co mówiła, nie przekonywało policjanta. Miał inne doświadczenia co
do zachowania młodzieży. Dziewczyna jest prawie pełnoletnia, więc trudno
mu było uwierzyć, że nie chodzi do pubu. W ich okolicy od lat
siedemdziesiątych był popularny Dyliżans, a w ostatnich latach otworzono
klubokawiarnię, która też cieszyła się zainteresowaniem miejscowej
młodzieży. Każdy młody człowiek lubi się bawić i potrzebuje swobody.
- A może się pokłóciłyście i córka chce zrobić pani na złość?
- To porządna dziewczyna. Nie zachowuje się jak rozpieszczona nastolatka
- odpowiedziała stanowczo Julia. - Mamy dobre relacje, córka mówi mi o wszystkim, mam do niej zaufanie. Jest naprawdę mądra.
- Czasem mądre osoby pod wpływem innych robią nierozsądne rzeczy,
których nie spodziewalibyśmy się po nich - odparł Obaś.
- Może pan mówić, co chce, i bagatelizować moje słowa, ale wiem, że
stało się coś złego. Ona nigdy tak nie postępuje - zezłościła się
kobieta.
- Pani Julio, nie mogę jeszcze przyjąć oficjalnie zawiadomienia o zaginięciu - zaczął, ale mu przerwała.
- Czego ja się spodziewałam. Wy ledwo możecie znaleźć złodzieja rowerów,
a co dopiero zaginionego człowieka. - Niewiele myśląc, obróciła się na
pięcie i wyszła, po czym trzasnęła drzwiami.
- Może przejdziemy się po miasteczku i rozejrzymy za nią? - usłyszał za
plecami głos należący do aspirant Ewy Piórkowskiej.
- Na razie nie ma podstaw do działania. - Odwrócił się do niej i wyjaśnił z powagą: - Pewnie poszła do kogoś poimprezować i tyle.
Nastolatki nie wszystko mówią rodzicom. Wiem po moich chłopakach, ciągle
coś kręcą. Mimo że to dobre dzieciaki.
Ewa westchnęła. Zapewne kolega miał rację, ale nic im nie szkodziło
pójść na obchód po mieście. Może czegoś by się dowiedzieli, zobaczyli
coś, dzięki czemu mogliby uspokoić zdenerwowaną matkę. Ale kolega nie
wykazywał chęci ruszenia się zza biurka, dlatego wróciła do czytania
książki. Nocne zmiany należały do najnudniejszych. Ale jeszcze godzina i będzie w domu, a zaginiona Ewelina na pewno też wróci do siebie. W miasteczku nie miało się jej co stać. Panowały w nim spokój i cisza.
13 lipca 2008 roku, niedziela, Nowiny
- Matka się wkurzy, że nie poszłam do kościoła - biadoliła Klara
Pabiańczyk, szesnastoletnia uczennica miejscowego liceum. Miała na sobie
odświętne jasne ubranie, niepasujące do miejsca, do którego zmierzali.
Jednak kiedy wychodziła z domu, powiedziała mamie, że idzie na poranne
nabożeństwo, więc musiała wyglądać bez zarzutów.
- Daj spokój, są wakacje, Bóg to zrozumie - powiedział lekko Hubert
Cegielski, kolega z klasy, a zarazem od niedawna jej chłopak. - A jak
coś, to pójdziemy na ostatnią mszę po południu.
- Eliza i Szymon przyjdą? - zapytała, kiedy szła przed siebie, trzymając
go za rękę.
- Szymon na pewno - odpowiedział. - Ma załatwić wino owocowe.
Klara tego nie skomentowała. Już teraz czuła się jak oszustka.
Powiedziała matce, że będzie robić coś innego, niż faktycznie robiła.
Nie zamierzała pić, więc nie podzielała entuzjazmu Huberta.
- A z Elizą sama wiesz, jak jest.
Wiedziała, aż za dobrze.
Był niedzielny poranek, a oni zmierzali w głąb Kamieniołomu Zgórsko,
jednego z ulubionych miejsc lokalnej młodzieży. Czuli się tu swobodnie i mogli liczyć na spokój, zwłaszcza o tej porze w weekend. Na spotkanie w jednym z dwóch tutejszych pubów było za wcześnie, a zresztą, gdyby ich
ktoś tam zobaczył, zaraz by doniósł któremuś z rodziców. Dlatego stary
kamieniołom zapewniał swego rodzaju intymność, której obecnie
potrzebowali.
Szli powoli w dół kamienistą drogą, patrząc co chwilę pod nogi.
Zamierzali usiąść niedaleko wody, przy dużym głazie, który skutecznie
ich zasłoni.
W kamieniołomie o tej porze roku tylko w najgłębszych partiach
znajdowała się woda, reszta terenu była sucha. Dzieciaki przesiadywały
tu w lecie jak nad rzeką, choć wiedziały, że nie wolno im się kąpać.
Dorośli z kolei rzadko tu bywali, bo trudno było siedzieć na kocu czy
leżaku z powodu kamienistego podłoża.
Kiedy dotarli do miejsca, które uznali za najlepsze, Hubert wyjął z plecaka koc. Przygotował się, choć jeszcze pół godziny temu nie miał
pewności, czy uda mu się przekonać Klarę do odpuszczenia sobie wizyty w kościele i przyjścia tu. Usiedli obok siebie i na chwilę zapanowała
cisza.
- Fajnie, że za tydzień już jedziemy na obóz - powiedziała dziewczyna.
- Nooo - skwitował. On teraz miał co innego w głowie.
- Dobrze, że Baronowski będzie opiekunem. Przy nim będzie luz - dodała.
- Nooo - odburknął. Wziął do ręki jeden z kamieni i rzucił przed siebie.
- Szkoda, że stara nie puści Szymona. Całe wakacje będzie tu gnił.
- Co zrobić, skoro nie mają kasy - odparła Klara.
- No co ty! To nie o kasę chodzi. Jego stara tak powiedziała, abyśmy jej
nie prosili.
- To dlaczego nie chce go puścić? - zaciekawiła się dziewczyna i wbiła
wzrok w Huberta.
- Ubzdurała sobie, że będziemy tam pić, palić i robić bezeceństwa.
