Usiadłam przy stole, żeby wypić
herbatę. Działała kojąco i miałam nadzieję, że pomoże mi
zebrać myśli, choć nie była najlepsza: śmierdziała środkami
opatrunkowymi. Kupiłam ją w największym sklepie spożywczym, razem
z paczką herbatników Peek Frean rodem z Anglii. Sklep zaopatrzył
się w większą ilość tych artykułów w oczekiwaniu potężnej fali
angielskich turystów, którzy na razie nie dopisali. Na pudełku widniał
napis, który niewątpliwie podnosił na duchu: "Nadworny Producent
Herbatników Jej Królewskiej Mości". Królowa by nie chlipała,
rozczulanie się jest w złym guście. Weź się w garść -
usłyszałam stanowczy królewski głos. Usiadłam prosto, zastanawiając
się, co robić.
Naturalnie przedsięwzięłam środki
ostrożności. Występowałam pod swoim drugim nazwiskiem, a kiedy
poszłam sprawdzić, czy mieszkanie u pana Vitroniego jest wolne,
założyłam okulary przeciwsłoneczne, włosy zaś schowałam pod
kupioną na lotnisku w Toronto japońską chustką w różowych
policjantów konnych defilujących na tle fioletowych Gór
Skalistych. Nosiłam workowatą kretonową sukienkę, też różową,
w cukierkowe błękitne kwiatki, którą kupiłam w Rzymie na
ulicy. Wolałabym wielkie czerwone róże
albo pomarańczowe dalie - w tej sukience bowiem wyglądałam
jak kawał tapety - lecz potrzebne mi było coś nierzucającego
się w oczy. Pan Vitroni mnie nie poznał, byłam pewna. Ale ten
starzec zaskoczył mnie nieubraną, a co gorsza, z odsłoniętymi
włosami. W tej części kraju długie do pasa rude włosy były czymś
nie do przeoczenia.
Herbatniki były twarde jak gips i smakowały
półką. Zjadłam ostatniego, maczając go w herbacie i żując
bezwiednie, zanim się zorientowałam, że skończyłam całą
paczkę. Zły znak, będę musiała zwrócić na to uwagę.
Zdecydowałam, że powinnam coś zrobić
z włosami. Stanowiły dowód rzeczowy - ich długość i kolor
były jak znak firmowy. W każdym wycinku z gazety, przyjaznym
bądź wrogim, wspominano o włosach; w gruncie rzeczy poświęcono
im sporo miejsca: włosy u kobiety to rzecz ważniejsza niż talent
czy jego brak. "Tryskająca życiem Joan Foster, słynna autorka
Pani Wyroczni, która świeżością przypomina
portrety Rosettiego, zahipnotyzowała widownię swoim nieziemskim..."
("The Toronto Star"). "Powieściopisarka-poetka Joan Foster ze
swoimi rudymi rozwianymi włosami i w zielonej sukni wyglądała
jak wspaniała Junona; niestety, prawie jej nie było słychać..."
("The Globe" i "Mail"). Te moje włosy znajdą znacznie łatwiej
niż mnie samą. Powinnam je obciąć, a to, co zostanie, ufarbować,
chociaż nie miałam pojęcia, gdzie w tym mieście dostanę farbę
do włosów. Może będę musiała jechać po nią do Rzymu. Powinnam
sobie sprawić perukę, pomyślałam, to było przeoczenie.
Poszłam do łazienki i z zamykanej na suwak
kosmetyczki wygrzebałam nożyczki do paznokci. Były za małe,
ale mogłam jedynie wybierać pomiędzy nimi a jednym z tępych
noży kuchennych pana Vitroniego. Sporo czasu zajęło mi ścięcie
wszystkich włosów kosmyk po kosmyku. Usiłowałam temu, co zostało,
nadać jakiś kształt, ale włosy robiły się coraz krótsze, a wcale
nie równiejsze, aż się zorientowałam, że wyglądam jak więzień
obozu koncentracyjnego. Za to moja twarz przeczyła temu obrazowi -
mogłam uchodzić za sekretarkę na urlopie.
Sterty i pukle włosów zalegały umywalkę. Chciałam
je ratować; przez chwilę pomyślałam, że schowam je do szuflady
sekretery. Ale jak się z nich wytłumaczę, jeśli zostaną
znalezione? Zaczną szukać nóg i rąk, i reszty ciała. Muszę się
pozbyć włosów. Chciałam je spuścić w klozecie, ale było ich za
dużo, a pożeracz śmieci zaczął już działać, puszczając bańki
gazu bagiennego i plując strzępami rozkładającego się papieru
toaletowego.
Wyniosłam włosy do kuchni, zapaliłam gaz i pasemko po
pasemku składałam je w ofierze. Kurczyły się, czerniały, wiły jak
garść owsików, topiły i dopiero na koniec płonęły, trzeszcząc jak
lont. Ich smród, podobny do woni opalanego indyka, był potworny.
Z oczu płynęły mi łzy; nie ulegało wątpliwości,
że jestem sentymentalna, i to w najckliwszym wydaniu. Chodziło o to,
że Artur miał zwyczaj mnie czesać, i to wspomnienie całkiem mnie
rozczuliło - chociaż nigdy nie robił tego delikatnie i szarpał
boleśnie jak diabli. Za późno, za późno... Nigdy nie potrafiłam
wzbudzić w sobie właściwych emocji we właściwym czasie -
złości, kiedy powinnam być zła, łez, kiedy powinnam płakać;
nic tu nie pasowało.
W połowie wrzucania do ognia pukli włosów usłyszałam
kroki na żwirowej ścieżce. Serce podeszło mi do gardła, zamarłam:
ścieżka prowadziła tylko tutaj, a w domu oprócz mnie nie było
nikogo, pozostałe dwa mieszkania stały puste. Jakim cudem Artur
mógł mnie tak prędko znaleźć? Mimo wszystko może miałam co do
niego rację. Chyba że to nie jest Artur, tylko jedno z tamtych...
Panika, na którą nie pozwoliłam sobie przez cały ubiegły tydzień,
przewaliła się lodowoszarą falą przez moją głowę, przynosząc
kształty mojego strachu: martwe zwierzę, złowrogie tchnienie telefonu,
listy zabójcy wycięte z żółtych kartek książki telefonicznej,
rewolwer, złość... Twarze formowały się i rozpadały w mojej
wyobraźni. Nie miałam pojęcia, kogo się spodziewać. Czego oni ode
mnie chcą? Pytanie, na które nigdy nie znajdowałam odpowiedzi. Miałam
ochotę krzyczeć, rzucić się do łazienki, gdzie było wysoko
umieszczone kwadratowe okienko, przez które może mogłabym się
przecisnąć, a potem pobiegłabym na wzgórze i odjechała swoim
samochodem. Kolejna szybka ucieczka. Usiłowałam sobie przypomnieć,
co zrobiłam z kluczykami.
Rozległo się pukanie do drzwi, powolne, spokojne
pukanie, i jakiś głos zawołał:
- Halo, czy pani jest w domu?
Odzyskałam oddech. To tylko pan Vitroni, signore
Vitroni, Reno Vitroni od szerokiego uśmiechu, dokonujący obchodu swojej
posiadłości. Była to jego jedyna własność, o ile wiedziałam,
co nie przeszkadzało, że uchodził za jednego z najbogatszych
ludzi w miasteczku. A jeśli zechce zajrzeć do kuchni, co pomyśli
o ofiarnych włosach? Zgasiłam gaz i wepchnęłam włosy do papierowej
torby, której używałam na śmieci.
- Już idę, jedną chwileczkę. - Nie chciałam,
żeby wchodził do środka: łóżko było niezasłane, ubranie
i bielizna porozrzucane na oparciach krzeseł i podłodze, na stole
i w zlewie piętrzyły się brudne naczynia. Zarzuciłam na głowę
jeden z ręczników, a przechodząc koło stołu, złapałam ciemne
okulary.
- Właśnie myłam głowę - wyjaśniłam,
otwierając drzwi.
Był zdziwiony widokiem ciemnych okularów: trochę,
nie bardzo. Cudzoziemki, jak się zorientował, odprawiają przedziwne
obrządki związane z urodą. Uśmiechnął się i wyciągnął
rękę. Podałam mu swoją, pan Vitroni uniósł ją, jakby miał zamiar
ucałować, ale zamiast tego tylko nią potrząsnął.
- Jestem niesłychanie miły, że panią widzę -
powiedział, strzelając obcasami w dziwnym, wojskowym ukłonie. Kolorowe
flamastry zdobiły jego pierś jak medale. Musiał się dorobić na
wojnie; teraz, kiedy już było po wszystkim, nikt takich rzeczy
nie kwestionował. Przy okazji nauczył się trochę angielskiego
i liznął też kilku innych języków. Ciekawe, dlaczego przyszedł
do mnie wczesnym wieczorem, w porze z pewnością nieodpowiedniej na
składanie wizyt młodej cudzoziemce - ten szacowny pan w średnim
wieku, z odpowiednią beczułkowatą żoną i licznymi wnukami? Miał
coś pod pachą i patrzył ponad moim ramieniem, jakby zamierzał
wejść.
- Pani może coś gotuje? - Poczuł swąd palonych
włosów. Bóg jeden wie, co ci ludzie jadają, niemal słyszałam jego
słowa. - Mam przyjemność nie przeszkadzać?
- Broń Boże - zapewniłam gorąco. Stałam twardo
w samych drzwiach.
- Dobrze się pani dzieje? Światło znowu się
pali?
- Tak, tak, oczywiście - odparłam, kiwając
głową skwapliwiej, niż było trzeba. Kiedy się wprowadzałam, nie
było światła, ponieważ ostatni lokator nie zapłacił rachunku. Ale
pan Vitroni użył swoich wpływów.
- Jest dużo słońca, nie?
- Bardzo dużo. - Usiłowałam nie dać po sobie
poznać zniecierpliwienia. Stał stanowczo za blisko.
- Tak jest dobrze. - Nareszcie przechodził
do rzeczy. - Mam tu coś dla pani. Żeby się pani poczuła
więcej... - Uniósł wolną rękę dłonią do góry, szerokim,
powitalnym, zapraszającym do środka gestem. - Żeby... Żeby pani
poczuła się u nas więcej jak w domu.
Jakaż niezręczna sytuacja, pomyślałam, przyniósł
mi prezent, żeby mi było u nich przytulniej. Ciekawe, czy to taki
zwyczaj? Co powinnam powiedzieć?
- To naprawdę bardzo miło z pana strony -
powiedziałam - ale...
Pan Vitroni machnięciem ręki skwitował moją
wdzięczność. Spod pachy wyciągnął kanciaste zawiniątko,
położył je na plastikowym krześle i zaczął rozwiązywać
sznurki. Przy ostatnim węzełku przerwał dla spotęgowania napięcia,
jak sztukmistrz. Brązowy papier rozchylił się, odsłaniając
pięć czy sześć malowideł wykonanych - o Boże! - na
czarnym aksamicie, w złoconych gipsowych ramkach. Wyjmował obrazki
jeden po drugim i podsuwał mi pod nos. Wszystkie przedstawiały
historyczne rzymskie budowle - każdą w innym kolorze. Koloseum
było na przykład wściekle czerwone, Panteon bladofioletowy, Łuk
Konstantyna mgliście żółty, Bazylika Świętego Piotra różowa jak
ciastko z kremem. Zmarszczyłam czoło na ich widok niczym prawdziwy
rzeczoznawca.
- Podoba się? - zapytał sugerująco. Jestem
cudzoziemką, tego rodzaju rzeczy powinny mi się podobać
i on je przyniósł dla mnie w prezencie, żeby mi zrobić
przyjemność. Posłusznie okazałam zadowolenie; nie potrafiłabym
zranić jego uczuć.
- To bardzo miłe - powiedziałam. Miałam na
myśli nie obrazki, tylko jego gest.
- Jeszcze jak - odparł. - Syn mojego brata,
on ma geniusz.
Oboje patrzyliśmy na obrazki w milczeniu. Stały teraz
szeregiem na parapecie, jarząc się jak znaki drogowe w świetle złoto
zachodzącego słońca. Kiedy tak na nie patrzyłam, zaczęły nabierać
jakiejś straszliwej energii, a może zaczęły nią emanować, jak
zamknięte drzwi ogromnych pieców czy grobowców.
Byłam nie dość szybka dla pana Vitroniego.
- Którego pani lubi? - zapytał. - Tego?
Jak miałam wybierać, nie wiedząc, czemu ten wybór
ma służyć? Język to tylko jeden problem, pozostawał jeszcze drugi:
co wypada, a co nie. Jeżeli przyjmę obrazek, to czy będę musiała
zostać jego kochanką? Czy taki wybór coś znaczy, czy stanowi jakąś
próbę?
- Może to... - powiedziałam nieśmiało,
wskazując na neonowe Koloseum.
- Dwieście pięćdziesiąt tysięcy lirów -
odparł bez wahania. Odczułam natychmiastową ulgę. W prostych
transakcjach, opartych na zasadach finansowych, nie ma nic tajemniczego,
łatwo sobie z tym poradzić. Naturalnie autorem obrazków w żadnym
wypadku nie jest jego bratanek, pomyślałam; musiał je kupić w Rzymie
od handlarza ulicznego, a teraz je odprzedaje z zyskiem.
- Świetnie - powiedziałam. Wprawdzie nie mogłam
sobie na ten zakup pozwolić, ale nigdy nie umiałam się targować,
a poza tym bałam się go obrazić. Nie chciałam się też pozbawiać
elektryczności. Poszłam po portmonetkę.
Kiedy pan Vitroni schował pieniądze, zaczął składać
pozostałe obrazki.
- Dwa by pani wzięła? By rodzinie posłać?
- Nie, dziękuję. Ten jest uroczy.
- Mąż niedługo przyjedzie też?
Uśmiechnęłam się i niewyraźnie skinęłam
głową. Coś podobnego dałam mu do zrozumienia, kiedy wynajmowałam
mieszkanie. Wolałam, żeby w miasteczku wiedziano, że mam męża,
nie chciałam mieć kłopotów.
- Polubi on te obrazki - stwierdził, jakby nie
miał wątpliwości.
Zaczęłam się zastanawiać. Czyżby mnie
jednak rozpoznał - mimo ciemnych okularów, ręcznika i innego
nazwiska? Był całkiem zamożny, nie ulegało wątpliwości, że nie
musiał uprawiać domokrążnego handlu tanimi obrazkami przeznaczonymi
dla turystów. Cała ta historia mogła służyć stworzeniu pozorów,
ale jakich? Miałam uczucie, że podczas rozmowy wydarzyło się
znacznie więcej, niż potrafiłam zrozumieć, co nie byłoby niczym
niezwykłym. Artur mówił, że jestem tępa.
Kiedy już pan Vitroni oddalił się na bezpieczną
odległość, zaczęłam szukać miejsca, w którym mogłabym powiesić
obrazek. Powinno być odpowiednie: z powodu mojej matki najważniejsze
przedmioty w moim pokoju musiały się znajdować we właściwym
wzajemnym stosunku, a ten obrazek - czy mi się podobał, czy
nie - miał być jednym z najważniejszych przedmiotów. Był
bardzo czerwony. Ostatecznie powiesiłam go na gwoździu na lewo od
drzwi; w ten sposób mogłam siedzieć plecami do niego. Mój zwyczaj
przestawiania mebli nagle, bez uprzedzenia, zawsze irytował Artura. Nigdy
nie rozumiał, po co to robię, twierdził, że otoczenie powinno być
człowiekowi obojętne.
Ale pan Vitroni się mylił. Arturowi nie podobałby się
ten obrazek. Nie należał do rzeczy, które mu się podobały. Należał
do rzeczy, które w pojęciu Artura podobały się mnie. Bardzo
stosowne, powiedziałby: Koloseum w krwawej czerwieni na ordynarnym tle
z czarnego aksamitu, ze złotą ramką, krzyk, tumult, wiwatujące
tłumy, śmierć na piasku, ryki i warczenie dzikich zwierząt,
wrzaski i szlochy ukrytych za kulisami ofiar szykujących się na
śmierć, a przede wszystkim emocje, strach, wściekłość, śmiech
i łzy - widowisko, którym syci się tłum. Podejrzewałam, że
taka jest jego koncepcja mojego życia wewnętrznego, chociaż nigdy nie
powiedział mi tego wprost. A gdzie było jego miejsce w tym ogólnym
zamieszaniu? Z pewnością pośrodku pierwszego rzędu. Widziałam,
jak siedzi bez ruchu, uśmiechając się jedynie - bo wiele trzeba,
żeby go zadowolić - i od czasu do czasu wykonując nieznaczne gesty,
które miały decydować o ułaskawieniu lub śmierci: kciuk w górę
albo kciuk w dół. Teraz, pomyślałam, jesteś w tym spektaklu jedynym
aktorem, musisz się skupić na własnych uczuciach. Dość mam tej gry,
krew stała się zbyt realna.
Byłam na niego wściekła, a nie miałam nic, czym
mogłabym ciskać, poza talerzami, które należały do pana Vitroniego,
i nikogo, w kogo mogłabym ciskać, poza samym panem Vitronim, obecnie
wdrapującym się niewątpliwie pod górę, z zadyszką - to przez te
jego krótkie nogi i brzuch wielki jak poducha. Co by sobie pomyślał,
gdybym w ataku furii pobiegła za nim, rzucając talerzami? Zawołałby
policjanta, aresztowaliby mnie, przeszukali mieszkanie i znaleźli
papierową torbę pełną rudych włosów, moją walizkę...
Szybko wrócił mi zdrowy rozsądek. Walizka leżała pod
dużą pseudobarokową komodą z odłażącym fornirem i intarsjami
z macicy perłowej. Wyciągnęłam ją i otworzyłam. W środku
były moje mokre rzeczy w zielonej plastikowej torbie. Cuchnęły
moją śmiercią, jeziorem Ontario, oliwą, zdechłymi mewami, maleńką
srebrną rybką wyrzuconą na brzeg, aby tam gniła. Dżinsy i granatowa
trykotowa koszulka, mój grzebalny strój, moja poprzednia osobowość,
zmoczona i zmięta, z której uleciały wielokolorowe dusze. Nigdy
nie mogłabym nosić takiego ubrania w Terremoto, nawet gdyby nie
stanowiło obciążającego dowodu. W pierwszej chwili pomyślałam,
żeby wyrzucić te ciuchy do śmietnika, ale uświadomiłam sobie, że
dzieciaki często grzebią w pojemnikach na śmieci, zwłaszcza tam,
gdzie mieszkają cudzoziemcy.
Po drodze do Terremoto, dość uczęszczanej, też nie
było jak się ich pozbyć. Powinnam to zrobić na lotnisku w Toronto
albo w Rzymie, ale ubranie porzucone na lotnisku to również podejrzana
sprawa.
Chociaż zapadł już zmierzch, było wciąż na tyle
widno, że zdecydowałam się zakopać ubranie. Zgniotłam zieloną torbę
i wsadziłam pod pachę. Ubranie należało do mnie, nie robiłam nic
złego, a mimo to czułam się tak, jakbym się pozbywała trupa, ciała
kogoś, kogo zabiłam. Idąc ścieżką koło domu, ślizgałam się
na kamieniach w moich podzelowanych skórą sandałach, aż znalazłam
się na dole wśród karczochów. Ziemia była twarda jak kamień, a ja
nie miałam łopaty; wykluczone, żebym mogła wykopać dół. Poza
tym ów staruszek zauważyłby natychmiast, gdybym naruszyła jego
ogród. Zbadałam fundament domu. Na szczęście był tandetny i cement
popękał w kilku miejscach. Znalazłam ruchomy kawałek i wydłubałam
go za pomocą płaskiego kamienia. Pod warstwą cementu była zwykła
ziemia; dom został wbudowany w zbocze wzgórza. Wygrzebałam dziurę,
zwinęłam torbę w jak najmniejszy tobołek, wcisnęłam w szczelinę
i zatkałam wyłupanym kawałkiem cementu. Może za kilkaset lat
ktoś wyciągnie moje dżinsy i koszulkę i wysnuje stąd wniosek
o jakimś zapomnianym obrządku, o zamordowaniu dziecka czy grobie
zastępczym. Przypadł mi do gustu ten pomysł. Wyrównałam nogą
ziemię dokoła, żeby nikt nie zauważył tego miejsca.
Z uczuciem ulgi wróciłam na balkon. Jeszcze tylko
ufarbuję włosy, tym samym pozbywając się wszystkich obciążających
dowodów, i mogę zacząć być kimś innym, całkowicie inną
osobą.
Poszłam do kuchni i dokończyłam palenie
włosów. Następnie wyciągnęłam butelkę cinzano, którą ukryłam
w kredensie za talerzami. Nie chciałam, żeby pomyśleli, że popijam
po cichu, czego zresztą nie robiłam, po prostu nie istniało miejsce,
w którym mogłabym się napić otwarcie. Tutaj nie było przyjęte,
żeby kobiety samotnie popijały w barach. Nalałam sobie niedużą
szklaneczkę i wzniosłam toast.
- Za życie. - Zaniepokoiłam się, że
powiedziałam to głośno. Obym tylko nie zaczęła mówić do
siebie.
W szpinaku, który kupiłam poprzedniego dnia, były
mrówki. Żyły w ścianie na zewnątrz, a szpinak i mięso stanowiły
dla nich jedyną pokusę; wszystko inne lekceważyły, jeśli tylko
zostawiło im się na spodku wodę z cukrem. Znalazły już swój
przysmak i teraz patrzyłam, jak kursują tam i z powrotem między
talerzykiem a gniazdem: cienkie, kiedy szły w stronę spodka, a grube
w drodze powrotnej, napełniały się jak miniaturowe cysterny. Otoczyły
wodę wianuszkiem, a te, które weszły za daleko, utonęły.
Nalałam sobie jeszcze jedną
szklaneczkę, a potem umoczyłam palec w wodzie z cukrem i wypisałam
na parapecie swoje inicjały. Czekałam, aż moje imię zostanie wypisane
mrówkami: żywa legenda.