Pani Śmierć. Najsłynniejsza snajperka frontu wschodniego - Ludmiła Pawliczenko


Reflow text when sidebars are open.
Bohater Związku Radzieckiego L. M. Pawliczenko jest jedyną kobietą snajperem, która na swoim koncie ma 309 zlikwidowanych żołnierzy i oficerów przeciwnika. Znajduje się ona w gronie najpopularniejszych w naszym kraju i za granicą SZEREGOWYCH uczestników II wojny światowej. W latach 1942-1945 na froncie radziecko-niemieckim rozpowszechniono ponad sto tysięcy ulotek z jej podobizną (a Ludmiła Michajłowna była piękną kobietą) i wezwaniem "Uderz wroga celnie!". Po śmierci Ludmiły Pawliczenko w 1974 roku jej imieniem nazwano statek Ministerstwa Gospodarki Rybnej ZSRR, jedną z ulic w centrum Sewastopola oraz szkołę nr 3 w mieście Biała Cerkiew w obwodzie kijowskim, do której uczęszczała od klasy pierwszej do siódmej.
Kompletną, szczerą biografię bohaterki czyta się jak najbardziej zajmującą powieść. Są w tej powieści karty tragiczne - przecież Pawliczenko, wstąpiwszy 26 czerwca 1941 roku na ochotnika w szeregi Armii Czerwonej, wraz ze swoim 54. Pułkiem Strzelców przebyła ciężką drogę odwrotu od zachodnich granic kraju do Odessy. Są też stronice heroiczne: podczas obrony tego miasta w ciągu dwóch miesięcy zlikwidowała ona 187 faszystów. Obrona Sewastopola jeszcze bardziej rozsławiła najlepszego snajpera 25. Dywizji Strzelców "Czapajewskiej", ponieważ wtedy liczba zabitych wrogów na jej prywatnym koncie wzrosła do 309. Są też wreszcie stronice liryczne: na wojnie Ludmiła spotkała swoją wielką miłość - odważny towarzysz z pułku, podporucznik Aleksiej Arkadjewicz Kicenko został jej mężem.
Zgodnie z decyzją J. W. Stalina w sierpniu 1942 roku młodzieżowa delegacja komsomolska w składzie N. Krasawczenko, W. Pczelincew i L. Pawliczenko wyleciała do USA, by tam uczestniczyć w pracach Światowego Zgromadzenia Młodzieży. Komsomolcy mieli za zadanie agitować na rzecz jak najszybszego otwarcia drugiego frontu w Europie Zachodniej...
Pomimo zakazu Pawliczenko prowadziła na wojnie pamiętnik, w którym robiła bardzo krótkie zapisy, choć snajperowi nie codziennie udawało się wziąć do ręki ołówek czy długopis. Walki w Sewastopolu charakteryzowały się zaciętością i okrucieństwem.
Przeszedłszy w roku 1953 w stan spoczynku (w stopniu majora Marynarki Wojennej), Ludmiła Michajłowna przypomniała sobie o swoich notatkach z czasów wojny. Będąc z wykształcenia historykiem, z powagą odnosiła się do pamiętnikarstwa i była zdania, że opublikowanie ich będzie się wiązało z długotrwałą pracą w bibliotekach i archiwach. Pierwszy krok w tym kierunku zrobiła w 1958 roku, kiedy to na zamówienie Państwowego Wydawnictwa Politycznego napisała niewielkich rozmiarów broszurę (72 strony) pod tytułem Bohaterska historia prawdziwa. Obrona Sewastopola[1], a następnie szereg artykułów dla różnych opracowań zbiorowych i czasopism. Nie były to jednak wspomnienia z czasów służby snajperskiej, a raczej mające charakter ogólny opowieści o najistotniejszych wydarzeniach, które rozgrywały się na przedniej pozycji oraz na tyłach Sewastopolskiego Rejonu Obronnego w okresie od października 1941 roku do lipca 1942.
Po opublikowaniu tych materiałów L. M. Pawliczenko została w 1964 roku przyjęta do Związku Dziennikarzy ZSRR, w którym objęła stanowisko sekretarza sekcji wojenno-historycznej oddziału w Moskwie.
Dzięki ścisłym kontaktom z kolegami po piórze oraz aktywnemu udziałowi w wojenno-patriotycznym wychowaniu dorastającego pokolenia, Pawliczenko doszła do wniosku, że książka, której autorem jest starszy sierżant - dowódca plutonu strzelców wyborowych, w dodatku zawierająca wiarygodny opis licznych szczegółów służby w piechocie, może wzbudzić zainteresowanie dzisiejszych czytelników.
