Pani March - Virginia Feito

Reflow text when sidebars are open.
Pani March obserwowała kobiety. Szczególnie przykuła jej uwagę jedna, w wieku od dwudziestu pięciu do trzydziestu lat, co sprawiało, że wydawała się najmłodszą uczestniczką przyjęcia. Pani March podziwiała bujne złociste loki, olśniewająco prostą ciemnoczerwoną suknię pięknie opinającą smukłe ciało. Skurczyła się wewnętrznie, poczuła się zdemaskowana, jakby niezgrabnie próbowała udawać młodszą kobietę - "stara krowa udająca jałówkę", jak powiedziałaby jej matka. A jej włosy... były rzadkie i brzydkie, nawet nie wiedziała, jaki mają kolor. Spociła się i cienkie, wilgotne kosmyki przykleiły się do czoła.
Wśród gości krążyli kelnerzy z tacami. Leżały na nich tartaletki z serem brie, tartaletki z cebulą i tartinki z wędzonym łososiem. Z głośników zestawu stereofonicznego dobiegała rozmarzona piosenka śpiewana przez Annę Marię Alberghetti. Pani March jeszcze raz spojrzała na młodą kobietę rozmawiającą z dwoma zafascynowanymi mężczyznami i zauważyła, jak nonszalancko wsuwa za ucho kosmyk złocistych włosów, po czym instynktownie zrobiła to samo. Musnęła wrażliwą małżowinę i dotknęła bolesnego strupka. Skrzywiła się lekko, zaciskając zęby, po czym ukradkiem podeszła do grupki mężczyzn otaczających młodą kobietę, jakby miała coś na sumieniu. "Wszystko w porządku?" - spytała, mocno splatając dłonie. Obrócili głowy i popatrzyli na nią. Dziewczyna paliła papierosa luksusowej marki, długiego i kremowego jak jej szyja. Kiedy uniosła go do ust, na kościstych nadgarstkach zabrzęczały bransoletki.
- Bardzo się cieszę, że panią widzę, pani March - odezwał się jeden z mężczyzn. Pani March pamiętała jak przez mgłę, że to prywatny bankier George?a. Zapomniała jego nazwisko, ale wiedziała, że czasami gra z George?em w tenisa.
- Mam nadzieję, że dobrze się państwo bawią - rzekła, zwracając raczej do młodej kobiety.
- Pojawiło się dużo osób - zauważył bankier.
- O tak - odparła pani March. - Prawie nikogo nie znam. - Młoda kobieta spoglądała w bok. Kiedy zaciągała się papierosem, przechylała głowę do tyłu, jakby piła szampana z groteskowo smukłego kieliszka.
- Cóż, najpierw przedstawię pani Toma - rzekł bankier. - I pannę Gabriellę Lynne. Jestem pewien, że pamięta ją pani z przyjęcia w "Artforum" w zeszłym miesiącu.
Pani March uśmiechnęła się do panny Lynne, podobnej do gazeli. Być może zrobiła to nieco zbyt agresywnie. Młoda kobieta wydmuchała kłąb dymu i w ogóle się nie odezwała.
- Panna Lynne jest w tej chwili najmodniejszą projektantką okładek książkowych - zaszczebiotał Tom.
Gabriella pokręciła głową, znowu wydmuchując dym, a później cicho się roześmiała.
- Niewiele trzeba, by zaimponować tym panom - powiedziała do pani March, która zachichotała, zadowolona, że uwaga jej nie dotyczy. - Nawiasem mówiąc, fantastyczne przyjęcie - dodała Gabriella cichym, bezbarwnym głosem. Pani March dowiedziała się później, że jej uwodzicielski akcent, niemożliwy do identyfikacji, to efekt podróży po Europie w dzieciństwie.
- Och, bardzo dziękuję - odpowiedziała pani March. - Przyjaciele George?a są moimi przyjaciółmi. Projektowała pani okładki do jego książek?
- Och, chętnie podjęłabym to wyzwanie. - Gabriella wetknęła niedopałek papierosa w resztki kawioru i blinów z cr?me fraîche, które szybko zabrał kelner. Pani March nie wiedziała, czy powinna się czuć urażona zachowaniem Gabrielli. Niedojedzone bliny i tak trafiłyby na śmietnik, ale potraktowanie ich w ten sposób można by uznać za afront wobec gospodyni. Nagle miała ochotę krzyknąć i przeraziła ją sama taka możliwość.
- Tak naprawdę zaproponowano mi zaprojektowanie okładki do jego ostatniej powieści, ale niestety miałam inne zobowiązania - ciągnęła Gabriella. - Jednak wszystko dobrze się skończyło: projektant wykorzystał słynny historyczny obraz. Jest wspaniały i świetnie pasuje do powieści. Nie wymyśliłabym niczego lepszego.
Pani March obojętnie skinęła głową, zastanawiając się, jak wygląda ciało Gabrielli pod satynową suknią: jakiego koloru są jej sutki, czy ma piegi albo pieprzyki. Może uważa jeden z nich za brzydki, ale mężczyźni twierdzą, że jest niewiarygodnie seksowny?
- Rozumiem, że czytała pani książkę? - spytała Gabriella. W jej głosie zabrzmiała ironia. Spojrzała pani March prosto w oczy i przekrzywiła głowę, rozchylając wargi. Jej wzrok miał w sobie coś figlarnego.
- Och, naturalnie. Czytam wszystkie powieści George?a - odpowiedziała pani March. Jej głos lekko zadrżał. Na szczęście rozmowa nie zeszła na nieunikniony, przerażający temat głównej bohaterki, ponieważ zbliżył się do nich mężczyzna - najwyraźniej nowo przybyły, ponieważ ciągle miał na sobie płaszcz z kroplami deszczu lśniącymi na ramionach. Ucałował Gabriellę w oba policzki. Pani March poczuła, że Gabriella natychmiast przestała skupiać na niej uwagę. Wyobraziła sobie, że młodej kobiecie nagle wyrwano z piersi bijące serce. Zerknęła na stolik do kawy. W popielniczce leżały trzy białe niedopałki ze śladami szminki, a obok srebrna papierośnica Gabrielli z wygrawerowanymi inicjałami. Pod wpływem niezrozumiałego impulsu pani March chwyciła papierośnicę i wsunęła do stanika, gdzie nieprzyjemnie oparła się o lewą pierś.
Odeszła. Nikt nie zauważył tego, co zrobiła. Kręciło jej się w głowie na myśl o szaleńczym postępku, ale z wysiłkiem się uśmiechała - częściowo, by uniknąć podejrzeń, lecz głównie po to, by ukryć poczucie winy. Niestety, a może na szczęście, zaczepiła ją agentka George?a.
- Jak się miewasz, kochanie? Przyjęcie jest po prostu fantastyczne! - powiedziała jednym tchem Zelda, po czym głęboko zaczerpnęła tchu. Kopciła papierosa za papierosem i z trudem wypowiadała dłuższe zdania: wydawało się, że płuca odmawiają jej posłuszeństwa. Z każdą chwilą mówiła coraz bardziej ochryple i pani March wyobraziła sobie, że pod koniec wieczoru będzie już tylko szeptać.
- Dziękuję, Zeldo. - Spojrzała na zęby Zeldy, poplamione rdzawą szminką i pożółkłe od tytoniu po dziesiątkach lat palenia. - Spróbuj foie gras - dodała na widok kelnera niosącego karmelizowaną cebulę i kompot truskawkowy. - Pochodzi z niewielkiej farmy na przedmieściach Paryża. Przysłała je moja siostra. Jej mąż sam je przygotował w czasie wakacji na farmie.
- Życie w zgodzie z naturą! Jakie to romantyczne! - powiedziała Zelda, przeciągając się i spoglądając dramatycznie w sufit.
- Czy gęsi nie są przymusowo karmione?
Pani March odwróciła się w stronę nowego głosu, należącego do Edgara, wydawcy George?a. Zawsze trzymał ręce za plecami i pochylał głowę; jego figura przypominała znak zapytania.
- Skądże znowu! - zaprotestowała Zelda. Kiedy odwróciła się w stronę pani March, na jej twarzy nie malował się jednak wyraz niedowierzania. Trzęsła się ze śmiechu, któremu jej płuca nie były w stanie nadać słyszalnego brzmienia.
- Ta procedura nosi nazwę gavage - rzekł Edgar, irytująco teatralnie wymawiając francuskie słowo. Rozchylił niewielkie usta i było widać, że się ślini. - Polega na przymusowym karmieniu ptaka przez rurkę wprowadzoną do żołądka.
- Oooch... - odparła Zelda, robiąc minę pełną niesmaku. Mimo to w dalszym ciągu się śmiała, jej bolesny chichot był chwilami słyszalny, przypominał skowyt psa.
- Właśnie dlatego wątróbka ma szczególny smak - zakończył Edgar.
Jakby na dany znak kelner pojawił się z foie gras, z którego spływały strumyki żółtawego tłuszczu.
Edgar podciągnął rękawy, wziął mały tępy nóż leżący obok foie gras i odciął kawałek potrawy trzymanej na tacy przez kelnera drżącymi rękami. Rozsmarował foie gras na toście. Spoglądał badawczo na panią March, włożył tost do ust i lekko się uśmiechnął. Odwzajemniła jego spojrzenie, patrzyła na grube okulary z przejrzystego szkła, na rzadkie, siwe włosy złożone ze sklejonych kosmyków, przypominające włosy niemowlęcia. Barwa jego skóry budziła mdłości: biel z domieszką różu. Widziała różowe knykcie, pieprzyki, siateczkę fioletowych żyłek na nosie.
Nieprzyjemna chwila minęła, gdy rozległ się dźwięk łyżeczki uderzającej w kieliszek. Pani March i Edgar obrócili się i popatrzyli w stronę źródła hałasu. George, szczęść mu Boże, stał niezgrabnie przed kominkiem i dziękował gościom za przybycie. Podeszła do niego Zelda; pani March i Edgar nawet nie zauważyli, że się oddaliła.
- Chciałbym wszystkim serdecznie podziękować - powiedział George. - Skoro tu jesteście, mieliście coś wspólnego z wydaniem książki. Redagowaliście ją, zajmowaliście się marketingiem, wasz udział był mniejszy lub większy. W ciągu ostatnich miesięcy znosiliście kaprysy autora, a czasem go inspirowaliście. - Popatrzył na panią March, która natychmiast odruchowo zacisnęła pośladki.
Zelda przerwała George?owi. Powiedziała, że zimą tego roku pojawił się wysyp powieści nominowanych w kategorii literatury pięknej, co sprawia, że sukces książki stanowi wielkie osiągnięcie.
- Cóż, fani są lojalni... - wtrącił George, spoglądając na nóżkę trzymanego w dłoni wysokiego kieliszka od szampana.
- Bzdury, bzdury, nie bądź taki skromny! - przerwała Zelda i zwróciła się do uczestników przyjęcia. - Ależ z niego skromniś! - Próbowała się roześmiać, lecz z jej gardła dobiegł tylko ledwo słyszalny charkot.
Pani March uniosła rękę do oparzonego ucha i dotknęła kciukiem strupka. Przez moment kojarzył jej się ze skwarką i mimo woli polizała palec.
- To wybitna książka, która podoba się nie tylko fanom, ale wszystkim. Nie, zaczekaj! - Pokiwała palcem w stronę George?a, który zamierzał zaprotestować. - Chcę dodać, że to moja ulubiona książka ostatniej dekady! A nie znoszę czytać książek!
Rozległ się ochrypły śmiech. Pani March spojrzała na nieco nieforemny wazon stojący za Zeldą na gzymsie kominka i zapomniała się roześmiać.
- A zatem wznieśmy toast za czarującego, utalentowanego George?a! Edgarze, twoja kolej!
Pani March spojrzała na Edgara, wyciągniętego przez Zeldę z tłumu gości. Uniósł dłoń w skromnym geście, a publiczność nagrodziła go brawami, zachęcając, by zabrał głos.
- Wiecie co? - zaczął, poprawiając jedwabną apaszkę w grochy. - Nie wznośmy toastu za ostatnią powieść, ponieważ, bądźmy szczerzy, w ogóle tego nie potrzebuje. Wznieśmy toast za następną książkę George?a, bo na pewno będzie jeszcze lepsza.
- Słuchajcie! Słuchajcie! - Kiedy goście zbliżali się do siebie, by trącić się kieliszkami, kilku z nich zwróciło się w stronę pani March. Na jej twarzy pojawił się przesadny, prawie maniacki uśmiech; miała rozszerzone, błyszczące oczy. W końcu uniosła kieliszek do ust i wypiła łyk letniego, musującego szampana. Palił ją w gardle.
Pani March wykorzystała toast i późniejszy wybuch wesołości, by wymknąć się z salonu do kuchni, gdzie Martha pochylała się nad blatem i owijała plastikową folią resztki potraw. Kucharz już wyszedł, kelnerzy podawali digestify, zbliżała się pora deseru.
Truskawki stały w durszlaku w zlewie. Pani March po kolei ułożyła owoce na porcelanowym półmisku, zdumiewając się ich świeżością i delikatnością. Poprosiła Marthę o przygotowanie śmietany i postanowiła zanieść truskawki do salonu w nadziei, że wzbudzą zachwyt gości.
Zamierzała przestąpić próg i wyjść na korytarz, gdy nagle usłyszała w salonie wyraźny głos kobiety, która spytała beznamiętnym tonem:
- Myślisz, że wie o Johannie?
Pani March znieruchomiała z jedną nogą w kuchni, a drugą na korytarzu. Rozległy się śmiechy, usłyszała głośny rechot George?a; później goście zaczęli się uciszać i chichotać.
Poczuła przypływ trwogi. Dzwoniło jej w uszach, po chwili się zatkały. Zachwiała się i przechyliła półmisek. Czerwone truskawki rozsypały się na podłodze, potoczyły do kątów i pod meble (niektóre znaleziono dopiero po kilku tygodniach).
Stała, mrugając, aż wreszcie za jej plecami rozległo się cmoknięcie Marthy. Służąca wyciągnęła masywne, opuchnięte dłonie i wzięła półmisek od pani March.
- Ojej, co za bałagan... Zaraz posprzątam - powiedziała pani March dziwnie sennym głosem, a Martha uklękła na podłodze i zaczęła zbierać truskawki.
Pani March minęła salon i dotarła do sypialni. Chodziła w kółko, po czym weszła do łazienki i zamknęła drzwi na klucz. Usiadła na skraju wanny i wyjęła ze stanika srebrną papierośnicę. Musnęła inicjały i uniosła wieczko; rozległo się ciche szczęknięcie. Wyjęła papierosa i drżącymi rękami zapaliła go zapałką z pudełka z jednej z szuflad w toalecie. Wypaliła jednego papierosa, później drugiego, a następnie trzeciego, łapczywie wciągając dym. Strząsała popiół do wanny i zostawiła niedopałki w otworze odpływowym. Kiedy dopaliła ostatniego papierosa (przyrzekła sobie, że będzie ostatni), na podłodze mignęło coś czarnego. Spojrzała w tę stronę i zobaczyła karalucha biegnącego po marmurowych płytkach. Ogarnęło ją przerażenie. Krzyknęła i wypadła z łazienki, zatrzaskując za sobą drzwi. Przycisnęła rękę do ust, by nie krzyknąć ponownie, drugą dotknęła oparzenia na uchu. Chwyciła poduszki leżące na łóżku i zasłoniła nimi szparę pod drzwiami.
Pozbawiona sił, usiadła na podłodze sypialni, oparta plecami o łóżko. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie zrezygnować z pożegnania gości, lecz nakazywał to uświęcony obyczaj. Może udać nagłą chorobę? Ale natychmiast zaczną się plotki. Uznają jej nieobecność za potwierdzenie, że to ona jest pierwowzorem Johanny i - co jeszcze bardziej żałosne - że to ją boli.
"Słyszeliście o pani March?" - wyobraziła sobie prywatnego bankiera George?a rozmawiającego z żoną. "Biedna kobieta. Całymi dniami siedzi zamknięta w mieszkaniu. Okropna historia".
Później wyobraziła sobie jego żonę (nigdy jej nie spotkała i mogła w ogóle nie istnieć), która lituje się nad żałosną brzydką kobietą (bankier powiedziałby eufemistycznie, że pani March nie odznacza się szczególną urodą). Mąż tak nią gardzi, że uczynił ją pierwowzorem tej koszmarnej postaci. "Jakiej postaci?" - spytałaby żona, wycierając delikatne dłonie kuchenną ścierką.
Bankier uśmiechnąłby się tajemniczo, a później opisałby Johannę, prostytutkę, z którą nikt nie chce sypiać, nawet stali klienci. "Powieść jest niezła" - dodałby. "Mówi się, że ten spryciarz może dostać Pulitzera za zmieszanie żony z błotem".
Zachichotaliby z lekkim poczuciem winy, a żona uznałaby całą sprawę za dość przykrą, bo uważała Marchów za szczęśliwe małżeństwo. "Cóż, domyślam się, że w tej chwili znamy prawdę".
Pani March zastanawiała się, jak inne kobiety zniosłyby podobne upokorzenie, gdyby znalazły się w tej samej sytuacji. Patricia, prostoduszna właścicielka cukierni z kędzierzawymi włosami i głupawą, kluchowatą twarzą, uznałaby za śmieszne, że mąż uczynił ją pierwowzorem dziwki. Opinie innych ludzi w ogóle by jej nie obchodziły. A kobiety, które budzą zawiść pani March? Kobiety, które nie dbają, jak ocenia je świat, nie obchodzi ich własny wizerunek? Wyobrażała sobie, jak przyjęłaby to Gabriella, lecz z rozpaczą uznała, że taka historia w ogóle nie mogłaby się jej przytrafić. Gdyby Gabiellę sportretowano w powieści, niewątpliwie byłaby pierwowzorem pięknej, bezbronnej, pełnej charakteru kobiety - mężczyźni toczyliby o nią pojedynki i ginęli. Jako postać byłaby mniej głęboka, mniej "realistyczna" (co ludzie naprawdę widzą w realizmie, że tak się nim zachwycają?), lecz znacznie bardziej sympatyczna. Oczywiście problem pani March nie polegał na tym, że Johanna jest niesympatyczna, tylko na tym, że pani March uważała siebie za niesympatyczną.
Czy goście zauważyli jej zniknięcie? A może poczuli ulgę? Zastanawiała się, czy się nie przebrać, nie zmienić głupiej sukienki, nie włożyć prostszej, bardziej seksownej, ale wszyscy natychmiast by to zauważyli, ocenili, doszli do wniosku, że za bardzo się przejmuje. Marzyła o zemście. Chociaż kradzież papierośnicy Gabrielli - znowu wsunęła ją do stanika - trochę złagodziła wściekłość, ci ludzie zasługiwali na coś znacznie gorszego. Doszła do wniosku, że powinna ich otruć arszenikiem. George wspomniał kiedyś, że w epoce wiktoriańskiej trucizny przechowywano w każdym domu. Arszenik, sprzedawany bez recepty, był wykorzystywany jako składnik pigmentów do barwienia tapet i tkanin. Przyniosłaby deser i otruła wszystkich gości serem zaprawionym opium. Wyobraziła sobie, jak padają pokotem w salonie; później zapadłaby cisza, dziwny spokój po takim hałaśliwym przyjęciu, a ona przechodziłaby oszołomiona nad zwłokami.
Nagle zauważyła, że goście ucichli, co wyrwało ją z rozmarzenia. A jeśli wyszli, namówieni przez rozchichotanego George?a, bo zdenerwowali nadwrażliwą żonę? "Wiecie, jaka ona jest, drażliwa, nie może znieść wstydu, czytaliście książkę, prawda?"
Wstała, podeszła do drzwi sypialni, lekko je uchyliła i wyjrzała na korytarz. Goście znajdowali się w salonie - w dalszym ciągu słyszała hałasy i muzykę. Odetchnęła głęboko, po czym wyszła z pokoju i ruszyła z wahaniem w stronę salonu, opierając się rękami o ściany, by utrzymać równowagę. Coś zachrzęściło jej pod stopami. Zerknęła na gałązkę ostrokrzewu, po podłodze potoczyło się kilka czerwonych jagód.
"Głupio zakładać, że goście zrezygnują z zabawy z mojego powodu" - pomyślała. Przyjęcie trwało, brzęczały kieliszki, na talerzu gramofonu obracała się płyta długogrająca, w holu tykał zabytkowy zegar stojący z tarczą przedstawiającą uśmiechnięty księżyc o rumianych policzkach. Nic się nie zmieniło.
Na stoliku pod ścianą leżała na półmisku resztka truskawek, niektóre pokryte plamami śmietany lub w niej zatopione, inne broczące czerwonym sokiem. Pani March popatrzyła ze smutkiem na owoce, po czym wróciła do gości. Miała wrażenie, że skacze do wody i spogląda z głębin na innych pływaków.
Podeszła do grupki pogrążonej w rozmowie. Usłyszała słowa "powieść", "talent", "jego generacja". Uśmiechnęła się i skinęła głową, lecz goście nie zwrócili na nią uwagi, więc odwróciła się z uśmiechem zastygłym na wargach i otarła kropelkę potu, która pojawiła się na jej skroni. W tej samej chwili zauważyła Gabriellę stojącą obok George?a na środku salonu. Byli całkowicie pochłonięci sobą, nic więcej ich nie interesowało. Gabriella dotykała dłonią ramienia George?a i zasłaniała usta drugą ręką, by ukryć, że się śmieje, jakby śmiech był faux pas jak ziewnięcie albo beknięcie. Pani March obserwowała męża i Gabriellę, popijając letniego szampana z kieliszka, który znalazła obok truskawek. George wydawał się rozpromieniony - patrzyła na jego irytujący uśmiech, pełen fałszywej skromności budzącej pogardę - aż po chwili pojawił się jeden z przyjaciół chcący zawrzeć znajomość z Gabriellą.
George, w dobrym nastroju pod wpływem alkoholu (a także, niewątpliwie, jako główny bohater przyjęcia), podszedł do pani March, ujął ją za łokieć i zaprowadził do dwóch kobiet, blondynki i brunetki, by je przedstawić. Wyjaśnił z dumą, że były jednymi z jego ostatnich studentek, nim całkowicie poświęcił się pisarstwu. Pani March nie zaprosiła żadnej z nich: prawdopodobnie zrobił to George, nic jej nie mówiąc. Nie było jasne, jak odnowił z nimi znajomość po tylu latach.
- Panie profesorze...
- Och, proszę, nie jesteście już moimi studentkami. Mówcie mi po imieniu.
- Dobrze, George... - powiedziała brunetka i zachichotała.
Pani March patrzyła na młode kobiety. Nie uśmiechała się. Domyślała się, że mają zaledwie trzydzieści kilka lat, ale trochę ją to dziwiło. Kiedy dokładnie George przestał wykładać na uczelni? Usiłowała przypomnieć sobie konkretną datę.
- Nie jest pani dumna z męża, pani March? - spytała z rozmarzeniem blondynka, jakby pragnęła, by pewnego dnia zadano jej to samo pytanie.
- Och, myślę, że moja małżonka trochę się mną zmęczyła - rzekł George, uśmiechając się do pani March. - Trudno wytrzymać z pisarzem.
Dwie młode kobiety znowu zachichotały, po czym westchnęły, jakby śmiech je znużył. Tymczasem po drugiej stronie salonu doszło do zamieszania. Gabriella szukała zgubionej papierośnicy, wspomagana przez ochotników - co do jednego płci męskiej, chodzących na czworakach - zaglądających pod meble i między poduszki. Pani March czuła papierośnicę na piersi i zaczęła udawać, że szuka jej na półkach.
Przyjęcie wkrótce się zakończyło, bo ściany były cienkie i sąsiedzi często się skarżyli. Martha wyszła, trzymając małą kwadratową torebkę, nim ostatni rozweseleni goście opuścili apartament. Tymczasem pracownicy firmy kateringowej narzucili fartuchy na poplamione stroje używane na przyjęciu i starali się uporządkować mieszkanie.
Państwo Marchowie rozebrali się w milczeniu. George stał w pobliżu łazienki. Pociągnął nosem.
- Ktoś tu palił?
Pani March przełknęła ślinę, po czym postanowiła postawić sprawę otwarcie.
- George, czy pierwowzorem tej kobiety jestem ja? - spytała, mając nadzieję, że uzna jej drżący głos za efekt wypitego wina.
Zatrzepotał powiekami.
- Co takiego?!
- Mam na myśli Johannę. Czy jestem jej pierwowzorem?
- Nikt nie jest jej pierwowzorem, ona po prostu... - skinął dłonią, szukając właściwego słowa - ...po prostu istnieje.
Pani March poczuła zawód.
- Więc dlaczego się śmiałeś, gdy powiedziała to ta kobieta?
George zmarszczył brwi i spojrzał na nią znad okularów.
- Jaka kobieta?
- Tamta kobieta! Kobieta na przyjęciu! Powiedziała, sugerowała, że to ja jestem pierwowzorem Johanny!
Wydawało się, że się zastanawia.
- Cóż, nie przyszło mi to nawet do głowy. W trakcie pisania w ogóle się nad tym nie zastanawiałem. Myślę, że możecie mieć pewne wspólne cechy...
Pani March drwiąco się skrzywiła.
- Doprawdy, George, powiedz, jakie cechy! Powiedz, co może mnie łączyć z tą dziwką! - Chociaż była wściekła, mówiła dość cicho, bojąc się, że usłyszą ją sąsiedzi.
George westchnął.
- Uważam, że błędnie to interpretujesz. Pierwowzorem Johanny nie jest jedna kobieta, to połączenie cech wielu kobiet, które znałem na przestrzeni lat. Mógłbym wymienić cechy łączące ją z kilkoma kobietami mającymi na mnie wpływ. Owszem, ty też znalazłabyś się na liście. Właśnie tak działa wyobraźnia pisarza.
- Więc to zrób.
- Co mam zrobić?
- Usiądź i wymień te cechy.
- Mówisz poważnie?
- Tak! - odpowiedziała pani March. - Chcę wiedzieć, jakie kobiety cię inspirowały. Chcę wiedzieć, czym się różnię od Johanny.
- Czym się różnisz... Przecież to postać fikcyjna!
- Więc dlaczego wydaje się rzeczywista, a ja nie?
Ostatnie pytanie, zadane tonem, który można by nazwać krzykiem (zwłaszcza w przypadku pani March), odbiło się echem w pokoju. Nie wiedziała, co ją zdenerwowało, co pragnie wyrazić, ale po wypowiedzeniu tych słów poczuła na języku gorzki smak.
George zmarszczył brwi.
- Wolę w to nie wnikać. Moim zdaniem jesteś... no cóż... zmęczona, oboje jesteśmy zmęczeni. Spróbujmy się przespać. Porozmawiamy o tym rano.
- W tej chwili nie zasnę. Nie w twojej obecności - powiedziała pani March. Wsparła się pod boki.
George westchnął.
- Prześpię się w gabinecie. - Wziął wełnianą kapę leżącą na fotelu w rogu sypialni. - Dobranoc - rzekł, nawet nie patrząc na panią March. Przeszedł obok niej, opuścił pokój i zamknął za sobą drzwi.
Kiedy wyszedł, pani March spoglądała na białe drzwi panelowe. Zamknęła je na klucz, a później powoli się cofnęła, jakby czekała, aż ktoś zacznie je rozbijać siekierą. Chwiejąc się na nogach, podeszła do łóżka obok okna i padła na twarz na chłodną pościel.
Na parapecie okna pani March przysiadły dwa hałaśliwe gołębie. Gruchały jednocześnie, jeden wyjątkowo głośno. Wydawane przez niego dźwięki coraz bardziej przypominały jęki kobiety zbliżającej się do orgazmu. Pani March poczuła wstyd, obudziła się i z ulgą skonstatowała, że jest sama. Przez szczeliny w zasłonach sypialni wpadało światło. Zasłoniła oczy i jęknęła, po czym przewróciła się na bok i zawołała Marthę, która krzątała się w aneksie kuchennym. Poprosiła o podanie śniadania do łóżka: sałatki owocowej i jajka na miękko. I o aspirynę.
Po kilku minutach gałka w drzwiach lekko się poruszyła i rozległo się pukanie. Pani March wyskoczyła z łóżka, przekręciła klucz i z zawstydzoną miną zaprosiła Marthę do sypialni.
- Trzeba przewietrzyć pokój - powiedziała służąca, stawiając na łóżku tacę ze śniadaniem. - Trochę brzydko tu pachnie.
Pani March pociągnęła nosem, ale czuła tylko ożywczy zapach kawy przyniesionej przez Marthę.
- Naprawdę? - spytała. - Czym pachnie?
- Jakby długo nie wietrzono.
- Nie jestem w formie, więc przewietrz później. Zimne powietrze mogłoby mi zaszkodzić.
- Naturalnie. Potrzebuje pani jeszcze czegoś, pani March? - Martha stała ze spuszczonymi ramionami, patrząc w stronę łazienki. Pani March podążyła za jej wzrokiem i zobaczyła nieskładny rząd poduszek ułożony poprzedniego wieczoru pod drzwiami. - Nie, w tej chwili niczego mi nie potrzeba - odparła ostro. - Dziękuję, Martho.
Zamknęła drzwi za służącą. Krótkie wstawki pani March - "niczego mi nie potrzeba", "niezupełnie", "ach, chyba tak" - prawdopodobnie denerwowały Marthę, uważającą niezdecydowanie za słabość i oznakę marnotrawstwa, oczywisty dowód zbyt pobłażliwych metod wychowawczych w dzieciństwie.
Pani March zajęła się śniadaniem, podanym na ozdobnej porcelanie w kwiatki kupionej na targu na przedmieściach Paryża. Aspiryna leżała na osobnym ręcznie malowanym talerzyku. Martha, nieproszona, usmażyła kilka grubych płatów tłustego boczku. Pani March, ku własnemu zaskoczeniu, chwyciła je rękami, śliniąc się na widok tłuszczu spływającego po nadgarstkach.
Rozpuściła aspirynę w szklance wody, mieszając ją łyżeczką. Kiedy opróżniała szklankę, usłyszała za plecami szelest i zobaczyła kopertę wsuwaną pod drzwi sypialni. Podeszła na palcach, na wypadek gdyby George ciągle stał po drugiej stronie, i natychmiast poznała jasnożółtą papeterię, ciemnoczerwone inicjały G.M. (nie miał drugiego imienia). Przed trzynastu laty pomogła mu ją wybrać w ekskluzywnym sklepie z artykułami piśmiennymi firmy Dempsey & Carroll, gdy otrzymał pierwszą wysoką zaliczkę za powieść. Od tamtej pory zawsze używał tego samego wzoru.
Koperta leżała na dywanie przez całą wieczność, aż wreszcie pani March podniosła ją i rozerwała. W środku znajdowało się zaproszenie: "Zawieszenie broni? O szóstej w restauracji Tartt's?". Zmięła bilecik i kopertę, po czym wrzuciła je do wygaszonego kominka.
Spędziła cały ranek w sypialni. Czytała, piłowała paznokcie i unikała George?a. Po wejściu do łazienki gwałtownym ruchem zapalała światło, próbując zaskoczyć karaluchy. Lustrowała podłogę i zaglądała pod umywalkę, lecz żadnego nie spostrzegła.
W porze lunchu przestała się ukrywać. Martha donośnym głosem obwieściła, że podano do stołu, i pani March usłyszała skrzypienie otwieranych drzwi gabinetu George?a - znajdowały się naprzeciwko sypialni. Przejrzała się w lustrze w łazience, wsunęła luźne kosmyki włosów za ciągle obolałe, lekko oparzone ucho i poszła do jadalni.
Drewnianą podłogę przetarto na mokro, a choinkę i kanapy ustawiono w dawnych miejscach. Kiedy pani March weszła przez przeszklone drzwi, George siedział już przy stole na zwykłym miejscu i nalewał sobie szklankę wody. Usiadła w milczeniu, po czym skupiła uwagę na swoich skórzanych półbutach i haftowanej serwetce leżącej na kolanach, by nie patrzeć mężowi w oczy. Mimo to miała wrażenie, że dostrzega jego rozmazaną twarz i dziwnie wyszczerzone zęby. Odchrząknęła i wyjęła z koszyka kromkę chleba z oliwkami. Zaczęła kupować ulubione pieczywo w cukierni, w której zamówiła desery na przyjęcie. Był to maleńki sklepik poniżej poziomu ulicy, wciśnięty między pralnię samoobsługową a tanie studio paznokci - zupełnie niepodobny do przytulnej, gustownej, wręcz magicznej cukierni Patricii, ale była to niewielka cena za to, by nigdy więcej nie oglądać właścicielki.
- Dzwoniła Gabriella - odezwał się George, tak nagle przerywając milczenie, że pani March podskoczyła na fotelu. - Ciągle nie znalazła papierośnicy.
Pani March nie odpowiedziała. Schowała srebrną papierośnicę w jednej z szuflad z bielizną, starannie owinąwszy ją szalem z organzy. Gabriella postępowała nieodpowiedzialnie: zabierała papierośnicę na przyjęcia i zostawiała byle gdzie. Dobrze jej tak.
- A zatem przyjmiesz moje zaproszenie na kolację? - ciągnął George, zdając sobie sprawę, że temat papierośnicy jest wyczerpany.
Pani March wzruszyła ramionami, smarując masłem kromkę chleba.
- Nie chcę, żebyś zapraszał mnie z obowiązku.
- Wcale nie zapraszam cię z obowiązku. Chętnie zjem z tobą kolację. Byłbym naprawdę zachwycony.
- Cóż, traktujesz mnie jak dziecko, próbujesz mnie rozpieszczać.
- Dobrze już, dobrze - rzekł George, unosząc dłonie w geście kapitulacji. - Wybierzemy się na kolację, by uczcić wspaniałe przyjęcie wydane przez moją żonę.
- Więc... to będzie kolacja na cześć kolacji?
Chciała, by George poczuł się głupio, lecz na jego twarzy pojawił się entuzjazm.
- Kolacja na cześć kolacji! - zawołał. - Bardzo mi się to podoba. To coś w naszym stylu, prawda? - Uniósł do ust dłoń pani March i pocałował ją w palce.
Nie czuła, że to coś w ich stylu, choć nie miała pojęcia, co byłoby w ich stylu. Przyszła jej do głowy intrygująca myśl. Kim tak naprawdę są? Kiedyś śmiali się, kłócili i gadali do późnej nocy. Piszczała, gdy całował ją w szyję, i prychała z udawanym niezadowoleniem, gdy klepał ją w pupę w czasie wychodzenia z metra. Prawda? A może pamięta te sceny z filmów i książek? Spojrzała z ukosa na George?a, który z apetytem jadł podsmażone grzyby. Kim jest ten człowiek?
Pojechali do restauracji taksówką. Mogliby iść pieszo, lecz na chodnikach stały kałuże wody, a wieczorne powietrze było wilgotne i zimne. Poza tym pani March włożyła szpilki.
- Małpi Bar coraz bardziej schodzi na psy - odezwał się George, gdy taksówka jechała 54th Street.
- Hm... - mruknęła pani March.
Romantyczne kolacje wśród krzykliwych, komiksowych murali Małpiego Baru były wieloletnią tradycją. Z czasem George zaczął tam zapraszać przyjaciół i wspólników. Zawsze lubił ostentację i przepych, a później szybko się nudził, gdy przyzwyczajał się do otoczenia. W końcu zamienili lustrzane kolumny i pokryte czerwoną skórą boksy Małpiego Baru na spokojne wnętrza restauracji Tartt's, gdzie na ścianach wisiały tapety.
Taksówka zatrzymała się przy krawężniku, rozchlapując wodę. Podbiegł do niej z parasolem umundurowany odźwierny. Weszli do restauracji punktualnie o szóstej, a maître d?hôtel, tęgi mężczyzna z przylizanymi włosami i perkatym nosem, spytał, pod jakim nazwiskiem zarezerwowali stolik. George podał własne nazwisko. Pani March obserwowała twarz maître d?hôtel, lecz kierownik sali nie okazał, że poznaje sławnego pisarza. Z kamiennym wyrazem twarzy odfajkował ich w notesie i zaprowadził do stolika.
- Dlaczego nie zamówiłeś gabinetu? - spytała, gdy zajęli miejsca, a maître się oddalił. Zwykle siadali w niewielkim boksie oddzielonym od głównej sali grubą kotarą z pomponami. Czuła się tam jak królowa i była całkowicie bezpieczna.
- Zarezerwowałem miejsce dopiero dziś rano i z trudem znalazłem stolik - odparł George.
- Nie daliby ci lepszego stolika, gdybyś się przedstawił?
- Daj spokój, kochanie, ten stolik jest świetny. Poza tym nie chciałem, żeby mnie wzięli za głupawego zarozumialca.
- Tak, chyba masz rację - rzekła pani March, choć wcale tak nie uważała. Wyciągnęła szyję i rozejrzała się po lokalu. Był urządzony ze smakiem, panował w nim półmrok. Przy stolikach siedziało wielu gości i ciągle przybywali nowi, wszyscy nienagannie ubrani i uczesani. Nikt nie zwracał na nich uwagi ani nie poznał George?a, co dawniej zirytowałoby panią March, ale tego dnia przyniosło jej ulgę. Spojrzała na menu. "Szczawik, zabaglione z winem marsala, dynia kabocha..." Na piersi George?a kołysały się na sznurku szylkretowe okulary, niekiedy zahaczając w guziki koszuli. Zerknęła na niego znad menu i odchrząknęła, lecz nie zwrócił na to uwagi. Kiedy w końcu założył okulary, by przeczytać kartę win, pani March pochyliła głowę i popatrzyła na listę przystawek o niezrozumiałych nazwach.
- Wszystko wydaje się pyszne, kochanie - powiedziała. - Nie mogę się zdecydować. Zamów coś dla mnie, dobrze?
- W porządku - odparł George, nie podnosząc wzroku. - I poproszę o jakieś fantastyczne wino.
Pojawił się przygarbiony kelner, trzymający przed sobą złożone dłonie, jakby prosił o litość. Przyjął zamówienie z wyuczoną ostrożnością ("Już się państwo zdecydowali? Mają państwo jakieś specjalne życzenia?"). George wymieniał nazwy potraw. Pani March po chwili przestała słuchać. Nie zwracała uwagi na otoczenie - gwar i brzęk sztućców na chwilę ucichły. Usłyszała, jak kelner pyta George?a, czy naprawdę chcą zamówić deser Baked Alaska, ponieważ jego przygotowanie zajmie bardzo dużo czasu. Miała wrażenie, że wynurza się z wody, i usłyszała twierdzącą odpowiedź George?a. Nie pytano jej o zdanie, ale to dobrze, bo zawsze żałowała zamówienia lub niezamówienia deseru. Lepiej, by George sam podjął decyzję. Przed wielu laty zrezygnowała z diety, bo nie potrafiła jej przestrzegać. Pod nieobecność Marthy zawsze ulegała dziwacznym kaprysom pochodzącym z czasów, gdy była małą dziewczynką (ciasteczka i ryż, jogurt z sosem pomidorowym).
Spojrzała na talerz z duszonymi brzytwiakami atlantyckimi, specjał wieczoru. Nie spostrzegła, że go przed nią postawiono. Czy jedli już przystawki? Nie pamiętała, by George je zamawiał. Brzytwiak wyglądał jak ryba z filmu rysunkowego, miał kolorowe paski i jasnożółte ślepia. Przesuwała rybę po talerzu, nie mając ochoty jeść, gdy tymczasem George pałaszował swoją porcję. Brzytwiak patrzył na panią March, jego źrenicę otaczały kolorowe obwódki. Nagle ryba mrugnęła. Pani March gwałtownie odsunęła krzesło i powiedziała, że musi iść do toalety.
Damska toaleta w restauracji Tartt's miała zaskakująco poważny, męski wystrój - dębowa boazeria, przyćmione światło, woń cynamonu i owoców cytrusowych. W rogu stała drewniana etażerka z książkami z drzwiczkami z drucianej siatki, a na najdalszej ścianie wisiała bardzo długa porcelanowa umywalka - zakrzywione krany przypominały łabędzie szyje. Stała przed nią kobieta, poprawiając makijaż w lustrze. Pani March usiłowała ją pozdrowić, ale kobieta nie zwróciła na nią uwagi. Pani March grzecznie zastukała w drzwi kabiny, nie usłyszała odpowiedzi i weszła do środka. Kabina, w której się znalazła, była bardziej ozdobna niż główna sala toalety: miała własną umywalkę ze złotymi kranami i ściany wytapetowane chińskim jedwabiem. Z głośnika dobiegał męski głos, czytający audiobooka uspokajającym brytyjskim akcentem. Pani March słyszała fragmenty zdań. Podciągnęła ciasną spódnicę i ostrożnie spuściła rajstopy, starając się ich nie podrzeć.
Czuła zapach kobiety, która poprzednio korzystała z toalety. Woń jej kału, podobna do smrodu surowego mięsa. Przełknęła ślinę, powstrzymując wymioty, i wypięła się nad sedesem, starając się nie dotknąć deski, jak uczyła ją matka. Zastygła w powietrzu nad muszlą klozetową, lekko rozkołysana, czekając, aż pęcherz się opróżni. Skupiła się na audiobooku, by utrzymać równowagę.
"Zdjęła gorset o rzeźbionych fiszbinach, pożółkły od kontaktu ze spoconymi, pryszczatymi piersiami. Na fiszbinach wyryto inicjały B.M. Należały do innej kobiety, ponieważ miała na imię Johanna".
Pani March jęknęła i strumień moczu trysnął na podłogę. Niemożliwe - czyżby pojawił się już audiobook? Niezręcznie wytarła się kawałkiem papieru toaletowego i podciągnęła rajstopy, tym razem je rozdzierając. "Przed kilku laty ukradła gorset innej prostytutce, żałosna postać w mroku nocy". Kiedy pani March odkręciła złoty kurek, po nodze spłynęła jej kropla moczu. "Pewien marynarz wyrzeźbił na nim inicjały B.M., wyrażając miłość, której Johanna nigdy nie doświadczyła ze strony żadnego z klientów". Niezgrabnie opłukała ręce i sięgnęła po papierowy ręcznik, gdy nagle z głośnika dobiegł głośny, groźny głos: "Wiemy, że tam jesteś, Johanno!". Krzyknęła, rzuciła się w stronę drzwi, szarpała pozłacaną klamkę.
Kiedy wybiegła z kabiny, toaleta okazała się pusta; z jednego z kranów płynęła woda. Wrzuciła pognieciony papierowy ręcznik do kosza na śmieci i uciekła.
Wydawało się, że w restauracji zapadła cisza. Nie słyszała szczęku noży i widelców, brzęku kieliszków, gwaru głosów ani szelestu sztywnych spodni sommelierów. Cisza. Szła przez pogrążoną w półmroku salę jadalną, a goście po obu stronach ją obserwowali, obracali głowy w jej kierunku, śledzili jej kroki. Mieli poważny wyraz twarzy, jakby zamierzali wydać na nią wyrok. Gapili się na nią nawet kelnerzy, jeden znad pieczeni wołowej leżącej na wózku restauracyjnym do krojenia potraw. Nie patrzyła na nią tylko para siedząca w rogu na końcu sali i zaśmiewająca się z czegoś. Po chwili kobieta obróciła głowę, spojrzała na panią March z uśmiechem ciągle igrającym na wargach wciąż czerwonych od wina. Pani March szybko dotarła do stolika, gdzie George w dalszym ciągu pożerał brzytwiaka, nie zwracając uwagi na otoczenie.
Jakby znikąd pojawił się kelner, trzymając w rękach szczypce. Wyciągnął je w stronę pani March i spojrzał jej prosto w oczy. Struchlała i zacisnęła powieki. Kiedy je otworzyła, zobaczyła, że położył świeżą serwetkę na jej kolanach. Sala restauracyjna wydłużyła się, obróciła do góry nogami, stała się wklęsła, jakby oglądana w krzywym lustrze, otaczała zdeformowane odbicie pani March, która nie widziała wyraźnie twarzy sędziów.
Do sali wtoczono ceremonialnie deser Baked Alaska. Kelner umieścił go na paterze między państwem March, a później efektownym gestem podpalił. Spoglądała na psychodeliczny błękitny płomień, którego półprzezroczyste spirale przywodziły na myśl białe róże więdnące w czasie suszy.
Wypiła duży łyk wina. Nienawidziła George?a za to, że ją okłamał, nienawidziła siebie za to, że zawsze tak łatwo bierze jego miłe słówka za dobrą monetę. Przyrzekła sobie, że od tej chwili będzie bardziej krytyczna. Opróżniła kieliszek, patrząc na ozdobną sztukaterię na suficie. Powinna traktować się poważniej, bardziej się cenić. Czy kiedykolwiek zdradziła samą siebie? Nie czekając na kelnera, dolała sobie wina, i w piersi wezbrała jej czułość. Jej biedna, piękna dusza zawsze stara się sprawić wszystkim przyjemność. Przyrzekła sobie z triumfem, że teraz to się zmieni.
Wszystkie postanowienia zbladły w chłodnym, pragmatycznym świetle poranka. Szczególnie przygnębił ją widok następnego karalucha. Wstała w środku nocy - miała pełny pęcherz, bo wypiła w czasie kolacji dużo wina. Poszła powoli do łazienki. Kiedy włączyła światło, zauważyła czarną plamkę na środku białej posadzki. Gruby karaluch pełzł do przodu, poruszając wąsami. Wrzasnęła, wzywając George?a, który nie leżał w łóżku, a później tłukła pantoflem w podłogę, aż pozostała na nim tylko wilgotna czarna plama. Wytarła ją papierem toaletowym, a później wrzuciła go do muszli klozetowej. Poświęciła bardzo dużo czasu na czyszczenie podłogi i podeszwy pantofla - chyba za dużo. "Giń, przeklęty robaku!" - powiedziała na głos. Lekko się roześmiała, co ją zdziwiło.
Następnego ranka wpadła do łazienki, trzymając uniesiony pantofel. Zauważyła w lustrze swoje odbicie. Była rozczochrana, miała dziki wzrok. Ogarnęło ją współczucie dla samej siebie. Przerażała ją myśl o tym, że do budynku mógłby wejść zawodowy tępiciel robaków w roboczym drelichu i wypytywać portiera. Podczas śniadania zastanawiała się, co robić. Siedzieli w milczeniu. George czytał gazetę, a pani March mieszała herbatę i oglądała rozkładówkę. George jadł tosta; okruszki spadały na papier jak krople deszczu. Tymczasem w holu tykał zawsze wierny zegar stojący.
Zegar tykał, George jadł, wokół padały okruszki. Pani March w przypływie natchnienia pomyślała, że pójdzie dziś do muzeum. Studiowała historię sztuki w college?u w Nowej Anglii, otoczonym przez drzewa o czerwonawych i rdzawych liściach, tak oddalonym od świata, że pani March miała wrażenie, że niemal odzwierciedla jej charakter (ojciec uważał ukończenie tego kierunku studiów za "kompletny absurd" - prawdopodobnie wyobrażał sobie córkę szkicującą przez cały dzień loki koleżanek, piłującą paznokcie i czekającą na pojawienie się odpowiedniego kandydata na męża). Uwielbiała sztukę - w sensie ogólnym - ale niepokoiło ją to, że obejmuje wszystko: średniowieczne iluminacje, obrazy Kandinskiego, awangardowe opery i dzieła literackie, architekturę baroku. Na ostatnim roku chodziła na zajęcia z historii kina ze studentami wydziału teatralnego należącymi do cyganerii artystycznej i z nonszalancką obojętnością paliła papierosy, które trzeba było gasić przed wejściem na wykład. Była pilną, spokojną, posłuszną studentką; uzyskiwała przyzwoite, lecz nie znakomite oceny. Najbardziej lubiła śledzić ożywione dyskusje, czym jest sztuka i jakie jest jej prawdziwe znaczenie.
- Sztuka to zamysł - powiedział kiedyś jej ulubiony profesor. - Sztuka musi nas poruszać. W różny sposób, pozytywny albo negatywny. Doceniamy sztukę, gdy rozumiemy, co artysta chciał wyrazić. Nie zawsze musimy chcieć powiesić obraz w salonie.
Na przestrzeni lat pani March wiele razy powtarzała te słowa w trakcie kolacji organizowanych przez instytucje charytatywne, przyjęć po premierach książek George?a i na ceremoniach wręczenia nagród literackich. Nigdy nie próbowała zrozumieć treści słów profesora i nigdy nie przyznała, nawet przed sobą, że nie umiałaby tego zrobić.
Mimo to podobało jej się, że posiadła wiedzę dającą niewielką przewagę intelektualną nad innymi ludźmi. Lubiła odwiedzać muzea. Kiedy chodziła po chłodnych, cichych salach, wyobrażała sobie, że spotka ją przypadkiem jeden ze znajomych, podziwiającą dzieła sztuki.
Postanowiła iść dzisiaj do muzeum - wszystkie problemy znikną. Piła z uśmiechem herbatę.
Było chłodno, ale słońce od dawna nie świeciło tak jasno. W przypływie optymizmu poszła na piechotę i zostawiła w domu parasolkę, którą często zabierała ze sobą na wszelki wypadek. Jeśli zacznie padać, złapie taksówkę, choć zawsze czuła się niezręcznie, zamawiając taki krótki kurs.
Chłodne poranne powietrze sprawiło, że ludzie mieli zaczerwienione policzki i ciekło im z nosów. Pani March miała wrażenie, że widzi Nowy Jork po raz pierwszy. Idąc ulicą, uśmiechnęła się na widok starej kanapy stojącej na chodniku obok przepełnionego pojemnika na śmieci - z tapicerki sterczały kosmyki watoliny. Minęła rząd ładnie pachnących choinek opartych o rusztowanie i kiwnęła dłonią skulonym sprzedawcom chuchającym w ręce. Po drugiej stronie ulicy stał wózek z hot dogami z parasolem w paski; sprzedawcą był mężczyzna z twarzą pokrytą siecią czerwonych żyłek. Inni handlarze oferowali obwarzanki podgrzewane promiennikami ciepła. Kupiła za resztkę drobnych pieczone kasztany w papierowej tutce. Wsunęła ją do torebki, nie mając zamiaru jeść kasztanów - po prostu lubiła ich zapach.
Minęła starszą panią w sztucznym futrze pchającą spacerówkę z dzieckiem. Miała siwe włosy ostrzyżone na jeża - krótkie jak u chłopca - co zaimponowało pani March. Nigdy tak odważnie nie ujawniłaby swojego wieku. Tylko chude kobiety dobrze wyglądają z krótkimi włosami, a biorąc pod uwagę tempo przyrostu tłuszczu na brzuchu, jest bardzo wątpliwe, że zostanie chudą babcią.
Kiedy zbliżyła się do majestatycznego budynku z secesyjnym frontonem, w jej sercu wezbrała nieszczera duma. Między greckimi kolumnami wisiały czerwone banery z zapowiedziami wystaw. Czuła się dzięki nim ważna, lecz zdawała sobie sprawę, że jest w tym odrobina oszustwa, jakby próbowała czerpać siłę z miejsca, które nie ma z nią nic wspólnego.
O tej porze dnia muzeum było prawie puste, z wyjątkiem nielicznych turystów i wycieczek szkolnych z przewodnikami. Minęła ją grupa zmierzająca do wyjścia i pani March kątem oka zauważyła znajomą koszulkę z nadrukowanymi rakietami tenisowymi. W mrocznym zakamarku jej umysłu pojawił się niepokój, gdy wszystko sobie przypomniała - kojarzyło się to z wonią gnijącego owocu pozostawionego z tyłu lodówki - ale kiedy popatrzyła na mężczyznę, okazało się, że to wcale nie mężczyzna, tylko kobieta w płaszczu przeciwdeszczowym z nadrukowanymi truskawkami.
Szła w stronę galerii na piętrze. W przestronnych salach rozbrzmiewał stukot jej obcasów.
Ludzie widoczni na portretach jej potrzebowali. Zawsze na nią patrzyli, niezależnie od tego, w którym kącie się znajdowała. Niektórzy nawet wyciągali szyje, by na nią spojrzeć. "Popatrz na mnie!" - zdawali się mówić. Pani March szła niekończącym się labiryntem korytarzy, w każdej sali wystawowej roiło się od oczu, rąk i zmarszczonych czół. Minęła obraz olejny przedstawiający Jezusa, którego storturowane ciało zdejmowano z krzyża na stos luksusowych tkanin w odcieniach czerwieni i błękitu. Znała takie obrazy, przypominały jej niedzielne poranki w kościele. Rodzice lubili chodzić do kościoła Świętego Patryka, położonego niedaleko apartamentu, przy tej samej ulicy. Kazania ją nudziły. Pewnego dnia pochyliła się w stronę matki i spytała szeptem, dlaczego kobiety nie mogą być duchownymi. "Kobiety zachodzą w ciążę" - szepnęła w odpowiedzi matka.
Spoglądała w tej chwili na scenę ukrzyżowania, w której Chrystus patrzył w niebo z uniesionymi brwiami i lekko rozchylonymi ustami. Męka malująca się na jego twarzy była tak dramatyczna, tak niezmienna, że pani March doszła do wniosku, że ma w sobie coś bardzo kobiecego.
Doszła do końca sali, skręciła w prawo i znalazła się w galerii, w której eksponowano w barokowej złoconej ramie mniej popularną wersję Dziewczyny z perłą Vermeera. Przekrzywiła głowę i spojrzała na portret. Dziewczyna, owinięta lśniącym, jedwabnym szalem, była wyjątkowo brzydka. Jej twarz wydawała się dziwaczna - duże czoło, szeroko rozstawione oczy, prawie niewidoczne brwi. Gdyby się nie uśmiechała, wyglądałaby przerażająco. Jej uśmiech również miał w sobie coś niepokojącego. Jakby wiedziała, że widza czeka ponury los, i sprawiało jej to przyjemność.
- Cześć, Kiki! - powiedziała pani March.
Po raz pierwszy zobaczyła ten portret, gdy odwiedziła muzeum z rodzicami, zbliżając się do okresu dojrzewania. Na początku myślała, że dziewczyna jest ograniczona umysłowo albo - jak krzyczały okrutne dzieci na dziedzińcu szkolnym - przygłupia. Lekko zezowała, puste spojrzenie miało w sobie coś głupkowatego. Kiedy pani March po raz pierwszy zobaczyła obraz, schowała się za plecami ojca, a później wyjrzała zza fałd jego marynarki. Przysięgłaby, że dziewczyna się do niej uśmiecha.
Natychmiast dostrzegła podobieństwo między sobą a dziewczyną na portrecie: blada cera, brzydki wygląd i, tak, głupawy uśmiech. W domu było wiele nieudanych fotografii pani March, które to potwierdzały.
Tej nocy, w ciemnej sypialni, obudziła się, słysząc ciężki, ochrypły oddech. Była to dziewczyna z portretu, która w dziwny sposób przyszła za nią do domu. Na początku ogarnęła ją panika, ale po kilku wieczorach oddech się uspokoił i nawiązała rozmowę z dziewczyną.
Wkrótce spotykała się z nią codziennie: bawiła się, kąpała z nią, marzyła o niej. Twarz dziewczyny zlała się z jej własną: nie była to już osoba przedstawiona na portrecie, ale bliźniaczka, którą nazwała Kiki. Rodzice, którym pani March niezgrabnie przedstawiła Kiki przy kolacji, uznali to za dziecinny kaprys. Kiki zaczęła się pojawiać przy każdym posiłku. Znajoma pani psycholog, spytana mimochodem, by nie wywoływać podejrzeń, spekulowała, że Kiki to skomplikowany konstrukt myślowy pozwalający pani March wyrażać uczucia. Na przykład Kiki, podobnie jak pani March, nie lubiła placków nadziewanych dynią, więc pani March prosiła, by ich nie podawano. Kiki nie lubiła chłodu, więc pokojówkę proszono, by okna otwierano na krótko.
Pani March wszędzie zabierała ze sobą Kiki, która podpowiadała jej szeptem rozwiązania na teście z matematyki. Kiki rozśmieszała panią March, gdy matka oglądała próbki zasłon w domu towarowym. Pani March telefonowała do koleżanek ze szkoły i mówiła, że odwiedziła ją kuzynka Kiki, po czym oddawała jej słuchawkę i zaczynała infantylnie seplenić. Pewnego razu napisała list wychwalający samą siebie - lewą ręką, by nikt nie poznał jej charakteru pisma - i pokazywała go z dumą koleżankom z klasy, twierdząc, że otrzymała go od Kiki. Wkrótce potem jedna z koleżanek oświadczyła, że pani March nie jest już mile widzianym gościem na spotkaniach grupy przyjaciółek, bo jest kłamczuchą. "Nie kłamałam" - odpowiedziała z oburzeniem pani March. Zdawała sobie sprawę, że kłamała, ale nie byłaby w stanie znieść upokorzenia; nie potrafiłaby wytłumaczyć, dlaczego zrobiła coś tak absurdalnego. Pani March bardzo wstydziła się tych wspomnień. Nigdy nikomu nie powiedziała, jak daleko posunęła się z fikcyjną przyjaciółką.
Po raz ostatni popatrzyła badawczo na dziewczynę, swoją Kiki, która odwzajemniła spojrzenie, zaciskając wargi. Miała zmęczone oczy i wydawała się niemal zawiedziona.
Pani March spędziła następny dzień na przygotowaniach do powrotu syna z wycieczki szkolnej. Zgromadziła w lodówce zapas mleka czekoladowego, korbaczy serowych i frankfurterek, a w spiżarni irysy i ciasteczka z nugatem. Ułożyła na półce pluszaki - od największego do najmniejszego. Nie zauważyła karaluchów, a tylna część ucha się zagoiła i strupek odpadł. Gdyby miała nazwać swój nastrój, powiedziałaby, że jest zadowolona, z braku lepszego słowa.
Poprawiała poduszki na łóżku Jonathana i zaczęła cicho nucić: "Wiję gniazdo, gniazdo, gniazdo". Po raz ostatni robiła to, gdy była w ciąży. Kiedy zdała sobie z tego sprawę, pojawiły się nieprzyjemne wspomnienia. Baby shower, na które ozdobiła salon bocianami wyciętymi z papieru i błękitnymi serpentynami. Zaprosiła Mary Anne, koleżankę z pokoju w akademiku, w nadziei, że będzie jej zazdrościć poderwania George?a ("George March to najprzystojniejszy mężczyzna na kampusie"), oraz Jill, nudną znajomą, która przyczepiła się do pani March w szkole średniej, aż wszyscy uznali, że są przyjaciółkami. Pojawiło się również dwóch kuzynów George?a, a także jego dawny student, który wydawał się niezadowolony z obecności na przyjęciu. Członkowie rodziny pani March nie mogli przyjść.
Pani March poszła do toalety dla uczestników przyjęcia, czując gwałtowne mdłości. Między spazmatycznymi wymiotami usłyszała, jak jedna z kobiet mówi do pozostałych: "Nie jest przygotowana do urodzenia dziecka. Nie dba o siebie". Druga zauważyła: "I to z kimś, kto miał już dziecko?! Nie wyobrażam sobie, że mogłabym się zdecydować na coś takiego. Nie będzie się interesował ciążą, nowym dzieckiem. Już to wszystko przeżył! Po co miałby zawracać sobie głowę?!". Kiedy pani March spuszczała wodę, przysięgłaby, że rozległy się chichoty.
Wytarła usta i wróciła do salonu, uśmiechając się szeroko. "Już jestem!" - oświadczyła z teatralną emfazą, choć mówiła drżącym głosem. Zaproszona przez rozbawionych gości, którzy z radością mierzyli jej brzuch sznurkiem, wzięła udział w kilku upokarzających zabawach - na przykład "odgadnij wagę malucha". Po chwili przeprosiła, twierdząc, że znowu zbiera jej się na wymioty, i wyprosiła z domu uczestników przyjęcia. Stała samotnie w pokoju dziecięcym, patrząc na hak w suficie, na którym należałoby powiesić kolorowe mobile, choć nigdy się do tego nie zabrała. Wzięła resztki jedzenia, ozdoby i prezenty dla dziecka, a następnie wepchnęła je do wielkiej czarnej torby na śmieci i wyrzuciła.
Później nastąpił poród, który okazał się koszmarem. Pamiętała, jak lekarz rozsunął jej spocone nogi. Bez przekonania walczyła, półprzytomnie próbując je zacisnąć, by jaskrawy reflektor nie oświetlał jej waginy. Kiedy pielęgniarka wyjęła podkładkę chłonną - oczywistą oznakę defekacji - pani March się rozszlochała, choć w jej oczach nie pojawiły się łzy. Zespół medyczny uznał to za reakcję hormonalną, jednak świadomość, że godzinami leżała naga i dotykano jej genitaliów, była nie do zniesienia. Zrozumiała, że zależało im tylko na dziecku. Nikogo nie obchodziła.
Odurzona lekami, zapadła w letarg, który lekarze nazywali "rekonwalescencją". Nagle obudziła się na szpitalnym łóżku i zobaczyła ojca siedzącego obok i czytającego gazetę, co było niespodzianką, bo nie żył od dwóch lat. "Papo!" - wołała do niego wielokrotnie. Ani razu nie uniósł oczu.
Po porodzie całymi garściami wypadały jej włosy. Wyciekał z niej gęsty, krwisty śluz. Podpaski nie radziły sobie z mięsistymi włóknami, a pampersy dla dorosłych z pudełka, które ukrywała przed gośćmi, chrzęściły głośno przy każdym ruchu. Blizny wolno się goiły, wywoływały dyskomfort nawet po miesiącu rekonwalescencji. Ale nie to było najgorsze. Zajście w ciążę miało w sobie coś wyjątkowego. Ludzie - przyjaciele, członkowie rodziny, nieznajomi w sklepach i restauracjach - uśmiechali się do pani March, okazywali jej życzliwość, zwracała powszechną uwagę. Po porodzie, kiedy brzuch zniknął, nie zbliżały się już do niej podekscytowane ekspedientki, by spytać o termin porodu, i nikt nie proponował, że zaniesie jej zakupy do domu albo ją podwiezie.
Na początku znajomi wpadali obejrzeć niemowlę, sąsiedzi pytali o nie w windzie. Kiedy Jonathan zaczął chodzić, zupełnie stracili zainteresowanie i pani March znowu utonęła w cichej mgle obojętności. Obwiniała o to syna, który sprawił, że jej ciało stało się brzydkie, a ona i George przestali uprawiać seks. Była zła na Jonathana, lecz dręczyło ją poczucie winy: drobne, pokryte cieniutkimi żyłkami, mlecznobiałe ciało syna wydawało jej się kruche, narażone na zranienie. Z przymusu sprawdzała, czy oddycha, nawet trzydzieści albo czterdzieści razy dziennie. Pewnego dnia popędziła do mieszkania w środku przedstawienia Jeziora łabędziego. Nuciła pod nosem główny motyw muzyczny baletu, biegnąc przez Central Park. Zaniepokoiła bezdomnych i nianię, kiedy wpadła z falującą piersią do pokoju dziecięcego.
Stawała nieruchomo nad łóżeczkiem, czasem w środku nocy - w nieświeżej koszuli nocnej, z długimi, przetłuszczonymi włosami opadającymi na barki. Obserwowała unoszący się i opadający brzuszek Jonathana, za każdym razem myśląc, że to tylko przywidzenie, i czekając, by znowu odetchnął. Po kilku niepokojących nocnych spotkaniach z milczącą, podobną do widma panią March George zainterweniował i zaangażował stałą opiekunkę do dziecka. Pani March w dalszym ciągu czuła się zobowiązana kontrolować stan syna, ale teraz, gdy znajdował się pod opieką bardziej wykwalifikowanej osoby, potrzeba nieco osłabła.
Kiedy składała koc na łóżku Jonathana, uderzyło ją, od jak dawna do niego nie zaglądała. Nigdy nie był kłopotliwym dzieckiem, dobrze spał w nocy, nie obawiał się potworów kryjących się pod łóżkiem albo w szafie - stał się bardziej samodzielny, a pani March przypuszczała, że po prostu się do tego przyzwyczaiła. Mimo to czasem dręczyło ją poczucie winy: "Dlaczego bardziej się o niego nie troszczę?". Czy nie powinna go odebrać po wycieczce szkolnej, zamiast pozwolić mu wrócić z Millerami, rodzicami kolegi mieszkającymi kilka pięter wyżej? Ale jak miała to zrobić? Nie potrafiła prowadzić auta, a George podpisywał książki w centrum miasta.
Millerowie wydawali się sympatyczni, choć nie podobał jej się sposób, w jaki Sheila Miller niekiedy spogląda na nią ze współczującym uśmiechem. Strzygła krótko włosy, odsłaniając szyję. Millerowie zawsze manifestacyjnie okazywali sobie czułość, trzymali się za ręce albo gładzili się po plecach, jakby nie mogli się pohamować. To także budziło niechęć pani March.
"Może tylko udają namiętność?" - fantazjowała. A może, zastanawiała się, czując elektryczny dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa, pan Miller ukrywa swój homoseksualizm i Sheila płacze każdej nocy, marząc o tym, by w sypialni dotykał jej równie intymnie jak w miejscach publicznych?
Kiedy Sheila Miller zastukała do drzwi apartamentu numer sześćset sześć, okazało się, że pojawiła się bez męża. Nieco zbyt ostentacyjnie pragnęła wydawać się chłodną, nowoczesną matką: nosiła obcisłe dżinsy wsunięte w błyszczące, kolorowe śniegowce - zdaniem pani March nieodpowiednie do wieku. Najbardziej drażniło i złościło panią March to, że Sheila wygląda tak ładnie, bezpretensjonalnie. Była kobietą, którą mógłby się przechwalać syn, podkreślając, że robi wszystko idealnie. Matką będącą również przyjaciółką. Matka pani March często mówiła do córki: "Nie jestem twoją koleżanką ani nie zamierzam nią zostać. Jestem twoją matką". Pani March wiedziała, że nigdy nie powinna zwracać się do matki ze sprawami, o których może porozmawiać z dziewczynami w swoim wieku.
Kiedy pani March otworzyła drzwi, Sheila się rozpromieniła. Jak zawsze spojrzała prosto w oczy pani March, która natychmiast wbiła wzrok w podłogę. Za Sheilą wszedł do apartamentu Jonathan. Jonathan - z zadartym nosem i ciemnymi podkówkami pod oczami, co nadawało mu melancholijny wyraz i sprawiło, że George, pod wpływem pretensjonalnego kaprysu literackiego, zaczął go nazywać "Edgarem Allanem Poem". Jonathan był wyjątkowo milkliwy jak na chłopca w swoim wieku, choć potrafił zachowywać się hałaśliwie w towarzystwie przyjaciół. W obecności kolegi wydawał dźwięki, których w innym przypadku nigdy się nie słyszało - chichotał, wrzeszczał, ryczał jak osioł - hałasy rozlegające się w apartamencie przywodziły na myśl dźwięki wydawane przez oszalałe widma.
Pani March pochyliła się i uściskała syna. Uśmiechała się tak szeroko, że miała wrażenie, że pęknie jej skóra na policzkach. Zaczęła mówić śpiewnym głosem, którego nie używała w normalnych sytuacjach. Włosy Jonathana pachniały zimnem i trochę dymem, jak z ogniska. Milczał, odpowiadając na piskliwe pytania ("Dobrze się bawiłeś?", "Czy to ładne miejsce?", "Cały czas padał śnieg?"), i bawił się kostką Rubika, którą - jak wyjaśniła Sheila - podarował Jonathanowi jej syn. Alec, syn Sheili, stał w holu przed drzwiami i pokręcił przecząco głową, gdy pani March zaproponowała mu mleko czekoladowe.
- Myślę, że ciągle są objedzeni słodyczami i frytkami, które pożarli w ciągu ostatnich kilku dni - powiedziała Sheila, udając, że ją to gniewa. Mrugnęła do pani March, która nie była pewna, jak zareagować.
- Cóż, bardzo dziękuję, że się nim zaopiekowałaś, Sheilo - powiedziała pani March. - Chcesz się czegoś napić? Herbaty? Wody?
- Nie, dziękuję. Zostawimy cię w spokoju, żebyś mogła spędzić resztę dnia z synem.
- Doskonale - odparła pani March, czując ulgę, że nie będzie musiała prowadzić dalszej rozmowy. - Daj mi znać, gdybyś czegoś potrzebowała.
- Okej, pa! Powiedz pa, Alec!
Alec szedł już w stronę windy. Sheila spojrzała na panią March i wzruszyła ramionami - ach, ci chłopcy! - po czym podążyła za synem. Pani March zamknęła drzwi. Kiedy się odwróciła, okazało się, że Jonathan zniknął. Przypuszczała, że pobiegł do swojego pokoju, by się przywitać z ulubionymi pluszakami, obejrzeć znajome otoczenie, ale kiedy wyszła do holu, zauważyła, że jest w kuchni i rozmawia z Marthą podekscytowanym szeptem.
- Zjadłem robaka - mówił. - Podjudzili mnie i go połknąłem!
Pani March poszła dalej. Wstydziła się przerywać.
Rodzice pani March, z domu Kirby, zawsze zatrudniali służące. Słabo pamiętała kolejne pokojówki, kucharki i nianie stanowiące część jej dzieciństwa - z wyjątkiem jednej.
Alma była ostatnią gosposią mieszkającą na stałe w domu. Ściśle biorąc, w ciasnej, pozbawionej okien klitce obok kuchni. Początkowo miała to być pralnia, ale pani Kirby przebudowała pomieszczenie: zainstalowała zlew i niewielki prysznic.
Alma była tęga, miała oliwkową cerę i długie czarne włosy, splecione w warkocz gruby jak cuma okrętowa. Zawsze czymś je zasłaniała, ponieważ matka pani March uważała popisywanie się pięknymi włosami za osobisty afront. Alma mówiła miłym, śpiewnym, emocjonalnym głosem i często wtrącała meksykańskie wyrazy. Pani March, mająca wtedy około dziesięciu lat, nigdy wcześniej nie spotkała skromnej, nieatrakcyjnej kobiety tak otwarcie śmiejącej się ze swoich wad - nie, wręcz się nimi pyszniącej.
- Bardzo dużo jesz - powiedziała kiedyś Almie, patrząc, jak pożera przy stole w kuchni indyjskie pierożki samosa.
- Tak, wiem! Dlatego jestem taka tłuściutka! - odparła służąca, ściskając palcami fałdę na brzuchu. Zupełnie nie wstydziła się swojej tuszy. Zmysłowa, wręcz bezwstydna przyjemność obżerania się robiła ogromne wrażenie na pani March, dorastającej w otoczeniu kobiet, które stale się głodziły. Lisa, starsza siostra pani March, zawsze pulchna, wróciła z college?u o połowę chudsza, obsesyjnie uprawiająca jogging. Pani March była świadkiem, jak przyjaciółki matki stale traciły na wadze, szukając pretekstów, by nic nie jeść ("Śniadanie było takie obfite...", "O tej porze nie jestem głodna, ale odrobię to przy kolacji!", "Strasznie się obżerałam w czasie urlopu!"). Dieta miała dla nich ogromne znaczenie, stanowiła coś w rodzaju nieustannej pokuty. Matka pani March ledwo dziobała jedzenie, jakby się obawiała, że może jej skoczyć do gardła. Kiedy miała urodzić panią March, była tak niedożywiona, że poród okazał się przedwczesny. Między kartami rodzinnego albumu fotograficznego znajdowało się luźne zdjęcie pani March w inkubatorze: maleńka różowa istotka z komicznie wielką plastikową zawieszką szpitalną na nadgarstku. Nie rozpoznawała siebie: niemowlę miało pomarszczoną skórę i opuchnięte, wytrzeszczone oczy. Często się zastanawiała, czy to prawdziwe dziecko rodziców, zmarłe w niemowlęctwie. Może rodzice ją adoptowali, bo musieli znaleźć inne, by zastąpiło to, które umarło?
W albumie znajdowało się wiele fotografii przedstawiających matkę w ciąży, chudą i bladą, z papierosem przyklejonym do wąskich warg. Wypukły brzuch był ledwo widoczny pod letnią sukienką. Późniejsze zdjęcia ukazywały matkę trzymającą nowo narodzoną córkę, której sterczący łokieć przypominał gałązkę drzewa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
George March wydał kolejną powieść.
Był to duży tom, na okładce znajdowała się reprodukcja starego holenderskiego malowidła przedstawiającego podręczną skromnie dotykającą szyi. Pani March minęła imponującą piramidę egzemplarzy w twardej oprawie na wystawie jednej z księgarń w sąsiedztwie. Książka, wkrótce mająca zostać uznana za opus magnum George?a Marcha, pojawiała się już na listach bestsellerów i w klubach książki - pani March na razie o tym nie wiedziała - sprzedawała się nawet w rzadziej uczęszczanych księgarniach i entuzjastycznie polecali ją sobie przyjaciele. "Czytali państwo nową książkę George?a Marcha?" stało się modnym sposobem nawiązania rozmowy na przyjęciach.
Szła do swojej ulubionej cukierni z francuskimi wypiekami - ślicznego małego lokalu z czerwoną markizą i białą ławką na zewnątrz. Dzień był chłodny, ale nie lodowato zimny; pani March spokojnie podziwiała bezlistne drzewa rosnące wzdłuż ulicy, liliowe gwiazdy betlejemskie ozdabiające wystawy sklepowe, ludzi widocznych w oknach domów.
Kiedy dotarła do cukierni, zerknęła na swoje odbicie w szklanych drzwiach, po czym otworzyła je i weszła do środka. W górze zadźwięczał blaszany dzwoneczek, oznajmiając jej przybycie. Natychmiast poczuła ciepłe oddechy klientów w lepkich od potu ubraniach; z kuchni, gdzie pieczono ciastka, nadpływały fale gorąca. Przed ladą ustawiła się długa kolejka, wijąca się wokół nielicznych stolików zajętych przez pary i grupki biznesmenów, którzy pili kawę lub spożywali śniadanie, nie zwracając uwagi na hałaśliwe rozmowy sąsiadów.
Serce pani March zabiło mocniej. Przed rozmowami z ludźmi zawsze odczuwała specyficzną ekscytację połączoną z domieszką nieufności. Stanęła w kolejce, uśmiechając się do otaczających ją nieznajomych, i zdjęła zamszowe rękawiczki. Prezent od George?a na Boże Narodzenie przed dwoma laty. Miały nietypowy odcień: jasnozielony, podobny do listków mięty. Nigdy nie wybrałaby takiego koloru, nie wierzyłaby, że jest jej w nim do twarzy, ale czuła dreszczyk emocji na myśl, że nieznajomi, widząc ją w zielonych rękawiczkach, uważają ją za beztroską, pewną siebie kobietę, która wybrała taką odważną barwę.
George kupił rękawiczki w ekskluzywnym domu towarowym sieci Bloomingdale's, co zawsze jej imponowało. Wyobrażała sobie George?a w stoisku z galanterią, przekomarzającego się z przymilną ekspedientką, w ogóle niezaambarasowanego tym, że robi zakupy w dziale z damską odzieżą. Kiedyś próbowała kupić w Bloomingdale's trochę bielizny. Tamtego lata było gorąco i parno: halka lepiła się do pleców, a sandały do chodnika. Wydawało się, że nawet ulice się pocą.
W środku dnia Bloomingdale's odwiedzały głównie zamożne panie domu. Leniwie podchodziły do stojaków z ubraniami, z ironicznymi uśmiechami na ustach pokrytych szminką o barwie pastelowego różu. Wyglądały, jakby wstąpiły do sklepu przypadkowo, niemal wbrew własnej woli, lecz w końcu postanowiły przymierzyć kilka ubrań i może coś kupić. Pani March czuła po południu większy lęk niż wieczorem, kiedy w marketach pojawiały się robotnice oblegające półki sklepowe - szybko przesuwały wieszaki i nie zawracały sobie głowy podnoszeniem sukienek, które spadły na podłogę. Nie miały ani krzty wdzięku, ani poczucia godności.
Tego ranka w Bloomingdale's panią March wprowadzono do dużej przebieralni o różowych ścianach. W rogu stała wielka kanapa z aksamitnym obiciem, a obok telefon, którym mogła wezwać ekspedientkę. Wyobrażała sobie, że młoda kobieta chichoce i szepce za drzwiami. Wyposażenie pokoju i ściany pomalowane na naiwny, cukierkowaty róż kojarzyły się z piętnastolatką żującą gumę balonową. Stanik, który wybrała, kołysał się prowokacyjnie na wieszaku na drzwiach przebieralni, miękki, jasny, przyjemnie pachnący bitą śmietaną. Przycisnęła koronki do nosa i powąchała, niepewnie dotknęła bluzki, ale nie mogła się zdobyć na zdjęcie biustonosza i przymierzenie stanika.
Skończyło się na tym, że kupiła bieliznę w niewielkim śródmiejskim sklepiku prowadzonym przez kulejącą kobietę pokrytą brodawkami, która trafnie odgadła właściwy rozmiar biustonosza, popatrzywszy na ubraną panią March. Podobało jej się to, że sprzedawczyni zachowuje się przymilnie, komplementuje jej sylwetkę i - co sprawiło pani March największą przyjemność - krytykuje inne klientki, głośno wygłaszając pełne zawodu uwagi o ich figurach. Kobiety obecne w sklepie spoglądały z wyraźną zazdrością na kosztowny strój pani March. Nigdy więcej nie poszła do Bloomingdale's.
Teraz, stojąc w kolejce w cukierni, spojrzała na trzymane w dłoni zamszowe rękawiczki, a później paznokcie. Z przerażeniem zauważyła, że są suche i popękane. Znowu wciągnęła rękawiczki, a kiedy uniosła wzrok, spostrzegła, że ktoś stanął tuż przed nią. Uznała, że nieznajoma się pomyliła, i postanowiła ustalić, czy po prostu chce pozdrowić kogoś stojącego w kolejce - ale nie, w dalszym ciągu stała przed nią w milczeniu. Pani March z niepokojem zastanawiała się, czy się do niej odezwać. Wpychanie się do kolejki jest dość niegrzeczne, jeśli taka była intencja kobiety, ale może nie? Nic nie powiedziała i przygryzła zębami policzek - nałogowy zwyczaj odziedziczony po matce. Kobieta zapłaciła i odeszła pod kasy, po czym przyszła kolej na panią March.
Uśmiechnęła się zza kontuaru do Patricii, właścicielki cukierni, kobiety o bujnych włosach i rumianych policzkach. Lubiła Patricię, przywodzącą na myśl bohaterkę powieści Dickensa, tęgą, dobroduszną szynkarkę o niewyparzonym języku opiekującą się grupką obdartych sierot.
- Ach, nasza największa elegantka! - odezwała się Patricia na widok pani March, która rozpromieniła się i rozejrzała po sklepie, by sprawdzić, czy ktoś słyszał słowa właścicielki. - To co zwykle, kochanie?
- Tak, ciemny chleb z oliwkami - odpowiedziała pani March. - Tym razem proszę też o dwa pudełka makaroników. Te większe.
Patricia krzątała się za ladą. Szukała zamówionych towarów, jej bujne loki kołysały się w obie strony. Pani March wyjęła portmonetkę, w dalszym ciągu uśmiechając się z rozmarzeniem z powodu komplementu Patricii, i pogładziła czubkami palców ostre guzki na strusiej skórze.
- Czytałam powieść pani męża - powiedziała Patricia, po czym zniknęła na chwilę za kontuarem. - Kupiłam ją dwa dni temu i już prawie skończyłam. Nie mogłam się oderwać. Jest fantastyczna! Naprawdę fantastyczna!
Pani March przysunęła się bliżej i oparła o szklaną gablotę z sernikami i muffinkami różnych rodzajów. W cukierni panował gwar i chciała lepiej słyszeć słowa Patricii.
- Och, bardzo się cieszę - odpowiedziała, zaskoczona tematem rozmowy. - Jestem pewna, że George też będzie zadowolony.
- Wczoraj wieczorem wspomniałam siostrze, że znam żonę autora i że musi być strasznie dumna.
- Cóż, napisał wcześniej tyle książek...
- Ale po raz pierwszy to pani jest pierwowzorem głównej bohaterki, prawda?
Pani March zdrętwiała, ściskając w ręku portmonetkę. Jej rysy stwardniały, poczuła ściskanie w żołądku i miała wrażenie, że za chwilę pobiegnie do toalety. Patricia niczego nie zauważyła, postawiła zamówione artykuły na ladzie i zajęła się sumowaniem rachunku.
- Ja... - zaczęła pani March, czując ukłucie w piersi. - Co masz na myśli?
- No cóż... główną bohaterkę. - Patricia się uśmiechnęła.
Pani March zamrugała z otwartymi ustami, nie mogąc wykrztusić słowa. Miała wrażenie, że jej myśli ugrzęzły w smole, że nie może ich oderwać od kości czaszki.
Zapadła chwila milczenia. Patricia zmarszczyła brwi.
- Oczywiście mogę się mylić, ale... jesteście przecież takie podobne. Tak mi się wydawało... Wyobrażałam sobie panią w czasie lektury. Zresztą sama nie wiem...
- Ale... czy główna bohaterka nie jest... - Pani March pochyliła się i szepnęła: - Nie jest... dziwką? - Patricia roześmiała się dobrodusznie. - I do tego nikt nie chce z nią sypiać? - dodała pani March.
- Tak, oczywiście, ale to jeden z sekretów jej uroku. - Uśmiech Patricii przybladł, gdy zobaczyła minę pani March. - Tak czy inaczej, nie o to chodzi... Jej sposób mówienia, manieryzmy, a nawet styl ubierania się...
Pani March zerknęła na swoje długie futro, nogi w pończochach i lśniące skórzane półbuty z chwostami na noskach. Później spojrzała na Patricię.
- Przecież to okropna baba - powiedziała. - Brzydka i głupia. Nigdy nie chciałabym być kimś takim.
Zabrzmiało to bardziej emocjonalnie, niż zamierzała, i na tęgiej twarzy Patricii pojawił się wyraz zdziwienia.
- Och, no cóż... Po prostu pomyślałam... - Zmarszczyła brwi, pokręciła głową i skrzywiła się głupawo. Pani March czuła do niej pogardę. - Jestem pewna, że się pomyliłam. Rzadko czytam książki, nie znam się na literaturze - uśmiechnęła się promiennie, jakby sprawa była załatwiona. - Czy to wszystko, pani March?
Pani March przełknęła ślinę, czując mdłości, i popatrzyła na brązowe papierowe torebki leżące na kontuarze, w których znajdowały się chleb z oliwkami, muffinki i makaroniki zamówione na przyjęcie jutro wieczorem. Miało to być domowe, urządzone ze smakiem spotkanie najbliższych przyjaciół George?a (przynajmniej tych najważniejszych), by uczcić premierę ostatniej powieści. Odsunęła się od lady, patrząc na rękawiczki trzymane w brzydkich dłoniach, zaskoczona, że znowu je zdjęła.
- Chyba... chyba czegoś zapomniałam - powiedziała, cofając się o krok. Kiedy znowu znalazła się w bezpiecznym miejscu, hałas zmienił się w konspiracyjne szepty. Odwróciła się, by zidentyfikować winowajców. Zauważyła uśmiechniętą kobietę siedzącą przy jednym ze stolików i powiedziała do Patricii: - Przepraszam, muszę sprawdzić, czy...
Zostawiła torby na ladzie i poszła do wyjścia wzdłuż zakręconej kolejki. Słyszała pomruki klientów cukierni, czuła na skórze gorące, cuchnące oddechy i nacisk ciał. Desperacko przepchnęła się przez drzwi i wyszła na chodnik. Lodowate powietrze rozdarło jej płuca i przez chwilę nie mogła oddychać. Oparła się o pobliskie drzewo. Z tyłu rozległ się dźwięk dzwonka w drzwiach sklepu. Przeszła na drugą stronę ulicy. Nie oglądała się za siebie, na wypadek gdyby Patricia pobiegła za nią. Nie chciała patrzeć do tyłu, bo mógł to być ktoś inny.
Pani March szła szybko ulicą, bez określonego celu. Nie podążała normalną trasą - bez codziennego chleba z oliwek i muffinek jedzonych na śniadanie nic nie wydawało się zwyczajne. Przypuszczała, że makaroniki da się czymś zastąpić, bo do przyjęcia zostało sporo czasu. Albo może później posłać po nie Marthę. Patricia i Martha nigdy się nie spotkały, choć Patricia mogłaby coś podejrzewać, gdyby Martha poprosiła o te same artykuły. "Nie mogę wysłać Marthy, to zbyt ryzykowne" - powiedziała na głos pani March i mijający ją mężczyzna lekko się żachnął.
Uważała za dziwne, że nigdy więcej nie zobaczy Patricii, która przez wiele lat stanowiła stały element jej życia. Kiedy tamtego ranka wciągała rajstopy i wybrała czerwonobrązową spódnicę pasującą do marszczonej kremowej bluzki, nie wyobrażała sobie, że ujrzy Patricię po raz ostatni. Wybuchłaby śmiechem, gdyby ktoś to zasugerował. Patricia na pewno w końcu zrozumie, że było to ich ostatnie spotkanie, i przeanalizuje szczegóły - co pani March miała na sobie i co mówiła - a potem ona również będzie się dziwić, że wydarzyło się coś tak kompletnie niezrozumiałego.
Może sytuacja nie jest aż tak dramatyczna, ale Patricia nie powinna pleść trzy po trzy. Niestety, okazała się jedyną osobą, która ośmieliła się zasugerować podobieństwo między panią March a tą kobietą. "Postacią literacką" - poprawiła się. Johanna nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Pierwowzorem może być prawdziwa osoba... ale przecież George nigdy... prawda?
Z rozpaczą skręciła w ruchliwą ulicę rojącą się od przechodniów. Wokół trąbiły samochody. Z billboardu uśmiechała się do niej porozumiewawczo kobieta, unosiła brwi jak klientka cukierni. NIE MIAŁA POJĘCIA - brzmiał podpis i pani March zatrzymała się tak nagle, że wpadł na nią jakiś mężczyzna. Wysłuchała wylewnych przeprosin, po czym doszła do wniosku, że powinna usiąść, i weszła do najbliższego lokalu, ciasnej kawiarenki.
Wydawała się obskurna i niezbyt przytulna. Farba na suficie się łuszczyła, stoły były pokryte spiralnymi plamami, jakby wycierano je w pośpiechu, porysowana klamka toalety wyglądała, jak gdyby ktoś próbował się do niej włamać. Zauważyła dwóch klientów, niezbyt ciekawe typy. Snuła się koło wejścia, czekając na wolne miejsce, choć wiedziała, że w lokalach tego rodzaju trzeba się zwrócić do kelnera. Zdjęła jasnozielone rękawiczki w kolorze listków mięty, a kiedy na nie spojrzała, natychmiast przypomniały jej się niedawne nieprzyjemne wydarzenia. Słowa Patricii, powieść George?a. Johanna.
Wstydziła się do tego przyznać, ale nawet nie przeczytała książki. W ogóle jej nie znała. Przed rokiem przejrzała jedną z wczesnych wersji. Wiele lat wcześniej czytywała w dawnym mieszkaniu rękopisy George?a, siedząc boso w wiklinowym fotelu i ssąc plasterki pomarańczy. Tamte czasy odeszły w przeszłość, zniknęły w szarej, skażonej teraźniejszości. Oczywiście miała ogólne pojęcie o powieści - wiedziała, że główna bohaterka to gruba, żałosna prostytutka - ale się nad tym nie zastanawiała. Uważała, że Johanna jest odrażająca, a opisy niesmaczne, zbyt obrazowe: nie chciała dalej czytać. "Manieryzmy" - mruknęła pod nosem. Znowu popatrzyła na swoją dłoń. Zastanawiała się, czy Johanna też miała popękane paznokcie.
- Dzień dobry pani. Jest pani sama?
Popatrzyła na kelnera w czarnym fartuchu, który wyglądał dziwnie ponuro w tej kawiarence.
- Nie, nie jestem sama...
- A zatem stolik dla dwóch osób?
- No cóż, nie jestem pewna. Przyjaciółka, z którą mam się spotkać, może nie przyjść. Może ten? - Wskazała stolik pod ścianą w pobliżu toalety.
- Naturalnie. Czy woli pani zaczekać na przyjaciółkę, czy chce pani od razu coś zamówić?
Pani March miała wrażenie, że widzi na twarzy kelnera zadowolony uśmiech człowieka sprawdzającego blef.
- Zaczekam - odpowiedziała. - Złożymy zamówienie razem.
- Tak, madame.
Pani March przypomniała sobie, kiedy po raz pierwszy nazwano ją "madame". Była nieprzygotowana i wstrząsnęło nią to niczym policzek. Tuż przed swoimi trzydziestymi urodzinami pojechała z George?em do Paryża na cykl spotkań autorskich. Została rano w apartamencie hotelowym, a George podpisywał książki. Zamówiła dekadenckie śniadanie: rogaliki, filiżankę czekolady oraz francuskie naleśniki z masłem i cukrem. Kiedy kelner wtoczył wózek, przyjęła go w luźnym szlafroku, z włosami ciągle wilgotnymi po kąpieli, z rozmazanym makijażem. Martwiła się, że wygląda zbyt prowokacyjnie, zbyt zmysłowo, z wargami nieco nabrzmiałymi po wycieraniu śladów wina z poprzedniego wieczoru. Podziękowała kelnerowi (chudemu młodemu człowiekowi, zaledwie dwudziestoletniemu, z opaloną szyją) i dała mu napiwek. "Dziękuję, madame" - powiedział i wyszedł z pokoju. Tak po prostu. W ogóle nie wydała mu się atrakcyjna. Prawdopodobnie uznałby jej nagie ciało za odrażające. Choć nie była jeszcze na tyle stara, by być jego matką, musiał ją za taką uważać.
Kelner w czarnym fartuchu kręcił się w pewnej odległości, z roztargnieniem gładząc strupek na nadgarstku.
- Czym mogę pani służyć, madame?
Kiedy zamówiła dwie kawy - espresso dla siebie i latte dla wyobrażonego gościa - odetchnęła głęboko i zaczęła się zastanawiać nad książką George"a. Johanna. Pamiętała, że główna bohaterka miała na imię Johanna. Szepnęła to imię. Nigdy wcześniej o tym nie myślała, nie zastanawiała się, dlaczego wybrał to imię. Nigdy w życiu nie poznała żadnej Johanny. Ciekawe, czy George poznał. Miała nadzieję, że tak, bo dowodziłoby to, że ta monstrualnie karykaturalna postać jest portretem kogoś zupełnie innego.
Trzymała w ręku filiżankę espresso i przypomniała sobie - czując współczucie dla siebie - jak wspierała George?a na początku jego kariery: słuchała go, zawsze przyznawała mu rację, nigdy się nie skarżyła. George wiele razy powtarzał przepraszająco, że pisanie nie daje pieniędzy; to samo mówił jego ojciec (mniej przepraszająco). W owych czasach George zabierał ją wieczorami do swojej ulubionej taniej włoskiej restauracji, w której kelnerzy recytowali z pamięci menu - zawsze inne, zawsze nowe. Siedzieli przy stoliku bez obrusa, paliła się między nimi świeca i opowiadał jej swój najnowszy pomysł na fabułę, jakby on także miał każdego wieczoru nowe menu. Zdumiewało ją, że ten szacowny wykładowca uniwersytecki szczerze interesuje się jej opiniami. Była grzeczna, nigdy nie zaprzeczała, uśmiechała się, kiwała głową i mówiła komplementy. Wszystko dla niego, dla George?a.
Czym zasłużyła na takie upokorzenie? Teraz cały świat będzie patrzeć na nią inaczej. George dobrze ją zna - może przyjął, że nigdy nie przeczyta powieści? Ryzykowne założenie. Nie, pomyślała z pogardą, wcale dobrze jej nie zna. Johanna - w tej chwili wyraźnie ją sobie wyobrażała, siedzącą w zatłoczonej kafejce, spoconą, z poczerniałymi zębami, w poplamionej sukience - w ogóle nie przypomina pani March. Johanna prowadziła nędzne, groteskowe życie, miała brodawki na piersiach. Pani March wyobraziła sobie, że odwiedza wszystkie księgarnie w Nowym Jorku, wykupuje cały nakład powieści i pali go na ogromnym ognisku w grudniową noc - szalony pomysł, oczywiście.
Bębniła palcami w blat stołu, zerknęła niewidzącym wzrokiem na zegarek i w końcu, nie mogąc dłużej znieść lęku, postanowiła iść do domu i przeczytać książkę. George miał w gabinecie kilkanaście egzemplarzy, a wróci dopiero wieczorem. Zapłaciła za kawę, przepraszając za nieobecność przyjaciółki, Johanny, której nietknięta latte stygła na stole. Kelner w czarnym fartuchu nie zwracał na nią uwagi, gdy wychodziła na zimną ulicę; rajstopy zmarszczyły jej się na kostkach, jakby reagując na chłód.
W drodze do domu pani March minęła sklep z odzieżą, w którym dwie ekspedientki rozbierały manekina na wystawie. Kobiety gwałtownie szarpały ubranie - jedna zdjęła kapelusz, a druga zaczęła ściągać sukienkę, obnażając lśniącą pierś bez sutka. Manekin miał wyraziste błękitne oczy o długich czarnych rzęsach i pani March musiała odwrócić wzrok.
Państwo Marchowie mieszkali w dość ładnym apartamencie w dzielnicy Upper East Side, z zieloną markizą nad wejściem. Znajdował się na niej numer domu - tysiąc czterdzieści dziewięć - napisany kursywą: każde słowo zaczynało się od dużej litery jak w tytule książki albo filmu (oczywiście po angielsku).
Budynek, o niewielkich kwadratowych oknach z małymi kwadratowymi klimatyzatorami, był w ciągu dnia pilnowany przez umundurowanego, służbistego portiera, który pozdrowił panią March, gdy weszła do holu. "Jest uprzejmy, ale mną gardzi" - pomyślała. Zawsze to podejrzewała, choć przypuszczała, że traktuje w ten sam sposób wszystkich pozostałych lokatorów. Jak mógł nimi nie gardzić, skoro musiał im służyć i przystosowywać się do ich zwyczajów? Żyli w luksusie i nie raczyli nawet na niego spojrzeć. A może inni sąsiedzi próbowali czegoś się o nim dowiedzieć? Może traktuje ją ozięble, bo nigdy nie interesowała się jego życiem prywatnym, nigdy nie zauważyła, że nosi obrączkę, nie zwracała uwagi, czy ozdabia recepcję dziecięcymi rysunkami? Musi ją uważać za nieciekawą, godną pogardy, zwłaszcza w porównaniu z innymi mieszkankami budynku - emerytowanymi tancerkami baletowymi, byłymi modelkami i dziedziczkami wielkich fortun (kilkoma). Przeszła przez hol, jak co roku ozdobiony z okazji Bożego Narodzenia. W rogu, w pobliżu wejścia stała choinka udekorowana gwiazdami i cukierkami w kształcie lasek, bez motywów religijnych (żadnego chóru aniołów ani wiejskiej szopki); nad lustrem wisiały jodłowe wieńce z plastiku. Pani March popatrzyła na swoje odbicie i jak zwykle uznała, że wygląda brzydko; próbowała poprawić włosy.
Kiedy wchodziła do windy - wspaniałej eleganckiej kabiny - obejrzała się, czy ktoś chce również wejść. Często czuła się niezręcznie w czasie spotkań z sąsiadami. Nie miała dziś ochoty wygłaszać banalnych uwag na temat sytuacji w kraju, stanu budynku, a szczególnie rozmawiać o pogodzie (największy horror).
W lustrach w windzie odbijało się kilka pań March - wszystkie patrzyły na nią z zaniepokojeniem. Odwróciła wzrok i spojrzała na podświetlane guziki z numerami pięter. W końcu winda zatrzymała się na piątym. Pani March zamknęła oczy, westchnęła i próbowała wziąć się w garść.
Kiedy dotarła do drzwi apartamentu numer sześćset sześć, była już trochę spokojniejsza. Zawsze uważała, że to piękny, estetyczny numer. Po takim złym dniu czułaby się gorzej, gdyby wróciła do mieszkania o numerze sto dwadzieścia trzy albo innym, równie niepokojącym.
Otworzyła drzwi, poczuła prąd świeżego powietrza - pewnie Martha wietrzyła salon - i ruszyła pośpiesznie korytarzem, za wszelką cenę chcąc uniknąć spotkania ze służącą. Weszła do swojej sypialni, w której usłyszała za ścianą szybki jazz dobiegający z mieszkania sąsiadów. Ściany były haniebnie cienkie jak na taki luksusowy apartament. Pani March zaczęła się zastanawiać, nie po raz pierwszy, dlaczego nie zajęli się tym w czasie remontu po zakupie apartamentu. Prawdopodobnie nie zwracała wtedy uwagi na hałasy.
Zdjęła płaszcz i rękawiczki, jakby uwalniała się ze zbroi, po czym ściągnęła buty i wyszła do holu, lekko stąpając po drewnianej podłodze, która tak często zdradzała jej obecność. Stała nieruchomo przez kilka sekund, oświetlona ciepłymi promieniami słońca wpadającymi przez otwarte drzwi sypialni. Pozostałe drzwi w korytarzu były zamknięte. Podeszła na palcach do drzwi gabinetu George?a, wślizgnęła się do środka i cicho zamknęła je za sobą, słysząc wołanie dobiegające z salonu - prawdopodobnie był to głos Marthy.
Niemal spodziewała się zobaczyć publiczność nagradzającą brawami jej popis żałosnej głupoty, lecz zobaczyła tylko ciemnoczerwoną tapetę z chińskimi scenami, półki pełne książek i abstrakcyjne obrazy uchodzące za dzieła sztuki. Pani March w sekrecie przypuszczała, że George, podobnie jak ona, kompletnie nie rozumie sztuki współczesnej, choć oboje udawali jej entuzjastów. Pod jedną ze ścian stała ogromna skórzana kanapa typu chesterfield, pokryta okruszkami, z dziurkami wypalonymi przez popiół z cygar. George czasem sypiał w gabinecie, gdy intensywnie pracował nad nową książką.
Okno wychodziło na ceglany mur. George nie lubił, gdy coś rozpraszało jego uwagę w trakcie pisania, lecz nawet ten dość ponury widok musiał mu się wydawać rozpraszający, ponieważ biurko było zwrócone w stronę drzwi.
Pani March podeszła do biurka, prawie czując wyrzuty sumienia. Nigdy nie ośmielała się wchodzić do gabinetu George?a pod jego nieobecność, a cóż dopiero zakradać się w sekrecie. Matka nazywała takie zachowania buszowaniem w cudzych rzeczach.
Jak niewidoma przesunęła palcami po blacie, dotykając piór z monogramami. Uniosła wieczko porcelanowego słoja i obejrzała jego zawartość (cygara i pudełka zapałek). Zauważyła, że z notesu wystaje róg wycinka prasowego. Wyjęła go delikatnie. Z czarno-białej fotografii, prawdopodobnie pochodzącej z kroniki szkolnej, uśmiechała się do pani March piękna młoda dziewczyna. Miała długie ciemne włosy i policzki z dołeczkami, uśmiechała się naturalnie, jakby zdjęcie nie było upozowane. Nagłówek brzmiał: ZAGINIONA SYLVIA GIBBLER W DALSZYM CIĄGU NIE ZOSTAŁA ODNALEZIONA. PRAWDOPODOBNIE NIE ŻYJE. Uznała za dziwne, że George przechowuje wycinek dotyczący takiej makabrycznej sprawy. Poczuła ściskanie w żołądku. Niewyraźnie pamiętała, że krajowe media opisywały zaginięcie Sylvii Gibbler, która zniknęła ze swojego domu w Maine. Poszukiwania trwały wiele tygodni i nie dały żadnych rezultatów. "Pewnie zbiera materiały do książki" - pomyślała, wsuwając wycinek z powrotem do notesu.
W końcu zauważyła to, czego szukała - spostrzegła na skraju blatu jaskrawe, barokowe kolory okładki najnowszej powieści George?a. Po lewej stronie biurka stał na podłodze cały karton egzemplarzy autorskich.
Wzięła książkę. Wydała jej się ciężka, jej palce pozostawiały tłuste ślady na lśniącej powierzchni okładki. Dotknięcie wytrąciło ją z równowagi. Okładka była dziwnie gładka, jak skóra węża, którego musiała kiedyś wziąć do ręki w czasie szkolnych zajęć z biologii. Nerwowo otworzyła powieść, szukając dedykacji. Zerknęła na stronę tytułową i początek pierwszego rozdziału, potem znowu na stronę tytułową. Niczego nie znalazła. Było to dziwne, ponieważ George zawsze zaczynał powieści od dedykacji. W jednej z dawnych książek uhonorował również panią March. Po jej opublikowaniu poprosiła, by umieszczał autografy dla przyjaciół właśnie na tej stronie, bo chciała zwrócić na siebie uwagę.
Przerzuciła kilka kartek i z frustracją pogodziła się z myślą, że tym razem nie ma dedykacji. Otworzyła powieść na przypadkowej stronie; grzbiet zatrzeszczał. Czytała szybko, nieuważnie, lecz mimo to docierały do niej słowa, tak piękne i miękkie, że topiły się jak wosk.
Lafirynda z Nantes. Słaba, brzydka, godna pogardy, żałosna kreatura, niekochana, niegodna miłości. Opis Johanny mógł pasować do pani March, ale był tak ogólnikowy, że nie potrafiła ocenić, czy George celowo ją sportretował. Johanna zawsze nosiła futra, a jej szorstkie dłonie były okryte rękawiczkami (pani March przejrzała książkę, szukając wzmianki o ich kolorze - padłaby trupem, gdyby była to barwa listków mięty). Johanna regularnie prasowała i perfumowała halki, choć rzadko ktoś je widywał, bo klienci, płacący z litości, nie chcieli z nią sypiać. W końcu spotkał ją nieunikniony los, skutek biedy i nędzy, śmierć godna włoskiej opery, ropa z jątrzących się ran wsiąkająca w futro z norek...
Coś tak odrażającego opisanego tak pięknie. Pomyślała, że zastawił na nią pułapkę, że chce, by przeczytała książkę i stopniowo utożsamiła się z odrażającą bohaterką. "Cały świat będzie wiedział, że to ty. Przejrzą cię na wylot, poznają wszystkie twoje grzeszki".
Pod wpływem niepokojącej intuicji przejrzała gruby tom i dotarła do podziękowań - wydawca, agent literacki, profesorowie specjalizujący się w historii Francji, rodzice ("zawsze w naszych myślach i modlitwach") - aż dotarła do ostatniego zdania: "W końcu przekazuję wyrazy wdzięczności swojej żonie, nieustannemu źródłu inspiracji".
Chwyciła się za pierś. Oddychała ciężko, konwulsyjnie i nagle zauważyła, że ciekną jej z oczu łzy. Uniosła książkę, uderzyła nią w biurko, otworzyła na stronie z fotografią autora, wydrapała George?owi oczy, potargała zszyty grzbiet i wyrwała garść stronic - fruwały po pokoju jak ptasie pióra.
Zrozumiała, co zrobiła, dopiero wtedy, gdy ostatnia kartka wylądowała na podłodze. Jęknęła. "O nie" - powiedziała na głos. "O nie, o nie, o nie..." Splotła dłonie i mocno je ścisnęła, jak często w chwilach zdenerwowania. W tej chwili wiedziała już, że Johanna również miała taki nawyk.
Wyjęła z pudła egzemplarz autorski książki i położyła go na biurku, zastępując ten, który zniszczyła. Później podkasała spódnicę i ściągnęła rajstopy, pochylona, niepewnie przestępując z nogi na nogę - włosy opadły jej na twarz, ciekło jej z nosa. Uklękła na podłodze i wepchnęła do rajstop pozostałości zniszczonej książki: wyrwane strony, strzępy papieru, resztki okładki. Związała lśniące rajstopy, tworząc coś w rodzaju worka. Doszła do wniosku, że to jedyny sposób, by przenieść dowody rzeczowe do kosza na śmieci w kuchni (gdzie George nigdy nie zajrzy).
Po raz ostatni zerknęła na gabinet i wyszła równie cicho, jak weszła.
W holu oparła się o ścianę, drżąc na całym ciele. Minęła salon - wzdrygnęła się, słysząc dźwięk przesuwanego fotela - i dotarła do kuchni. Chłodna podłoga pokryta terakotą wydała się rozkosznie bezpieczna.
Kosz na śmieci znajdował się za zasłoną pod zlewem. Pani March z trudem ją odsunęła i umieściła worek wykonany z rajstop w zatłuszczonym pudełku po torcie. Triumfalnie wyszła z kuchni i nagle zauważyła Marthę.
- Ach... - powiedziała służąca, zaskoczona jej widokiem. Dawno temu zawarły niepisaną umowę, że Martha dzierży niepodzielną władzę w kuchni. Kiedy przebywały razem w apartamencie, zawsze starannie się omijały, co czasem wymagało pewnej ekwilibrystyki. Krążyły wokół siebie, przechodziły z pokoju do pokoju, jakby grały w gorące krzesła, nigdy się nie spotykając. Tak przynajmniej zachowywała się pani March.
- Wszystko w porządku, proszę pani?
- O tak - odpowiedziała pani March, lekko zdyszana. - Zastanawiałam się po prostu, czy nie podać dziś na kolację spaghetti. George przepada za spaghetti z kiełbasą.
- Nie mamy wszystkich potrzebnych składników. Spaghetti na kolację... radzę z tego zrezygnować, pani March. Zwłaszcza po wczorajszej zapiekance z kurczaka z warzywami.
Martha, około pięćdziesięcioletnia, miała szerokie ramiona i włosy związane w boleśnie ciasny kok. Lekko piegowata, bez makijażu, z oczami otoczonymi czerwonymi obwódkami, wydawała się anielsko cierpliwa. W gruncie rzeczy pani March trochę się jej bała. Obawiała się, że Martha pragnie zająć jej miejsce jako pani domu, relegując ją do roli sprzątaczki.
- Proponowałabym na dzisiejszy wieczór filety z włócznika atlantyckiego - powiedziała służąca.
- Cóż, może... - odparła pani March. - Ale George naprawdę przepada za spaghetti...
Martha zrobiła krok do przodu. Cóż za tupet!
- Radzę podać spaghetti w przyszłym tygodniu.
Pani March przełknęła ślinę i skinęła głową. Martha uśmiechnęła się poważnie, prawie przepraszająco, i pani March wycofała się z kuchni. Miała nadzieję, że służąca nie zauważyła jej gołych łydek.
Kiedy wieczorem zasiedli do kolacji, pani March obserwowała George?a. Wszedł do jadalni, wpatrując się w czubki swoich butów i drapiąc się po podbródku, pogrążony w myślach. Zesztywniała i czekała, aż na nią spojrzy, by posłać mu przygotowany uśmiech. Nie uniósł oczu, więc odsunęła krzesło i usiadła. Uśmiech zbladł.
Kolację podano w niewielkiej jadalni połączonej z salonem z przeszklonymi drzwiami. W tle brzmiały nokturny Chopina. Stół był bogato zastawiony, zwyczaju tego nauczyła panią March matka, która często powtarzała, że zdrowe małżeństwo opiera się na wartościach rodzinnych. Po powrocie z pracy mąż zawsze powinien widzieć piękną żonę i wspaniały dom, z którego byłby dumny. To podstawa udanego związku. Matka podkreślała, że jeśli pani March nie potrafi być dobrą gospodynią, powinna zaangażować odpowiednią służącą. Marthę nauczono nakrywać do stołu, każdego dnia i każdego wieczoru stawiała na nim srebrne świeczniki, serwetki z monogramami, ciemny chleb z oliwkami w srebrnym koszyku, masywną karafkę z winem. Na stole leżał haftowany obrus należący niegdyś do babki pani March (stanowiący część jej wyprawy małżeńskiej, z którą matka rozstała się niechętnie, ponieważ córka wychodziła za rozwodnika i do tego brała tylko ślub cywilny).
Piękne nakrycie stanowiło w domu zwyczaj, nawet jeśli pani March sama siadała do stołu, co często się zdarzało. Kiedy George intensywnie pracował nad książką, prawie nic nie jadł, z wyjątkiem kanapek przynoszonych do gabinetu przez Marthę. Wyjeżdżał na wieczory autorskie albo konferencje; spotykał się na wykwintnych kolacjach i lunchach z agentami literackimi albo wydawcami. W takich dniach pani March również puszczała Chopina, korzystała ze srebrnych sztućców i luksusowej porcelany; popijała wino z zabytkowego, ozdobnego kieliszka, obserwowana przez postacie z wiktoriańskich portretów olejnych wiszących na ścianach jadalni.
Państwo Marchowie najczęściej spożywali posiłki w milczeniu. Wydawało się, że cisza uspokaja George?a. Pani March zerknęła kątem oka na męża. Pod konserwatywnym, szarym blezerem uwypuklał się brzuch, brodę pokrywały nierówne kępki włosów. Jadł dość głośno, choć nie otwierał ust. Słyszała chrzęst gryzionych szparagów, widziała, jak porusza winem w ustach, nim je połknie; kiedy rozchylał wargi, w ich kąciku widać było kropelkę śliny. Wytrącało ją to z równowagi. Poza tym od czasu do czasu głośno, niepokojąco pociągał nosem. Zauważył jej spojrzenie i uśmiechnął się. Ona również się uśmiechnęła.
- Wszystko gotowe na jutrzejsze przyjęcie? - spytał.
- Hm, tak sądzę. - W głosie pani March zabrzmiała nuta niepewności, jakby nie była zupełnie pewna, czy przygotowania zakończyły się sukcesem. Gdyby coś się nie udało, kompletnie by się załamała. Nonszalancko spytała, nakładając sobie z półmiska nową porcję filetów z miecznika Marthy: - Co z powieścią? Jakieś nowiny?
George przełknął kęs jedzenia i otarł usta serwetką. Pani March uznała, że chce się z czegoś zwierzyć.
- Całkiem nieźle - odparł. - To chyba mój największy sukces. Tak przynajmniej mówi Zelda.
Zelda była agentką literacką George?a. Paliła jak komin, mówiła ochrypłym głosem, nosiła fryzury na boba i używała jasnobrązowych szminek. Uśmiechała się, szczerząc zęby. Pani March wątpiła, czy Zelda, zawsze otoczona świtą zapracowanych asystentów, kiedykolwiek przeczytała choć jedną powieść George?a. Z pewnością nie od deski do deski.
- Cudownie, kochany - powiedziała. - Czy... - ostrożnie, ostrożnie - ...chciałbyś, żebym ją przeczytała? - Martha jadła kolację w kuchni, szczęk jej sztućców rozlegał się w holu i docierał do jadalni.
George wzruszył ramionami.
- Jak wiesz, uwielbiam twoje komentarze, ale w tej chwili nie mogę nic zmienić, bo książka już się ukazała.
- Masz oczywiście rację. Nie przeczytam jej. Właściwie po co?
- Nie to miałem na myśli.
- Tak, wiem - odparła pani March nieco łagodniejszym tonem. - W końcu ją przeczytam. Kiedy skończę obecną lekturę. Wiesz, że nie znoszę czytać dwóch książek jednocześnie. Nie mogę się skoncentrować na żadnej z nich i wszystko zaczyna się mieszać...
Poczuła dotknięcie i spojrzała na swoją dłoń. George uspokajająco położył na niej rękę.
- Przeczytaj powieść, kiedy będziesz miała ochotę - odezwał się łagodnie.
Uspokoiła się trochę. Nie chciała kapitulować, zdawała sobie sprawę, że później będzie ją to męczyło.
- Przeczytałam fragmenty, naprawdę.
- Wiem.
- Jest bardzo... obrazowa.
- Tak, to cecha tamtej epoki. Jak wiesz, prowadziłem długie studia historyczne.
Pani March dobrze wiedziała: wyjazd do Nantes, rozmowy z historykami z Biblioth?que Universitaire, książki przysyłane do domu przez uczonych z całego świata pragnących udzielić pomocy - obserwowała roczne studia męża. Nie zwracała na nie uwagi, bo nie przypuszczała, że George może tak ją zohydzić.
- Prowadziłeś studia nad... ladacznicami?
- Oczywiście. - Kiwnął głową. - Nad całym tłem epoki.
Dalej jadł, nie zwracając na nią uwagi. Pani March głęboko odetchnęła. Może Patricia się pomyliła? Może pierwowzorem lafiryndy z Nantes, żałosnej Johanny, nie jest wcale pani March? "A może - pomyślała z nagłym dreszczem zadowolenia - pierwowzorem jest jego matka?!" Stłumiła radosny chichot.
Po kolacji pożegnali się z Marthą, która czekała przy drzwiach bez fartuszka, z kwadratową oliwkową torebką dyndającą na nadgarstku. Zamknęli za nią drzwi, George poszedł do swojego gabinetu, a pani March do sypialni. Świeża pościel, biała flanelowa koszula nocna i egzemplarz Rebeki Daphne du Maurier w twardej oprawie na nocnym stoliku.
Oparła plecy na poduszce i westchnęła z ulgą, którą mylnie brała za zadowolenie. Ostrożnie ujęła powieść czubkami palców, jakby nie chciała jej poplamić kremem do rąk, ale kiedy próbowała obrócić stronicę, kciuk ześlizgnął się po papierze, rozmazując słowo "tchórzostwo". Spojrzała ponuro na wysoki stos książek na stoliku George?a. Zawsze zazdrościła mężowi intymnego kontaktu z książkami: tego, jak ich dotykał, gryzmolił na marginesach, gniótł kartki. Wydawało się, że się z nimi przyjaźni, znajduje w nich coś, czego pani March nie potrafiłaby odnaleźć, choćby nawet z całych sił próbowała.
Z determinacją wróciła do lektury. Po chwili okazało się, że nie jest w stanie się skupić - stale myślała o budzących onieśmielenie gościach zaproszonych na przyjęcie i możliwych wpadkach związanych z kateringiem. W końcu zażyła ziołowe tabletki kupione bez recepty przed dwoma tygodniami. Farmaceutka zapewniała, że działają bardzo łagodnie, ale poskutkowały i wkrótce pani March zapadła w głęboki sen. Nawet nie zauważyła, kiedy George w końcu położył się spać - i czy w ogóle wrócił do sypialni.
Marchom nie udało się zaangażować kucharza z modnej restauracji w West Village, który artystycznie łączył tradycje kulinarne wielu regionów świata i szczycił się tym, że należy go rezerwować z dwumiesięcznym wyprzedzeniem (pani March nigdy wcześniej nie korzystała z jego usług), więc wynajęli firmę kateringową. Trzy razy dzwoniła z prośbą o potwierdzenie. Nadzór miała sprawować Martha, znacznie lepiej znająca się na sprawach związanych z prowadzeniem kuchni.
Rankiem w dniu przyjęcia pani March zajęła się salonem, sprawdziła stereo i temperaturę w apartamencie. Ustawiła pod jedną ze ścian rząd krzeseł, na wypadek gdyby George albo jego agent literacki postanowili wygłosić przemówienie do zebranych. Przetoczyła do sypialni telewizor z salonu. Wymieniła żarówkę w poziomej lampie nad oryginalnym obrazem pędzla Edwarda Hoppera i przesunęła choinkę do rogu pomieszczenia, zwracając uwagę, by nie uszkodzić kolorowych łańcuchów i rozkołysanych bombek. Kupili choinkę obok Rockefeller Center, tuż po Święcie Dziękczynienia. George zaniósł ją do domu z pomocą redaktora wydawnictwa. "Po tylu latach ciągle lubi chłopięce zabawy takie jak dźwiganie choinki" - mruknęła pani March. Chętnie ćwiczyła w myślach przyszłe rozmowy, bo dzięki temu czuła się do nich przygotowana: dawało jej to poczucie bezpieczeństwa.
Kiedy ustawiła choinkę obok jednego z okien, w miejscu, gdzie na pewno nikt jej nie potrąci, jej uwagę zwróciła duża oprawiona fotografia na jednej z półek z książkami. Obejrzała ją dopiero wtedy, gdy robotnicy wyszli do kuchni. Było to stare zdjęcie Pauli, córki George?a z pierwszego małżeństwa. Rodzice nazywali ją Paulette, co budziło niesmak pani March.
Zaczęła w sekrecie spotykać się z George?em jako dwudziestojednoletnia studentka ostatniego roku. George, w owym czasie trzydziestodwuletni obiecujący pisarz, prowadził na uczelni zajęcia z literatury i creative writing. Nigdy w nich nie uczestniczyła. Poznali się w kolejce w bufecie. George postawił na swojej tacy opakowanie jogurtu i nonszalancko zauważył: "Powściągnij swój apetyt, moja droga!". Mówił w stronę pani March, która nie zdawała sobie sprawy, że cytuje Dickensa1, ale roześmiała się z zachwytem, powtórzyła cytat i pokręciła karcąco głową, jakby uwaga George?a wydała jej się niestosowna.
Pamiętała słowa koleżanki z akademika na pierwszym roku: "George March to najprzystojniejszy facet na kampusie". Ta ocena długo ją frapowała, nim po raz pierwszy go zobaczyła; dodawała jej odwagi, kiedy się poznali. Do dziś wspominała z triumfem słowa koleżanki, traktując je jak coś w rodzaju cennej pamiątki rodzinnej.
George uwodził ją powoli, subtelnie - tak subtelnie, że często się zastanawiała, czy w ogóle ją uwodzi. Pojawiał się w miejscach, gdzie przebywała, ale zawsze na pozór przypadkowo, spontanicznie. Spotykali się przez sześć lat; w tym czasie przestał być obiecującym pisarzem i zmienił się we wschodzącą gwiazdę literatury współczesnej. W końcu w rozczulający sposób poprosił ją o rękę przy jogurcie.
Marzyła o tradycyjnym ślubie w kościele, ale George wziął ślub kościelny z pierwszą żoną, więc skończyło się na ślubie cywilnym, co do dziś wywoływało gniewne uwagi matki (jeśli akurat nie cierpiała na demencję).
Zawarcie związku małżeńskiego z George?em w obecności wszystkich ludzi, którzy uczestniczyli w jego pierwszym ślubie, okazało się groteskowym przeżyciem; można się było tego spodziewać. Słyszeli, jak przysięga innej kobiecie wierność w zdrowiu i w chorobie. Po kilku latach przysięga poszła w niepamięć, z kominka zdjęto fotografie w ramkach... Było nieuniknione, że wartość drugiego małżeństwa zmniejszyła się w ich oczach. Kiedy pani March przysięgała George?owi dozgonną miłość, miała wrażenie, że słyszy szept jednego z gości: "Miejmy nadzieję, że tym razem będzie lepiej".
Wprowadzili się do nowego apartamentu, założyli wspólny rachunek bankowy i zamieszkali z ośmioletnią córką George?a, Paulą. W miesiącach poprzedzających małżeństwo pani March czuła przerażenie na myśl o spotkaniu z byłą żoną George?a; przygotowywała się psychicznie na awanturę, a przynajmniej ledwo skrywaną niechęć. Okazało się jednak, że ich relacje układają się poprawnie. Dawna pani March zaprosiła przyszłą panią March na kawę; spędziły razem dwie godziny, prowadząc banalną dyskusję na temat edukacji zagranicznej; na przemian ukradkowo zerkały na zegar, aż wreszcie spotkanie się skończyło.
Problemem okazała się córka, co pani March odkryła z rozczarowaniem. Spodziewała się spotkać uległą, mniejszą wersję samej siebie, którą mogłaby ubierać w ażurowe sukienki bez rękawów i kształtować zgodnie ze swoimi upodobaniami. Paula okazała się zarozumiała, uparta, zbyt ładna. Zadawała impertynenckie pytania ("Dlaczego masz takie suche ręce?", "Dlaczego tata pracuje, a ty nie?"). Zawsze próbowała zwrócić uwagę ojca; kiedy wybuchła burza albo otarła sobie kolano, krzyczała żałośnie: "Tato, och, tato!" (miała podejrzanie donośny głos jak na osobę cierpiącą straszliwy ból). George chwalił się Paulą przed przyjaciółmi, czego pani March nie znosiła. Zawsze się wtrącała - przedrzeźniała George?a, który mówił, że dziewczynka jest wyjątkowa i utalentowana - lecz w głębi duszy chciało jej się krzyczeć.
Czuła przerażenie na myśl, gdy Paula przyjeżdżała w odwiedziny; po jej wyjeździe zawsze pozostawały ślady. Różowa sukienka z falbankami, złożona i schowana przez Marthę między rzeczami pani March w garderobie. Tłuste ślady palców pomazanych czekoladą na ulubionym kocu pani March z wielbłądziej sierści. Brudne szklanki z niedopitą wodą na każdym meblu.
Nawet pod nieobecność Pauli wyczuwało się jej zapach: charakterystyczną, kwiatową, agresywną woń, której nie dało się usunąć sprayem bergamotowym rozpaczliwie rozpylanym przez panią March w całym apartamencie.
Aby udowodnić całemu światu, że potrafi wychować nieskończenie milsze, wrażliwe dziecko, a także w pewien sposób ukarać Paulę, pani March sama urodziła dziecko. Była zadowolona, że to chłopiec, zadowolona, że nie skazano jej na obserwowanie nieskażonego odbicia własnego dzieciństwa w dorastającej dziewczynce.
Jonathan, obecnie ośmioletni, zajmował pokój, w którym wcześniej nocowała w czasie wizyt Paula. Pani March wyremontowała go, ozdobiła i zmieniła nie do poznania. Wytapetowała ściany tkaniną w szkocką kratę z domu mody Ralpha Laurena, która sprawiała, że w zimie sypialnia stawała się przytulna, ale duszna w gorących miesiącach roku, kiedy w pokoju powstawał własny mikroklimat. Wyrzuciła wszystkie markowe zabawki Pauli, Myszki Miki i księżniczki Disneya; zastąpiła je prostymi, tradycyjnymi akcesoriami, jak drewniany koń na biegunach i stare sanki. Na półkach ustawiła absurdalnie drogie pierwsze wydania książek dla dzieci (Przygody Hucka, Mały lord). Na jednej ze ścian powiesiła rząd oprawionych okładek "National Geographic". Jonathan nigdy nie przeczytał ani jednego numeru - a ponadto pani March nigdy by nie pozwoliła, by oglądał fotografie afrykańskich wieśniaczek z gołymi biustami, z obojczykami ozdobionymi naszyjnikami z paciorków, z obwisłymi piersiami zwisającymi do pępków. Mimo to w obecności gości dumnie twierdziła, że to ulubione zdjęcia syna. Pokój Jonathana wyglądał jak projekt z czasopisma o dekoracji wnętrz.
Jonathan był bałaganiarskim, niekiedy kapryśnym chłopcem, ale miał spokojny, introwertyczny temperament. Jego odzież pachniała trawą boiska piłkarskiego i płynem do płukania tkanin. Pojechał z wycieczką szkolną do ośrodka Fitzwilliam, klubu specjalizującego się w szermierce i szachach, leżącego w północnej części stanu Nowy Jork. Miał wrócić za kilka dni. Pani March czasem się zastanawiała, co w tej chwili robi, i z dumą myślała, że to oznaka tęsknoty za synem.
Paula, mająca obecnie dwadzieścia trzy lata, żyła jak królowa. Prawdopodobnie uważała, że należy jej się to z racji urodzenia. Mieszkała w Londynie, o czym od dawna marzyła pani March - steki restauracji Wolseley, drinki w hotelu Savoy, a w soboty sztuki teatralne na West Endzie. Paula często dzwoniła do George?a, by poznać najświeższe nowiny. Zawsze pytała o panią March, która uważała to za wścibstwo.
Pani March patrzyła z pogardą na oprawioną fotografię, na której dziesięcioletnia Paula pozowała w uwodzicielskiej pozie - oczy o barwie karmelu, łukowate brwi, zaciśnięte pełne wargi. Dziesięcioletnia Paula nalegała, by George postawił fotografię w tym miejscu, z pewnością dlatego, że znajdowała się na wysokości oczu i musiał ją zobaczyć każdy gość wchodzący do salonu. Pani March położyła ją poziomo na wyższej półce, twarzą w dół, i znowu zajęła się przygotowaniami do przyjęcia.
Ułożyła na kanapie poduszki, umieszczając z przodu perkalową, z wzorem przedstawiającym drozdy dziobiące owoce. Rzuciła na kanapę kaszmirowy koc. Powtarzała tę czynność kilkakrotnie, aż udało jej się stworzyć niedbały, artystyczny efekt sugerujący, że w trakcie lektury straciła rachubę czasu, zapomniała o przyjęciu, po czym przypomniała jej o nim grzeczna uwaga Marthy (potulniejszej, służalczej wersji Marthy), po czym odrzuciła koc i zajęła się przygotowaniami.
Tego ranka pani March poszła do kwiaciarni - drogiej, przy Madison Avenue, mającej własną szklarnię - i kupiła kilka dużych bukietów czerwonych róż z dodatkiem gałązek eukaliptusa i ostrokrzewu, a ponadto rozłożyste sosnowe gałęzie pokryte igliwiem, przypominające miotełki perkusistów jazzowych w klubie Carlyle. Położyła dwie gałęzie w salonie, a jedną w toalecie dla gości, gdzie umieściła również świecę o zapachu magnolii, imponujący wybór zagranicznych mydełek i złocisty pojemnik balsamu do rąk, który zwykle trzymała w swojej szafce nocnej. Obawiała się, że Martha może go wziąć za mydło w płynie. Balsam był francuski i pani March podejrzewała, że Martha nie zrozumie francuskiego zwrotu pour mains.
Wyprostowała obraz wiszący nad sedesem - kokieteryjną, żartobliwą scenkę przedstawiającą kilkoro dziewcząt kąpiących się w strumieniu. Przez gałęzie drzew rosnących na brzegu świeciły promienie słońca, padając na jasne włosy i ciała dziewcząt. Uśmiechały się skromnie ze spuszczonymi oczami, zwrócone w stronę widza. Bezcenny obraz, kupiony za grosze w starej galerii sztuki na skraju bankructwa. Pani March podziwiała go przez jakiś czas. Uważała się za kobietę potrafiącą docenić sztukę o podtekstach erotycznych, choć nie znała nazwiska malarza i nie przepadała za nagością. W końcu opuściła toaletę, w tej chwili intensywnie pachnącą sosną.
Weszła do kuchni. Była przyjemnie ciemna i spokojna, pani March słyszała cichy pomruk lodówki. Wkrótce mieli przybyć pracownicy firmy kateringowej, co o mało nie wzbudziło w niej poczucia winy. W końcu postanowiła nie podawać na deser makaroników, lecz babeczki z serem i malinami z maleńkiej piekarni po drugiej stronie parku (tuż obok cukierni Patricii) i dobre, staroświeckie truskawki ze śmietaną. Owoce, stojące na podłodze kuchni w drewnianych skrzynkach, wyglądały wspaniale. Lśniły, miały intensywną barwę czerwonych maków. Śmietana, ubita z cukrem pudrem i ekstraktem wanilii z Madagaskaru, stała w kryształowym szklanym naczyniu, puszysta jak mgiełka. Wyobraziła sobie twarze gości, pełne zachwytu i podziwu - z domieszką zazdrości - i pękała z dumy.
Podziwiała zamówione wiktuały stojące w kuchni. Doszła do wniosku, że z pewnością będzie to wspaniałe przyjęcie. Jeszcze nigdy nie uczestniczyła w podobnym wydarzeniu, a środowisko literackie na długo je zapamięta.
Nie znaczy to, że nie uczestniczyła w ekskluzywnych przyjęciach. Zaliczyła ich nawet dość sporo.
Kiedy była nastolatką, rodzice często wydawali wykwintne kolacje. Goście w garniturach, z czarnymi krawatami, wynajęci kucharze i kwartety jazzowe. W takie dni pani March i jej siostra Lisa jadły wcześniej kolację w kuchni - zwykle resztki pozostawione przez kucharzy, które spożywały w ponurym milczeniu, zerkając na różowe, lśniące tartinki przeznaczone dla gości, które wydawały się z nich drwić. Czasem je podkradały.
Później rodzice zamykali je w sypialniach mających wspólną łazienkę. Najczęściej spędzały wieczór w pokoju Lisy, bo była starsza i dysponowała telewizorem. Oglądały horrory, a niekiedy europejskie filmy z wyższej półki, chichocąc od czasu do czasu na widok gołych aktorek i wstrzymując oddech.
Niepokoiły je piskliwe krzyki dobiegające z salonu albo zwierzęce pomruki na korytarzu. Pewnego wieczoru ktoś delikatnie nacisnął klamkę w drzwiach, a później zaczął ją szarpać, jakby chciał je wyważyć. Siostry siedziały bez ruchu i wpatrywały się z fascynacją w drzwi, aż grzechot ustał.
Rodzice zamykali z panią March i Lisą kota wraz z kuwetą, jedzeniem i miską z wodą, żeby nie denerwował gości miauczeniem, nie ocierał się o nich, pozostawiając włosy na ich ubraniach, albo - tylko nie to! - nie wskoczył na stół. Drapał pazurami drzwi i miauczał, pragnąc się wymknąć. Pani March, wytrącona z równowagi jego mękami, dotykała drzwi, jakby chciała je otworzyć, a potem udawała zdenerwowanie, by myślał, że ona również jest uwięziona.
Nazajutrz po przyjęciu dom pachniał inaczej, perfumami z drewna sandałowego i cygarami, a także aromatycznymi świecami - co wydawało się dziwne, ponieważ rodzice ich nie używali.
Kiedy pani March skończyła siedemnaście lat, w końcu zaproszono ją na kolację. Ojciec wspomniał o tym mimochodem przy sobotnim śniadaniu, czytając gazetę.
Czując się bardzo dorosła albo zdenerwowana (a może jedno i drugie?), ukradła z barku butelkę sherry. Piła ją w swojej sypialni, początkowo nieśmiało i powoli, a później wielkimi łykami.
Wieczorem z przesadnym ożywieniem dyskutowała z przyjaciółmi rodziców o sztuce i teatrze. Śmiała się perliście z dowcipów, których nie rozumiała. Przerwała głęboką, intelektualną dyskusję o wpływie dziedziczności i wychowania na charakter człowieka, cytując Mary Shelley, której książki studiowała w szkole. Jadła kolejne dania przygotowane przez kucharza (była to ciężka, dekadencka uczta jak z epoki Tudorów) - w tym pieczoną dziczyznę i ciasto z mięsnym nadzieniem - i dalej piła. Ocknęła się po wyjściu gości: stała samotnie, trzymając w ręku kieliszek porto, choć nie pamiętała, by go napełniła.
W nocy ściskała deskę od sedesu, klęcząc na chłodnej terakotowej podłodze toalety dzielonej z siostrą. Wymiotowała aż do rana, oczyszczając ciało z ciężkostrawnych, mięsnych potraw, wyrzygując włókniste kawałki.
Ukrywała się w sypialni, aż minęła pora lunchu. Kiedy w końcu wyszła, meble w salonie wydawały się stać w nieco innych miejscach, wśród książek ojca panował bałagan, a na chińskim porcelanowym wazonie znajdował się niebieski smok, choć miała wrażenie, że poprzednio zawsze był tam ptak.
Rodzice siedzieli na przeciwległych krańcach kanapy. Czytali dwa egzemplarze tej samej książki, z pozoru nie zwracając uwagi na smród aksamitu przesiąkniętego alkoholem. Nie spojrzeli na córkę, gdy weszła do salonu. Nie wspomnieli o przyjęciu, co pani March uznała za ponurą, milczącą akceptację jej wad - matka nalegała, że umyje jej włosy. Zawsze pomagała córce myć głowę, robiła to do czasu, gdy pani March wyjechała na studia.
Tego dnia, dzień po przyjęciu wydanym przez rodziców, pani March klęczała na podłodze łazienki, a matka siedziała na skraju wanny i mydliła jej głowę. Nie rozmawiały, ale matka wyjątkowo mocno szarpała włosy, a pani March powstrzymywała mdłości, co było bardzo trudne z opuszczoną głową. Uważała to za karę za swoje zachowanie poprzedniego wieczoru. Kiedy matka szorowała skórę jej głowy, przysięgła, że do ukończenia studiów nie weźmie do ust ani kropli alkoholu.
Dotrzymała słowa, pojawiała się na imprezach uniwersyteckich bardziej jako gość niż uczestniczka. Przemykała się jak duch po akademikach, bywała na zebraniach bractw studenckich, patrzyła na pijanych studentów grających w ping-ponga i pary całujące się namiętnie w ciemnych zakamarkach.
Na jednej z imprez na kampusie poznała swojego pierwszego ważnego chłopaka, Darrena Turpa. Narzuciła sobie inną surową regułę: straci dziewictwo z pierwszym chłopakiem, który powie jej, że ją kocha. I tak się też stało w nietypowo gorący wiosenny dzień, półtora roku później, gdy leżała spocona na materacu Darrena w akademiku (jego ojciec, stary przyjaciel dziekana, załatwił mu pojedynczy pokój). W końcu zasnęli, a wieczorem, kiedy pani March się obudziła, prawie nic nie pamiętała. Czuła na powiekach promienie słońca, a prześcieradło owinęło jej się wokół kostek i miała wrażenie, że ktoś trzyma ją za nogi. Wyślizgnęła się cichutko z łóżka i obejrzała prześcieradło przy świetle harcerskiej latarki Darrena. Niczego nie zauważyła - nawet rdzawej smugi jak po okresie. Błona dziewicza, rzekoma świętość, musiała już dawno pęknąć.
Spotykała się z miłym, bezpretensjonalnym Darrenem do ostatniego roku studiów, kiedy poznała George?a i natychmiast się w nim zakochała ("George March to najprzystojniejszy mężczyzna na kampusie"). Powiedziała Darrenowi, że powinni się rozstać, niczego nie wyjaśniając. Prosił, by zmieniła decyzję, a przynajmniej ją przemyślała. Kiedy zdecydowanie odmówiła, domagał się, by zadzwoniła do jego matki i poinformowała ją osobiście. "Matka zasługuje na wyjaśnienie po wszystkim, co dla ciebie zrobiła!" - rzucił. Pani March spędziła kilka Świąt Dziękczynienia w domu państwa Turpów w Bostonie, gdzie ona i Darren spali w sąsiednich pokojach, by nie urazić pani Turp, dumnej ze swego konserwatyzmu. Każdego ranka o świcie wchodziła cicho do jej pokoju - pani March na początku podejrzewała, że chce sprawdzić, czy młodzi ludzie nie spędzili razem nocy, lecz okazało się, że pani Turp zabiera ręczniki, by je ogrzać w suszarce bębnowej przed porannym prysznicem.
W końcu, kilka minut po zerwaniu z Darrenem, zatelefonowała do pani Turp z budki przed kafeterią. Lało jak z cebra, na niebie co kilka sekund grzmiało i błyskało. Ledwo się słyszały z powodu burzy.
- Uważam, że ja i Darren powinniśmy się rozstać...
- Co takiego?
- Darren i ja uważamy, że...
- Nie słyszę cię!
- Zrywam z Darrenem! - krzyknęła pani March do słuchawki przyciśniętej do lewego ucha, zatykając palcem prawe.
Przez chwilę panowała cisza, po czym pani Turp powiedziała chłodnym, twardym głosem:
- W porządku. Dziękuję. Życzę ci powodzenia.
Rozłączyła się. Pani March wyszła z budki i nie odezwała się do Darrena, który spacerował tam i z powrotem po ulicy, kompletnie przemoczony. Opłakiwała ich związek przez szesnaście minut, bo tyle trwał powrót do akademika.
Kiedy poślubiła George?a, zrezygnowała z narzuconego sobie zakazu spożywania alkoholu. Zaczęła pić wino i koktajle Kir Royal na coraz liczniejszych przyjęciach, na które zapraszano męża robiącego karierę powieściopisarską. W czasie jednej z uroczystości, ekskluzywnego rautu po godzinach otwarcia Metropolitan Museum, gości oprowadzono po wystawie, której jeszcze nie udostępniono publiczności, a następnie wzięli udział w koktajl party w specjalnej jadalni dla wybrańców. Uczestnicy krążyli między stołami, czepiając się ich jak łodzi ratunkowych.
Pani March znowu spotkała wtedy Darrena. Minęło osiem lub dziewięć lat, odkąd się rozstali, ale miał te same pokryte plamami policzki i te same kędzierzawe włosy; był ubrany w taką samą płócienną koszulę w prążki (choć z przykrością zauważyła, że nie pamięta tej konkretnej koszuli, jakby na zawsze zachowała prawo do znajomości całej jego garderoby).
George z ożywieniem z kimś rozmawiał, co pozwoliło pani March podejść do Darrena, stojącego w rogu i popijającego różowy koktajl. Klepnęła go w bark; kiedy się odwrócił, spuścił nos na kwintę.
- Och, to ty... - powiedział.
Ponieważ goście patrzyli, pani March hałaśliwie się roześmiała, jakby usłyszała żart.
- Widziałem cię wcześniej z profesorem Marchem - odezwał się Darren. - Naprawdę ze sobą chodzicie? - Spojrzał w stronę George?a, pogrążonego w rozmowie z grupką gości.
- Tak... jesteśmy małżeństwem - powiedziała pani March z nieskrywaną dumą. Uniosła dłoń i dotknęła masywnej obrączki na palcu. - Nie jest już profesorem - dodała w nadziei, że Darren spyta o ostatni sukces George?a.
Prychnął i dodał:
- Powinienem się domyślić.
- Czego?
- Że zdradziłaś mnie z profesorem.
Pani March przełknęła ślinę.
- Nie zdradziłam cię.
- Oczywiście, że mnie zdradziłaś! Ktoś mówił, że widział was razem dzień po tym, jak ze mną zerwałaś. Nie mogłaś odczekać nawet czterdziestu ośmiu godzin? - Pani March oniemiała. To, że posuwa się do takich niedorzecznych insynuacji, wydawało się idiotyczne, choć trochę jej pochlebiało. Darren uważał ją za tak ważną, że analizował jej życie. - Nie dziwię się, że postanowiłaś złapać profesora. Robisz wszystko na pokaz.
- Nie bądź niemądry.
- Nie zależało ci na mnie? A może się mną zainteresowałaś, bo moja rodzina jest bogata?
Pani March zamierzała powiedzieć, że jej rodzice są bogatsi, ale zamiast tego uciszyła Darrena:
- Daj spokój, ludzie patrzą.
- Cóż, powinnaś wiedzieć, że ostatnio odnoszę sukcesy. Zatrudnili mnie w "New Yorkerze". Nieźle płacą, jak pewnie słyszałaś.
Wiadomość była dość nieprzyjemna, ponieważ George niedawno złożył w "New Yorkerze" opowiadanie, które bezceremonialnie odrzucono.
- Moje gratulacje! - rzekła potulnie pani March. Miała ochotę chlusnąć na niego drinkiem, napluć mu w twarz. Nie, tak naprawdę chciała wiedzieć, kto mu naplotkował o niej i o George?u i czy ktoś jeszcze wie o tej niewielkiej skazie na jej reputacji. Oszołomiona alkoholem i muzyką, opuściła Darrena; przez chwilę dręczyło ją wspomnienie głupiego zwrotu "moje gratulacje". Z wysiłkiem udawała wesołość i beztroskę do końca przyjęcia, cały czas unikając kędzierzawej głowy kołyszącej się groźnie w tłumie gości.
Później wypytała dyskretnie przyjaciół i odkryła, że ją okłamał. Został tylko gońcem redakcyjnym - i do tego kiepsko opłacanym. George stawał się celebrytą (tak przynajmniej sądziła pani March), natomiast Darren nie zrobił kariery literackiej (ani jakiejkolwiek innej). Zwyciężyła. Miała rozpaczliwą nadzieję, że Darren nigdy nie przeczyta nowej książki George?a. Dostarczyłaby mu ogromnej satysfakcji.
Dzień przyjęcia z okazji premiery powieści George'a zbliżał się frustrująco powoli. Temat wisiał w powietrzu niczym trująca mgiełka. Unosił się nad każdą rozmową pani March, czaił się w każdej chwili ciszy. Wydawało się, że apartament się z nią zgadza - pokoje doprowadzono do idealnego stanu, meble ustawiono w dziwnych miejscach, w których wydawały się zdziwione i nieszczęśliwe.
Była zbyt podekscytowana, by coś zjeść, ale poprosiła Marthę o przygotowanie lekkiej przekąski - "żebym nie dostała wzdęcia". Nie chciała, by Martha się domyśliła, jaki lęk budzi w niej przyjęcie, jak całkowicie ją absorbuje i sprawia, że pozostałe sprawy odchodzą na dalszy plan.
Leniwie jadła warzywa, popijając je dużymi łykami wody i oddychając przez usta, podobnie jak wtedy, gdy była małą dziewczynką i zmuszano ją do jedzenia czegoś, czego nie lubiła. W holu tykał z dezaprobatą zegar stojący; kojarzył się z ubranym w perukę wiktoriańskim sędzią, który cicho cmoka, wyrażając potępienie dla przestępcy. Kiedy wybijał godziny, wydawało się, że ogłasza wyrok skazujący.
Kucharz i kelnerzy przygotowali potrawy, po czym wyszli się przebrać w oficjalne stroje. Pani March pomyślała nagle, zaszokowana, że wcale nie odeszli i że schowali się w holu, by ją nastraszyć. Odsunęła talerz z warzywami i przykryła go serwetką, by ukryć, jak niewiele zjadła.
Kiedy Martha sprzątała ze stołu, pani March popędziła do sypialni. O tej porze apartament był oświetlony ostrymi promieniami słońca. Zaciągnęła zasłony, obawiając się, że rozboli ją głowa. Zdjęła buty, położyła się na łóżku, wygładziła spódnicę, splotła ręce na brzuchu i popatrzyła na sufit. Usiłowała się zdrzemnąć, lecz pulsowanie krwi w uszach było zbyt głośne. Prześladowała ją myśl, że popełniła nieodwracalny błąd w sprawie kateringu. Czy goście również nie mogą się doczekać przyjęcia? Czy myśl o nim paraliżuje każdą ich myśl, nie pozwala czymkolwiek się zająć? Prawdopodobnie nie. Przełknęła ślinę, miała wysuszone, popękane wargi. Zerknęła na zegarek, na posuwającą się skokami wskazówkę sekundnika, aż doszła ona do za kwadrans czwartej, najwcześniejszej godziny, gdy pani March mogła się przebrać.
Szybko wstała i otworzyła drzwi garderoby obok sypialni. Od dawna prześladowało ją podejrzenie, że chociaż markowe ubrania są w dobrym guście, jej sposób ich układania albo noszenia sprawia, że wydają się pospolite, tandetne. Podejrzewała, że takie wrażenie robią również jej meble i rzeczy osobiste, lecz szczególnie odzież. Sukienki nie podkreślały jej urody jak w przypadku innych kobiet - były za ciasne, za krótkie, zbyt obszerne albo nie pasowały do figury - zawsze wydawało się, że nosi cudze rzeczy.
Stała bez ruchu przed garderobą, spoglądając na sukienki, spódnice, komplety złożone ze spodni i żakietu, przyglądając się tkaninom i wzorom. Pomyślała: "Jakie to dziwne, że kiedyś włożę ostatnie ubranie przed śmiercią. Bluzkę, w której wydam ostatnie tchnienie, spódnicę opinającą brzuch w czasie ostatniego posiłku". Nie musi w nich umrzeć (przez chwilę wyobrażała sobie szpitalną piżamę) ani zostać pochowana (siostra, niewolnica konwencji, prawdopodobnie wybierze do trumny najbrzydszą sukienkę), ale i tak będą to ostatnie noszone przez nią stroje. Czy umrze właśnie dzisiaj, nim zdąży wydać przyjęcie? Dopóki to sobie wyobraża, nigdy to nie nastąpi. Często uprawiała takie gierki z samą sobą. Skoro się zastanawia, czy to ostatnie ubranie w jej życiu, to na pewno okaże się to nieprawdą. Jeśli wyobrazi sobie, że dziś umrze, nie spotka jej nic złego. Głupi nawyk, lecz jakie naprawdę jest prawdopodobieństwo, że spotka nas coś strasznego, jeśli się tego spodziewamy? Bardzo niewielkie. Nikt nie mówi: "Dziś zmarła moja żona, zgodnie z oczekiwaniami". Albo: "Był to straszliwy wypadek, który przewidziałem".
Przesunęła dłonią wieszaki, szukając sukienki, którą od dawna chciała włożyć na przyjęcie, ciemnozielonej sukni z długimi rękawami. Górna część ramion pani March zwiotczała z wiekiem, więc starannie je zasłaniała.
Znalazła sukienkę ukrytą między dwoma kompletami w pepitkę. Wyjęła ją. Pamiętała, że wcześniej nosiła ją tylko raz, w czasie kolacji przed kilkoma miesiącami. Uczestniczyli w niej George i jego kuzyn Jared. Chociaż uważnie studiowała listę gości dzisiejszego przyjęcia, dręczył ją niepokój, że Jared mimo wszystko też się pojawi. Spotkała go tylko dwa razy i nie mogła dopuścić, by widział ją dwa razy w tej samej sukience. Oczywiście ciepło ją powita, spodziewając się, że żona sławnego kuzyna okaże się nienagannie ubrana, ale gdy spostrzeże, że pani March nosi tę samą suknię, biżuterię i fryzurę, z pewnością skupi uwagę na bardziej eleganckich uczestniczkach przyjęcia.
Zauważyła ciemnoniebieską sukienkę z odkrytymi ramionami ukrytą w zakamarku w tylnej części garderoby. Nigdy jej nie nosiła. Nie oderwała nawet metki ze sklepu. Miała intensywny, lecz elegancki odcień; wydawało się mało prawdopodobne, by któraś z uczestniczek przyjęcia włożyła coś podobnego. Ale, niestety, była bez rękawów. Wyjęła ją z szafy i obejrzała obie sukienki trzymane w rękach. Niebieski kolor był z pewnością ładny, lecz nie mogła ryzykować, że ktoś sfotografuje jej nagie ramiona. Powiesiła suknię z powrotem w garderobie.
Zdjęła z wieszaka sukienkę o barwie butelkowej zieleni, zaniosła na rękach na łóżko jak śpiące dziecko i położyła na kołdrze. Obok umieściła złotą broszkę i okrągłe złote kolczyki.
Później zajęła się włosami. Nawijała je ciasno na wałki, pasmo po paśmie.
Oszlifowała i polakierowała paznokcie. Zawsze robiła to samodzielnie, nie korzystając z usług zawodowych manikiurzystek, by nie oceniały stanu jej paznokci (w przeszłości często to robiły w obecności innych klientek, zadawały pytania w rodzaju: "Dlaczego pani paznokcie są takie żółte?" albo: "Czy nie zmywa pani lakieru zbyt późno?").
Czekała, aż paznokcie wyschną, i spoglądała na zegarek powoli odmierzający sekundy. Zdjęła z głowy gorące wałki. Kiedy rozwijała jeden z loków, wałek musnął jej skórę i sparzył ją w tylną część ucha. Syknęła i dotknęła piekącej małżowiny kawałkiem wilgotnego papieru toaletowego.
Rozebrała się, unikając widoku swojego nagiego ciała w lustrze. Skóra na brzuchu była zwiotczała, nigdy się nie wygładziła po urodzeniu Jonathana. Rozstępy ciągnęły się aż do trójkąta ciemnych włosów między nogami. Z trudem wcisnęła obwisły brzuch w ciasny, kremowy gorset, po czym włożyła butelkowozieloną suknię. Kiedy w końcu popatrzyła na siebie w lustrze łazienki, uśmiechnęła się - sztucznie, jakby pozowała do fotografii. Zakołysała się, udając, że trzyma w dłoni kieliszek, i zalotnie zachichotała. "Dziękuję państwu za przybycie" - powiedziała do lustra. "To dla nas ogromny zaszczyt".
Próbowała różnych szminek - wszystkich nieużywanych, wyschniętych ze starości i lśniących jak stearyna - po czym po kolei je ścierała, plamiąc policzki i podrażniając wargi papierowymi ręcznikami. W pewnym momencie z wściekłością narysowała na szyi cynobrową kreskę. W końcu, pokonana, wróciła do spokojnej, kremowej szminki, której zawsze używała. W przypływie niezdecydowania wyplątała się z butelkowozielonej sukni, wróciła do garderoby i przymierzyła ciemnoniebieską. Skrzywiła się, widząc w lustrze wybrzuszenie w pasie. Ramiona wydawały się jednocześnie napięte i obwisłe. Zerwała sukienkę z przytłumionym okrzykiem. Przymierzyła jedwabną bluzkę, zwykle noszoną ze starymi spinkami do mankietów matki ze szklanymi imitacjami klejnotów, i czarną spódnicę - po czym wybrała butelkowozieloną suknię.
George wrócił do domu o zmroku, gdy pani March eksperymentowała z lampami na suficie i podłodze i sprawdzała, jaka kombinacja oświetlenia stworzy przytulną, ale żywą atmosferę. Zachowywała się jak spokojna, opanowana kobieta, nuciła lekko pod nosem. Manipulowała przy lampach, a kelnerzy uprzejmie ją ignorowali, nie zwracając uwagi na teatralne popisy.
Zerknęła z niepokojem na zegarek. Niektórzy goście zapewne byli już w drodze, małżeństwa kłóciły się w windach i na tylnych siedzeniach taksówek, kobiety tak starannie ufryzowane, że wyglądały jak po wizycie w salonie, mężczyźni udający, że ciągle mogą nosić garnitury od Armaniego sprzed dziesięciu lat.
Po raz ostatni bez przekonania próbowała włożyć inną sukienkę, a tymczasem George wiązał krawat w łazience.
- Wiesz, zadzwoniła Paulette i złożyła mi gratulacje - powiedział ni w pięć, ni w dziewięć.
- Ach tak? - spytała.
- Nie, nie, tylko nie zaczynaj...
- Czego nie zaczynać? Powiedziałam tylko "ach tak".
- To miło, że zatelefonowała, zwłaszcza że ma teraz bardzo absorbujące sesje zdjęciowe...
- Tak, jest niezwykle utalentowana - odpowiedziała pani March.
- Robi wspaniałą karierę.
Pani March poczuła mdłości na myśl, że w czasie przyjęcia George zacznie opowiadać, jaki jest dumny z Pauli. Wcześniej puściła wodze wyobraźni i marzyła o tym, że George wygłosi mowę, w której opowie o swojej miłości do ukochanej żony, a goście zaczną jej gratulować dobrego smaku. Jej oczekiwania dotyczące wieczoru mogły być zbyt wygórowane.
- Tak, wspaniałą - odparł George, poprawiając spinkę do mankietów. - Chce kupić dom w dzielnicy Kensington.
- Cudownie...
- Tak. Podobno jest piękny, a do tego to ma znaczenie historyczne. Mówi, że zawsze możemy się tam zatrzymać po przyjeździe do Londynu.
Jedna z powiek pani March zatrzepotała; myśl o tym, że mogłaby spać w domu Pauli, być jej wdzięczną za cokolwiek, wydawała jej się nie do przyjęcia. Uspokoiła się, patrząc na palce George?a, który zapinał drugą spinkę do mankietów. Czy widziała już wcześniej te spinki?
- Robi wspaniałą karierę - powtórzył cicho, z roztargnieniem.
Na pewno nie widziała wcześniej tych spinek, co ją zaniepokoiło. Dobrze znała wszystkie spinki, krawaty i poszetki George?a; większość podarowała mu na przestrzeni lat. Skąd się wzięły te spinki? Zrobiła krok do przodu, otworzyła usta, by się odezwać, gdy nagle zadzwonił dzwonek do drzwi.
Pojawili się pierwsi goście, grupka złożona z pięciu osób, jakby w sekrecie umówili się wcześniej w pobliżu domu. "O Boże, kto chciałby rozmawiać z tą babą sam na sam?!" - wyobraziła sobie ich komentarze. Zresztą ona również czuła niepokój na myśl, że mogłaby prowadzić banalną konwersację z jedną lub dwiema osobami, które przyszły wcześniej. Z ulgą zostawiła gości w salonie, udając, że musi się czymś zająć; w rzeczywistości poszła do toalety przylegającej do sypialni i ostrożnie usiadła na klapie sedesu, by nie pognieść sukni.
Wkrótce apartament wypełnił się gośćmi. W tle grała muzyka - żywa, nowoczesna wersja Dziadka do orzechów, którą pani March uznała za idealny podkład do koktajl party w zimie. Harmonizowała z gwarem męskich głosów i okazjonalnymi piskliwymi śmiechami kobiet.
Kilku gości - starych przyjaciół George?a - podarowało mu oprawioną czarno-białą fotografię jego dziadka, który stał z poważną miną obok łaciatego angielskiego setera. W jednej ręce trzymał strzelbę, a w drugiej kaczkę wiszącą głową w dół. Powaga, dostojny wyraz twarzy mężczyzny - a także pyska psa - miały w sobie coś wyjątkowo absurdalnego, spotęgowanego przez to, że ktoś uznał fotografię za godną oprawienia. Postanowiła ukryć ją w garderobie za pudłami na kapelusze zaraz po wyjściu gości.
W czasie przyjęcia, gdy do salonu stale wchodziły nowe osoby, pani March poprosiła Marthę, by regularnie zaglądała do toalety dla gości, składała ręczniki, rozpylała sosnowy odświeżacz powietrza i przecierała deskę sedesową oraz podłogę słabym roztworem amoniaku. Ostra woń amoniaku z domieszką natrętnego leśnego aromatu była tak niezwykła, że uczestnicy przyjęcia u państwa Marchów natychmiast ją sobie przypominali, gdy odwiedzali szpitale albo mijali sklepikarza wylewającego na ulicę wiadro z wodą po myciu podłóg.