Panie na zamku - Jessica Shattuck

Reflow text when sidebars are open.
ZAMEK LINGENFELS, 9 listopada 1938
Dzień, w którym miał się odbyć tradycyjny bal dożynkowy, zaczął się ulewnym deszczem. Potoki wody smagały wiekowe mury zamku Lingenfels i bezbłędnie wynajdywały wszystkie ich słabe punkty - woda przenikała przez szczeliny, zalewała posadzki, sprawiała, że żółta fasada zdawała się czarna i lśniąca jak pancerz żuka. Papierowe lampiony i girlandy z pszenicy, porozwieszane z wielką troską, smętnie opadały na ziemię.
Marianne von Lingenfels, żona bratanka hrabiny, bez entuzjazmu szykowała się na przybycie gości. Było już za późno, by odwołać przyjęcie. Teraz, gdy hrabina tkwiła przykuta do wózka, to Marianne została de facto gospodynią przyjęcia; gospodynią, która powinna była posłuchać męża i odwołać bal już w zeszłym tygodniu. W Paryżu leżał w szpitalu Ernst vom Rath, ofiara nieudanego zamachu; w Monachium naziści podżegali cały naród do zemsty. Nie szkodzi, że zanim doszło do niefortunnego zajścia, nikt nie słyszał o żadnym vom Rathu, nic nieznaczącym niemieckim dyplomacie średniego szczebla, że zamachowiec miał siedemnaście lat, że wreszcie jego czyn był aktem zemsty: rodzina chłopaka znalazła się wśród tysięcy Żydów tłoczących się na polskiej granicy, wyrzuconych z Niemiec, bez prawa wjazdu do Polski. Złożone fakty nie miały dla nazistów znaczenia.
- Tym bardziej warto zebrać rozsądnych ludzi tutaj, na zamku, z dala od tego szaleństwa - przekonywała Marianne zaledwie wczoraj. Dzisiaj, w potokach deszczu, te argumenty wydawały się banalne.
A teraz było już za późno, więc pilnowała, by właściwie rozłożono obrusy na stołach, rozstawiono świeczniki i stroiki kwiatowe, nadzorowała transport - po mokrym i stromym wzgórzu - szampana, lodu i masła, wędzonych mięsiw i peklowanych ryb, wody pitnej i kanistrów oleju opałowego do pieca. Przez większą część roku zamek Lingenfels stał niezamieszkany; nie było tu bieżącej wody, a generator wytwarzał tak niewiele elektryczności, że wystarczało jej jedynie do uruchomienia gramofonu hrabiny i zapalenia kilku sznurów drogich światełek. Wydawanie tu przyjęcia przypominało próbę cywilizowania Księżyca, a jednak właśnie dlatego, między innymi, goście wracali co roku, i to mimo powtarzających się klęsk: małych pożarów, zalanego wychodka, błota, w którym utknęły drogie samochody, czy myszy w pokojach tych zostających na noc. To przyjęcie stało się słynne za sprawą anarchistycznej, absolutnie nieniemieckiej atmosfery. Stanowiło przyczółek liberalnej bohemy kulturowej w sercu prawdziwej arystokracji.
Późnym popołudniem wiatr, ku uldze Marianne, wzmógł się i rozwiał poranne chmury powiewami czystego, ożywczego powietrza. Nawet kamienne mury i mętna woda w fosie wyglądały czysto i świeżo. Chryzantemy na dziedzińcu lśniły w promieniach słońca.
Marianne poprawił się humor. Na zewnątrz, przed piekarnią, architekt, znajomy hrabiny, wyczarował fontannę ze starego poidła dla koni. Efekt był zarazem komiczny i magiczny. Zamek przypominał słonia w stroju rusałki.
- Albrecht! - Marianne weszła do długiej, niskiej biblioteki, w której jej mąż siedział za wielkim biurkiem, dawniej należącym do hrabiego. - Musisz to zobaczyć. Zupełnie jak w wesołym miasteczku!
Albrecht podniósł głowę, żeby na nią spojrzeć. Właśnie układał w myślach kolejne zdanie. Był postawnym mężczyzną o wysokim czole i twarzy pooranej bruzdami. Krzaczaste brwi sprawiały wrażenie, że często się złości, choć wcale tak nie było.
- Na chwilę, zanim zjawią się goście. - Wyciągnęła do niego rękę. - No chodź, świeże powietrze dobrze ci zrobi.
- Nie, jeszcze nie teraz - mruknął, zbył ją machnięciem ręki i ponownie skupił się na pisanym liście.
Och, na Boga, powiedziałaby Marianne każdego innego dnia, ale dzisiaj, ze względu na przyjęcie, ugryzła się w język. Albrecht jest perfekcjonistą i pracoholikiem i nigdy tego nie zmieni. Pisał list do starego znajomego ze studiów prawniczych, pracującego obecnie w brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, i nieraz pytał ją o zdanie, szukając najodpowiedniejszej konstrukcji.
- Aneksja Kraju Sudeckiego to dopiero początek. Zaklinam, byście zachowali czujność wobec agresji naszego dowództwa; czy może: Jeśli nie zachowamy czujności, agresja naszego przywódcy będzie stanowiła zaledwie początek...
- Obie wersje przekazują, o co ci chodzi - odparła. - Wybierz jedną i już.
Ale Albrecht był myślicielem. Nie wyczuł irytacji w jej głosie. Jego emocje nigdy nie były skomplikowane ani małostkowe. Był typem mężczyzny, który przy goleniu rozmyśla o wielkich abstrakcjach, takich jak Niezbywalne Prawa Człowieka czy Problemy Demokracji. I tym sposobem nie zauważał problemów dnia codziennego.
Marianne ograniczyła się do dramatycznego westchnienia, odwróciła się na pięcie i wyszła, zostawiając go pogrążonego w pracy.
W sali balowej hrabina strofowała z fotela inwalidzkiego jedną z młodziutkich podopiecznych:
- Tylko nie Schumann! - grzmiała. - Broń Boże! Równie dobrze moglibyśmy puścić Wagnera! Nie, coś włoskiego. Coś na tyle dekadenckiego, żeby każdy kretyn w brunatnej koszuli, który tu dzisiaj przyjdzie, przeżył szok.
Nawet w podeszłym wieku hrabina zachowała buntowniczą naturę; w ślad za nią podążali młodzi artyści i osoby z towarzystwa. Z urodzenia Francuzka, po mężu Niemka, zawsze budziła mieszane uczucia. W młodości prowadziła salon, znany z improwizowanych potańcówek i intelektualnych dyskusji na kontrowersyjne tematy, jak sztuka współczesna i filozofia francuska. Powody, dla których poślubiła nadętego, sztywnego hrabiego, starszego od niej o dwadzieścia lat, słynącego z tego, że zasypia przy stole, stanowiły temat tyleż częstych, co mało wybrednych spekulacji.
W oczach Marianne, wychowanej w surowym pruskim drylu, hrabina zawsze była osobą godną podziwu. Kobieta, która zdobyła się na odwagę, by wyjść poza rolę matki i Hausfrau1, by wkroczyć w męski świat władzy i intelektualizmu. Miała własne zdanie i postępowała po swojemu. Od ich pierwszego spotkania przed laty, gdy Marianne była jeszcze młodziutką studentką zakochaną w swym wykładowcy (Albrechcie), chciała być taka jak hrabina.
- Dziedziniec wygląda pięknie - powiedziała. - Monsieur Pareille to istny cudotwórca.
- Prawdziwy artysta, prawda? - mruknęła hrabina.
Dochodziła szósta. Lada chwila zjawią się goście.
Marianne pobiegła na górę, do zimnych sypialni. Tam, w jednej z nich, w staroświeckim łożu z baldachimem, pamiątce po feudalnej przeszłości zamku, czekały jej córeczki. Fritz, roczny synek, został w domu, w Weisslau, z nianią. I Bogu dzięki.
- Mama! - zawołały radośnie sześcioletnia Elisabeth i czteroletnia Katarina.
Elfie, ich słodka, grzeczna opiekunka, spojrzała na Marianne umęczonym wzrokiem.
- Czy to prawda, że teraz Hitler odzyska Polskę? - zapytała Elisabeth, podskakując z przejęciem na materacu.
- Elisabeth! - zawołała Marianne. - Skąd ten pomysł?
- Słyszałam, jak Herr Zeppel mówił do papy - odparła, bez ustanku podskakując.
- Nie - ucięła Marianne. - Zresztą czemu uważasz, że to ekscytujące? Przecież to oznaczałoby wojnę.
- Bo wtedy Polska byłaby nasza - wyjaśniła Elisabeth i przestała skakać. - A poza tym Herr Zeppel twierdzi, że Polacy sami nie potrafią sobą rządzić.
- Co za bzdury - żachnęła się Marianne, zła, że Albrecht pozwolił, by dzieci słuchały takich rozmów. Zeppel, nadzorca ich posiadłości na Śląsku, był gorliwym nazistą. Albrecht tolerował jego poglądy, bo dorastali razem; Weisslau to małe miasteczko.
- Ale kiedyś była nasza, prawda? - Elisabeth nie dawała za wygraną. - Przed wojną?