Klara wybuchła śmiechem, gdyż Hubert wypowiadał te słowa, parodiując
głos matki Szymona. - Baronowski ma zbyt pobłażliwe podejście do
młodzieży, co nie budzi jej zaufania. Zna go z dawnych lat i według niej
to błąd, że pracuje z nastolatkami. - Przewrócił oczami z niezadowoleniem.
- Jego matka jest gorsza od mojej - oznajmiła, a Hubert kiwnął głową i ponownie rzucił do wody kamień.
- Eliza się odezwała? - zapytał.
Dziewczyny przyjaźniły się od dawna i Klara niepokoiła się, że Eliza
jeździ poza Nowiny na spotkania z mężczyznami poznanymi przez internet.
Eliza tłumaczyła jej, że celowo wybiera starszych panów, aby mieć
korzyści. Według niej tacy mężczyźni byli niegroźni, bo zaspokajali
swoje potrzeby, a w zamian kupowali jej, co chciała, i nie byli zbyt
nachalni, bo mieli rodziny.
- Nie rozmawiałam z nią od dwóch dni, mam nadzieję, że nic jej nie jest.
Poznała starszego gościa z kasą i się na niego nakręciła - westchnęła i na chwilę zapadło milczenie. - Zobacz, jaki płaski. - Pokazała kamień,
który znalazła na ziemi. - Umiesz puszczać kaczki?
- Nooo jacha! - Wziął od niej kamień i się podniósł. Stanął przy brzegu,
a Klara dołączyła do niego i przyglądała się, jak się ustawia i przymierza do zrobienia zamachu.
- Raz, dwa, trzy. - Rzucił. Płaski kamień sunął po tafli wody,
podskakując, ale niespodziewanie napotkał na przeszkodę.
- Co kurde?! - Hubert wyprostował się i wytężył wzrok.
- Skała? - Klara próbowała dojrzeć, co stanęło na przeszkodzie
kamieniowi.
- Nie, to ma jasny kolor - odparł Hubert. Zmrużył oczy, jakby to miało
mu pomóc w lepszej identyfikacji obiektu. - O kurwa! - krzyknął.
Klara spojrzała na niego z przestrachem.
- Co? Co to jest? - Jej głos wszedł na wysokie tony.
- To człowiek! Ktoś tam pływa - wykrzyczał w podekscytowaniu. - Halo, tu
nie wolno się kąpać! - zawołał, ale nie spotkało się to z żadną reakcją.
- Nie słyszy cię - powiedziała i czuła, jak serce bije jej jak szalone.
- Może go uderzyłeś zbyt mocno.
Chłopak spojrzał na nią z lękiem, bo o tym nie pomyślał. Zaczął ściągać
bluzę.
- Co robisz? - zapytała płaczliwe Klara.
- Pomogę mu wyjść.
- Zwariowałeś, tu są wiry, to niebezpieczne - zaczęła panikować. -
Dzwonię na policję - oświadczyła.
Hubert przez chwilę miał wątpliwości. To mogło ściągnąć na nich kłopoty.
Nie umiał przewidzieć, jak duże, ale jakieś na pewno. Ale ponieważ
widział, że dryfujący po wodzie człowiek się nie rusza, pokiwał głową na
znak, że się zgadza.
Klara wyjęła z torebki telefon komórkowy i wybrała numer 997. Ręce jej
się trzęsły, a kiedy uzyskała połączenie z centralą, wiedziała, że mówi
chaotycznie, nieskładnie, bo kobieta po drugiej stronie słuchawki kilka
razy prosiła o powtórzenie niektórych informacji.
- Powiedziała, że kieruje do nas jednostkę - wyjaśniła po zakończeniu
rozmowy. - Mamy się stąd nie ruszać do chwili ich przyjazdu.
Hubert pokiwał głową i przytulił Klarę do siebie. Nie tak planował tę
randkę. Zamiast miłej rozmowy i pocałunków patrzyli na dryfujące,
najprawdopodobniej martwe ciało.
20 maja 1978 roku, sobota, Nowiny
- Kurwa - fuknął pod nosem z rezygnacją. Z trudem utrzymywał równowagę i zaciągał się papierosem. Przed domem przypominającym mały dworek jedyne
źródło światła płynęło z zadaszonej werandy. Było stłumione. Lampa,
która je rzucała, stanowiła element dekoracyjny.
Stał w półmroku przed wejściem i zastanawiał się, co zrobić, aby dostać
się do środka, nie budząc domowników. Zapomniał kluczy, a miał wrócić do
domu ponad dwie godziny temu. Dlatego zależało mu, aby nikt nie odkrył
jego spóźnienia. Wiedział, że rodzice i rodzeństwo od dawna już spali.
Jedyna obawa dotyczyła gosposi, która kładła się najpóźniej.
Kręciło mu się w głowie, jeszcze dwadzieścia minut temu kończył duszkiem
dziesiąte tego wieczoru piwo. Przesadził, wiedział o tym, ale to nie
czas na autorefleksję, bo było mu zimno.
Zaczął przyzwyczajać się do myśli, że tę noc spędzi na werandzie, ale
przypomniał sobie, że Agata miała w zwyczaju zostawiać otwarte okno w spiżarce. Dlatego rzucił w bok niedopałek i najciszej, jak umiał, ruszył
na tył domu, gdzie mieściło się okno, które było jedyną szansą, aby
dostać się do środka.
Kiedy znalazł się na miejscu, z satysfakcją dostrzegł, że Agata i dziś
zrobiła tak jak zawsze. Wspiął się po wystających z elewacji kamieniach,
stanowiących ozdobną mozaikę. W jego stanie nie było to łatwe, ale po
chwilowej walce z równowagą wskoczył do środka.
Poczuł się jak zwycięzca, triumfalnie uniósł ręce do góry, i pogratulował sobie, ale kilka sekund później zorientował się, że zbyt
szybko odtrąbił sukces. Kiedy nacisnął na klamkę drzwi spiżarni,
prowadzących do kuchni, okazało się, że są zamknięte.
- Kurwa - syknął znów pod nosem i rozglądał się po wnętrzu. Otaczały go
słoje z przetworami, mąka, cukier i inne produkty, których Agata używała
codziennie do gotowania.
Ostatecznie z głodu nie umrę - pomyślał, aby się pocieszyć.
