Panie z Cranford (ekskluzywna edycja) - Elizabeth Gaskell

Kup ebooka

29.99 zł
24.89 zł (20,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział I. Nasza spo­łecz­ność

ROZ­DZIAŁ I

Nasza spo­łecz­ność

A więc przede wszyst­kim Cran­ford jest we wła­da­niu Ama­zo­nek; kobiety rzą­dzą we wszyst­kich domach o nieco wyż­szym czyn­szu. Jeżeli jakaś mał­żeń­ska para przy­bę­dzie do mia­sta na stałe, dżen­tel­men - w ten czy inny spo­sób - znika. Albo wypła­sza go fakt, że na wie­czor­nych przy­ję­ciach on jeden repre­zen­tuje płeć brzydką, albo tłu­ma­czy jego nie­obec­ność służba w pułku lub na okrę­cie czy też zaan­ga­żo­wa­nie spra­wami hand-lowymi, zmu­sza­jące do spę­dza­nia wszyst­kich dni tygo­dnia w wiel­kim han­dlo­wym mie­ście Drum­ble, poło­żo­nym przy linii kole­jo­wej i odle­głym od Cran­ford zale­d­wie o dwa­dzie­ścia mil. Jed­nym sło­wem, cokol­wiek dzieje się z panami - tu ich nie ma. Bo i cóż by tu mogli robić, gdyby pozo­stali? Nasz dok­tor objeż­dża pacjen­tów w pro­mie­niu trzy­dzie­stu mil i sypia w Cran­ford, ale nie każdy może być dok­torem. Aby utrzy­mać strzy­żone ogrody, pełne wspa­nia­łych kwia­tów, bez jed­nego chwa­stu; aby odstra­szać małych chłop­ców, zawist­nie spo­glą­da­ją­cych przez szta­chety na rze­czone kwiaty; aby prze­pę­dzać gęsi wpa­da­jące cza­sem przez nie­do­mkniętą furtkę do tych ogro­dów; aby roz­strzy­gać wszyst­kie pro­blemy lite­ra­tury i poli­tyki bez zamę­cza­nia się zbęd­nym rozu­mo­wa­niem czy argu­men­ta­cją; aby posiąść dokładną i nie­omylną zna­jo­mość spraw każ­dego w naszej para­fii; aby utrzy­mać schludne poko­jó­weczki w podziwu god­nym rygo­rze; aby oka­zy­wać bied­nym dobroć (nieco po dyk­ta­tor­sku), a sobie nawza­jem świad­czyć w złej godzi­nie rze­czy­wi­ste przy­sługi - na to w Cran­ford zupeł­nie wystar­czą panie. "Męż­czy­zna - jak jedna z nich zauwa­żyła w roz­mo­wie ze mną - tak zawa­dza w domu!". Panie kran­fordz­kie wie­dzą o każ­dym swym kroku, jed­nak żadna nie przej­muje się tym, co myśli druga. Każda z nich odzna­cza się silną indy­wi­du­al­no­ścią - by nie rzec: dzi­wac­twami - wszel­kie słowne utarczki byłyby więc rze­czą natu­ralną, a jed­nak wśród pań wciąż panuje wielka życz­li­wość.

Jedy­nie od czasu do czasu zda­rza się jakaś drobna sprzeczka, wypa­la­jąca się w paru ostrych sło­wach, w paru gniew­nych ruchach głowy: wystar­cza tego, by równy bieg ich życia nie stał się mono­tonny. Stroje pań cechuje cał­ko­wita nie­za­leż­ność od mody. Powia­dają: "Cóż to ma za zna­cze­nie, jak się ubie­ramy tutaj, gdzie nas każdy zna?". A kiedy wyjeż­dżają z domu, ich rozu­mo­wa­nie jest rów­nie logiczne: "Cóż to ma za zna­cze­nie, jak się ubie­rzemy tam, gdzie nas nikt nie zna?". Suk­nie ich są, na ogół bio­rąc, z mate­ria­łów dobrych, choć nie­pięk­nych, ale zarę­czam, ostatni rękaw wydęty jak udziec barani, ostat­nią obci­słą i skąpą spód­nicę, noszoną w Anglii, oglą­dano wła­śnie w Cran­ford i spoglą­dano na nią bez uśmiesz­ków.

Sama widy­wa­łam w słotne dni wspa­niały para­sol rodzinny z czer­wo­nego jedwa­biu, roz­po­starty nad spie­szącą do kościoła łagodną, drob­niutką starą panną - jedyną dziś z licz­nego ongiś rodzeń­stwa. Czy macie w Lon­dy­nie choć jeden czer­wony para­sol?

Żywe jest wspo­mnie­nie pierw­szego, jaki kie­dy­kol­wiek oglą­dano w Cran­ford, czer­wo­nego para­sola. Mali chłopcy oto­czyli go tłum­nie, nazy­wa­jąc "kijem w spód­nicy". Mógł to być ten wła­śnie, który opi­sa­łam, trzy­many silną ręką ojca nad gro­madką dzia­twy. Drobna pani, która prze­żyła ich wszyst­kich, zale­d­wie dawała radę go utrzy­mać.

Ist­niały w Cran­ford zasady i prze­pisy doty­czące wizyt i odwie­dzin. Obwiesz­czano je każ­dej mło­dej oso­bie, która bawiła w mia­steczku, tak uro­czy­ście, jak uro­czy­ście odczy­tuje się co roku na górze Tyn­wald stare prawa wyspy Man.

- Moja droga, przy­ja­ciółki nasze zapy­tują, jak się czu­jesz po wczo­raj­szej podróży (pięt­na­ście mil, w wygod­nym powo­zie). Jutro pozwolą ci wypo­cząć, ale poju­trze, bez wąt­pie­nia, odwie­dzą nas. Bądź więc wolna po dwu­na­stej - godziny skła­da­nia wizyt są mię­dzy dwu­na­stą a trze­cią.

A gdy wizyta już się odbyła:

- Dziś jest trzeci dzień. Myślę, że twoja mama pouczyła cię, moja droga, że należy oddać wizytę nie póź­niej niż po trzech dniach i że nie powinna ona trwać dłu­żej niż kwa­drans.

- Ale czy mam zer­kać na zega­rek? Bo skąd będę wie­działa, kiedy minie kwa­drans?

- Musisz pamię­tać o cza­sie, moja droga, nie wolno ci zapo­mi­nać o tym w roz­mo­wie.

Tak więc skoro każdy miał tę zasadę w pamięci, czy to przyj­mu­jąc gości, czy skła­da­jąc wizytę, oczy­wi­ście nie poru­sza­ły­śmy ni­gdy absor­bu­ją­cych tema­tów, ogra­ni­cza­jąc się do zdaw­ko­wej potocz­nej roz­mowy. I były­śmy punk­tu­alne.

