Pani Śmierć. Najsłynniejsza snajperka frontu wschodniego - Ludmiła Pawliczenko

-
Proszę czekać

Słowo do czytelników

Bohater Związku Ra­dziec­kie­go L. M. Paw­li­czen­ko jest je­dy­ną ko­bie­tą snaj­pe­rem, któ­ra na swo­im kon­cie ma 309 zli­kwi­do­wa­nych żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów prze­ciw­ni­ka. Znaj­du­je się ona w gro­nie naj­po­pu­lar­niej­szych w na­szym kra­ju i za gra­ni­cą SZE­RE­GO­WYCH uczest­ni­ków II woj­ny świa­to­wej. W la­tach 1942-1945 na fron­cie ra­dziec­ko-nie­miec­kim roz­po­wszech­nio­no po­nad sto ty­się­cy ulo­tek z jej po­do­bi­zną (a Lud­mi­ła Mi­chaj­łow­na była pięk­ną ko­bie­tą) i we­zwa­niem "Uderz wro­ga cel­nie!". Po śmier­ci Lud­mi­ły Paw­li­czen­ko w 1974 roku jej imie­niem na­zwa­no sta­tek Mi­ni­ster­stwa Go­spo­dar­ki Ryb­nej ZSRR, jed­ną z ulic w cen­trum Se­wa­sto­po­la oraz szko­łę nr 3 w mie­ście Bia­ła Cer­kiew w ob­wo­dzie ki­jow­skim, do któ­rej uczęsz­cza­ła od kla­sy pierw­szej do siód­mej.

Kom­plet­ną, szcze­rą bio­gra­fię bo­ha­ter­ki czy­ta się jak naj­bar­dziej zaj­mu­ją­cą po­wieść. Są w tej po­wie­ści kar­ty tra­gicz­ne - prze­cież Paw­li­czen­ko, wstą­piw­szy 26 czerw­ca 1941 roku na ochot­ni­ka w sze­re­gi Ar­mii Czer­wo­nej, wraz ze swo­im 54. Puł­kiem Strzel­ców prze­by­ła cięż­ką dro­gę od­wro­tu od za­chod­nich gra­nic kra­ju do Ode­ssy. Są też stro­ni­ce he­ro­icz­ne: pod­czas obro­ny tego mia­sta w cią­gu dwóch mie­się­cy zli­kwi­do­wa­ła ona 187 fa­szy­stów. Obro­na Se­wa­sto­po­la jesz­cze bar­dziej roz­sła­wi­ła naj­lep­sze­go snaj­pe­ra 25. Dy­wi­zji Strzel­ców "Cza­pa­jew­skiej", po­nie­waż wte­dy licz­ba za­bi­tych wro­gów na jej pry­wat­nym kon­cie wzro­sła do 309. Są też wresz­cie stro­ni­ce li­rycz­ne: na woj­nie Lud­mi­ła spo­tka­ła swo­ją wiel­ką mi­łość - od­waż­ny to­wa­rzysz z puł­ku, pod­po­rucz­nik Alek­siej Ar­ka­dje­wicz Ki­cen­ko zo­stał jej mę­żem.

Zgod­nie z de­cy­zją J. W. Sta­li­na w sierp­niu 1942 roku mło­dzie­żo­wa de­le­ga­cja kom­so­mol­ska w skła­dzie N. Kra­saw­czen­ko, W. Pcze­lin­cew i L. Paw­li­czen­ko wy­le­cia­ła do USA, by tam uczest­ni­czyć w pra­cach Świa­to­we­go Zgro­ma­dze­nia Mło­dzie­ży. Kom­so­mol­cy mie­li za za­da­nie agi­to­wać na rzecz jak naj­szyb­sze­go otwar­cia dru­gie­go fron­tu w Eu­ro­pie Za­chod­niej...

Po­mi­mo za­ka­zu Paw­li­czen­ko pro­wa­dzi­ła na woj­nie pa­mięt­nik, w któ­rym ro­bi­ła bar­dzo krót­kie za­pi­sy, choć snaj­pe­ro­wi nie co­dzien­nie uda­wa­ło się wziąć do ręki ołó­wek czy dłu­go­pis. Wal­ki w Se­wa­sto­po­lu cha­rak­te­ry­zo­wa­ły się za­cię­to­ścią i okru­cień­stwem.

Prze­szedł­szy w roku 1953 w stan spo­czyn­ku (w stop­niu ma­jo­ra Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej), Lud­mi­ła Mi­chaj­łow­na przy­po­mnia­ła so­bie o swo­ich no­tat­kach z cza­sów woj­ny. Bę­dąc z wy­kształ­ce­nia hi­sto­ry­kiem, z po­wa­gą od­no­si­ła się do pa­mięt­ni­kar­stwa i była zda­nia, że opu­bli­ko­wa­nie ich bę­dzie się wią­za­ło z dłu­go­trwa­łą pra­cą w bi­blio­te­kach i ar­chi­wach. Pierw­szy krok w tym kie­run­ku zro­bi­ła w 1958 roku, kie­dy to na za­mó­wie­nie Pań­stwo­we­go Wy­daw­nic­twa Po­li­tycz­ne­go na­pi­sa­ła nie­wiel­kich roz­mia­rów bro­szu­rę (72 stro­ny) pod ty­tu­łem Bo­ha­ter­ska hi­sto­ria praw­dzi­wa. Obro­na Se­wa­sto­po­la[1], a na­stęp­nie sze­reg ar­ty­ku­łów dla róż­nych opra­co­wań zbio­ro­wych i cza­so­pism. Nie były to jed­nak wspo­mnie­nia z cza­sów służ­by snaj­per­skiej, a ra­czej ma­ją­ce cha­rak­ter ogól­ny opo­wie­ści o naj­istot­niej­szych wy­da­rze­niach, któ­re roz­gry­wa­ły się na przed­niej po­zy­cji oraz na ty­łach Se­wa­sto­pol­skie­go Re­jo­nu Obron­ne­go w okre­sie od paź­dzier­ni­ka 1941 roku do lip­ca 1942.

Po opu­bli­ko­wa­niu tych ma­te­ria­łów L. M. Paw­li­czen­ko zo­sta­ła w 1964 roku przy­ję­ta do Związ­ku Dzien­ni­ka­rzy ZSRR, w któ­rym ob­ję­ła sta­no­wi­sko se­kre­ta­rza sek­cji wo­jen­no-hi­sto­rycz­nej od­dzia­łu w Mo­skwie.

Dzię­ki ści­słym kon­tak­tom z ko­le­ga­mi po pió­rze oraz ak­tyw­ne­mu udzia­ło­wi w wo­jen­no-pa­trio­tycz­nym wy­cho­wa­niu do­ra­sta­ją­ce­go po­ko­le­nia, Paw­li­czen­ko do­szła do wnio­sku, że książ­ka, któ­rej au­to­rem jest star­szy sier­żant - do­wód­ca plu­to­nu strzel­ców wy­bo­ro­wych, w do­dat­ku za­wie­ra­ją­ca wia­ry­god­ny opis licz­nych szcze­gó­łów służ­by w pie­cho­cie, może wzbu­dzić za­in­te­re­so­wa­nie dzi­siej­szych czy­tel­ni­ków.

W koń­cu lat 60. za­czę­ły się po­ja­wiać nie tyl­ko wspo­mnie­nia au­tor­stwa wy­so­kich ran­gą do­wód­ców, do­ty­czą­ce po­myśl­nych ope­ra­cji Ar­mii Ra­dziec­kiej w roku 1944 i 1945, lecz tak­że szcze­re wy­zna­nia do­wód­ców i pra­cow­ni­ków po­li­tycz­nych Ar­mii Czer­wo­nej o trud­nych, a nie­kie­dy na­wet tra­gicz­nych po­cząt­kach Wiel­kiej Woj­ny Oj­czyź­nia­nej. Moż­na tu przy­wo­łać wspo­mnie­nia I. I. Aza­ro­wa Ob­lę­żo­na Ode­ssa[2], zbio­rek Przy czar­no­mor­skich twier­dzach[3], w któ­rym zna­la­zły się ar­ty­ku­ły by­łe­go do­wód­cy 25. Dy­wi­zji "Cza­pa­jew­skiej" T. K. Ko­ło­mij­ca; L. M. Paw­li­czen­ko; by­łe­go gru­po­we­go kom­so­mol­skie­go 54. Puł­ku J. J. Waś­kow­skie­go oraz wspo­mnie­nia sze­re­go­we­go uczest­ni­ka obro­ny Ode­ssy N. M. Alesz­czen­ko Oni bro­ni­li Ode­ssy (wyd. DO­SA­AF, Mo­skwa 1970).

Za­po­znaw­szy się z tre­ścią wspo­mnia­nych wy­żej pu­bli­ka­cji, Lud­mi­ła Mi­chaj­łow­na przy­stą­pi­ła do pra­cy. No­si­ła się z za­mia­rem na­pi­sa­nia o wszyst­kich szcze­gó­łach pra­cy snaj­pe­ra na fron­cie: o me­to­dach przy­go­to­wy­wa­nia się, tak­ty­ce na polu wal­ki, a naj­bar­dziej o bro­ni, któ­rą do­brze zna­ła i na­mięt­nie ko­cha­ła. W la­tach 40. i 50. ta­kie in­for­ma­cje ab­so­lut­nie nie mo­gły­by jed­nak uj­rzeć świa­tła dzien­ne­go, choć jed­no­cze­śnie bez nich mó­wie­nie o star­ciach strzel­ców wy­bo­ro­wych z prze­ciw­ni­kiem by­ło­by nie­peł­ne. Ma­jąc to wszyst­ko na uwa­dze, Paw­li­czen­ko skru­pu­lat­nie do­bie­ra­ła ma­te­ria­ły i po­szu­ki­wa­ła opty­mal­nej for­my li­te­rac­kiej dla swo­ich rę­ko­pi­sów. Ro­zu­mia­ła, że okres dwu­dzie­stu lat, któ­re upły­nę­ły od za­koń­cze­nia Wiel­kiej Woj­ny Oj­czyź­nia­nej, w ża­den spo­sób nie sprzy­ja wcie­le­niu w ży­cie po­wzię­tych za­mia­rów. Wie­lu spraw nie spo­sób było so­bie przy­po­mnieć, a licz­ne no­tat­ki prze­pa­dły. Oprócz tego nie­ma­ło cen­nych do­ku­men­tów i fo­to­gra­fii z pry­wat­ne­go ar­chi­wum au­tor­ki prze­ka­za­no już wte­dy do mu­ze­ów - Cen­tral­ne­go Mu­zeum Sił Zbroj­nych ZSRR w Mo­skwie oraz do Pań­stwo­we­go Mu­zeum Bo­ha­ter­skiej Obro­ny i Wy­zwo­le­nia Se­wa­sto­po­la.

Nie­ste­ty cięż­ka i dłu­go­trwa­ła cho­ro­ba prze­szko­dzi­ła słyn­nej bo­ha­ter­ce ukoń­czyć pra­cę i uj­rzeć wy­da­ne wspo­mnie­nia snaj­pe­ra. Frag­men­ty tego rę­ko­pi­su oca­la­ły dzię­ki sta­ra­niom Lu­bow Da­wy­dow­ny Kra­szen­ni­ko­wej-Paw­li­czen­ko, wdo­wie po synu Lud­mi­ły Mi­chaj­łow­ny - Ro­sti­sła­wie Alek­sie­je­wi­czu Paw­li­czen­ko.

A. I. Biegunowa

autor opracowania

Przypisy

[1] Л. М. Павличенко, Героическая быль. Оборона Севастополя 1941-1942 гг., Москва 1958.

[2] И. И. Азаров, Осаждённая Одесса, Москва 1966.

[3] Сборник военных мемуаров. У черноморских твердынь, Москва 1967.

Roz­dział 1

Mury fabryczne

La­tem 1932 roku w ży­ciu na­szej ro­dzi­ny na­stą­pi­ła zna­czą­ca zmia­na. Z pro­win­cjo­nal­ne­go mia­stecz­ka Bo­hu­sław, znaj­du­ją­ce­go się na po­łu­dniu ob­wo­du ki­jow­skie­go, prze­nie­śli­śmy się do sto­li­cy Ukra­iny, gdzie za­ję­li­śmy miesz­ka­nie służ­bo­we przy­dzie­lo­ne mo­je­mu ojcu, Mi­cha­iło­wi Iwa­no­wi­czo­wi Bie­ło­wo­wi. Oj­ciec - pra­cow­nik Lu­do­we­go Ko­mi­sa­ria­tu Spraw We­wnętrz­nych (NKWD) - otrzy­mał sta­no­wi­sko w cen­tral­nym apa­ra­cie tego re­sor­tu w na­gro­dę za su­mien­ne wy­ko­ny­wa­nie swo­ich obo­wiąz­ków.

Był on czło­wie­kiem so­lid­nym, sro­gim i od­da­nym służ­bie. W mło­do­ści pra­co­wał jako ślu­sarz w du­żej fa­bry­ce, by­wał na fron­tach I woj­ny świa­to­wej, wstą­pił w sze­re­gi par­tii ko­mu­ni­stycz­nej (któ­ra na­zy­wa­ła się wów­czas RSDRP) i uczest­ni­czył w wy­da­rze­niach re­wo­lu­cyj­nych w Pio­tro­gro­dzie. Na­stęp­nie od­by­wał służ­bę w ran­dze ko­mi­sa­rza puł­ku 24. Dy­wi­zji Strze­lec­kiej oraz wal­czył z od­dzia­ła­mi bia­ło­gwar­dzi­stów Koł­cza­ka na środ­ko­wym Po­woł­żu i po­łu­dnio­wym Ura­lu. W stan spo­czyn­ku prze­szedł w 1923 roku, w wie­ku 28 lat, jed­nak­że do koń­ca swych dni ży­wił sza­cu­nek dla mun­du­ru woj­sko­we­go. Tak więc my, jako ro­dzi­na, wi­dy­wa­li­śmy go na ogół w tym sa­mym ty­pie odzie­ży: ga­bar­dy­no­wym fren­czu w bar­wach ochron­nych z wy­kła­da­nym koł­nie­rzem, z Or­de­rem Czer­wo­ne­go Sztan­da­ru na pier­si, gra­na­to­wych bry­cze­sach i ofi­cer­kach ze skó­ry chro­mo­wej.

Ma się ro­zu­mieć, że ostat­nie sło­wo w ro­dzin­nych spo­rach (je­śli ta­ko­we się po­ja­wia­ły) za­wsze na­le­ża­ło do taty. Jed­nak­że moja po­czci­wa ma­tuch­na, Je­le­na Tro­fi­mow­na Bie­ło­wa, ab­sol­went­ka gim­na­zjum żeń­skie­go we Wło­dzi­mie­rzu, za­wsze wie­dzia­ła, jak zła­go­dzić su­ro­wy cha­rak­ter ojca. Była ko­bie­tą pięk­ną, o wiot­kiej, jak­by wy­rzeź­bio­nej fi­gu­rze, z buj­ny­mi ciem­no­kasz­ta­no­wy­mi wło­sa­mi i piw­ny­mi ocza­mi, któ­re roz­świe­tla­ły jej twarz ja­kimś nie­zwy­kłym świa­tłem.

Mama do­brze zna­ła ję­zy­ki obce, któ­rych uczy­ła w szko­le. Była przez uczniów bar­dzo lu­bia­na. Zmie­nia­jąc lek­cję w swe­go ro­dza­ju grę, two­rzy­ła sy­tu­ację, w któ­rej ucznio­wie do­sko­na­le za­pa­mię­ty­wa­li wszyst­kie eu­ro­pej­skie sło­wa - tak prze­cież obce ję­zy­ko­wi ro­syj­skie­mu. Dzie­ci, któ­re uczy­ła, nie tyl­ko więc świet­nie czy­ta­ły, ale i mó­wi­ły.

W taki sam spo­sób mama uczy­ła nas - mnie oraz moją star­szą sio­strę Wa­len­ti­nę. Dzię­ki niej już we wcze­snym dzie­ciń­stwie po­zna­ły­śmy kla­sy­kę li­te­ra­tu­ry ro­syj­skiej, po­nie­waż utwo­ry Pusz­ki­na, Ler­mon­to­wa, Go­go­la, Lwa Toł­sto­ja, Cze­cho­wa, Mak­sy­ma Gor­kie­go czy Ku­pri­na znaj­do­wa­ły się w na­szej do­mo­wej bi­blio­tecz­ce. Moja sio­stra, z uwa­gi na swój ła­god­ny, ma­rzy­ciel­ski cha­rak­ter, oka­za­ła się bar­dziej otwar­ta na ob­ra­zy utrwa­lo­ne w li­te­ra­tu­rze, mnie zaś po­chło­nę­ła hi­sto­ria, a ści­śle mó­wiąc - wo­jen­na prze­szłość na­sze­go wiel­kie­go kra­ju.

Za­nim prze­nie­śli­śmy się do Bo­hu­sła­wia, przez kil­ka lat miesz­ka­li­śmy w miej­sco­wo­ści Bia­ła Cer­kiew w ob­wo­dzie ki­jow­skim. Tam uczęsz­cza­łam do szko­ły nr 3, tam też bez­tro­sko upły­nę­ły moje dzie­cię­ce i mło­dzień­cze lata. Na uli­cy Pri­wok­zal­nej, przy któ­rej miesz­ka­li­śmy, dzie­ci żyły ze sobą w zgo­dzie i przy­jaź­ni. Ba­wi­li­śmy się w po­li­cjan­tów i zło­dziei, la­tem pły­wa­li­śmy łód­ka­mi po rze­ce Roś, cho­dzi­li­śmy na spa­ce­ry do sta­re­go i pięk­ne­go par­ku "Alek­san­dria", a je­sie­nią urzą­dza­li­śmy na­jaz­dy na miej­sco­we sady. Wa­ta­sze na­sto­lat­ków prze­wo­dzi­łam ja, po­nie­waż naj­le­piej strze­la­łam z pro­cy, naj­szyb­ciej bie­ga­łam, do­brze pły­wa­łam i ni­g­dy nie ba­łam się za­ini­cjo­wać bój­ki, pierw­sza wy­mie­rza­jąc prze­ciw­ni­ko­wi cios pię­ścią w twarz.

Za­prze­sta­łam jed­nak szcze­nię­cych wy­bry­ków, kie­dy skoń­czy­łam za­le­d­wie 15 lat. Usta­ły nie­ocze­ki­wa­nie, jed­ne­go dnia. Spo­glą­da­jąc w prze­szłość, mo­gła­bym przy­rów­nać to wy­da­rze­nie do pry­wat­ne­go koń­ca świa­ta, do do­bro­wol­ne­go ośle­pie­nia się i utra­ty ro­zu­mu. Taka była wła­śnie moja pierw­sza, szkol­na mi­łość. Pa­mięć o niej po­zo­sta­nie ze mną do koń­ca mych dni, po­brzmie­wa­jąc na­zwi­skiem tego czło­wie­ka - PAW­LI­CZEN­KO.

Na szczę­ście mój syn Ro­sti­sław zu­peł­nie nie przy­po­mi­na ojca - jest czło­wie­kiem do­brym, opa­no­wa­nym, o wy­glą­dzie cha­rak­te­ry­stycz­nym dla człon­ków na­szej ro­dzi­ny: ma piw­ne oczy, buj­ne ciem­ne wło­sy, wy­so­ki wzrost i so­lid­ną bu­do­wę cia­ła. Mimo wszyst­ko na­le­ży prze­cież do rodu BIE­ŁO­WÓW i god­nie kon­ty­nu­uje na­sze tra­dy­cje słu­że­nia Oj­czyź­nie. Sła­wa z wy­ni­kiem bar­dzo do­brym ukoń­czył pra­wo na Mo­skiew­skim Uni­wer­sy­te­cie Pań­stwo­wym i Wyż­szą Szko­łę KGB. Nosi za­szczyt­ny ty­tuł ofi­ce­ra ra­dziec­kie­go. Je­stem z nie­go dum­na...

W Ki­jo­wie urzą­dzi­li­śmy się względ­nie szyb­ko i po­wo­li przy­zwy­cza­ja­li­śmy się do zgieł­ku sto­li­cy. Ojca, któ­ry peł­nił służ­bę do póź­nych go­dzin wie­czor­nych, wi­dy­wa­li­śmy rzad­ko, dla­te­go też na­sze wspól­ne roz­mo­wy z nim od­by­wa­ły się zwy­kle w kuch­ni po ko­la­cji. Mama sta­wia­ła na sto­le sa­mo­war i przy fi­li­żan­ce go­rą­ce­go na­pa­ru mo­gli­śmy dys­ku­to­wać z ro­dzi­ca­mi na róż­ne te­ma­ty i za­da­wać im naj­prze­róż­niej­sze py­ta­nia. I tak już wkrót­ce mia­ła się od­być naj­waż­niej­sza roz­mo­wa.

- Co za­tem za­mier­za­cie ro­bić, dro­gie dzie­ci? - za­py­tał tata, le­ni­wie po­cią­ga­jąc łyk her­ba­ty.

- Na ra­zie jesz­cze nie wie­my. - Pierw­sza, zgod­nie z za­sa­dą star­szeń­stwa, od­po­wie­dzia­ła Wa­len­ti­na.

- Po­win­ny­ście po­my­śleć o pra­cy - po­wie­dział tata.

- O ja­kiej pra­cy? - zdzi­wi­ła się moja sio­stra.

- O do­brej pra­cy, w do­brym miej­scu i z go­dzi­wym wy­na­gro­dze­niem.

- Ależ tato - za­opo­no­wa­łam - skoń­czy­łam tyl­ko 7 klas i chcę kon­ty­nu­ować na­ukę.

- Na na­ukę, Lud­mi­ło, ni­g­dy nie jest za póź­no - sta­now­czo od­parł oj­ciec. - A na roz­po­czę­cie ka­rie­ry pra­cow­ni­czej, przy czym z wła­ści­wą ad­no­ta­cją w an­kie­cie per­so­nal­nej, jest obec­nie naj­lep­szy mo­ment. Tym bar­dziej że już się umó­wi­łem, przyj­mą was.

- A gdzie? - Ka­pry­śnie za­ci­snę­ła usta moja sio­stra.

- W fa­bry­ce "Ar­se­nał".

Gdy idzie się od par­ku "Askol­do­wa Mo­gi­ła", po le­wej stro­nie roz­po­ście­ra się sze­ro­ka ta­fla Dnie­pru, po pra­wej zaś prze­bie­ga pro­sta i nie­zbyt dłu­ga uli­ca Ar­se­nal­na (w 1941 roku prze­mia­no­wa­na na Mo­skiew­ską - przyp. red. ros.). Na po­cząt­ku tej uli­cy znaj­du­je się bar­dzo oka­za­ły bu­dy­nek wznie­sio­ny za cza­sów pa­no­wa­nia cara Mi­ko­ła­ja I. Są to Pra­cow­nie Ar­se­na­łu. Krą­ży le­gen­da, że sam im­pe­ra­tor po­ło­żył pierw­szą ce­głę pod ich fun­da­ment. Mury bu­dyn­ku mają sze­ro­kość dwóch me­trów, się­ga­ją do wy­so­ko­ści dru­gie­go pię­tra, a ze wzglę­du na ich ja­sno­żół­ty ko­lor miej­sco­wi na­zy­wa­ją je por­ce­la­no­wy­mi.

W isto­cie jed­nak ani pra­cow­nie, ani są­sia­du­ją­ca z nimi fa­bry­ka nie mia­ły nic wspól­ne­go z de­li­kat­ny­mi wy­ro­ba­mi z gli­ny. Fa­bry­kę wznie­sio­no na mocy de­kre­tu Ka­ta­rzy­ny Wiel­kiej i bu­do­wa­no dłu­go: od roku 1784 do 1803. Pro­du­ko­wa­no w niej dzia­ła, la­we­ty, ka­ra­bi­ny, ba­gne­ty, sza­ble, pa­ła­sze i inny sprzęt woj­sko­wy.

W cza­sach Związ­ku Ra­dziec­kie­go po­tęż­ne przed­się­bior­stwo za­ję­ło się tak­że pro­duk­cją na po­trze­by go­spo­dar­ki na­ro­do­wej: wy­twa­rza­no płu­gi, zam­ki, po­jaz­dy za­przę­go­we, sprzęt dla mły­nów i cu­krow­ni. Pra­cow­ni­cy "Ar­se­na­łu" pra­co­wa­li w po­cie czo­ła i w 1923 roku zo­sta­li od­zna­cze­ni przez ukra­iń­ski rząd na­gro­dą Or­de­ru Czer­wo­ne­go Sztan­da­ru Pra­cy.

Bu­dy­nek fa­bry­ki spodo­bał mi się od pierw­sze­go wej­rze­nia. Bar­dzo przy­po­mi­nał twier­dzę. Od­no­si­ło się wra­że­nie, że ten obiekt, zbu­do­wa­ny na pla­nie pro­sto­ką­ta (168×135 m), z wiel­kim dzie­dziń­cem i basz­tą, za­okrą­glo­ny­mi mu­ra­mi we­wnętrz­ny­mi, któ­rych pierw­szy po­ziom ozdo­bio­ny był po­tęż­ną drew­nia­ną ru­sty­ką, nie­ja­ko spły­nął z daw­nej gra­wiu­ry ba­ta­li­stycz­nej. Bra­ko­wa­ło je­dy­nie fosy przy mu­rach, mo­stu zwo­dzo­ne­go i cięż­kich wrót, któ­rych strze­gą wo­jow­ni­cy w lśnią­cych zbro­jach.

Kie­dy ja i moja sio­stra do­peł­ni­ły­śmy nie­zbęd­nych for­mal­no­ści (jak na przy­kład pod­pi­sa­nie klau­zu­li o za­ka­zie ujaw­nia­nia ta­jem­ni­cy pań­stwo­wej), zo­sta­ły­śmy za­li­czo­ne w po­czet gar­ni­zo­nu owej "twier­dzy". Wa­len­ti­nę, któ­ra mia­ła już ukoń­czo­ne 18 lat, a poza tym le­gi­ty­mo­wa­ła się śred­nim wy­kształ­ce­niem, za­trud­nio­no jako oso­bę przy­dzie­la­ją­cą nor­my do wy­pra­co­wa­nia przez każ­de­go z pra­cow­ni­ków, mnie zaś - z uwa­gi na ma­ło­let­niość (mia­łam wów­czas za­le­d­wie 16 lat) i brak ja­kie­go­kol­wiek do­świad­cze­nia - jako ro­bot­ni­ka nie­wy­kwa­li­fi­ko­wa­ne­go.

Wy­star­czy­ło pół roku, bym się wdro­ży­ła w rytm ży­cia fa­brycz­ne­go i za­przy­jaź­ni­ła z in­ny­mi pra­cow­ni­ka­mi. Przy­ję­to mnie do Kom­so­mo­łu. W maju 1934 roku zo­sta­łam prze­nie­sio­na do ce­chu ob­rób­ki me­ta­li, gdzie przez mniej wię­cej mie­siąc by­łam uczen­ni­cą, a na­stęp­nie otrzy­ma­łam pra­wo do sa­mo­dziel­ne­go wy­ko­ny­wa­nia za­wo­du i wkrót­ce zdo­by­łam kwa­li­fi­ka­cję to­ka­rza szó­stej kla­sy.

To były cie­ka­we cza­sy.

"Ar­se­nał" zmie­niał się do­słow­nie na na­szych oczach. Do­star­cza­no nam ma­szy­ny - już ro­dzi­mej pro­duk­cji, mon­to­wa­no no­wo­cze­śniej­szy sprzęt, wzra­sta­ła moc prze­ro­bo­wa, re­kon­stru­owa­no sta­re po­miesz­cze­nia. Lu­dzie za­trud­nie­ni w fa­bry­ce, do­strze­ga­jąc sta­ra­nia władz ukie­run­ko­wa­ne na wzrost pro­duk­cji prze­my­sło­wej, od­wdzię­cza­li im się wy­tę­żo­ną pra­cą. Na­wia­sem mó­wiąc, wy­raź­nie wzro­sły też staw­ki, a prze­cież wszy­scy ope­ra­to­rzy ma­szyn w na­szym ce­chu pra­co­wa­li w akor­do­wym sys­te­mie wy­na­gra­dza­nia.

Ja tak­że nie mia­łam po­wo­dów do na­rze­kań. Do dys­po­zy­cji od­da­no mi to­kar­kę pro­duk­cyj­ną "DIP 300" ("Do­go­ni­my i prze­go­ni­my kra­je ka­pi­ta­li­stycz­ne") z me­cha­ni­zmem re­gu­lo­wa­nia pręd­ko­ści, wy­pro­du­ko­wa­ną przez mo­skiew­ską wy­twór­nię "Czer­wo­ny Pro­le­ta­riusz" w 1933 roku. Ma­szy­na słu­ży­ła do ob­rób­ki po­wierzch­ni cy­lin­drycz­nych, stoż­ko­wych i trud­no do­stęp­nych - nie tyl­ko z ze­wnątrz, ale i od we­wnątrz.

I tak so­bie wła­śnie ob­ra­bia­łam.

Je­śli mnie pa­mięć nie myli, to z re­gu­ły były to wały do wszel­kich moż­li­wych prze­kład­ni re­duk­cyj­nych. W cią­gu jed­ne­go cy­klu przej­ścia noża to­kar­skie­go skra­wa­łam od 0,5 do 3 mm (a cza­sa­mi i wię­cej) me­ta­lu. Pręd­kość skra­wa­nia do­sto­so­wy­wa­łam do twar­do­ści me­ta­lu i wy­trzy­ma­ło­ści ostrza noża to­kar­skie­go. Noże owe w więk­szo­ści wy­ko­ny­wa­no ze sta­li wę­glo­wej, cho­ciaż by­wa­ły i inne - na przy­kład z przy­lu­to­wa­ny­mi pły­ta­mi z wy­jąt­ko­wo twar­dych sto­pów wol­fra­mu i ty­ta­nu.

Do dziś wy­cho­dzą­ce spod ostrza noża to­kar­skie­go nie­bie­sko­fio­le­to­we wió­ry me­ta­lu wy­da­ją mi się nie­zwy­kle pięk­ne. Na­wet naj­tward­szy me­tal ustę­pu­je pod na­ci­skiem siły czło­wie­ka. Wy­star­czy tyl­ko skon­stru­ować taką spryt­ną ma­szyn­kę...

Na­sza fa­bry­ka, zrze­sza­jąc lu­dzi pra­cy, za­pew­nia­ła im efek­tyw­ne spę­dza­nie wol­ne­go cza­su. Co praw­da klub fa­brycz­ny nie na­le­żał do oka­za­łych: był nie­du­ży, rze­kła­bym na­wet, że cia­sny, mimo wszyst­ko jed­nak po­miesz­czeń wy­star­cza­ło, by móc or­ga­ni­zo­wać tam róż­no­ra­kie za­ję­cia. Ist­nia­ło za­tem kół­ko te­atral­ne "Nie­bie­ska blu­za", pra­cow­nia sztuk pla­stycz­nych, gdzie uczo­no ry­so­wa­nia oraz pro­wa­dzo­no kur­sy kro­ju i szy­cia (rzecz bar­dzo przy­dat­na dla ko­biet), kół­ko szy­bow­nic­twa, do­stęp­ne były tak­że za­ję­cia ze strze­lec­twa. W auli re­gu­lar­nie urzą­dza­no wspa­nia­łe wie­czor­ki świą­tecz­ne, or­ga­ni­zo­wa­ne pod ha­słem "Spo­tka­nie trzech po­ko­leń". Od­da­wa­no na nich ho­no­ry we­te­ra­nom re­wo­lu­cji, woj­ny do­mo­wej oraz mło­dym przo­dow­ni­kom pra­cy, któ­rym uda­ło się wy­pra­co­wać 50 pro­cent i wię­cej po­nad nor­mę.

Z po­cząt­ku ja oraz moja przy­ja­ciół­ka (któ­ra mnie do tego na­mó­wi­ła) za­pi­sa­ły­śmy się do kół­ka szy­bow­nic­twa. O lot­nic­twie i wy­czy­nach jego adep­tów ob­szer­nie pi­sa­ły ga­ze­ty, tak więc z en­tu­zja­zmem uczest­ni­czy­ły­śmy w za­ję­ciach teo­re­tycz­nych i skru­pu­lat­nie no­to­wa­ły­śmy in­for­ma­cje na te­mat po­tę­gi skrzy­deł, o któ­rej w cza­sie wy­kła­du opo­wia­dał nam dziel­ny po­rucz­nik sił po­wietrz­nych. Jed­nak­że już pierw­szy lot z in­struk­to­rem zna­czą­co ostu­dził mój za­pał. Kie­dy więc tra­wia­sty pas lot­ni­ska z za­wrot­ną pręd­ko­ścią za­czął na­pie­rać pro­sto na nas, a za chwi­lę gwał­tow­nie po­szy­bo­wał w dół, za­krę­ci­ło mi się w gło­wie i po­czu­łam mdło­ści. "Po­wie­trze nie jest jed­nak moim ży­wio­łem - po­my­śla­łam. - Je­stem isto­tą czy­sto ziem­ską i po­win­nam stą­pać po twar­dym grun­cie..."

In­struk­tor dzia­ła­ją­ce­go przy na­szej fa­bry­ce kół­ka strze­lec­kie­go Fio­dor Kusz­czen­ko, pra­cu­ją­cy w na­szym ce­chu, bez­u­stan­nie agi­to­wał mło­dzież, na­ma­wia­jąc ją do uczęsz­cza­nia na za­ję­cia na strzel­ni­cy. Sam nie­daw­no ukoń­czył służ­bę w Ar­mii Czer­wo­nej, za­fa­scy­no­wał się tam strze­lec­twem i wszem wo­bec twier­dził, że w to­rze lotu kuli i osią­gnię­ciu przez nią celu jest coś nie­zwy­kle fa­scy­nu­ją­ce­go.

Fie­dia, chło­pak przy­stoj­ny i uj­mu­ją­cy, po­dob­ne­go ro­dza­ju hi­sto­ryj­ka­mi cza­ro­wał i mnie. Ja jed­nak w pa­mię­ci mia­łam lot szy­bow­cem, któ­ry po­waż­nie za­chwiał moją wia­rą we wła­sne siły, choć w mło­do­ści - co tu kryć! - wia­ra owa wy­da­je się bez­gra­nicz­na. Wznio­słe sło­wa Kusz­czen­ki uwa­ża­łam za­tem je­dy­nie za zwy­kły flirt. Moje nie­wiel­kie, ale su­ro­we już do­świad­cze­nie ży­cio­we pod­po­wia­da­ło: z osob­ni­ka­mi ro­dza­ju mę­skie­go trze­ba się mieć na bacz­no­ści.

Kie­dyś (rzecz dzia­ła się na ze­bra­niu kom­so­mol­skim) znu­dzi­ło mi się słu­cha­nie ba­jek Fio­do­ra i od­po­wie­dzia­łam na jed­ną z jego wy­po­wie­dzi w moc­no iro­nicz­nym to­nie. Chłop­cy sie­dzą­cy obok uzna­li moje sło­wa za przed­ni dow­cip i głoś-­ no się ro­ze­śmia­li. Nasz gru­po­wy kom­so­mol­ski czy­tał aku­rat dość nud­ny re­fe­rat o pra­cy człon­ków ukra­iń­skie­go Kom­so­mo­łu na rzecz przed­ter­mi­no­we­go wy­ko­na­nia pla­nu kwar­tal­ne­go w na­szym ce­chu i uznał, że chłop­cy śmie­ją się z nie­go. Cała sy­tu­acja moc­no go roz­gnie­wa­ła i za­owo­co­wa­ła utarcz­ką słow­ną po­mię­dzy nim a nie­któ­ry­mi obec­ny­mi na sali kom­so­mol­ca­mi. W oży­wio­nej dys­ku­sji po­ja­wi­ły się barw­ne epi­te­ty i nie­ocze­ki­wa­ne po­rów­na­nia, aż w koń­cu or­ga­ni­za­tor gru­py na­ka­zał opusz­cze­nie sali mnie i Kusz­czen­ce jako ini­cja­to­rom awan­tu­ry.

Przy­tło­cze­ni ta­kim fi­na­łem, ra­zem z Fio­do­rem skie­ro­wa­li­śmy się do wyj­ścia. Dzień pra­cy już się koń­czył i na­sze kro­ki głu­cho dud­ni­ły w pu­stym ko­ry­ta­rzu. Na­gle Kusz­czen­ko się ode­zwał:

- Mimo wszyst­ko po­win­ni­śmy się uspo­ko­ić.

- Po­win­ni­śmy - przy­tak­nę­łam.

- No to chodź­my na strzel­ni­cę.

- My­ślisz, że to po­mo­że?

- Oczy­wi­ście. Strze­la­nie to za­ję­cie dla lu­dzi spo­koj­nych. Cho­ciaż zdol­no­ści wro­dzo­ne tak­że są nie bez zna­cze­nia.

- Ja­kie zno­wu zdol­no­ści? - Nie mo­głam się po­wstrzy­mać przed za­da­niem zło­śli­we­go py­ta­nia.

- Naj­praw­dziw­sze. Na przy­kład cel­ne oko albo do­bre wy­czu­cie bro­ni - od­parł, po­brzę­ku­jąc pę­kiem klu­czy, któ­re wy­cią­gnął z kie­sze­ni skó­rza­nej kurt­ki.

Strzel­ni­ca znaj­do­wa­ła się na strze­żo­nym te­ry­to­rium fa­bry­ki, przy­le­ga­ją­cym do głów­ne­go bu­dyn­ku. Kie­dyś był to za­pew­ne ma­ga­zyn - ni­ski, dłu­gi bu­dy­nek z za­kra­to­wa­ny­mi okna­mi miesz­czą­cy­mi się nie­mal­że pod da­chem. Z per­spek­ty­wy mo­jej dzi­siej­szej wie­dzy mogę po­wie­dzieć, że strzel­ni­ca "Ar­se­na­łu" w po­ło­wie lat 30. speł­nia­ła wszel­kie nie­zbęd­ne nor­my dla tego typu obiek­tów. Było tam po­miesz­cze­nie ze sto­ła­mi, krze­sła­mi i za­wie­szo­ną na ścia­nie ta­bli­cą słu­żą­cą do pro­wa­dze­nia za­jęć teo­re­tycz­nych, nie­wiel­ka zbro­jow­nia z za­my­ka­ny­mi na klucz szaf­ka­mi na ka­ra­bi­ny i pi­sto­le­ty, sejf na amu­ni­cję, punkt ostrza­łu po­zwa­la­ją­cy od­da­wać ogień z pod­pór­ki, z ko­la­na, na sto­ją­co i w po­zy­cji le­żą­cej (na ma­tach) oraz gru­be drew­nia­ne tar­cze z ce­la­mi umiesz­czo­ne w od­le­gło­ści 25 me­trów od punk­tu ostrza­łu.

Fio­dor otwo­rzył jed­ną z sza­fek i wy­cią­gnął z niej no­wiut­ki ka­ra­bin. Nie był on zbyt dłu­gi (mie­rzył tro­chę po­wy­żej me­tra - do­kład­nie: 111 cen­ty­me­trów), miał ma­syw­ną osa­dę z drew­na brzo­zo­we­go i gru­bą lufę. Ka­ra­bin, wy­pro­du­ko­wa­ny w fa­bry­ce bro­ni w Tule, zna­ny był w Związ­ku Ra­dziec­kim pod na­zwą TOZ-8. Pro­du­ko­wa­no go w la­tach 1932-1946 i wraz z jego mo­dy­fi­ka­cją, zna­ną jako TOZ-8M, wy­pusz­czo­no oko­ło mi­lio­na sztuk. Nie­za­wod­ny, ła­twy w eks­plo­ata­cji ka­ra­bin jed­no­strza­ło­wy ma­łe­go ka­li­bru z czte­ro­tak­to­wym zam­kiem śli­zgo­wo-ob­ro­to­wym na amu­ni­cję 5,6 ×16 mm bocz­ne­go za­pa­łu wier­nie słu­żył nie tyl­ko spor­tow­com, ale i my­śli­wym.

Pi­szę o tej bro­ni z cie­pły­mi uczu­cia­mi, gdyż to wła­śnie od TOZ-8 roz­po­czę­ła się moja mi­łość do strze­lec­twa. To z nim wstą­pi­łam na swój pry­wat­ny "uni­wer­sy­tet snaj­per­ski".

Ist­nie­ją do­kład­ne wy­tycz­ne co do tego, jak na­le­ży po­stę­po­wać z bro­nią pal­ną, i mia­łam ci­chą na­dzie­ję, że wła­śnie od nich za­cznie moje szko­le­nie Kusz­czen­ko. On jed­nak po­stą­pił ina­czej: wrę­czył mi ka­ra­bin ze sło­wa­mi:

- Po­znaj­cie się!

Przy­znam szcze­rze, iż my­śla­łam, że broń pal­na jest dużo cięż­sza i że będę mia­ła pro­ble­my z utrzy­ma­niem jej w dło­niach, jed­nak­że ten ka­ra­bin wa­żył chy­ba mniej niż 3,5 ki­lo­gra­ma. Przy­wy­kła do ob­ra­bia­nia na to­kar­ce ma­te­ria­łów o du­żych nie­rzad­ko ga­ba­ry­tach, nie mu­sia­łam na­wet uży­wać spe­cjal­nie du­żej siły, by tę broń pod­nieść. Przy­jem­na była tak­że chłod­na twar­dość me­ta­lu na jego lu­fie i ko­mo­rze zam­ko­wej. Rę­ko­jeść zam­ka ka­ra­bi­nu, wy­su­nię­ta ku do­ło­wi, do­bit­nie świad­czy­ła o tym, że kon­struk­to­rzy nie za­po­mnie­li też o kom­for­cie użyt­kow­ni­ka bro­ni.

W pierw­szej ko­lej­no­ści Fio­dor za­pro­po­no­wał mi test "po­ręcz­no­ści ka­ra­bi­nu", czy­li - krót­ko mó­wiąc - spraw­dze­nie, czy broń mi od­po­wia­da. Nie mia­łam żad­nych za­strze­żeń co do tego; kol­bę ka­ra­bi­nu opar­łam o ra­mię, pra­wą dło­nią ob­ję­łam szyj­kę kol­by, zaś pa­lec wska­zu­ją­cy (a pal­ce mam dłu­gie) opar­łam na spu­ście. Te­raz wy­star­czy­ło już tyl­ko prze­chy­lić gło­wę w pra­wą stro­nę, oprzeć po­li­czek na bace i pra­wym okiem spoj­rzeć na musz­kę. Była wi­docz­na w ca­łej swej oka­za­ło­ści do­kład­nie po­środ­ku szczer­bin­ki.

- Te­raz już moż­na strze­lać - po­wie­dział Fio­dor.

- A na­bo­je?

- Chwil­ka... - In­struk­tor wziął ode mnie ka­ra­bin, za­ła­do­wał go i wy­ce­lo­wał. Roz­legł się gło­śny dźwięk przy­po­mi­na­ją­cy ude­rze­nie prę­tem w że­la­zo. Za­sko­czo­na ha­ła­sem wzdry­gnę­łam się. Kusz­czen­ko uśmiech­nął się.

- Mu­sisz się do tego przy­zwy­cza­ić. Spró­buj - uda ci się...

Ka­ra­bin znów zna­lazł się w mo­ich rę­kach. Sta­ran­nie po­wta­rza­jąc wszyst­kie eta­py przy­go­to­wań do strza­łu, na­ci­snę­łam spust. To był mój pierw­szy w ży­ciu wy­strzał. "Dro­biaż­dżek" (tak na­zy­wa­li­śmy TOZ-8) miał de­li­kat­ny od­rzut, a jako że za radą Fio­do­ra moc­no przy­ci­snę­łam kol­bę do ra­mie­nia, nie do­zna­łam żad­ne­go nie­przy­jem­ne­go uczu­cia po od­da­niu strza­łu. Kusz­czen­ko po­zwo­lił mi wy­strze­lić jesz­cze trzy razy, a póź­niej udał się w kie­run­ku tar­czy. Kie­dy roz­e­mo­cjo­no­wa­na ocze­ki­wa­łam na re­zul­ta­ty swo­ich prób, Fio­dor wró­cił z pa­pie­ro­wą kart­ką z za­zna­czo­nym na niej ce­lem, prze­szył mnie wzro­kiem i za­uwa­żył:

- Jak na po­cząt­ku­ją­cą to po pro­stu nie­wia­ry­god­ne. To oczy­wi­ste, że masz zdol­no­ści.

- Czyż­by wro­dzo­ne? - nie po­wstrzy­ma­łam się od żar­tu.

- Bez­względ­nie. - Mój pierw­szy tre­ner mó­wił ab­so­lut­nie po­waż­nie. Ni­g­dy wcze­śniej nie wi­dzia­łam Kusz­czen­ki wy­po­wia­da­ją­ce­go się tak sta­now­czo.

Za­ję­cia w na­szym kół­ku strze­lec­kim od­by­wa­ły się raz w ty­go­dniu - w so­bo­ty. Za­czy­na­li­śmy od szcze­gó­ło­we­go stu­dio­wa­nia bu­do­wy ka­ra­bi­nu ma­łe­go ka­li­bru, roz­bie­ra­li­śmy i skła­da­li­śmy za­mek ka­ra­bi­nu, uczy­li­śmy się wła­ści­wie dbać o broń: czy­ścić ją i sma­ro­wać. W po­miesz­cze­niu z ta­bli­cą uczest­ni­czy­li­śmy w za­ję­ciach, na któ­rych wy­kła­da­no pod­sta­wy ba­li­sty­ki. Do­wie­dzia­łam się tam na przy­kład, ku swe­mu zdu­mie­niu, że po­cisk zmie­rza do celu nie po li­nii pro­stej, a - za spra­wą siły bez­wład­no­ści, a tak­że wpły­wu siły cięż­ko­ści i opo­ru po­wie­trza - leci po łuku, a przy tym ob­ra­ca się wo­kół wła­snej osi.

Mie­li­śmy tak­że wy­kła­dy z hi­sto­rii bro­ni pal­nej. Dzie­je tego ro­dza­ju orę­ża się­ga­ją XIV wie­ku, kie­dy to wy­na­le­zio­no broń lon­to­wą i kie­dy roz­wój tech­ni­ki po raz pierw­szy po­zwo­lił na wy­ko­rzy­sta­nie wy­bu­cho­wych wła­ści­wo­ści pro­chu. Na­stęp­nie po­ja­wi­ły się i upo­wszech­ni­ły pi­sto­le­ty z zam­kiem skał­ko­wym, któ­ry póź­niej za­stą­pio­no zam­kiem ka­pi­szo­no­wym. Jed­nak na mia­no iście re­wo­lu­cyj­ne­go prze­wro­tu w ba­li­sty­ce za­słu­gu­je ko­niec XIX wie­ku, kie­dy to za­czę­to kon­stru­ować ka­ra­bi­ny z ma­ga­zyn­ka­mi, z gwin­to­wa­ną lufą i zam­ka­mi czte­ro­tak­to­wy­mi, śli­zgo­wo-ob­ro­to­wy­mi, co uła­twia­ło szyb­kie ła­do­wa­nie bro­ni oraz po­zwa­la­ło strze­lać da­lej i cel­niej.

W ogó­le broń pal­na sta­no­wi dla mnie naj­do­sko­nal­szy wy­twór rąk ludz­kich. Pod­czas jej kon­stru­owa­nia za­wsze wy­ko­rzy­sty­wa­no naj­now­sze tech­no­lo­gie, roz­wią­za­nia tech­nicz­ne zaś, nie­odzow­ne w przy­pad­ku jej wy­twa­rza­nia, do­sko­na­lo­no i do­pusz­cza­no do pro­duk­cji, któ­ra li­czo­na była w mi­lio­nach sztuk. W przy­pad­ku eg­zem­pla­rzy naj­bar­dziej uda­nych, któ­re za­słu­że­nie zy­ska­ły świa­to­wą re­no­mę, ge­nial­na zdo­bycz in­ży­nie­ryj­na za­wie­ra się w do­sko­na­łej, skoń­czo­nej for­mie. Broń pal­na jest na swój spo­sób pięk­na; przy­jem­nie wziąć ją w dło­nie, wy­god­nie się z niej ko­rzy­sta, za­skar­bi­ła so­bie mi­łość lu­dzi, któ­rzy za­bra­li ją na woj­nę - nie­wia­ry­god­nie okrut­ną. Nie­któ­re eg­zem­pla­rze (na przy­kład ka­ra­bin Mo­sin, pi­sto­let ma­szy­no­wy PPSz, ka­ra­bin ma­szy­no­wy RPD, pi­sto­let TT) sta­ły się na­wet swo­isty­mi sym­bo­la­mi epo­ki.

Dla mo­ich przy­ja­ciół na pierw­szym jed­nak miej­scu za­wsze był pro­ces strze­la­nia. Ćwi­czy­li­śmy na strzel­ni­cy, od­da­jąc strza­ły w po­zy­cji sto­ją­cej, le­żą­cej, ko­rzy­sta­jąc z pod­pór­ki czy strze­la­jąc w po­sta­wie klę­czą­cej z wy­ko­rzy­sta­niem pasa prze­pusz­czo­ne­go pod lewą ręką. "Dro­biaż­dżek" miał je­dy­nie me­cha­nicz­ny ce­low­nik krzyw­ko­wy z ru­cho­mym su­wa­kiem, a na koń­cu lufy musz­kę cy­lin­drycz­ną z wy­dłu­żo­ną pod­sta­wą. Mimo swej pro­stej kon­struk­cji ka­ra­bin do­sko­na­le po­ma­gał roz­wi­jać pod­sta­wo­we umie­jęt­no­ści strzel­ca: szyb­kie bra­nie obiek­tu na cel, płyn­ne na­ci­ska­nie spu­stu i wła­ści­wy spo­sób trzy­ma­nia bro­ni - bez prze­rzu­ca­nia go to w lewo, to w pra­wo. Przy pręd­ko­ści po­cząt­ko­wej po­ci­sku 310 me­trów na se­kun­dę do­no­śność TOZ-8 wy­no­si­ła 1200-1600 me­trów, jed­nak pod­czas za­jęć na strzel­ni­cy nie mia­ło to więk­sze­go zna­cze­nia.

Wraz z na­dej­ściem wio­sny za­czę­li­śmy wy­jeż­dżać na strzel­ni­cę poza mia­sto, by tam wy­ko­nać nor­mę na od­zna­kę "Strzel­ca Wo­ro­szy­łow­skie­go" dru­gie­go stop­nia. Do tego po­trzeb­na była jed­nak nie tyl­ko umie­jęt­ność cel­ne­go strze­la­nia, lecz tak­że orien­ta­cja w te­re­nie, mio­ta­nie gra­na­tów i tre­ning fi­zycz­ny (bieg, sko­ki, ro­bie­nie pom­pek). Nor­my z po­wo­dze­niem wy­ko­na­li­śmy, a na­stęp­nie wzię­li­śmy udział w miej­skich za­wo­dach strze­lec­kich Oso­awia­chi­mu.

Od razu mu­szę do­dać, że na­sze kół­ko strze­lec­kie było tyl­ko jed­ną z kil­ku­set grup we­wnątrz struk­tu­ry To­wa­rzy­stwa Współ­dzia­ła­nia w Spra­wach Obro­ny i Bu­dow­nic­twa Lot­ni­czo-Che­micz­ne­go, czy­li Oso­awia­chi­mu. Ta ma­so­wa, ochot­ni­cza i spo­łecz­na or­ga­ni­za­cja woj­sko­wo-pa­trio­tycz­na po­wsta­ła w na­szym kra­ju w 1927 roku i ode­gra­ła waż­ną rolę w przy­go­to­wa­niu mło­dych chłop­ców i dziew­cząt do służ­by woj­sko­wej. Li­czy­ła oko­ło 14 mi­lio­nów człon­ków, któ­rzy byli szko­le­ni w pod­sta­wo­wych or­ga­ni­za­cjach tego związ­ku w kie­run­ku spe­cja­li­za­cji woj­sko­wych: od pi­lo­tów i spa­do­chro­nia­rzy, po­przez strzel­ców i ce­ka­emi­stów do kie­row­ców oraz tre­se­rów psów służ­bo­wych.

Dy­plom uzna­nia, któ­ry uzy­ska­łam na za­wo­dach Oso­awia­chi­mu, umie­ści­łam w prze­szklo­nej ram­ce i z dumą po­wie­si­łam na ścia­nie po­ko­ju, któ­ry zaj­mo­wa­ły­śmy ra­zem z Wa­len­ti­ną. Jed­nak­że ani moja sio­stra, ani tym bar­dziej ro­dzi­ce nie trak­to­wa­li mo­jej fa­scy­na­cji strze­lec­twem po­waż­nie. Pod­czas na­szych dys­ku­sji w gro­nie ro­dzin­nym wszy­scy oni lu­bi­li po­żar­to­wać so­bie z mo­jej fa­scy­na­cji bro­nią. Ja z ko­lei nie po­tra­fi­łam im ra­cjo­nal­nie wy­tłu­ma­czyć, ja­każ to siła cią­gnie mnie tak bar­dzo na strzel­ni­cę czy po­li­gon i co sta­no­wi o ma­gii przed­mio­tu wy­po­sa­żo­ne­go w me­ta­lo­wą lufę, drew­nia­ną kol­bę, za­mek ka­ra­bi­nu, spust i musz­kę oraz dla­cze­go tak fa­scy­nu­ją­cym uczu­ciem jest ste­ro­wa­nie zmie­rza­ją­cą w kie­run­ku celu kulą...

Pod ko­niec 1935 roku skie­ro­wa­no mnie - jako kom­so­moł­kę - na dwu­ty­go­dnio­wy kurs kre­ślar­sko-ko­pi­stycz­ny, któ­ry ukoń­czy­łam z wy­ni­kiem bar­dzo do­brym, po czym pod­ję­łam pra­cę w ce­chu na sta­no­wi­sku star­sze­go kre­śla­rza. Pra­ca ta spra­wia­ła mi przy­jem­ność; oczy­wi­ście róż­ni­ła się od tej, któ­rą wy­ko­ny­wa­łam jako to­karz, ale - po­dob­nie jak po­przed­nia - tak­że wy­ma­ga­ła sku­pie­nia i skru­pu­lat­no­ści. Ma­szy­ny hu­cza­ły za ścia­ną, zaś my w na­szym biu­rze, w ci­szy, po­śród de­sek kre­ślar­skich i zwit­ków pa­pie­ru, spraw­dza­li­śmy po­praw­ność wy­kre­sów, któ­re przy­go­to­wy­wa­li­śmy do prze­ka­za­nia pra­cow­ni­kom z dzia­łu pro­duk­cji. W na­szym ko­lek­ty­wie pa­no­wa­ła przy­ja­ciel­ska i cie­pła at­mos­fe­ra, a moją pa­sję do strze­la­nia wszy­scy przyj­mo­wa­li ze zro­zu­mie­niem...

Je­stem bar­dzo wdzięcz­na fa­bry­ce "Ar­se­nał". Spę­dziw­szy w jej mu­rach bez mała czte­ry lata, otrzy­ma­łam dwie spe­cja­li­za­cje, na­uczy­łam się pra­co­wać w prze­my­śle obron­nym, w któ­rym pa­no­wa­ła na poły woj­sko­wa dys­cy­pli­na, wy­do­ro­śla­łam, po­czu­łam się czło­wie­kiem, któ­ry wie, cze­go chce i co robi oraz na­uczy­łam się osią­gać cele. Tak­że przy­za­kła­do­wa or­ga­ni­za­cja kom­so­mol­ska po­mo­gła mi płyn­nie przejść na nowy etap mo­je­go ży­cia: wio­sną 1935 roku zo­sta­łam skie­ro­wa­na na przy­spie­szo­ne kur­sy przy­go­to­waw­cze or­ga­ni­zo­wa­ne przy Ki­jow­skim Uni­wer­sy­te­cie Pań­stwo­wym. Po­tem pra­co­wa­łam jesz­cze w ce­chu ob­rób­ki me­ta­li, a wie­czo­ra­mi się uczy­łam. Na­stęp­nie z po­wo­dze­niem zda­łam eg­za­mi­ny i we wrze­śniu 1936 roku zo­sta­łam dum­ną po­sia­dacz­ką in­dek­su stu­dent­ki Wy­dzia­łu Hi­sto­rii uni­wer­sy­te­tu w Ki­jo­wie. Inna spra­wa, że na na­szym roku by­łam pew­nie naj­star­szą stu­dent­ką.

SPIS TREŚCI

Słowo do Czytelników

Rozdział 1 MURY FABRYCZNE

Rozdział 2 JEŚLI JUTRO WOJNA...

Rozdział 3 OD RZEKI PRUT DO RZEKI DNIESTR

Rozdział 4 RUBIEŻE OGNIOWE

Rozdział 5 BITWA POD WSIĄ TATARKA

Rozdział 6 PRZEZ MORZE

Rozdział 7 LEGENDARNY SEWASTOPOL

Rozdział 8 LEŚNYMI ŚCIEŻKAMI

Rozdział 9 DRUGI SZTURM

Rozdział 10 POJEDYNEK

Rozdział 11 NA WZGÓRZU BEZIMIENNYM

Rozdział 12 WIOSNA CZTERDZIESTEGO DRUGIEGO ROKU

Rozdział 13 SŁOWO DOWÓDCY ARMII

Rozdział 14 MOSKIEWSKIE GWIAZDY

Rozdział 15 MISJA W WASZYNGTONIE

Rozdział 16 "MY DARLING"

Rozdział 17 "TOWARZYSZ STALIN WYDAŁ NAM ROZKAZ..."

Rozdział 18 POCIĄG PANCERNY NA BOCZNICY KOLEJOWEJ

Od tłumacza polskiego wydania

Bibliografia