Zrezygnowany, ale nie załamany, bo w końcu nie będzie musiał spędzić
reszty nocy pod gołym niebem, wyjął ze skórzanej kurtki pogniecioną
paczkę cameli, a z niej papierosa i już miał go niezgrabnie odpalać,
kiedy drzwi do spiżarni z impetem się otworzyły.
Niegotowy na to, upuścił papierosa na podłogę.
- Skaranie boskie z tobą. - W progu stała Agata, pięćdziesięcioletnia
tęga kobieta o krótkich włosach i pulchnej miłej twarzy. - O której
miałeś być? - Podparła się pod boki, mówiąc z pretensją, ale cicho, bo
nie chciała pobudzić mieszkańców.
- O co ci chodzi? Zgłodniałem i przyszedłem coś zjeść - skłamał
bełkotliwie, a jej spojrzenie omal nie przewierciło go na wylot.
- Taki z ciebie mądrala, a jak zamknąłeś się od środka? - zapytała z satysfakcją w głosie.
- Niezły z ciebie Sherlock. - Minął ją, wszedł do kuchni, otworzył
lodówkę, wyjął kiełbasę i odgryzł duży kawałek.
- Kolację ci zrobię - powiedziała z pretensją.
Wiedział, że poględzi, powie swoje, ale go nie wyda.
- Nie jestem głodny, tak na przegryzkę wziąłem - odparł.
- Jakby matka widziała, co wyprawiasz, toby się znowu pochorowała, a dzisiaj miała ciężki wieczór.
- Daj spokój, wierzysz w to! Migrenę ma z nicnierobienia - rzucił
chłopak. Znał kobietę, z którą rozmawiał, całe swoje życie, i wiedział,
że może być dla niego szorstka, ale nie przekaże jego słów dalej. -
Chociaż jej migreny najbardziej są na rękę ojcu. Stanowią dobrą wymówkę,
aby nie musieć się do niej zbliżać. - Wykonał ruch symulujący stosunek
płciowy, a Agata postukała się palcem w czoło.
Pochodziła z małego miasteczka. Nie miała męża ani swoich dzieci, ale
nie była pruderyjna, nadmiernie świętoszkowata, tak jak jego matka, i nie obruszała się na drobiazgi. Lubił ją, a ona jego, mimo że ostatnio
bywał krnąbrny, nieznośny, nie słuchał się i był nieprzewidywalny. Ale
znosiła to, bo to ona go wychowywała, a nie wiecznie udająca chorobę
matka.
- Śmierdzisz jak popielniczka i gorzelnia w jednym - stwierdziła, nie
oczekując tłumaczenia.
- Przesiąkłem u kolegi.
Jej wzrok sugerował, żeby nie traktował jej jak pierwszej naiwnej.
- Daj spokój, zmęczony jestem.
- Domyślam się - powiedziała, przyglądając mu się z niepokojem. - Nie
rozumiem tylko, co robiłeś w spiżarni.
- Zapomniałem kluczy, a nie chciałem cię budzić - wyjaśniał, kierując
się w stronę wyjścia z kuchni. Stawiał kroki ostrożnie, bo wirowało mu w głowie. - Dzięki za ratunek, ale nic by się nie stało, jakbym tam
kimnął.
- A jak byś wyjaśnił matce, gdyby cię tam rano zastała?
Zatrzymał się i spojrzał na nią z ironicznym uśmiechem.
- Ona nawet nie wie, co jest za tymi drzwiami - odpowiedział.
Agata przyznała mu w myślach rację. To dzięki niej ten dom funkcjonował,
a jego domownicy mieli co jeść, chodzili w czystych ubraniach i nie
zarośli brudem. Małgorzata Mochocka, której pomagała w domu, była
hipochondryczką i nie nadawała się do wysiłku fizycznego, jak powtarzała
każdego dnia. Uważała, że spełniła już swój obowiązek, a mianowicie
urodziła trójkę dzieci. Według jej słów taki wysiłek nadszarpnął jej i tak słabowite zdrowie. Agatę bawiło, że gdy zjawiały się u Mochockiej
koleżanki lub miała wyjść do kogoś czy na zakupy, to jej forma była
idealna. Ale gosposia nie przejmowała się tymi wymyślonymi
przypadłościami, traktowała ją jak kolejne dziecko, które miała pod
swoją opieką.
Pracowała w domu Mochockich od siedemnastu lat. Tylu, ile miał chłopak,
którego chwilę wcześniej znalazła w spiżarni. Została zatrudniona przez
Filipa Mochockiego jako pomoc dla Małgorzaty po porodzie, bo on był
ciągle zajęty. Agata miała zajmować się dzieckiem, Markiem, ale
Małgorzata szybko zaczęła dodawać jej obowiązków, a Filip płacić coraz
więcej za kolejne. Lata mijały, a Agata stawała się nieodzowna w domu
Mochockich. To z nią Filip uzgadniał kwestie związane z zaopatrzeniem,
drobne naprawy, pielęgnację pokaźnego ogrodu. Ona również była źródłem
jego wiedzy o dzieciach i ich postępach w nauce. Dla Filipa liczyło się
tylko to, czy nie opuszczają szkoły i czy dobrze sobie w niej radzą. To
była dla niego sprawa kluczowa.
Trójka pociech - Marek, Adam i Dorota - mogła na nią liczyć. Pomagała im
we wszystkim, byli jej bliżsi niż własna rodzina, którą odwiedzała dwa
razy do roku. Chciała być dla nich wymagająca i surowa, ale zawsze
potrafili zmiękczyć jej serce i postanowienie o byciu nieugiętą
błyskawicznie odchodziło w niepamięć.
Teraz jednak coraz częściej obawiała się o najstarszego, Marka.
Dojrzewał, stawał się mężczyzną i było to oczywiste, ale w ostatnim roku
sprawiał wrażenie obojętnego na wszystko poza zabawą. Bywał bezczelny i nieusłuchany. Zaczynał przekraczać granice - palił, pił, nie wracał na
noc, przestał się uczyć i przejmować tym, co się stanie, kiedy ojciec
pozna prawdę. Agata na razie go kryła i milczała, gdy widziała coś,
czego nie powinna. Obawiała się, że jak tak dalej będzie postępował, to
nie będzie mogła być już jego tarczą.