Myślę, że część dys­tyn­go­wa­nych miesz­ka­nek Cran­ford była nie­za­można i z tru­dem wią­zała koniec z koń­cem, ale podobne do Spar­tan uśmie­chem pokry­wały ból. Ni­gdy nie mówiło się o pie­nią­dzach, gdyż pach­nia­łoby to han­dlem i rze­mio­słem, a choć nie­które z nas zubo­żały, wszyst­kie nale­ża­ły­śmy prze­cież do wyż­szych sfer. Panie z Cran­ford odzna­czały się owym życz­li­wym esprit de corps, który pozwa­lał im nie dostrze­gać wszel­kich nie­po­wo­dzeń w pró­bach ukry­wa­nia nie­do­statku. Kiedy pani For­re­ster, na przy­kład, wyda­wała przy­ję­cie w swym maleń­kim jak dla lalki miesz­kanku i mała poko­jó­weczka prze­pra­szała panie sie­dzące na sofie, pro­sząc, by pozwo­liły jej wydo­być spod spodu tacę z fili­żan­kami, każda z nas przy­jęła ową nowość w postę­po­wa­niu jako rzecz naj­zwy­klej­szą w świe­cie, nie prze­ry­wa­jąc roz­mowy o spo­so­bie pro­wa­dze­nia gospo­dar­stwa i for­mach towa­rzy­skich, tak jak­by­śmy były wszyst­kie prze­ko­nane, że nasza gospo­dyni ma całe zastępy służby, gospo­dynię i klucz­nicę, a nie tę jedną, wziętą z przy­tułku dziew­czy­ninę, któ­rej drobne, ogo­rzałe ręce nie miały siły przy­dźwi­gać na górę tacy bez ukrad­ko­wej pomocy pani, która teraz sie­działa god­nie, uda­jąc, że nie wie, jakie cia­sto przy­słano, cho­ciaż wie­działa, i my wie­dzia­ły­śmy, i ona wie­działa, że my wiemy, i my wie­dzia­ły­śmy, że ona wie, że my wiemy, że cały ranek przy­go­to­wy­wała kanapki i cia­sto bisz­kop­towe.

Z tego ogól­nego, choć ukry­wa­nego nie­do­statku i by­naj­mniej nieukry­wa­nego dobrego uro­dze­nia wypły­wało parę kon­se­kwen­cji oby­cza­jo­wych, cał­kiem roz­sąd­nych, które można by z wielką korzy­ścią przy­jąć w nie­jed­nym kręgu towa­rzy­skim. I tak na przy­kład miesz­kanki Cran­ford prze­strze­gały wcze­snych godzin i już o dzie­wią­tej, postu­ku­jąc drew­nia­nymi patyn­kami, wra­cały do domu pod opieką latar­nika, o wpół do jede­na­stej zaś całe mia­steczko pogrą­żone było we śnie. Co wię­cej, uwa­żano za rzecz wul­garną (a to słowo wiel­kiej wagi w Cran­ford) poda­wać na wie­czor­nych przy­ję­ciach kosz­towne sma­ko­łyki czy napoje. Cie­niut­kie kromki chleba z masłem i cia­sto bisz­kop­towe - to wszystko, czym podej­mo­wała gości czci­godna pani Jamie­son; była ona szwa­gierką świę­tej pamięci lorda Glen­mire, a prze­cież łączyła "oszczęd­ność z ele­gan­cją".

"Oszczęd­ność z ele­gan­cją"! Jak łatwo wpaść znowu w ton Cran­ford! Tam oszczę­dza­nie było zawsze ele­ganc­kie, a wyda­wa­nie pie­nię­dzy zawsze "wul­garną osten­ta­cją". Ta filo­zo­fia kwa­śnych wino­gron spra­wiała, że były­śmy spo­kojne i zado­wo­lone.

Ni­gdy nie zapo­mnę, jaki nie­smak odczu­wano, kiedy do Cran­ford przy­był nie­jaki kapi­tan Brown i otwar­cie mówił, że jest biedny - nie zwie­rzał się z tego szep­tem zaufa­nemu przy­ja­cie­lowi, zamknąw­szy przed­tem drzwi i okna, ale na ulicy mia­sta, dono­śnym gło­sem woj­sko­wego poda­wał swój brak pie­nię­dzy jako przy­czynę nie­wy­na­ję­cia pew­nego domu. Panie kran­fordz­kie już jęczały z powodu najazdu, jakiego doko­nał na ich tereny męż­czy­zna, i to w dodatku dżen­tel­men! Był on spen­sjo­no­wa­nym kapi­tanem i dostał posadę na pobli­skiej kolei, prze­ciw dopro­wa­dze­niu któ­rej do Cran­ford całe mia­steczko nie­dawno pro­te­sto­wało. Jakby więc nie dość już tego, że był rodzaju męskiego, że zwią­zał się z tą obrzy­dłą koleją, posia­dał jesz­cze tyle bez­czel­no­ści, że mówił o swej bie­dzie! Doprawdy, nale­ża­łoby zerwać z nim wszel­kie sto­sunki! Śmierć jest rów­nie praw­dziwa i powszechna jak ubó­stwo, a prze­cież nie roz­pra­wia się o niej gło­śno na ulicy. Było to słowo, któ­rego nie wyma­wiało się w towa­rzy­stwie. Po cichu zgo­dzi­ły­śmy się igno­ro­wać fakt, że kogoś, z kim utrzy­mu­jemy sto­sunki towa­rzy­skie, ubó­stwo mogłoby powstrzy­mać od uczy­nie­nia cze­goś, na co miałby ochotę. Jeśli szły­śmy na przy­ję­cie lub wra­ca­ły­śmy z niego na pie­chotę, to dla­tego, że wie­czór był piękny lub powie­trze orzeź­wia­jące, a nie dla­tego, że lek­tyka kosz­to­wała drogo. Jeśli cho­dzi­ły­śmy w per­kalu, a nie w jedwa­biach, to dla­tego, że wola­ły­śmy mate­riał do pra­nia; i tak dalej. W końcu zaczę­ły­śmy zupeł­nie nie dostrze­gać pospo­li­tego faktu, że nale­żymy, my wszyst­kie, do ludzi o bar­dzo ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ściach finan­so­wych. Natu­ralne było zatem, że nie wie­dzia­ły­śmy, co począć z czło­wie­kiem, który mówił o ubó­stwie tak, jakby to nie była hańba. Jed­nakże kapi­tan Brown zdo­był w jakiś spo­sób sza­cu­nek Cran­ford i skła­dano mu wizyty po mimo odmien­nych posta­no­wień. Kiedy w rok po jego zamiesz­ka­niu w Cran­ford przy­je­cha­łam tu w odwie­dziny, zdu­mia­łam się, sły­sząc, że przy­ta­czano jego zda­nie czy opi­nię i powo­ły­wano się na nie. Zale­d­wie przed dwu­na­stu mie­sią­cami moje przy­ja­ciółki były naj­bar­dziej zago­rza­łymi prze­ciwniczkami skła­da­nia mu wizyt; a teraz wpusz­czano go do domu nawet w godzi­nach przed­po­łu­dnio­wych. Prawda, że zro­biono to w tym celu, by przed roz­pa­le­niem ognia wykrył, dla­czego piec dymi, ale nie zmie­nia to faktu, że kapi­tan Brown poszedł na górę, zupeł­nie nie­onie­śmie­lony, mówił gło­sem zbyt dono­śnym jak na tak mały pokój i żar­to­wał zupeł­nie jak bywa­lec tego domu. Nie dostrze­gał żad­nych drob­nych uchy­bień grzecz­no­ści ani zlek­ce­wa­że­nia ety­kiety w spo­so­bie przyj­mo­wa­nia go. Był przy­ja­zny, gdy panie kran­fordz­kie oka­zy­wały mu chłód, w dobrej wie­rze przyj­mo­wał iro­niczne kom­ple­menty i męską otwar­to­ścią prze­zwy­cię­żył nie­chęć, z jaką trak­to­wano czło­wieka nie­wsty­dzą­cego się swego ubó­stwa. I wierz­cie, jego wspa­niały męski zdrowy roz­są­dek i łatwość wynaj­dy­wa­nia środ­ków zarad­czych na róż­no­ra­kie domowe kło­poty zapew­niły mu nie­zwy­kłą pozy­cję: stał się auto­ry­te­tem w spo­łe­czeń­stwie pań kran­fordz­kich. On sam kro­czył dalej wła­sną drogą, rów­nie nie­świa­dom swej obec­nej popu­lar­no­ści jak poprzed­nio odwrot­nego stanu rze­czy. Zasko­czyło go zupeł­nie, gdy pew­nego dnia prze­ko­nał się, że rady jego są wysoko cenione, a to, co powie­dział w żar­cie, przy­jęte zostało na serio, z całą powagą.

Doty­czyło to nastę­pu­ją­cej sprawy. Jedna star­sza pani miała holen­der­ską krowę, którą trak­to­wała nie­mal jak córkę. Nie można tam było zło­żyć nawet krót­kiej, pię­cio­mi­nu­to­wej wizyty, by nie usły­szeć o cudow­nym mleku lub cudow­nej inte­li­gen­cji tego zwie­rzę­cia. Całe mia­sto znało holen­derkę panny Betsy Bar­ker i lubiło ją, toteż odczu­wano współ­czu­cie i żal, gdy w chwili nie­uwagi biedna krówka sto­czyła się do dołu z wap­nem. Stę­kała tak okrop­nie, że ją wkrótce usły­szano i pośpie­szono z pomocą, ale biedne zwie­rzę zdą­żyło utra­cić więk­szość sier­ści i gdy je wycią­gnięto, było łyse, zzięb­nięte, żało­sne, z zupeł­nie wyle­niałą skórą. Każdy współ­czuł krówce, ale nie każdy umiał powstrzy­mać uśmiech na jej widok. Panna Betsy zapła­ki­wała się z żalu i zgrozy. Mówiono, że zamie­rza pró­bo­wać kąpieli w oli­wie. Tę kura­cję zapewne zale­cił ktoś, kogo pytano o radę, ale pro­po­zy­cja ta - o ile w ogóle ist­niała taka pro­po­zy­cja - została nie­odwo­łal­nie odrzu­cona na sku­tek zde­cy­do­wa­nych słów kapi­tana Browna: "Jeśli pani chce, żeby krówka żyła, niech jej pani uszyje fla­ne­lowy kafta­nik i pan­ta­lony. Jed­nakże ja dora­dzał­bym natychmia­stowe jej zabi­cie".

Panna Betsy Bar­ker otarła oczy i ser­decz­nie podzię­ko­wała kapi­ta­nowi. Zabrała się do pracy i wkrótce całe mia­sto wyle­gło, chcąc zoba­czyć, jak krówka, odziana w ciem­no­szarą fla­nelę, spo­koj­nie podąża na pastwi­sko. Przy­glą­da­łam się temu wiele razy. Czy widzie­li­ście kiedy w Lon­dy­nie krowę ubraną w ciem­no­szarą fla­nelę?

Kapi­tan Brown wyna­jął nie­wielki dom na skraju mia­steczka i zamiesz­kał tam z dwiema cór­kami. Musiał już dźwi­gać szó­sty krzy­żyk, gdy po wyjeź­dzie z Cran­ford na stałe po raz pierw­szy przy­je­cha­łam tam z wizytą. Ale jego prężna, wygim­na­sty­ko­wana postać, ela­styczny krok, głowa po woj­sko­wemu odrzu­cona do góry nada­wały mu wygląd znacz­nie młod­szego. Star­sza córka wyda­wała się równa mu wie­kiem, zdra­dza­jąc tym fakt, że jest star­szy, niż wygląda. Panna Brown musiała już docho­dzić do czter­dziestki, twarz miała scho­ro­waną, pooraną tro­skami i cier­pie­niem, jakby od dawna nie roz­ja­śniła jej radość mło­do­ści. Chyba i za mło­dych lat twarz ta miała surowe rysy i nie odzna­czała się urodą. Panna Jes­sie Brown nato­miast była z dzie­sięć lat młod­sza od sio­stry i dwa­kroć od niej ład­niej­sza. Miała twarz okrą­głą, z dołecz­kami. Kie­dyś panna Jen­kyns, zagnie­wana na kapi­tana (przy­czynę tego gniewu zaraz wyja­śnię), powie­działa: "Czas już, by panna Jes­sie wyro­sła z tych swo­ich dołecz­ków na twa­rzy i nie sta­rała się cią­gle wyglą­dać jak dziecko". Bo rze­czy­wi­ście było w jej twa­rzy coś dzie­cin­nego i myślę, że nawet żyjąc do stu lat, nie wyzby­łaby się tego. Jej duże, ruchliwe, błę­kitne oczy spo­glą­dały wprost na roz­mówcę; miała krótki, zadarty nosek, wargi czer­wone, wil­gotne, włosy cze­sała w drobne loczki, co jesz­cze pod­kre­ślało ten wyraz. Nie wiem, czy była ładna, czy nie, ale podo­bała mi się jej twarz, mnie i wszyst­kim innym, i sądzę, że na dołeczki nie mogła nic pora­dzić. Miała w sobie coś z ojcow­skiej sprę­ży­sto­ści postawy i ruchów i każ­dej kobie­cie rzu­cała się w oczy pewna róż­nica w stro­jach tych dwóch sióstr - suk­nie panny Jes­sie musiały kosz­to­wać o dwa funty rocz­nie wię­cej niż jej sio­stry. Dwa funty - to duża pozy­cja w rocz­nych roz­cho­dach kapi­tana Browna.

Takie wra­że­nie uczy­niła na mnie rodzina kapi­tana Browna, kiedy po raz pierw­szy zoba­czy­łam ich razem w kran­fordz­kim kościele. Kapi­tana już pozna­łam poprzed­nio z racji dymią­cego pieca, który dopro­wa­dził do porządku przez jakąś drobną zmianę w prze­wo­dzie komi­no­wym. W kościele w cza­sie poran­nego hymnu trzy­mał przy oczach bino­kle, a póź­niej uniósł głowę i śpie­wał dono­śnie i wesoło, odpo­wia­dał gło­śniej niż pastor, sta­rzec o wyso­kim sła­bym gło­sie, któ­rego, jak mi się zda­wało, bas kapi­tana napeł­niał smut­kiem i przy­pra­wiał o jesz­cze więk­sze drże­nie głosu.

Wyszedł­szy z kościoła, dziar­ski kapi­tan zajął się swymi cór­kami z naj­więk­szą galan­te­rią. Ski­nie­niem głowy i uśmie­chem witał zna­jo­mych, ale nim podał komu­kol­wiek rękę, pomógł star­szej córce roz­po­strzeć para­solkę, wziął od niej modli­tew­nik, pocze­kał cier­pli­wie, aż jej drżące ner­wowe palce unio­sły rąbek sukni i ruszyła przez mokre ulice.