- Elisabeth! - westchnęła Marianne. - Lepiej zajmij się tym, co wasze, bardzo cię proszę, a to oznacza także książkę, którą miałaś czytać razem z Elfie.
Córeczka martwiła ją niekończącą się obsesją na punkcie własności. Jakby wchłonęła narodowe poczucie krzywdy, jakby ją osobiście spotkała wielka dziejowa niesprawiedliwość. Miała tak dużo, a jednak zawsze chciała więcej - nowszą sukienkę, ładniejszą spódniczkę. Kiedy dostała króliczka, marzyła o psie. Kiedy dawano jej cukierka, żądała dwóch. W jej oczach cały świat był do jej dyspozycji. Marianne, którą wychowano surowo i skromnie, nie mogła się pogodzić z tym, że urodziła tak wymagającą, egoistyczną istotę.
- Elfie... - Spojrzała na opiekunkę. - Dopilnuj, żeby o ósmej zgasiły światła. Dziewczynki mogą zejść na półpiętro, ale nie niżej.
- Ale... - zaczęła Elisabeth.
Marianne zgasiła ją wzrokiem.
- Dobranoc - powiedziała, uścisnęła serdecznie słodką, cichą, ciemnowłosą Katarinę i pocałowała denerwującą Elisabeth w czółko.
Zanim wróciła na dół, Marianne zatrzymała się na półpiętrze i spojrzała na oświetlony kandelabrami hol. Blask świec rozświetlał wysokie pomieszczenie o łukowych sklepieniach ekscytującym, tajemniczym blaskiem. Zjawili się już pierwsi goście: panowie we frakach, kilku w mundurach z nowymi, tandetnymi insygniami nazistów na klapach, kobiety w nowych toaletach. Pod władzą Hitlera gospodarka kwitła, ludzie znowu mieli pieniądze na jedwabie, aksamity i nowe kreacje prosto z Paryża. Hrabina witała gości z fotela, który stał pośrodku holu jak królewski tron. Na ten wieczór jej zwykły fotel inwalidzki poszedł w odstawkę. Spowijały ją kaskady niebieskozielonego jedwabiu; żadna inna Niemka (ani kobieta innej narodowości) w jej wieku nie odważyłaby się włożyć tych kolorów. Śmiała się zadziwiająco głośno jak na tak bardzo schorowaną osobę - ale czy ktoś uwielbiał przyjęcia bardziej od niej? A oto gość, który wywołał te kaskady śmiechu: hrabinie kłaniał się właśnie Connie Fledermann. Marianne poczuła przypływ podniecenia. Któż jeszcze mógł liczyć na takie powitanie? Connie był ulubieńcem hrabiny, gwiazdą na jej firmamencie, bo też wrodzone poczucie humoru, inteligencja i charakter czyniły z niego ulubieńca wszystkich - kobiety się w nim kochały, mężczyźni obdarzali go zaufaniem i przyjaźnią. Nikt, ani szalony Hermann Göring, ani ponury George Messersmith2, nie był w stanie oprzeć się jego urokowi.
- Connie! - zawołała Marianne, schodząc na parter.
Odwrócił się i uśmiechnął szeroko.
- No proszę! Kobieta, której szukałem! - Ucałował jej dłoń. - Cudownie wyglądasz. - Podniósł wzrok na schody. - Zobaczę moje księżniczki czy już śpią?
- Już śpią. Taką mam nadzieję - dodała ze śmiechem.
- Co za pech. - Położył sobie dłoń na piersi i udał, że mdleje z rozpaczy. - No cóż, w takim razie zadowolę się królową matką. Chodź i poznaj moją Benitę. - Wyciągnął do niej rękę.
Uśmiech Marianne był nieco sztuczny. W zamieszaniu minionego tygodnia zapomniała, że Martin Constantine Fledermann się żeni. Wydawało się to niemożliwe. Nawet fakt, że wyznaczono już datę (za dwa tygodnie od dziś!), nie zmieniał tego, iż zakrawało to na dowcip, który posunął się za daleko.
On jednak był autentycznie przejęty, gdy dotykał łokcia Marianne.
- Musisz się z nią zaprzyjaźnić - powiedział. - Nie zna tu nikogo. Mówiłem, że będziesz po jej stronie. A wiesz dobrze, że przyda jej się tutaj sprzymierzeniec. - Spojrzał na nią.
- Ale dlaczego? - zdziwiła się. - Przecież jesteś wśród przyjaciół.
- Ja tak - przyznał. - Ale ona nie.
Marianne zmarszczyła brwi, próbując pojąć jego pokrętną logikę, ale nie było czasu na dalsze pytania, bo nagle stanęła przed nią wybranka Conniego. Benita, zaskakująco ładna młoda kobieta o płaskiej nordyckiej twarzy, sugerującej łagodność. Jasne włosy zaplotła w warkocz i upięła w koronę, tak jak uwielbiali naziści; była jak wagnerowska Brunhilda w autentycznej chłopskiej sukience dirndl. Stała w towarzystwie dwóch młodych mężczyzn, którzy pracowali z Albrechtem w Ministerstwie Spraw Zagranicznych; obaj byli wyraźnie zachwyceni. Marianne poczuła nietypowy u niej przypływ zawiści. Przy czym nie zazdrościła młodszej kobiecie ani urody, ani wyczuwalnej zmysłowości (sama już dawno poznała drogę ku męskiej adoracji), ale w tej chwili, w towarzystwie tych trzech mężczyzn - dwóch głupiutkich, przejętych chłopców i bliskiego przyjaciela, dawnej miłości, gwiazdy opozycji - uroda Benity nie zostawiała dla niej miejsca. Trzydziestojednoletnia Marianne była jak dorosła wśród dzieci, jak nauczycielka wśród podekscytowanych uczniaków.
- Bardzo przepraszam, panowie. - Connie żartobliwie odepchnął jednego z nich. - Muszę ją odzyskać. - Dotknął ramienia Benity i poprowadził ją w stronę Marianne. - Najdroższa - odezwał się do Benity (jak dziwnie słyszeć to słowo z jego ust) - poznaj, proszę, moją... jak właściwie mam cię przedstawić? - Spojrzał na Marianne. - Moją najstarszą przyjaciółkę, mojego najsurowszego doradcę, osobę, dzięki której jestem do bólu uczciwy?
- Litości, Connie! - Marianne starała się opanować irytację. - Marianne - przedstawiła się i wyciągnęła rękę do młodziutkiej dziewczyny, na oko najwyżej dwudziestoletniej.
- Dziękuję za zaproszenie. - Dziewczyna mrugała jak sarna w światłach reflektorów. - Bardzo mi miło.
Zjawiali się kolejni goście, Marianne czuła, jak się zbliżają, chcąc uścisnąć jej rękę, wygłosić słowa powitania, podyskutować o polityce. Na przykład Greta von Viersdahl, która już w tej chwili szuka jej wzroku; odkąd Hitler dokonał aneksji, Greta nie mówiła o niczym innym, jak o zbiórce odzieży dla Niemców Sudeckich, którzy tak niespodziewanie "wrócili do ojczyzny" po "długim cierpieniu pod słowiańskim jarzmem"... Marianne nie chciała mieć nic wspólnego z poglądami politycznymi Grety. Spontanicznie wzięła Benitę pod rękę.
- Poznajmy się i zaprzyjaźnijmy - powiedziała, zerkając nad jej barkiem na Conniego, i przez tylne drzwi szybko wyprowadziła Benitę na dziedziniec pełen lampionów.
- Jak tu pięknie! - zawołała Benita.
- Prawda? Jak w bajce - zauważyła Marianne. - Hrabina von Lingenfels potrafi dokonać niemożliwego.
Benita skinęła głową. Rozglądała się wokół z szeroko otwartymi oczami.
- Opowiedz mi coś o sobie, zanim znowu otoczą nas wielbiciele - zagaiła Marianne. - Jak podróż? Czy w pokoju wszystko w porządku? - Zadawała wszystkie nieodzowne pytania, jednym uchem słuchając odpowiedzi dziewczyny.
Ze wszystkich stron czuła na sobie wzrok gości.
- Proszę mi przypomnieć, jak poznaliście się z Conniem? - Marianne wzięła z tacy przechodzącego kelnera dwa kieliszki szampana i podała jeden Benicie. Dziewczyna wzięła go bez słowa podziękowania.
- Właściwie poznaliśmy się na miejskim rynku - odparła. - Byłam tam z moim oddziałem BDM3 i...
- Dobry Boże! BDM?! To ile ty masz lat? - zawołała Marianne.
- Nie, właściwie nie z BDM, tylko z sekcją dla starszych, Glaube und Schönheit4. Mam dziewiętnaście lat.
- No proszę. - Marianne dotknęła jej ramienia. - Prawdziwa staruszka.
Dziewczyna zerknęła na nią.
- Czyż nie są przepiękne? - Marianne wskazała białe chryzantemy i ciemne jesienne anemony, starannie ułożone w wazonach przy balustradzie. Wysoko nad ich głowami jasne chmury sunęły po ciemnym niebie, w oddali na horyzoncie las odcinał się ciemną linią na tle zmierzchu. - A więc na rynku. I wtedy...
Benita upiła łyk szampana i zaniosła się kaszlem.
- Właściwie nie bardzo jest co opowiadać. Poznaliśmy się, zaczęliśmy rozmawiać, a potem zaprosił mnie na kolację.
Marianne odstawiła kieliszek na murek.
- A teraz szykujecie się do ślubu.
- Kiedy tak na to spojrzeć, rzeczywiście brzmi to... - Benita się zawahała. - Dziwnie.
Marianne się uśmiechnęła. I jednocześnie lekko przechyliła głowę na bok i zmarszczyła brwi. Nauczyła się tej badawczej miny od hrabiny i przekonała się, że sprawdza się ona doskonale, kiedy trzeba wyciągnąć wyznania i wyjaśnienia z dzieci i członków rodziny, w tym także dorosłych mężczyzn.
Najwyraźniej jednak nie działało to na młode dziewczyny. Przeciwnie, Benita wzięła się w garść. Wyprostowała się.
- No i było jeszcze co nieco po drodze.
- Oczywiście. - Marianne skinęła głową. Czemu w ogóle sięgnęła po tę taktykę przesłuchania? Przecież ta dziewczyna będzie żoną Conniego. Marianne nic z tego nie przyjdzie, jeśli rozpoczną znajomość od niechęci. - Bardzo przepraszam, nie chciałam być wścibska. Chodźmy. - Rozejrzała się po coraz bardziej zatłoczonym dziedzińcu, szukając pretekstu, i z ulgą dostrzegła Hermana Kempela, jednego z prostaków, który niewiele wcześniej znalazł się pod urokiem Benity. - Porozmawiajmy z twoim najnowszym wielbicielem.
W miarę upływu czasu atmosfera stawała się coraz bardziej radosna, nawet beztroska. Śmieszny człowieczek w skórzanych portkach i podkolanówkach przygrywał na akordeonie - to jeden z gości czy ktoś zatrudniony przez hrabinę? - i na kocich łbach dziedzińca zaczęły się ludowe tańce. Panie zdejmowały buty mimo wieczornego chłodu. A do zamku wreszcie dojechało amerykańskie trio jazzowe, które zaprosiła hrabina. Grali ragtime w wielkim holu, a co bardziej światowi i odważni goście demonstrowali tańce o zabawnych nazwach, takich jak big apple czy lindy hop. Szef kuchni jakimś cudem, mimo prowizorycznego pieca i braku bieżącej wody, wyczarowywał smakołyk za smakołykiem: tradycyjne klopsiki wieprzowe z delikatnym sosem pietruszkowym, pulchne pierożki gotowane na parze, smażone kiełbaski. A także nowinki kulinarne - szparagi owinięte w cienkie jak bibułka plastry szynki, galaretki, płonącego ananasa, grzanki z kawiorem... Jedzenie, tak jak muzyka, ilustrowało różnorodność niemieckiego życia kulturalnego.
Marianne unosiła się w obłoku - nie alkoholu (gospodyni wychyla najwyżej szklaneczkę ponczu - tego też nauczyła się od hrabiny), lecz ulgi. Udało jej się podtrzymać dekadencką tradycję przyjęcia dożynkowego, i to w kraju unoszącym się na fali wyrzeczeń i skromności. Wzniosła się także ponad swoje wychowanie (jej ojciec dostałby apopleksji, gdyby wiedział, że wydaje przyjęcie z szampanem, jazzem i amerykańskimi tańcami) i zapewniła swoim gościom beztroskę, wolność i zabawę.
Niesiona tą myślą witała nowo przybyłych, upewniała się, że nie brakuje alkoholu za barem i jedzenia na stołach.
- Hrabina młodsza! - zażartował dowcipny, wygadany kuzyn Conniego. Objął ją grubymi ramionami. - Cóż za przyjęcie! A gdzie szanowny małżonek? I jego wysoce uczeni przyjaciele? Od godziny nie widziałem żadnego z tych mądrali! Czyżby zaszyli się gdzieś na sekretnym zebraniu i zapomnieli o starym dobrym Jochenie?
- Nie, nie. - Marianne zbyła go cmoknięciem w policzek. Ale to było sensowne pytanie. Gdzie właściwie podział się Albrecht? I, skoro już o tym mowa, gdzie są Connie, Hans i Gerhardt Friedlander? Nie widziała ich od jakiegoś czasu. Albrecht pewnie zaciągnął ich do biblioteki, żeby spojrzeli krytycznie na jego list. Zdenerwowała ją ta myśl. Powaga Albrechta, jego zdolność koncentrowania się na świecie dalece wykraczającym poza to, co znajdowało się pod jego nosem, była jak wyrzut sumienia.
Oczywiście miał w tym wszystkim rację. Biedny Ernst vom Rath leży w szpitalnym łóżku, tysiące Żydów marzną na granicy, w Niemczech rządzi wygadany szaleniec, który za wszelką cenę chce wciągnąć inne kraje do wojny i zmienić w piekło życie niezliczonych rzesz zwykłych ludzi. A oni tutaj sączą szampana i tańczą do utworów Scotta Joplina.
Zdenerwowana wpadła do gabinetu Albrechta; i oczywiście, tu byli wszyscy jej zaginieni goście: Albrecht i Connie, Hans i Gerhardt, Torsten Frye i ten Amerykanin, Sam Beverwill, i jeszcze kilku innych, z których wielu, podobnie jak Connie, pracowało w Abwehrze, wywiadzie wojskowym.
- A cóż to? - zapytała, siląc się na lekkość. - Sekretne przyjęcie ponuraków? Hrabina będzie oburzona, gdy usłyszy, że zamiast tańczyć, ukrywacie się po gabinetach.
- Marianne... - zaczął jej mąż.
- Albrecht! - przerwała mu. - Niech panowie wyjdą na zewnątrz i... - W tej chwili dostrzegła nową twarz wśród gości: niskiego, ciemnowłosego mężczyznę z początkami łysiny i intensywnym spojrzeniem. W pomieszczeniu panowała dziwna atmosfera i choć zakłóciła spotkanie, na twarzach zebranych nadal malowały się skupienie i powaga.
- Przepraszam - zwróciła się do nowo przybyłego. - Chyba się nie znamy.
- Piotr Grabarek. - Wyciągnął rękę.
Polak. Albrecht i Connie utrzymywali żywe kontakty z polską endecją.
- Marianne von Lingenfels. Jestem żoną tego ponuraka, gospodarza przyjęcia.
- Marianne. - Albrecht wpadł jej w słowo po raz drugi. - Piotr przywiózł z Monachium niepokojące wieści. Dziś wieczorem...
- Vom Rath nie żyje? - Przeszył ją lodowaty dreszcz.
- Tak. - Albrecht skinął głową. - Ale to nie wszystko.
Marianne nagle poczuła się nieswojo, stojąc pośrodku małej grupki, w której wszyscy zdawali się oceniać jej reakcję. Nie przywykła do roli ignorantki.
- Wygląda na to, że Goebbels przykazał bojówkom SA wzniecić zamieszki i przeprowadzić ataki na żydowskie mienie. Ciskają kamieniami w okna wystawowe, plądrują, traktują to jak świetną zabawę...
- Jaką zabawę? To jest zorganizowany atak! - przerwał mężczyzna.
- ...niszcząc tym samym dorobek całego życia innych - dokończył Albrecht.
- To straszne! - zawołała Marianne. - Lutze na to pozwolił? Co to oznacza? - Niedawno poznała Viktora Lutzego, szefa sztabu SA, i od razu zapałała do niego niechęcią.
- Na to wygląda - mruknął Albrecht.
Wymiana spojrzeń, niespokojne ruchy.
- To obłęd, mieliśmy rację, obawiając się, że Hitler to szaleniec! - krzyknął Hans, ale nikt nie zwracał na niego uwagi. To taki słodki, głupiutki chłopaczek. Connie powiedział kiedyś, że ludzie dzielą się na myślicieli i tych, którzy wolą działać (według niego Hans należał do tej drugiej kategorii). Albrecht jednak sprzeciwił się takiemu podziałowi, tej biało-czarnej dychotomii, tak niesprawiedliwej i kategoryzującej. Działanie powinno być poprzedzone myśleniem, a myślenie powinno zawierać także analizę skutków działania. Ale to nie w stylu Conniego. Było w nim zdecydowanie więcej z człowieka czynu; co do jego poglądów, były co prawda wyważone i opierały się na konkretnej wiedzy, ale rzadko kiedy je analizował i zawsze kategorycznie formułował.
- To hańba Niemiec w oczach świata - powiedział Albrecht.
Zebrani twierdząco skinęli głowami.
- I cierpienie - dodał Connie. - Cierpienie wielu, wielu osób...
Zapadła cisza. Przez okna docierały śmiechy i dźwięki akordeonu.
- A to oznacza, że zdrowo myślący obywatele muszą działać - ciągnął Connie. - Nie wszyscy jesteśmy łotrami, ale jeśli nie spróbujemy tego powstrzymać, tak właśnie skończymy.
Odważne stwierdzenie, niemalże wyzwanie. Marianne obserwowała różne reakcje zebranych. Zafascynowany Hans energicznie kiwał głową; Eberhardt von Strallen ostentacyjnie strzepnął pyłek z klapy marynarki, zdegustowany tak radykalną postawą; Albrecht w zadumie zmarszczył brwi.