- Marek - zatrzymała go ponownie, a kiedy spojrzał na nią, powiedziała:
- To się źle skończy, kiedy ojciec się dowie.
- Spokojnie, nie dowie się - stwierdził nazbyt radośnie, bo nadal
szumiał mu w głowie alkohol.
- Dzwonili ze szkoły.
Przyglądał się jej badawczo.
- Odebrałam. - Zobaczyła ulgę na jego twarzy. - Zawaliłeś.
- Wszystko poprawię.
- Zostało mało czasu - przypomniała, jakby sam nie wiedział. - Miesiąc i koniec roku szkolnego. Masz jeszcze szansę to poprawić i może ojciec się
nie dowie, ale nie powinieneś znikać na całe noce.
- Daj spokój - powiedział ponownie.
Drażniły ją te słowa. Nie tylko ją lekceważył, ale dawał jej do
zrozumienia, że przesadza, a wiedziała, że tak nie jest. Wiele razy była
świadkiem, kiedy Filip srogo karcił dzieci za słabszy stopień. Marek był
teraz w trudnym położeniu, obniżył piątkową średnią o przynajmniej dwa
stopnie. Agata obawiała się, co będzie, kiedy Filip zobaczy jego
świadectwo z takimi wynikami. Chłopak nie uniknie kary. Tym bardziej że
Andrzej, syn brata Filipa, który chodził z Markiem do klasy, był
wzorowym uczniem, mimo że nie stronił od zabawy. Ale najwyraźniej był
zdolniejszy od kuzyna. Andrzejowi wszystko przychodziło z łatwością, nie
musiał poświęcać na naukę wiele czasu, aby zawsze być najlepszym.
Pozytywne w tej sytuacji było to, że mimo tej różnicy Marek i Andrzej
trzymali się razem. Ani jednemu, ani drugiemu nie przeszkadzała ta
dysproporcja.
- Niedługo będziesz dorosły i już nikt nie będzie mógł ci nic kazać, ale
wysil się choć ostatni raz - poprosiła.
Podszedł do niej i objął ją serdecznie. Kto jak kto, ale ona szczerze
się o niego troszczyła. Pouczała tylko wtedy, kiedy sprawa była ważna.
Nie była uciążliwa, a dbała o spokój, który by się zachwiał, gdyby Filip
wiedział to co ona o edukacji Marka. Nie myślała o tym, jakie
konsekwencje poniesie ona sama, gdy wyjdzie na jaw, że kryła chłopaka
przez tak długi czas. Dla niej liczyło się, aby Marek się wykaraskał z kłopotów.
- Poprawię się od jutra - powiedział i z zadziornym uśmiechem ruszył w swoją stronę, pozostawiwszy ją w kuchni.
Zwodził ją, ale co miała zrobić, nie miała z kim podzielić się swoimi
obawami o niego. Musiała liczyć na to, że niebawem się otrząśnie i wróci
dawny Marek - zabawny, mądry i sympatyczny.
13 lipca 2008, niedziela, Nowiny
- Panie komendancie, tutaj - zawołał z oddali młody policjant w wysokich
kaloszach. Komendant wiedział, gdzie jedzie, więc również zapobiegawczo
zabrał swoje. W starym kamieniołomie nie było już tyle wody jak dawniej,
ale po deszczach robiło się tam mokro. Pozostały niewielkie jeziorka, w których czasem wędkarze dla sportu łowili drobne rybki. Kamieniołom był
ulubionym miejscem spotkań okolicznej młodzieży. Było tu dużo
przestrzeni, a miejsce znajdowało się na uboczu, z dala od centrum, więc
nastolatkowie czuli się tu swobodnie.
Kiedy Edward Piętka pół godziny temu odebrał telefon od podwładnego i usłyszał, jakiego odkrycia dokonała w tym miejscu para nastolatków,
poczuł dreszcze. Jeśli miejscowe dzieciaki zrobiły tu nocną imprezę, to
tragedia murowana. Bał się, że ciała, o których wspominał podwładny,
należały do znajomych osób. Niepokoiła go liczba mnoga. Przeszywał go
nieprzyjemny lęk.
W czasie ponadtrzydziestoletniej kariery kilka razy musiał informować
rodziców o tragicznej śmierci ich dzieci. To było najgorsze z zadań,
jakie przyszło mu wypełniać. Na samo wspomnienie ściskało go w żołądku.
Kiedy dotarł do miejsca, w którym stali jego ludzie, spojrzał we
wskazaną przez nich stronę. Widok nie był oczywisty. Dopiero po chwili
wpatrywania się można było dostrzec, że na wodzie unoszą się cztery
ciała. Dryfowały, wszystkie twarzami w dół.
- O cholera! - rzucił, a policjant, który stał obok, pokiwał głową z przejęciem.
- Zawiadomiłam prokuraturę w Kielcach - odezwała się pulchna blondynka,
aspirant Ewa Piórkowska. - Powiedzieli, że niebawem przyślą prokuratora,
lekarza i ekipę techników.
- Dobrze - oznajmił Piętka i rozglądał się dookoła. - Kto znalazł ciała?
- Nasze dzieciaki, Klara Pabiańczyk i Hubert Cegielski - odparła i wskazała ich palcem. - Przyszli tu na spacer - wyjaśniła.
- Taaa, na spacer - rzucił cynicznie komendant. Dobrze wiedział, po co
młodzież tu przychodziła. Ale nie mogło go to dziwić, w okolicy było
mało miejsc, w których nastolatkowie mogliby się swobodnie spotkać.
Woleli przychodzić tutaj, w miejsce, które mimo wszystko zapewniało im
prywatność. - Pogadajmy z nimi - stwierdził i ruszył w stronę dużej
skały, na której siedziała dwójka młodych ludzi. Chłopak opiekuńczo
obejmował ramieniem dziewczynę. Nie patrzyli w kierunku wody.
