Rozdział VI
Poranek czerwcowy świecił niezliczonym bogactwem blasków, upajał, grał wiekuistą arię złożoną z motywów wiosennych. Poranek buchał namiętnością młodzieńczej, rześkiej, rozkochanej piersi; tęsknił rozkoszną tęsknotą serca dziewiczego za ukochanym, radował się jak młody ptak, który pierwszy raz wyfrunie z gniazda do lotu, do słońca. Poranek sam był wesół i wszystko co żyło usposobił podobnie.
Worczyn kipiał życiem; razem z świergotem ptaków dźwięczały szczebioty młodych głosów.
Dorcia i Joasia Zborskie, oraz dwie panny Turskie, Ziula i Ania, stryjeczne siostry Iry, krzątały się żywo około przygotowań do majówki.
Ira towarzyszyła im dzielnie.
Wszystkie jasno ubrane, jak motyle, błyszczały świeżością polnych kwiatów z łąki. Stary pan Wojciech Paszowski przyjechał do Worczyna pierwszy.
Młodzież ujrzawszy w bramie bryczuszkę z Tylemego, dziurawą i rozklekotaną, wybiegła raźno na spotkanie. Zaczęto wymachiwać rękoma, wiewały chusteczki.
- Witamy! Witamy!
- Czołem! - grzmiała odpowiedź.
Dryndulka, zwana pompatycznie wolantem, zaprzężona w parę małych, kudłatych koniąt, kupionych gdzieś u kozaków w obozie, które znowu Paszowski szumnie nazywał Kirgizami, przytoczyła się z hałasem do podjazdu. Pan Wojciech szarpnął za kapotę parobka i z młodzieńczą werwą wyskoczył z bryczki.
Otoczyli go kołem. Stary pan zaczął po swojemu komplementować:
- Co widzę! Olimp w Worczynie! A moje Diany, Wenery, jakże się cieszę, że was oglądam znowu. Panno Iro, kwaterę dla mnie, bo, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich, nie wyjadę stąd chyba. Gdzież młodzież! Jak to i żaden dotąd nie przyjechał?
- Spóźniają się panowie, tylko pan do nas spieszył - zaszczebiotała Ania Turska.
- A my za panem najwięcej stęsknione. Ja o panu marzyłam cały rok na pensji - wołała Joasia Kula, grubym, męskim głosem. Paszowski porwał dziewczynę wpół i ucałował.
- Staremu wolno! A smaczny buziak jak poduszeczka. Wyrosła nam panna Kula i jeszcze potłuściała; łydeczki... moje uszanowanie!
- A nieprawda! Nie widzi pan, bo suknia przykrywa.
- Krótka sukienczyna, krótka, jest się czym pysznić, żałować widoku nóżek nie trzeba, to urok piętnastu latek - przedrzeźniał Paszowski i bez ceremonii całował wszystkie panienki po kolei.
- Panna Ania, widzę, zawsze jednakowo rezolutna i nieprzystępna. A tu jest ktoś co tęskni, Bolutek Osinowski, a jakże! Panna Ziula z aparatem. Brawo! będziemy się fotografowali.
- A o mnie, to pan już zapomniał? - spytała wdzięcznie Dorcia Zborska.
- Wenero moja! Ja oślepłem na twój widok. Cóż tam nowego, dużo się nazawracało główek? Jest tu u nas w okolicy jedna cacana główka, pewno niedługo posiedzi na karku jak zobaczy pannę Dorcię. Ajaj! Cóż za oczki! mnie staremu ciarki idą. A te dudki nie przyjeżdżają.
- Niech nam pan powie jaki ten "panicz" jest! Czy bardzo ładny? - pytała Kula.
- O ładny! On tu straci głowę, ale i panienkom radzę się ostro trzymać. Proszę sobie wyobrazić, że nosi binokle, takie bez oprawy, same szkła i... czerwoną kamizelkę. Szyk!
- Ee! pan sobie z nas żartuje.
- Otóż i on! Jedzie "panicz".
Panny rozbiegły się na widok amerykana i czwórki powożonej przez Denhoffa. Tylko w oknach, spoza firanek zamajaczyły ciekawe główki.
Denhoff znał już Paszowskiego z widzenia, lecz go jeszcze nie wizytował.
Po powitaniu zaczęli się obaj sobie przyglądać. Denhoff dyskretnie, Paszowski zaś bez ceremonii. Ryszard z początku kręcił się pod tym badawczym wzrokiem, ale po chwili ogarnęła go zwykła pewność siebie. Podniósł głowę wysoko i zza szkieł patrzył na pana Wojciecha śmiało, nawet wyzywająco. Paszowski rzekł do Turskiego:
- Podoba mi się ten "panicz", wcale sympatyczny chłop, tylko jeszcze trochę... seledynowy. Kocio Leśniewski mówił mi, że podobny do żydka, panny twierdzą, że do lorda; w rzeczywistości zaś może i to i tamto określenie ma pewną słuszność, ale przede wszystkim on jest zastosowany do swego nazwiska. Typowy Denhoff! Jest to niezaprzeczenie stary i dobry ród westfalski, dawno osiadły w Polsce, więc rasę na nim znać i zarazem trochę obce piętno. Ale czy się u nas zaaklimatyzuje, to bardzo wątpliwe.
- Zaaklimatyzuje się na pewno - rzekł Turski - tylko czy potrafi majątek utrzymać? To entuzjasta i marzyciel, on już kocha Wodzewo, jakby się tu urodził, lecz pomimo to majątek topnieje mu w ręku. Szkoda! bo to dobry chłopak, gdyby nie był spaczony...
- Taki już los, do wszystkich aniołów niebieskich i ziemskich! Paczyli go opiekunowie, teraz znowu dostał się w łapki Wrońskiego, który jest panie... te... kanalia. Wiem ja również dużo i o tym jego opiekunie głównym, Rosolawskim. To także numerek.
Paszowski zauważył, że ojciec Marysia lubi Ryszarda, pomimo że go krytykuje. Sam przyglądał się Denhoffowi i coraz większej nabierał do niego sympatii. Dobra elegancja młodzieńca, trochę angielska lecz naturalna, złoty humor i czasem zabawna szczerość, zdołały przejednać nawet starszego Turskiego, chociaż on z zasady nie lubił obcych nazwisk i niezupełnie swojskich postaci.
Denhoff był już pośród panien. Od razu uwagę swą skierował na Dorcię. Jej wykwintna delikatna uroda zrobiła na nim silne wrażenie. Patrzył na nią jakby z pobożnością, jak na cudny witraż kunsztownej roboty. Zauważył, że Dorcia jest jeszcze prawie w krótkiej sukni i że wygląda niesłychanie dziewiczo, jak pensjonarka. To go mocniej zainteresowało. Przyłapał gdzieś Irę i spytał zdyszanym głosem:
- Proszę pani, ile lat ma panna Dora?
- Dorcia ma siedemnaście, właśnie skończyła pensję. Ale cóż pan taki zaaferowany?... Denhoff nie odpowiedział, pobiegł do panien i stał się nieodłącznym towarzyszem Dorci. Wkrótce nastąpił wyjazd na majówkę. Duży wóz w drabinach, zaprzężony w cztery konie, zabrał całe towarzystwo, służba na bryczce wiozła prowianty.
Jechano ze śpiewami, gwarnie, Denhoff powoził. Obok niego siedziała Dorcia. Długie jej warkocze i ogromne ciemne rzęsy, fryzowane, jak ze strusich piór, które dziewczyna umiała ślicznie spuszczać na różane policzki i ładnie, wolno wznosić do góry, odkrywając przepaścistą głębię błękitnych źrenic; działały na Ryszarda wprost upojnie. Budził się w nim szał niesłychany, bujna żywotność jego natury kipiała warem. A na wozie uśmiechano się porozumiewawczo. Ira szepnęła do Paszowskiego:
- Dorcia jak zwykle, tak i w tym wypadku wygrała konkurs. Przepowiedziałam to naprzód.
Na obszernej polanie w lesie turowskim, zgromadziło się prawie całe obywatelstwo okoliczne, głównie zaś młodzież. Gospodarzami majówki byli Ira i Maryś. Muzyka ukryta za drzewami grała raźnie oberki i krakowiaki. Po głośnych powitaniach wszyscy rozbiegli się po lesie, na polanie zostali starsi. Pan Turski sapnął niechętnie ujrzawszy Korzyckiego z Zapędów, ale witał go uprzejmie, tylko chłodno, wyraźnie unikając większej zażyłości. Panie były ze sobą również trochę sztywne. Szczera, naturalna pani Turska nie mogła się zgodzić z Korzycką, pozującą na arystokratkę bez najmniejszych danych na to. Obcowanie z sobą męczyło obie strony. Ratował sytuację Paszowski, umiejący zręcznie w obopólną niechęć wpleść dobry humor.
Pana Turskiego drażnił syn. Z przykrością patrzył na Marysia nieodstępującego od panny Korzyckiej.
Maryla cała różowa w bladoróżowych fularach, w dużym kapeluszu zatrzęsionym polnymi różami wyglądała jak boginka kwiatów. Snuł się koło niej Perzyński, chcąc zdobyć pierwsze miejsce, Maryś nie ustępował, ona zerkała oczyma na Denhoffa.
Gniewał ją Ryszard zapatrzony w Dorcię, bo przywykła do hołdów, nie mogła znieść rywalizacji. Z Perzyńskiego nic sobie nie robiła, zbywając go lekko, ale Marysia chciała widocznie zamienić na Denhoffa, tylko się jej to nie udawało. Turski był uparty.
- Panno Marylo przejdziemy się w stronę brzeźniaka. Chce pani? - szepnął Maryś.
- Tak sami tylko? Wszyscy poszli na poziomki - odrzekła patrząc w stronę Ryszarda.
- A my pójdziemy na dzwonki, tam rosną kampanule, wszak je pani lubi?
- No tak! ale...
- Ale wolałaby pani iść z Denhoffem, niż ze mną. Bardzo wierzę! Jednak to już trudno, trzeba się tymczasem zgodzić na moje towarzystwo.
- Pan jest zawsze źle wychowany, pozostanie nim całe życie.
- Dlatego, że umiem odgadywać, co pani myśli? Ale mi pani nie zaprzeczy, dobrze odgadłem. Prawda?
- A dobrze! Pan Denhoff jest od pana...
- Zabawniejszy. Co?
- Jest grzeczniejszy.
- Niech i tak będzie. On się teraz grzecznością popisuje przed Dorcią i o nas wcale nie dba. My więc idziemy na kampanule.
Maryla nie opierała się już, tylko była nadąsana. Szła wolno, rwąc leśne paprocie. Maryś postępował tuż obok. Nareszcie ona spytała:
- Czy kuzynki pana długo zabawią w Worczynie?...
- Całe lato.
- Tak!?...
- Niestety, westchnął Maryś.
Maryla spłonęła. On po długiej chwili ciekawie zajrzał w jej oczy.
- Czy zrobiłem pani przykrość?... panno Marylo.
- Pan mi na każdym kroku dokucza, już się do tego przyzwyczaiłam.
- I pani się nie broni, tak sobie pozwala na to?...
- Cóż mam robić?
- Wynaleźć jakiś argument, który by mnie zwyciężył. Na przykład teraz, dowieść mi, że Denhoff tyle panią obchodzi co... Aleksander Macedoński, koń trojański, Kain i Abel. Słowem coś, o co mogę nie być zazdrosny. Ale mi pani tego nie dowiedzie! Ten "panicz" robi furorę bez wyjątków. Niech mi pani powie, czy on naprawdę taki lew?
Maryla śmiała się.
- Pan jest o niego zazdrosny! Ha! ha! ha! Jakie to zabawne! Myślałam, że tylko między kobietami zazdrość istnieje.
- Widzi pani? Co za odkrycie niesłychane. Denhoff może sobie zabierać cały świat kobiecy, ale nie panią.
- A to dlaczego?
- Bo ja pani nie oddam.
- Jakież to prawa pan sobie rości? - spytała wyzywająco.
- Niech pani nie przybiera takiej pozy... hrabiowskiej, bo to mi ani zaimponuje ani wystraszy. Może Denhoffa?
- Pan Denhoff nie naraziłby się u mnie na taki ton. Turski ściągnął brwi z irytacją.
- Gdyby mi to powiedział mężczyzna, żądałbym satysfakcji. Ale tak... Nie chcę się nawet wdawać z panią w polemikę.
- No to niech pan na przeprosiny pocałuje mnie w rękę. Proszę. Podała mu szczupłą dłoń z zalotnym uśmiechem. Maryś ją tylko uścisnął.
- Pan nie całuje?
- Nie pani, na rozkaz nie potrafię nawet tego.
- To pan jej więcej nie dostanie! - oburzyła się Maryla.
- Ha! to trudno. Liczę na swoje siły. Zdobędę sam. W milczeniu doszli do brzeźniaka. Maryla zaczęła zrywać liliowe dzwonki i układała z nich bukiet. Jej różowa postać falowała zręcznie pośród traw i kwiatów.
- Zmęczyłam się. Usiądźmy.
Upadła na kępę mchu, malowniczo rozkładając suknię. Turski usiadł obok niej. Maryla uplotła wianek z dzwonków i macierzanki, po czym włożyła go sobie na głowę, zdjąwszy uprzednio kapelusz.
- Ładnie mi w tym?
- Bardzo.
- Jak wyglądam?
- Nie jak Zosia z "Pana Tadeusza" w każdym razie. Wygląda pani jak mademoiselle Marie de Korzycka, bawiąca się w sielankę w dobrach swych na wsi, po powrocie z Riwiery.
- Bardzo trafne określenie. Ja rzeczywiście lubię swojskość, ale tylko podczas wakacji. Takie sielankowe spacery, kampanule, brzeźniaki, majówki, macierzanki, dobre na parę miesięcy.
- Czekałem kiedy pani dołączy do tej... sielankowej litanii Marysia Turskiego.
- Cóż to, pan uważa się za kwiat?
- Nie, ale ja jestem swojski.
Maryla zrobiła dowcipną minę i jęła na nowo wiązać kwiaty.
- Pani pewno myśli w tej chwili, że jestem nadspodziewanie delikatny i, że jako wytwór krajowy, nie egzotyczny, sam pokornie się zgadzam tylko na dopełniacza sielanki wakacyjnej - rzekł Maryś wesoło.
- Więc wyglądamy teraz jak Kasia i Bartek w lesie na "kwiotach" "Moiście wy!" - żartowała wykrętnie Maryla. Zabawmy się w taką czułą parę. Dobrze panie Marianie.
- Do czasu, aż pani wyjedzie za granicę szukać nie sielanek lecz - partii. Czy tak?
- No, tak. Może nawet krócej. Dotąd, aż się nam sprzykrzy ta zabawa. Maryś zerwał się, stanął i podał rękę Maryli.
- Chodźmy już stąd. Niech pani już wstanie, mech wilgotny.
- Czy pan się boi mrówek? Ja nie jestem Telimena.
- A ja nie jestem usposobiony do roli Bartka, jaką mi pani łaskawie raczyła ofiarować.
- Więc Kasia na "kwiotach" pana nie nęci?
Spojrzał drapieżnie w kokieteryjne oczy Maryli i rzekł porywczo:
- Niech pani ze mną nie igra, panno Marylo. Jestem swojski, ale właśnie dlatego nie umiem abdykować ze swego dobra na rzecz cudzych. Pani jest także naszą i nie pozwolę pani wyfrunąć w obce kraje. Można zimować, własny klimat nie zabije.
- Któż to mi poobcina lotki. Ciekawam?
- Tylko trochę, same brzegi skrzydełek.
- Ale kto?!
- Ja.
Maryla zmieszała się.
- Hop! Hop! - zawołały liczne głosy bardzo blisko i spoza brzóz wyszło kilka osób.
- Szukamy państwa! Proszę na kurczęta - wołano zewsząd. Na polance stary Turski przywołał do siebie syna.
- Marysiu zastanów się! cóż ty ciągle z tą Korzycka?...
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.