W końcu lat 60. zaczęły się pojawiać nie tylko wspomnienia autorstwa wysokich rangą dowódców, dotyczące pomyślnych operacji Armii Radzieckiej w roku 1944 i 1945, lecz także szczere wyznania dowódców i pracowników politycznych Armii Czerwonej o trudnych, a niekiedy nawet tragicznych początkach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Można tu przywołać wspomnienia I. I. Azarowa Oblężona Odessa[2], zbiorek Przy czarnomorskich twierdzach[3], w którym znalazły się artykuły byłego dowódcy 25. Dywizji "Czapajewskiej" T. K. Kołomijca; L. M. Pawliczenko; byłego grupowego komsomolskiego 54. Pułku J. J. Waśkowskiego oraz wspomnienia szeregowego uczestnika obrony Odessy N. M. Aleszczenko Oni bronili Odessy (wyd. DOSAAF, Moskwa 1970).
Zapoznawszy się z treścią wspomnianych wyżej publikacji, Ludmiła Michajłowna przystąpiła do pracy. Nosiła się z zamiarem napisania o wszystkich szczegółach pracy snajpera na froncie: o metodach przygotowywania się, taktyce na polu walki, a najbardziej o broni, którą dobrze znała i namiętnie kochała. W latach 40. i 50. takie informacje absolutnie nie mogłyby jednak ujrzeć światła dziennego, choć jednocześnie bez nich mówienie o starciach strzelców wyborowych z przeciwnikiem byłoby niepełne. Mając to wszystko na uwadze, Pawliczenko skrupulatnie dobierała materiały i poszukiwała optymalnej formy literackiej dla swoich rękopisów. Rozumiała, że okres dwudziestu lat, które upłynęły od zakończenia Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, w żaden sposób nie sprzyja wcieleniu w życie powziętych zamiarów. Wielu spraw nie sposób było sobie przypomnieć, a liczne notatki przepadły. Oprócz tego niemało cennych dokumentów i fotografii z prywatnego archiwum autorki przekazano już wtedy do muzeów - Centralnego Muzeum Sił Zbrojnych ZSRR w Moskwie oraz do Państwowego Muzeum Bohaterskiej Obrony i Wyzwolenia Sewastopola.
Niestety ciężka i długotrwała choroba przeszkodziła słynnej bohaterce ukończyć pracę i ujrzeć wydane wspomnienia snajpera. Fragmenty tego rękopisu ocalały dzięki staraniom Lubow Dawydowny Kraszennikowej-Pawliczenko, wdowie po synu Ludmiły Michajłowny - Rostisławie Aleksiejewiczu Pawliczenko.
A. I. Biegunowa
autor opracowania
Przypisy
[1] Л. М. Павличенко, Героическая быль. Оборона Севастополя 1941-1942 гг., Москва 1958.
[2] И. И. Азаров, Осаждённая Одесса, Москва 1966.
[3] Сборник военных мемуаров. У черноморских твердынь, Москва 1967.
Rozdział 1
Latem 1932 roku w życiu naszej rodziny nastąpiła znacząca zmiana. Z prowincjonalnego miasteczka Bohusław, znajdującego się na południu obwodu kijowskiego, przenieśliśmy się do stolicy Ukrainy, gdzie zajęliśmy mieszkanie służbowe przydzielone mojemu ojcu, Michaiłowi Iwanowiczowi Biełowowi. Ojciec - pracownik Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych (NKWD) - otrzymał stanowisko w centralnym aparacie tego resortu w nagrodę za sumienne wykonywanie swoich obowiązków.
Był on człowiekiem solidnym, srogim i oddanym służbie. W młodości pracował jako ślusarz w dużej fabryce, bywał na frontach I wojny światowej, wstąpił w szeregi partii komunistycznej (która nazywała się wówczas RSDRP) i uczestniczył w wydarzeniach rewolucyjnych w Piotrogrodzie. Następnie odbywał służbę w randze komisarza pułku 24. Dywizji Strzeleckiej oraz walczył z oddziałami białogwardzistów Kołczaka na środkowym Powołżu i południowym Uralu. W stan spoczynku przeszedł w 1923 roku, w wieku 28 lat, jednakże do końca swych dni żywił szacunek dla munduru wojskowego. Tak więc my, jako rodzina, widywaliśmy go na ogół w tym samym typie odzieży: gabardynowym frenczu w barwach ochronnych z wykładanym kołnierzem, z Orderem Czerwonego Sztandaru na piersi, granatowych bryczesach i oficerkach ze skóry chromowej.
Ma się rozumieć, że ostatnie słowo w rodzinnych sporach (jeśli takowe się pojawiały) zawsze należało do taty. Jednakże moja poczciwa matuchna, Jelena Trofimowna Biełowa, absolwentka gimnazjum żeńskiego we Włodzimierzu, zawsze wiedziała, jak złagodzić surowy charakter ojca. Była kobietą piękną, o wiotkiej, jakby wyrzeźbionej figurze, z bujnymi ciemnokasztanowymi włosami i piwnymi oczami, które rozświetlały jej twarz jakimś niezwykłym światłem.
Mama dobrze znała języki obce, których uczyła w szkole. Była przez uczniów bardzo lubiana. Zmieniając lekcję w swego rodzaju grę, tworzyła sytuację, w której uczniowie doskonale zapamiętywali wszystkie europejskie słowa - tak przecież obce językowi rosyjskiemu. Dzieci, które uczyła, nie tylko więc świetnie czytały, ale i mówiły.
W taki sam sposób mama uczyła nas - mnie oraz moją starszą siostrę Walentinę. Dzięki niej już we wczesnym dzieciństwie poznałyśmy klasykę literatury rosyjskiej, ponieważ utwory Puszkina, Lermontowa, Gogola, Lwa Tołstoja, Czechowa, Maksyma Gorkiego czy Kuprina znajdowały się w naszej domowej biblioteczce. Moja siostra, z uwagi na swój łagodny, marzycielski charakter, okazała się bardziej otwarta na obrazy utrwalone w literaturze, mnie zaś pochłonęła historia, a ściśle mówiąc - wojenna przeszłość naszego wielkiego kraju.
Zanim przenieśliśmy się do Bohusławia, przez kilka lat mieszkaliśmy w miejscowości Biała Cerkiew w obwodzie kijowskim. Tam uczęszczałam do szkoły nr 3, tam też beztrosko upłynęły moje dziecięce i młodzieńcze lata. Na ulicy Priwokzalnej, przy której mieszkaliśmy, dzieci żyły ze sobą w zgodzie i przyjaźni. Bawiliśmy się w policjantów i złodziei, latem pływaliśmy łódkami po rzece Roś, chodziliśmy na spacery do starego i pięknego parku "Aleksandria", a jesienią urządzaliśmy najazdy na miejscowe sady. Watasze nastolatków przewodziłam ja, ponieważ najlepiej strzelałam z procy, najszybciej biegałam, dobrze pływałam i nigdy nie bałam się zainicjować bójki, pierwsza wymierzając przeciwnikowi cios pięścią w twarz.
Zaprzestałam jednak szczenięcych wybryków, kiedy skończyłam zaledwie 15 lat. Ustały nieoczekiwanie, jednego dnia. Spoglądając w przeszłość, mogłabym przyrównać to wydarzenie do prywatnego końca świata, do dobrowolnego oślepienia się i utraty rozumu. Taka była właśnie moja pierwsza, szkolna miłość. Pamięć o niej pozostanie ze mną do końca mych dni, pobrzmiewając nazwiskiem tego człowieka - PAWLICZENKO.
Na szczęście mój syn Rostisław zupełnie nie przypomina ojca - jest człowiekiem dobrym, opanowanym, o wyglądzie charakterystycznym dla członków naszej rodziny: ma piwne oczy, bujne ciemne włosy, wysoki wzrost i solidną budowę ciała. Mimo wszystko należy przecież do rodu BIEŁOWÓW i godnie kontynuuje nasze tradycje służenia Ojczyźnie. Sława z wynikiem bardzo dobrym ukończył prawo na Moskiewskim Uniwersytecie Państwowym i Wyższą Szkołę KGB. Nosi zaszczytny tytuł oficera radzieckiego. Jestem z niego dumna...
W Kijowie urządziliśmy się względnie szybko i powoli przyzwyczajaliśmy się do zgiełku stolicy. Ojca, który pełnił służbę do późnych godzin wieczornych, widywaliśmy rzadko, dlatego też nasze wspólne rozmowy z nim odbywały się zwykle w kuchni po kolacji. Mama stawiała na stole samowar i przy filiżance gorącego naparu mogliśmy dyskutować z rodzicami na różne tematy i zadawać im najprzeróżniejsze pytania. I tak już wkrótce miała się odbyć najważniejsza rozmowa.
- Co zatem zamierzacie robić, drogie dzieci? - zapytał tata, leniwie pociągając łyk herbaty.
- Na razie jeszcze nie wiemy. - Pierwsza, zgodnie z zasadą starszeństwa, odpowiedziała Walentina.
- Powinnyście pomyśleć o pracy - powiedział tata.
- O jakiej pracy? - zdziwiła się moja siostra.
- O dobrej pracy, w dobrym miejscu i z godziwym wynagrodzeniem.
- Ależ tato - zaoponowałam - skończyłam tylko 7 klas i chcę kontynuować naukę.
- Na naukę, Ludmiło, nigdy nie jest za późno - stanowczo odparł ojciec. - A na rozpoczęcie kariery pracowniczej, przy czym z właściwą adnotacją w ankiecie personalnej, jest obecnie najlepszy moment. Tym bardziej że już się umówiłem, przyjmą was.
- A gdzie? - Kapryśnie zacisnęła usta moja siostra.
- W fabryce "Arsenał".
Gdy idzie się od parku "Askoldowa Mogiła", po lewej stronie rozpościera się szeroka tafla Dniepru, po prawej zaś przebiega prosta i niezbyt długa ulica Arsenalna (w 1941 roku przemianowana na Moskiewską - przyp. red. ros.). Na początku tej ulicy znajduje się bardzo okazały budynek wzniesiony za czasów panowania cara Mikołaja I. Są to Pracownie Arsenału. Krąży legenda, że sam imperator położył pierwszą cegłę pod ich fundament. Mury budynku mają szerokość dwóch metrów, sięgają do wysokości drugiego piętra, a ze względu na ich jasnożółty kolor miejscowi nazywają je porcelanowymi.
W istocie jednak ani pracownie, ani sąsiadująca z nimi fabryka nie miały nic wspólnego z delikatnymi wyrobami z gliny. Fabrykę wzniesiono na mocy dekretu Katarzyny Wielkiej i budowano długo: od roku 1784 do 1803. Produkowano w niej działa, lawety, karabiny, bagnety, szable, pałasze i inny sprzęt wojskowy.
W czasach Związku Radzieckiego potężne przedsiębiorstwo zajęło się także produkcją na potrzeby gospodarki narodowej: wytwarzano pługi, zamki, pojazdy zaprzęgowe, sprzęt dla młynów i cukrowni. Pracownicy "Arsenału" pracowali w pocie czoła i w 1923 roku zostali odznaczeni przez ukraiński rząd nagrodą Orderu Czerwonego Sztandaru Pracy.
Budynek fabryki spodobał mi się od pierwszego wejrzenia. Bardzo przypominał twierdzę. Odnosiło się wrażenie, że ten obiekt, zbudowany na planie prostokąta (168×135 m), z wielkim dziedzińcem i basztą, zaokrąglonymi murami wewnętrznymi, których pierwszy poziom ozdobiony był potężną drewnianą rustyką, niejako spłynął z dawnej grawiury batalistycznej. Brakowało jedynie fosy przy murach, mostu zwodzonego i ciężkich wrót, których strzegą wojownicy w lśniących zbrojach.
Kiedy ja i moja siostra dopełniłyśmy niezbędnych formalności (jak na przykład podpisanie klauzuli o zakazie ujawniania tajemnicy państwowej), zostałyśmy zaliczone w poczet garnizonu owej "twierdzy". Walentinę, która miała już ukończone 18 lat, a poza tym legitymowała się średnim wykształceniem, zatrudniono jako osobę przydzielającą normy do wypracowania przez każdego z pracowników, mnie zaś - z uwagi na małoletniość (miałam wówczas zaledwie 16 lat) i brak jakiegokolwiek doświadczenia - jako robotnika niewykwalifikowanego.
Wystarczyło pół roku, bym się wdrożyła w rytm życia fabrycznego i zaprzyjaźniła z innymi pracownikami. Przyjęto mnie do Komsomołu. W maju 1934 roku zostałam przeniesiona do cechu obróbki metali, gdzie przez mniej więcej miesiąc byłam uczennicą, a następnie otrzymałam prawo do samodzielnego wykonywania zawodu i wkrótce zdobyłam kwalifikację tokarza szóstej klasy.
To były ciekawe czasy.
"Arsenał" zmieniał się dosłownie na naszych oczach. Dostarczano nam maszyny - już rodzimej produkcji, montowano nowocześniejszy sprzęt, wzrastała moc przerobowa, rekonstruowano stare pomieszczenia. Ludzie zatrudnieni w fabryce, dostrzegając starania władz ukierunkowane na wzrost produkcji przemysłowej, odwdzięczali im się wytężoną pracą. Nawiasem mówiąc, wyraźnie wzrosły też stawki, a przecież wszyscy operatorzy maszyn w naszym cechu pracowali w akordowym systemie wynagradzania.
Ja także nie miałam powodów do narzekań. Do dyspozycji oddano mi tokarkę produkcyjną "DIP 300" ("Dogonimy i przegonimy kraje kapitalistyczne") z mechanizmem regulowania prędkości, wyprodukowaną przez moskiewską wytwórnię "Czerwony Proletariusz" w 1933 roku. Maszyna służyła do obróbki powierzchni cylindrycznych, stożkowych i trudno dostępnych - nie tylko z zewnątrz, ale i od wewnątrz.
I tak sobie właśnie obrabiałam.
Jeśli mnie pamięć nie myli, to z reguły były to wały do wszelkich możliwych przekładni redukcyjnych. W ciągu jednego cyklu przejścia noża tokarskiego skrawałam od 0,5 do 3 mm (a czasami i więcej) metalu. Prędkość skrawania dostosowywałam do twardości metalu i wytrzymałości ostrza noża tokarskiego. Noże owe w większości wykonywano ze stali węglowej, chociaż bywały i inne - na przykład z przylutowanymi płytami z wyjątkowo twardych stopów wolframu i tytanu.
Do dziś wychodzące spod ostrza noża tokarskiego niebieskofioletowe wióry metalu wydają mi się niezwykle piękne. Nawet najtwardszy metal ustępuje pod naciskiem siły człowieka. Wystarczy tylko skonstruować taką sprytną maszynkę...
Nasza fabryka, zrzeszając ludzi pracy, zapewniała im efektywne spędzanie wolnego czasu. Co prawda klub fabryczny nie należał do okazałych: był nieduży, rzekłabym nawet, że ciasny, mimo wszystko jednak pomieszczeń wystarczało, by móc organizować tam różnorakie zajęcia. Istniało zatem kółko teatralne "Niebieska bluza", pracownia sztuk plastycznych, gdzie uczono rysowania oraz prowadzono kursy kroju i szycia (rzecz bardzo przydatna dla kobiet), kółko szybownictwa, dostępne były także zajęcia ze strzelectwa. W auli regularnie urządzano wspaniałe wieczorki świąteczne, organizowane pod hasłem "Spotkanie trzech pokoleń". Oddawano na nich honory weteranom rewolucji, wojny domowej oraz młodym przodownikom pracy, którym udało się wypracować 50 procent i więcej ponad normę.
Z początku ja oraz moja przyjaciółka (która mnie do tego namówiła) zapisałyśmy się do kółka szybownictwa. O lotnictwie i wyczynach jego adeptów obszernie pisały gazety, tak więc z entuzjazmem uczestniczyłyśmy w zajęciach teoretycznych i skrupulatnie notowałyśmy informacje na temat potęgi skrzydeł, o której w czasie wykładu opowiadał nam dzielny porucznik sił powietrznych. Jednakże już pierwszy lot z instruktorem znacząco ostudził mój zapał. Kiedy więc trawiasty pas lotniska z zawrotną prędkością zaczął napierać prosto na nas, a za chwilę gwałtownie poszybował w dół, zakręciło mi się w głowie i poczułam mdłości. "Powietrze nie jest jednak moim żywiołem - pomyślałam. - Jestem istotą czysto ziemską i powinnam stąpać po twardym gruncie..."
Instruktor działającego przy naszej fabryce kółka strzeleckiego Fiodor Kuszczenko, pracujący w naszym cechu, bezustannie agitował młodzież, namawiając ją do uczęszczania na zajęcia na strzelnicy. Sam niedawno ukończył służbę w Armii Czerwonej, zafascynował się tam strzelectwem i wszem wobec twierdził, że w torze lotu kuli i osiągnięciu przez nią celu jest coś niezwykle fascynującego.
Fiedia, chłopak przystojny i ujmujący, podobnego rodzaju historyjkami czarował i mnie. Ja jednak w pamięci miałam lot szybowcem, który poważnie zachwiał moją wiarą we własne siły, choć w młodości - co tu kryć! - wiara owa wydaje się bezgraniczna. Wzniosłe słowa Kuszczenki uważałam zatem jedynie za zwykły flirt. Moje niewielkie, ale surowe już doświadczenie życiowe podpowiadało: z osobnikami rodzaju męskiego trzeba się mieć na baczności.
Kiedyś (rzecz działa się na zebraniu komsomolskim) znudziło mi się słuchanie bajek Fiodora i odpowiedziałam na jedną z jego wypowiedzi w mocno ironicznym tonie. Chłopcy siedzący obok uznali moje słowa za przedni dowcip i głoś- no się roześmiali. Nasz grupowy komsomolski czytał akurat dość nudny referat o pracy członków ukraińskiego Komsomołu na rzecz przedterminowego wykonania planu kwartalnego w naszym cechu i uznał, że chłopcy śmieją się z niego. Cała sytuacja mocno go rozgniewała i zaowocowała utarczką słowną pomiędzy nim a niektórymi obecnymi na sali komsomolcami. W ożywionej dyskusji pojawiły się barwne epitety i nieoczekiwane porównania, aż w końcu organizator grupy nakazał opuszczenie sali mnie i Kuszczence jako inicjatorom awantury.
Przytłoczeni takim finałem, razem z Fiodorem skierowaliśmy się do wyjścia. Dzień pracy już się kończył i nasze kroki głucho dudniły w pustym korytarzu. Nagle Kuszczenko się odezwał:
- Mimo wszystko powinniśmy się uspokoić.
- Powinniśmy - przytaknęłam.
- No to chodźmy na strzelnicę.
- Myślisz, że to pomoże?
- Oczywiście. Strzelanie to zajęcie dla ludzi spokojnych. Chociaż zdolności wrodzone także są nie bez znaczenia.
- Jakie znowu zdolności? - Nie mogłam się powstrzymać przed zadaniem złośliwego pytania.
- Najprawdziwsze. Na przykład celne oko albo dobre wyczucie broni - odparł, pobrzękując pękiem kluczy, które wyciągnął z kieszeni skórzanej kurtki.
Strzelnica znajdowała się na strzeżonym terytorium fabryki, przylegającym do głównego budynku. Kiedyś był to zapewne magazyn - niski, długi budynek z zakratowanymi oknami mieszczącymi się niemalże pod dachem. Z perspektywy mojej dzisiejszej wiedzy mogę powiedzieć, że strzelnica "Arsenału" w połowie lat 30. spełniała wszelkie niezbędne normy dla tego typu obiektów. Było tam pomieszczenie ze stołami, krzesłami i zawieszoną na ścianie tablicą służącą do prowadzenia zajęć teoretycznych, niewielka zbrojownia z zamykanymi na klucz szafkami na karabiny i pistolety, sejf na amunicję, punkt ostrzału pozwalający oddawać ogień z podpórki, z kolana, na stojąco i w pozycji leżącej (na matach) oraz grube drewniane tarcze z celami umieszczone w odległości 25 metrów od punktu ostrzału.
Fiodor otworzył jedną z szafek i wyciągnął z niej nowiutki karabin. Nie był on zbyt długi (mierzył trochę powyżej metra - dokładnie: 111 centymetrów), miał masywną osadę z drewna brzozowego i grubą lufę. Karabin, wyprodukowany w fabryce broni w Tule, znany był w Związku Radzieckim pod nazwą TOZ-8. Produkowano go w latach 1932-1946 i wraz z jego modyfikacją, znaną jako TOZ-8M, wypuszczono około miliona sztuk. Niezawodny, łatwy w eksploatacji karabin jednostrzałowy małego kalibru z czterotaktowym zamkiem ślizgowo-obrotowym na amunicję 5,6 ×16 mm bocznego zapału wiernie służył nie tylko sportowcom, ale i myśliwym.
Piszę o tej broni z ciepłymi uczuciami, gdyż to właśnie od TOZ-8 rozpoczęła się moja miłość do strzelectwa. To z nim wstąpiłam na swój prywatny "uniwersytet snajperski".
Istnieją dokładne wytyczne co do tego, jak należy postępować z bronią palną, i miałam cichą nadzieję, że właśnie od nich zacznie moje szkolenie Kuszczenko. On jednak postąpił inaczej: wręczył mi karabin ze słowami:
- Poznajcie się!
Przyznam szczerze, iż myślałam, że broń palna jest dużo cięższa i że będę miała problemy z utrzymaniem jej w dłoniach, jednakże ten karabin ważył chyba mniej niż 3,5 kilograma. Przywykła do obrabiania na tokarce materiałów o dużych nierzadko gabarytach, nie musiałam nawet używać specjalnie dużej siły, by tę broń podnieść. Przyjemna była także chłodna twardość metalu na jego lufie i komorze zamkowej. Rękojeść zamka karabinu, wysunięta ku dołowi, dobitnie świadczyła o tym, że konstruktorzy nie zapomnieli też o komforcie użytkownika broni.
W pierwszej kolejności Fiodor zaproponował mi test "poręczności karabinu", czyli - krótko mówiąc - sprawdzenie, czy broń mi odpowiada. Nie miałam żadnych zastrzeżeń co do tego; kolbę karabinu oparłam o ramię, prawą dłonią objęłam szyjkę kolby, zaś palec wskazujący (a palce mam długie) oparłam na spuście. Teraz wystarczyło już tylko przechylić głowę w prawą stronę, oprzeć policzek na bace i prawym okiem spojrzeć na muszkę. Była widoczna w całej swej okazałości dokładnie pośrodku szczerbinki.
- Teraz już można strzelać - powiedział Fiodor.
- A naboje?
- Chwilka... - Instruktor wziął ode mnie karabin, załadował go i wycelował. Rozległ się głośny dźwięk przypominający uderzenie prętem w żelazo. Zaskoczona hałasem wzdrygnęłam się. Kuszczenko uśmiechnął się.
- Musisz się do tego przyzwyczaić. Spróbuj - uda ci się...
Karabin znów znalazł się w moich rękach. Starannie powtarzając wszystkie etapy przygotowań do strzału, nacisnęłam spust. To był mój pierwszy w życiu wystrzał. "Drobiażdżek" (tak nazywaliśmy TOZ-8) miał delikatny odrzut, a jako że za radą Fiodora mocno przycisnęłam kolbę do ramienia, nie doznałam żadnego nieprzyjemnego uczucia po oddaniu strzału. Kuszczenko pozwolił mi wystrzelić jeszcze trzy razy, a później udał się w kierunku tarczy. Kiedy rozemocjonowana oczekiwałam na rezultaty swoich prób, Fiodor wrócił z papierową kartką z zaznaczonym na niej celem, przeszył mnie wzrokiem i zauważył:
- Jak na początkującą to po prostu niewiarygodne. To oczywiste, że masz zdolności.
- Czyżby wrodzone? - nie powstrzymałam się od żartu.
- Bezwzględnie. - Mój pierwszy trener mówił absolutnie poważnie. Nigdy wcześniej nie widziałam Kuszczenki wypowiadającego się tak stanowczo.
Zajęcia w naszym kółku strzeleckim odbywały się raz w tygodniu - w soboty. Zaczynaliśmy od szczegółowego studiowania budowy karabinu małego kalibru, rozbieraliśmy i składaliśmy zamek karabinu, uczyliśmy się właściwie dbać o broń: czyścić ją i smarować. W pomieszczeniu z tablicą uczestniczyliśmy w zajęciach, na których wykładano podstawy balistyki. Dowiedziałam się tam na przykład, ku swemu zdumieniu, że pocisk zmierza do celu nie po linii prostej, a - za sprawą siły bezwładności, a także wpływu siły ciężkości i oporu powietrza - leci po łuku, a przy tym obraca się wokół własnej osi.
Mieliśmy także wykłady z historii broni palnej. Dzieje tego rodzaju oręża sięgają XIV wieku, kiedy to wynaleziono broń lontową i kiedy rozwój techniki po raz pierwszy pozwolił na wykorzystanie wybuchowych właściwości prochu. Następnie pojawiły się i upowszechniły pistolety z zamkiem skałkowym, który później zastąpiono zamkiem kapiszonowym. Jednak na miano iście rewolucyjnego przewrotu w balistyce zasługuje koniec XIX wieku, kiedy to zaczęto konstruować karabiny z magazynkami, z gwintowaną lufą i zamkami czterotaktowymi, ślizgowo-obrotowymi, co ułatwiało szybkie ładowanie broni oraz pozwalało strzelać dalej i celniej.
W ogóle broń palna stanowi dla mnie najdoskonalszy wytwór rąk ludzkich. Podczas jej konstruowania zawsze wykorzystywano najnowsze technologie, rozwiązania techniczne zaś, nieodzowne w przypadku jej wytwarzania, doskonalono i dopuszczano do produkcji, która liczona była w milionach sztuk. W przypadku egzemplarzy najbardziej udanych, które zasłużenie zyskały światową renomę, genialna zdobycz inżynieryjna zawiera się w doskonałej, skończonej formie. Broń palna jest na swój sposób piękna; przyjemnie wziąć ją w dłonie, wygodnie się z niej korzysta, zaskarbiła sobie miłość ludzi, którzy zabrali ją na wojnę - niewiarygodnie okrutną. Niektóre egzemplarze (na przykład karabin Mosin, pistolet maszynowy PPSz, karabin maszynowy RPD, pistolet TT) stały się nawet swoistymi symbolami epoki.
Dla moich przyjaciół na pierwszym jednak miejscu zawsze był proces strzelania. Ćwiczyliśmy na strzelnicy, oddając strzały w pozycji stojącej, leżącej, korzystając z podpórki czy strzelając w postawie klęczącej z wykorzystaniem pasa przepuszczonego pod lewą ręką. "Drobiażdżek" miał jedynie mechaniczny celownik krzywkowy z ruchomym suwakiem, a na końcu lufy muszkę cylindryczną z wydłużoną podstawą. Mimo swej prostej konstrukcji karabin doskonale pomagał rozwijać podstawowe umiejętności strzelca: szybkie branie obiektu na cel, płynne naciskanie spustu i właściwy sposób trzymania broni - bez przerzucania go to w lewo, to w prawo. Przy prędkości początkowej pocisku 310 metrów na sekundę donośność TOZ-8 wynosiła 1200-1600 metrów, jednak podczas zajęć na strzelnicy nie miało to większego znaczenia.
Wraz z nadejściem wiosny zaczęliśmy wyjeżdżać na strzelnicę poza miasto, by tam wykonać normę na odznakę "Strzelca Woroszyłowskiego" drugiego stopnia. Do tego potrzebna była jednak nie tylko umiejętność celnego strzelania, lecz także orientacja w terenie, miotanie granatów i trening fizyczny (bieg, skoki, robienie pompek). Normy z powodzeniem wykonaliśmy, a następnie wzięliśmy udział w miejskich zawodach strzeleckich Osoawiachimu.
Od razu muszę dodać, że nasze kółko strzeleckie było tylko jedną z kilkuset grup wewnątrz struktury Towarzystwa Współdziałania w Sprawach Obrony i Budownictwa Lotniczo-Chemicznego, czyli Osoawiachimu. Ta masowa, ochotnicza i społeczna organizacja wojskowo-patriotyczna powstała w naszym kraju w 1927 roku i odegrała ważną rolę w przygotowaniu młodych chłopców i dziewcząt do służby wojskowej. Liczyła około 14 milionów członków, którzy byli szkoleni w podstawowych organizacjach tego związku w kierunku specjalizacji wojskowych: od pilotów i spadochroniarzy, poprzez strzelców i cekaemistów do kierowców oraz treserów psów służbowych.
Dyplom uznania, który uzyskałam na zawodach Osoawiachimu, umieściłam w przeszklonej ramce i z dumą powiesiłam na ścianie pokoju, który zajmowałyśmy razem z Walentiną. Jednakże ani moja siostra, ani tym bardziej rodzice nie traktowali mojej fascynacji strzelectwem poważnie. Podczas naszych dyskusji w gronie rodzinnym wszyscy oni lubili pożartować sobie z mojej fascynacji bronią. Ja z kolei nie potrafiłam im racjonalnie wytłumaczyć, jakaż to siła ciągnie mnie tak bardzo na strzelnicę czy poligon i co stanowi o magii przedmiotu wyposażonego w metalową lufę, drewnianą kolbę, zamek karabinu, spust i muszkę oraz dlaczego tak fascynującym uczuciem jest sterowanie zmierzającą w kierunku celu kulą...
Pod koniec 1935 roku skierowano mnie - jako komsomołkę - na dwutygodniowy kurs kreślarsko-kopistyczny, który ukończyłam z wynikiem bardzo dobrym, po czym podjęłam pracę w cechu na stanowisku starszego kreślarza. Praca ta sprawiała mi przyjemność; oczywiście różniła się od tej, którą wykonywałam jako tokarz, ale - podobnie jak poprzednia - także wymagała skupienia i skrupulatności. Maszyny huczały za ścianą, zaś my w naszym biurze, w ciszy, pośród desek kreślarskich i zwitków papieru, sprawdzaliśmy poprawność wykresów, które przygotowywaliśmy do przekazania pracownikom z działu produkcji. W naszym kolektywie panowała przyjacielska i ciepła atmosfera, a moją pasję do strzelania wszyscy przyjmowali ze zrozumieniem...
Jestem bardzo wdzięczna fabryce "Arsenał". Spędziwszy w jej murach bez mała cztery lata, otrzymałam dwie specjalizacje, nauczyłam się pracować w przemyśle obronnym, w którym panowała na poły wojskowa dyscyplina, wydoroślałam, poczułam się człowiekiem, który wie, czego chce i co robi oraz nauczyłam się osiągać cele. Także przyzakładowa organizacja komsomolska pomogła mi płynnie przejść na nowy etap mojego życia: wiosną 1935 roku zostałam skierowana na przyspieszone kursy przygotowawcze organizowane przy Kijowskim Uniwersytecie Państwowym. Potem pracowałam jeszcze w cechu obróbki metali, a wieczorami się uczyłam. Następnie z powodzeniem zdałam egzaminy i we wrześniu 1936 roku zostałam dumną posiadaczką indeksu studentki Wydziału Historii uniwersytetu w Kijowie. Inna sprawa, że na naszym roku byłam pewnie najstarszą studentką.
SPIS TREŚCI
Słowo do Czytelników
Rozdział 1 MURY FABRYCZNE
Rozdział 2 JEŚLI JUTRO WOJNA...
Rozdział 3 OD RZEKI PRUT DO RZEKI DNIESTR
Rozdział 4 RUBIEŻE OGNIOWE
Rozdział 5 BITWA POD WSIĄ TATARKA
Rozdział 6 PRZEZ MORZE
Rozdział 7 LEGENDARNY SEWASTOPOL
Rozdział 8 LEŚNYMI ŚCIEŻKAMI
Rozdział 9 DRUGI SZTURM
Rozdział 10 POJEDYNEK
Rozdział 11 NA WZGÓRZU BEZIMIENNYM
Rozdział 12 WIOSNA CZTERDZIESTEGO DRUGIEGO ROKU
Rozdział 13 SŁOWO DOWÓDCY ARMII
Rozdział 14 MOSKIEWSKIE GWIAZDY
Rozdział 15 MISJA W WASZYNGTONIE
Rozdział 16 "MY DARLING"
Rozdział 17 "TOWARZYSZ STALIN WYDAŁ NAM ROZKAZ..."
Rozdział 18 POCIĄG PANCERNY NA BOCZNICY KOLEJOWEJ
Od tłumacza polskiego wydania
Bibliografia