- Jesteście w stanie z nami porozmawiać? - zapytała Ewa, a chłopak
pokiwał głową. - Co tu robiliście? - zaczęła od najbardziej oczywistego
pytania. Mieszkała w Nowinach od urodzenia i tak samo jak komendant
wiedziała, że stary kamieniołom jest miejscem spotkań towarzyskich. Ona
również jako nastolatka przychodziła tu ze swoją paczką. Organizowali
ogniska i razem spędzali czas. Tu nikt nie zabraniał im zachowywać się
głośno. W tym miejscu żaden z rodziców nie kontrolował ich co pięć
minut.
- Przyszliśmy na spacer, ładna pogoda, to gdzie mamy chodzić? -
odpowiedział Hubert.
- Opowiedzcie wszystko od początku. Kiedy tu przyszliście, co
robiliście, kiedy znaleźliście ciała? - Po wypowiedzeniu ostatniego
słowa usłyszała jęk rozpaczy Klary.
- Za wiele nie ma do opowiadania - odezwał się Hubert. - Przyszliśmy
stamtąd. - Pokazał kierunek, z którego przybyły również służby. Były
małe szanse, aby zejść do kamieniołomu od innej strony. Tylko tu zejście
nie było strome. - Poszliśmy w kierunku wody, bez konkretnego celu.
Usiedliśmy na kocu, chwilę gadaliśmy. Klara znalazła płaski kamień, więc
chciałem pokazać jej, jak się puszcza superkaczki. Kamień uderzył w coś
i dopiero po chwili zobaczyliśmy, co to.
Dziewczyna skinęła potakująco głową.
- Zaczęliśmy się przyglądać, a kiedy zakumaliśmy, że to człowiek, Klara
zadzwoniła do was.
- Skąd wiedzieliście, że to zwłoki? - włączył się komendant.
- A pan, patrząc na to, co pływa po wodzie, ma wątpliwości? -
odpowiedział bojowo chłopak. - Na początku myśleliśmy, że ktoś przyszedł
tu popływać. Niby nie wolno, ale różnie bywa - wyjaśnił, a komendant
pokiwał głową.
W kamieniołomie obowiązywał zakaz kąpieli, bo były wiry, które mogły
wciągnąć kąpiącego w głąb. Ale nikt nie traktował poważnie tego zakazu.
W lecie młodzi ludzie przesiadywali w kamieniołomie i czasem dla popisu
wchodzili do wody.
- Ale ta osoba nie wynurzała się, nie reagowała na nasze wołanie i wtedy
już wiedzieliśmy, że raczej nie żyje - wtrąciła się do rozmowy Klara,
przeciętna brunetka z czerwonym kolczykiem w nosie. - A dopiero później
zobaczyliśmy, że to nie jedna osoba. - W oczach nastolatki pojawiły się
łzy i chłopak przytulił ją mocniej.
- I zadzwoniliśmy na dziewięć dziewięć siedem - dodał Hubert.
- Pani po drugiej stronie słuchawki nie mogła uwierzyć w moje słowa -
znowu odezwała się płaczliwie Klara. - To okropne. Kto to jest?
- Niedługo się dowiemy - odparła policjantka.
- Na razie musicie tu zostać, ktoś spisze wasze zeznania - stwierdził
komendant i zobaczył, że z górki schodzi w ich kierunku nieznany
mężczyzna. Dał znać Ewie, aby ruszyła z nim w stronę przybysza. - Paweł,
spisz ich zeznania, żeby się nie plątali pod nogami - wydał polecenie
młodemu policjantowi. Stojąc nad brzegiem jeziorka, widział, że jego
podwładny ma niewyraźną minę. Dlatego wolał, żeby zajął się dzieciakami,
niż musiał przyglądać się zwłokom, które za chwilę zostaną wyłowione.
Aspirant Paweł Gawęda pracował na komendzie od pięciu lat, tak samo jak
Ewa Piórkowska, z którą znali się od dziecka. Był wrażliwy na krzywdę
innych, dlatego zdarzało mu się reagować bardziej emocjonalnie. Ewa
wiele razy zastanawiała się, dlaczego został policjantem, skoro ciężko
znosił nawet interwencje przy pijackich kłótniach. Do tego miał opory,
by być stanowczym wobec ludzi z miasteczka, w którym się urodził.
W ich miejscowości oraz w okolicy rzadko dochodziło do drastycznych
wypadków. Policjanci nie mieli gdzie i kiedy oswoić się z widokiem
śmierci, zwłaszcza nietypowej. Chociaż topielec to nie najtragiczniejszy
z możliwych widoków. Ale tak czy siak, komendant wolał młodemu
policjantowi znaleźć teraz inne zadanie. Gawęda zareagował na jego
polecenie z ulgą wypisaną na twarzy i odszedł od brzegu jeziorka.
- Dzień dobry, prokurator Dawid Zygadło - przedstawił się ostrzyżony w modny sposób, z długą górą i krótkimi bokami, brunet w okularach o czarnych masywnych ramkach. Był ubrany w elegancki, ale nieformalny
sposób. Miał jakieś czterdzieści lat i znaczące doświadczenie zawodowe.
Odkąd był nastolatkiem, wiedział, że będzie chciał wykonywać ten zawód.
Dlatego już wtedy dużo czytał o śledztwach, a jako osoba pełnoletnia
zrobił kursy kryminalistyki. Nie chciał opierać się tylko na czyjejś
wiedzy, wolał polegać na własnej.
Podał rękę najpierw Ewie, a potem komendantowi. To była ciekawa
kurtuazja, gdyż zazwyczaj najpierw witano się z osobą wyższą rangą, a prokurator postąpił zgodnie z cywilnym savoir-vivre'em.
- Dobrze, że zostałem poinformowany, gdzie jadę. - Wskazał na buty,
wysokie aż do kolan czarne kalosze.
- Dzień dobry, Edward Piętka. Jestem komendantem miejscowego posterunku,
a to moja podwładna aspirant Ewa Piórkowska - przedstawił ich.
- Słyszałem, że macie kilku pływaków.
Ruszyli w stronę jeziorka.
- Cztery ciała dryfują po powierzchni wody - odpowiedziała Ewa.
Czuła podekscytowanie, że będzie w końcu mogła pracować nad dużą sprawą.
Zdarzyła się tragedia, to było jasne, ale ona nigdy wcześniej nie miała
okazji uczestniczyć w śledztwie, do którego musieli przyjechać
prokurator, lekarz i ekipa techników. Nawet jeśli w miasteczku zdarzały
się wypadki czy ktoś umierał, to nigdy nie było to tak spektakularne jak
to, co się dziś wydarzyło.
Stanęli nad brzegiem jeziorka i komendant palcem wskazał kierunek, w którym miał patrzeć prokurator.
- Ciała zostały zabezpieczone? - zapytał.
- Jak? - rzucił bez zastanowienia komendant, ale nie miał czasu, aby
sprawdzić procedury obowiązujące w takim wypadku.
- Zwłoki powinny zostać zabezpieczone przed przemieszczaniem się poprzez
przywiązanie jednego końca linki do nadgarstka lub kostki zwłok, a drugiego do elementu stałego na brzegu - zacytował prokurator kodeks
postępowania.
- Nie mamy odpowiedniego sprzętu - stwierdził komendant. Spojrzał na
Ewę, która tylko wzruszyła ramionami. Mieli kilka razy do czynienia z topielcem, ale zwłoki były wyciągnięte z wody przez świadków zdarzenia.
- Ale tu ciała nie mają gdzie odpłynąć - dodał po chwili, a prokurator
tego nie skomentował.
- Cztery ciała, hmmm - powiedział Zygadło bardziej do siebie niż do
nich. - Może to zbiorowe samobójstwo? Może na terenie waszego miasteczka
jest na przykład grupa, której członków łączy wspólna pasja czy religia,
jakby sekta? - zapytał poważnie.
Komendant spojrzał na Ewę, bo ona wiedziała najwięcej, co się dzieje w miasteczku wśród młodzieży. Policjantka pokręciła głową.
- Jest oaza w kościele - wyjaśnił w końcu. Zobaczył, że nie o to
chodziło prokuratorowi.
- Dlaczego pan pyta o sektę? - włączyła się Ewa. - To nie jest
powszechne zjawisko w Polsce.
- W ciągu ostatnich pięciu lat miałem już trzy razy podobną sprawę -
tłumaczył. - Małe miasteczko, w którym nagle umiera kilka osób w jednym
czasie. - Zauważył, że Ewa bacznie mu się przygląda, dlatego dodał: - W małej miejscowości łatwiej silnej osobowości manipulować innymi. Czy na
przykład wasz proboszcz nie ma większego posłuchu wśród ludzi niż wy? -
Spojrzał na nich pytająco.
- Zdecydowanie - przyznał Piętka. - Wystarczy, że na niedzielnej mszy
ksiądz o czymś powie, a większość mieszkańców mu wierzy i robią to, o co
prosi, nawet jeśli jest im to nie na rękę. - Komendant nie obawiał się
tego mówić. Nie miał problemu z proboszczem. Był z nim na neutralnej
stopie, starał się chodzić do kościoła w każdą niedzielę, aby
społeczność się do niego nie uprzedziła, ale robił to dla świętego
spokoju i dla żony. Wiele razy po niedzielnej mszy kłócił się z małżonką, bo ona miała proboszcza za jedynego prawego człowieka.
- W takich miejscach jak wasze ksiądz jest niczym Bóg na ziemi i często
wykorzystuje swoją pozycję, bo ludzka próżność jest silniejsza od
powołania - stwierdził prokurator, przerywając rozmyślania Piętki. -
Czasem zdarza się też, że powstają grupki składające się z młodych
ludzi. Łączy ich coś: przeżycia, emocje czy chęć przynależenia do
jakiejś grupy. Początkowo niewinne spotkania z czasem zmieniają
charakter, bo w grupie wyłania się lider, który dostrzega, że jego
zdanie ma znaczenie dla innych. Tak rodzi się coś, co w dużym
uproszczeniu można nazwać sektą. Chociaż wielu miałoby obiekcje, aby
mówić o tym głośno. Sekta kojarzy się z zamkniętym miejscem, w którym
odcięci od codzienności ludzie słuchają przemów jednego człowieka, który
twierdzi, że ma wyjątkowe moce.
- Nie słyszałam, żeby u nas działy się takie rzeczy, ale dzieciaki
często się tu spotykają - przerwała jego wywód Ewa. - Raczej stawiałabym
na nieszczęśliwy wypadek. Przyszli tu wieczorem, bawili się i zapewne
pili, potem wpadli na głupi pomysł, aby się wykąpać, i taki mamy efekt.
Zygadło pokiwał głową, bo prawdopodobnie aspirant miała rację.
- Co my tu mamy?
Usłyszawszy to pytanie, cała trójka się odwróciła. Stał przed nimi
wysoki mężczyzna z upiętym na czubku głowy kokiem i pokaźną brodą.
Komendant Piętka skrzywił się na jego widok i już miał go pogonić,
biorąc za namolnego gapia, ale prokurator się odezwał:
- Jesteś, świetnie. Doktor Patryk Tymański pracuje dla nas jako lekarz
ostatniego kontaktu - wyjaśnił.
Ewa przyglądała się nowo przybyłemu. Nie wyglądał na lekarza, bardziej
na artystę lub muzyka grającego muzykę alternatywną.
- Będziemy musieli poczekać na techników. Trzeba najpierw udokumentować
miejsce znalezienia ciał, a następnie je wyłowić - oświadczył.
- Zawiadomiliśmy naszą straż pożarną - odezwała się Piórkowska. - Są
gotowi, aby pomóc.
- Technicy się ucieszą - zapewnił patolog i uśmiechnął się do niej.
Wyglądał interesująco. Sprawiał wrażenie inteligentnego luzaka.
Piętnaście minut później zaczęła się akcja. Najpierw jeden z przybyłych
na miejsce techników w łódce pożyczonej od strażaków zrobił dokumentację
wideo i fotograficzną dryfujących ciał. Następnie drugi z nich włożył
sprzęt do nurkowania, wszedł do jeziora i zanurzył się, aby sprawdzić,
czy czegoś nie znajdzie na dnie w pobliżu ciał. Nagrał także pod wodą w miarę możliwości dokładny filmik. Godzinę po rozpoczęciu działań na
brzeg zostało wyciągnięte pierwsze ciało.
- Proszę ostrożnie, podłoże jest ostre, nie chciałbym, aby na ciałach
powstały obrażenia, które nie mają nic wspólnego ze śmiercią tych osób -
poprosił patolog, wkładając lateksowe rękawiczki.