Zasta­na­wia­łam się, co kran­fordz­kie panie robią z kapi­ta­nem Brow­nem na swych przy­ję­ciach. Daw­niej zawsze cie­szy­ły­śmy się, że nie bywa na nich żaden dżen­tel­men, któ­rego trzeba by obsłu­gi­wać i wynaj­dy­wać dla niego tematy do roz­mów. Gra­tu­lo­wa­ły­śmy sobie naszych przy­jem­nych wie­czo­rów towa­rzy­skich, a kocha­jąc wszystko, co wytworne i deli­katne, i w pogar­dzie mając męż­czyzn, nie­malże prze­ko­na­ły­śmy same sie­bie, że być męż­czyzną, to zna­czy być "wul­gar­nym"; kiedy zatem zoba­czy­łam, że panna Jen­kyns, przy­ja­ciółka, u któ­rej gości­łam, chce wydać przy­ję­cie dla mnie w swoim domu i że zapro­siła kapi­tana i panny Brown, poczę­łam się zasta­na­wiać, jaki będzie prze­bieg wie­czoru. Sto­liki do gry, pokryte zie­lo­nym suk­nem, roz­sta­wiono, jak zwy­kle, przy świe­tle dzien­nym; był to trzeci tydzień listo­pada, więc wie­czór zapa­dał koło czwar­tej. Na każ­dym sto­liku przy­go­to­wano świece i talie kart. Roz­pa­lono ogień; schludna poko­jó­weczka otrzy­mała ostat­nie wska­zówki i oto sta­ły­śmy w naszych naj­lep­szych suk­niach, każda z fidy­bu­sem w ręku, by rzu­cić się ku świe­com na pierw­sze stu­ka­nie do drzwi. Przy­ję­cia w Cran­ford to były uro­czy­ste chwile, a sie­dząca w swych naj­lep­szych stro­jach grupka pań prze­ży­wała wznio­sły i poważny nastrój. Skoro zja­wiły się trzy panie, natych­miast zasia­dły­śmy do pre­fe­ransa, a ja byłam ową nie­szczę­sną czwartą. Następna czwórka gości została natych­miast usa­do­wiona przy dru­gim sto­liku, wkrótce zaś tace z her­batą, które widzia­łam w spi­żarni, gdy prze­cho­dzi­łam koło niej rano, poroz­sta­wiano pośrodku każ­dego sto­lika. Por­ce­lana była deli­katna jak sko­rupka jajka, sta­ro­świec­kie sre­bro wyczysz­czone do poły­sku, ale jedze­nie nie­warte wzmianki. Kiedy tace znaj­do­wały się już na miej­scu, zja­wił się kapi­tan i panny Brown, a ja spo­strze­głam, że w jakiś nie­po­jęty spo­sób stał się ulu­bień­cem wszyst­kich pań. Zmarsz­czone czoła roz­ch­mu­rzały się, ostre głosy łagod­niały z jego przy­by­ciem. Panna Brown wyglą­dała na chorą i ogrom­nie przy­gnę­bioną. Panna Jes­sie uśmie­chała się jak zwy­kle i zda­wała się wzbu­dzać nie­mal taką sym­pa­tię jak jej ojciec. On zaś natych­miast prze­jął rolę męż­czyzny w tym pokoju i dbał, by żad­nej z pań niczego nie bra­ko­wało, poma­gał poko­jó­weczce, napeł­nia­jąc puste fili­żanki i pod­su­wa­jąc kanapki. Robił to wszystko w ten spo­sób, jak gdyby było sprawą oczy­wi­stą, że silni usłu­gują sła­bym, tak po pro­stu i z taką god­no­ścią, że nie prze­stał ani na chwilę być praw­dzi­wym męż­czyzną. Grał o trzy pensy za punkt z takim zain­te­re­so­wa­niem i powagą, jak gdyby cho­dziło o funty, a jed­nak, będąc uprzej­mym dla obcych, ani na moment nie spusz­czał oka ze swej cier­pią­cej córki - bo cier­piąca była z pew­no­ścią, choć wielu mogła się wyda­wać tylko zde­ner­wo­wana. Panna Jes­sie nie umiała grać w karty, ale roz­ma­wiała z nie­gra­ją­cymi paniami, które przed jej przy­by­ciem były tro­chę chmurne. Poza tym śpie­wała przy dźwię­kach roz­stro­jo­nego for­te­pianu, który, jak sądzę, w swej mło­do­ści był szpi­ne­tem. Panna Jes­sie śpie­wała Jock o'Hazel­dean nieco nie­zgod­nie z melo­dią, ale żadne z nas nie było osobą muzy­kalną, cho­ciaż panna Jen­kyns, aby oka­zać, że nią jest, wybi­jała takt - wcale nie do taktu. Było to jed­nak bar­dzo ład­nie ze strony panny Jen­kyns, bo chwilę przed­tem zauwa­ży­łam, że z dużym nie­sma­kiem przy­jęła nie­roz­ważne wyzna­nie panny Jes­sie (a pro­pos wełny sze­tlandz­kiej), że jej wujek pro­wa­dzi sklep w Edyn­burgu. Panna Jen­kyns pró­bo­wała zagłu­szyć to wyzna­nie kaskadą strasz­li­wego kaszlu - wszak czci­godna pani Jamie­son sie­działa przy naj­bliż­szym kar­cia­nym sto­liku, a cóż by ona powie­działa lub pomy­ślała, zorien­to­waw­szy się, że w tym samym pokoju znaj­duje się sio­strze­nica skle­pi­ka­rza! Ale panna Jes­sie Brown (cał­ko­wi­cie pozba­wiona taktu, jak zgod­nie uzna­ły­śmy następ­nego rana) powtó­rzyła tę infor­ma­cję i jesz­cze zapew­niła pannę Pole, że z łatwo­ścią zdo­bę­dzie dla niej wełnę sze­tlandzką, iden­tycz­nie taką, jakiej ona potrze­buje, "przez swo­jego wujka, który ma naj­bo­gat­szy w całym Edyn­burgu asor­ty­ment sze­tlandz­kich wełen". Aby zatrzeć wra­że­nie tych słów, panna Jen­kyns zapro­po­no­wała muzykę: a więc, powta­rzam, było to bar­dzo ład­nie z jej strony, że wybi­jała takt.

Kiedy, punk­tu­al­nie za kwa­drans dzie­wiąta, tace poja­wiły się znowu, tym razem z her­bat­ni­kami i winem, toczyła się kon­wer­sa­cja: oma­wiano, jakie kto miał karty i spo­soby gry, a po chwili kapi­tan Brown poru­szył temat lite­racki.

- Czy czy­tały panie któ­ryś z odcin­ków Klubu Pic­kwicka? - zapy­tał. - Kapi­talna rzecz.

Panna Jen­kyns była córką nie­ży­ją­cego już tutej­szego pastora i ponie­waż posia­dała pewną liczbę ręko­pi­sów kazań oraz pokaźną biblio­teczkę ksią­żek reli­gij­nych, uwa­żała sie­bie za znawcę lite­ra­tury, a kon­wer­sa­cję na temat ksią­żek trak­to­wała jako rzu­cone sobie wyzwa­nie. Więc pod­jęła je, mówiąc:

- Tak, czy­ta­łam, a nawet mogę powie­dzieć, że czy­ta­łam je wszyst­kie.

- A co pani o nich sądzi? - wykrzyk­nął kapi­tan Brown. - Czyż nie są wspa­niałe?

A więc panna Jen­kyns musiała zabrać głos.

- Muszę przy­znać, że nie sądzę, aby pod jakim­kol­wiek wzglę­dem dorów­ny­wały dzie­łom dok­tora John­sona. Jed­nakże autor jest zapewne młody. Jeśli okaże wytrwa­łość, któż może prze­wi­dzieć, jak daleko zaj­dzie, byle wziął wiel­kiego dok­tora za wzór.

Tego już widać kapi­tan nie mógł znieść spo­koj­nie. Nim jesz­cze panna Jen­kyns skoń­czyła zda­nie, widzia­łam sfor­mu­ło­waną na jego war­gach odpo­wiedź.

- To zupeł­nie inny rodzaj twór­czo­ści, droga pani - zaczął.

- Jestem tego świa­doma - odparła. - I biorę różne względy pod uwagę.

- Pro­szę pozwo­lić mi odczy­tać scenę z ostat­niego numeru - pro­sił. - Otrzy­ma­łem go dopiero dziś rano i nie sądzę, by panie zdą­żyły już prze­czy­tać.

- Jak pan sobie życzy - odparła, przy­bie­ra­jąc pozę pełną rezy­gna­cji.

Odczy­tał scenę w Bath z Samem Wel­le­rem. Nie­które z pań śmiały się ser­decz­nie. Ja się nie ośmie­li­łam. Gości­łam w tym domu na dłu­żej. Panna Jen­kyns słu­chała z cier­pliwą powagą. Gdy kapi­tan skoń­czył, zwró­ciła się do mnie i powie­działa łagod­nie i z god­no­ścią:

- Przy­nieś mi, moja droga, Ras­se­lasa1 z biblio­teki.

Kiedy przy­nio­słam książkę, zwró­ciła się do kapi­tana:

- A teraz, pozwoli pan, ja odczy­tam pewną scenę, a potem niech całe towa­rzy­stwo wybie­rze mię­dzy pań­skim ulu­bień­cem, panem Bozem2, a dok­to­rem John­so­nem.

Wyso­kim, pom­pa­tycz­nym gło­sem odczy­tała jedną z roz­mów mię­dzy Ras­se­la­sem a Imla­kiem, a skoń­czyw­szy, rze­kła:

- Sądzę, że zro­zu­miałe jest teraz, dla­czego wolę dok­tora John­sona jako powie­ścio­pi­sa­rza.

Kapi­tan ścią­gnął usta i bęb­nił pal­cami po stole, ale nic nie odpo­wie­dział. Zde­cy­do­wała się zadać jesz­cze parę dru­zgo­cą­cych cio­sów.

- Uwa­żam za rzecz wul­garną, nie­godną praw­dzi­wej lite­ra­tury, aby dru­ko­wać w odcin­kach.

- A jak był dru­ko­wany "Ram­bler"3, pro­szę pani? - zapy­tał kapi­tan tak cicho, że jak myślę, panna Jen­kyns nie mogła go usły­szeć.

- Styl dok­tora John­sona powi­nien być wzo­rem dla począt­ku­ją­cych pisa­rzy. Mój ojciec zale­cił mi go, kiedy zaczy­na­łam pro­wa­dzić kore­spon­den­cję, i ufor­mo­wa­łam według niego mój wła­sny styl. Pole­cam go pana wybrań­cowi.

- Wielka byłaby szkoda, gdyby zamie­nił swój styl na tak pom­pa­tyczną pisa­ninę - odparł kapi­tan Brown.

Nie wyobra­żał sobie nawet, jak głę­boko dotknie tym pannę Jen­kyns, która odczuła te słowa jako afront oso­bi­sty. Ona sama i jej przy­ja­ciółki uwa­żały pisa­nie listów za jej forte. Widzia­łam wiele razy, jak pisała na tabliczce i popra­wiała list, nim "zna­la­zła pół godzinki wła­śnie przed odej­ściem poczty, by zapew­nić" swoje przy­ja­ciółki o tym lub owym. A - jak powie­działa - dok­tor John­son był jej wzo­rem w ich kom­po­no­wa­niu. Wypro­sto­wała się z god­no­ścią i na ostat­nią uwagę kapi­tana Browna odpowie­działa krótko, sil­nie akcen­tu­jąc każde słowo:

- Przed­kła­dam dok­tora John­sona nad pana Boza.

Mówiono - nie przy­się­gnę na to! - że kapi­tan rzekł sotto voce: "Do dia­bła z dok­to­rem John­so­nem!". Jeśli powie­dział, to zaraz się zre­flek­to­wał, co oka­zał, pod­cho­dząc do krze­sła panny Jen­kyns i pró­bu­jąc nawią­zać z nią roz­mowę na przy­jem­niej­szy temat. Lecz ona była nie­ugięta. Następ­nego dnia uczy­niła wspo­mnianą już uwagę o doł­kach na twa­rzy panny Jes­sie.

Roz­dział II. Kapi­tan

ROZ­DZIAŁ II

Kapi­tan

Nie­po­dobna było prze­żyć mie­siąca w Cran­ford i nie poznać codzien­nych zwy­cza­jów każ­dego miesz­kańca, toteż na długo przed koń­cem mojej wizyty wie­dzia­łam już wiele o całej trójce Brow­nów. Nie musia­łam nic wykry­wać, jeżeli cho­dzi o ich stan mająt­kowy, bo od początku mówili o tym pro­sto i otwar­cie i nie robili żad­nej tajem­nicy z faktu, że muszą żyć oszczęd­nie. Ale co wykry­łam, to wielką dobroć serca kapi­tana i różne spo­soby, w jakie ją oka­zy­wał, sam tego nie­świa­dom. W mia­steczku coraz to krą­żyły o nim aneg­dotki. Nie czy­ty­wa­ły­śmy wiele, wszyst­kie panie miały dobre słu­żące, więc nie­raz pano­wała posu­cha na tematy do roz­mów. Oma­wia­ły­śmy zatem szcze­gó­łowo, jak to pew­nej nie­dzieli, kiedy było bar­dzo śli­sko na dwo­rze, kapi­tan niósł gar­nek z obia­dem ubo­giej sta­ruszce. Wra­ca­jąc z kościoła, zoba­czył ją przy skle­pie pie­ka­rza idącą nie­pew­nie, więc z powagą i god­no­ścią, jakie go zawsze cecho­wały, wyjął z jej rąk cię­żar i szedł obok niej ulicą, aż doniósł bez­piecz­nie do jej domu pie­czoną bara­ninę z kar­to­flami. Uzna­ły­śmy to postę­po­wa­nie za wielce eks­cen­tryczne i ocze­ki­wa­ły­śmy, że w ponie­dział­kowe przed­po­łu­dnie złoży wizytę w sze­regu domów, żeby się wytłu­ma­czyć i prze­pro­sić za pogwał­ce­nie kran­fordz­kiego poczu­cia tego, co wypada, ale on nic takiego nie zro­bił. Wtedy doszły­śmy do wnio­sku, że wsty­dzi się i nie śmie nikomu poka­zać na oczy. W szla­chet­nym współ­czu­ciu dla niego mówi­ły­śmy: "No cóż, w grun­cie rze­czy nie­dzielne wyda­rze­nie świad­czy o wiel­kiej dobroci serca", i zde­cy­do­wa­ły­śmy, że należy go pocie­szyć, gdy się zjawi wśród nas. Ale on przy­szedł bez naj­mniej­szego śladu zawsty­dze­nia, roz­pra­wia­jąc gło­śnym basem jak zwy­kle, z głową pod­nie­sioną, peruką rów­nie dobrze uło­żoną jak zwy­kle. No i nie pozo­stało nam nic innego, jak uznać, że zapo­mniał z kre­te­sem o nie­dzieli.

Panna Pole i panna Jes­sie Brown zawarły bli­ską zna­jo­mość dzięki włóczce sze­tlandz­kiej i nowym ście­gom robót na dru­tach, tak więc się skła­dało, że odwie­dza­jąc pannę Pole, czę­ściej spo­ty­ka­łam Brow­nów, niż prze­by­wa­jąc u panny Jen­kyns, która nie mogła przejść do porządku dzien­nego nad, wedle jej okre­śle­nia, uwła­cza­ją­cymi uwa­gami kapi­tana Browna o dok­to­rze John­so­nie jako o twórcy lek­kich, przy­jem­nych w czy­ta­niu powie­ści. Prze­ko­na­łam się, że panna Brown dotkli­wie cier­piała na sku­tek jakiejś chro­nicz­nej, nie­ule­czal­nej cho­roby i że bóle nią wywo­łane nadały jej twa­rzy ów wyraz nie­za­do­wo­le­nia, który przy­pi­sy­wa­łam zgryź­li­wo­ści. Zgryź­liwa co prawda bywała cza­sami, kiedy ner­wowe roz­draż­nie­nie cho­robą sta­wało się nie do znie­sie­nia. Panna Jes­sie oka­zy­wała jej wów­czas bar­dzo wiele zro­zu­mie­nia, wię­cej nawet niż pod­czas gwał­tow­nego przy­pływu samo­oskar­żeń, co zawsze potem nastę­po­wało. Panna Brown wyrzu­cała sobie nie tylko poryw­czość, ale i to, że z jej przy­czyny ojciec i sio­stra cier­pią nie­do­sta­tek, bo chcą jej zapew­nić drobne luk­susy, konieczne w tej sytu­acji. Ona sama tak by chciała pono­sić dla nich wyrze­cze­nia i roz­pę­dzić ich tro­ski, że ta wro­dzona szczo­drość dopro­wa­dziła ją do jesz­cze więk­szego zgorzk­nie­nia. Ojciec i sio­stra zno­sili wszystko pogod­nie, a nawet wię­cej: z ogromną ser­decz­no­ścią i czu­ło­ścią. Wyba­czy­łam pan­nie Jes­sie i usterki jej śpiewu, i tro­chę zbyt dziew­częce stroje, kiedy przyj­rza­łam jej się w domu. Zro­zu­mia­łam, że ciemna peruka, jaką nosi kapi­tan Brown, i jego wywa­to­wany sur­dut (nie­stety, tak już wysza­rzały!) to pozo­sta­łość woj­sko­wego sznytu z lat jego mło­do­ści, który zacho­wuje bez­wied­nie i teraz. Z doświad­czeń w kosza­rach wyniósł ogromną zarad­ność. Kie­dyś powie­dział, że nikt oprócz niego samego nie dogo­dzi mu w czysz­cze­niu butów; ale z dru­giej strony nie uwa­żał, by go poni­żało, jeśli zaosz­czę­dzi trudu poko­jówce, a musiał prze­cież wie­dzieć, że służba u niego, z powodu cho­roby córki, nie była łatwa.

Wkrótce po opi­sa­nym przeze mnie pamięt­nym spo­rze sta­rał się pojed­nać z panną Jen­kyns i ofia­ro­wał jej drew­nianą szu­flę do węgla wła­snej roboty, bo sły­szał, jak mówiła, że zgrzyt żela­znej szu­fli iry­tuje ją w naj­wyż­szym stop­niu. Przy­jęła pre­zent z chłodną uprzej­mo­ścią i podzię­ko­wała mu ofi­cjal­nie. Po jego odej­ściu pole­ciła mi zło­żyć szu­flę w gra­ciarni. Zapewne uwa­żała, że łatwiej jej przyj­dzie znieść zgrzyt żela­znej szu­fli, ani­żeli cie­szyć się pre­zentem od czło­wieka, który przed­kłada pana Boza nad dok­tora John­sona.

Taki był stan rze­czy, kiedy wyjeż­dża­łam z Cran­ford do Drum­ble. Jed­nakże kilka pań kore­spon­do­wało ze mną i dzięki temu byłam au fait wszyst­kiego, co działo się w mia­steczku. Pisy­wała do mnie panna Pole, którą szy­deł­ko­wa­nie zaczy­nało tak absor­bo­wać jak poprzed­nio robota na dru­tach, i w każ­dym jej liście powta­rzało się coś na kształt refrenu ze sta­rej pio­senki: "Nie zapo­mnij o bia­łej włóczce od Flinta", po każ­dej nowi­nie z mia­steczka poja­wiała się świeża wska­zówka doty­cząca jakie­goś zle­ce­nia na zakup włóczki do robót szy­deł­ko­wych. Panna Matylda Jen­kyns (która, jeśli jej star­sza sio­stra była nie­obecna, nie miała nic prze­ciw temu, żeby nazy­wać ją panną Matty) pisy­wała przy­jemne, życz­liwe listy i cza­sami odwa­żała się wypo­wia­dać na jakiś temat wła­sne zda­nie, lecz potem zwy­kle opa­mię­ty­wała się nagle i albo pro­siła, żebym nie wspo­mi­nała o tym, bo Debora sądzi na ten temat co innego, a ona prze­cież wie lepiej, albo też doda­wała post­scrip­tum w tym sen­sie, że po napi­sa­niu powyż­szego oma­wiała tę sprawę z Deborą i jest prze­ko­nana, że... (Tu nastę­po­wało zazwy­czaj odwo­ła­nie każ­dego sądu, zawar­tego w liście). Potem szła panna Jen­kyns - Debora, jak chciała, by ją sio­stra nazy­wała, ponie­waż ojciec rzekł kie­dyś, że jej hebraj­skie imię powinno być tak wyma­wiane. Myślę, że obrała tę surową żydow­ską pro­ro­ki­nię za wzór postę­po­wa­nia i, wierz­cie mi, pod pew­nymi wzglę­dami nie róż­niła się od niej - wziąw­szy oczy­wi­ście pod uwagę odmien­ność współ­cze­snych oby­cza­jów i stroju. Panna Jen­kyns nosiła kra­wat i mały kape­lusz na kształt cza­peczki dżo­keja i w ogóle wyglą­dała na kobietę o sil­nym cha­rak­te­rze, cho­ciaż z pogardą odrzu­ci­łaby nowo­cze­sny pogląd, że kobiety są równe męż­czy­znom. Równe, doprawdy! Wie­działa dobrze, że ich prze­wyż­szają. Ale wra­cajmy do listów. Wszystko w nich było dostojne i wspa­niałe, jak ona sama:

"Przed chwilą zale­d­wie wyszła czci­godna pani Jamie­son. W cza­sie roz­mowy prze­ka­zała mi wia­do­mość, że poprzed­niego wie­czoru zło­żył jej wizytę dawny przy­ja­ciel jej sza­now­nego męża, lord Mau­le­ve­rer. Nie odga­dła­byś, co spro­wa­dziło jego lor­dow­ską mość do naszego mia­steczka. Przy­je­chał zoba­czyć się z kapi­ta­nem Brow­nem, z któ­rym, jak wno­szę, jego lor­dow­ska mość zapo­znał się w cza­sie "daw­nych wojen" i który miał zaszczyt oca­lić od zagłady jego lor­dow­ską mość, gdy nad jego głową zawi­sło groźne nie­bez­pie­czeń­stwo w pobliżu przy­lądka, błęd­nie zwa­nego przy­ląd­kiem Dobrej Nadziei. Wiesz, jak nasza czci­godna pani Jamie­son pozba­wiona jest ducha nie­win­nej cie­ka­wo­ści, zatem nie zasko­czy cię zbyt­nio, kiedy powiem, że nie była w sta­nie wyja­śnić mi istoty owego nie­bez­pie­czeń­stwa. Wyznaję, że pra­gnę­łam się dowie­dzieć, w jaki spo­sób kapi­tan Brown, mając tak ogra­ni­czone moż­li­wo­ści, zdoła przy­jąć czci­god­nego gościa. Wykry­łam, że jego lor­dow­ska mość udał się na spo­czy­nek i, miejmy nadzieję, na pokrze­pia­jący sen do hotelu Pod Anio­łem, ale dzie­lił z kapi­ta­nem posiłki pod­czas tych dwóch dni, kiedy to zaszczy­cał Cran­ford swą dostojną obec­no­ścią. Pani John­son, żona naszego rzeź­nika, poin­for­mo­wała mnie, że panna Jes­sie nabyła udziec barani, ale poza tym nie doszło do mych uszu nic wię­cej na temat jakich­kol­wiek przy­go­to­wań pod­ję­tych dla przy­ję­cia tak dostoj­nego gościa. Może raczyli go tylko ucztą duchową? Dla nas, któ­rzy znamy poża­ło­wa­nia godny brak upodo­ba­nia do "czy­stych źró­deł nie­ska­la­nej angielsz­czy­zny", jakim odzna­cza się kapi­tan Brown, może być pewną pocie­chą myśl, że miał on spo­sob­ność napra­wie­nia swego smaku przez kon­wer­sa­cję z tak wytwor­nym i wykształ­co­nym przed­sta­wi­cie­lem ary­sto­kra­cji bry­tyj­skiej. Ale któż jest cał­ko­wi­cie wolny od ziem­skich nie­do­sko­na­ło­ści?".

Listy panny Pole i panny Matty przy­szły do mnie tą samą pocztą. Taka nowina, jak przy­jazd lorda Mau­le­ve­rera, była wprost bez­cenna dla kore­spon­den­tek z Cran­ford, toteż sta­rały się wyko­rzy­stać ją w pełni. Panna Matty z pokorą prze­pra­szała, że pisze jed­no­cze­śnie ze swą sio­strą, która o tyle lepiej potrafi przed­sta­wić to wyda­rze­nie sta­no­wiące taki zaszczyt dla Cran­ford. Jed­nakże mimo paru błę­dów orto­gra­ficz­nych spra­woz­da­nie panny Matty dało mi naj­lep­szy obraz poru­sze­nia wywo­ła­nego wizytą jego lor­dow­skiej mości już po jej zakoń­cze­niu; bo poza ludźmi w hotelu, pań­stwem Brow­nami, panią Jamie­son i małym chło­pacz­kiem, któ­rego jego lor­dow­ska mość sklął za poto­cze­nie brud­nego kółka na jego ary­sto­kra­tyczne nogi - nie sły­sza­łam o nikim, z kim jego lor­dow­ska mość roz­ma­wiał.

Moje następne odwie­dziny w Cran­ford wypa­dły w lecie. Od mojego ostat­niego pobytu nikt się nie uro­dził, nikt nie umarł, nie zawarto żad­nego mał­żeń­stwa. Nikt nie zmie­nił miej­sca zamiesz­ka­nia, nie­mal każda z pań nosiła te same, sta­ro­modne, dobrze zacho­wane suk­nie. Zda­rze­niem naj­więk­szej wagi było to, że panna Jen­kyns kupiła nowy dywan do salonu. Och, jakże się namę­czy­ły­śmy, wal­cząc z pro­mie­niami słońca, które po połu­dniu, przez okno pozba­wione żalu­zji, padały wprost na dywan! Roz­po­ście­ra­ły­śmy w tych miej­scach gazety i zasia­da­ły­śmy do książki lub robótki, lecz po kwa­dran­sie oka­zy­wało się, że słońce już się prze­su­nęło i pro­mie­nie jego palą inne miej­sce, więc znowu pada­ły­śmy na kolana i prze­su­wa­ły­śmy papiery. Kie­dyś też, owego dnia, kiedy panna Jen­kyns wyda­wała przy­ję­cie, były­śmy bar­dzo zajęte przez cały ranek, gdyż sto­sow­nie do jej instruk­cji cię­ły­śmy gazety na paski, potem zszy­wa­ły­śmy je, two­rząc ście­żynki pro­wa­dzące do krze­seł roz­sta­wio­nych dla gości, aby z ich trze­wi­ków nie padł kurz na nie­po­ka­la­nej czy­sto­ści dywan. Czy w Lon­dy­nie układa się też na przyj­ście gości takie papie­rowe ścieżki?

Sto­sunki mię­dzy kapi­ta­nem Brow­nem i panną Jen­kyns były nie nazbyt ser­deczne. Kłót­nia lite­racka, jak nie­za­go­jona rana, jątrzyła się za lada dotknię­ciem. Raz tylko doszło mię­dzy nimi do wymiany zdań, ale to wystar­czyło. Panna Jen­kyns nie mogła się powstrzy­mać od doga­dy­wa­nia kapi­ta­nowi Brow­nowi, a on, cho­ciaż nie odpo­wia­dał, bęb­nił pal­cami po stole, co panna Jen­kyns odczu­wała jako obe­lgę dla dok­tora John­sona. Kapi­tan lubił mani­fe­sto­wać swe upodo­ba­nie do twór­czo­ści pana Boza; cho­dził uli­cami tak zaab­sor­bo­wany czy­ta­niem, że raz omal nie wpadł na pannę Jen­kyns, a choć prze­pro­sił zaraz szcze­rze i uro­czy­ście, i w grun­cie rze­czy tylko ją tro­chę zasko­czył i prze­stra­szył, a i sam się tro­chę prze­stra­szył, panna Jen­kyns wyznała mi, że wola­łaby, żeby ją nawet prze­wró­cił, ale pochło­nięty wyż­szym rodza­jem lite­ra­tury. Biedny, dzielny kapi­tan! Posta­rzał się, wyda­wał się bar­dziej zmę­czony, a jego ubra­nie bar­dziej wytarte. Lecz był jak zawsze pogodny i wesół, chyba że ktoś go zapy­tał o zdro­wie córki.

- Bar­dzo cierpi i będzie jesz­cze wię­cej cier­pieć. Robimy, co jest w naszej mocy, by jej ulżyć. Bądź wola Twoja, Panie. - Przy tych ostat­nich sło­wach zdjął kape­lusz. Prze­ko­na­łam się, na pod­sta­wie tego, co mówiła panna Matty, że rze­czy­wi­ście zro­bili wszystko. Posłali po leka­rza, cie­szą­cego się wielką sławą w tej oko­licy, i sto­so­wali się do wszyst­kich jego zale­ceń, nie zwa­ża­jąc na koszta. Panna Matty była prze­ko­nana, że odma­wiali sobie wielu rze­czy, aby życie cho­rej uczy­nić zno­śniej­szym, ale ni­gdy o tym nie mówili. A co się tyczy panny Jes­sie... - Ona jest anio­łem - mawiała biedna panna Matty z wiel­kim wzru­sze­niem. - Gdy się widzi, jak znosi złe humory panny Brown, jak pogodną oka­zuje twarz po nocy czu­wa­nia przy cho­rej, która ją przez pół nocy łajała, to ogar­nia podziw. A przy śnia­da­niu wygląda tak świeżo i tak ser­decz­nie wita kapi­tana, jak gdyby całą noc spała na kró­lew­skim łożu. Moja droga, gdy­byś to widziała, jak ja widzia­łam, ni­gdy już nie mogła­byś się śmiać z jej wymu­ska­nych drob­nych locz­ków i różo­wych kokard.

Poczu­łam skru­chę i kiedy spo­tka­łam pannę Jes­sie, powi­ta­łam ją z więk­szym niż daw­niej sza­cun­kiem. Była wymi­ze­ro­wana, pobla­dła, a kiedy mówiła o sio­strze, wargi jej drżały jak w wiel­kim osła­bie­niu. Ale roz­po­go­dziła się, powstrzy­mała łzy, lśniące w jej pięk­nych oczach, mówiąc:

- Och, Cran­ford jest nie­zrów­nane w oka­zy­wa­niu dobroci. Wydaje mi się, że gdy tylko ktoś ze zna­jo­mych ma coś spe­cjal­nie dobrego na obiad, wtedy zawsze naj­lep­sze kąski w cie­pło zawi­nię­tym naczy­niu przy­syła mojej sio­strze. A ludzie biedni zosta­wiają dla niej u drzwi naszego domu naj­wcze­śniej­sze warzywa ze swych ogród­ków. Rzucą bur­kli­wie parę słów, jakby się wsty­dzili, ale zapew­niam panie, że ich tro­skli­wość przej­muje mnie do głębi duszy. - Łzy napły­nęły do jej oczu i poto­czyły się po policz­kach, ale już po chwili zaczęła fukać na samą sie­bie i w końcu ode­szła pogodna jak zawsze.

- Ale dla­czego lord Mau­le­ve­rer nic nie zro­bił dla czło­wieka, który ura­to­wał mu życie? - zapy­ta­łam.

- No cóż, rozu­miesz, kapi­tan Brown, jeśli nie ma spe­cjal­nego powodu, ni­gdy nie mówi o tym, że jest biedny, więc cho­dził u boku jego lor­dow­skiej mości wesoły i pogodny jak pora­nek, a ponie­waż nie mają zwy­czaju zwra­cać uwagi na obiad, prze­pra­sza­jąc za jego skrom­ność, a panna Brown czuła się lepiej tego dnia i wszystko wyda­wało się w jak naj­lep­szym porządku, ośmie­lam się twier­dzić, że jego lor­dow­ska mość nie miał poję­cia, ile trosk się za tym kryło. W zimie czę­sto przy­sy­łał zwie­rzynę, ale teraz poje­chał za gra­nicę.

Czę­sto mia­łam oka­zję zauwa­żyć, jak w Cran­ford umiano wyko­rzy­sty­wać wszyst­kie dro­bia­zgi i moż­li­wo­ści: jak zbie­rano płatki róż, nim spa­dły, aby uczy­nić z nich potpo­urri w szkla­nych sło­icz­kach dla kogoś pozba­wio­nego ogrodu: małe bukie­ciki kwia­tów lawendy posy­łano zna­jo­mym z mia­sta, aby trzy­mali je w szu­fla­dach albo na tro­ciczki w pokoju cho­rego. W Cran­ford dbano o rze­czy, któ­rymi gdzie indziej pogar­dzano, i trosz­czono się o sprawy, któ­rym gdzie indziej nie chciano by poświę­cić chwili czasu. Panna Jen­kyns nabiła jabłko goź­dzi­kami, aby ogrzane napeł­niło miłym zapa­chem pokój panny Brown, wbi­ja­jąc zaś każdy goź­dzik, wypo­wia­dała jakieś zda­nie dok­tora John­sona. Doprawdy, nie umiała już myśleć o Brow­nach bez cyto­wa­nia John­sona; ponie­waż zaś wów­czas rzadko kiedy o nich nie myślała, sły­sza­łam wiele poto­czy­stych, dłu­gich zdań.

Pew­nego dnia kapi­tan Brown zło­żył wizytę pan­nie Jen­kyns, żeby jej podzię­ko­wać za liczne dowody jej dobroci, o któ­rych do tej pory nie wie­dzia­łam. Zoba­czy­łam nagle, że wyglą­dał jakby posta­rzały i w jego baso­wym gło­sie sły­chać było drże­nie, oczy zda­wały się zamglone, zmarszczki na twa­rzy pogłę­biły się. Tego dnia nie mówił z opty­mi­zmem o sta­nie zdro­wia swej córki - to było nie­moż­liwe - ale te parę zdań, jakie wypo­wie­dział, cecho­wała męska, pobożna rezy­gna­cja. Dwu­krot­nie powtó­rzył: "Bóg tylko wie, czym Jes­sie jest dla nas" - a powie­dziaw­szy to po raz drugi, powstał pośpiesz­nie, bez słowa podał wszyst­kim rękę i wyszedł z pokoju.

Tego popo­łu­dnia dostrze­gły­śmy grupkę ludzi na ulicy, słu­cha­ją­cych cze­goś z przy­gnę­bio­nymi twa­rzami. Panna Jen­kyns przez pewien czas zasta­na­wiała się, co to może zna­czyć, zanim zde­cy­do­wała się na tak nie­dy­styn­go­wany krok jak posła­nie Jenny z zapy­ta­niem.

Jenny wró­ciła prze­ra­żona i pobla­dła.

- Och, pro­szę pani, och, panno Jen­kyns, och, pro­szę pani! Kapi­tana Browna zabiła ta wstrętna, okrutna kolej! - i wybuch­nęła pła­czem. I ona, podob­nie jak inni, doświad­czyła dobroci bied­nego kapi­tana.

- Jak? Gdzie? Gdzie? Dobry Boże! Jenny, nie trać czasu na pła­cze, mówże! - Panna Matty wypa­dła na ulicę od razu i zła­pała za klapy czło­wieka opo­wia­da­ją­cego coś innym.

- Pro­szę wejść, pro­szę natych­miast przyjść do mojej sio­stry... panny Jen­kyns, córki pastora. Och, czło­wieku, czło­wieku... powiedz, że to nie­prawda! - wołała, gła­dząc włosy prze­ra­żo­nego fur­mana i wpro­wa­dza­jąc go do salonu, gdzie sta­nął zabło­co­nymi butami na nowym dywa­nie, a nikt nie zwra­cał na to uwagi.

- Pro­szę paniusi, to jest prawda. Sam widzia­łem - i aż wzdry­gnął się cały na wspo­mnie­nie tego. - Kiedy kapi­tan cze­kał na pociąg, miał jakąś nową książkę i cał­kiem w niej się zaczy­tał. I była tam mała dziew­czynka, co chciała iść do swo­jej mamy, i wyrwała się sio­strze, i prze­bie­gała przez tor. A on nagle pod­niósł głowę, bo usły­szał, że pociąg nad­cho­dzi, a jak zoba­czył dziecko, to sko­czył na tory i pod­niósł dzie­ciaka, i noga mu się pośli­znęła, i pociąg prze­je­chał po nim w oka­mgnie­niu. O mój Boże! Paniu­siu, to jest prawda, i przy­je­chali teraz powie­dzieć to jego cór­kom. Ale dziecko całe, tylko ma guza na ramie­niu, bo je rzu­cił do matki. Biedny kapi­tan cie­szyłby się z tego, prawda, pro­szę paniusi? Niech go Bóg bło­go­sławi!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki