Pani Wiatru - Maja Lunde

Kup ebooka

49.90 zł
38.92 zł (38,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

...w któ­rym spo­ty­kamy li­sto­no­sza i bur­mi­strza

Gdy po­ciąg za­trzy­mał się na koń­co­wej sta­cji, w środku zo­stała już tylko grupka dzieci. Wy­sie­dli­śmy z róż­nych wa­go­nów i sta­nę­li­śmy na pe­ro­nie, mru­żąc oczy od słońca i wdy­cha­jąc świeże po­wie­trze. Na­wet Oscar i Ella nic nie mó­wili. Wo­kół pach­niało solą, wo­do­ro­stami i pia­skiem. Czy coś może pach­nieć nie­bie­sko? Je­śli tak, to wła­śnie tym pach­nie nie­bie­ski ko­lor.

- Prze­pra­szam, ale to nie jest Po­go­dowo - po­wie­dział Oscar.

I miał ra­cję. Na ta­blicy było na­pi­sane: "Morsz­czy­nowo".

- I gdzie są do­ro­śli? - spy­tała Ella. - Ci, u któ­rych mamy miesz­kać?

Wła­śnie wtedy z dru­giej strony pe­ronu nad­szedł ja­kiś męż­czy­zna. Był bar­dzo wy­soki, chudy i po­ru­szał się tak, jakby przez cały czas ko­ły­sał nim wiatr. Miał spodnie na szel­kach i ko­szulę z ła­tami na łok­ciach. I miło się uśmie­chał.

- Wi­taj­cie, mam na imię Pe­ter - po­wie­dział i do­dał szybko: - Je­stem bur­mi­strzem Po­go­dowa i li­sto­no­szem. A w tym roku do­dat­kowo od­po­wia­dam za to, że­by­ście mieli gdzie miesz­kać i żeby było wam tu do­brze.

Li­sto­nosz i bur­mistrz w jed­nym, po­my­śla­łem. Nie­zwy­kłe po­łą­cze­nie. Mu­siał być wiecz­nie za­jęty. Nic dziw­nego, że mó­wił tak szybko.

- Czy wszy­scy mogą po­dejść do mnie? - spy­tał, cho­ciaż to wła­ści­wie nie było py­ta­nie. - Wła­śnie tak. Świet­nie.

Zaj­rzał do ma­łego no­tesu.

- Dwa­dzie­ścioro dzie­wię­cioro. Tyle jest na mo­jej li­ście. Po­winno was być dwa­dzie­ścioro dzie­wię­cioro.

Spoj­rzał na nas i za­czął li­czyć.

- ...dwa­dzie­ścia sie­dem, dwa­dzie­ścia osiem, dwa­dzie­ścia dzie­więć. Do­brze! Upew­nij­cie się, że ma­cie przy so­bie wszyst­kie swoje rze­czy - po­wie­dział i wska­zał ręką na wa­lizki i torby, które ze sobą za­bra­li­śmy. - A te­raz je­dziemy nad mo­rze.

- Nad mo­rze? - spy­ta­łem.

- Zga­dza się - od­parł i mach­nął w kie­runku ta­blicy z na­zwą sta­cji. - Dzięki temu nie spę­dzi­cie ca­łego lata w Morsz­czy­no­wie.

Ja­kiś czas póź­niej sta­li­śmy z ca­łym na­szym ba­ga­żem na po­kła­dzie sta­rej za­rdze­wia­łej ło­dzi. Pe­ter wsu­nął klu­czyk i do­dał gazu, ale sil­nik za­rzę­ził gło­śno, po czym zgasł, wy­da­jąc z sie­bie kilka bul­go­czą­cych dźwię­ków.

- Mu­szę się jej tro­chę przy­po­chle­bić! - za­wo­łał do nas.

Po­chy­lił się nad sil­ni­kiem. Usły­sze­li­śmy, jak ci­cho mam­ro­cze.

- Daj spo­kój, Tu­rid. Nie sta­waj dzi­siaj oko­niem. Nie te­raz, kiedy je­stem od­po­wie­dzialny za te wszyst­kie dzie­ciaki. Bar­dzo pro­szę, Tu­rid!

- Tu­rid? - wy­szep­tała Ella.

- To imię jego ło­dzi - wy­ja­śnił Oscar. - Ło­dzie mają czę­sto żeń­skie imiona. Ale nie py­taj mnie dla­czego.

Pe­ter znowu zaj­rzał do swo­jego no­tesu.

- Po­pa­trzmy... - po­wie­dział. - Gdzieś tu­taj za­pi­sa­łem li­stę rze­czy, które spra­wiają Tu­rid przy­jem­ność.

Naj­wy­raź­niej bar­dzo lu­bił two­rzyć li­sty.

- Te­raz po­winno pójść le­piej - rzekł i uru­cho­mił sil­nik.

- Wła­śnie sły­szymy - sko­men­to­wał Oscar, gdy sil­nik za­wył jesz­cze gło­śniej.

- Tu­rid to twarda sztuka - za­śmiał się Pe­ter. - Ale to do­brze, bo prze­prawa przez otwarte mo­rze dzie­lące nas od Po­go­dowa bywa nie lada wy­zwa­niem... No da­lej, Tu­rid!

Ale sil­nik wy­dał tylko kilka gar­dło­wych dźwię­ków, za­nim po­now­nie zgasł.

- Na stek z czar­niaka i klopsy z łu­pa­cza[1]! - za­klął Pe­ter i od­wró­cił się w na­szą stronę. - Do trzech razy sztuka. Czy nie tak się mówi?

Nikt nie od­po­wie­dział. I nikt nie ode­zwał się na­wet sło­wem, gdy Pe­ter po raz ko­lejny usi­ło­wał uru­cho­mić sil­nik, który znowu zgasł.

Naj­wi­docz­niej nie za­wsze do trzech razy sztuka.

Męż­czy­zna po­cią­gnął mocno za jedną szelkę spodni, która strze­liła gło­śno, wra­ca­jąc na swoje miej­sce.

- Mu­simy dać jej tro­chę czasu. I po­zwo­lić jej sa­mej zde­cy­do­wać. Trudno zro­zu­mieć ko­bietę.

Usiadł na bia­łej skrzyni na po­kła­dzie i za­czął za­pi­sy­wać coś w no­te­sie, ale na­gle ze­rwał się na równe nogi, jakby krab uszczyp­nął go w po­śla­dek.

- Zu­peł­nie za­po­mnia­łem! Mu­si­cie mieć na so­bie coś ta­kiego.

Wy­jął ze skrzyni ka­mi­zelki ra­tun­kowe i nam je roz­dał. Ka­mi­zelki były stare i za­tę­chłe, a poza tym śmier­działy ben­zyną i zgni­łymi wo­do­ro­stami.

- Jak to się za­kłada? - spy­tała ja­kaś dziew­czynka, wy­cią­ga­jąc przed sie­bie dłu­gie pa­ski.

- Nie mam po­ję­cia - przy­znał. - Jak żyję, nie mia­łem tego cze­goś na so­bie. Uni­kam mo­rza jak ognia. Wy­po­ży­czy­łem ten ku­ter tylko po to, żeby was ode­brać. Prawdę mó­wiąc, nie cier­pię mo­rza i wszyst­kiego, co się z nim wiąże. To do­ty­czy rów­nież ryb. To naj­obrzy­dliw­sze je­dze­nie, ja­kie znam.

- W ta­kim ra­zie dla­czego mieszka pan na wy­spie? - spy­tał Oscar.

Ale na to py­ta­nie Pe­ter już nie od­po­wie­dział, gdyż w końcu udało mu się udo­bru­chać Tu­rid. Sil­nik za­kasz­lał gło­śno parę razy, wy­rzu­ca­jąc w niebo kilka kłę­bów czar­nych spa­lin, ale po­tem za­czął dud­nić ryt­micz­nie.

- Tu­rid! - za­wo­łał Pe­ter. - Wie­dzia­łem, że mogę na cie­bie li­czyć!

Mo­rze było nie­ru­chome i lśniące. Tu­rid pły­nęła w stronę słońca, które ogrze­wało moją twarz.

- Pani Wia­tru jest dzi­siaj ła­skawa - za­uwa­żył z za­do­wo­le­niem Pe­ter.

- Pani Wia­tru? - zdzi­wił się Oscar.

- No tak, wy, dzie­ciaki z mia­sta, pew­nie ni­gdy nie sły­sza­ły­ście o Pani Wia­tru - sko­men­to­wał. - Ale chyba się do­my­ślasz, kto jest od­po­wie­dzialny za wiatr i bu­rzę na mo­rzu?

Przez chwilę sta­łem przy ba­lu­stra­dzie z za­mknię­tymi oczami. Czu­łem przy­jemny za­pach mo­rza i to, jak pro­mie­nie słońca ła­sko­czą mnie w nos.

Gdy otwo­rzy­łem oczy, zo­ba­czy­łem wy­spę. Od­zna­cza­jący się na ho­ry­zon­cie wą­ski, nie­bie­ski cień wciąż się po­więk­szał. Wkrótce do­strze­głem domy - wszyst­kie były ni­skie, po­ma­lo­wane na biało i sku­piały się wo­kół portu. Ogromne ka­mienne molo wy­cho­dziło da­leko w mo­rze, chro­niąc mia­steczko przed wy­so­kimi fa­lami.

Za por­tem i mia­stem za­uwa­ży­łem ko­ściół, a za nim ciem­no­zie­lony las, któ­rego wy­so­kie drzewa ko­ły­sały się na wie­trze. Mię­dzy la­sem a mo­rzem roz­cią­gały się zie­lone łąki koń­czące się pla­żami, go­łymi ska­łami i bia­łymi kli­fami.

Im bli­żej mo­rza, tym bar­dziej strome sta­wały się klify. Nie­które z nich miały prze­dziwne kształty.

- Spójrz tam! Tam­ten wy­gląda jak ol­brzym - po­wie­dział Oscar, który na­gle zna­lazł się obok mnie.

- Ol­brzym?

- Tak. Albo gi­gan­tyczny troll. Nie wi­dzisz? Tu ma nos, tam oczy, a nogi wy­ciąga do mo­rza.

Po­trzą­sną­łem głową.

- Prze­cież to tylko skała.

Oscar spoj­rzał na mnie ze zdzi­wie­niem.

- A gdzie twoja wy­obraź­nia?

Nie od­po­wie­dzia­łem, ale po­czu­łem ulgę na myśl o tym, że za­raz wy­sią­dziemy z tej ło­dzi. Mia­łem na­dzieję, że za­równo Oscar, jak i jego ha­ła­śliwa młod­sza sio­stra wy­lą­dują na dru­gim końcu wy­spy i że nie będę mu­siał ich oglą­dać do końca lata.

Na po­mo­ście stała grupa do­ro­słych go­to­wych, żeby nas przy­jąć do sie­bie. Ni­ski, pu­co­ło­waty męż­czy­zna z do­łecz­kami w po­licz­kach. Wy­soka pani z chustką na gło­wie i mała dziew­czynka, która zer­kała na nas nie­śmiało zza swo­jej mamy. Dzia­dek z ko­szy­kiem peł­nym tru­ska­wek. Ja­kaś ko­bieta z bliź­nia­kami, która ma­chała do nas z za­pa­łem. Prze­śli­zną­łem się po nich wzro­kiem, od jed­nej uśmiech­nię­tej twa­rzy do dru­giej. U cie­bie, po­my­śla­łem, u cie­bie mógł­bym za­miesz­kać. U cie­bie też. Albo u was. Nie po­tra­fi­łem się zde­cy­do­wać, któ­rzy ro­dzice na lato by­liby dla mnie naj­od­po­wied­niejsi, po­nie­waż wszy­scy wy­da­wali się bar­dzo sym­pa­tyczni. Przyj­rza­łem się rów­nież uważ­nie dzie­ciom z wy­spy. Więk­szość z nich na­prawdę miała okrą­głe po­liczki, do­kład­nie ta­kie, ja­kie mama ży­czyła so­bie zo­ba­czyć na mo­jej twa­rzy, kiedy wrócę do domu.

- Po­dejdź­cie do mnie wszy­scy! - za­wo­łał Pe­ter, gdy my i cały nasz ba­gaż opu­ści­li­śmy w końcu łódź. - Do­ro­śli niech staną tu­taj, a dzieci tam. Będę was wy­wo­ły­wać po na­zwi­sku.

Wy­jął z kie­szeni li­stę.

- Za­czniemy od A - wy­ja­śnił. - Anna An­der­sen?

Dziew­czynka w moim wieku pod­nio­sła rękę.

- To ja.

- Anno, ser­decz­nie wi­tamy na wy­spie. Za­miesz­kasz u pań­stwa Lund. Zdaje się, że gdzieś wi­dzia­łem pana Lund. Jest pan tu?

- Tak, tak, oczy­wi­ście, że je­stem - po­wie­dział męż­czy­zna z do­łecz­kami w po­licz­kach i pod­szedł bli­żej.

- Do­sko­nale! - ucie­szył się Pe­ter. - Droga Anno, pan Lund ho­duje owce. On i jego żona miesz­kają w ma­łym go­spo­dar­stwie we wschod­niej czę­ści wy­spy. To do­brzy lu­dzie. Mają ko­cięta, szcze­niaka, ja­gnięta i ża­glówkę. Je­stem pewny, że bę­dziesz miała u nich jak w raju.

Pan Lund ski­nął głową, pa­trząc na Annę. Dziew­czynka od­po­wie­działa uśmie­chem. Wy­raź­nie jej ulżyło.

Szczę­ściara, po­my­śla­łem. Ja też chcia­łem tra­fić do pań­stwa Lund.

Pe­ter wy­wo­ły­wał da­lej dzieci i wkrótce do­sze­dłem do wnio­sku, że więk­szość z nich miała ogromne szczę­ście, bo wszy­scy miesz­kańcy wy­spy mieli ko­cięta, tru­skawki w ogro­dzie, łódkę, uśmiech­niętą twarz i otwarte ra­miona, któ­rymi obej­mo­wali dzieci i przy­tu­lali je do sie­bie ser­decz­nie, cho­ciaż wcale ich nie znali.

- Oscar i Ella Clem - wy­czy­tał Pe­ter.

- Tak. Tu­taj - od­parł Oscar i wy­stą­pił z sze­regu, trzy­ma­jąc za rękę swoją sio­strę.

- Po­pa­trzmy. Tak. Wła­śnie. Wy idzie­cie do Sto­doły.

- Bę­dziemy miesz­kać w sto­dole?

- Nie. Idzie­cie do Sto­doły, przez duże S. A Sto­doła to ja. Pe­ter Sto­doła.

- Idziemy do pana! - za­wo­łał ura­do­wany Oscar.

- W rze­czy sa­mej - przy­tak­nął Pe­ter. - Wi­dzi­cie tam­ten dom?

Wska­zał małą chatkę ze spa­dzi­stym da­chem obok ko­ścioła.

- W kuchni znaj­dzie­cie chleb, ma­sło i dżem. To te­raz bie­giem na dru­gie śnia­da­nie! Przyjdę do was, jak tylko tu skoń­czę.

Oscar i Ella uśmiech­nęli się, za­brali każde swoją wa­lizkę i ru­szyli w stronę dżemu.

Ro­zej­rza­łem się do­okoła. Na na­brzeżu zo­stało już nie­wiele dzieci. Pe­ter wy­czy­ty­wał ko­lejne imiona. Ja­kiś Mar­tin, ja­kaś Ruth i ja­kaś Sy­lvia. Wszy­scy ode­szli za­do­wo­leni ze swo­imi wa­ka­cyj­nymi ro­dzi­cami.

- Na li­ście zo­stało już tylko jedno na­zwi­sko. Zdaje się, że cho­dzi o cie­bie. To­bias Whim? - upew­nił się Pe­ter.

- Tak - po­twier­dzi­łem.

- No wła­śnie...

I za­milkł.

Znowu ro­zej­rza­łem się do­okoła. Na przy­stani nie było już ni­kogo poza Pe­te­rem i mną. Nikt z do­ro­słych nie przy­szedł, żeby mnie ode­brać.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki