Pani Einstein - Marie Benedict

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 8
29 sierpnia 1897 i 21 października 1897
Kać, Serbia; Heidelberg, Niemcy
Zniszczona, pognieciona kartka spadła na ziemię. Patrzyłam, jak leniwie unosi ją ciepły wiatr, który przenikał do środka przez okna dzwonnicy. Książka profesora Phillipa Lenarda leżała od godziny otwarta na tej samej stronie, a ja nie przeczytałam ani słowa.
Sięgnęłam, by podnieść papier z porysowanej drewnianej podłogi. Siedziałam w zwieńczonej sklepieniem wieży Iglicy naszego letniego domu w Kaciu, gdzie spędzaliśmy letnie miesiące. Dom ten, nazwany tak ze względu na dwie wieże, zdobiące boki willi w stylu tyrolskim, i jedną pośrodku, dawał nam w lecie wytchnienie, odkąd byłam dzieckiem. Nieważne, gdzie się przeprowadzaliśmy z powodu pracy papy lub mojej szkoły - mieszkaliśmy już w Rumie, Nowym Sadzie, w Sremskiej Mitrovicy i wreszcie w Zagrzebiu - Iglicę zawsze mogłam nazwać domem.
W dzieciństwie spędzałam wakacje w dzwonnicy Iglicy, podziwiając z okien zmieniający się wiejski pejzaż z polami słonecznika i kukurydzy oraz czytając mnóstwo książek. Była to moja kryjówka, moje schronienie, miejsce, gdzie poznawałam baśnie i gdzie narodziło się moje marzenie o zostaniu naukowcem. Także teraz chowałam się tu przed światem.
Patrzyłam na kartkę, którą trzymałam w dłoniach. Patrzyłam na adres pana Einsteina, który zapisał swoim rozciągniętym, zamaszystym pismem równie pełnym rozmachu jak jego osobowość. Kiedy się żegnaliśmy po powrocie z Sihlwaldu, wcisnął mi papier do ręki, prosząc, bym napisała do niego podczas wakacji. Używałam tego cienkiego paseczka jako zakładki, dzięki czemu mogłam nosić go ze sobą wszędzie. Chociaż nie rozstawałam się z jego adresem, obiecałam sobie, że go nie użyję. Trzymałam się tej przysięgi, nawet kiedy moje myśli odpływały ku naszym gorącym dyskusjom o matematyce i fizyce. Wiedziałam, że list do niego byłby kontynuacją intymnego związku rozpoczętego w Sihlwaldzie, a ów związek raczej na pewno uniemożliwiłby karierę, na którą pracowałam od tak dawna, nieprzerwanie wspierana przez tatę. Nie znałam żadnej pracującej zawodowo kobiety, która byłaby jednocześnie mężatką, po co więc rozpoczynać coś, co nie mogło mieć dalszego ciągu? Pocieszałam się, myśląc o pełnej przyjaźni i rozrywek przyszłości, jaką nakreśliłyśmy dla siebie z Helene.
Przez okno przyglądałam się bujnym, nakrapianym słonecznikami nizinom wokół Kacia. Ta część regionu Wojwodiny na północ od Dunaju była kiedyś scenerią gwałtownych walk pomiędzy Cesarstwem AustroWęgier na zachodzie a Imperium Osmańskim na wchodzie. Teraz w jego sztucznie stworzonych granicach wciąż dochodziło do napięć pomiędzy germańską władzą a słowiańskimi ludami. Miałam nadzieję, że znajomy pejzaż, przyjemne zapachy, ojczysty język i rodzinne ciepło pomogą mi zapomnieć o tym, co wydarzyło się w Sihlwaldzie między mną a panem Einsteinem. A jednak czułam się równie rozdarta jak ta wieś, zagubiona pośród własnych uczuć i obietnic.
Przez cienkie ściany wieży dało się słyszeć dudnienie ciężkich kroków i to mógł być tylko mój potężny tata. Udawałam, że go nie słyszę. Nie dlatego, że nie miałam ochoty go zobaczyć. Chciałam po prostu, by wciąż wierzył, że jestem w stanie w pełni poświęcić się lekturze, co nie udawało mi się od czterech tygodni. Zwinięta na podniszczonym szezlongu, który mama umieściła w tej rzadko odwiedzanej części Iglicy, udawałam całkowite zaangażowanie.
Jego kroki stawały się coraz bliższe i głośniejsze, lecz nawet nie podniosłam głowy. Kiedyś doskonale potrafiłam się wyłączyć i nie zwracać uwagi na otoczenie, ale ignorowanie łaskotek papy było niemożliwe. W ciągu kilku sekund zdążył połaskotać mnie w kilku szczególnie wrażliwych miejscach. Zapiszczałam.
- Tato! - zawołałam z udawanym przerażeniem. - Mam prawie dwadzieścia jeden lat! Jestem za stara na łaskotki! Poza tym właśnie czytałam.
Podniósł moją książkę i dokładnie przyjrzał się stronie, na której była otwarta.
- Hmm, Lenard. Coś mi się wydaje, że wczoraj wieczorem czytałaś dokładnie ten sam fragment dokładnie tej samej książki.
Zarumieniłam się. Usiadł obok mnie.
- Mitzo, zachowujesz się jak nie ty. Nawet ze mną nie chcesz rozmawiać. Nie spędzasz czasu z mamą, Zorką i małym Milošem. Wiem, że twoje rodzeństwo jest od ciebie znacznie młodsze, ale kiedyś przynajmniej organizowałaś dla nich pikniki.
Słowa taty sprawiły, że poczułam się winna. Każdego lata kilka razy pakowałam prowiant do koszyka i zabierałam Zorkę i Miloša na wycieczkę w pola. Tam, pomiędzy słonecznikami i pod błękitnym niebem, czytałam im swoje ulubione bajki z dzieciństwa, nawet Małą, śpiewającą żabkę. Tym razem nie zorganizowałam im ani jednej wycieczki. Chciałam wyjaśnić tacie, że czternastoletnia siostra i dwunastoletni brat są już na to za duzi, powstrzymałam się jednak. Tata natychmiast wyczułby kłamstwo.
Znów spojrzał na moją książkę, a zaraz potem na mnie.
- Nawet się nie uczysz ani nie czytasz. Czy wszystko w porządku?
- Tak, tato - powiedziałam, próbując powstrzymać napływające łzy.
- No nie wiem, Mitzo. Nie ucieszyłaś się nawet ze swoich ocen, kiedy dostałaś list. Masz średnią cztery i pół. Cztery i pół na sześć! To powód do świętowania, a ty nawet nie chciałaś wznieść z nami toastu.
Odkąd wróciłam do domu, tajemnica paliła mnie od środka. Wiele razy chciałam się zwierzyć papie, któremu opowiadałam o wszystkim, odkąd pamiętam. Coś mnie jednak powstrzymywało. Być może bałam się go rozczarować po tym, jak tyle zrobił, by zapewnić mi edukację. Może nie chciałam zniszczyć obrazu zdolnej, ale samotnej badaczki. Jak mogłabym powiedzieć mu o panu Einsteinie?
- Wszystko jest w porządku, papo. - Jeszcze nie skończyłam mówić, a już wiedziałam, że moje słowa brzmią fałszywie.
Chwycił mnie za ramiona i delikatnie obrócił w swoją stronę. Wiedział, że nie uda mi się go okłamać ani nawet niczego przemilczeć, jeśli będzie mi patrzył prosto w oczy.
- Co się dzieje, Mitzo?
Łzy, które powstrzymywałam przez cztery tygodnie, trysnęły fontanną. Mówiłam, zanosząc się łkaniem, a papa po prostu czekał, aż skończę.
Kiedy wreszcie zapanowałam nad oddechem, a łzy przestały mi płynąć, papa wciąż milczał. Uniosłam wzrok przestraszona, że jest na mnie wściekły. Że nie zdałam egzaminu znacznie ważniejszego niż te na politechnice.
Jednak po jego twarzy też płynęły łzy.
- Och, moja biedna Mitzo. Czemuż twoja droga jest tak wyboista?
Jak to możliwe, że mój niezwyciężony ojciec płakał? Czyżby to moje milczenie doprowadziło go do łez? To do niego się zwracaliśmy - tak jak podlegli mu rządowi urzędnicy - gdy stawaliśmy przed problemem nie do rozwiązania. Sięgnęłam do kieszeni po koronkową chusteczkę i wytarłam jego policzki oraz oczy.
- Nie jesteś na mnie zły, tato? - Przynajmniej z tego mogłam się cieszyć.
- Oczywiście, że nie, moja słodka dziewczynko. Tak bardzo chciałbym, by twoje życie było proste, żebyś miała wszystko, czego zapragniesz. Niestety, wybitne umiejętności to ciężar, prawda?
- Chyba tak - odparłam rozczarowana, że na tym mogą się skończyć jego rady. Przez całe życie słyszałam, że ponoszę odpowiedzialność za rozwój swojego intelektu. Chociaż wiedziałam, że to nierozsądne, wręcz niemożliwe, miałam nadzieję, że ojciec zdoła rozwiązać problem pana Einsteina tak, jak rozwiązywał wiele innych.
- Czy chcesz wrócić na studia? Wciąż marzysz o karierze profesora fizyki?
"Ale co wtedy z panem Einsteinem?", zastanawiałam się. Odpowiedziałam jednak potakująco, by go zadowolić.
- Tak, papo. Zawsze tego pragnęłam. Tak ustaliliśmy.
- Czy uważasz, że rozważny jest powrót na politechnikę, gdzie nie da się uciec przed obecnością pana Einsteina? Może zyskałabyś właściwy dystans, studiując przez semestr na innej uczelni? Mogłabyś wrócić do Zurychu za pół roku, wyrobiwszy sobie obiektywny sąd w sprawie pana Einsteina.
Semestr rozłąki. Na myśl o tym, że mogłabym nie widzieć go dłużej niż trzy miesiące, poczułam, że ściska mi się serce, im dłużej jednak rozważałam propozycję taty, tym większą czułam ulgę. Przez kolejne miesiące nie musiałabym widzieć jego podekscytowanego wyrazu twarzy i rozgorączkowanego spojrzenia, które zwalało mnie z nóg. Czas rozłąki mógłby uczynić cuda.
Wbiłam wzrok w książkę Lenarda, którą nosiłam ze sobą od wielu dni.
- Tato, chyba znam właściwe miejsce.
Na początku października, tuż przed moim przyjazdem na uniwersytet w Heidelbergu, nad doliną rzeki Neckar w południowo-wchodnich Niemczech, gdzie uczelnia miała swoją siedzibę, zapadła niemal nieprzenikniona mgła. Przez kilka pierwszych dni w hotelu Ritter, gdzie miałam spędzić semestr, nie opadała ani na chwilę. Podczas gdy lekcje fizyki, w których brałam udział, były rzeczywiście prowadzone na wysokim poziomie przez tak wybitnych wykładowców jak sam Lenard, przez ciężki welon mgły nie byłam w stanie dostrzec uroku budynków i zabytkowego uniwersytetu. Przygniecione tym ciężarem otaczające uczelnię las i rzeka przypominały mi tylko o pięknie Sihlwaldu. Czułam się tak ponuro, że czasem miałam wrażenie, iż także moje myśli zasnuła mgła.
Samotność przeważała nad wszelkim żarem, jaki mogłaby zrodzić w moim umyśle kinetyczna teoria gazów Lenarda i jego eksperymenty dotyczące prędkości, z jaką przemieszczają się cząsteczki tlenu. Brakowało mi towarzystwa, śmiechu i czułości Ružicy, Milany i Helene, chociaż ukrywałam swoje uczucia w wesołych listach, opisujących moje rzekome podniecenie wykładami. Podczas smutnych godzin spędzanych samotnie w hotelowym pokoju pozwalałam sobie na szczerość wobec siebie samej: tęskniłam też za panem Einsteinem. Mój zły humor trwał jednak tak długo, że zaczęłam się zastanawiać, czy tęsknota za przyjaciółkami i panem Einsteinem jest jego jedyną przyczyną.
Kiedy pewnego popołudnia pod koniec października wróciłam z zajęć, w hotelowym lobby czekał na mnie list od Helene. Ściskając go w dłoniach, wbiegałam na górę po dwa stopnie naraz - przy moim kalectwie nie było to łatwe - by go jak najszybciej przeczytać. Przecięłam kopertę ostrym nożem do papieru i zaczęłam pochłaniać słowa Helene. Pomiędzy opowieściami o wykładach i plotkami z pensjonatu wyczytałam: "Myślałam, że Heidelberg nie przyjmuje kobiet. Pewna przyjaciółka mojej rodziny z Wiednia chciała studiować tam psychologię, ale musiała uzyskać od profesora pozwolenie po to tylko, by słuchać wykładów! Za pracę nie mogła uzyskać zaliczenia. Czy nie będziesz przez to o semestr do tyłu?".
Powoli odłożyłam jej list na swoje rachityczne biurko hotelowe odpowiednie raczej dla prowadzącej korespondencję damy niż dla ciężko pracującej studentki. W typowy dla siebie wnikliwy sposób Helene dotarła do źródła mego niepokoju. Przyczyną mojego złego humoru nie były tylko samotność i mgła, ale też obawa o to, co ten semestr w obcym miejscu mógł oznaczać dla mojej kariery naukowej. A co, jeśli się okaże, że przerwa w studiach na politechnice spowolni moje studia? Czy próba obrony przed panem Einsteinem nie zaszkodzi mojej karierze zamiast jej pomóc? Co będzie, jeśli wrócę, skrępowana tym semestrem w Heidelbergu, i poddam mu się tak czy inaczej?
List od Helene wzbudził we mnie determinację, by wykorzystać semestr w Heidelbergu tak bardzo, jak to tylko możliwe. Zamierzałam jednocześnie przerabiać program z uniwersytetu i politechniki, by nie zostać w tyle. Chciałam też jasno wyłożyć panu Einsteinowi moje zamiary.
Postanowiłam, że odpowiem wreszcie na list, który otrzymałam od niego trzy tygodnie po moim przyjeździe do Heidelbergu. Dowiedział się, gdzie jestem, od dziewcząt, bo nie napisałam do niego w czasie wakacji. Wyczytałam z nabazgranych stron szczegóły lekcji Webera, opisy wykładów profesorów Hurwitza, Herzoga i Fiedlera oraz kilka uwag na temat obowiązkowego kursu teorii liczb. Chociaż przyjrzałam się uważnie każdej linijce, nie dostrzegłam żadnej aluzji - oczywistej czy zawoalowanej - do naszej rozmowy w Sihlwaldzie. Nic. A jednak w każdej linijce wyczuwałam niedopowiedzenie.
Pod mrowiącymi palcami czułam pragnienie napisania odpowiedzi, cieszyłam się jednak, że je zwalczyłam. Zamierzałam wszystko wyjaśnić, napisałam więc: "Poprosił pan, bym napisała dopiero gdy nie będę miała nic do roboty, a do tej pory mój czas w Heidelbergu był wypełniony nieustanną pracą".
Po długich opisach cudownych wykładów, których tu wysłuchałam, przypominających to, co napisałam do Helene, zakończyłam wiadomość przesłaniem, które wydawało mi się jasne. Odnosząc się do plotki, którą streścił w swoim liście - jego kolega z matematyki porzucił studia, by zostać leśnikiem, do czego przekonała go ukochana z Zurychu - napisałam: "To bardzo ciekawe! W dzisiejszych czasach bohemy, kiedy burżuazja nie jest już jedyną drogą, samo pojęcie miłości wydaje mi się przestarzałe. I bezsensowne".
Miałam nadzieję, że mój list zabrzmi jednoznacznie. Po moim powrocie romans nie będzie już częścią równania.
Nie otrzymałam odpowiedzi od pana Einsteina. Ani w listopadzie, ani w grudniu, ani w styczniu. Jego milczenie znaczyło, że otrzymał moją wiadomość. Mogłam spokojnie wracać do Zurychu.
Rozdział 1
Ranek
20 października 1896
Zurych, Szwajcaria
Wygładziłam zmarszczki na mojej świeżo wyprasowanej białej bluzce, poprawiłam kokardę wokół szyi i wcisnęłam niesforny kosmyk w ciasno upięty kok. Wilgoć mglistych ulic Zurychu prowadzących na kampus Szwajcarskiej Politechniki Federalnej nie sprzyjała mojej elegancji. Frustrował mnie upór moich ciężkich, ciemnych włosów, które za nic nie chciały się utrzymać w jednym miejscu. Pragnęłam, by wszystko tego dnia było idealne.
Prostując ramiona, by wyglądać na choć odrobinę wyższą, położyłam dłoń na ciężkiej, mosiężnej gałce drzwi sali lekcyjnej. Zdobiona meandrem wytartym od dotknięć pokoleń studentów, sprawiała, że moja drobna, niemal dziecięca dłoń wydawała się jeszcze mniejsza. Znieruchomiałam. "Obróć ją i otwórz drzwi - powiedziałam do siebie. - Uda ci się. Nie pierwszy raz mijasz ten próg. Przekraczałaś tę pozornie nieprzekraczalną granicę między mężczyznami a kobietami w wielu salach. Zawsze dawałaś sobie radę".
Mimo to wahałam się. Dobrze wiedziałam, że choć pierwszy krok jest najtrudniejszy, drugi wcale nie jest znacznie łatwiejszy. W tamtej chwili, krótkiej jak oddech, niemal słyszałam w myślach głos ojca. "Bądź dzielna - wyszeptałby Papa w naszym tak rzadko używanym serbskim języku. - Jesteś mudra glava. Mądrą kobietą. W naszych żyłach płynie krew bandytów, naszych słowiańskich, zbójnickich przodków, którzy używali wszelkich środków, by brać, co do nich należało. Idź po to, co należy do ciebie, Mitzo. Idź".
Nie mogłam go rozczarować.
Obróciłam gałkę i otworzyłam szeroko drzwi. Sześć par oczu uniosło się ku mnie: pięciu studentów w ciemnych garniturach i profesora w czarnej todze.
Na ich bladych twarzach malował się szok i jakby cień pogardy. Nic - nawet plotki - nie przygotowało ich na widok kobiety. Wyglądali głupio, wytrzeszczając oczy i otwierając usta, ale wiedziałam, że nie powinnam się śmiać. Chciałam nie zwracać uwagi na ich miny, zignorować te nalane twarze moich kolegów, którzy zapuszczali obficie nawoskowane wąsy, zdeterminowani, by wyglądać na starszych niż ich osiemnaście lat.
Na politechnikę zaprowadziła mnie determinacja, by nauczyć się fizyki i matematyki, a nie potrzeba przyjaźni czy zaspokajania czyichś oczekiwań. Przypomniałam sobie o tym, zmuszając się do spojrzenia w twarz mojego nauczyciela. Profesor Heinrich Martin Weber i ja popatrzyliśmy sobie prosto w oczy.
Wygląd szacownego profesora - długi nos, gęste brwi, wypielęgnowana broda - pasował do jego reputacji. Czekałam, aż się odezwie. Jakiekolwiek inne moje zachowanie zostałoby uznane za impertynencję. Nie mogłam sobie na coś takiego pozwolić, skoro już sama moja obecność była źle postrzegana. Kroczyłam po cienkiej linii pomiędzy własnym uporem i konformizmem, którego wciąż ode mnie wymagano.
- Nazywa się pani? - spytał, jakby się mnie nie spodziewał, jakby nigdy o mnie nie słyszał.
- Mileva Marić, panie profesorze. - Modliłam się, żeby nie drżał mi głos.
Weber bardzo powoli spojrzał na listę studentów. Oczywiście dobrze wiedział, kim jestem. Jako że kierował wydziałem fizyki i matematyki, a przede mną studiowały tu tylko cztery kobiety, musiałam zwrócić się do niego z prośbą o przyjęcie. Wreszcie przyjęto mnie na pierwszy rok czteroletniego programu zwanego sekcją szóstą. Osobiście zgodził się na moją obecność! Sprawdzanie listy studentów było posunięciem dobitnym i wykalkulowanym, bo w ten sposób przekazywał grupie swoją opinię o mnie. Teraz mogli podążyć za jego przykładem.
- Panna Marić z Serbii czy któregoś z tych austro-węgierskich krajów? - spytał, nie unosząc głowy, jakby mogła stać przed nim inna panna Marić, pochodząca z godniejszego miejsca.
Zadając to pytanie, Weber jasno wyraził swoje zdanie o ludziach ze słowiańskich krajów Europy Wschodniej: oto my, ciemni obcokrajowcy, liczymy się mniej niż lud germański z nieustępliwie neutralnej Szwajcarii. Było to kolejne uprzedzenie, które musiałam odeprzeć, by odnieść sukces. Jakby bycie jedyną kobietą w sekcji szóstej - i piątą spośród tych, które kiedykolwiek zostały przyjęte na wydział fizyki i matematyki - nie wystarczało.
- Tak, panie profesorze.
- Proszę usiąść - powiedział wreszcie, wskazując wolne krzesło. Na szczęście znajdowało się ono najdalej od niego. - Już zaczęliśmy.
Ale jak to? Zajęcia miały się rozpocząć dopiero za piętnaście minut. Czyżby moi koledzy wiedzieli coś, czego ja nie wiedziałam? Chciałam zapytać, ale nie zrobiłam tego, dyskusja tylko by mi zaszkodziła. To zresztą nie miało znaczenia, pomyślałam, że jutro przyjdę po prostu piętnaście minut wcześniej. I jeszcze wcześniej i wcześniej każdego ranka, jeśli zajdzie taka potrzeba. Nie zamierzałam uronić ani słowa z wykładów Webera. Mylił się, jeśli sądził, że wcześniejsza pora mnie odstraszy. Byłam córką swojego ojca.
Skinęłam głową, spojrzałam na długą drogę prowadzącą od drzwi do mojego krzesła i z przyzwyczajenia określiłam liczbę kroków przez salę. Jak najłatwiej pokonać ten dystans? Przy pierwszym kroku próbowałam iść możliwie prosto i ukrywać, że kuleję, ale i tak głośno pociągnęłam chorą stopą po ziemi. Postanowiłam więc nie ukrywać kalectwa, tylko pokazać wszystkim kolegom deformację, która towarzyszyła mi od urodzenia.
Stuk i szur. Stuk i szur. Osiemnaście razy, nim dotarłam do swojego krzesła. "Oto i jestem, panowie - miałam ochotę powiedzieć, szurając stopą po ziemi. - Popatrzcie sobie raz i dajcie mi spokój".
Dysząc z wysiłku, zdałam sobie sprawę, że w sali zapadła absolutna cisza. Czekali, aż usiądę, i zakłopotani moim kalectwem, moją płcią, albo jednym i drugim, odwracali wzrok.
Wszyscy prócz jednego.
Siedzący po mojej prawej stronie młody mężczyzna o wielkiej brązowej czuprynie wpatrywał się we mnie. Nie było to w moim stylu, ale odwzajemniłam jego spojrzenie. Nawet gdy patrzyłam mu prosto w oczy, czekając, aż ze mnie zadrwi, nie ustąpił. Przeciwnie: jego oczy zmarszczyły się w kącikach, gdy rozciągnął w uśmiechu ukryte w cieniu wąsów wargi. Było w tym uśmiechu zakłopotanie, nawet podziw.
Za kogo on się miał? Co oznaczało to spojrzenie? Siadając, nie miałam czasu się nad tym zastanawiać.
Sięgnęłam do torby i wyjęłam z niej papier, atrament oraz pióro, przygotowując się do wykładu Webera. Nie zamierzałam pozwolić, by śmiałe, niefrasobliwe spojrzenie uprzywilejowanego kolegi mnie zirytowało. Popatrzyłam prosto przed siebie na wykładowcę, wciąż czując na sobie spojrzenie chłopaka, ale udawałam obojętność.
Weber nie był równie zdeterminowany.
Ani tak skory do wybaczenia. Wpatrując się w młodego człowieka, profesor odkaszlnął, a kiedy chłopak wciąż nie zwrócił wzroku ku niemu, powiedział:
- Żądam uwagi wszystkich zebranych. To pana pierwsze i ostatnie ostrzeżenie, panie Einstein.
Rozdział 2
Popołudnie
20 października 1896
Zurych, Szwajcaria
Cicho zamknęłam za sobą drzwi pensjonatu Engelbrechtów, podałam mokry parasol pokojówce i weszłam do przedsionka. Z salonu na tyłach dobiegał śmiech. Wiedziałam, że dziewczęta czekają tam na mnie, ale nie byłam jeszcze gotowa na ich przesłuchanie, jakkolwiek były pełne dobrych intencji. Potrzebowałam chwili samotności, choćby paru minut, żeby przemyśleć, co wydarzyło się tego dnia. Uważając, by iść jak najciszej, weszłam na schodki prowadzące do mojego pokoju.
Trzask. Niech diabli wezmą ten złamany schodek.
Helene w grafitowej spódnicy, która ciągnęła się za nią po podłodze, wyłoniła się z saloniku z filiżanką parującej herbaty w dłoniach.
- Milevo, czekamy na ciebie! Zapomniałaś?
Wolną dłonią Helene wzięła mnie za rękę i pociągnęła do salonu, który między sobą nazywałyśmy bawialnią. Uznałyśmy, że mamy do tego prawo, bo i tak nikt inny z niego nie korzystał.
Roześmiałam się. Jak zniosłabym ostatnie miesiące w Zurychu, gdyby nie one? Milana, Ružica i przede wszystkim Helene, moja bratnia dusza, błyskotliwie dowcipna, ciepła i, co ciekawe, kulawa tak samo jak ja. Czemu czekałam choćby chwilę, nim wpuściłam je do swojego życia?
Kilka miesięcy temu, kiedy przyjechaliśmy z papą do Zurychu, takie przyjaźnie były poza zasięgiem mojej wyobraźni. Wydawało mi się wtedy, że młodość naznaczona nieustannym konfliktem z kolegami - w najlepszym wypadku oddaleniem, a pogardą w najgorszym - oznacza dla mnie życie w samotności w imię nauki.
Kiedy wysiedliśmy z papą z pociągu z Zagrzebia po dwóch dniach podróży w tłoku, chwialiśmy się na nogach. Dym z lokomotywy unosił się nad Hauptbahnhofem, musiałam zmrużyć oczy, by zejść na peron. Niosłam dwie torby, w tym jedną wypełnioną ulubionymi książkami, i próbowałam przebić się przez tłum na peronie. Za mną szli ojciec i tragarz niosący najcięższe bagaże. Papa podszedł do mnie, chcąc zabrać jedną z toreb.
- Dam sobie radę! - nalegałam, próbując wyrwać mu swoją dłoń. - Masz własne bagaże i tylko dwie ręce.
- Mitzo, pozwól sobie pomóc. Mnie łatwiej będzie nieść jeszcze jedną. - Zachichotał. - Nie wspominając o tym, że twoja matka wściekłaby się, gdyby widziała, jak zmuszam cię do przebijania się przez tłum na dworcu w Zurychu.
Odłożyłam torbę na ziemię, wciąż starając się wyrwać.
- Papo, muszę umieć sobie radzić bez twojej pomocy. Przecież zamieszkam tutaj sama.
Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, jakby dopiero teraz zrozumiał, że będę w Zurychu bez niego, tak jakbyśmy nie dążyli do tego celu, odkąd byłam małą dziewczynką. Niechętnie puścił moją dłoń, prostując palec po palcu. Rozumiałam, że to dla niego trudne. Chociaż wiedziałam, że na pewno cieszył się z mojego dążenia do edukacji, gdyż moje ambicje przypominały mu jego własną drogę od prostego chłopa do odnoszącego sukcesy urzędnika i właściciela ziemskiego, to jednak zastanawiałam się czasami, czy nie czuł się winny, zachęcając mnie do tej niebezpiecznej podróży. Tak długo koncentrował się na nagrodzie, jaką miało być moje uniwersyteckie wykształcenie, że chyba zapomniał, iż będzie musiał się ze mną pożegnać i zostawić samą w obcym mieście.
Wyszliśmy z dworca na zatłoczone wieczorne ulice Zurychu. Zapadała noc, ale w mieście nie było ciemno. Zerknęłam na ojca i uśmiechnęliśmy się do siebie zadziwieni: do tej pory widzieliśmy miasta tylko w świetle mętnych olejowych latarni. Ulice Zurychu rozjaśniały zaskakująco jasne elektryczne lampy. Bez trudu mogłam dostrzec detale sukni mijających nas dam: ich turniury były bardziej wyszukane niż te w skromnych fasonach, które widywałam w Zagrzebiu.
Konie ciągnące dorożki uderzały kopytami o bruk Bahnhofstrasse. Papa wynajął jeden z powozów. Kiedy woźnica wysiadał, żeby zapakować na tył nasze bagaże, owinęłam się szalem, chcąc się ochronić przed chłodem wieczornego powietrza. Ostatniego wieczoru przed wyjazdem mama podarowała mi szal haftowany w róże. Miała łzy w oczach, ale się nie rozpłakała. Dopiero później zrozumiałam, że ten szal był dla niej jak pożegnalny uścisk, jak coś, co mogłam zabrać ze sobą, skoro ona musiała zostać w Zagrzebiu z moją młodszą siostrą Zorką i braciszkiem Milošem.
Głos woźnicy wyrwał mnie z zamyślenia:
- Przyjechali państwo zwiedzać miasto?
- Nie - odparł papa z lekkim tylko akcentem. Zawsze chlubił się, że mówi perfekcyjnie po niemiecku, w języku ludzi władających AustroWęgrami.
Był to pierwszy stopień, od którego rozpoczął swoją wspinaczkę, mówił, zachęcając nas do nauki. Nadymając się lekko, dodał:
- Przyjechaliśmy zapisać moją córkę na uniwersytet.
Zaskoczony woźnica lekko uniósł brwi, ale powstrzymał się od reakcji.
- Na uniwersytet? Domyślam się zatem, że chcą państwo jechać do pensjonatu Engelbrechtów albo jakiegoś innego hotelu na Plattenstrasse - powiedział, otwierając drzwi powozu.
Papa odczekał chwilę, bym weszła do środka, po czym zapytał:
- Skąd pan wie, dokąd jedziemy?
- Tam zatrzymuje się większość studentów ze wschodniej Europy.
Słysząc sapnięcie siadającego obok mnie ojca, zrozumiałam, że nie jest pewien, jak przyjąć uwagę woźnicy. Czy była to obraza dla naszego pochodzenia? Mówiono nam, że chociaż Szwajcarzy niewzruszenie utrzymywali swoją neutralność i niezależność wobec otaczającego ich europejskiego imperium, spoglądali z góry na przybyszy ze wschodnich rubieży cesarstwa austrowęgierskiego. A jednocześnie to właśnie oni byli najbardziej tolerancyjni w innych sprawach: mieli na przykład najbardziej pobłażliwy stosunek do kobiet na wyższych uczelniach. Ta sprzeczność budziła moje zdziwienie.
Woźnica strzelił z bata w powietrzu, dając sygnał koniom, i ruszył przed siebie ulicą. Mrużąc oczy, by dojrzeć coś przez zabłocone okno, zobaczyłam mijający nas elektryczny tramwaj.
- Widziałeś to, papo? - spytałam. Czytałam o tramwajach, ale nigdy nie widziałam żadnego na własne oczy. Ten widok mnie zachwycił: dowodził, że miasto naprawdę jest nowoczesne, przynajmniej jeśli chodzi o transport.
Mogłam tylko mieć nadzieję, że podejście mieszkańców do studentek jest równie otwarte, jak głosiły zasłyszane przez nas plotki.
- Nie widziałem, ale słyszałem. I poczułem - powiedział spokojnie papa, ściskając moją dłoń. Wiedziałam, że też jest podniecony, ale chce uchodzić za obytego w świecie, zwłaszcza po komentarzu woźnicy.
Odwróciłam się w stronę otwartego okna. Miasto otaczały strome zielone góry. Przysięgam, że poczułam w nozdrzach zapach wiecznie zielonych drzew, choć przecież wzgórza były za daleko, by ta woń mogła do mnie dotrzeć. Tak czy inaczej, powietrze w Zurychu było znacznie świeższe od tego w Zagrzebiu, gdzie wiecznie cuchnęło końskim łajnem i palonym zbożem. Być może zapach dobiegał znad Jeziora Zuryskiego, które graniczyło z południową częścią miasta.
W oddali, u stóp gór, dostrzegałam bladożółte budynki zaprojektowane w stylu neoklasycznym, odcinające się od kościelnych iglic w tle. Budynki przypominały widoki politechniki, które oglądałam w dokumentach aplikacyjnych, ale wydały mi się teraz znacznie większe i bardziej imponujące. Politechnika była szkołą kształcącą nauczycieli i wykładowców matematyki oraz innych dyscyplin ścisłych. Należała do kilku europejskich uczelni, które wydawały dyplomy kobietom. Chociaż przez lata marzyłam tylko o niej, wciąż trudno mi było uwierzyć, że za kilka miesięcy naprawdę zacznę tam studiować.
Powóz zatrzymał się. Drzwiczki oddzielające nas od woźnicy uchyliły się, a mężczyzna ogłosił, że dotarliśmy pod właściwy adres.
- Plattenstrasse 50 - powiedział.
Papa podał mu monety, po czym otworzył drzwi powozu. Gdy woźnica wyciągał nasz bagaż, po schodkach zbiegł służący z pensjonatu Engelbrechtów, żeby pomóc nam wnieść mniejsze torby. Pomiędzy wysokimi kolumnami przy frontowych drzwiach czteropiętrowego ceglanego budynku pojawiła się dostojna, elegancko ubrana para.
- Pan Marić? - zawołał dobrze zbudowany starszy dżentelmen.
- Tak. Zapewne pan Engelbrecht - odparł ojciec, pochylając lekko głowę i wyciągając do niego dłoń.
Gdy mężczyźni wymieniali ukłony, energiczna pani Engelbrecht zbiegła po schodkach, by wprowadzić mnie do budynku.
Dopełniwszy formalności, Engelbrechtowie zaprosili nas na herbatę i ciastka, które przygotowali na nasz przyjazd. Kiedy szliśmy za nimi do salonu, widziałam, jak papa zerka z uznaniem na kryształowy żyrandol i kinkiety na ścianach. Niemal słyszałam jego myśli: "To miejsce godne mojej Mitzy".
Mnie pensjonat wydał się jałowy i wymuskany w porównaniu z domem. Odarty z zapachu drewna, kurzu i przypraw. Chociaż my, Serbowie, aspirowaliśmy do germańskiego porządku, który przyjęli Szwajcarzy, to wtedy dostrzegłam, że nasze próby nijak nie dorastały do tutejszej perfekcyjnej czystości.
Przy herbacie i ciastkach, pośród uprzejmości i natarczywych pytań ojca Engelbrechtowie wyjaśnili, jak działa ich stancja: godziny posiłków, wizyt, prania i sprzątania były ściśle ustalone. Papa, były żołnierz, wypytywał o bezpieczeństwo lokatorów, a jego ramiona rozluźniały się przy każdej uspokajającej odpowiedzi i każdym zerknięciu na błękitną, pikowaną tapetę i bogato zdobione krzesła wokół szerokiego marmurowego kominka. Nigdy jednak nie uspokoił się do końca; papa pragnął dla mnie uniwersyteckiego wykształcenia niemal równie mocno, jak pragnęłam go ja, ale pożegnanie okazało się dla niego trudniejsze, niż się spodziewałam.
Popijając herbatę, usłyszałam śmiech. Dziewczęcy śmiech.
Pani Engelbrecht dostrzegła moje zainteresowanie.
- Ach, to nasze młode damy grają w wista. Może cię przedstawię pozostałym mieszkankom?
Pozostałe mieszkanki? Pokiwałam głową, choć bardzo chciałam odmówić. Moje dotychczasowe doświadczenia z młodymi damami nie kończyły się dobrze. W najlepszym wypadku nie miałyśmy ze sobą wiele wspólnego. W najgorszym - byłam poniżana przez kolegów i koleżanki, zwłaszcza gdy dowiadywali się o moich ambicjach.
Grzeczność wymagała jednak, byśmy wstali. Pani Engelbrecht poprowadziła nas do mniejszego pokoju, urządzonego inaczej niż salon. Żyrandole i kinkiety nie były kryształowe, lecz mosiężne, dębowych ścian nie pokrywała błękitna tapeta, a pośrodku stał stół do gier. Gdy wchodziliśmy, wydało mi się, że słyszę słowo krpiti. Zerknęłam na tatę, który wyglądał na równie zaskoczonego. Było to serbskie określenie, którego używa się w chwili rozczarowującej porażki. Zastanawiałam się, kto w tym miejscu mógłby go użyć. Uznałam, że musieliśmy się przesłyszeć.
Przy stole siedziały trzy dziewczyny w moim wieku, o ciemnych włosach i gęstych brwiach, podobnych do moich. Wszystkie były też niemal tak samo ubrane: w sztywne białe bluzki z wysokimi koronkowymi kołnierzykami i proste ciemne spódnice. Był to poważny strój, zupełnie inny od falbaniastych, ozdobnych sukni w kolorze cytrynowej żółci lub piankowego różu, noszonych przez modne młode dziewczęta, które widziałam w okolicach dworca.
Dziewczęta uniosły wzrok znad kart, odłożyły je szybko i wstały.
- Panienki Ružica Dražić, Milana Bota i Helene Kaufler. Chciałabym wam przedstawić naszą nową lokatorkę. Oto Mileva Marić.
Gdy wymieniałyśmy gesty powitania, mówiła dalej:
- Panna Marić przyjechała studiować matematykę i fizykę na Politechnice Federalnej w Zurychu. Będzie tu pani miała doskonałe towarzystwo, panno Marić.
Pani Engelbrecht najpierw wskazała na dziewczynę o wydatnych kościach policzkowych, bezpośrednim uśmiechu i brązowych oczach.
- Panna Dražic przyjechała z Šabaca, by studiować nauki polityczne na uniwersytecie w Zurychu - powiedziała. Następnie zwróciła się do panienki o najciemniejszych włosach i najgęstszych brwiach. - To panna Bota. Przyjechała z Kruševaca i studiuje psychologię. Na politechnice, tak jak pani.
Położyła dłoń na ramieniu ostatniej dziewczyny o przyjaznych szaroniebieskich oczach i opadających brwiach, z burzą miękkich brązowych włosów.
- A to panna Kaufler - przedstawiła ją - która przyjechała aż z Wiednia, by zrobić dyplom z historii, również na politechnice.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Studentki ze wschodnich prowincji AustroWęgier? Takie jak ja? Zawsze myślałam, że będę wyjątkowa. W Zagrzebiu co druga dziewczyna zbliżająca się do dwudziestki była już mężatką lub przygotowywała się do małżeństwa, poznając odpowiedniego kandydata i ćwicząc prowadzenie domu u swoich rodziców. Ich edukacja kończyła się wiele lat wcześniej, jeśli w ogóle chodziły kiedyś do szkoły. Myślałam, że zawsze będę jedyną studentką ze wschodniej Europy w świecie pełnym mężczyzn z Zachodu. Być może w ogóle jedyną kobietą.
Pani Engelbrecht popatrzyła na każdą z dziewczyn z osobna i powiedziała:
- Teraz was zostawimy z waszym wistem i pójdziemy zakończyć rozmowę. Mam nadzieję, że jutro oprowadzicie pannę Marić po Zurychu?
- Oczywiście, pani Engelbrecht - odpowiedziała panna Kaufler z ciepłym uśmiechem. - Może nawet panna Marić dołączy jutro wieczorem do wista? Przydałaby nam się czwarta osoba.
Uprzejmość panny Kaufler wydawała się szczera, a towarzystwo dziewcząt mnie przyciągało. Instynktownie odwzajemniłam uśmiech, ale zaraz się opanowałam. "Uważaj - ostrzegłam się w myślach. - Pamiętaj o okrucieństwie innych młodych dam, o ich drwinach, przezywaniu, kopniakach na placu zabaw. Przyjechałaś tu, żeby studiować matematykę i fizykę na politechnice i spełnić swoje marzenie o staniu się jedną z niewielu kobiet profesorów fizyki w Europie. Nie pokonałaś tylu kilometrów tylko po to, żeby poznać kilka koleżanek, nawet jeśli te dziewczęta naprawdę są takie, jakie się wydają".
Gdy wracaliśmy do salonu, papa wziął mnie pod ramię i wyszeptał:
- Mitzo, te dziewczęta wydają się bardzo miłe. Prawdopodobnie są też mądre, skoro przyjechały tu na studia. Może nadeszła już pora, byś się z kimś zaprzyjaźniła, skoro poznałaś wreszcie kilka panienek, które dorównują ci intelektualnie. Jakaś szczęśliwa panienka powinna mieć szansę poznać twoje błyskotliwe żarty, które zazwyczaj zachowujesz dla mnie.
Jego głos był pełen nadziei, jakby bardzo chciał, żebym zaprzyjaźniła się z dziewczętami, które właśnie poznaliśmy. Co chciał przez to powiedzieć? Miałam mętlik w głowie. Czy po wielu latach przekonywania mnie, że przyjaciele nie mają znaczenia, mąż się nie liczy, a jedynymi ważnymi rzeczami są nauka i nasza rodzina, postanowił wystawić mnie teraz na próbę? Chciałam pokazać mu, że wciąż obce mi są typowe pragnienia młodej kobiety - przyjaciółki, mąż, dzieci. Chciałam zdać ten dziwny egzamin z wyróżnieniem, tak jak zdawałam wszystkie pozostałe.
- Papo, przysięgam, że przyjechałam tu się uczyć, a nie zaprzyjaźniać - powiedziałam, kiwając z powagą głową. Miałam nadzieję, że to go przekona, że los, który mi przepowiedział, a którego dla mnie pragnął, stał się moim własnym, wymarzonym przeznaczeniem.
Ojciec nie ucieszył się jednak z tej odpowiedzi. Jego twarz spochmurniała, nie wiedziałam z początku, czy to ze złości, czy z żalu. Czyżbym go nie zrozumiała? Czy jego podejście naprawdę się zmieniło, kiedy zobaczył dziewczęta tak odmienne od wszystkich, które znałam do tej pory?
Przez chwilę był dziwnie milczący. Wreszcie z przygnębieniem w głosie powiedział:
- Miałem nadzieję, że będziesz mogła robić jedno i drugie.
Przez kilka tygodni po wyjeździe papy unikałam dziewczyn, zamykałam się w pokoju i czytałam książki. Plan dnia Engelbrechtów zmuszał mnie jednak do codziennych wspólnych posiłków, a uprzejmość wymagała konwersacji podczas śniadań i kolacji. Dziewczęta nieustannie zachęcały mnie, bym dołączyła do nich podczas spacerów, wykładów, wizyt w kawiarniach, wypraw do teatrów i na koncerty. Dobrodusznie żartowały sobie, że jestem za poważna, za cicha i zbyt skupiona na nauce, i nie przestawały mnie zapraszać, choć ciągle odmawiałam. Miały w sobie upór, o jaki do tej pory podejrzewałam tylko siebie.
Pewnego letniego wieczoru zgodnie ze swoim zwyczajem uczyłam się w pokoju, przygotowując się do kursów rozpoczynających się w październiku. Ramiona owinęłam swoim ulubionym szalem, by uchronić się przed zimnem, które panowało w sypialniach pensjonatu niezależnie od pogody. Robiłam właśnie analizę składniową tekstu, kiedy usłyszałam, że dziewczyny na dole grają suitę Arezjanka Bizeta - dość słabo, ale z uczuciem. Dobrze znałam ten utwór, grałam go razem z rodziną. Ta znajoma muzyka sprawiła, że poczułam się melancholijnie: nie tylko sama, ale i samotna. Zerknęłam na stojącą w kącie zakurzoną tamburicę, chwyciłam ją i zeszłam na dół. Stojąc w wejściu do salonu, patrzyłam, jak dziewczęta walczą z utworem. Oparłam się o ścianę z tamburicą w dłoni i nagle zrobiło mi się głupio. Czemu miałyby zaakceptować moje towarzystwo, skoro tyle razy odrzucałam ich zaproszenia? Chciałam uciec z powrotem na górę, ale Helene zauważyła mnie i przestała grać.
Pełnym ciepła głosem zapytała:
- Dołączysz do nas, panno Marić? - Zerknęła na Ružicę i Milanę, dodając z żartobliwą rozpaczą: - Słychać chyba, że przydałaby nam się pomoc.
Zgodziłam się. W ciągu kilku kolejnych dni dziewczęta katapultowały mnie do świata, jakiego nigdy dotąd nie doświadczyłam. Świata, w którym miałam podobne do siebie przyjaciółki. Papa się mylił. Ja też. Przyjaciółki są ważne. W każdym razie takie przyjaciółki: błyskotliwie inteligentne, ambitne i mające podobne do moich doświadczenia pogardy i krytyki, które przetrwały z uśmiechem na ustach.
Wbrew moim obawom przyjaciółki nie osłabiły mojego zapału do pracy. Przeciwnie: uczyniły mnie silniejszą.
Teraz, wiele miesięcy później, opadłam na puste krzesło, a Ružica nalała mi herbaty. Poczułam cytrynowy zapach: Milana z uśmiechem podsunęła mi talerzyk z moim ulubionym ciastem z melisą. Przyjaciółki musiały specjalnie zamówić je dla mnie u pani Engelbrecht. Wyjątkowy gest w wyjątkowym dniu.
- Dziękuję.
Piłyśmy herbatę i skubałyśmy ciasto. Dziewczyny były wyjątkowo milczące, chociaż po ich minach i ukradkowych zerknięciach poznałam, że ledwo się powstrzymują. Czekały, aż odezwę się pierwsza, aż zaoferuję im coś więcej niż tylko podziękowania za przysmaki. Wreszcie jednak Ružica, najbardziej entuzjastyczna z nich wszystkich, nie wytrzymała. Była najbardziej uparta i najmniej cierpliwa, więc po prostu wybuchła.
- I jaki jest ten słynny profesor Weber? - spytała, unosząc brwi w żartobliwym aktorskim naśladowaniu nauczyciela, znanego z onieśmielającego stylu bycia i równie onieśmielającej inteligencji.
- Taki, jak go przedstawiają - westchnęłam, biorąc do ust kolejny kęs ciasta, które miało cudowny, jednocześnie słodki i wytrawny smak. Wytarłam okruszek z kącika ust i wyjaśniłam:
- Sprawdził listę, zanim pozwolił mi usiąść. Jakby nie wiedział, że zapisałam się na jego zajęcia. Sam mnie na nie przyjął!
Dziewczyny zachichotały.
- Potem zrobił złośliwą uwagę na temat mojego serbskiego pochodzenia.
Śmiech ustał. Ružica i Milana, które również przyjechały z odległych rubieży AustroWęgier, doświadczyły podobnych upokorzeń. Nawet Helene, która przybyła z najbardziej poważanego regionu Austrii, także dostąpiła przykrości ze strony profesorów politechniki ze względu na swoje żydowskie pochodzenie.
- Tak samo wyglądał mój pierwszy dzień na kursie profesora Herzoga - powiedziała Helene.
Pokiwałyśmy głowami. Gdy profesor Herzog zauważył, że jej nazwisko ma żydowskie brzmienie, połowę swojego pierwszego wykładu o historii Włoch poświęcił weneckim gettom, w których Żydzi żyli zamknięci od szesnastego do osiemnastego wieku. Nie sądziłyśmy, by podjęcie tego tematu było czystym zbiegiem okoliczności.
- Jakby nie wystarczało, że jesteśmy ledwie kilkoma kobietami w oceanie mężczyzn, wykładowcy muszą znaleźć jeszcze inne powody, by podkreślić naszą odmienność - zauważyła Ružica.
- A co powiesz o kolegach z grupy? - Milana wyraźnie chciała zmienić temat.
- Są tacy jak zwykle - odparłam.
Dziewczęta jęknęły, pełne zrozumienia.
- Zarozumiali? - spytała Milana.
- Tak - odparłam.
- Wąsaci? - zasugerowała z uśmiechem Ružica.
- Tak.
- Przesadnie pewni siebie?
- Tak, tak.
- Czy ktoś był otwarcie nieprzyjemny? - Głos Helene był teraz poważniejszy.
Była bardzo opiekuńcza, jakby chciała matkować grupie. A zwłaszcza mnie. Odkąd powiedziałam im, co przydarzyło mi się pierwszego dnia w szkole w Obergymnasium w Zagrzebiu - a była to historia, którą dotąd trzymałam tylko dla siebie - Helene zachowywała się wobec mnie szczególnie ostrożnie. Chociaż żadna z dziewcząt nie spotkała się z równie otwartą przemocą, wszystkie wyczuwały czające się zagrożenie.
- Nie. Przynajmniej na razie.
- To dobrze. - Ružica jak zwykle patrzyła na świat z optymizmem.
Oskarżałyśmy ją o noszenie różowych okularów nawet podczas najciemniejszych burz. Upierała się, że to jedyne rozwiązanie, i zachęcała, byśmy podchodziły do życia podobnie.
- A zauważyłaś jakichś potencjalnych sojuszników? - Milana wkroczyła na bardziej strategiczne terytorium.
Program zajęć z fizyki zakładał współpracę między studentami nad częścią projektów, więc zastanawiałyśmy się nad strategią działania. Co miałabym zrobić, gdyby nikt nie chciał być ze mną w grupie?
- Nie - odparłam instynktownie, przerwałam jednak, chcąc podążyć za radą Ružicy i spojrzeć na sprawę bardziej optymistycznie. - Być może. Jeden ze studentów uśmiechał się do mnie. Może nieco zbyt długo, ale szczerze. Bez drwiny. Chyba nazywa się Einstein.
Helene z niepokojem uniosła swoje gęste brwi. Była wyjątkowo wyczulona na niepożądane miłosne gesty. Uważała, że są równie niebezpieczne jak przemoc. Sięgnęła po moją dłoń i ostrzegła:
- Uważaj.
Odwzajemniłam uścisk.
- Nie martw się, Helene. Jestem bardzo ostrożna.
Kiedy jej twarz się nie rozpogodziła, dodałam:
- No proszę. Wciąż oskarżacie mnie, że jestem za ostrożna. Zbyt nieśmiała. O to, że swoje prawdziwe ja pokazuję tylko wam. Czy naprawdę uważasz, że nie zachowam ostrożności, obcując z panem Einsteinem?
Uśmiech zastąpił zaniepokojone spojrzenie Helene.
Moje towarzyszki wciąż mnie zaskakiwały. Zaskakiwało mnie to, że potrafię opowiedzieć im dawno zapomniane historie. Że umiem im pokazać, kim jestem naprawdę. I że akceptują mnie mimo wszystko.
Rozdział 3
22 kwietnia 1897
Zurych, Szwajcaria
Usiadłam na swoim miejscu w czytelni. Przestronna biblioteka politechniki, o ścianach wyłożonych drewnem, była niemal całkowicie zapełniona, ale jednocześnie było tu bardzo cicho. Studenci w milczeniu modlili się przy ołtarzu to jednej, to drugiej dyscypliny, ucząc się biologii, chemii, matematyki czy - jak ja - fizyki. Oddzielona od świata, zabarykadowana za książkami, umocniona własnymi rozważaniami i teoriami, mogłam udawać, że jestem taka sama jak wszyscy pozostali studenci w bibliotece.
Przede mną leżały rozłożone notatki, kilka zadanych tekstów i artykuł z mojej własnej kolekcji. Wszystkie walczyły o moją uwagę jak domowe zwierzątka, a ja nie mogłam się zdecydować, czemu poświęcić czas. Newtonowi czy Kartezjuszowi? A może któremuś z nowszych teoretyków? Powietrze na politechnice, a nawet w całym Zurychu, zdawało się naładowane rozmowami o najnowszych osiągnięciach w fizyce. Miałam wrażenie, że są one skierowane bezpośrednio do mnie. Moje miejsce było w świecie fizyki. Ukryte w niej tajemne zasady rządzące światem - sekretne siły i niewidzialne związki tak skomplikowane, że tylko Bóg mógł je stworzyć - stanowiły odpowiedzi na najważniejsze pytania dotyczące naszej egzystencji. Gdybym tylko umiała je odnaleźć...
Czasami, kiedy podczas lektury i obliczeń udawało mi się odprężyć, dostrzegałam boskie wzory, których tak desperacko pragnęłam. Widziałam je jednak tylko kątem oka. Ledwie zwracałam wzrok prosto na nie, rozpływały się w nicość. Może nie byłam jeszcze gotowa, by boskie dzieło ukazało mi się w pełni.
Być może za jakiś czas mi się to uda.
To tacie zawdzięczałam, że przyprowadził mnie do migotliwego przedsionka ciekawości i nauki. Żałowałam tylko, że wciąż się martwi: zarówno o moją przyszłość, jak i o obecne bezpieczeństwo. Chociaż w listach bardzo starałam się go przekonać, że jeśli moim przeznaczeniem nie okaże się nauka, po studiach czekać na mnie będzie mnóstwo nauczycielskich stanowisk, i zapewniałam go o nienaruszalności mojego codziennego planu dnia, to jednak w jego kolejnych pytaniach wyczuwałam niepokój. Co ciekawe, teraz mama wydawała się bardziej przekonana do mojej drogi. Po tylu latach walki z moim pragnieniem nauki nagle pogodziła się z nim, kiedy osiadłam w Zurychu. Ucieszyła się, gdy zaczęłam w listach opowiadać jej o Ružicy, Milanie i Helene. W jej odpowiedziach widziałam radość z tych nowych przyjaźni. Z moich pierwszych przyjaźni.
Aprobata mamy nie była czymś oczywistym. Do niedawna na naszej relacji cieniem kładła się jej troska o mnie, o to dziwne, samotne, nieprzystosowane dziecko. I wpływ mojego pragnienia edukacji na jej własne życie.
Jakieś dziesięć lat temu pewnego chłodnego wrześniowego popołudnia w odległej Rumie, gdzie się urodziłam, postanowiła nie kryć dłużej niechęci do wybranej przeze mnie niekobiecej drogi. I to mimo że zachęcał mnie do niej papa, któremu zazwyczaj ustępowała. Jak co dzień szliśmy na cmentarz, na którym pochowani byli mój starszy brat i siostra, zmarli w dzieciństwie, wiele lat przed moimi narodzinami.
Wiatr dął, trzepocząc chusteczką na mojej głowie. Chwyciłam czarny materiał i przytrzymałam go, wyobrażając sobie, jak bardzo mama by się zdenerwowała, gdybym choć przez chwilę miała gołą głowę na świętej ziemi. Tkanina zakrywała moje uszy, tłumiąc żałobne jęki wiatru. Byłam wdzięczna za tę ciszę, choć wiedziałam, że lament pasuje do okoliczności.
Poczułam dobiegający z naszego kościoła zapach słodkiego, gryzącego kadzidła tamjan. Starałam się dotrzymać mamie kroku, a jesienne liście szeleściły pod naszymi nogami. Wzgórze było skaliste, mama wiedziała, że trudno mi na nie wejść, lecz nie zwalniała. Tak jakby trud drogi na cmentarz był częścią mojej kary. Za to, że przeżyłam, podczas gdy mojemu rodzeństwu się to nie udało. Za to, że nie dałam się pokonać chorobom. I za to, że zachęciłam papę do przyjęcia urzędniczego stanowiska w Nowym Sadzie - dużym mieście, w którym znajdowała się prestiżowa szkoła dla dziewcząt. Bo przeprowadzka oznaczała, że mama będzie musiała zostawić za sobą groby swoich pierworodnych dzieci.
- Idziesz, Mitzo? - zawołała, nie odwracając się.
Pamiętałam, że jej chłód nie wynika wyłącznie z niechęci do przeprowadzki. Surowa dyscyplina i wysokie oczekiwania były jej receptą na dobrze wychowane dziecko. Często powtarzała:
- Księga Przysłów mówi, że "rózga i karcenie udziela mądrości; chłopiec pozostawiony sobie jest wstydem dla matki"*.
- Tak, mamo - odpowiadałam.
Ubrana jak zwykle w żałobną czerń, w ciemnej chusteczce na głowie na cześć mojego zmarłego rodzeństwa, mama szła przodem niczym wyraźny cień na tle szarego jesiennego nieba. Kiedy dotarłyśmy na szczyt, brakowało mi tchu, ale starałam się ukryć zmęczenie. Taki był mój obowiązek.
Powstrzymując się od krzyku, odwróciłam się: uwielbiałam widok z tego miejsca. Ruma rozpościerała się pod nami, nad nami unosiła się kościelna iglica, miejski pejzaż wtulał się w brzegi Dunaju. Zakurzone miasto było nieduże, z jednym tylko placem, targowiskiem i kilkoma oficjalnymi budynkami w centrum, ale i tak uważałam je za piękne.
Wtedy jednak dostrzegłam pochylającą się mamę i poczułam się winna. To nie był spacer dla przyjemności, nie powinnam się dobrze bawić. To miała być jedna z naszych ostatnich wizyt na cmentarzu na długi czas. Dzisiaj nawet tata nie potrafił poprawić mi humoru. Uklękłam obok mamy naprzeciw grobów. Kamyki wbijały mi się w kolana, ale tego dnia chciałam czuć ból. Może dzięki niemu mogłam odpokutować za ten, który zadałam mamie, inicjując przeprowadzkę do Nowego Sadu. Jako że w lokalnej podstawówce w Rumie doszłam już do końca edukacji, papa chciał, żebym uczyła się dalej w wyższej szkole dla dziewcząt w Nowym Sadzie. W prostej linii Rumę dzieliło od tego miasta ledwie dwadzieścia mil, ale podróż krętymi drogami mogła zająć nawet kilka godzin. Wiedziałam, że nie będziemy wracać do domu regularnie.
Spojrzałam na mamę. Jej brązowe oczy były zamknięte, a bez ich nieustępliwego błysku wyglądała na starszą niż jej trzydzieści kilka lat. Ciężar straty i codzienny znój mocno ją postarzały. Przeżegnałam się, zamknęłam oczy i pomodliłam się w duchu za moje dawno utracone rodzeństwo. Brat i siostra byli mi zawsze niewidzialnymi towarzyszami, zastępowali przyjaciół, których nigdy nie miałam. Jakże inaczej mogłoby wyglądać moje życie, gdyby nie umarli. Być może, mając ich u boku, nie byłabym tak samotna i nie pragnęłabym w głębi duszy bawić się nawet z najokrutniejszymi dziewczynkami na szkolnym podwórzu.
Poczułam na twarzy promienie słońca. Otworzyłam oczy. Zwieńczone łukami marmurowe groby mojego starszego rodzeństwa patrzyły na mnie. Ich nazwiska - Milica Marić i Vukašin Marić - migotały w słońcu, jakby ledwie zostały wyrzeźbione, a ja jak zwykle powstrzymywałam chęć dotknięcia każdej litery po kolei.
Mama zazwyczaj była podczas tych wizyt milcząca i zamyślona. Nie tym razem jednak, teraz wyciągnęła do mnie dłoń i zawołała do Matki Boskiej w naszym ojczystym serbskim języku:
Bogorodice Djevo, radujsja
Blagodatnaja Marije...
Mama śpiewała z taką mocą, że zagłuszyła wiatr i szelest liści. Kołysała się. Moc jej głosu i dramatyczne ruchy zawstydzały mnie, zwłaszcza gdy dostrzegłam zerkających na nas z oddali żałobników.
Mimo to dołączyłam do niej. Słowa "Zdrowaś, Mario" zazwyczaj mnie uspokajały, dziś jednak wydały mi się dziwnie obce. Język mi sztywniał, jakbym wypowiadała kłamstwa. Słowa mamy też brzmiały dziś inaczej, nie jak nabożna modlitwa, ale jak oskarżenie. Nie oskarżała oczywiście Świętej Panienki, tylko mnie.
Próbowałam skoncentrować się na wietrze, na szumie gałęzi i liści, na galopie mijających nas koni, na wszystkim, byle nie na słowach wydobywających się z ust mamy. Nie potrzebowałam, by ktokolwiek mi przypominał, jak wiele zależy od mojego powodzenia w szkole w Nowym Sadzie. Musiałam odnieść sukces. Nie tylko dla siebie, dla mamy i papy, ale też dla mojego zmarłego rodzeństwa. Dla ich porzuconych dusz.
Słyszałam skrobanie wiecznych piór w zeszytach studentów pracujących nieopodal, ale tylko jeden człowiek skupiał na sobie moją uwagę. Philipp Lenard. Sięgnęłam po artykuł tego znanego niemieckiego fizyka. Powinnam była czytać zadane przez profesora teksty Hermanna von Helmholtza i Ludwiga Boltzmanna, jednak ciągnęło mnie do ostatnich badań Lenarda na temat właściwości promieni katodowych. Bombardował metaliczne elektrody opróżnionych szklanych tubek prądem elektrycznym o wysokim napięciu i badał promienie. Lenard zaobserwował, że jeśli końcówka tubki przeciwna do ładunku ujemnego była pomalowana na fluorescencyjny kolor, wewnątrz tubki pojawiał się maleńki świecący obiekt. To doprowadziło go do przekonania, że promienie katodowe są strumieniami negatywnie naładowanych cząsteczek. Nazwał je kwantami elektryczności. Odkładając artykuł, zaczęłam się zastanawiać, jak odkrycia Lenarda mogły wpłynąć na dyskusję o naturze i istnieniu atomów. Z jakiej substancji Bóg zrobił świat? Czy odpowiedź na to pytanie mogła przybliżyć nas do zrozumienia celu naszego życia na tym bożym świecie? Czasami na kartach czytanych testów i w chwilach zadumy wyczuwałam boskie wzory obecne w prawach fizyki, które poznawałam. To w nich właśnie czułam Boga silniej niż w kościelnych ławach i na cmentarzach, dokąd prowadzała mnie mama.
Zegar na uniwersyteckiej wieży wybił piątą. Czyżby naprawdę było tak późno? Nawet nie tknęłam jeszcze zadanych tekstów. Wyciągnęłam szyję, by wyjrzeć przez okno. W Zurychu nie brakowało wysokich wież zegarowych: wszystkie wskazówki potwierdzały, że nadeszła piąta. Pani Engelbrecht była nieprzejednana w kwestii czasu posiłków, nie mogłam się więc ociągać. Zwłaszcza że wiedziałam, iż dziewczęta będą czekać z instrumentami w dłoniach na chwilę muzykowania przed obiadem, był to jeden z naszych rytuałów, który zresztą lubiłam najbardziej ze wszystkich.
Zebrałam swoje kartki i zaczęłam chować je do torby. Na wierzchu sterty papierów leżał artykuł Lenarda, a moją uwagę przykuło jedno zdanie. Wróciłam do lektury i tak się w niej zatopiłam, że aż podskoczyłam, słysząc swoje nazwisko.
- Panno Marić, czy mógłbym pani przerwać?
Był to pan Einstein. Jego czupryna wyglądała na jeszcze bardziej niesforną niż zazwyczaj, jakby przeczesywał palcami ciemne loki, starając się ustawić je do pionu. Jego koszula i kurtka też nie wyglądały najlepiej: były okropnie pogniecione. Jego zaniedbany wygląd nie pasował do przykładnego stylu pozostałych studentów w bibliotece. Jednak on w odróżnieniu od nich się uśmiechał.
- Tak, panie Einstein?
- Miałem nadzieję, że pomoże mi pani z jednym problemem - powiedział, podając mi stertę papierów.
- Ja? - spytałam instynktownie i od razu pożałowałam, że okazałam zaskoczenie.
"Bądź pewna siebie - pomyślałam. - Jesteś równie mądra jak pozostali studenci z sekcji. Czemu kolega nie miałby poprosić cię o pomoc?"
Tylko było już za późno. Okazałam słabość.
- Tak, panno Marić. Myślę, że jest pani najmądrzejsza w naszej grupie. Z pewnością lepsza z matematyki od tych Dummkopfs - wskazał palcem dwóch naszych kolegów, pana Ehrata i pana Kollrosa, którzy stali pomiędzy dwoma rzędami półek, żywo gestykulując. - Oni próbowali mi pomóc i ponieśli sromotną klęskę.
- Oczywiście - odparłam.
Jego zapewnienia wprawdzie mi schlebiały, lecz nie opuszczała mnie podejrzliwość. Gdyby była tu Helene, zaleciłaby ostrożność, ale też zachęcałaby do zawarcia sojuszu. W przyszłym semestrze będę potrzebowała partnera do badań, a on może się okazać jedyną możliwością. Odkąd sześć miesięcy wcześniej przystąpiłam do programu, codziennie siedziałam w sali z tymi samymi pięcioma mężczyznami. Wszyscy pozostali zachowywali się wobec mnie obojętnie, wymienialiśmy tylko podstawowe uprzejmości. Codzienne serdeczne pozdrowienia i rzucane raz na jakiś czas pytania o moje przemyślenia na temat wykładów profesora Webera czyniły z pana Einsteina moją jedyną nadzieję.
- Proszę pozwolić mi spojrzeć. - Opuściłam wzrok na jego kartki.
Zobaczyłam niemal niemożliwy do pojęcia bałagan. Czy w podobnie niezorganizowany sposób pracowali wszyscy moi koledzy? Jeśli tak, nie powinnam się martwić o jakość swoich wysiłków. Zerknęłam na nieuporządkowane notatki i od razu zauważyłam błąd. Wynikał z jego lenistwa.
- Tutaj. Myślę, że jeśli zmieni pan kolejność tych dwóch liczb, dotrze pan do właściwego rozwiązania.
- Ach, już rozumiem. Dziękuję za pomoc, panno Marić.
- Cała przyjemność po mojej stronie. - Pokiwałam głową i odwróciłam się, by zebrać swoje rzeczy.
Czułam, że zerka mi przez ramię.
- Czyta pani Lenarda? - spytał, wyraźnie zaskoczony.
- Tak - odparłam, nie przestając się pakować.
- Nie ma go w programie.
- Wiem.
- Zaskakuje mnie pani, panno Marić.
- Dlaczego, panie Einstein?
Spojrzałam mu wyzywająco prosto w oczy. Czy sądził, że nie jestem w stanie zrozumieć Lenarda, tekstu znacznie trudniejszego od tych z naszego podstawowego programu? Był ode mnie sporo wyższy, więc musiałam zadrzeć wysoko głowę. Mój niski wzrost był słabością, której nienawidziłam równie mocno jak kalectwa.
- Wydaje się pani bardzo pilną studentką. Zawsze obecna, przestrzegająca wszystkich zasad, skrupulatna. Spędza pani godziny w bibliotece, zamiast marnować je w kawiarniach. A jednak należy pani do bohemy, tak jak ja. Nie spodziewałem się.
- Do bohemy? Nie rozumiem.
Mój ton był ostry. Słowo "bohema" kojarzyło mi się z austrowęgierskim regionem Bohemii, czy w ten sposób chciał zażartować z mojego pochodzenia? Pan Einstein wiedział, że jestem Serbką, a uprzedzenia ludzi z krajów zachodnich wobec obcokrajowców były dobrze znane. Zastanawiałam się nad pochodzeniem samego Einsteina, chociaż wiedziałam, że przyjechał z Berlina. Jednak jego ciemne włosy i oczy, a także charakterystyczne nazwisko sprawiały, że nie miał wiele wspólnego z typowym germańskim blondynem. Może jego rodzina skądś przyjechała do Berlina?
Musiał wyczuć mój utajony gniew, bo zaraz zaczął wyjaśniać swoje słowa.
- Użyłem słowa "bohema" we francuskim znaczeniu: la bohéme. Przynależność do niej oznacza niezależność w myśleniu. Nowoczesność. To, że nie jest pani bourgeois, jak niektórzy z naszych kolegów.
Nie wiedziałam, jak odczytać tę wypowiedź. Nie wydawało mi się, by sobie ze mnie żartował, przeciwnie, wyglądało to na dziwny komplement. Czułam się coraz niezręczniej. Zbierając z biurka ostatnie papiery, powiedziałam:
- Muszę już iść, panie Einstein. Pani Engelbrecht ściśle przestrzega harmonogramu posiłków, więc nie mogę się spóźnić na kolację. Do widzenia.
Zapięłam torbę i dygnęłam na pożegnanie.
- Do widzenia, panno Marić - odparł z ukłonem. - Bardzo dziękuję za pomoc.
Wyszłam przez zwieńczone łukiem dębowe drzwi biblioteki, minęłam mały kamienny dziedziniec i znalazłam się na ruchliwej Rämistrasse. Bulwar pełen był pensjonatów, w których mieszkali najbogatsi studenci w Zurychu, i kawiarni, w których ci sami studenci dyskutowali za dnia, jeśli tylko nie byli na wykładach. Zerkając na nich ukradkiem, widziałam, że głównym paliwem tych dyskusji były kawa i fajka. Mogłam jednak tylko zgadywać, nie miałam odwagi, by usiąść przy którymś z tych stołów, choć kiedyś dostrzegłam pana Einsteina z kolegami w Cafe Metropole, a on gestem zaprosił mnie do środka. Udawałam, że go nie widzę; kobiety rzadko dołączały do mężczyzn podczas tych swobodnych dyskusji i była to granica, której nie potrafiłam przekroczyć.
Nad Rämistrasse zapadała noc, wciąż spowijało ją jednak światło elektrycznych lamp. W powietrzu unosiła się lekka mgiełka, włożyłam zatem na głowę kaptur, by ochronić włosy i ubrania przed wilgocią. Niespodziewanie - poranek był pogodny i jasny - zaczął padać deszcz, a mnie coraz trudniej było przebijać się przez tłum. Byłam tu zdecydowanie najniższą osobą. Przemokłam, a bruk stawał się coraz bardziej śliski. Czy powinnam złamać swoją zasadę i schronić się w kawiarni, póki pogoda się nie poprawi?
Niepostrzeżenie deszcz przestał na mnie padać. Uniosłam wzrok, spodziewając się błękitu nieba, ale zobaczyłam tylko czerń i strumienie wody spływające wokół mnie.
Pan Einstein trzymał parasol nad moją głową.
- Jest pani cała mokra, panno Marić - powiedział, patrząc na mnie wesoło.
Co on tu robił? Jeszcze chwilę temu nawet nie zbierał się z biblioteki. Czyżby poszedł za mną?
- Ulewa mnie zaskoczyła. Bardzo dziękuję za parasol, ale poradzę sobie.
Zależało mi na tym, by okazać samodzielność. Nie chciałam, by którykolwiek z moich kolegów widział we mnie bezradną kobietkę. A zwłaszcza pan Einstein. Gdyby dostrzegł moją słabość, nie widziałby we mnie partnerki do badań, prawda?
- Po tym, jak poprawką moich obliczeń uratowała mnie pani przed niechybnym gniewem profesora Webera, minimum, co mogę zrobić, to odprowadzić panią do domu w tym deszczu. - Uśmiechnął się. - Skoro wygląda na to, że zapomniała pani parasola.
Chciałam zaprotestować, ale naprawdę potrzebowałam jego pomocy. Chodzenie po śliskim kamieniu mogło się okazać niebezpieczne. Pan Einstein położył dłoń na moim ramieniu i uniósł parasol wysoko nad moją głową. Jego gest był bardzo uprzejmy, choć dość śmiały. Czując jego dotyk na ramieniu, zdałam sobie sprawę, że jeśli nie liczyć ojca i kilku wujków, żaden dorosły mężczyzna nie był tak blisko mnie. Chociaż po bulwarze chodziły tłumy, a wszyscy byli ubrani w ciężkie warstwy szali i płaszczy, poczułam się dziwnie obnażona.
Po drodze pan Einstein wygłosił żarliwy monolog o teorii fal elektromagnetycznych Maxwella, wysuwając kilka dość ciekawych myśli na temat związku światła i promieniowania z materią. Wtrąciłam parę komentarzy, na które pan Einstein zareagował z zainteresowaniem, ale głównie milczałam, wsłuchując się w jego niepowstrzymaną gadaninę i próbując ocenić jego intelekt oraz osobowość.
Dotarliśmy do pensjonatu Engelbrechtów, a on odprowadził mnie po schodach pod same drzwi. Poczułam ulgę.
- Raz jeszcze bardzo panu dziękuję. Pana uprzejmość nie była konieczna, tym bardziej ją doceniam.
- Cała przyjemność po mojej stronie, panno Marić. Zobaczymy się jutro na zajęciach - odparł na odchodnym.
Z uchylonego okna salonu dobiegł nas fałszywie grany utwór Vivaldiego. Pan Einstein odwrócił się i zajrzał przez okno do sali, w której dziewczęta zebrały się na spontaniczny koncert.
- Na Boga, cóż za wesoła gromadka! - zawołał. - Żałuję, że nie zabrałem skrzypiec, Vivaldi zawsze lepiej brzmi przy akompaniamencie smyczków. Czy pani gra, panno Marić?
Jego skrzypce? Cóż za zarozumiałość. To były moje przyjaciółki i moja świątynia, do której bynajmniej go nie zapraszałam.
- Tak. Gram na tamburicy i na fortepianie. I śpiewam. Ale to bez znaczenia, bo państwo Engelbrechtowie są bardzo surowi, jeśli chodzi o wizyty mężczyzn.
- Mógłbym przyjść nie jako adorator, lecz jako kolega z uczelni i muzyk - zaproponował. - Czy to by ich przekonało?
Zarumieniłam się. Jak mogłam zasugerować, że miałby być moim adoratorem?
- Być może, panie Einstein. Musiałabym zapytać. - Miałam nadzieję, że uzna moje wahanie za uprzejmą odmowę.
Pokręcił głową z podziwem.
- Zaskoczyła mnie pani dzisiaj, panno Marić. Jest pani nie tylko znakomitą matematyczką i fizyczką. Wygląda na to, że jest pani też należącą do bohemy artystką.
Jego uśmiech był zaraźliwy. Musiałam go odwzajemnić. Wydał się zaskoczony.
- Wydaje mi się, że po raz pierwszy widzę na pani twarzy uśmiech. Jest ujmujący. Chciałbym skraść więcej takich uśmiechów z pani poważnej twarzy.
Zawstydzona tym komentarzem i niepewna, co odpowiedzieć, odwróciłam się i weszłam do pensjonatu.
* Biblia Tysiąclecia, Prz 29, 15.Rozdział 4
24 kwietnia 1897
Dolina rzeki Sihl, Szwajcaria
Po raz pierwszy, odkąd wysiadłyśmy z pociągu z Zurychu i ruszyłyśmy ku dolinie rzeki Sihl, nasza grupa umilkła. Wokół zapadła cisza, jakbyśmy wchodziły do katedry. W pewnym sensie pradawne puszcze, takie jak Sihlwald, tym właśnie były. Otaczały nas stare, wysokie drzewa, a kroczyłyśmy po ciałach ich martwych towarzyszy. Dywan z mchu tłumił dźwięk naszych kroków, przez co kumkanie żab, stukanie dzięciołów i ptasie trele wydawały się jeszcze głośniejsze. Czułam się tak, jakbym wkroczyła w prehistoryczną dzicz z jednej z ukochanych bajek z dzieciństwa. Milczenie Milany, Ružicy i Helene dowodziło, że i one czują ten sam podziw.
- Fagus sylvatica - wyszeptała Helene, wytrącając mnie z zamyślenia. Nie rozumiałam znaczenia tej łacińsko brzmiącej frazy, co było o tyle dziwne, że mówiłam, lub chociaż czytałam, po niemiecku, francusku, serbsku i łacinie, znałam więc o dwa języki więcej od niej. Zastanawiałam się, czy mówi do mnie, czy tylko do siebie.
- Słucham?
- To gatunek i rząd tego konkretnego drzewa bukowego. Chodziliśmy z ojcem na długie spacery do lasu nieopodal naszego domu w Wiedniu. Bardzo kochał łacińskie nazwy drzew. - Obróciła w palcach liść buku.
- Nazwa jest równie piękna co samo drzewo.
- Tak. Zawsze bardzo mi się podobało. Jest niemalże poetyckie. Fagus sylvatica może przeżyć niemal trzysta lat, a jeśli ma wystarczająco dużo miejsca, jest w stanie osiągnąć trzydzieści metrów wzrostu. Gdy jednak drzewa są zbyt blisko siebie, ich wzrost zostaje wstrzymany - powiedziała z tajemniczym uśmiechem.
Zrozumiałam, co kryło się w jej słowach - w pewnym sensie i my byłyśmy jak Fagus sylvatica. Odwzajemniłam uśmiech.
Zerknęłam na drogę przed nami. Obawiałam się o swoją równowagę, choć jak dotąd udało mi się nie potknąć ani razu. Tak mocno skupiłam się na powierzchni, po której stąpałam, że wpadłam na Milanę, która zatrzymała się nagle. Kiedy zerknęłam jej przez ramię, zrozumiałam dlaczego.
Osiągnęłyśmy Albishorn, szczyt zalesionego wzgórza, skąd rozciągał się legendarny widok. Naszym oczom ukazał się żywy błękit Jeziora Zuryskiego, rzeka Sihl na tle gór o białych wierzchołkach i nakrapiane domkami zielone wzgórza. Kolor szwajcarskich wód był nieskończenie żywszy od tego, jaki przybierał błotnisty Dunaj mojej młodości. Zachwyty nad Albishornem były zasłużone, zwłaszcza kiedy powietrze wypełniał cudowny zapach wiecznie zielonych górskich drzew.
Czułam się tak, jakbym narodziła się na nowo.
Odetchnęłam głęboko świeżym powietrzem. Udało mi się. Nie byłam pewna, czy zdołam się tutaj wspiąć. Nigdy wcześniej niczego podobnego nie zrobiłam. Dopiero kiedy dziewczęta zaczęły błagać, bym do nich dołączyła - a Helene opowiedziała, że udało jej się pokonać trasę przez Sihlwald mimo kalectwa - zgodziłam się na tę wycieczkę. Helene nie pozwoliła mi na żadne wymówki. Chociaż kulała, odkąd w dzieciństwie zachorowała na gruźlicę, a nie z powodu wrodzonej wady biodra, jej chód był podobny do mojego. Jak mogłam twierdzić, że moje kalectwo nie pozwala mi spróbować?
Nauczyłam się o sobie czegoś nowego. Problem z moimi nogami nie rzucał się tak bardzo w oczy na nierównym terenie. Moje kalectwo było wyraźniejsze na prostej drodze. Umiałam wspinać się równie dobrze jak pozostałe dziewczęta. Poczułam się wolna.
Zerknęłam na Helene, a ona uśmiechnęła się do mnie. Zastanawiałam się, czy podobne wątpliwości i podobne odkrycia towarzyszyły jej na tym samym szlaku, choć wiedziałam, że już w młodości wspinała się z ojcem. Kiedy odwzajemniłam jej uśmiech, chwyciła moją dłoń i ścisnęła ją lekko. Puściła ją dopiero wtedy, kiedy weszła na szczyt wzgórza Albishorn i jej oczom ukazał się najlepszy z możliwych widoków.
Kiedy wróciłyśmy do pensjonatu Engelbrechtów, słońce już zachodziło. Przedpokój zdawał się zagracony i ponury w porównaniu z prostym, jasnym pięknem dziczy. Nie wspominając już o tym, że pachniał mdłą pleśnią, niezależnie od tego, jak dokładnie czyściła go pani Engelbrecht. Pokojówka pomogła nam pozbyć się bagaży i zdjąć pogniecione płaszcze, a my chichotałyśmy z wysiłku.
- Ciekawie wyglądacie, dziewczęta! - zawołała pani Engelbrecht, wchodząc do przedpokoju. Zamieszanie przyciągnęło jej uwagę i chociaż zazwyczaj lubiła porządek i spokój, tym razem nie mogła powstrzymać śmiechu.
- Cóż to był za dzień, pani Engelbrecht! - zawołała melodyjnie Ružica.
- Czy piękno Sihlwaldu wciąż zapiera dech w piersiach?
- O tak! - Milana odpowiedziała w imieniu nas wszystkich.
Pani Engelbrecht spojrzała na mnie.
- A czy pani, panno Marić, spodobał się nasz klejnot?
Jeszcze przed naszą wycieczką zachwycała się Sihlwaldem, wspominając spacery, na jakie chodzili tam z panem Engelbrechtem na początku ich małżeństwa.
Mnie opis tego przeżycia nie przychodził z łatwością, to było coś więcej niż zwykła wycieczka.
- Było tak bardzo... - wydukałam.
- Tak bardzo...? - spytała wyczekująco pani Engelbrecht.
- Panna Marić była zachwycona. - Helene przyszła mi na ratunek. - Sihlwald wprost odebrał jej mowę!
Milana i Ružica roześmiały się, a pani Engelbrecht obdarzyła nas kolejnym uśmiechem.
- Miło mi to słyszeć - powiedziała, po czym wskazała na ścienny zegar, lustrując nas od stóp do głów. - Może chciałybyście odświeżyć się przed kolacją? Podajemy za kwadrans, a podróż przez Jezioro Zuryskie przy wietrznej pogodzie wzburzyła wasze fryzury. Unordentliches Haar - podkreśliła niestosowność naszego wyglądu.
Chociaż poza murami pensjonatu Engelbrecht byłyśmy znakomitymi studentkami, wewnątrz stawałyśmy się damami, od których oczekiwano elegancji o każdej porze. Dotknęłam swoich włosów. Rano starannie zaplotłam je w warkocze, potem spięłam w kok, licząc, że przetrwają wycieczkę i powrotną podróż przez jezioro, ale teraz czułam pod palcami niesforne kosmyki, które wymykały się z warkoczy i plątały w supły.
- Tak, pani Engelbrecht - Ružica odpowiedziała za nas wszystkie.
Kiedy szłyśmy na górę do naszych pokoi, na próżno starałam się rozsupłać szczególnie uparty kołtun. Gdy Milana i Ružica weszły do siebie, Helene sięgnęła ku mnie, żeby mi pomóc. Zatrzymałam się, by mogła wyciągnąć kosmyki z koka.
- Może pójdę z tobą do pokoju i spróbujemy rozplątać sobie włosy nawzajem? Inaczej chyba nie uda nam się dotrzeć na kolację za piętnaście minut.
- Oczywiście.
Otworzyłam drzwi i podniosłam ze stolika dwa grzebienie i kilka spinek. Usiadłyśmy na moim skrzypiącym łóżku, a Helene zaczęła bolesny proces rozplątywania włosów. Często odwiedzałyśmy się w pokojach, ale po raz pierwszy układałyśmy sobie nawzajem włosy - w odróżnieniu od Ružicy i Milany, którym zdarzało się to często.
- Ała! - jęknęłam.
- Przepraszam. Z tym ptasim gniazdem może poradzić sobie tylko porządny grzebień. Za kilka minut będziesz się mogła zemścić.
Roześmiałam się.
- Dziękuję, że przekonałaś mnie do wycieczki, Helene.
- Cieszę się, że pojechałaś. Czyż nie było wspaniale?
- Było. Las i widoki okazały się naprawdę przepiękne. Nie sądziłam, że zdołam wspiąć się tak wysoko.
- Milevo, przecież zdołałabyś dojść o wiele dalej.
- Wiesz, martwiłam się, że będę spowalniać grupę. Przez moją nogę.
- Jak na niezwykle zdolną dziewczynę, która odnosi wiele sukcesów w nauce, masz bardzo niskie poczucie własnej wartości. Dzisiaj doskonale sobie poradziłaś, nie masz już więc żadnej wymówki, by nie uczestniczyć w naszych wycieczkach - powiedziała Helene.
Odkąd się poznałyśmy, nurtowało mnie to pytanie:
- Zdajesz się w ogóle nie przejmować swoimi nogami. Czy nigdy nie martwisz się, jak widzą cię inni?
Helene zmarszczyła ciemne brwi.
- Dlaczego miałabym się tym martwić? To oczywiście męczące, czasami tracę równowagę i nie jestem najszybsza, ale czemu miałoby mieć wpływ na to, jak postrzegają mnie inni?
- Cóż... W Serbii kulawa kobieta jest uznawana za niezdatną do małżeństwa.
Helene zamarła.
- Żartujesz.
- Nie.
Odłożyła grzebień na łóżko, spojrzała mi prosto w oczy i sięgnęła po moją dłoń.
- Nie jesteś już w Serbii, Milevo. Jesteś w Szwajcarii, najnowocześniejszym kraju w Europie. W miejscu, które nigdy nie poddałoby się tak śmiesznym, przestarzałym zwyczajom. Nawet w mojej ojczyźnie, która w porównaniu z Zurychem wydaje się zaściankiem, podobne pomysły nigdy nie byłyby zaakceptowane.
Powoli pokiwałam głową. Wiedziałam, że ma rację. A jednak poczucie, że nie jestem godna małżeństwa, tkwiło w mojej głowie od tak dawna, że stało się już niemal częścią mnie.
Wszystko zaczęło się od podsłuchania pewnej rozmowy. Miałam siedem lat i w chłodny listopadowy wieczór niecierpliwie czekałam na powrót taty do domu. Miałam dla niego niespodziankę. Chciałam sprawić mu przyjemność.
Znudzona chodzeniem w kółko po salonie chwyciłam książkę z półki i rozsiadłam się w fotelu papy. Podciągnęłam nogi i zwinęłam się wokół oprawionego w skórę, okutego złotem tomiszcza, którego okładka kryła ośle uszy zniszczonych kartek. Chociaż w naszej domowej bibliotece znajdowało się mnóstwo książek - papa uważał, że każdy ma obowiązek się uczyć, nawet jeśli, tak jak on, nie miał szansy na formalną edukację - wciąż wracałam do baśni i legend. Historie te były dla mnie już nieco zbyt proste, ale ta książka zawierała moją ulubioną bajkę Mała śpiewająca żabka.
Byłam w połowie historii o parze, która modliła się o dziecko, lecz zamiast dziewczynki dostała córeczkę żabę. Rodzice tak bardzo wstydzili się jej odmienności, że postanowili ją ukryć. Ledwie dotarłam do swojej ulubionej sceny, w której książę słyszy śpiew żabki i zakochuje się w niej mimo jej wyglądu, wybuchnęłam gromkim śmiechem. Papa zaczaił się, wszedł do pokoju i zaczął mnie łaskotać. Przytuliłam go mocno, po czym chwyciłam za ręce i podekscytowana pociągnęłam przez pokój. Chciałam pokazać mu pochylnie, które zbudowałam, opierając się na szkicach stworzonych dzisiaj w szkole. "Papo, papo, chodź zobaczyć!", wołałam. Pobiegłam slalomem pomiędzy dekoracyjnymi meblami z zielonego aksamitu i orzechowego drewna do jedynego pustego kąta salonu. Postanowiłam zademonstrować eksperyment, który przeprowadziłam na podstawie naszej wcześniejszej rozmowy o sir Izaaku Newtonie. Często zresztą mówiliśmy o nim przy kolacji i podobało mi się jego przekonanie, że wszystko na świecie, od jabłek aż po planety, podlega tym samym niezmiennym prawom. Prawom nie spisanym przez ludzi, ale zawierającym się w samej naturze. Wierzyłam, że w prawach tych odnajdę Boga.
Rozmawialiśmy z tatą o pismach Newtona mówiących o sile poruszających się obiektów i o zmiennych, które na nie wpływały - mówiąc prościej: o tym, czemu przedmioty poruszają się w taki, a nie inny sposób. Newton intrygował mnie, ponieważ liczyłam, że pomoże mi zrozumieć, czemu moja noga szura po ziemi, podczas gdy stopy innych dzieci bez trudu odrywają się od podłoża.
Na pomysł wpadłam podczas jednej z takich rozmów. Postanowiłam przeprowadzić doświadczenie, by zbadać, w jaki sposób wzrost masy wpływa na siłę poruszających się przedmiotów. Używając opierających się o półki desek, mogłam stworzyć równie o różnym nachyleniu, a następnie spuścić po nich kamienie różnej wielkości. To dałoby mi wystarczającą ilość danych, by przedyskutować sprawę z tatą. Po szkole wybłagałam od naszego gospodarza Jurgena cztery deski, a następnie ostrożnie oparłam każdą z nich o stertę złożoną z pięciu książek. Po tym, jak przez godzinę ustawiałam je tak, by mieć absolutną pewność, że ich nachylenie jest identyczne, uznałam, że możemy przeprowadzić eksperyment.
- Chodź, papo - poprosiłam, podając mu kamień nieco większy od tego, który sama trzymałam w dłoni. - Sprawdzimy, jak wielkość kamieni wpływa na ich ruch i prędkość!
Uśmiechając się, tata rozczochrał mi włosy.
- Dobrze, mój mały łobuzie. Przeprowadzimy eksperyment Izaaka Newtona. Czy masz przygotowaną kartkę?
- Tak - odparłam i uklęknęliśmy na podłodze.
Papa ułożył swój kamyk na równi. Upewniwszy się, że zrobiłam to samo, zawołał:
- Już!
Przez kolejny kwadrans turlaliśmy kamienie po deskach i zbieraliśmy dane. Minuty mijały jak we mgle. W tym momencie czułam się najszczęśliwsza na świecie. Papa naprawdę dobrze mnie rozumiał. On jedyny.
Przerwała nam nasza gospodyni Danijela:
- Panie Marić, panienko Milevo, podano kolację.
Pieprzny, mięsny zapach mojej ulubionej pljeskavicy unosił się w powietrzu, ale i tak czułam się rozczarowana. Podczas kolacji musiałam się tatą dzielić. Owszem, to my dominowaliśmy w rozmowie - mama odzywała się rzadko, ale jej obecność hamowała mój entuzjazm i jego otwartość. Mama miała wobec mnie całe mnóstwo oczekiwań, lecz żadne z nich nie miało nic wspólnego z nauką. "Czemu nie jesteś taka jak inne dziewczynki?", pytała mnie często. Czasem wymieniała imię konkretnego dziecka z Rumy, w miasteczku było wiele zwykłych dziewczynek, do wyboru. Nigdy nie wypowiadała imienia mojej zmarłej siostry, ale wiedziałam, że ono wciąż jest w jej myślach. Czemu nie jestem taka, jaka mogłaby stać się kiedyś Milica?
W ciemności mojej sypialni, w ciszy, która zapadała, gdy wszyscy już spali, często się zastanawiałam, czy podejmuję właściwą decyzję, starając się robić przyjemność tacie, a nie mamie. Nie umiałam zadowolić obojga. Choć ich wizje mojej przyszłości nie mogłyby się bardziej różnić, tata nie tolerował żadnej krytyki wobec mamy, nieważne jak zawoalowanej. Bronił jej oczekiwań jako właściwych matce chcącej chronić swoją córkę. Wiedziałam, że ma rację. Mama kochała mnie i chciała dla mnie jak najlepiej, chociaż jej wizja tego, co najlepsze, nijak nie zgadzała się z moją.
Kolacja skończyła się po krótkiej rozmowie o Newtonie. Zostałam odesłana sama do salonu. Między mamą a tatą coś było nie tak: coś niewypowiedzianego, lecz wyraźnie wyczuwalnego. Mama nigdy otwarcie nie kłóciła się z ojcem, zwłaszcza w mojej obecności, jednak jej zachowanie - wyjątkowo lapidarna modlitwa, bezceremonialne stawianie talerzy, niezadawanie pytań o wrażenia z posiłku - wskazywało, że jest rozgniewana. Żeby zająć sobie czas przed powrotem taty, przejrzałam dane, które zebraliśmy, i przygotowałam się do drugiego eksperymentu mającego sprawdzić inne prawo Newtona. Chcąc zmierzyć wpływ tarcia na ruch identycznych kamieni, poprosiłam Jurgena o przygotowanie trzech drewnianych desek o różnych stopniach chropowatości.
Przypomniałam sobie, co powiedział papa, kiedy zaproponowałam ten eksperyment:
- Mitzo, jesteś jak obiekty w jednym z badań Newtona. Niestrudzenie zachowujesz tę samą prędkość na drodze przez życie, póki nie zadziała na ciebie zewnętrzna siła. Mam nadzieję, że nigdy żadna cię nie spowolni.
Tata był zabawny.
Gdy budowałam pochylnie z desek, gdzieś na skraju mojej świadomości rozbrzmiewały głosy. Pomyślałam, że to pewnie pokojówki znów narzekają i kłócą się, jak co noc po kolacji, kiedy miały przed sobą najwięcej sprzątania. Głosy stawały się coraz wyraźniejsze. Co się stało? Danijela i Andrijana nigdy wcześniej nie zachowywały się tak głośno ani tak niegrzecznie. A mamie w kuchni nigdy nie puszczały nerwy. Mówiła niedużo, lecz zdecydowanie. Zaciekawiona, wytężyłam słuch, ale nie rozumiałam, o czym mowa.
Chciałam wiedzieć, co się dzieje. Zamiast jednak podejść do kuchni z salonu, zakradłam się korytarzem dla służby. Tu podłoga była z gorszego drewna, a na ścianach nie wisiały obrazki. W tej części domu, którą my zamieszkiwaliśmy, podłogi były wypolerowane na błysk i przykryte tureckimi dywanami, wszędzie wokół wisiały martwe natury z owocami i portrety nieznanych nam ludzi. Papa zawsze powtarzał, że chciał, by nasz dom dorównywał domom w słynnym mieście Berlinie.
Nikt się mnie tu nie spodziewał. Próbując skradać się cicho - co nie było łatwe w moich ciężkich buciorach - zrozumiałam, że to nie są głosy Danijeli i Adrijany. To były głosy mamy i taty.
Nigdy wcześniej nie słyszałam, jak się kłócą. Mama była łagodna i posłuszna wszędzie poza kuchnią - a nawet tam pozostawała spokojna i niewzruszona - i w obecności papy prawie nic nie mówiła. Skoro podniosła głos, musiało stać się coś strasznego.
Kiedy podeszłam do drzwi, usłyszałam swoje imię.
- Milošu, nie karm dziecka fałszywą nadzieją. Ma dopiero siedem lat. Spędzasz z nią za dużo czasu, niepotrzebnie zachęcasz do lektury - mówiła mama. - To delikatna dziewczynka, która potrzebuje naszej opieki. Musimy przygotować ją na jej prawdziwą przyszłość. Tutaj, w domu.
- Moja wiara w Mitzę nie jest bezpodstawna. I nie uważam, że spędzam z nią za dużo czasu, jeśli już, to spędzam go za mało. Czy mam ci powtórzyć, co powiedziała dziś pani Stanojević o inteligencji Mitzy? O tym, jak doskonale radzi sobie z matematyką? Jak chwyta w lot obce języki? Czy mam powtórzyć, co podejrzewałem od dawna? - Głos ojca był stanowczy.
O dziwo jednak mama nie ustąpiła.
- Milošu, to dziewczynka. Co dobrego przyjdzie z tego, że nauczy się niemieckiego i matematyki? Co jej dadzą eksperymenty naukowe? Jej miejsce jest w domu. A domem Mitzy będzie ten dom, z jej nogą małżeństwo i dzieci są dla niej nieosiągalne. Poza tym takie jest prawo, dziewczynkom nie wolno nawet chodzić do liceum.
- Może to prawda, gdy mowa o zwykłych dziewczynkach. Ale Mitza jest inna.
- Co to znaczy "inna"?
- Wiesz, o co mi chodzi.
Mama milczała. Przez chwilę myślałam, że się poddała, ale po chwili odezwała się znowu.
- Chodzi ci o to, że jest zdeformowana? - Mama niemal wypluła ostatnie słowo.
Wzdrygnęłam się. Czy mama właśnie nazwała moją nogę "deformacją"? Zawsze powtarzała mi, że jestem piękna, że moje kalectwo jest ledwie widoczne. Że nikt nie zwraca uwagi na moje nierówne nogi i biodra. Zawsze wiedziałam, że to nie do końca prawda - nie mogłam nie zauważyć ciągłych zaciekawionych spojrzeń i żartów kolegów z klasy - ale... "deformacja"?
W głosie ojca rozbrzmiewała wściekłość.
- Jak możesz tak o niej mówić! Jeśli już, to jej kalectwo jest darem. Skoro nikt nie zechce wziąć ją za żonę, będzie mogła podążać drogą, jaką wyznaczył jej Bóg, obdarzając ją takim intelektem. Jej kalectwo to znak, że jej przeznaczeniem jest coś znacznie większego, lepszego niż zwykłe małżeństwo.
- Znak? Dar od Boga? Milošu, Bóg chciałby, żebyśmy otoczyli ją opieką w tym domu. Jej oczekiwania powinny być realistyczne, inaczej narazimy ją na rozczarowania. - Mama przerwała, a tata odezwał się dopiero po chwili milczenia.
- Chcę, żeby Mitza była silna. Chcę, żeby potrafiła stanąć przed klipani*, którzy wyśmiewają się z jej nogi, z przekonaniem, że Bóg dał jej coś wyjątkowego: inteligencję.
Wydało mi się, że po raz pierwszy widzę siebie oczami swoich rodziców. Mama i tata postrzegali mnie tak samo jak rodzice dziewczynki w bajce Mała, śpiewająca żabka. Powtarzali, że jestem mądra, ale wyczuwałam głównie ich wstyd. Chcieli ukryć mnie przed światem: w szkole albo w domu. Byli absolutnie przekonani, że nie mogę liczyć na małżeństwo, coś, do czego aspirować mogły nawet najzwyczajniejsze wiejskie dziewczęta.
Mama nie odpowiedziała. Jej milczenie oznaczało, że wróciła do uległości. Papa tym razem mówił spokojniej.
- Zapewnimy jej edukację, na jaką zasłużył jej wyjątkowy umysł. Nauczę ją żelaznej siły woli i dyscypliny umysłu. To będzie jej zbroja.
Żelazna siła woli? Dyscyplina umysłu? Zbroja? Tak miała wyglądać moja przyszłość?
Bez męża. Bez własnego domu. Bez dzieci. Gdzie się podziało szczęśliwe zakończenie bajki, w którym książę widzi piękno pod powierzchnią i czyni z żaby księżniczkę, strojąc ją w złote suknie błyszczące jak słońce? Czy nie było moim przeznaczeniem? Czy nie zasługiwałam na własnego księcia mimo swojej brzydoty?
Wybiegłam z domu, nie próbując ukrywać, jak niezgrabnie kuleję. Na co by się to zdało? Mama i tata przedstawili sprawę jasno: to moje kalectwo decydowało, kim jestem.
Umilkłam, wspominając przeszłość. Helene puściła moją dłoń i chwyciła mnie za ramiona.
- Widzisz to dziś, Milevo? Rozumiesz już, że twoje kalectwo nie czyni cię niezdatną do małżeństwa? Że w żaden sposób cię nie ogranicza? Że nie powinnaś się przejmować przestarzałymi uprzedzeniami?
Kiedy patrzyłam w jasne, szaroniebieskie oczy Helene i słyszałam przekonanie w jej głosie, nie mogłam się z nią nie zgodzić. Po raz pierwszy w życiu uwierzyłam, że może moje kalectwo naprawdę nie ma znaczenia. Dla mnie, dla tego, kim mogłam się stać.
- Tak - odparłam głosem równie spokojnym jak głos Helene.
Przyjaciółka puściła moje ramiona, uniosła grzebień i wróciła do rozplątywania potarganych włosów.
- Dobrze. Zresztą czemu miałybyśmy w ogóle przejmować się małżeństwem? Po co miałybyśmy wychodzić za mąż? Spójrz tylko na naszą grupę: ja, ty, Ružica, Milana, wszystkie będziemy pracowały zawodowo tutaj, w Szwajcarii, gdzie obowiązuje tolerancja wobec kobiet, intelektualistów i obcokrajowców. Będziemy miały siebie i naszą pracę, nie musimy iść tradycyjną drogą.
Zastanawiałam się nad tym przez chwilę. Jej słowa brzmiały niemal rewolucyjnie - nieco podobnie do opisu bohemy, jaki przedstawił pan Einstein - chociaż tak właśnie wyglądała przyszłość, ku której zmierzałyśmy.
- Masz rację. Jaki sens ma dziś miłość? Może nie potrzebujemy już do szczęścia małżeństwa.
- I o to chodzi, Milevo. Czeka nas wspaniała zabawa! W ciągu dnia będziemy pracować jako historyczki, fizyczki i nauczycielki, a wieczorami i w weekendy będziemy grać koncerty i jeździć na wycieczki.
Wyobraziłam sobie idylliczne życie, które opisała Helene. Czy było możliwe? Czy naprawdę mogła mnie czekać szczęśliwa przyszłość wypełniona przyjaźnią i pracą?
- Może zawiążemy pakt? - spytała Helene. - Za wspólną przyszłość?
- Za wspólną przyszłość.
Podałyśmy sobie ręce.
- Helene, proszę, nazywaj mnie Mitzą. Tego zdrobnienia używa cała moja rodzina i wszyscy, którzy dobrze mnie znają. A ty chyba znasz mnie najlepiej ze wszystkich.
- Będę zaszczycona, Mitzo - uśmiechnęła się Helene.
Śmiejąc się i wspominając wspólnie spędzony dzień, przygotowywałyśmy się do kolacji. Z rozczesanymi włosami, ręka w rękę ruszyłyśmy przed siebie po schodach. Zajęte dyskusją o tym, jakie danie zostanie podane dziś wieczorem - ja miałam ochotę na Zürcher Geschnetzeltes, cielęcinę w kremowym sosie z białego wina, Helene zaś na Rösti z jajkami i bekonem - dopiero po chwili dostrzegłyśmy u stóp schodów panią Engelbrecht. Czekała na nas. A właściwie na mnie.
- Panno Marić - zawołała wyraźnie niezadowolona. - Wygląda na to, że ma panna adoratora.
Za panią Engelbrecht rozbrzmiało kaszlnięcie i zza jej pleców wyłoniła się sylwetka.
- Przepraszam panią bardzo, nie jestem adoratorem, tylko kolegą ze studiów.
Był to pan Einstein. Ze skrzypcami w dłoni.
Nie poczekał na zaproszenie.
* Klipani - serb. chuligani.Rozdział 5
4 maja 1897
Zurych, Szwajcaria
Panowie, panowie. Czyżby żaden z was nie znał odpowiedzi na moje pytanie?
Profesor Weber przechadzał się wzdłuż sali, rozkoszując się naszą ignorancją. Nie byłam w stanie pojąć, czemu nauczyciel czerpał taką przyjemność z porażek swoich studentów. Nazywanie mnie "panem" nie sprawiało mi przykrości. Już parę miesięcy wcześniej przyzwyczaiłam się do zniewag Webera, czy to do żartów z mojego wschodniego pochodzenia, czy do mówienia do mnie per "pan". Chciałam tylko, żeby jego wykłady przypominały wykłady innych profesorów, żeby były jak ostrygi, w których po otwarciu ukazywały się lśniące perły.
Znałam odpowiedź na pytanie Webera, ale wahałam się jak zawsze. Rozejrzałam się wokół w nadziei, że ktoś inny podniesie rękę, lecz wszyscy moi koledzy - łącznie z panem Einsteinem - wbijali wzrok w biurko. Dlaczego nikt nie podnosił ręki? Może nietypowy o tej porze roku upał powodował ich ospałość. Jak na wiosnę było straszliwie gorąco, tak że nawet otwarcie okien nie pomagało. Pan Ehrat i pan Kollros starali się poruszać powietrze improwizowanymi wachlarzami. Moje czoło pokrywały kropelki potu i dostrzegałam plamy na marynarkach kolegów.
Dlaczego tak trudno było mi podnieść rękę? Kilka razy już tak zrobiłam, ale nie przychodziło mi to łatwo. Lekko potrząsnęłam głową, pogrążając się we wspomnieniach. Miałam siedemnaście lat i wyszłam właśnie z pierwszej lekcji fizyki w męskim Obergymnasium w Zagrzebiu. Występując przeciwko prawu, które nie pozwalało dziewczynkom z AustroWęgier chodzić do gimnazjów, tata poprosił władze o zrobienie wyjątku i zdołał mnie tam zapisać po kilku latach nauki w Nowym Sadzie. Pełna ulgi i radości po moim pierwszym dniu w szkole - odważyłam się odpowiedzieć na pytanie nauczyciela - wybiegłam z sali. Odczekałam, żeby wszyscy wyszli i korytarz opustoszał. Nagle jakiś chłopak popchnął mnie od tyłu w stronę drugiego, ciemniejszego holu. Czy spieszył się tak bardzo, że mnie nie zauważył?
- Proszę pana! Proszę pana! - wołałam przez ramię, ale on nie przestawał popychać mnie w ciemność. Wokół nie było nikogo, kto mógłby mnie usłyszeć. "Co się dzieje?", myślałam.
Próbowałam się odwrócić, ale nie dałam rady - był ode mnie o stopę wyższy. Rzucił mną o ścianę - moja twarz była teraz do niej przyklejona, tak że nie mogłam na niego spojrzeć. Mocno trzymał mnie za ramiona, które zaczynały mnie palić.
- Wydaje ci się, że jesteś taka mądra, żeby wyrywać się z odpowiedzią? - wycedził przez zęby. Na mój policzek trysnęła jego ślina. - Nie powinnaś w ogóle chodzić z nami do szkoły. Prawo tego zabrania. - To rzekłszy, popchnął mnie raz jeszcze i uciekł.
Stałam nieruchomo, wciąż wbijając wzrok w ścianę, póki dźwięk jego kroków nie umilkł. Dopiero wtedy odwróciłam się, trzęsąc się na całym ciele. Nie spodziewałam się od kolegów z klasy szczególnie ciepłego przyjęcia, ale czegoś takiego też nie. Zaczęłam płakać, chociaż obiecywałam sobie, że nigdy nie zrobię tego w szkole. Wycierając łzy i ślinę napastnika z twarzy, zrozumiałam, że będę odtąd musiała zachowywać swoją inteligencję dla siebie. Ryzyko było zbyt wielkie.
Weber łajaniem wyrwał mnie z zamyślenia.
- Cóż, jestem bardzo rozczarowany, że nikt z was nie uniósł ręki. Cały kurs prowadził właśnie do tego pytania. Naprawdę nikt nie zna na nie odpowiedzi?
Przypomniałam sobie rozmowę z Helene sprzed miesiąca. Uznałam, że nie mogę dłużej pozwalać na to, by przeszłość mnie paraliżowała. Wzięłam głęboki oddech i podniosłam rękę do góry. Weber zszedł z podium i ruszył ku mojemu krzesłu. Jakie upokorzenie szykował dla mnie na wypadek niewłaściwej odpowiedzi? Co zrobią moi koledzy, jeśli okaże się, że mam rację?
- Ach, to panna Marić. - Udał zaskoczonego. Jakby nie wiedział, dokąd zmierza. Jakbym nie pokazała mu już wielokrotnie swoich intelektualnych możliwości. Sztuczne zdziwienie było kolejnym sposobem na to, by mnie obrazić. I sprawdzić.
- Odpowiedź na pana pytanie to jeden procent - powiedziałam. Policzki mi płonęły i od razu pożałowałam, że w ogóle się odezwałam.
- Przepraszam, czy mogłaby pani powtórzyć trochę głośniej, tak żebyśmy wszyscy mogli nacieszyć się pani mądrością?
Mądrość. Weber sobie ze mnie żartował. Czyżbym się pomyliła? Czy cieszył się moją porażką? Odkaszlnęłam i najbardziej zdecydowanym tonem, na jaki byłam się w stanie zdobyć, powiedziałam:
- Biorąc pod uwagę kontekst, najściślejsza odpowiedź, jakiej możemy udzielić na pytanie o czas schładzania ziemi, to jeden procent.
- Poprawna odpowiedź - przyznał Weber, wyraźnie zaskoczony i rozczarowany. - Jakby ktoś nie usłyszał, informuję, że panna Marić podała właściwą odpowiedź. Jeden procent. Proszę to zapisać.
Wokół mnie rozległ się szmer. Z początku nie słyszałam wyraźnie żadnego komentarza, ale potem dotarło do mnie kilka urwanych zdań. "Udało jej się" i "dobra robota", mówili. Pierwszy raz dotarły do mnie komplementy, wcześniej odpowiedziałam już na kilka pytań Webera, ale nie doczekałam się reakcji. Prawdopodobnie dzisiaj moi koledzy cieszyli się po prostu, że ktoś pokonał profesora.
Kiedy lekcja dobiegła końca, wstałam i zaczęłam się pakować. Pan Einstein podszedł do mojego biurka.
- Imponujące, panno Marić.
- Dziękuję, panie Einstein - odpowiedziałam cicho. - Jestem pewna, że każdy z naszych kolegów doszedłby do tej samej odpowiedzi.
- Nie docenia pani swoich możliwości, panno Marić. Zapewniam, że nikt z nas jej nie znał. - Ściszył głos. - Inaczej nie pozwolilibyśmy Weberowi tak niemożliwie długo nas dręczyć.
Bezczelność pana Einsteina, który krytykował Webera, kiedy ten stał na podium kilka metrów od nas, sprawiła, że na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
- Oto i on, panno Marić. Nieuchwytny uśmiech. Dotąd widziałem go chyba ledwie dwa razy.
- Doprawdy? - Uniosłam wzrok.
Nie chciałam ośmielać go do głupiego przekomarzania, zwłaszcza w towarzystwie naszych kolegów i Webera, który miał mnie traktować poważnie, ale jednocześnie nie chciałam być niegrzeczna. Napotkał mój wzrok.
- O tak, sporządzam dokładne i naukowe notatki na temat pani uśmiechów. Kilka wieczorów temu, gdy byłaś na tyle łaskawa, by pozwolić mi zagrać ze swoimi przyjaciółkami, udało mi się jeden zauważyć. Ale to nie był pierwszy, nie, pierwszy widziałem na schodkach pensjonatu. Kiedy odprowadziłem cię do domu w deszczu.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Wydawało mi się, że mówi poważnie, a nie żartuje jak zazwyczaj. To wzbudziło moją podejrzliwość. Czy to możliwe, by się do mnie zalecał? Nie miałam doświadczenia w podobnych sprawach. Miałam w pamięci ostrzeżenia Helene, ale nie potrafiłam ocenić jego słów.
Zdenerwowana i zawstydzona ruszyłam ku drzwiom sali. Szelest papieru i szybkie kroki, które usłyszałam za sobą, podpowiedziały mi, że za mną idzie.
- Czy będziecie znów grały tego wieczoru? - zapytał, gdy mnie dogonił.
Może po prostu szukał towarzystwa do wspólnego grania? Może w jego słowach nie było cienia flirtu? Poczułam dziwną mieszaninę rozczarowania i ulgi. To mnie zaskoczyło, czyżby jakaś część mnie cieszyła się z jego zainteresowania?
- Mamy w zwyczaju grać przed kolacją - odparłam.
- Wybrałyście jakiś utwór?
- Wydaje mi się, że panna Kaufler wybrała Koncert skrzypcowy amoll Bacha.
- To piękny utwór. - Zanucił mały fragment. - Czy mógłbym znów do was dołączyć?
- Wydawało mi się, że nie czeka pan na zaproszenie. - Zaskoczyłam samą siebie tą zalotną ripostą.
Choć byłam pełna sprzecznych uczuć i próbowałam sprowadzić rozmowę z powrotem na bezpieczne tory, nie potrafiłam powstrzymać ukłucia w sercu na myśl o tym, jak pan Einstein zlekceważył tydzień wcześniej wszelkie zasady, kiedy niezaproszony przyszedł do pensjonatu w dniu naszej wycieczki do Sihlwald.
Kiedy czekał w salonie, aż skończymy kolację, Milana i Ružica zarzuciły mnie pytaniami na jego temat, wyrażając oburzenie jego bezczelnością, Helene zaś tylko słuchała, patrząc na mnie zmęczonymi oczami. Pozwoliłyśmy mu dołączyć do naszego koncertu, ale w trakcie całej sonaty Mozarta towarzyszyła nam nieufność. Nie wydawało mi się, by wieczór zakończył się sukcesem, tym bardziej więc zdziwiłam się, gdy zaczął pytać o kolejne spotkanie.
Chrząknął, zaskoczony, i zachichotał.
- Zasłużyłem na te słowa, panno Marić. Ale ostrzegałem już przecież, że lubię łamać zasady.
Pan Einstein szedł za mną korytarzem prowadzącym do tylnego wyjścia ze szkoły. Jako że już byłam zdenerwowana, chciałam uniknąć hałasu na Rämistrasse. Otworzył ciężkie drzwi i wydostaliśmy się z ciemnego pomieszczenia na nasłoneczniony taras na tyłach budynku. Zmrużyłam powieki w świetle, a naszym oczom ukazały się okalające Zurych góry, nakrapiane w równej mierze starymi kościołami i nowoczesnymi budynkami.
Gdy szliśmy tarasem, z przyzwyczajenia liczyłam kąty proste i podziwiałam symetryczny układ. Rytuał ten był sposobem na odwrócenie uwagi od lekceważących szeptów, jakie słyszałam czasem z ust studentów i nauczycieli, a czasem nawet ich sióstr, matek czy narzeczonych. Krytykowano obecność kobiety studentki jako nieodpowiednią, śmiano się z mojego kalectwa, komentowano złośliwie moją ciemną karnację i poważną minę. Nie chciałam, żeby te słowa zagroziły mojej pewności siebie w sali wykładowej.
- Nic pani nie mówi, panno Marić.
- Często słyszę ten zarzut, panie Einstein. Niestety, w odróżnieniu od większości dam nie potrafię prowadzić towarzyskiej konwersacji.
- Ale jest pani wyjątkowo cicha. Jakby w pani głowie rodziła się jakaś ważna teoria. Jakie myśli zaprzątają pani wspaniały umysł?
- Szczerze?
- Proszę zawsze mówić szczerze.
- Oglądałam kolumnady i geometryczny wzór na tarasie. Zdałam sobie sprawę, że ich obustronne osiowe odbicie jest niemal doskonale symetryczne.
- Czy to wszystko? - zapytał z uśmiechem.
- Nie - odparłam. Skoro pan Einstein nie postępował zgodnie z towarzyskimi zasadami, czemu ja miałabym to robić? Mówienie o tym, co naprawdę myślę, przynosiło mi ulgę. - Przez kilka ostatnich miesięcy dostrzegłam podobieństwa między symetrią w sztuce a koncepcją symetrii, jaką dostrzegamy w fizyce.
- Do jakich doszła pani wniosków?
- Uznałam, że wielbiciel Platona powiedziałby, że piękno kwadratu jest wyłącznie funkcją jego symetrii. - Nie dodałam, jak bardzo zasmucił mnie ten wniosek: teoria matematyki i fizyki, dziedzin, które kochałam najbardziej, była ideałem symetrii, wzorem, do którego ja, z moimi nierównymi nogami, nigdy nie mogłabym aspirować.
Zatrzymał się.
- To bardzo ciekawe. Co jeszcze widzi pani w tym kwadracie, który ja codziennie bezmyślnie mijam?
Wskazałam na liczne iglice dokoła.
- Cóż, zauważyłam, że w Zurychu kościelne wieże rosną gęściej niż drzewa. Ten plac otaczają Fraumünster, Grossmünster i Święty Piotr.
Przyglądał mi się z zaciekawieniem.
- Panno Marić, miałaś rację, mówiąc, że nie jesteś typową damą. Przeciwnie, jesteś doprawdy wyjątkową młodą kobietą.
Po tej przechadzce okrężną drogą pan Einstein skręcił w stronę Rämistrasse. Zatrzymałam się, nie chcąc tam iść. Wolałam spokojny spacer przez ciche dzielnice mieszkalne. Zastanawiałam się, czy pójdzie za mną, niepewna, czy w ogóle życzę sobie jego towarzystwa. Lubiłam rozmawiać z panem Einsteinem, ale obawiałam się, że będzie mi towarzyszył aż do pensjonatu, co znów mogłoby wzbudzić niechęć dziewcząt.
- Panie Einstein! Panie Einstein! - zawołał ktoś z kawiarni na Rämistrasse. - Jak zwykle spóźnia się pan na spotkanie!
Głos dobiegał z ustawionych na ulicy kawiarnianych stolików. Zerknęłam w jego stronę - ciemnowłosy mężczyzna o oliwkowej skórze machał do nas rękami. Nie znałam go z politechniki.
Pan Einstein odpowiedział gestem koledze, po czym zwrócił się w moją stronę.
- Panno Marić, czy napije się pani z nami kawy?
- Mam dużo pracy. Muszę iść.
- Ależ nalegam. Chciałbym, by poznała pani pana Michele'a Besso. Chociaż ukończył studia inżynieryjne, nie fizykę, dzięki niemu poznałem wielu teoretyków, na przykład Ernsta Macha. Jest bardzo miły i ma zainteresowania podobne do naszych.
Pochlebiało mi jego zaproszenie. Najwyraźniej pan Einstein uważał, że mogłabym podjąć naukową dyskusję z jego przyjacielem. Niewielu mężczyzn w Zurychu złożyłoby mi podobną propozycję. Coś we mnie chciało się zgodzić, przyjąć jego zaproszenie, usiąść z kolegą z zajęć przy stoliku i rozmawiać o trudnych pytaniach, jakie zadaje fizyka. W głębi ducha marzyłam o udziale w gorących sporach toczących się na ulicach i w kawiarniach Zurychu. Nie chciałam tylko patrzeć.
A jednak czułam też strach. Bałam się niezrozumiałego zainteresowania ze strony pana Einsteina, bałam się, że przekroczę niewidzialną granicę, i obawiałam się ryzyka, jakie niosło ze sobą bycie kimś, kim chciałam się stać.
- Dziękuję, ale nie mogę z panem pójść. Bardzo przepraszam.
- Może następnym razem?
- Może.
Odwróciłam się i ruszyłam w stronę pensjonatu Engelbrechtów.
Usłyszałam za sobą jego głos.
- Do tego czasu będziemy mieć muzykę!
Czując się nagle pewna siebie - bardziej jak równy mu naukowiec niż jak dama - zawołałam przez ramię:
- Nie pamiętam, bym pana zapraszała!
Wybuchnął śmiechem.
- Jak sama pani zauważyła, rzadko czekam na zaproszenie!
Rozdział 6
9 i 16 czerwca 1897
Zurych, Szwajcaria
Wyszłyśmy z Ružicą z Conditorei Schober i ruszyłyśmy pod rękę wzdłuż Napfgasse. Popołudniowe słońce było łagodne i zamglone, oświetlało od tyłu budynki i otaczało migotliwym blaskiem sklepowe witryny, które mijałyśmy. Obie westchnęłyśmy z zadowoleniem.
- Było przepyszne - powiedziała Ružica.
Wczoraj po kolacji umówiłyśmy się na kawę, gorącą czekoladę i ciasteczka w Conditorei Schober. Słynna cukiernia znajdowała się w połowie drogi między uniwersytetem, na którym studiowała Ružica, i politechniką. Marzyłyśmy o podawanych w niej delicjach, odkąd dowiedziałyśmy się o niej od pani Engelbrecht. Helene i Milana nie chciały do nas dołączyć, bo wolały dania wytrawne od słodyczy, ale też nie pociągały ich frywolne przygody, których poszukiwała Ružica. Zaskoczyłam samą siebie, zgadzając się na jej propozycję.
- Wciąż czuję smak karmelu i orzechów włoskich z Engadiner Nusstortli - przypomniałam sobie słynny tort znany z dekadenckiego nadzienia.
- A ja marcepan i śmietanę z Sardegnatorte - odparła Ružica.
- Nie powinnam była pić tej drugiej kawy z mlekiem - wspomniałam pyszną, gęstą kawę, którą uwielbiałam. - Jestem tak pełna, że po powrocie do pensjonatu będę chyba musiała rozluźnić gorset.
Roześmiałyśmy się na myśl o tym, że mogłybyśmy zbiec na kolację pani Engelbrecht z rozwiązanymi gorsetami.
- A co ja mam powiedzieć? To ja zamówiłam drugi deser. Po prostu nie mogłam się powstrzymać przed spróbowaniem Luxemburgerli - powiedziała Ružica. Prześliczne, leciutkie makaroniki występowały w kilku smakach, a Ružica twierdziła, że rozpływają się w ustach. - Może to dobrze, że w Šabacu nie było miejsca podobnego do tej cukierni. Wtedy przyjechałabym do Zurychu jak kluseczka.
Znów wybuchając śmiechem, przechadzałyśmy się po Napfgasse, podziwiając wymyślne kobiece stroje, które nosiły bogate zuryskie damy. Podobał się nam nowoczesny krój dopasowanej marynarki i długiej spódnicy o syrenim kształcie, ale uznałyśmy, że przepasane marynarki na obowiązkowych gorsetach nie byłyby dla nas wygodne podczas długich godzin nauki. Nie, zamierzałyśmy pozostać przy bardziej praktycznych bluzkach z szerokimi rękawami, wciśniętych w spódnice w kształcie dzwonu. Wszystko to musiało być rygorystycznie ciemne, by nasi koledzy i nauczyciele traktowali nas poważnie.
Po jakichś piętnastu minutach rozmowy umilkłyśmy, ciesząc się jedną z tak nielicznych chwil wolnego czasu. Nie po raz pierwszy myślałam, jak pełne niespodzianek było moje życie w Zurychu. Wyruszając z Zagrzebia, w ogóle się nie spodziewałam, że pewnego dnia będę przechadzać się alejką pod ramię z przyjaciółką, z którą właśnie wypiłam popołudniową kawę w eleganckiej kawiarni. I że będę z nią rozmawiać o modzie.
- Podejdźmy na Rämistrasse - zaproponowała nagle Ružica.
- Co? - spytałam, pewna, że coś źle usłyszałam.
- Rämistrasse. Czy to nie tam znajdują się te wszystkie kafejki, do których chadza pan Einstein z przyjaciółmi?
- Tak, ale...
- Czy wczoraj, kiedy graliśmy razem Bacha, pan Einstein nie proponował, byśmy dołączyły do niego i jego kolegów?
- Owszem, ale nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł.
- Czego się boisz, Milevo? - Ružica pociągnęła mnie w stronę Rämistrasse. - Nie będziemy go szukać ani robić nic podobnie niewłaściwego. Po prostu będziemy szły przed siebie jak zwykli przechodnie, a jeśli pan Einstein i jego koledzy nas zauważą, niech tak będzie.
Mogłam nalegać na powrót do pensjonatu. Mogłam odwrócić się i pójść w drugą stronę. Tak naprawdę jednak marzyłam, by wziąć udział w tym kawiarnianym życiu. Ružica była zewnętrznym źródłem energii, którego potrzebowałam, by zrobić ten krok.
Ośmielona, pokiwałam głową. Wciąż trzymając się pod ramię - co stawało się coraz trudniejsze w gęstniejącym tłumie - kilka razy skręciłyśmy w lewo i w prawo, nim dotarłyśmy na Rämistrasse. Zwolniłyśmy kroku jednocześnie, jakbyśmy się umówiły, choć nie odezwałyśmy się do siebie ani słowem. Mocniej ścisnęłam ramię przyjaciółki, kiedy zbliżałyśmy się do Cafe Metropole, ulubionej kawiarni pana Einsteina. Nie odważyłam się odwrócić głowy, by sprawdzić, czy on albo któryś z jego przyjaciół siedzi przy jednym z obleganych stolików na zewnątrz. Zauważyłam, że mimo całej pewności siebie Ružica też tam nie zerka.
- Panno Marić! Panno Dražić! - Usłyszałam głos. Dobrze wiedziałam, że należy do pana Einsteina.
Ružica szła dalej przed siebie - przez chwilę wydawało mi się, że nie usłyszała wołania. Potem jednak zerknęła na mnie ukradkiem i zrozumiałam, że tylko udaje. Chciała zmusić pana Einsteina, by zawołał nas raz jeszcze. Nie miałam w sobie krzty sprytu, postanowiłam więc podążać za przyjaciółką. Dopiero kiedy pan Einstein ponownie zawołał nas po imieniu, a Ružica odwróciła się w jego stronę, pozwoliłam sobie na niego spojrzeć.
Pan Einstein rzucił się ku nam niemal sprintem.
- Drogie panie! - zakrzyknął. - Cóż za wspaniała niespodzianka! Nalegam, byście dołączyły do mnie i moich towarzyszy. Dyskutujemy o odkryciu Thomsona, który stwierdził, że promienie katodowe zawierają cząsteczki zwane elektronami. Zaiste, przydałoby nam się świeże spojrzenie na sprawę.
Zwolniłyśmy kroku i ruszyłyśmy w stronę pana Einsteina. Przy stolikach siedziało tak dużo studentów, że trącali się łokciami, a my przebijałyśmy się przez tłum, by dołączyć do grupki pana Einsteina, wciśniętej w tylny kąt. Jak on nas dostrzegł z tego dziwnego punktu? Musiał bez przerwy wpatrywać się w ulicę.
Dwaj mężczyźni wstali i stanęli obok pana Einsteina, czekając, aż zostaną nam przedstawieni. Zdałam sobie sprawę, że jednego z nich dobrze znam, przynajmniej z widzenia. Był to pan Grossman, jeden z moich kolegów z kursu. Prócz pozdrowień i kilku uwag poczynionych podczas wykładów nie zamieniliśmy dotąd ani słowa. Drugim towarzyszem pana Einsteina był pan Besso, o którym już od niego słyszałam. Miał ciemne włosy i wesołe, brązowe oczy. Uśmiechał się serdecznie.
Panowie zajęli się pożyczaniem kilku wolnych krzeseł od innych klientów kawiarni i ustawianiem ich wokół stołu. Kiedy usiadłyśmy, pan Besso zaproponował, że naleje nam kawy i zamówi ciastka.
Spojrzałyśmy na siebie z Ružicą i wybuchnęłyśmy śmiechem na samą myśl o zjedzeniu lub wypiciu jeszcze czegokolwiek. Mężczyźni patrzyli na nas zaskoczeni, czekając na wyjaśnienie.
- Właśnie wyszłyśmy z cukierni Schobera.
- Ach. - Pan Grossman pokiwał głową. - Rozumiem doskonale. Moja mama przyjechała w zeszłym tygodniu z Genewy z wizytą i spędziliśmy tam długie popołudnie. Zdaje się, że później nie jadłem dwa dni.
Nigdy wcześniej nie słyszałam z ust pana Grossmana aż tylu słów naraz, a te były bardzo sympatyczne. Po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać, czy to nie ja jestem odpowiedzialna za problemy z komunikacją.
Panowie wrócili do rozmowy o eksperymencie Thomsona, a my z Ružicą umilkłyśmy. Była to dla mnie nowa sytuacja. Zastanawiałam się, czy powinnam wyrazić swoją opinię, czy też poczekać, aż zostanę o nią zapytana. Obawiałam się, że pan Grossman i pan Besso wezmą moją nieśmiałość za ponuractwo lub ignorancję, ale nie chciałam też wyskakiwać przed szereg.
- Co pani o tym myśli, panno Marić? - spytał pan Einstein, jakby potrafił czytać w moich myślach.
Po takim zaproszeniu mogłam już odpowiedzieć:
- Zastanawiam się, czy cząsteczki, jakie pan Thomson znalazł za pomocą tych promieni katodowych, nie są kluczem do zrozumienia materii.
Mężczyźni milczeli, a ja od razu się wzdrygnęłam. Czyżbym powiedziała zbyt dużo? Czy powiedziałam coś głupiego?
- Dobrze powiedziane - rzekł pan Besso.
- Zgadzam się. - Pokiwał głową pan Grossman.
Wszyscy trzej wrócili do dyskusji na temat istnienia atomów, która najwyraźniej zaczęła się, nim dołączyłyśmy do nich z Ružicą, a ja znów zamilkłam. Nie na długo jednak. Kiedy przerwali, ponownie miałam szansę wyrazić swoją opinię. Gdy stało się jasne, że nie chowam się w skorupę niczym żółw, pozostali czekali na moje opinie, także gdy przeszliśmy do rozmowy o europejskich eksperymentach, zwłaszcza o odkryciu promieniowania elektromagnetycznego przez Wilhelma Roentgena.
Chociaż próbowałam wyciągnąć z Ružicy opinię na temat politycznego znaczenia tego odkrycia, przez większość czasu zachowywała nietypowe dla siebie milczenie. Czy towarzystwo pana Einsteina i jego kolegów ją rozczarowało? Czy miała nadzieję na bardziej tradycyjną rozmowę, w której uprzejmości przeważałyby nad naukową debatą?
Być może nasza przygoda nie potoczyła się tak, jak chciała Ružica, jednak udział w tej dyskusji i wiara pana Einsteina we mnie sprawiały, że czułam się pełna życia i energii niczym prąd płynący przez Zurych. Nie zastanawiałam się nad tym, co jeszcze mogły oznaczać jego zachęty.
- Czy to ty, Milevo? Przegapiłaś Mozarta! - Usłyszałam z bawialni głos Milany.
O nie. Mozart. Już drugi raz w tym tygodniu nie przyszłam na muzyczne spotkanie z dziewczętami. Moje policzki były teraz czerwone nie tylko z podniecenia, jakie wywołało popołudnie spędzone w Cafe Metropole.
Wkradłam się do tylnego salonu, nie próbując ukrywać zdenerwowania ich przyjęciem ani zawstydzenia własnym zachowaniem. Czemuż miałabym to robić? Powinnam mieć poczucie winy: przyjaciółki obdarzyły mnie czułością i poczuciem bezpieczeństwa w nowym miejscu, a ja nie potrafiłam nawet dotrzymywać terminów. Ledwie coś odwróciło moją uwagę, zniknęłam. Byłam naprawdę niedobrą przyjaciółką.
Ružica, Milana i Helene siedziały wokół stołu w bawialni. Ich filiżanki były opróżnione, a instrumenty rozrzucone dokoła. Muzyczne interludium dawno się skończyło - a może, z mojej winy, nawet się nie zaczęło - a one niewątpliwie się na mnie złościły. Pierwszy raz ich miny pasowały do ponurych ubrań.
- Bez twojej tamburicy to już nie było to samo - zbeształa mnie Ružica.
Pod maską rozczarowania dostrzegałam jednak ukrytą czułość. Trudno byłoby dłużej mi wymyślać, skoro właściwie to ona wciągnęła mnie do kawiarni. Sama zresztą już nigdy do mnie nie dołączyła, uznając toczące się tam dyskusje za zbyt naukowe.
- Tak, Milevo - zgodziła się Milana. - Utwór brzmiał głucho. Dość słabo.
Helene nic nie mówiła. Jej milczenie było gorsze niż otwarta krytyka. Było jak błyskawica zapowiadająca burzę.
- Gdzie byłaś? - spytała Milana.
Nim zdążyłam odpowiedzieć, Helene spojrzała na mnie z oburzeniem. Rozżalenie i złość, które pojawiły się tego wieczoru, kiedy pan Einstein zagrał z nami po raz pierwszy, były niczym ropiejąca rana. Wtedy przywitała go chłodnymi słowami: "Jak można tak po prostu pojawić się w domu koleżanki bez zaproszenia?". Kiedy Milana i Ružica zgodziły się, żeby dołączył do koncertu Bacha, Helene kilka razy przerywała grę, żeby krytykować jego technikę. Nie było to dla miłej zazwyczaj Helene typowe zachowanie, ale nie zmieniła go podczas kolejnych trzech niezapowiedzianych wizyt.
Wreszcie wybuchła:
- Niech zgadnę. Dyskutowałaś o nauce w Cafe Metropole. Z panem Einsteinem i jego przyjaciółmi.
Nie odpowiedziałam. Helene miała rację, a dziewczęta dobrze o tym wiedziały. Nic nie usprawiedliwiało mojego spóźnienia. Cóż mogłam powiedzieć? Jak wytłumaczyć radość, którą czułam w Cafe Metropole? Czy miało to znaczenie dla tego, co czułam do nich? Zwłaszcza odkąd coraz częściej przedkładałam rozmowy z panem Einsteinem nad nasze muzycznie spotkania.
Łzy napłynęły mi do oczu, byłam na siebie wściekła. Nic nie było warte ich rozczarowania. To one na nowo rozpaliły moje marzenia o pięknej przyszłości, a razem zbudowałyśmy kryjówkę przed światem, w której mogłyśmy być naprawdę sobą: intelektualistkami, które czasem się wygłupiają. Pan Einstein, mimo swojej obecności w moim życiu w czasie ostatnich dwóch miesięcy, mimo podniecenia, jakie czułam w jego obecności, nie był tego wart.
Ostrożnie usiadłam na jedynym wolnym krześle, ocierając łzę.
- Mogę tylko was szczerze przeprosić.
Ružica i Milana sięgnęły przez stół, by ścisnąć moją dłoń.
- Oczywiście, Milevo - powiedziała Milana, a Ružica pokiwała głową.
Helene się nie poruszyła.
- Mam tylko nadzieję, że taka sytuacja nie będzie się powtarzać, Mitzo. Liczymy na ciebie.
Te słowa nie dotyczyły tylko nieudanych koncertów i jej opinii na temat mojego zachowania. Były jak ultimatum. Helene dawała mi jeszcze jedną szansę, ale tylko pod warunkiem że uznam naszą grupę za najważniejszą. Że dotrzymam naszej umowy.
Sięgnęłam przez stół, by chwycić jej dłoń.
- Obiecuję ci, że nigdy więcej nie zapomnę o naszych wspólnych planach i nie zostanę za długo w Cafe Metropole.
Uśmiechnęła się równie ciepło i życzliwie jak podczas naszego pierwszego spotkania. W bawialni rozległo się westchnienie ulgi.
- Zresztą co mogłoby podobać się w panu Einsteinie poza możliwością prowadzenia nudnych dyskusji o fizyce? Chyba nie jego szalona fryzura - zażartowała Milana.
Wybuchnęłyśmy śmiechem. Niesforne loki pana Einsteina przeszły już do legendy. W elegancko uczesanym Zurychu jego włosy nie miały sobie równych. Wyglądał, jakby nie miał w domu grzebienia.
- Z pewnością nie pociąga jej też jego strój - wtrąciła się Ružica. - Widziałyście, jak pognieciona była ostatnio jego marynarka? Kiedy przyszedł grać Bacha? Jakby przechowywał swoje ubrania na podłodze.
Śmiałyśmy się coraz głośniej i nagle każda z nas miała ochotę zażartować z pana Einsteina. Nawet Helene.
- Jest jeszcze jego fajka! Czy wydaje mu się, że dzięki niej jego pucułowate policzki wyglądają doroślej? Że przypomina profesora? - Żartobliwie powtórzyła gest pana Einsteina, udając, że ładuje tytoń do swojej długiej fajki i pyka ją w zamyśleniu.
Kiedy wszystkie śmiałyśmy się z tej parodii, zadzwonił dzwonek wzywający na kolację. Opanowałyśmy chichot i zeszłyśmy na dół.
Później tego wieczoru siedziałam w swoim pokoju, owinięta haftowanym w róże szalem, który podarowała mi mama. Czerwcowa noc była przyjemnie chłodna, a chociaż mogłam zamknąć okno, nie zrobiłam tego, chciałam czuć świeże powietrze na twarzy. Miałam mnóstwo pracy domowej: całe rozdziały tekstów do przeczytania i matematyczne zadania do rozwiązania. Marzyłam o pokrzepiającej Milchkaffee, ale w pensjonacie nie mogłam na nią liczyć.
Aż podskoczyłam, słysząc pukanie do drzwi. Nikt nie zaglądał do mnie o tej porze. Uchyliłam lekko drzwi, by sprawdzić, kto przyszedł.
W korytarzu stała Helene.
- Wejdź, proszę - szybko zaprosiłam ją do środka.
Wskazując jej łóżko, jedyne miejsce do siedzenia, jeśli nie liczyć mojego krzesła, poczułam, że ogarnia mnie niepokój. Czy przyszła, żeby rozmawiać o Cafe Metropole? Wydawało mi się, że problem został rozwiązany. Przez całą kolację miałyśmy równie dobry humor co podczas żartów w bawialni.
- Pamiętasz, kiedy pierwszy raz zdałaś sobie sprawę, że jesteś inna od swoich koleżanek? Mądrzejsza? - spytała Helene.
Pokiwałam głową, choć zaskoczyło mnie jej pytanie. Dobrze pamiętałam lekcję pani Stanojević, podczas której zrozumiałam, że różnię się od innych. Miałam siedem lat i strasznie mi się nudziło. Pozostałe uczennice - bo były tam same dziewczynki - zadziwione słuchały, jak nauczycielka wyjaśnia podstawowe zasady mnożenia, banalnej operacji, której nauczyłam się sama trzy lata wcześniej. Miałam dziwne wrażenie, że ja potrafiłabym im to wytłumaczyć. Że gdyby wolno mi było zająć miejsce pani Stanojević przy tablicy, pokazałabym im prostotę liczb, łatwy sposób na to, jak można patrzeć przez nie i wokół nich, łączyć je w niezliczone grupy i tworzyć wyrafinowane powiązania. Nie odważyłam się jednak. Uczennica stojąca przy tablicy byłaby w Volksschule czymś nie do pomyślenia. Nawet w najdalszych rejonach Austro-Węgier panowały porządek i hierarchia. Zamiast więc wstać i przejąć inicjatywę, wpatrywałam się w brzydkie czarne buciory, które mama kazała mi nosić codziennie w nadziei, że dzięki nim mniej będzie widać moje kalectwo. Zaczęłam porównywać je do delikatnych, sznurowanych trzewików w kolorze kości słoniowej, które miała na sobie moja koleżanka z klasy, słodka, jasnowłosa Maria.
- Jak to było? - spytała Helene.
Opowiedziałam jej historię sfrustrowanej siedmiolatki.
- Czy zrobiłaś coś kiedyś ze swoim podejrzeniem, że możesz być lepszą nauczycielką matematyki od pani Stanojević? - Roześmiała się.
- A i owszem. - Dziwnie się czułam, dzieląc się tą historią.
- Co się wydarzyło?
- Z jakiejś przyczyny nauczycielka musiała wyjść z klasy. Nie było jej długo, więc dziewczęta zaczęły plotkować i wstawać z ławek. Oczywiście łamały w ten sposób obowiązujące zasady.
- Oczywiście.
- Jedna z nich, miała chyba na imię Agata, podeszła do mnie. Zastanawiałam się, czego ode mnie chce, nie przyjaźniłam się z nią, tak jak nie przyjaźniłam się zresztą z nikim innym. Podejrzewałam, że będzie chciała się ze mnie pośmiać. Rozumiesz?
- Rozumiem.
- Ale ona pochyliła się nad moją ławką i poprosiła, żebym wytłumaczyła jej mnożenie. Zaczęłam więc tłumaczyć jej własnymi słowami to, o czym mówiła pani Stanojević. Podczas naszej rozmowy dołączało do nas coraz więcej koleżanek, aż niemal wszystkie zebrały się dokoła mojej ławki. Wreszcie, choć wiedziałam, że to ryzykowne, pokuśtykałam do tablicy. Zrobiłam tak po to, żeby im pomóc, ale też po to, by pomóc samej sobie. Gdyby udało mi się wszystko im wyjaśnić, może pani Stanojević mogłaby przejść do jakiegoś ciekawszego tematu. Na przykład do dzielenia.
- Jakiej użyłaś metody?
- Zamiast powtarzać tabelki, jakie nauczycielka zapisała na tablicy, wybrałam jedno działanie: sześć razy trzy. Powiedziałam koleżankom, żeby nie próbowały go zapamiętać, ale żeby użyły dodawania, które już rozumiały. Wyjaśniłam, że sześć razy trzy oznacza po prostu: dodaj liczbę sześć trzy razy. Kiedy usłyszałam słowo "osiemnaście" z ust kilku z nich, zrozumiałam, że pomogłam przynajmniej niektórym.
- A więc to był ten moment.
- Tak naprawdę nastąpił on chwilę później. Odwróciłam się i zobaczyłam, że pani Stanojević wróciła. Stała w drzwiach z drugą nauczycielką, panią Kleine. Na widok znajdującego się przy tablicy dziecka szeroko otworzyły usta.
Zachichotałyśmy na myśl o małej, dzielnej Milevie i jej oszołomionej nauczycielce.
- Zamarłam, obawiając się, że zostanę wytargana za uszy za swoją bezczelność. Niespodziewanie jednak po najdłuższej w moim młodym życiu minucie pani Stanojević uśmiechnęła się. Spojrzała na panią Kleine i po krótkiej wymianie zdań powiedziała:
- Bardzo dobrze, panienko Marić. Czy mogłybyśmy jeszcze raz wysłuchać tej lekcji?
Umilkłam na chwilę.
- Wtedy już wiedziałam.
- Wiedziałaś, że jesteś inna? Mądrzejsza od koleżanek?
- Wiedziałam, że moje życie będzie wyglądać inaczej - odparłam szeptem. - Zresztą koleżanki tylko wzmocniły moje przekonanie, że nigdy nie będę taka jak one.
Opowiedziałam Helene historię, której dotąd nie opowiadałam nikomu. O tym, jak tego samego dnia wracałam do domu, omijając porośnięte krzakami pole, na którym bawiły się uczennice, a jedna z moich koleżanek o imieniu Radmila po raz pierwszy zaprosiła mnie do zabawy. Chociaż byłam podejrzliwa i chciałam odmówić, patrząc jej prosto w ciemnobrązowe oczy, coś we mnie bardzo pragnęło przyjaciółki. Zgodziłam się więc. Dziewczynki, które stały już w okręgu, trzymając się za ręce, wpuściły nas pomiędzy siebie. Dołączyłam do rytmicznych tańców i głupich piosenek, kołysząc się w tę i z powrotem pośród wzbijającego się wysoko kurzu. Nagle zasady się zmieniły. Tempo zwiększyło się gwałtownie, popychano mnie ze wszystkich stron. Kiedy nogi się pode mną ugięły, dzieci ciągnęły mnie w kółko, nie przestając śpiewać. Potem puściły moje ręce i wypchnęły na środek, brudną i obolałą, i śmiały się, gdy próbowałam wstać. Cała zapłakana, podniosłam się i pokuśtykałam do domu piaszczystą drogą. Nie obchodziło mnie, czy będą się ze mnie dalej śmiały, bardziej już nie mogły mnie zranić. Od samego początku ich celem było upokorzenie mnie za moją zuchwałość i inność.
- Moja historia jest bardzo podobna - wyszeptała Helene. Sięgnęła ku mnie, żeby mnie objąć, i powiedziała:
- Mitzo, żałuję, że nie poznałyśmy się wcześniej.
- Ja też, Helene.
- Przepraszam, że byłam dziś dla ciebie taka surowa. I za moją nieufność wobec pana Einsteina. Wiem, że z początku sama zachęcałam cię, abyś zawarła z nim sojusz, ale nie sądziłam, że okaże się tak arogancki i niekonwencjonalny. Tak wiele czasu zajęło mi znalezienie ludzi podobnych do mnie. Jest mi bardzo trudno, kiedy wydaje mi się, że się odsuwają, zwłaszcza w stronę kogoś, kto niekoniecznie na to zasługuje. Stąd moja przesadna reakcja.
Ściskając ją mocno, powiedziałam:
- Przepraszam, Helene. Nie odsuwam się od ciebie. Wydawało mi się, że spędzając czas z panem Einsteinem i jego kolegami naukowcami, tak naprawdę przybliżam się do celu, o którym mówimy tak często. Mężczyźni w kawiarni nie mówią o niczym innym tylko o najnowszych odkryciach naukowych, odkryciach, których nie miałabym okazji poznać w inny sposób.
Milczała przez chwilę.
- Nie wiedziałam. Sądziłam, że pociąga cię "bohema", o której nie przestaje mówić pan Einstein. Że chodzi o niego, nie o naukę.
- Nie, Helene - poprawiłam ją pospiesznie. - Kiedy spędzam z nim czas, jest dla mnie jak kolega z politechniki. Wiem, że tu zachowuje się frywolnie, ale w szkole i w Cafe Metropole naprawdę wiele się od niego uczę.
Już wypowiadając te słowa, zdałam sobie jednak sprawę, że to nie do końca prawda. Moje uczucia były bardziej skomplikowane, w towarzystwie pana Einsteina czułam się pełna życia, rozumiana i akceptowana. Było to wyjątkowe i niepokojące wrażenie.
Próbując uspokoić jednocześnie przyjaciółkę i samą siebie, powiedziałam:
- To jednak nie ma większego znaczenia. Twoja opinia znaczy dla mnie tak wiele. Najwięcej na świecie.
Rozdział 7
30-31 lipca 1897
Zurych i dolina rzeki Sihl, Szwajcaria
Chociaż aż do końca semestru Helene nie zaakceptowała pana Einsteina, po naszej rozmowie zaczęła odnosić się do niego łagodniej. Czy to dzięki wzmocnieniu naszego paktu, czy z powodu naszych złośliwych uwag na temat jego fryzury, jej niepokój wydawał się słabnąć. Nie uznawała go już za zagrożenie dla naszych małych rytuałów, choć on wciąż pozostawał nieprzerwanie, uparcie obecny.
Moje zapewnienia o wierności przyjaciółkom i łagodne żarty na temat pana Einsteina mnie również pomogły zachować wobec niego dystans. Przypomniały mi, że jest po prostu podobnym do mnie wielbicielem fizyki i kolegą ze studiów, do tego dość śmiesznym i dziwnie wyglądającym. Sądziłam, że uda mi się stłumić wszelkie uczucia do niego. Czułam się odpowiednio uzbrojona, by uprzejmie odeprzeć jakiekolwiek zaloty, jakie mogłyby stać się moim udziałem. Zresztą nie słyszałam z jego ust nic prócz frywolnych żarcików i sugestii.
Wieczorem ostatniego dnia egzaminów sekcji szóstej - do których uczyłam się pilniej niż kiedykolwiek wcześniej - pan Einstein pojawił się na progu pensjonatu Engelbrechtów, jak to miał już w zwyczaju. Nie zaskoczyło mnie to. Nie został zaproszony na ten dzień, ale też nigdy wcześniej nie czekał na zaproszenie. Jego gra na skrzypcach była tak pełna wirtuozerskiej energii, że dziewczęta cieszyły się z jego obecności, choć nigdy w pełni nie zaakceptowały jego nonszalancji.
Zaplanowałyśmy wieczór z Czterema porami roku Antonia Vivaldiego, chcąc uczcić zmiany zachodzące w naszym życiu. Tego wieczoru gra pana Einsteina była wyjątkowo emocjonalna. Gdy wybrzmiały ostatnie nuty, przerwaliśmy zadowoleni i w tej chwili cichej satysfakcji pan Einstein odezwał się:
- Panno Kaufler, już od kilku miesięcy opowiadacie o czarodziejskim lesie Sihlwald.
- To prawda - przyznała Helene.
- Doskonale pamiętam, że wspominała pani widok z wzgórz Albis, panno Kaufler.
- Owszem. - Pokiwała głową w naszą stronę, po czym wspomniała o urokach Albishornu. Sądziła chyba, że jest to tylko niewinna rozmowa, ale ja od razu zrozumiałam, o co chodzi.
- Byłoby mi niezmiernie miło, gdyby panie pozwoliły mi towarzyszyć sobie podczas wyjazdu zaplanowanego na jutrzejszy poranek.
Nasza czwórka zdecydowała się wybrać na wycieczkę, by uczcić koniec semestru. Odkąd pierwszy raz byłyśmy w Sihlwaldzie, wybierałyśmy się coraz dalej i dalej, ale po długiej dyskusji postanowiłyśmy zakończyć semestr tam, gdzie go rozpoczęłyśmy.
Choć mnie intencje pana Einsteina wydawały się jasne, Helene wyglądała na zaskoczoną. Z trudem wydukała odpowiedź:
- Cóż, panie Einstein... Rozumie pan... ta wycieczka... została zaplanowana jako pożegnanie. Tylko dla nas czterech.
Niezrażony pan Einstein nalegał w typowy dla siebie dowcipny, lecz pełen determinacji sposób.
- Czy to znaczy, że zostaje mi odebrane nie tylko naturalne piękno Sihlwaldu, ale też przyjemność przebywania w waszym towarzystwie w tę ostatnią sobotę przed wakacjami? Panno Kaufler, przecież zobaczymy się dopiero za kilka miesięcy.
Jego zuchwałość, wyjątkowa nawet jak na niego, jeszcze bardziej ją zdenerwowała.
- Ale ja nie mogę... ta decyzja nie należy tylko do mnie.
Błagalnie spojrzał prosto na mnie swoimi brązowymi oczyma. Poczułam ucisk w żołądku, gdy przeniósł wzrok na Ružicę i Milanę.
- Co na to powiecie, drogie panie?
Był bezczelny. Uprzejme, dobrze wychowane panienki takie jak my nie mogły przecież odmówić.
Z torbami pełnymi turystycznego sprzętu, prowiantu przygotowanego przez gorliwą panią Engelbrecht i map stałyśmy na peronie. Co chwila zerkałam na zegar. Pan Einstein straszliwie się spóźniał.
- Gdzie on jest? - Ružica zatupała niecierpliwie. Zadawała to pytanie mniej więcej po raz ósmy.
- Lepiej wsiądźmy - zasugerowała Milana. - Pociąg odjeżdża za dwie minuty.
Po raz kolejny spoglądając na zegar, czułam się rozdarta. Chciałam, żeby pan Einstein do nas dołączył, ale z drugiej strony wolałam, aby mój upór nie opóźnił naszej podróży. Nie chcąc wydać się nadgorliwą, powiedziałam:
- Milana ma rację. Nie możemy już dłużej czekać.
Zresztą pan Einstein wiecznie się spóźnia. Kto może wiedzieć, kiedy się pojawi?
Helene pokiwała głową i wsiadłyśmy do wagonu. Znalazłyśmy pusty przedział - nie było to trudne, bo o tej wczesnej godzinie w sobotę w pociągu było niewielu ludzi - i ułożyłyśmy bagaże na półkach nad siedzeniami. Ledwie usiadłyśmy na zniszczonych, obitych tapicerką ławach, usłyszałyśmy gwizd i pociąg ruszył.
Westchnęłam z ulgą. Być może to dobrze, że nie zobaczę się z panem Einsteinem przez kolejne trzy miesiące, aż do następnego semestru. Jego nieustanna ostatnio obecność tylko zwiększyła moją konsternację. "Tak - pomyślałam - tego mi właśnie potrzeba". Początek letnich wakacji bez niego to dobra wróżba.
- Ojej - pisnęła Milana, wyglądając przez szybę.
- Co się dzieje? - spytała Ružica.
Milana nie odpowiedziała, wskazała tylko okno, jakby widoku nie dało się opisać słowami.
Wyginając szyję, by spojrzeć ponad głową Helene, zobaczyłam dwóch mężczyzn pędzących wzdłuż peronu. Nawet przez grube szkło okienne usłyszałam, jak jeden z nich woła:
- Zatrzymać pociąg!
Wytężyłam wzrok, chcąc dojrzeć, czy to pan Einstein. Kręcona czupryna. Koszula wyciągnięta ze spodni. To wszystko jego cechy charakterystyczne, jakże niepasujące do eleganckich Szwajcarów. Miał jednak przybyć sam, a towarzyszył mu ktoś jeszcze. Może to jednak nie on? Targały mną sprzeczne uczucia.
Pociąg nieco zwolnił, a dwaj mężczyźni wskoczyli do środka. Chwilę później drzwi przedziału otworzyły się gwałtownie. Stanął w nich rozpromieniony pan Einstein.
- Zdążyłem! - Kłaniając się, wskazał za siebie. - Drogie panie, pozwólcie, że przedstawię wam mojego przyjaciela: oto Michele Besso, którego panny Marić i Dražić poznały już w Cafe Metropole. Jest inżynierem i absolwentem politechniki.
Pokiwałam głową potwierdzająco. Wiele razy rozmawiałam z panem Besso o Ernście Machu, fizyku, którego podziwiał. Rozmowy z inżynierem o łagodnym głosie w Cafe Metropole sprawiały mi przyjemność, nie wiedziałam jednak, jak odbiorą go dziewczęta. Ružica zamieniła z nim ledwie kilka słów.
- Witajcie, panowie - powiedziałam.
Nie czekając na pozwolenie ani nie wyjaśniając, czemu zabrał ze sobą dodatkową osobę, pan Einstein opadł na ławkę obok mnie. Nogą musnął fałdy mojej spódnicy, a ja zdałam sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie siedzieliśmy obok siebie. Spędzaliśmy czas w drewnianych szkolnych ławach, na rachitycznych żelaznych krzesełkach kawiarnianych i w bogato zdobionych fotelach salonu Engelbrechtów. Był zbyt blisko, zwłaszcza odkąd uznałam, że wolałabym wyjazd bez niego.
Pan Besso był bardziej uprzejmy.
- Mogę? - spytał Ružicę, nim spoczął koło niej.
Kiedy nasz niespodziewany gość wymieniał uprzejmości z Ružicą, Milaną i Helene, odwróciłam się do pana Einsteina. Jego twarz znajdowała się bardzo blisko mnie, tak blisko, że czułam jego pachnący kawą, czekoladą i tytoniem oddech.
- Cóż za wejście - powiedziałam z uśmiechem, leciutko się od niego odsuwając.
- Taki dzień jak ten zasługuje na wielkie gesty - odparł, wskazując dłonią błękitne niebo za oknem.
- Ach, to więc był powód sprintu na peronie i wołania do zawiadowcy stacji? - spytałam, uśmiechając się przebiegle.
Domyślałam się powodu jego spóźnienia, zapewne zaspał, jak to - zdaniem jego kolegów z Cafe Metropole - często mu się zdarzało. Nie miało z pewnością nic wspólnego z piękną pogodą. Nie był to może zbyt elegancki komentarz, wtedy jednak nie chciałam, by myślał o mnie jak o damie. Chciałam, by uważał mnie za równego sobie naukowca, a podobnie mogliby zażartować z niego towarzysze z kawiarni.
Roześmiał się i ściszył głos do szeptu.
- Uwielbiam ten uśmiech.
Pan Besso przerwał nam grzecznie i po chwili wszyscy rozmawialiśmy o wycieczce. Ani on, ani pan Einstein nigdy wcześniej nie byli w Sihlwaldzie, a każda z nas opowiedziała o tym, co podoba jej się tam najbardziej. Podróż minęła szybko i w miłej atmosferze.
Pierwsze godziny wspinaczki pod gęstym baldachimem roślinności były równie przyjemne. Ogromne liściaste drzewa (których właściwe nazwy znała tylko Helene) wznosiły się ponad nami, a zwalone pnie czasem przecinały nam drogę. Pełno było wokół bujnego listowia i górskich kwiatów, a sądząc po zachwytach nad obfitością leśnej zieleni, pan Einstein i pan Besso byli usatysfakcjonowani widokami. Dziewczęta cieszyła ich reakcja i tym chętniej wskazywały srebrzyste brzozy i pojawiające się raz po raz fioletowe pąki alpejskiego jaśminu. Pragnęłyśmy, by pokochali Sihlwald tak, jak my go pokochałyśmy.
Podczas wspinaczki coraz bardziej stromym zboczem dotrzymywałam kroku i koleżankom, i panom. Nikt nie zwracał najmniejszej uwagi na to, że kulałam, więc też nie musiałam się tym przejmować. Obelgi, których tak wiele słyszałam w Serbii, były teraz jak zły sen, który rozwiewało jasne światło Sihlwaldu.
Wszyscy czuliśmy się wolni. Słyszałam, jak Ružica opowiada panu Besso jeden ze swoich głupiutkich żartów, którymi zazwyczaj raczyła nas podczas gry w wista, takich, które wpierw wywoływały jęk zażenowania, a zaraz potem wybuch niekontrolowanego śmiechu. Helene rozbawił nawet jeden z dowcipów pana Einsteina. A kiedy Milana poprosiła mnie o sparodiowanie pani Engelbrecht, zgodziłam się. Gdy dotarliśmy na Albishorn, wszyscy byliśmy w świetnych humorach.
Potem jednak zawładnął nami majestatyczny pejzaż. Niknące w chmurach szczyty otaczających nas gór i błękit nieba rywalizowały o naszą uwagę z szerokim, granatowym pasem jeziora i rzeki. Byliśmy maleńcy pośród ogromu natury. Nawet gadatliwy pan Einstein umilkł. Przerywając ciszę, pan Besso wyciągnął butelkę wina z torby.
- To w ramach podziękowania za waszą gościnność, drogie panie.
Pan Einstein dobrodusznie poklepał go po ramieniu.
- Ładny gest, Michele.
Usiedliśmy, ciesząc się prezentem od pana Besso. Kolejno piliśmy po łyku z butelki, Michele przepraszał nas, że nie był w stanie zapakować kieliszków, ale nikomu to nie przeszkadzało.
- Przykro mi to mówić, ale powinniśmy zbierać się do drogi, jeśli chcemy zdążyć na ostatni pociąg do Zurychu - powiedziała Helene.
- Trudno się rozstawać, prawda? - spytała Milana, biorąc Helene pod ramię.
Wiedziałam, że mówi o czymś więcej niż tylko o Albishorn. To była tak rozkoszna, świetlista chwila, która mogłaby nigdy się nie kończyć. Czy jeszcze kiedyś nadejdzie równie doskonały moment?
Kiedy się podnosiłam, poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. Odwróciłam się i zobaczyłam pana Einsteina.
- Proszę zostać jeszcze chwilę - wyszeptał.
Zamarłam. Czego on chciał? Cisza i odosobnienie z pewnością nie były mu potrzebne, by podyskutować o fizyce. Gdzieś w głębi duszy wyczuwałam, że wszystko, co do tej pory robił - jego aluzje, żarciki, słowa wsparcia - miało doprowadzić właśnie do tej chwili, wciąż jednak trudno mi było uwierzyć, że on naprawdę coś do mnie czuje. Wiedziałam, że powinnam odmówić, nalegać, byśmy dołączyli do grupy. Przecież przygotowywałam się właśnie na ten moment... a jednak musiałam usłyszeć jego słowa.
Pan Einstein czekał chwilę. Dopiero kiedy pokiwałam głową, zawołał do pozostałych:
- Potrzebujemy jeszcze chwili. Zaraz do was dołączymy, dobrze?
Nasi towarzysze ruszyli zboczem w dół, tylko Helene się zawahała. Zmarszczyła brwi zaniepokojona.
- Jesteś pewna, Mitzo?
Pokiwałam głową. Bałam się tego, co mogłabym powiedzieć.
- W porządku. Ale tylko minutka, panie Einstein. Pociąg na nas nie poczeka.
- Oczywiście, panno Kaufler.
Patrząc na mnie znacząco, dodała:
- Będziesz go pilnować, prawda, Mitzo?
Znów pokiwałam głową.
Kiedy straciliśmy towarzyszy z oczu, pan Einstein posadził mnie obok siebie na dużym, zwalonym pniu. Widok roztaczał się u naszych stóp i choć wiedziałam, że powinniśmy cieszyć się zachodem słońca barwiącym niebo na różowo, czułam ogromne zdenerwowanie.
- Zapiera dech w piersiach, prawda? - spytał.
- Owszem. - Miałam nadzieję, że nie usłyszał drżenia mojego głosu.
Odwrócił się do mnie.
- Panno Marić, od długiego już czasu żywię do pani uczucie. Uczucie odmienne od tych, jakimi obdarzam swoje koleżanki...
Wydawało mi się, że śnię. Choć od dawna to podejrzewałam - a nawet, jeśli mam być szczera, pragnęłam tego, mimo deklaracji składanych przyjaciółkom - teraz, gdy naprawdę wypowiadał te słowa, czułam się przytłoczona.
Spróbowałam wstać.
- Myślę, że powinniśmy ruszać w drogę...
Dotknął mojego ramienia i delikatnie posadził z powrotem. Chwycił moje dłonie. Pochylił się i dotknął moich ust zaskakująco miękkimi, pełnymi wargami. Nim zdążyłam się zastanowić, już mnie całował. Poddałam się jego dotykowi i odwzajemniłam pocałunek. Moje policzki zrobiły się gorące. Poczułam na plecach dotyk jego palców. Izgubila sam se. To, czego w tej chwili doświadczałam, potrafiłam opisać tymi tylko słowami. Po serbsku oznaczają zagubienie. Utratę kierunku, poddanie się, oddalenie od siebie samej. Gdy oderwaliśmy się od siebie na chwilę, spojrzał mi w oczy. Ledwie łapałam oddech.
- Znów mnie pani zaskoczyła, panno Marić.
Gdy musnął mój policzek, marzyłam o kolejnym pocałunku. Zadziwiła mnie siła tego pragnienia. Uspokoiłam się, wzięłam głęboki oddech i powiedziałam:
- Panie Albercie, nie mogę udawać, że pana uczucie jest nieodwzajemnione. Nie wolno mi jednak zboczyć z wyznaczonej drogi. Wiele poświęciłam i ciężko pracowałam, by się na niej znaleźć. Romanse i praca z trudem się łączą. Zwłaszcza gdy jest się kobietą.
Uniósł krzaczaste brwi, a jego usta - tak pełne i miękkie - otwarły się. Najwyraźniej spodziewał się uległości, nie oporu.
- Nie, panno Marić. Członkowie bohemy, jak my, tak odmienni od zwykłych ludzi, obdarzeni wyobraźnią, z pewnością mogą mieć jedno i drugie.
Tak bardzo chciałam, by jego wizja okazała się prawdziwa.
Zbierając siły, powiedziałam:
- Proszę nie chować urazy, nie możemy jednak kontynuować naszej znajomości. Dzielę pana przekonanie, że jesteśmy wyjątkowi, muszę jednak odsunąć uczucia na bok i skupić się na celach zawodowych.
Strząsnęłam ze spódnicy korę i zeschłe liście i ruszyłam na drogę.
- Pójdzie pan ze mną?
Wstał i podszedł bardzo blisko. Znów chwycił moje dłonie i powiedział:
- Nigdy wcześniej nie byłem niczego ani nikogo tak pewien. Będę czekać, panno Marić. Aż będzie pani gotowa.