Kiedy to robił, Ewa dostrzegła, że ma na dłoniach wytatuowane kości.
Tatuaże wyglądały jak obraz z prześwietlenia rentgenowskiego. Były
wykonane w niezwykle precyzyjny sposób. Policjantka nie mogła oderwać od
nich oczu.
Tymański zobaczył jej wzrok, ale tylko się do niej ponownie uśmiechnął,
a ona odwzajemniła jego uśmiech.
21 maja 1978 roku, niedziela, Nowiny
- Agato, widziałaś dziś Marka? - zapytała Małgorzata, która weszła do
kuchni w odświętnej sukience. Jak zawsze uciskała sobie dwoma palcami
prawej dłoni prawą skroń. Chciała mieć pewność, że inni zauważą, iż
cierpi. Ten gest był charakterystyczny dla niej i mało kto z domowników
już się nim przejmował. Każdy wiedział, że i tak zaraz zacznie mówić o tym, jak źle się czuje.
- Wrócił wczoraj późno od kolegi i miał jeszcze czytać. Znając życie,
zasiedział się, a teraz odsypia - zakomunikowała gosposia, która
pilnowała gotującego się obiadu, równocześnie doglądając
dziesięcioletniej Dorotki wykonującej rysunek.
- Oby nie zepsuł sobie wzroku, czytając po ciemku - stwierdziła
Małgorzata, siadając na krześle obok Dorotki. - Wystarczy, że ja mam
kłopoty ze zdrowiem.
To był jej stały tekst, którym domownicy również się już nie
przejmowali. Nie było sensu podejmować z nią na ten temat rozmowy, gdyż
tylko na to czekała i zaczynała się użalać nad sobą i swoim nędznym
losem. Już miała wspomnieć o przeszywającym bólu głowy, ale usłyszeli
donośne kroki na schodach.
- Synku, chyba nie czytasz po nocy w ciemności? - zaczęła, gdy tylko
zobaczyła Marka.
Miał podkrążone i czerwone oczy. Mimo kilku godzin snu nie wyglądał
najlepiej i czuł się jak przemielony. Spojrzał kontrolnie na Agatę,
która w niezauważalny dla Małgorzaty sposób kiwnęła głową, i już
wiedział, że znalazła mu alibi.
- Nie, mamo, czytałem przy pełnym świetle - odparł na odczepnego, stając
nad młodszą siostrą i delikatnie całując ją w czubek głowy.
Dziewczynka uniosła głowę, aby na niego spojrzeć, i się uśmiechnęła.
Agata, gdy widziała, jak rodzeństwo traktuje się nawzajem, była z siebie
dumna. To dzięki niej dzieci, którymi się opiekowała, lubiły się. Marek
w ostatnim czasie bywał nieprzyjemny, ale przy siostrze się hamował.
- Zrobię ci jajecznicę na boczku - zaproponowała gosposia.
- Nie, dzięki - rzucił, ciężko oddychając. - Głowa mi pęka. Pewnie
gdybym coś zjadł, tobym się zrzygał.
Na te słowa Dorotka zachichotała.
- Marku, jak się wyrażasz przy siostrze! - skarciła go matka, po czym
teatralnym gestem ponownie dotknęła palcami skroni, aby pokazać, że to
uniesienie sprawiło jej ból.
- Przecież to nie przekleństwo - odpowiedział natychmiast syn.
- Nie było cię z nami dzisiaj w kościele - ruszyła z nową falą
pretensji. - Na którą zamierzasz iść?
Nie było sensu i na ten temat z nią dyskutować. Nie zamierzał iść do
kościoła, ale postanowił podać konkretną godzinę. Gdyby tego nie zrobił,
trułaby mu długo o tym, jak pochłonie go ogień piekielny, a nie
zamierzał jej słuchać.
- Umówiłem się na osiemnastą z Andrzejem. On też w nocy zakuwał -
powiedział, zerkając kątem oka na Agatę, która ponownie nieznacznie
kiwnęła głową. Temat nauki ucinał wszystkie dyskusje i wątpliwości. - A ojciec gdzie? - zapytał, stając przy zlewie i nalewając sobie szklankę
wody. Dobrze wiedział, gdzie obecnie jest ojciec, ale chciał się
podroczyć z matką.
- Wybrał się na spotkanie biznesowe do klubu - wyjaśniła, masując sobie
obie skronie z zamkniętymi oczami.
- No tak, biznesowe - rzucił cynicznie. - Ja nazwałbym to inaczej. -
Przed powiedzeniem prawdy powstrzymywała go obecność siostry.
Już jakiś czas temu zorientował się, że niedzielne przedpołudnia aż do
obiadu ojciec, zaraz po kościele, spędzał ze swoją sekretarką. Marek z jednej strony uważał, że to banalne i ojciec mógłby się trochę bardziej
wysilić ze znalezieniem kochanki. Ale z drugiej strony, po co miał
szukać, skoro to, czego potrzebował, miał pod nosem. Chłopak kilka razy
widział sekretarkę ojca i miał wrażenie, że była niewiele starsza od
niego. Ładna, zgrabna, uśmiechnięta, sam miewał o niej różne fantazje.
Ważne, że nie miała zblazowanej miny, która wiecznie widniała na twarzy
matki. Nie winił ojca, bo nie uważał, że robi coś złego.
Matka sama się o to prosiła. Kto normalny byłby w stanie wytrzymać z żoną, która non stop czuje się źle, mówi tylko o swoich migrenach i kolejnych wizytach u nowych lekarzy. Marek nie znosił jej rozmów z ojcem, choć właściwie był to zawsze monolog matki. Wystarczyło, że Filip
stawał w progu domu, a ona zalewała go falą swojego cierpienia, które
było w dużej mierze wyimaginowane.
Jednak, co ciekawe, stan zdrowia Małgorzaty ulegał diametralnej poprawie
wtedy, gdy zbliżał się weekend, podczas którego wyjeżdżała z koleżankami
i Dorotką do Warszawy na zakupy. Wtedy nigdy nie dopadała jej migrena.
Wówczas też przypominała sobie, że ma córkę, ponieważ jej znajome z własnych pociech starały się uczynić swoje przyjaciółki i Małgorzata też
miała taki plan, ale był on realizowany tylko przez jeden weekend w miesiącu. Gdy tylko wracały do domu, Dorotka znowu trafiała pod opiekę
Agaty.
Kiedy Marek przez przypadek kilka miesięcy temu odkrył, że ojciec
spotyka się z sekretarką, jego pierwszą reakcją była złość na niego, ale
wkrótce poczuł zrozumienie i zazdrość. Zastanawiał się nawet, dlaczego
się nie rozwiodą. Potem jednak doszedł do wniosku, że rozwód nie opłacał
się ojcu. Sytuacja, w której tkwili, była dla niego idealna. Miał dom, w którym zawsze było co jeść, było czysto i mógł codziennie choć przez
chwilę zobaczyć dzieci. Żona stanowiła pewnego rodzaju zło konieczne,
które Filip nauczył się tolerować. Traktował ją jak zwierzątko, które
niby kręci się pod nogami, ale jeśli chce się od niego uwolnić, to nie
ma przeszkód, aby to zrobić.
- Synku, ojciec musi utrzymywać odpowiednie stosunki, a do klubu
przychodzą ważne osoby. Ojciec jest dyrektorem i jego stanowisko
zobowiązuje - odpowiedziała Małgorzata i tylko ona wierzyła w swoje
słowa.
Marek zastanawiał się, czy była taka naiwna, taka głupia czy tak
zapatrzona w siebie, że nie dostrzegała prawdy.
- Zdecydowanie musi utrzymywać stosunki - zrobił nacisk na ostatnie
słowo i poczuł niby przypadkowego kuksańca, jakiego zaserwowała mu
Agata.
- Może pani się położy. Widzę, że wczorajsza migrena nadal panią trzyma.
- Agata chciała zmienić temat, bo nie wiedziała, czy Małgorzata
zrozumiała sugestię syna, czy nie.
Ona o kochance Filipa wiedziała nie tylko od Marka, ale i z kartki,
którą znalazła w spodniach pracodawcy, kiedy robiła pranie. Nie
przyznała się nikomu, że przeczytała treść liściku. Z niego dowiedziała
się, jakie relacje łączą Filipa z młodą sekretarką. Znacznie później
powiedział jej o tym także Marek w jednym z pijackich bełkotów. Co
dziwne, na drugi dzień pamiętał o tym i wspólnie uzgodnili, że cokolwiek
by się działo, ona nic o tym nie wie.
- Oj, tak, tak, Agato, ta wczorajsza migrena była wyjątkowo paskudna -
odezwała się Małgorzata z satysfakcją, że w końcu ktoś zainteresował się
jej stanem. - Myślałam, że jeśli się położę po kościele, to wszystko
minie, ale nic z tego - zaczęła śpiewkę, która doprowadzała Marka do
szaleństwa. Uważał, że matka powinna mieć w końcu jakieś obowiązki,
wtedy nie miałaby czasu użalać się nad sobą. Te jej chorobowe wymysły
były nudne i irytujące. Wymagała od wszystkich nie tylko
zainteresowania, ale też ciszy w całym domu.
- Na werandzie jest teraz bardzo przyjemnie. Temperatura nie za wysoka,
na pewno się pani zrelaksuje - przekonywała Agata, która chciała się
pozbyć Małgorzaty z kuchni, gdyż zamierzała dokończyć z Dorotką rysunek
i spróbować porozmawiać z Markiem o nocnych wydarzeniach.
- Oj, tak, tak, mama się musi zrelaksować, bo jest zmęczona ciężkim
życiem - ironizował chłopak. - Niech mama nie robi niczego, bo to
mogłoby wywołać nawrót migreny. Wiemy, że każda czynność domowa to
murowany ból głowy.
Jego ton rozbawił Dorotkę, a Małgorzata zrozumiała, że syn z niej kpi.
Dlatego gwałtownie podniosła się z miejsca, a gdy miała ruszyć w stronę
werandy, zatrzymała się teatralnie i urażonym głosem rzuciła do Marka:
- Powinieneś mnie zrozumieć. Sam przed chwilą powiedziałeś, że pęka ci
głowa, więc chyba wiesz, jakie to okropne uczucie. Człowiek nie jest w stanie myśleć o niczym innym, tylko o tym bólu, o ucisku w skroniach, w potylicy. Nie można sobie miejsca znaleźć. Dziwię się, że podchodzisz
tak lekko do mojej migreny, jeśli sam cierpisz na to samo. Oby to nie
było dziedziczne.
- Nie jest - odpowiedział z obojętnością, a ona fuknęła pod nosem.
- Muszę zostać sama. - Odwróciła się na pięcie i wyszła przed dom.
- Po co to robisz? - odezwała się z pretensją Agata, siadając na
krześle, które chwilę temu zajmowała Małgorzata. Przyglądała się
obrazkowi, który robiła Dorotka. - Bardzo dobrze, tylko dodaj jeszcze
tło, bo zostało za dużo białego miejsca - oceniła pracę dziewczynki,
która skinęła głową i sięgnęła po jasnoniebieską kredkę.
- Rzygać mi się chce, kiedy słucham o tej jej migrenie.
Dorotka znowu zachichotała.
- Albo chodzi do lekarzy, którzy są do dupy, albo jest leniwą babą,
która znalazła świetną wymówkę, żeby palcem nie kiwnąć przy robieniu
czegokolwiek.
Tym razem gosposia spojrzała na niego karcąco, gdyż Dorotka przyglądała
mu się z uwagą. Agata uważała, że nie jest to jeszcze czas, aby
dziewczynkę wprowadzać w szczegóły rodzinnych relacji. Dorotka była
bystra i obserwowała, jak wyglądają stosunki pomiędzy rodzicami a dziećmi. Jednak było za wcześnie, aby słuchała przykrej prawdy o swojej
matce. Na razie była wobec niej współczująca, bo jeszcze się nie
zorientowała, że wszelkie dolegliwości matki są tylko w jej głowie.
- Wystarczy tych mądrości, jeśli nie chcesz jeść, to idź do siebie, aby
się pouczyć - zadecydowała.
Marek spojrzał na nią gniewnie, ale po chwili dostrzegł wzrok
siostrzyczki i złagodniał. Kiwnął głową i ruszył do swojego pokoju.