Dwa są dla kobiety sposoby wejścia do literatury. Jeden, to
pisać książki; drugi, to stać się czemś w życiu wielkiego pisarza.
Ta druga droga jest wdzięczniejsza, bardziej kobieca, i - może
trwalsza. Ale jakiemiż wzamian najeżona niebezpieczeństwami!
Pomyślcie tylko: przez setki lat każdy jej postępek, każde
drgnienie serca, każde słowo będzie przedmiotem badań zawodowych
znawców duszy ludzkiej, przedmiotem śledztwa ciągnącego się przez
całe wieki, wciąż wszczynanego na nowo na podstawie coraz to nowych
świadectw i dokumentów! Czy jest kobieta, któraby wytrzymała taki
krzyżowy ogień? Możeby się taka i znalazła, ale obawiam się, że na
jej widok ów genjalny pisarz drapnąłby gdzie pieprz rośnie!
Przedmiotem takiego procesu jest od kilku dziesiątków lat pani
Hańska. Ta istota uwielbiana i kochana przez Balzaka do ostatnich
granic, została posadzona, w imię kultu dla pisarza, na ławie
oskarżonych, z dwiema okolicznościami obciążającemi: jedna, że byłacudzoziemką, a druga, dość niebezpieczna w naszej
demokratycznej epoce, że była
wielką damą... Nie znalazła obrońców i w swojej ojczyźnie,
dlatego może znowuż, że była Polką... Dopiero w ostatnich
miesiącach pojawiły się dokumenty i głosy skłaniające do
nieodzownej rewizji tego "procesu". Ale dlaczego rzecz traktować w ten sposób? Skąd ta potrzeba
skazywania lub uniewinniania, tu gdzie jedyną drogą jest
rozumieć? czemu ta tendencja, aby w jakiejś lapidarnej
formułce zamknąć stosunek dwojga ludzi, ciągnący się przez
siedmnaście lat, stosunek skomplikowany tyloma czynnikami, snujący
się w warunkach tak zupełnie odmiennych od dzisiejszych? Czy my
dziś, w epoce już nie kolei żelaznych i telegrafu, ale aeroplanu i
radjo, możemy naszemi pojęciami mierzyć tę romantyczną historję?
ten stosunek, gdzie list wędrował tygodnie, gdzie ośm lat upłynęło
między jednem a drugiem widzeniem kochanków, tę miłość poczętą na
niewidziane, przez korespondencję? I dlaczego do kobiety, dlatego
że weszła w życie wielkiego człowieka, ma być przykładana miara
jakiegoś anioła? skąd my wiemy, czy onby chciał anioła, czy by
pokochał "anioła", czy byłby z nim szczęśliwy? Była w życiu Balzaka
kobieta, oddana mu bez miary, która mówiła doń: "Kochaj mnie rok, a
ja będę cię kochała całe życie"... I Balzac nie kochał jej ani
roku, a z miłości jej, jeżeli w istocie przetrwała całe życie, nic
a nic mu nie przyszło. Czytajmy natomiast słowa, w jakich, na
przestrzeni siedmnastu lat, mówi o pani Hańskiej i do niej! Nie
była aniołem, była tylko kobietą, i za to Balzac ją kochał; była
kobietą pewnej sfery, pewnej kasty, i dlatego Balzac ją ubóstwiał. Zanim skreślimy dzieje tego dziwnego romansu, naszkicujmy figury
jego bohaterów w chwili, gdy
dusze ich (można tu użyć z całą ścisłością tego
poetycznego wyrażenia, gdyż znajomość ich była przez długi czas
czysto duchowa) zatem, gdy dusze ich się spotkały. W chwili, gdy Balzac otrzymał pierwszy list od nieznajomej
korespondentki z Ukrainy, która tak miała odtąd zaważyć na jego
życiu, miał lat trzydzieści trzy. Znajdował się wówczas w pełni
twórczości, w zaraniu wspaniałej sławy; był w literaturze
zjawiskiem olśniewającem w najwyższym stopniu. Długo czekał na ten
dzień. Młodość spędził w twardych warunkach, mocując się z sobą,
szukając własnej drogi. Chcąc zdobyć wpierw niezależność a potem
swobodnie poświęcić się literaturze, którą w pierwszych latach
traktował zarobkowo, wdał się w przedsiębiorstwa, zakończone
bankructwem i ogromnym długiem. Wówczas uciekł od wszystkiego,
zagrzebał się w jakimś kącie i rzucił się z powrotem do pióra. I o
dziwo, pierwsza powieść, którą napisał w tych warunkach,
Szuanie, zyskała mu sławę. Niebawem ukazała się
Fizjologia małżeństwa: Balzac staje się nietylko głośnym,
ale i modnym. Tomikiem
Sceny z życia prywatnego zdobył sobie kobiety, które
Fizjologja małżeństwa zaintrygowała, zachwyciła, ale i
oburzyła. Tym razem zachwyt był jednogłośny; żaden pisarz nie umiał
tak wniknąć w subtelności kobiecego serca. W roku 1832 ukazuje się
Jaszczur, który znów poruszył czytelników i krytykę.
Wogóle w tych latach 1830 - 1832, w ciągu dwóch lat, pojawia się
około 200 większych i mniejszych utworów jego pióra, powieści,
nowel, artykułów. To istna erupcja wulkanu. To był pisarz. A człowiek? Balzac o sobie gdzieś mówi: "Byłem stworzony do przeżywania
namiętności, a los skazał mnie na opisywanie ich". Istotnie młodość
Balzaka, to jeden namiętny krzyk pragnienia: łaknie wszystkiego,
niewiadomo czego bardziej, sławy czy miłości... Ale pomiędzy tym
ciężkim, niezręcznym chłopcem, a błyszczącym światem Paryża była
przepaść, zdawałoby się nie do przebycia. Przyszła sława i
wyrównała poniekąd fizyczne braki tego otyłego, pretensjonalnie a
źle ubranego człowieka, który nie miał w sobie nic z adonisa: jego
lwia głowa, magiczny blask nieporównanych oczu zaczęły wabić ku
niemu. A miłość? Ta wielka miłość, o której marzył, przyszła do niego w
zaraniu młodości; ale przyszła w postaci wpół tkliwej wpół
ironicznej. W miasteczku niedaleko Paryża, gdzie osiadła jego
rodzina, poznał dwudziestoparoletni chłopiec kobietę, która przez
lata miała wpływ na jego życie. Jej zawdzięcza swoje
wychowanie, o ileż ważniejsze od tego, które otrzymuje się
w szkole; ona miała być później jego podporą w najcięższych dniach
próby, ją będzie całe życie wspominał jak swego dobrego ducha. Ale
pani de Berny, w chwili gdy ją dwudziestoparoletni chłopiec poznał
i pokochał, miała czterdzieści pięć lat i dziewięcioro dzieci. Jest
coś bardzo balzakowskiego w tym kompromisie serca: jesteśmy tu już
w pełni Komedji Ludzkiej... Kiedy przyszła sława, kobiety wzięły Balzaka w swoje rączki.
Wielki świat, to o czem tak marzył za młodu, otworzył dlań swoje
salony i co ważniejsze swoje buduary. Księżne! Najpierw księżna
mniej autentyczna, bo tylko napoleońska, księżna d'Abrantés;
później prawdziwa księżna de Castries (wówczas margrabina de
Castries); sam kwiat arystokratycznej dzielnicy Saint-Germain. Ale,
niestety, to co Balzac brał za miłość wyciągającą doń ręce w
najpowabniejszej jej postaci, było w istocie ciekawością
snobinetki, zabawą Celimeny, radej że może oprowadzać na jedwabnej
nitce swojego Alcesta. W rezultacie - rana serca i miłości własnej;
rana którą Balzac przeszedł bardzo ciężko. I właśnie w tym
momencie, gdy jedna miłość zwiędła a druga zraniła go boleśnie,
zjawiła się na horyzoncie jego życia owa daleka
cudzoziemka, która stała się dlań - i na całe życie -
realizacją wszystkich jego marzeń o kobiecie, o miłości, i
wszystkich ambicyj społecznych, które u Balzaka łączą się
nierozerwalnie z pojęciem miłości. A teraz, kim była pani Hańska? Urodziła się w r. 1806, albo w 1804
(z kobietami nigdy nie wiadomo!) Pochodziła z wielkiej rodziny
Rzewuskich. Była siostrą znakomitego powieściopisarza Henryka
Rzewuskiego oraz siostrą owej Karoliny Sobańskiej, wsławionej
miłostką Adama Mickiewicza, bliską krewną słynnego Emira
Rzewuskiego. Duma rodowa oraz wysoka umysłowa kultura były
tradycyjne w rodzie Rzewuskich. Rodzice panny Eweliny, w trudnem
położeniu majątkowem, szukali dla niej męża, któryby
przedewszystkiem był bogaty. Znaleźli go w osobie p. Wacława
Hańskiego, przyzwoitego człowieka, właściciela olbrzymich włości z
rezydencją w Wierzchowni, wychowanego w Wiedniu, w miarę nudnego, w
miarę nijakiego, i starszego o dwadzieścia pięć lat od panny.
Małżeństwo to odbyło się w r. 1822 albo w r. 1818 (kobiety pod
względem dat urągają najściślejszym badaniom historji literatury).
Z małżeństwa tego urodziło się pięcioro dzieci; czworo umarło we
wczesnym dziecięctwie, została tylko najmłodsza córeczka Anna. Życie młodej pani Hańskiej, puste i bezbarwne, płynęło tedy w
Wierzchowni. Zapełnia je marzeniem i lekturą. Władając językiem
francuskim jak swoim własnym (ba, może lepiej?) pogrąża się w
literaturze francuskiej: sądząc z zachwytów i cytatów w listach
Balzaka, pani Hańska zna istotnie literaturę i historję Francji na
wylot. Śledzi wszystkie nowości, myślami przebywa w owem mieście,
które w owym czasie tak magicznie olśniewało Europę: w Paryżu. W
lutym r. 1832, zachwycona tomem młodego pisarza, którego imię
zaczyna zaledwie wypływać, Balzaka, odważa się na zuchwały krok
będący jedyną ucieczką pięknych dusz pleśniejących na zapadłej wsi
lub na prowincji: pisze do Balzaka list. Och! z zachowaniem
wszystkich ostrożności: list jest bez podpisu, kreślony ręką
guwernantki francuskiej, panny Henryki Borel. List ten zaginął:
zdaje się, że, obok entuzjazmu wywołanego
Scenami z życia prywatnego, zawierał on krytykę
sceptycyzmu i brutalności
Jaszczura i zaklinał pisarza aby wrócił do źródła
czystszych natchnień. W tej chwili właśnie Balzac kończył druk
swoich "Uciesznych opowiastek", poczętych z ducha Rabelego i
Brantoma... Musiał się uśmiechnąć; a może uczuł się
zakłopotany?
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.