- To nasz obowiązek - powiedział Connie. - Jeśli nie zaczniemy czynnie sprzeciwiać się Hitlerowi, będzie jeszcze gorzej. Ten fanatyk, który uważa się za naszego wodza, zniszczy wszystko, co udało nam się osiągnąć jako zjednoczonemu narodowi. Jeśli nie zaczniemy gromadzić wokół siebie podobnie myślących obywateli, jeśli nie zaczniemy mobilizować naszych zagranicznych kontaktów: Anglików, Amerykanów, Francuzów, ten szaleniec doprowadzi do wojny, to pewne. Posłuchajcie uważnie tego, co mówi, czytajcie dokładnie, co napisał, bo wszystko jest czarno na białym w jego strasznej książce, Mein Kampf; on chce nas wszystkich zmienić w zwierzęta! Przeczytajcie to, przeczytajcie to dokładnie, rozpoznajcie wroga, a zobaczycie, że jego wizja jest iście średniowieczna! Gorzej niż średniowieczna, anarchistyczna! Ten człowiek twierdzi, że życie to zaledwie walka o zasoby, walka, jak to określa, rasy panów. A podziały rasowe, które sformułował... wszystko po to, żeby nas poróżnić, żeby dzielić i rządzić.
Marianne znała poglądy Conniego - ileż razy dyskutowali o tym przy kominku w Weisslau? Hitler to szaleniec i drań, co do tego byli zgodni. To było oczywiste od początku. Connie, podobnie jak Albrecht, od kilku lat spędzał większość czasu, wspierając ofiary narodowego socjalizmu - Żydów chcących wyemigrować z Niemiec, uwięzionych komunistów, artystów, których dzieła trafiły na czarną listę. Albrecht zawsze powtarzał, że bez zasad ludzie w niczym nie są lepsi od małp. Jego praca polegała w równym stopniu na walce o utrzymanie i umocnienie prawa w praktyce, jak i na wygrywaniu kolejnych bitew.
Ale Connie porzucił prawo, stopniowo kastrowane pod rządami nazistów. Był urodzonym opozycjonistą, zawsze wierzył w bezpośrednie działanie. To jedna z rzeczy, które Marianne najbardziej kochała w tym towarzyszu swych dziecięcych zabaw, najdroższym przyjacielu, mężczyźnie, którego podziwiała najbardziej - poza Albrechtem, ma się rozumieć. Zawsze był działaczem, zawsze z pasją walczył o to, co uważał za słuszne. Jako dzieci spędzali razem letnie miesiące nad Bałtykiem i Connie zawsze wymyślał krucjaty przeciwko niesprawiedliwości, snuł plany zemsty na hotelowym dozorcy, który znęcał się nad psami, szukał sprawiedliwości po niesłusznej rodzicielskiej karze. I zazwyczaj odnosił sukces, dzięki sile charakteru i zaangażowaniu.
- Musimy się zastanowić, jak się mu sprzeciwić - kontynuował Connie. - Nie tylko po to, żeby otworzyć oczy światu na jego mroczne zamiary, ale przede wszystkim dlatego, żebyśmy sami zaczęli coś robić. Jeśli ograniczymy się do oceniania sytuacji z naszych bezpiecznych gabinetów, sami sobie będziemy winni. Proponuję więc od dnia dzisiejszego czynny opór, żeby uchronić nasz kraj od destrukcyjnego kursu, na który pcha nas Hitler.
Connie skończył. Zabrakło mu tchu, na czole perliły się krople potu.
Wśród zebranych rozległy się pomruki aprobaty, wielu mężczyzn kiwało głowami.
- Zgadzam się co do zasady - odezwał się powoli Albrecht, uciszając entuzjastyczne głosy. - Ale aktywny sprzeciw wobec rządu, tego rządu, to niebezpieczne przedsięwzięcie. Musimy mieć na uwadze nasze żony i rodziny. Nie mówię, że mamy niczego nie robić, tylko że powinniśmy na spokojnie rozważyć...
- Żony i rodziny będą was wspierać - wtrąciła Marianne, czym zaskoczyła i siebie, i wszystkich zebranych. Jej słowa zabrzmiały jak wyrzut. Albrecht zawsze był taki wyważony, powolny i rozważny. Żółw, w przeciwieństwie do ogiera Conniego.
- Wszystkie? - zapytał sucho von Strallen. Był szowinistą, który niczego nie mówił swojej głupiutkiej żonie Missy i nigdzie jej ze sobą nie zabierał. Zawsze traktował biedaczkę jak głupią, tłustą krowę.
- Wszystkie - odparła Marianne.
- I poniosą ryzyko? - zapytał Albrecht cicho.
- I poniosą ryzyko - powtórzyła Marianne.
- No dobrze. - Connie skierował na nią przenikliwy wzrok. - W takim razie twoim zadaniem jest dopilnować, żeby nic się im nie stało. Mianuję cię dowódcą kobiet i dzieci.
Marianne spojrzała mu w oczy. Dowódca kobiet i dzieci. Wiedziała, że nie chciał jej lekceważyć, a jednak zabolało jak cios w policzek.
Zebranie - o ile tym właśnie było to spotkanie - dobiegło końca. Marianne wracała na przyjęcie w poczuciu odrealnienia. Rozmowy zaczynały się i kończyły, jazzowe trio przygrywało tańczącym, ktoś na schodach recytował Cycerona po łacinie.
A na zewnątrz, poza murami zamku, działy się straszne rzeczy. Marianne widziała oczami wyobraźni brunatne koszule zwolenników Hitlera, jak zalewają ulice krzykiem i przemocą. Minionego lata w Monachium obserwowała ich defiladę. Dwóch mężczyzn oderwało się od kolumny i biegło w jej stronę. Przez chwilę zamarła, przerażona, że ją zaatakują, ale za co? Jednak nie, powalili na ziemię stojącego obok niej studenta, kopali go, aż zwinął się w kłębek. Kopali dalej, pastwili się nad jego plecami nogami w błyszczących czarnych butach. Wszystko działo się tak szybko, że tylko stała oniemiała.
- Dlaczego? Co on takiego zrobił? - zapytała jakiegoś mężczyznę, gdy działacze SA odeszli.
- Nie podniósł ręki w hitlerowskim pozdrowieniu - wyjaśnił nieznajomy szeptem, kiedy razem pomagali biednemu studentowi stanąć na nogi.
Jeszcze wiele dni później miała w pamięci twarze biegnących ku niej bojówkarzy: zwyczajne twarze mężczyzn w średnim wieku, ogłupione przemocą.
- O co chodzi? Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha. - Głos Mimi Armacher wyrwał ją ze wspomnień. Mimi to przesympatyczna daleka kuzynka Albrechta. Marianne zawsze ją lubiła.
- Dowiedziałam się właśnie... - Marianne urwała. Jak to określić? To zachowanie było z innych, niecywilizowanych czasów, a na opisanie czegoś takiego brakowało jej słów. - Dotarły wieści z Monachium, że bojówki SA atakują ludzi, niszczą żydowskie mienie...
- Wieści? - powtórzyła Mimi, jakby nie pojmowała, o co chodzi.
- Od znajomego Conniego, który dopiero co przybył - wyjaśniła.
- To straszne. - Mimi spochmurniała. - We wszystkich miastach?
Dookoła nich gromadzili się inni. Marianne widziała kątem oka stojących na skraju grupki Bernę i Gottlieba Brucknerów, a także Alfreda Klausnera, przyjaciół, niemieckich Żydów, których sytuacja w kraju komplikowała się coraz bardziej. Wielopokoleniowa asymilacja traciła znaczenie, jakby niczym nie różnili się od imigrantów ze Wschodu, których Hitler obsesyjnie chciał deportować. Już nikt nie był bezpieczny.
- Tak zrozumiałam. - Nagle ogarnęło ją zmęczenie.
- Niszczą mienie? - dopytywał ktoś. - Tak po prostu?
- Żydowskie mienie - poprawiła Mimi z przerażającym chłodem. - Tylko żydowskie mienie. - Spojrzała na Marianne. - Czyż nie to właśnie powiedziałaś?
Marianne patrzyła na nią.
- Nie wiem. - Wstała. - Czy to ważne? Nasze władze dają łobuzom przyzwolenie na działanie.
- To początek końca - orzekła hrabina dramatycznie, kiedy usłyszała o rozbojach, które miały przejść do historii jako Kristallnacht5. - Ten Austriak doprowadzi ten kraj do ruiny. - Z tymi słowami poszła spać.
Marianne zazdrościła jej tej swobody. Ona musiała zostać na przyjęciu do samego gorzkiego końca.
Kiedy wieści się rozeszły, goście piastujący stanowiska rządowe i właściciele sporych majątków w okolicznych miastach żegnali się pospiesznie i wyjeżdżali; gnali w dół wzgórza, pokonując zakręty z pijacką brawurą, trąbiąc i błyskając światłami. W ślad za nimi ruszyli, już spokojnie, nieliczni goście żydowskiego pochodzenia. Grupa żądnych wrażeń idiotów wybrała się do pobliskiego miasteczka Ehrenheim, żeby się przekonać, czy zamieszki dotarły i tutaj.
Koło fontanny szampana Gerhardt Friedlander wdał się w dyskusję z jednym ze Stollmeyerów, pijanych, czerwonych na twarzach bliźniaków, oddanych nazistów. Pozostali goście otaczali ich niespokojnym kołem.
- Światowe żydostwo nie zadowoli się morderstwem vom Ratha! - perorował jeden ze Stollmeyerów. - Musimy działać i...
- Nie przesadzaj - żachnął się Gerhardt. - Vom Ratha zastrzelił zdesperowany siedemnastolatek, a nie członek wielkiego spisku.
- Zdesperowany siedemnastolatek, Żyd i bolszewik - uściślił Stollmeyer. - Który chciał zniszczyć dumę i jedność niemieckiego Volk...
Marianne nie mogła dłużej tego słuchać. Absurdalny bełkot nazistów był wszędzie, trafiał też do prostaków pokroju Stollmeyerów. Jakim cudem ci dwaj w ogóle znaleźli się na liście gości? Dobrze, że Gerhardt umiał ich zgasić.
W sali balowej umilkł jazz (Czy trio wyjechało już do Berlina? Czy im zapłacono?), za to jakiś głupek usiłował nastawić na gramofonie płytę z nazistowską muzyką marszową, wskutek czego posypał się na niego deszcz kotlecików, które chwilę wcześniej wydał szef kuchni. Gapie, którzy spragnieni sensacji pojechali do Ehrenheim, wrócili już i z zawodem w głosach opowiadali, że nie, nic się nie dzieje. A czego się spodziewali? Miasteczko jest na wskroś, do bólu bawarsko-katolickie. Nie mieszkają tam żadni Żydzi.
Szef kuchni nie przejmował się ani wiadomościami, ani wyjazdem części gości i serwował kolejne smakołyki: pieczeń wieprzową, szarlotkę i ciasto Frankfurter Kranz. Barman zaś nadal szykował koktajle.
Marianne najchętniej wyprosiłaby pozostałych gości - byli tacy samolubni i niepoważni. Ale tymczasem przyjęcie powoli dogorywało.
Około północy pozwoliła sobie na chwilę samotności w pustym pomieszczeniu, w którym zgromadzono dowody dawnej łowieckiej chwały rodu von Lingenfels: blade, delikatne czaszki jeleni powieszone na ścianach i wypchane zwierzęta - dziki, niedźwiedzie, nawet wilki. Okrutny wystrój, ale trudno. Odpocznie tu tylko pięć minut, bo jeśli zostanie dłużej, nie wróci na przyjęcie. Usiadła, rozluźniła się i nagle poczuła się staro, jak matka małych dzieci w nagle zdziczałej krainie.
- Aha! - rozległ się głos za jej plecami.
Zanim zdołała zareagować, poczuła dłonie na barkach: Connie. Myślała, że zniknął już dawno temu - albo wyjechał do Berlina, naprawiać, co się da, albo porwał narzeczoną do łóżka. Tymczasem nadal tu był. Uspokoił ją jego upór.
- Mam cię! - skarcił ją.
- Och, Connie. - Odwróciła się. - Mam ich wszystkich wygonić do domów? Dziwne uczucie, że my tutaj bawimy się na przyjęciu, a tam, na zewnątrz, Bóg jeden wie...
- Niech zostaną. - Connie opadł na krzesło naprzeciwko niej. - Większość i tak wypiła za dużo, żeby jechać.
- Chyba tak. - Marianne westchnęła. - Co się tam dzieje?
- Cóż... - Connie rozsiadł się wygodnie. - Greta von Viersdahl udaje gęś na parkiecie, stary Herr Frickle znalazł sobie nową kokotę, która mości mu się na kolanach, a ktoś, kogo nie znam, wymiotuje do fosy.
- Ojej. - Marianne się uśmiechnęła.
Na ilu przyjęciach byli razem? Zbyt wiele ich było, począwszy od ich dzieciństwa, by dało się je zliczyć. Connie zawsze był fascynującym sprawozdawcą, uważnym obserwatorem zwierząt z gatunku ludzkiego. To właśnie leżało u podstaw ich przyjaźni - z jednej strony trafność jego obserwacji, z drugiej - jej przekonanie o ich słuszności, bo sama nie miała takiego daru.
- A Benita? - Nie mogła się powstrzymać. - Już śpi?
- To dobra dziewczyna. - Connie wyciągnął nogi przed siebie. W blasku padającym z kominka jego buty zdawały się komicznie długie. Na pięknej twarzy malowało się zmęczenie. Miał cienie pod oczami.
- W związku z tym zasypia szybciej czy wolniej?
Connie wzruszył ramionami.
- Była bardzo zmęczona.
Marianne wyprostowała się na krześle i badawczo spojrzała na przyjaciela.
- A co ona sądzi? O zamieszkach i rozbojach, o tym, co się dzieje na świecie?
Connie odchylił głowę przez oparcie krzesła, żeby na nią spojrzeć. Nawet wyczerpany był zabójczo przystojny: subtelne, regularne rysy, dzięki którym w dzieciństwie był ślicznym chłopcem, z wiekiem nie straciły nic ze swej delikatności. Zamiast tego wyostrzyły się, wyszlachetniały i zachwycały idealną symetrią.
- Benita nie przypadła ci do gustu - stwierdził. - Wiedziałem, że tak będzie.
- Jesteś niesprawiedliwy, Connie, niby dlaczego miałaby...?
- Znam cię - uciął.
- O co ci chodzi? Czyż nie jestem otwarta? Nie akceptuję miłości mojego przyjaciela?
Connie zmrużył oczy.
- Otwarta? Owszem. Ale nie akceptujesz. Oceniasz.
Marianne zmarszczyła brwi.
- Cóż, jest bardzo młoda.
Connie się roześmiał.
- Czy będzie dla ciebie partnerką? We wszystkim, co robisz? - zapytała Marianne.
Connie wyprostował się gwałtownie i przez chwilę Marianne obawiała się, że posunęła się za daleko. Jednak nie wstał i nie wyszedł obrażony. Odwrócił się z krzesłem w jej stronę, oparł łokcie na kolanach.
- Nie tak jak ty i Albrecht, nie - przyznał. - Ale są inne rodzaje partnerstwa. I naprawdę ją kocham.
Zaskoczyła ją intensywność tego wyznania. Czyżby w jego słowach kryła się zawoalowana krytyka jej małżeństwa?
- Musisz mi coś obiecać - powiedział.
- Co takiego? - Marianne zmarszczyła brwi.
Pochylił się i wziął ją za rękę. Jego dotyk sprawił, że Marianne przeszył dreszcz.
- Jeśli coś pójdzie nie tak, a to niewykluczone, musisz jej pomóc. To prosta dziewczyna, nie zasługuje na to, w co mogę ją wciągnąć. - Przez moment wydawał się nietypowo onieśmielony, chłopięcy. - I musisz jej pomóc w wychowywaniu mojego dziecka.
- Twojego...? - zaczęła zaskoczona. - Czy ona jest...?
Connie potwierdził ruchem głowy.
- Obiecasz mi to?
- Oczywiście, Connie, przecież wiesz, ale...
- Dajesz słowo?
Marianne przyglądała mu się uważnie. Nigdy nie widziała takiej powagi na jego twarzy i nagle ogarnęło ją złe przeczucie.
- Daję ci słowo - odparła miękko i w tym samym momencie poczuła ciężar tej obietnicy.
I wtedy, w chwili, którą Marianne będzie odtwarzała w myślach raz za razem, nie tylko tego wieczora, ale i później, po latach, gdy nie będzie już Conniego, Albrechta i Niemiec, gdy połowa gości tego przyjęcia zginie, będzie umierała ze wstydu albo coś pomiędzy, Connie pochylił się i z tą samą intensywnością, z jaką wymusił na niej obietnicę, pocałował ją. Ten pocałunek omijał wszelkie pułapki romansu i flirtu, ba! pokonywał (choć ta kwestia będzie irytująco gryźć ją do końca życia) nawet pożądanie i odsłaniał morze miłości i wiedzy. Oto dwoje ludzi, którzy się rozumieją. Oto dwoje ludzi połączonych czymś większym niż oni sami.
Kto odsunął się pierwszy? Przypominając sobie tę chwilę, nigdy nie była tego pewna. I jak długo to właściwie trwało? Minuty? Sekundy? Wszystko było przeraźliwie jasne i zarazem jakby zamglone. Jeszcze wiele dni później czuła na policzku to miejsce, w którym Connie dłonią odgarnął jej włosy. Drżała na samo wspomnienie, było jej zarazem gorąco i zimno.
- Connie - szepnęła, kiedy się rozdzielili.
Pochylił się, uniósł jej dłoń do ust. Zanim jednak zdążyła się zastanowić, co powiedzieć, o co zapytać, wstał i po chwili już go nie było.
ZAMEK LINGENFELS, czerwiec 1945
Przez całą drogę ze stacji kolejowej do zamku Lingenfels Benita leżała na stęchłym sianie, którym wymoszczony był wóz, pogrążona w marazmie. Nie obchodziło jej już, jak wygląda, czy jak kobieta lekkich obyczajów, czy jak włóczęga; leżała rozwalona na wozie, podróżując z godnością worka kartofli. Była chora. Burczało jej w brzuchu, bolały ją oczodoły. To pewnie przez tę kiełbasę, którą przywiozła Marianne - pachnące, soczyste mięso, jakiego Benita nie miała w ustach od lat. Teraz na samą myśl o tej wędlinie zbierało się jej na mdłości.
Podróż z Berlina trwała trzy dni, podczas których jedną noc spędziła w poczekalni dworcowej, w której znaleźli się chyba wszyscy ranni żołnierze, wszystkie ofiary gwałtu i zapłakane matki z terenów na zachód od Odry. Benita miała po dziurki w nosie cierpiących ludzi. Berlin był wystarczająco straszny, pełen brutalnych Rosjan, na wpół zagłodzonych dziewic kryjących się w piwnicach, niezliczonych trupów, z których wiele ciągle leżało pod gruzami, i cuchnących, zatłoczonych obozów dla uchodźców urządzanych w dawnych schronach.
Droga na zachód okazała się jeszcze gorsza: był to niekończący się pochód cierpienia i ludzkich odpadów. Jakby cała wielka Europa wzruszyła ramionami i wprawiła wszystko w ruch. Benita nie miała złudzeń. Była zwierzęciem, takim samym jak inni, równie zobojętniała na ich ból i rozpacz, jak oni na jej nieszczęście.
Wóz podskakiwał na wyboistej polnej drodze, chmury na niebie zdawały się kołysać w tym samym rytmie, okrągłe, przyjazne, niewinne jak zawsze. Od wielu tygodni nie widziała nic równie dobrego. Co chwila zapadała w płytki sen. W Berlinie sen był rzadkością. Jeśli do jej zbombardowanego mieszkania nie dobijał się akurat sowiecki kapitan, to zjawiał się jakiś inny drań, który nie pojmował, że Benita jest własnością kapitana. Tak obecnie funkcjonowało to, co kiedyś było kamienicą przy Meerstein Strasse 27. Później, rano, gdy sowieccy żołnierze grali w karty przy kuchennym stole, Frau Schiller, stara, przerażona idiotka, tłukła głośno garnkami, gotując śniadanie z nielegalnych produktów, które znosili żołdacy. Od upadku Berlina Benita nie przespała ani jednej całej nocy; może to i dobrze, bo wtedy musiałaby śnić, a w snach powracały wszystkie koszmary minionego roku.
Wóz się zatrzymał. Benita obudziła się gwałtownie. Przybyli do zamku Lingenfels. Usiadła z trudem, miała mroczki przed oczami. Po chwili, gdy ustąpiły, jej oczom ukazał się zamek - taki sam i jednocześnie zupełnie inny niż w jej wspomnieniach. Kamienne mury, głęboko osadzone małe okienka ze szła ołowiowego, potężne, onieśmielające dębowe wrota. Bryła budynku pozostała nienaruszona - cóż dla takiego zamczyska znaczyła kolejna wojna? Ale po aurze wielkości, która przytłoczyła ją, gdy zobaczyła zamek po raz pierwszy na przyjęciu hrabiny, nie było śladu. Nic nie zostało ze świec, lampionów, muzyki, pięknych sukien, samochodów zaparkowanych byle jak na zboczach wzgórza...
Aż trudno uwierzyć, że od owego wieczoru minęło tylko siedem lat. Tamte wspomnienia należały do innego życia. Wszyscy ci wspaniali arystokraci, artyści i intelektualiści umarli, ponieśli klęskę albo byli przytłoczeni brzemieniem niezmywalnej winy. I znajdowali się w równie opłakanej sytuacji jak ona.
- Pamiętasz? - zapytała Marianne, zdejmując z wozu Martina, słodkiego Martina, synka Benity, miłość jej życia, dziecko, którego nie spodziewała się nigdy więcej zobaczyć.
Skinęła głową i usiłowała wygramolić się z wozu.
- Poczekaj, pomogę ci - zaproponowała Marianne.
Benita znalazła w sobie dość sił, by zejść na ziemię samodzielnie. Pójdzie razem z synkiem. Ale Martin już ją wyprzedził, biegł za Fritzem, ośmiolatkiem Marianne.
- Zdrowe dziecko. Cud boży - stwierdziła Marianne i wzięła ją pod rękę.
I choć od ich ostatniego spotkania minęły lata, choć nigdy tak naprawdę nie poznała Marianne, choć, jeśli już miałaby być szczera, pewność siebie i ostry język tej starszej od niej kobiety działały jej na nerwy, pozwoliła jej się poprowadzić.
Kiedy następnego ranka uniosła powieki, wstawało słońce, niebo różowiło się za czarnym zarysem kasztanowca, stajni i kruka na dachu. Przypomniały jej się wycinanki, które uwielbiała jako mała dziewczynka - proste, dwuwymiarowe sylwetki bawiących się dzieci, tańczących dziewcząt, kościelnych wież górujących nad wioskami. Zawsze przystawała przy stoisku artysty na sobotnim targu i podziwiała biało-czarne wizje prostego, sielskiego życia.
Przewróciła się na bok i rozejrzała dookoła. Dawniej w tym pomieszczeniu znajdowała się spiżarnia - teraz wzdłuż ścian ciągnęły się puste półki, w kącie stała zapomniana maselnica. Powietrze wypełniał zapach wilgotnych murów i, nieco słabszy, aromat octu i świątecznych przypraw. Stare wonie, zaklęte w ścianach.
Martin leżał obok niej na cienkim materacu, zwinięty w kłębek. Jego jasne włosy rozsypały się na poduszce jak wachlarz. We śnie wydawał się jeszcze bardziej bezbronny. Taki ładny z niego chłopiec, naprawdę śliczny. Jeszcze ładniejszy niż Connie. Patrząc na niego, leżącego tak blisko, pod kocem (mieli dla siebie aż dwa koce i dwa materace!), Benita nagle zapragnęła przyciągnąć go do siebie, wtulić twarz w jego mięciutką szyję, wdychać zapach chłopca, dzieciństwa i snu. Chciała wchłonąć go w siebie, tę najlepszą, najbardziej idealną cząstkę jej samej. Chciała stać się nim i tym samym znowu stać się sobą - Benitą Gruber, niewinną dziewiętnastolatką, dziewczyną z wycinanek.
Nie budziła go jednak. Jego oddech poruszał wystrzępione nitki koca. Wzdrygnął się pod jej spojrzeniem. O czym śnił? O huku wybuchających bomb, warkocie samolotów nad Berlinem? O zwłokach, po których chodzili wśród gruzów? Czy Bóg jeden wie o jakim wspomnieniu z "domu dziecka", do którego wysłało go Gestapo po aresztowaniu Benity? Nigdy tam nie była. To Marianne jakimś cudem odnalazła Martina, podczas gdy Benita uznała, że jej syn nie żyje. Marianne stwierdziła, że był to typowy nazistowski ośrodek - mnóstwo musztry, mało nauki. Jak to Marianne, koncentrowała się na ideologii, nie na życiu codziennym. Czy miał tam dość jedzenia? Czy opiekunowie dobrze się nim zajmowali? Czy miał czas na zabawę? Te pytania pozostały bez odpowiedzi. Ale to Marianne znalazła Martina i oddała go Benicie, i za to Benita będzie jej dozgonnie wdzięczna.
Chyba znowu zasnęła, bo kiedy ponownie otworzyła oczy, pokój był pusty. Usiadła gwałtownie. Gdzie Martin? Krew uderzyła jej do głowy, ale natychmiast wzięła się w garść. Na pewno nic mu nie jest. Wojna się skończyła. Nie są już w Berlinie, tylko w zamku Lingenfels, w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Tu są bezpieczni. Tu jest z nimi Marianne.
Ale już raz go jej odebrano. Nie przeżyje tego ponownie.
Benita naciągnęła spódnicę na koszulę nocną i wybiegła na ciemny korytarz. Zdyszana wpadła do kuchni. Pusta. Ani śladu Martina. Po chwili jej uwagę przyciągnął ruch za oknem. Dwaj mali chłopcy - Fritz, syn Marianne, i Martin - grzebali patykami w kałuży. Kamień spadł jej z serca.
- Dzięki ci, dobry Boże, za to, że czuwasz nad moim synem... - Modlitwa pojawiła się na jej ustach odruchowo, jak echo jej katolickiego wychowania. Słowa religii młodości powróciły w więzieniu, okazały się podporą w niezmierzonym morzu milczenia. Gdyby nie to, oszalałaby, była tego pewna. Nie wierzyła, a jednak właśnie modlitwy ją uratowały - nie Bóg, lecz słowa.
Zdawała sobie sprawę, jak wielkie miała szczęście, że po tym, jak Conniego stracono za udział w spisku, trafiła do więzienia, a nie do obozu koncentracyjnego. Oto co jej przyniosły marzenia o arystokracji i małżeństwie z kimś wysoko urodzonym; jako żona zdrajcy ze znanego pruskiego rodu wylądowała w pojedynczej celi, a nie na szubienicy. Dostrzegała ponury komizm tej sytuacji, choć jeszcze nie potrafiła się z tego śmiać. Ale apatia, która wtedy ją ogarnęła, nie ustępowała. Zbyt wiele godzin spędziła wpatrzona w sufit, w swoje dłonie, w róg celi, z którego obłaziła farba. Teraz usiłowała się z tego otrząsnąć, ale robiła to tylko ze względu na Martina.
Benita pilnowała chłopców, a Marianne szalała w kuchni, wciągnęła do środka wózek pełen marchwi i kapusty; były na nim nawet maliny, których Benita nie widziała od lat.
- Niech Bóg błogosławi Herr Kellermanna, że cały czas dbał o ogród! - krzyknęła. - Zeszłej wiosny mało kto siał marchew i sadził ziemniaki, a już na pewno nie na cudzej ziemi. - Miała rumieńce na policzkach, włosy kręciły się wokół jej twarzy niesforną aureolą. - Benita, skarbie! Jak się spało? Zjedz owsiankę! - Wskazała garnek na piecu.
- Dziękuję.
Marianne już wyjmowała z kredensu talerz z pięknej, biało-niebieskiej miśnieńskiej porcelany.
- Nie jest smaczna, ale da się zjeść. - Nałożyła porcję na talerz i postawiła go na stole. - Siadaj. Masz jeść i odpoczywać.
Więc Benita usiadła.
Obserwowała, jak Marianne wypakowuje zawartość wózka, szybko, energicznie, jak burza. Wojna zmieniła ją w mniejszym stopniu niż innych. Dla Benity nadal była niezgłębioną tajemnicą - z jednej strony potrafiła wytropić Martina ukrytego gdzieś w nazistowskim sierocińcu, z drugiej - nie umiała zapanować nad własnymi włosami. Zaraz po ślubie z Conniem Benitę fascynowały te sprzeczności w jej charakterze. Marianne uwielbiała przyjmować gości, ale w ogóle nie przejmowała się jedzeniem ani tym, jak wygląda. Harowała jak niewolnica, szykując fantastyczne przyjęcie, a potem wychodziła do gości w sukni z zeszłorocznej kolekcji. Zapraszała najbardziej dystyngowanych pracowników Ministerstwa Spraw Zagranicznych i wywiadu i serwowała im domowy gulasz z dzika i pieczeń swojej kucharki. Była chaotyczną, niekonsekwentną matką swoich dzieci i zorganizowaną, efektywną zwierzchniczką dorosłych.
Nie była pięknością, miała silne, niemal męskie rysy i wysokie kości policzkowe (Benita nazwała ją kiedyś "sokolą twarzą", za co spotkała ją reprymenda z ust Conniego). Niemniej była fascynująca, a chwilami na jej twarzy zjawiała się uderzająca symetria. Takiego oblicza nie sposób zapomnieć.
Na przyjęciach i rautach, które Marianne i Albrecht wydawali na początku wojny, Benita obserwowała, jak przystojni baronowie, hrabiowie i inni młodzieńcy z najlepszych niemieckich arystokratycznych rodów chłonęli każde jej słowo. Uprawiali żartobliwą żonglerkę słowną, od której Benicie kręciło się w głowie. Mówią na poważnie czy żartują? Kpią z niej czy z siebie nawzajem? W kontaktach z przyjaciółmi Conniego język stawał się dla Benity przeszkodą, a nie źródłem porozumienia, ale w przypadku Marianne zawsze był środkiem prowadzącym do celu, który sobie obrała.
- A ty jeszcze w bieliźnie nocnej?! - zawołała Marianne, podnosząc głowę znad wypakowywanych warzyw. - Widziałaś ubranie, które ci zostawiłam w sypialni?
Benita poczuła, że się czerwieni. Zerwała się z posłania w pośpiechu i zapomniała się ubrać.
- Ja... przepraszam, ja...
- Przepraszam! Phi! Nie ma za co przepraszać. To po prostu do ciebie niepodobne. Ale oczywiście w dzisiejszych czasach nikt nie zachowuje się jak dawniej, prawda? - Marianne chwyciła wózek za rączki i wyprowadziła go z kuchni. - Najważniejsze, że masz wszystko, czego ci trzeba.
W tej chwili w progu stanęły córeczki Marianne. Taszczyły we dwie wiadro.
- Idealnie! - zawołała Marianne. - Mamy dla ciebie mleko, ciociu Benito!
Benita sama nie wiedziała, co dziwiło ją bardziej - fakt, że miały mleko, czy to, że nazwano ją ciotką. Jakimś cudem prosta Benita Gruber, ostatnia z rodziny westfalskich rolników, stała się ciotką dla dziewczynek z rodu von Lingenfels.
- Przywitajcie się, dziewczynki, i przedstawcie - poleciła Marianne.
Dziewczynki podeszły bliżej - ciemnowłose, wysokie, na oko jedna dziesięcio-, a druga dwunastoletnia. Katarina i Elisabeth. Benita przypomniała sobie dwie małe główki zerkające ciekawie na gości przez słupki balustrady podczas przyjęcia hrabiny. Wtedy bardzo chciała mieć córeczkę, taką jak one słodką dziewuszkę, którą wystroiłaby do chrztu w kaskadę białych koronek i ubierałaby w dirndl. Teraz to wydawało się takie odległe i naiwne. Niewinne marzenia. Kto chciałby sprowadzać dziewczynkę na ten świat? Dzięki Bogu Martin jest chłopcem.
- Proszę. - Katarina, młodsza, zanurzyła kubek w wiadrze, nabrała mleka, podała Benicie. - Pyszne. - Była słodko nieśmiała, miała długie, gęste rzęsy i niezdarne ruchy źrebięcia.
- Gdzie Martin? - zapytała starsza, Elisabeth. Była szorstka w obyciu i bardziej bezpośrednia od siostry.
- Na dworze... Nie widziałaś go? - Benita poderwała się na równe nogi, żeby wyjrzeć na zewnątrz. Przy kałuży nikogo nie było. - Bawił się z Fritzem... - Rzuciła się do drzwi, ale Marianne ją zatrzymała.
- Daj mu spokój - powiedziała. - Niech chłopiec ma trochę swobody, to mu dobrze zrobi. - Na widok miny Benity odrobinę złagodniała. - Benita, tutaj jest bezpiecznie. Naprawdę bezpiecznie.
W sypialni Benita włożyła sfatygowany stanik i halkę, tak znoszone, że szwy trzymały się cudem. Krople krwi na halce wyblakły, teraz były to już tylko niewinne brązowe plamki. Podeszła do miski, przy której stał dzban wody. Ochlapała nią twarz, zaczesała do tyłu marne, cienkie włosy, związała je w kok u nasady karku.
Rozległo się głośne pukanie do drzwi.
- Przyniosłam ci buty! - zawołała Marianne. - Przymierz, czy pasują.
Do tej pory Benita nosiła schodzone pantofle, zabrane ze zbombardowanego mieszkania, do którego wybrała się na szaber w grupie sąsiadek. Nikt się nie zastanawiał, co się stało z dawnymi lokatorami - czy zginęli pod gruzami, zdążyli uciec na wieś czy może wywieziono ich do obozu koncentracyjnego. Buty, od początku kiepskiej jakości, teraz niemal spadały jej z nóg.
Odczekała, aż kroki Marianne ucichły, i dopiero wtedy sięgnęła po nowe buty. Nigdy w życiu nie widziała czegoś równie eleganckiego: ciemnozielone, prawie nienoszone, z eleganckimi obcasami. Z miękkiej, delikatnej skóry, w porównaniu z którą jej palce wydawały się karykaturalnie spierzchnięte. Zbyt eleganckie dla kobiety o takich dłoniach. Kiedyś marzyła, że włoży takie buty. Co za ironia losu, że ten dzień nadszedł właśnie dzisiaj. Uważaj, o czym marzysz - zdawały się niej szydzić. Nie była w stanie się przemóc, by wsunąć w nie stopy.
Kiedy wyszła, już ubrana, Martin siedział za stołem między Elisabeth i Katariną, z buzią czerwoną od soku malinowego i oczami wybałuszonymi na widok takiej ilości jedzenia.
- No, o wiele lepiej! - stwierdziła Marianne, widząc ją w czystej białej bluzce i wełnianej spódnicy. - Buty nie pasowały?
- Nie - skłamała.
Nagle w kiszkach Martina zabulgotało i chłopiec poczerwieniał na twarzy.
Dziewczynki pobladły.
- Ojej! - Benita czuła jego zawstydzenie, jakby sama go doświadczała. No tak, biedak nie przywykł do takiej ilości owoców. Pewnie zjadł Bóg jeden wie ile porcji owsianki, a teraz te jagody i nie wiadomo co jeszcze. Powietrze wypełniał smród żółci z chorych jelit.
- Biedaczek - powiedziała Marianne. - Niepotrzebnie ci tyle dałyśmy. - Wyciągnęła do niego dłoń, jak zawsze wzięła sprawy w swoje ręce, spokojnie, rzeczowo. - Chodź, poszukamy ci czystych spodni.
Martin wstał powoli, całkowicie upokorzony, odsłaniając poplamione siedzenie. Smród stał się intensywniejszy.
- No chodź. - Marianne skinęła głową. - Mam takie akurat na ciebie. Benito, zamieszaj, proszę, w garnku - rzuciła przez ramię.
Benita skinęła głową, odprowadzając wzrokiem Marianne i swojego syna.
TURYNGIA, koniec maja 1945
W domu dziecka Martin Constantine Fledermann wcale się tak nie nazywał. Tu był Martinem Schmidtem, tak samo jak Berthold von Stauffenberg został Bertholdem Meisterem, a Liesel Stravitsky stała się Liesel Falkmann i tak dalej. Najgorsze było to, że Martin prawie zapomniał, że jest jednym z Fledermannów.
Wiele rzeczy zapomniał w domu dziecka. Na przykład ojciec - rozmazana postać; Marianne później powie, że był bohaterem, a matka nigdy nie wspomni o nim choćby słowem. I życie przed wojną, przed alarmami bombowymi i nocami w schronie, przed ogłuszającym rykiem bombowców.
Ale sporo rzeczy zapamiętał. Na przykład to, jak tu przyjechał. Długa podróż wojskowym transportem, oszpecona przez ospę twarz esesmana i słony smak suszonego mięsa. Wtedy po raz pierwszy jadł coś takiego. Mięso było ciepłe, esesman przed chwilą wyjął je z kieszeni. Później Martin wymiotował z głową wystawioną za okno wagonu pociągu, a wiatr znaczył mu twarz wymiocinami.
Pamiętał też słoneczne mieszkanie w Berlinie, powietrze gęste od kurzu, widok na cienistą, elegancką Meerstein Strasse, jasne kamienice i kawiarenkę na rogu. I ciepło matczynego ciała, w które wtulał się podczas snu. Wisiorek na szyi. Słowa piosenki, śpiewanej mu przez matkę: Kommt ein Vogel geflogen, setzt sich nieder auf mein' Fuss, hat ein Zettel im Schnabel von der Mutter ein' Gruss6. A w domu dziecka nie było ptaszków, liścików ani całusków.
Nie było tu jednak bardzo źle. Placówka mieściła się w murowanym domu stojącym u stóp gór, za małą wsią. Budynek był otoczony pięknym ogrodem pełnym kwiatów i drzew owocowych. Stała tam też zepsuta fontanna, a posesję okalał wysoki mur. Dzieciom nie było wolno wychodzić na zewnątrz.
Frau Vortmüller, starsza kobieta prowadząca ośrodek, była w sumie dobra. Surowa i stanowcza, pilnowała, żeby jej podopieczni byli umyci, ubrani i syci. Co wieczór puszczała im piosenki z płyt: smętne ludowe ballady o biednych córkach młynarza i książętach, czarownicach i zaradnych acz niedocenianych najmłodszych synach. Te piosenki były o wiele delikatniejsze i łagodniejsze niż nazistowskie marsze, których uczył ich Herr Stulper, odpowiedzialny za ich edukację. Z nim śpiewali Es zittern die morschen Knochen, Horst Wessel Lied czy Deutschland erwache7. Słowa tych pieśni były pełne krwi, niewoli, zemsty, polityki i wojny.
Frau Vortmüller codziennie wkładała tę samą tweedową spódnicę i zielony żakiet z przypiętym Krzyżem Matki, Mutterkreuz, który dostała za urodzenie ośmiorga dzieci. Czworo z nich nie żyło: dwoje zginęło podczas wojny, jedno zmarło przy porodzie, jeszcze jedno zgasło w zakładzie dla niedorozwiniętych umysłowo.
Frau Vortmüller miała jego zdjęcie w spiżarni i patrzyła na nie, ilekroć wyjmowała produkty na kolację. Dwaj pozostali przy życiu synowie jeszcze nie wrócili z wojennej zawieruchy, a córki powychodziły za mąż i same były już matkami.
Martinowi bardzo podobał się jej złoto-niebieski Mutterkreuz, a kiedy co wieczór dotykała go z nabożną czcią i starannie owijała w chusteczkę, wpatrywał się w niego niczym w świętą relikwię.
Po zakończeniu wojny Frau Vortmüller, osoba religijna, zaczęła opowiadać dzieciom o Bogu. Odkąd została jedyną opiekunką w domu dziecka - Herr Stulper rozpłynął się, gdy tylko przybyli pierwsi Amerykanie - kto miał jej tego zabronić? Amerykanie, którzy w koszarach co niedziela odprawiali nabożeństwa i nosili krzyżyki pod mundurami? Wieczorne czytanie Biblii stało się codziennym rytuałem. Herr Stulper z pewnością by jej tego zabronił. Uczył dzieci o czystości rasowej i ich niemieckiej ojczyźnie, o boskiej mądrości Führera i nie miał cierpliwości dla, jak to określał, chrześcijańskich zabobonów. Dzieci go nie znosiły, mimo że czasami zabierał je na wycieczki w góry i puszczał im nazistowskie audycje radiowe. Martin polubił zwłaszcza jedną piosenkę, której słuchali szczególnie często - Erikę. Z tego, co rozumiał, była to ludowa ballada o kwiatku i parze zakochanych. Aż pewnego dnia Liesel "Falkmann" szepnęła mu na ucho, że kiedy ją śpiewa, równie dobrze mógłby napluć na grób ojca.
Martin niczego z tego nie rozumiał - jakim cudem śpiewanie piosenki miało się równać pluciu na grób ojca? Z tego, co wiedział, rodzice wychowanków domu dziecka popełnili błędy i teraz nie żyją. A zadaniem Frau Vortmüller i Herr Stulpera było przygotować ich do życia w nowych rodzinach - w domach bogatych, potężnych nazistów, którzy zrobią z nich dobrych Niemców.
- Bzdura - powiedziała Liesel. - Nasze matki nie umarły, siedzą w więzieniach albo obozach koncentracyjnych.
- Za co? - dopytywał.
- Za udział w zamachu na życie Hitlera, du Dummkopf8 - wyjaśniła.
Martin umierał ze wstydu. Za udział w zamachu na życie Führera, który, jak zapewniała Frau Vortmüller, był taki dobry, mądry i szlachetny? A jego rodzice maczali w tym palce?
Jedenastoletnia Liesel wiedziała o świecie znacznie więcej niż Martin. Wieczorami, gdy Frau Vortmüller gasiła świecę, Liesel wślizgiwała się do jego łóżka i szeptała mu do ucha różne tajemnice. Na przykład, że nie powinno jej tutaj być. Jej rodzice byli komunistami, nie arystokratami. Jej drzewo genealogiczne nie miało korzeni w czasach Fryderyka Wielkiego, Bismarcka czy innego bohatera narodowego. A jednak jakimś cudem, gdy jej rodziców zabrało Gestapo, Liesel trafiła tutaj. Może przez niebieskie oczy i jasne włosy. To akurat Martin rozumiał. W życiu nie widział ładniejszej dziewczynki niż Liesel. Będzie z niej dobra córka w ważnej nazistowskiej rodzinie. Ale czy w takim razie nie cieszy się, że popełniono taką pomyłkę? Gdy o to pytał, odpowiadała ponuro, że nie. Wcale nie chciała zamieszkać z nazistowskimi świniami.
I nagle okazało się, że Liesel miała rację. Ich matki naprawdę żyły. Pierwsza zjawiła się mama Adalberta "Schmeddinga" - wychudzona kobieta o zapadniętych policzkach i z ciemnowłosym maleństwem w ramionach. Szlochała bez końca, tuląc do siebie syna, przyciskała jego twarz do brzucha, jakby to nie było powitanie, lecz pożegnanie.
Kolejne zjawiały się grupami: elegancka angielska ciotka Clausa i Gretel, która zabierała ich do matki do Szwajcarii; słodka, umęczona mama "Beckerów", która zjawiła się po nich prosto z obozu Ravensbrück; matka "Hanserów", którą przywiózł opancerzony amerykański samochód wojskowy. Początkowo Martinowi serce biło żywiej, ilekroć rozlegał się dzwonek przy furtce. To jego mama! Wyobrażał sobie, jak pochyla swą jasnowłosą głowę nad partyjką warcabów, jak słońce odbija się w długich pasmach jej włosów. Przypominał sobie, jakie to uczucie: wtulić się w sztywno wykrochmaloną suknię i czuć pod materiałem jej miękkie piersi.
Ale matka Martina się nie zjawiła. Ani matka Liesel.
- Moje wróbelki - powtarzała Frau Vortmüller z coraz większą troską. Był początek czerwca. Magda, jej najmłodsza córka, przyjechała do niej w towarzystwie swoich dwóch małych, wrednych synków, którzy nazywali Martina i Liesel pomiotami zdrajców.
- Czemu ich po prostu nie wyrzucisz? - Martin niechcący podsłuchał to pytanie, które Magda zadała matce któregoś wieczora. - Wojna się skończyła! Nie masz wobec nich żadnych zobowiązań!
Od tej pory Martin zachowywał szczególną ostrożność. Nie chciał, żeby go wyrzucono. Wiedział też, że Magda miała rację - Frau Vortmüller nie musiała się już nimi zajmować. Nikt jej nie rozkazywał, nikt już jej za to nie płacił. Liesel tłumaczyła mu, że ich opiekunka dostaje na nich dodatkowe racje żywnościowe. Nie uwierzył jej. Jego zdaniem Frau Vortmüller kochała ich na swój sposób.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki