Pani Einstein - Marie Benedict

-
Proszę czekać

Roz­dział 8

29 sierp­nia 1897 i 21 paź­dzier­nika 1897

Kać, Ser­bia; He­idel­berg, Niemcy

Znisz­czona, po­gnie­ciona kartka spa­dła na zie­mię. Pa­trzy­łam, jak le­ni­wie unosi ją cie­pły wiatr, który prze­ni­kał do środka przez okna dzwon­nicy. Książka pro­fe­sora Phil­lipa Le­narda le­żała od go­dziny otwarta na tej sa­mej stro­nie, a ja nie prze­czy­ta­łam ani słowa.

Się­gnę­łam, by pod­nieść pa­pier z po­ry­so­wa­nej drew­nia­nej pod­łogi. Sie­dzia­łam w zwień­czo­nej skle­pie­niem wieży Iglicy na­szego let­niego domu w Ka­ciu, gdzie spę­dza­li­śmy let­nie mie­siące. Dom ten, na­zwany tak ze względu na dwie wieże, zdo­biące boki willi w stylu ty­rol­skim, i jedną po­środku, da­wał nam w le­cie wy­tchnie­nie, od­kąd by­łam dziec­kiem. Nie­ważne, gdzie się prze­pro­wa­dza­li­śmy z po­wodu pracy papy lub mo­jej szkoły - miesz­ka­li­śmy już w Ru­mie, No­wym Sa­dzie, w Srem­skiej Mi­tro­vicy i wresz­cie w Za­grze­biu - Iglicę za­wsze mo­głam na­zwać do­mem.

W dzie­ciń­stwie spę­dza­łam wa­ka­cje w dzwon­nicy Iglicy, po­dzi­wia­jąc z okien zmie­nia­jący się wiej­ski pej­zaż z po­lami sło­necz­nika i ku­ku­ry­dzy oraz czy­ta­jąc mnó­stwo ksią­żek. Była to moja kry­jówka, moje schro­nie­nie, miej­sce, gdzie po­zna­wa­łam ba­śnie i gdzie na­ro­dziło się moje ma­rze­nie o zo­sta­niu na­ukow­cem. Także te­raz cho­wa­łam się tu przed świa­tem.

Pa­trzy­łam na kartkę, którą trzy­ma­łam w dło­niach. Pa­trzy­łam na ad­res pana Ein­ste­ina, który za­pi­sał swoim roz­cią­gnię­tym, za­ma­szy­stym pi­smem rów­nie peł­nym roz­ma­chu jak jego oso­bo­wość. Kiedy się że­gna­li­śmy po po­wro­cie z Sihl­waldu, wci­snął mi pa­pier do ręki, pro­sząc, bym na­pi­sała do niego pod­czas wa­ka­cji. Uży­wa­łam tego cien­kiego pa­seczka jako za­kładki, dzięki czemu mo­głam no­sić go ze sobą wszę­dzie. Cho­ciaż nie roz­sta­wa­łam się z jego ad­re­sem, obie­ca­łam so­bie, że go nie użyję. Trzy­ma­łam się tej przy­sięgi, na­wet kiedy moje my­śli od­pły­wały ku na­szym go­rą­cym dys­ku­sjom o ma­te­ma­tyce i fi­zyce. Wie­dzia­łam, że list do niego byłby kon­ty­nu­acją in­tym­nego związku roz­po­czę­tego w Sihl­wal­dzie, a ów zwią­zek ra­czej na pewno unie­moż­li­wiłby ka­rierę, na którą pra­co­wa­łam od tak dawna, nie­prze­rwa­nie wspie­rana przez tatę. Nie zna­łam żad­nej pra­cu­ją­cej za­wo­dowo ko­biety, która by­łaby jed­no­cze­śnie mę­żatką, po co więc roz­po­czy­nać coś, co nie mo­gło mieć dal­szego ciągu? Po­cie­sza­łam się, my­śląc o peł­nej przy­jaźni i roz­ry­wek przy­szło­ści, jaką na­kre­śli­ły­śmy dla sie­bie z He­lene.

Przez okno przy­glą­da­łam się buj­nym, na­kra­pia­nym sło­necz­ni­kami ni­zi­nom wo­kół Ka­cia. Ta część re­gionu Woj­wo­diny na pół­noc od Du­naju była kie­dyś sce­ne­rią gwał­tow­nych walk po­mię­dzy Ce­sar­stwem Au­stro­Wę­gier na za­cho­dzie a Im­pe­rium Osmań­skim na wcho­dzie. Te­raz w jego sztucz­nie stwo­rzo­nych gra­ni­cach wciąż do­cho­dziło do na­pięć po­mię­dzy ger­mań­ską wła­dzą a sło­wiań­skimi lu­dami. Mia­łam na­dzieję, że zna­jomy pej­zaż, przy­jemne za­pa­chy, oj­czy­sty ję­zyk i ro­dzinne cie­pło po­mogą mi za­po­mnieć o tym, co wy­da­rzyło się w Sihl­wal­dzie mię­dzy mną a pa­nem Ein­ste­inem. A jed­nak czu­łam się rów­nie roz­darta jak ta wieś, za­gu­biona po­śród wła­snych uczuć i obiet­nic.

Przez cien­kie ściany wieży dało się sły­szeć dud­nie­nie cięż­kich kro­ków i to mógł być tylko mój po­tężny tata. Uda­wa­łam, że go nie sły­szę. Nie dla­tego, że nie mia­łam ochoty go zo­ba­czyć. Chcia­łam po pro­stu, by wciąż wie­rzył, że je­stem w sta­nie w pełni po­świę­cić się lek­tu­rze, co nie uda­wało mi się od czte­rech ty­go­dni. Zwi­nięta na pod­nisz­czo­nym szez­longu, który mama umie­ściła w tej rzadko od­wie­dza­nej czę­ści Iglicy, uda­wa­łam cał­ko­wite za­an­ga­żo­wa­nie.

Jego kroki sta­wały się co­raz bliż­sze i gło­śniej­sze, lecz na­wet nie pod­nio­słam głowy. Kie­dyś do­sko­nale po­tra­fi­łam się wy­łą­czyć i nie zwra­cać uwagi na oto­cze­nie, ale igno­ro­wa­nie ła­sko­tek papy było nie­moż­liwe. W ciągu kilku se­kund zdą­żył po­ła­sko­tać mnie w kilku szcze­gól­nie wraż­li­wych miej­scach. Za­pisz­cza­łam.

- Tato! - za­wo­ła­łam z uda­wa­nym prze­ra­że­niem. - Mam pra­wie dwa­dzie­ścia je­den lat! Je­stem za stara na ła­skotki! Poza tym wła­śnie czy­ta­łam.

Pod­niósł moją książkę i do­kład­nie przyj­rzał się stro­nie, na któ­rej była otwarta.

- Hmm, Le­nard. Coś mi się wy­daje, że wczo­raj wie­czo­rem czy­ta­łaś do­kład­nie ten sam frag­ment do­kład­nie tej sa­mej książki.

Za­ru­mie­ni­łam się. Usiadł obok mnie.

- Mitzo, za­cho­wu­jesz się jak nie ty. Na­wet ze mną nie chcesz roz­ma­wiać. Nie spę­dzasz czasu z mamą, Zorką i ma­łym Mi­lo­šem. Wiem, że twoje ro­dzeń­stwo jest od cie­bie znacz­nie młod­sze, ale kie­dyś przy­naj­mniej or­ga­ni­zo­wa­łaś dla nich pik­niki.

Słowa taty spra­wiły, że po­czu­łam się winna. Każ­dego lata kilka razy pa­ko­wa­łam pro­wiant do ko­szyka i za­bie­ra­łam Zorkę i Mi­loša na wy­cieczkę w pola. Tam, po­mię­dzy sło­necz­ni­kami i pod błę­kit­nym nie­bem, czy­ta­łam im swoje ulu­bione bajki z dzie­ciń­stwa, na­wet Małą, śpiewającą żabkę. Tym ra­zem nie zor­ga­ni­zo­wa­łam im ani jed­nej wy­cieczki. Chcia­łam wy­ja­śnić ta­cie, że czter­na­sto­let­nia sio­stra i dwu­na­sto­letni brat są już na to za duzi, po­wstrzy­ma­łam się jed­nak. Tata na­tych­miast wy­czułby kłam­stwo.

Znów spoj­rzał na moją książkę, a za­raz po­tem na mnie.

- Na­wet się nie uczysz ani nie czy­tasz. Czy wszystko w po­rządku?

- Tak, tato - po­wie­dzia­łam, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać na­pły­wa­jące łzy.

- No nie wiem, Mitzo. Nie ucie­szy­łaś się na­wet ze swo­ich ocen, kiedy do­sta­łaś list. Masz śred­nią cztery i pół. Cztery i pół na sześć! To po­wód do świę­to­wa­nia, a ty na­wet nie chcia­łaś wznieść z nami to­a­stu.

Od­kąd wró­ci­łam do domu, ta­jem­nica pa­liła mnie od środka. Wiele razy chcia­łam się zwie­rzyć pa­pie, któ­remu opo­wia­da­łam o wszyst­kim, od­kąd pa­mię­tam. Coś mnie jed­nak po­wstrzy­my­wało. Być może ba­łam się go roz­cza­ro­wać po tym, jak tyle zro­bił, by za­pew­nić mi edu­ka­cję. Może nie chcia­łam znisz­czyć ob­razu zdol­nej, ale sa­mot­nej ba­daczki. Jak mo­gła­bym po­wie­dzieć mu o panu Ein­ste­inie?

- Wszystko jest w po­rządku, papo. - Jesz­cze nie skoń­czy­łam mó­wić, a już wie­dzia­łam, że moje słowa brzmią fał­szy­wie.

Chwy­cił mnie za ra­miona i de­li­kat­nie ob­ró­cił w swoją stronę. Wie­dział, że nie uda mi się go okła­mać ani na­wet ni­czego prze­mil­czeć, je­śli bę­dzie mi pa­trzył pro­sto w oczy.

- Co się dzieje, Mitzo?

Łzy, które po­wstrzy­my­wa­łam przez cztery ty­go­dnie, try­snęły fon­tanną. Mó­wi­łam, za­no­sząc się łka­niem, a papa po pro­stu cze­kał, aż skoń­czę.

Kiedy wresz­cie za­pa­no­wa­łam nad od­de­chem, a łzy prze­stały mi pły­nąć, papa wciąż mil­czał. Unio­słam wzrok prze­stra­szona, że jest na mnie wście­kły. Że nie zda­łam eg­za­minu znacz­nie waż­niej­szego niż te na po­li­tech­nice.

Jed­nak po jego twa­rzy też pły­nęły łzy.

- Och, moja biedna Mitzo. Cze­muż twoja droga jest tak wy­bo­ista?

Jak to moż­liwe, że mój nie­zwy­cię­żony oj­ciec pła­kał? Czyżby to moje mil­cze­nie do­pro­wa­dziło go do łez? To do niego się zwra­ca­li­śmy - tak jak pod­le­gli mu rzą­dowi urzęd­nicy - gdy sta­wa­li­śmy przed pro­ble­mem nie do roz­wią­za­nia. Się­gnę­łam do kie­szeni po ko­ron­kową chu­s­teczkę i wy­tar­łam jego po­liczki oraz oczy.

- Nie je­steś na mnie zły, tato? - Przy­naj­mniej z tego mo­głam się cie­szyć.

- Oczy­wi­ście, że nie, moja słodka dziew­czynko. Tak bar­dzo chciał­bym, by twoje ży­cie było pro­ste, że­byś miała wszystko, czego za­pra­gniesz. Nie­stety, wy­bitne umie­jęt­no­ści to cię­żar, prawda?

- Chyba tak - od­par­łam roz­cza­ro­wana, że na tym mogą się skoń­czyć jego rady. Przez całe ży­cie sły­sza­łam, że po­no­szę od­po­wie­dzial­ność za roz­wój swo­jego in­te­lektu. Cho­ciaż wie­dzia­łam, że to nie­roz­sądne, wręcz nie­moż­liwe, mia­łam na­dzieję, że oj­ciec zdoła roz­wią­zać pro­blem pana Ein­ste­ina tak, jak roz­wią­zy­wał wiele in­nych.

- Czy chcesz wró­cić na stu­dia? Wciąż ma­rzysz o ka­rie­rze pro­fe­sora fi­zyki?

"Ale co wtedy z pa­nem Ein­ste­inem?", za­sta­na­wia­łam się. Od­po­wie­dzia­łam jed­nak po­ta­ku­jąco, by go za­do­wo­lić.

- Tak, papo. Za­wsze tego pra­gnę­łam. Tak usta­li­li­śmy.

- Czy uwa­żasz, że roz­ważny jest po­wrót na po­li­tech­nikę, gdzie nie da się uciec przed obec­no­ścią pana Ein­ste­ina? Może zy­ska­ła­byś wła­ściwy dy­stans, stu­diu­jąc przez se­mestr na in­nej uczelni? Mo­gła­byś wró­cić do Zu­ry­chu za pół roku, wy­ro­biw­szy so­bie obiek­tywny sąd w spra­wie pana Ein­ste­ina.

Se­mestr roz­łąki. Na myśl o tym, że mo­gła­bym nie wi­dzieć go dłu­żej niż trzy mie­siące, po­czu­łam, że ści­ska mi się serce, im dłu­żej jed­nak roz­wa­ża­łam pro­po­zy­cję taty, tym więk­szą czu­łam ulgę. Przez ko­lejne mie­siące nie mu­sia­ła­bym wi­dzieć jego pod­eks­cy­to­wa­nego wy­razu twa­rzy i roz­go­rącz­ko­wa­nego spoj­rze­nia, które zwa­lało mnie z nóg. Czas roz­łąki mógłby uczy­nić cuda.

Wbi­łam wzrok w książkę Le­narda, którą no­si­łam ze sobą od wielu dni.

- Tato, chyba znam wła­ściwe miej­sce.

Na po­czątku paź­dzier­nika, tuż przed moim przy­jaz­dem na uni­wer­sy­tet w He­idel­bergu, nad do­liną rzeki Nec­kar w po­łu­dniowo-wchod­nich Niem­czech, gdzie uczel­nia miała swoją sie­dzibę, za­pa­dła nie­mal nie­prze­nik­niona mgła. Przez kilka pierw­szych dni w ho­telu Rit­ter, gdzie mia­łam spę­dzić se­mestr, nie opa­dała ani na chwilę. Pod­czas gdy lek­cje fi­zyki, w któ­rych bra­łam udział, były rze­czy­wi­ście pro­wa­dzone na wy­so­kim po­zio­mie przez tak wy­bit­nych wy­kła­dow­ców jak sam Le­nard, przez ciężki we­lon mgły nie by­łam w sta­nie do­strzec uroku bu­dyn­ków i za­byt­ko­wego uni­wer­sy­tetu. Przy­gnie­cione tym cię­ża­rem ota­cza­jące uczel­nię las i rzeka przy­po­mi­nały mi tylko o pięk­nie Sihl­waldu. Czu­łam się tak po­nuro, że cza­sem mia­łam wra­że­nie, iż także moje my­śli za­snuła mgła.

Sa­mot­ność prze­wa­żała nad wszel­kim ża­rem, jaki mo­głaby zro­dzić w moim umy­śle ki­ne­tyczna teo­ria ga­zów Le­narda i jego eks­pe­ry­menty do­ty­czące pręd­ko­ści, z jaką prze­miesz­czają się czą­steczki tlenu. Bra­ko­wało mi to­wa­rzy­stwa, śmie­chu i czu­ło­ści Ru­žicy, Mi­lany i He­lene, cho­ciaż ukry­wa­łam swoje uczu­cia w we­so­łych li­stach, opi­su­ją­cych moje rze­kome pod­nie­ce­nie wy­kła­dami. Pod­czas smut­nych go­dzin spę­dza­nych sa­mot­nie w ho­te­lo­wym po­koju po­zwa­la­łam so­bie na szcze­rość wo­bec sie­bie sa­mej: tę­sk­ni­łam też za pa­nem Ein­ste­inem. Mój zły hu­mor trwał jed­nak tak długo, że za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy tę­sk­nota za przy­ja­ciół­kami i pa­nem Ein­ste­inem jest jego je­dyną przy­czyną.

Kiedy pew­nego po­po­łu­dnia pod ko­niec paź­dzier­nika wró­ci­łam z za­jęć, w ho­te­lo­wym lobby cze­kał na mnie list od He­lene. Ści­ska­jąc go w dło­niach, wbie­ga­łam na górę po dwa stop­nie na­raz - przy moim ka­lec­twie nie było to ła­twe - by go jak naj­szyb­ciej prze­czy­tać. Prze­cię­łam ko­pertę ostrym no­żem do pa­pieru i za­czę­łam po­chła­niać słowa He­lene. Po­mię­dzy opo­wie­ściami o wy­kła­dach i plot­kami z pen­sjo­natu wy­czy­ta­łam: "My­śla­łam, że He­idel­berg nie przyj­muje ko­biet. Pewna przy­ja­ciółka mo­jej ro­dziny z Wied­nia chciała stu­dio­wać tam psy­cho­lo­gię, ale mu­siała uzy­skać od pro­fe­sora po­zwo­le­nie po to tylko, by słu­chać wy­kła­dów! Za pracę nie mo­gła uzy­skać za­li­cze­nia. Czy nie bę­dziesz przez to o se­mestr do tyłu?".

Po­woli odło­ży­łam jej list na swoje ra­chi­tyczne biurko ho­te­lowe od­po­wied­nie ra­czej dla pro­wa­dzą­cej ko­re­spon­den­cję damy niż dla ciężko pra­cu­ją­cej stu­dentki. W ty­powy dla sie­bie wni­kliwy spo­sób He­lene do­tarła do źró­dła mego nie­po­koju. Przy­czyną mo­jego złego hu­moru nie były tylko sa­mot­ność i mgła, ale też obawa o to, co ten se­mestr w ob­cym miej­scu mógł ozna­czać dla mo­jej ka­riery na­uko­wej. A co, je­śli się okaże, że prze­rwa w stu­diach na po­li­tech­nice spo­wolni moje stu­dia? Czy próba obrony przed pa­nem Ein­ste­inem nie za­szko­dzi mo­jej ka­rie­rze za­miast jej po­móc? Co bę­dzie, je­śli wrócę, skrę­po­wana tym se­me­strem w He­idel­bergu, i pod­dam mu się tak czy ina­czej?

List od He­lene wzbu­dził we mnie de­ter­mi­na­cję, by wy­ko­rzy­stać se­mestr w He­idel­bergu tak bar­dzo, jak to tylko moż­liwe. Za­mie­rza­łam jed­no­cze­śnie prze­ra­biać pro­gram z uni­wer­sy­tetu i po­li­tech­niki, by nie zo­stać w tyle. Chcia­łam też ja­sno wy­ło­żyć panu Ein­ste­inowi moje za­miary.

Po­sta­no­wi­łam, że od­po­wiem wresz­cie na list, który otrzy­ma­łam od niego trzy ty­go­dnie po moim przy­jeź­dzie do He­idel­bergu. Do­wie­dział się, gdzie je­stem, od dziew­cząt, bo nie na­pi­sa­łam do niego w cza­sie wa­ka­cji. Wy­czy­ta­łam z na­ba­zgra­nych stron szcze­góły lek­cji We­bera, opisy wy­kła­dów pro­fe­so­rów Hur­witza, He­rzoga i Fie­dlera oraz kilka uwag na te­mat obo­wiąz­ko­wego kursu teo­rii liczb. Cho­ciaż przyj­rza­łam się uważ­nie każ­dej li­nijce, nie do­strze­głam żad­nej alu­zji - oczy­wi­stej czy za­wo­alo­wa­nej - do na­szej roz­mowy w Sihl­wal­dzie. Nic. A jed­nak w każ­dej li­nijce wy­czu­wa­łam nie­do­po­wie­dze­nie.

Pod mro­wią­cymi pal­cami czu­łam pra­gnie­nie na­pi­sa­nia od­po­wie­dzi, cie­szy­łam się jed­nak, że je zwal­czy­łam. Za­mie­rza­łam wszystko wy­ja­śnić, na­pi­sa­łam więc: "Po­pro­sił pan, bym na­pi­sała do­piero gdy nie będę miała nic do ro­boty, a do tej pory mój czas w He­idel­bergu był wy­peł­niony nie­ustanną pracą".

Po dłu­gich opi­sach cu­dow­nych wy­kła­dów, któ­rych tu wy­słu­cha­łam, przy­po­mi­na­ją­cych to, co na­pi­sa­łam do He­lene, za­koń­czy­łam wia­do­mość prze­sła­niem, które wy­da­wało mi się ja­sne. Od­no­sząc się do plotki, którą stre­ścił w swoim li­ście - jego ko­lega z ma­te­ma­tyki po­rzu­cił stu­dia, by zo­stać le­śni­kiem, do czego prze­ko­nała go uko­chana z Zu­ry­chu - na­pi­sa­łam: "To bar­dzo cie­kawe! W dzi­siej­szych cza­sach bo­hemy, kiedy bur­żu­azja nie jest już je­dyną drogą, samo po­ję­cie mi­ło­ści wy­daje mi się prze­sta­rzałe. I bez­sen­sowne".

Mia­łam na­dzieję, że mój list za­brzmi jed­no­znacz­nie. Po moim po­wro­cie ro­mans nie bę­dzie już czę­ścią rów­na­nia.

Nie otrzy­ma­łam od­po­wie­dzi od pana Ein­ste­ina. Ani w li­sto­pa­dzie, ani w grud­niu, ani w stycz­niu. Jego mil­cze­nie zna­czyło, że otrzy­mał moją wia­do­mość. Mo­głam spo­koj­nie wra­cać do Zu­ry­chu.

Roz­dział 1

Ra­nek

20 paź­dzier­nika 1896

Zu­rych, Szwaj­ca­ria

Wy­gła­dzi­łam zmarszczki na mo­jej świeżo wy­pra­so­wa­nej bia­łej bluzce, po­pra­wi­łam ko­kardę wo­kół szyi i wci­snę­łam nie­sforny ko­smyk w cia­sno upięty kok. Wil­goć mgli­stych ulic Zu­ry­chu pro­wa­dzą­cych na kam­pus Szwaj­car­skiej Po­li­tech­niki Fe­de­ral­nej nie sprzy­jała mo­jej ele­gan­cji. Fru­stro­wał mnie upór mo­ich cięż­kich, ciem­nych wło­sów, które za nic nie chciały się utrzy­mać w jed­nym miej­scu. Pra­gnę­łam, by wszystko tego dnia było ide­alne.

Pro­stu­jąc ra­miona, by wy­glą­dać na choć odro­binę wyż­szą, po­ło­ży­łam dłoń na cięż­kiej, mo­sięż­nej gałce drzwi sali lek­cyj­nej. Zdo­biona me­an­drem wy­tar­tym od do­tknięć po­ko­leń stu­den­tów, spra­wiała, że moja drobna, nie­mal dzie­cięca dłoń wy­da­wała się jesz­cze mniej­sza. Znie­ru­cho­mia­łam. "Ob­róć ją i otwórz drzwi - po­wie­dzia­łam do sie­bie. - Uda ci się. Nie pierw­szy raz mi­jasz ten próg. Prze­kra­cza­łaś tę po­zor­nie nie­prze­kra­czalną gra­nicę mię­dzy męż­czy­znami a ko­bie­tami w wielu sa­lach. Za­wsze da­wa­łaś so­bie radę".

Mimo to wa­ha­łam się. Do­brze wie­dzia­łam, że choć pierw­szy krok jest naj­trud­niej­szy, drugi wcale nie jest znacz­nie ła­twiej­szy. W tam­tej chwili, krót­kiej jak od­dech, nie­mal sły­sza­łam w my­ślach głos ojca. "Bądź dzielna - wy­szep­tałby Papa w na­szym tak rzadko uży­wa­nym serb­skim ję­zyku. - Je­steś mu­dra glava. Mą­drą ko­bietą. W na­szych ży­łach pły­nie krew ban­dy­tów, na­szych sło­wiań­skich, zbój­nic­kich przod­ków, któ­rzy uży­wali wszel­kich środ­ków, by brać, co do nich na­le­żało. Idź po to, co na­leży do cie­bie, Mitzo. Idź".

Nie mo­głam go roz­cza­ro­wać.

Ob­ró­ci­łam gałkę i otwo­rzy­łam sze­roko drzwi. Sześć par oczu unio­sło się ku mnie: pię­ciu stu­den­tów w ciem­nych gar­ni­tu­rach i pro­fe­sora w czar­nej to­dze.

Na ich bla­dych twa­rzach ma­lo­wał się szok i jakby cień po­gardy. Nic - na­wet plotki - nie przy­go­to­wało ich na wi­dok ko­biety. Wy­glą­dali głu­pio, wy­trzesz­cza­jąc oczy i otwie­ra­jąc usta, ale wie­dzia­łam, że nie po­win­nam się śmiać. Chcia­łam nie zwra­cać uwagi na ich miny, zi­gno­ro­wać te na­lane twa­rze mo­ich ko­le­gów, któ­rzy za­pusz­czali ob­fi­cie na­wo­sko­wane wąsy, zde­ter­mi­no­wani, by wy­glą­dać na star­szych niż ich osiem­na­ście lat.

Na po­li­tech­nikę za­pro­wa­dziła mnie de­ter­mi­na­cja, by na­uczyć się fi­zyki i ma­te­ma­tyki, a nie po­trzeba przy­jaźni czy za­spo­ka­ja­nia czy­ichś ocze­ki­wań. Przy­po­mnia­łam so­bie o tym, zmu­sza­jąc się do spoj­rze­nia w twarz mo­jego na­uczy­ciela. Pro­fe­sor He­in­rich Mar­tin We­ber i ja po­pa­trzy­li­śmy so­bie pro­sto w oczy.

Wy­gląd sza­cow­nego pro­fe­sora - długi nos, gę­ste brwi, wy­pie­lę­gno­wana broda - pa­so­wał do jego re­pu­ta­cji. Cze­ka­łam, aż się ode­zwie. Ja­kie­kol­wiek inne moje za­cho­wa­nie zo­sta­łoby uznane za im­per­ty­nen­cję. Nie mo­głam so­bie na coś ta­kiego po­zwo­lić, skoro już sama moja obec­ność była źle po­strze­gana. Kro­czy­łam po cien­kiej li­nii po­mię­dzy wła­snym upo­rem i kon­for­mi­zmem, któ­rego wciąż ode mnie wy­ma­gano.

- Na­zywa się pani? - spy­tał, jakby się mnie nie spo­dzie­wał, jakby ni­gdy o mnie nie sły­szał.

- Mi­leva Ma­rić, pa­nie pro­fe­so­rze. - Mo­dli­łam się, żeby nie drżał mi głos.

We­ber bar­dzo po­woli spoj­rzał na li­stę stu­den­tów. Oczy­wi­ście do­brze wie­dział, kim je­stem. Jako że kie­ro­wał wy­dzia­łem fi­zyki i ma­te­ma­tyki, a przede mną stu­dio­wały tu tylko cztery ko­biety, mu­sia­łam zwró­cić się do niego z prośbą o przy­ję­cie. Wresz­cie przy­jęto mnie na pierw­szy rok czte­ro­let­niego pro­gramu zwa­nego sek­cją szó­stą. Oso­bi­ście zgo­dził się na moją obec­ność! Spraw­dza­nie li­sty stu­den­tów było po­su­nię­ciem do­bit­nym i wy­kal­ku­lo­wa­nym, bo w ten spo­sób prze­ka­zy­wał gru­pie swoją opi­nię o mnie. Te­raz mo­gli po­dą­żyć za jego przy­kła­dem.

- Panna Ma­rić z Ser­bii czy któ­re­goś z tych au­stro-wę­gier­skich kra­jów? - spy­tał, nie uno­sząc głowy, jakby mo­gła stać przed nim inna panna Ma­rić, po­cho­dząca z god­niej­szego miej­sca.

Za­da­jąc to py­ta­nie, We­ber ja­sno wy­ra­ził swoje zda­nie o lu­dziach ze sło­wiań­skich kra­jów Eu­ropy Wschod­niej: oto my, ciemni ob­co­kra­jowcy, li­czymy się mniej niż lud ger­mań­ski z nie­ustę­pli­wie neu­tral­nej Szwaj­ca­rii. Było to ko­lejne uprze­dze­nie, które mu­sia­łam ode­przeć, by od­nieść suk­ces. Jakby by­cie je­dyną ko­bietą w sek­cji szó­stej - i piątą spo­śród tych, które kie­dy­kol­wiek zo­stały przy­jęte na wy­dział fi­zyki i ma­te­ma­tyki - nie wy­star­czało.

- Tak, pa­nie pro­fe­so­rze.

- Pro­szę usiąść - po­wie­dział wresz­cie, wska­zu­jąc wolne krze­sło. Na szczę­ście znaj­do­wało się ono naj­da­lej od niego. - Już za­czę­li­śmy.

Ale jak to? Za­ję­cia miały się roz­po­cząć do­piero za pięt­na­ście mi­nut. Czyżby moi ko­le­dzy wie­dzieli coś, czego ja nie wie­dzia­łam? Chcia­łam za­py­tać, ale nie zro­bi­łam tego, dys­ku­sja tylko by mi za­szko­dziła. To zresztą nie miało zna­cze­nia, po­my­śla­łam, że ju­tro przyjdę po pro­stu pięt­na­ście mi­nut wcze­śniej. I jesz­cze wcze­śniej i wcze­śniej każ­dego ranka, je­śli zaj­dzie taka po­trzeba. Nie za­mie­rza­łam uro­nić ani słowa z wy­kła­dów We­bera. My­lił się, je­śli są­dził, że wcze­śniej­sza pora mnie od­stra­szy. By­łam córką swo­jego ojca.

Ski­nę­łam głową, spoj­rza­łam na długą drogę pro­wa­dzącą od drzwi do mo­jego krze­sła i z przy­zwy­cza­je­nia okre­śli­łam liczbę kro­ków przez salę. Jak naj­ła­twiej po­ko­nać ten dy­stans? Przy pierw­szym kroku pró­bo­wa­łam iść moż­li­wie pro­sto i ukry­wać, że ku­leję, ale i tak gło­śno po­cią­gnę­łam chorą stopą po ziemi. Po­sta­no­wi­łam więc nie ukry­wać ka­lec­twa, tylko po­ka­zać wszyst­kim ko­le­gom de­for­ma­cję, która to­wa­rzy­szyła mi od uro­dze­nia.

Stuk i szur. Stuk i szur. Osiem­na­ście razy, nim do­tar­łam do swo­jego krze­sła. "Oto i je­stem, pa­no­wie - mia­łam ochotę po­wie­dzieć, szu­ra­jąc stopą po ziemi. - Po­pa­trz­cie so­bie raz i daj­cie mi spo­kój".

Dy­sząc z wy­siłku, zda­łam so­bie sprawę, że w sali za­pa­dła ab­so­lutna ci­sza. Cze­kali, aż usiądę, i za­kło­po­tani moim ka­lec­twem, moją płcią, albo jed­nym i dru­gim, od­wra­cali wzrok.

Wszy­scy prócz jed­nego.

Sie­dzący po mo­jej pra­wej stro­nie młody męż­czy­zna o wiel­kiej brą­zo­wej czu­pry­nie wpa­try­wał się we mnie. Nie było to w moim stylu, ale od­wza­jem­ni­łam jego spoj­rze­nie. Na­wet gdy pa­trzy­łam mu pro­sto w oczy, cze­ka­jąc, aż ze mnie za­drwi, nie ustą­pił. Prze­ciw­nie: jego oczy zmarsz­czyły się w ką­ci­kach, gdy roz­cią­gnął w uśmie­chu ukryte w cie­niu wą­sów wargi. Było w tym uśmie­chu za­kło­po­ta­nie, na­wet po­dziw.

Za kogo on się miał? Co ozna­czało to spoj­rze­nie? Sia­da­jąc, nie mia­łam czasu się nad tym za­sta­na­wiać.

Się­gnę­łam do torby i wy­ję­łam z niej pa­pier, atra­ment oraz pióro, przy­go­to­wu­jąc się do wy­kładu We­bera. Nie za­mie­rza­łam po­zwo­lić, by śmiałe, nie­fra­so­bliwe spoj­rze­nie uprzy­wi­le­jo­wa­nego ko­legi mnie zi­ry­to­wało. Po­pa­trzy­łam pro­sto przed sie­bie na wy­kła­dowcę, wciąż czu­jąc na so­bie spoj­rze­nie chło­paka, ale uda­wa­łam obo­jęt­ność.

We­ber nie był rów­nie zde­ter­mi­no­wany.

Ani tak skory do wy­ba­cze­nia. Wpa­tru­jąc się w mło­dego czło­wieka, pro­fe­sor od­kaszl­nął, a kiedy chło­pak wciąż nie zwró­cił wzroku ku niemu, po­wie­dział:

- Żą­dam uwagi wszyst­kich ze­bra­nych. To pana pierw­sze i ostat­nie ostrze­że­nie, pa­nie Ein­stein.

Roz­dział 2

Po­po­łu­dnie

20 paź­dzier­nika 1896

Zu­rych, Szwaj­ca­ria

Ci­cho za­mknę­łam za sobą drzwi pen­sjo­natu En­gel­brech­tów, po­da­łam mo­kry pa­ra­sol po­ko­jówce i we­szłam do przed­sionka. Z sa­lonu na ty­łach do­bie­gał śmiech. Wie­dzia­łam, że dziew­częta cze­kają tam na mnie, ale nie by­łam jesz­cze go­towa na ich prze­słu­cha­nie, jak­kol­wiek były pełne do­brych in­ten­cji. Po­trze­bo­wa­łam chwili sa­mot­no­ści, choćby paru mi­nut, żeby prze­my­śleć, co wy­da­rzyło się tego dnia. Uwa­ża­jąc, by iść jak naj­ci­szej, we­szłam na schodki pro­wa­dzące do mo­jego po­koju.

Trzask. Niech dia­bli we­zmą ten zła­many scho­dek.

He­lene w gra­fi­to­wej spód­nicy, która cią­gnęła się za nią po pod­ło­dze, wy­ło­niła się z sa­lo­niku z fi­li­żanką pa­ru­ją­cej her­baty w dło­niach.

- Mi­levo, cze­kamy na cie­bie! Za­po­mnia­łaś?

Wolną dło­nią He­lene wzięła mnie za rękę i po­cią­gnęła do sa­lonu, który mię­dzy sobą na­zy­wa­ły­śmy ba­wial­nią. Uzna­ły­śmy, że mamy do tego prawo, bo i tak nikt inny z niego nie ko­rzy­stał.

Ro­ze­śmia­łam się. Jak znio­sła­bym ostat­nie mie­siące w Zu­ry­chu, gdyby nie one? Mi­lana, Ru­žica i przede wszyst­kim He­lene, moja brat­nia du­sza, bły­sko­tli­wie dow­cipna, cie­pła i, co cie­kawe, ku­lawa tak samo jak ja. Czemu cze­ka­łam choćby chwilę, nim wpu­ści­łam je do swo­jego ży­cia?

Kilka mie­sięcy temu, kiedy przy­je­cha­li­śmy z papą do Zu­ry­chu, ta­kie przy­jaź­nie były poza za­się­giem mo­jej wy­obraźni. Wy­da­wało mi się wtedy, że mło­dość na­zna­czona nie­ustan­nym kon­flik­tem z ko­le­gami - w naj­lep­szym wy­padku od­da­le­niem, a po­gardą w naj­gor­szym - ozna­cza dla mnie ży­cie w sa­mot­no­ści w imię na­uki.

Kiedy wy­sie­dli­śmy z papą z po­ciągu z Za­grze­bia po dwóch dniach po­dróży w tłoku, chwia­li­śmy się na no­gach. Dym z lo­ko­mo­tywy uno­sił się nad Haupt­bahn­ho­fem, mu­sia­łam zmru­żyć oczy, by zejść na pe­ron. Nio­słam dwie torby, w tym jedną wy­peł­nioną ulu­bio­nymi książ­kami, i pró­bo­wa­łam prze­bić się przez tłum na pe­ro­nie. Za mną szli oj­ciec i tra­garz nio­sący naj­cięż­sze ba­gaże. Papa pod­szedł do mnie, chcąc za­brać jedną z to­reb.

- Dam so­bie radę! - na­le­ga­łam, pró­bu­jąc wy­rwać mu swoją dłoń. - Masz wła­sne ba­gaże i tylko dwie ręce.

- Mitzo, po­zwól so­bie po­móc. Mnie ła­twiej bę­dzie nieść jesz­cze jedną. - Za­chi­cho­tał. - Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że twoja matka wście­kłaby się, gdyby wi­działa, jak zmu­szam cię do prze­bi­ja­nia się przez tłum na dworcu w Zu­ry­chu.

Odło­ży­łam torbę na zie­mię, wciąż sta­ra­jąc się wy­rwać.

- Papo, mu­szę umieć so­bie ra­dzić bez two­jej po­mocy. Prze­cież za­miesz­kam tu­taj sama.

Pa­trzył na mnie przez dłuż­szą chwilę, jakby do­piero te­raz zro­zu­miał, że będę w Zu­ry­chu bez niego, tak jak­by­śmy nie dą­żyli do tego celu, od­kąd by­łam małą dziew­czynką. Nie­chęt­nie pu­ścił moją dłoń, pro­stu­jąc pa­lec po palcu. Ro­zu­mia­łam, że to dla niego trudne. Cho­ciaż wie­dzia­łam, że na pewno cie­szył się z mo­jego dą­że­nia do edu­ka­cji, gdyż moje am­bi­cje przy­po­mi­nały mu jego wła­sną drogę od pro­stego chłopa do od­no­szą­cego suk­cesy urzęd­nika i wła­ści­ciela ziem­skiego, to jed­nak za­sta­na­wia­łam się cza­sami, czy nie czuł się winny, za­chę­ca­jąc mnie do tej nie­bez­piecz­nej po­dróży. Tak długo kon­cen­tro­wał się na na­gro­dzie, jaką miało być moje uni­wer­sy­tec­kie wy­kształ­ce­nie, że chyba za­po­mniał, iż bę­dzie mu­siał się ze mną po­że­gnać i zo­sta­wić samą w ob­cym mie­ście.

Wy­szli­śmy z dworca na za­tło­czone wie­czorne ulice Zu­ry­chu. Za­pa­dała noc, ale w mie­ście nie było ciemno. Zer­k­nę­łam na ojca i uśmiech­nę­li­śmy się do sie­bie za­dzi­wieni: do tej pory wi­dzie­li­śmy mia­sta tylko w świe­tle męt­nych ole­jo­wych la­tarni. Ulice Zu­ry­chu roz­ja­śniały za­ska­ku­jąco ja­sne elek­tryczne lampy. Bez trudu mo­głam do­strzec de­tale sukni mi­ja­ją­cych nas dam: ich tur­niury były bar­dziej wy­szu­kane niż te w skrom­nych fa­so­nach, które wi­dy­wa­łam w Za­grze­biu.

Ko­nie cią­gnące do­rożki ude­rzały ko­py­tami o bruk Bahn­ho­fstrasse. Papa wy­na­jął je­den z po­wo­zów. Kiedy woź­nica wy­sia­dał, żeby za­pa­ko­wać na tył na­sze ba­gaże, owi­nę­łam się sza­lem, chcąc się ochro­nić przed chło­dem wie­czor­nego po­wie­trza. Ostat­niego wie­czoru przed wy­jaz­dem mama po­da­ro­wała mi szal ha­fto­wany w róże. Miała łzy w oczach, ale się nie roz­pła­kała. Do­piero póź­niej zro­zu­mia­łam, że ten szal był dla niej jak po­że­gnalny uścisk, jak coś, co mo­głam za­brać ze sobą, skoro ona mu­siała zo­stać w Za­grze­biu z moją młod­szą sio­strą Zorką i bra­cisz­kiem Mi­lo­šem.

Głos woź­nicy wy­rwał mnie z za­my­śle­nia:

- Przy­je­chali pań­stwo zwie­dzać mia­sto?

- Nie - od­parł papa z lek­kim tylko ak­cen­tem. Za­wsze chlu­bił się, że mówi per­fek­cyj­nie po nie­miecku, w ję­zyku lu­dzi wła­da­ją­cych Au­stro­Wę­grami.

Był to pierw­szy sto­pień, od któ­rego roz­po­czął swoją wspi­naczkę, mó­wił, za­chę­ca­jąc nas do na­uki. Na­dy­ma­jąc się lekko, do­dał:

- Przy­je­cha­li­śmy za­pi­sać moją córkę na uni­wer­sy­tet.

Za­sko­czony woź­nica lekko uniósł brwi, ale po­wstrzy­mał się od re­ak­cji.

- Na uni­wer­sy­tet? Do­my­ślam się za­tem, że chcą pań­stwo je­chać do pen­sjo­natu En­gel­brech­tów albo ja­kie­goś in­nego ho­telu na Plat­ten­strasse - po­wie­dział, otwie­ra­jąc drzwi po­wozu.

Papa od­cze­kał chwilę, bym we­szła do środka, po czym za­py­tał:

- Skąd pan wie, do­kąd je­dziemy?

- Tam za­trzy­muje się więk­szość stu­den­tów ze wschod­niej Eu­ropy.

Sły­sząc sap­nię­cie sia­da­ją­cego obok mnie ojca, zro­zu­mia­łam, że nie jest pe­wien, jak przy­jąć uwagę woź­nicy. Czy była to ob­raza dla na­szego po­cho­dze­nia? Mó­wiono nam, że cho­ciaż Szwaj­ca­rzy nie­wzru­sze­nie utrzy­my­wali swoją neu­tral­ność i nie­za­leż­ność wo­bec ota­cza­ją­cego ich eu­ro­pej­skiego im­pe­rium, spo­glą­dali z góry na przy­by­szy ze wschod­nich ru­bieży ce­sar­stwa au­stro­wę­gier­skiego. A jed­no­cze­śnie to wła­śnie oni byli naj­bar­dziej to­le­ran­cyjni w in­nych spra­wach: mieli na przy­kład naj­bar­dziej po­błaż­liwy sto­su­nek do ko­biet na wyż­szych uczel­niach. Ta sprzecz­ność bu­dziła moje zdzi­wie­nie.

Woź­nica strze­lił z bata w po­wie­trzu, da­jąc sy­gnał ko­niom, i ru­szył przed sie­bie ulicą. Mru­żąc oczy, by doj­rzeć coś przez za­bło­cone okno, zo­ba­czy­łam mi­ja­jący nas elek­tryczny tram­waj.

- Wi­dzia­łeś to, papo? - spy­ta­łam. Czy­ta­łam o tram­wa­jach, ale ni­gdy nie wi­dzia­łam żad­nego na wła­sne oczy. Ten wi­dok mnie za­chwy­cił: do­wo­dził, że mia­sto na­prawdę jest no­wo­cze­sne, przy­naj­mniej je­śli cho­dzi o trans­port.

Mo­głam tylko mieć na­dzieję, że po­dej­ście miesz­kań­ców do stu­den­tek jest rów­nie otwarte, jak gło­siły za­sły­szane przez nas plotki.

- Nie wi­dzia­łem, ale sły­sza­łem. I po­czu­łem - po­wie­dział spo­koj­nie papa, ści­ska­jąc moją dłoń. Wie­dzia­łam, że też jest pod­nie­cony, ale chce ucho­dzić za oby­tego w świe­cie, zwłasz­cza po ko­men­ta­rzu woź­nicy.

Od­wró­ci­łam się w stronę otwar­tego okna. Mia­sto ota­czały strome zie­lone góry. Przy­się­gam, że po­czu­łam w noz­drzach za­pach wiecz­nie zie­lo­nych drzew, choć prze­cież wzgó­rza były za da­leko, by ta woń mo­gła do mnie do­trzeć. Tak czy ina­czej, po­wie­trze w Zu­ry­chu było znacz­nie śwież­sze od tego w Za­grze­biu, gdzie wiecz­nie cuch­nęło koń­skim łaj­nem i pa­lo­nym zbo­żem. Być może za­pach do­bie­gał znad Je­ziora Zu­ry­skiego, które gra­ni­czyło z po­łu­dniową czę­ścią mia­sta.

W od­dali, u stóp gór, do­strze­ga­łam bla­do­żółte bu­dynki za­pro­jek­to­wane w stylu neo­kla­sycz­nym, od­ci­na­jące się od ko­ściel­nych iglic w tle. Bu­dynki przy­po­mi­nały wi­doki po­li­tech­niki, które oglą­da­łam w do­ku­men­tach apli­ka­cyj­nych, ale wy­dały mi się te­raz znacz­nie więk­sze i bar­dziej im­po­nu­jące. Po­li­tech­nika była szkołą kształ­cącą na­uczy­cieli i wy­kła­dow­ców ma­te­ma­tyki oraz in­nych dys­cy­plin ści­słych. Na­le­żała do kilku eu­ro­pej­skich uczelni, które wy­da­wały dy­plomy ko­bie­tom. Cho­ciaż przez lata ma­rzy­łam tylko o niej, wciąż trudno mi było uwie­rzyć, że za kilka mie­sięcy na­prawdę za­cznę tam stu­dio­wać.

Po­wóz za­trzy­mał się. Drzwiczki od­dzie­la­jące nas od woź­nicy uchy­liły się, a męż­czy­zna ogło­sił, że do­tar­li­śmy pod wła­ściwy ad­res.

- Plat­ten­strasse 50 - po­wie­dział.

Papa po­dał mu mo­nety, po czym otwo­rzył drzwi po­wozu. Gdy woź­nica wy­cią­gał nasz ba­gaż, po schod­kach zbiegł słu­żący z pen­sjo­natu En­gel­brech­tów, żeby po­móc nam wnieść mniej­sze torby. Po­mię­dzy wy­so­kimi ko­lum­nami przy fron­to­wych drzwiach czte­ro­pię­tro­wego ce­gla­nego bu­dynku po­ja­wiła się do­stojna, ele­gancko ubrana para.

- Pan Ma­rić? - za­wo­łał do­brze zbu­do­wany star­szy dżen­tel­men.

- Tak. Za­pewne pan En­gel­brecht - od­parł oj­ciec, po­chy­la­jąc lekko głowę i wy­cią­ga­jąc do niego dłoń.

Gdy męż­czyźni wy­mie­niali ukłony, ener­giczna pani En­gel­brecht zbie­gła po schod­kach, by wpro­wa­dzić mnie do bu­dynku.

Do­peł­niw­szy for­mal­no­ści, En­gel­brech­to­wie za­pro­sili nas na her­batę i ciastka, które przy­go­to­wali na nasz przy­jazd. Kiedy szli­śmy za nimi do sa­lonu, wi­dzia­łam, jak papa zerka z uzna­niem na krysz­ta­łowy ży­ran­dol i kin­kiety na ścia­nach. Nie­mal sły­sza­łam jego my­śli: "To miej­sce godne mo­jej Mitzy".

Mnie pen­sjo­nat wy­dał się ja­łowy i wy­mu­skany w po­rów­na­niu z do­mem. Odarty z za­pa­chu drewna, ku­rzu i przy­praw. Cho­ciaż my, Ser­bo­wie, aspi­ro­wa­li­śmy do ger­mań­skiego po­rządku, który przy­jęli Szwaj­ca­rzy, to wtedy do­strze­głam, że na­sze próby ni­jak nie do­ra­stały do tu­tej­szej per­fek­cyj­nej czy­sto­ści.

Przy her­ba­cie i ciast­kach, po­śród uprzej­mo­ści i na­tar­czy­wych py­tań ojca En­gel­brech­to­wie wy­ja­śnili, jak działa ich stan­cja: go­dziny po­sił­ków, wi­zyt, pra­nia i sprzą­ta­nia były ści­śle usta­lone. Papa, były żoł­nierz, wy­py­ty­wał o bez­pie­czeń­stwo lo­ka­to­rów, a jego ra­miona roz­luź­niały się przy każ­dej uspo­ka­ja­ją­cej od­po­wie­dzi i każ­dym zer­k­nię­ciu na błę­kitną, pi­ko­waną ta­petę i bo­gato zdo­bione krze­sła wo­kół sze­ro­kiego mar­mu­ro­wego ko­minka. Ni­gdy jed­nak nie uspo­koił się do końca; papa pra­gnął dla mnie uni­wer­sy­tec­kiego wy­kształ­ce­nia nie­mal rów­nie mocno, jak pra­gnę­łam go ja, ale po­że­gna­nie oka­zało się dla niego trud­niej­sze, niż się spo­dzie­wa­łam.

Po­pi­ja­jąc her­batę, usły­sza­łam śmiech. Dziew­częcy śmiech.

Pani En­gel­brecht do­strze­gła moje za­in­te­re­so­wa­nie.

- Ach, to na­sze młode damy grają w wi­sta. Może cię przed­sta­wię po­zo­sta­łym miesz­kan­kom?

Po­zo­stałe miesz­kanki? Po­ki­wa­łam głową, choć bar­dzo chcia­łam od­mó­wić. Moje do­tych­cza­sowe do­świad­cze­nia z mło­dymi da­mami nie koń­czyły się do­brze. W naj­lep­szym wy­padku nie mia­ły­śmy ze sobą wiele wspól­nego. W naj­gor­szym - by­łam po­ni­żana przez ko­le­gów i ko­le­żanki, zwłasz­cza gdy do­wia­dy­wali się o mo­ich am­bi­cjach.

Grzecz­ność wy­ma­gała jed­nak, by­śmy wstali. Pani En­gel­brecht po­pro­wa­dziła nas do mniej­szego po­koju, urzą­dzo­nego ina­czej niż sa­lon. Ży­ran­dole i kin­kiety nie były krysz­ta­łowe, lecz mo­siężne, dę­bo­wych ścian nie po­kry­wała błę­kitna ta­peta, a po­środku stał stół do gier. Gdy wcho­dzi­li­śmy, wy­dało mi się, że sły­szę słowo krpiti. Zer­k­nę­łam na tatę, który wy­glą­dał na rów­nie za­sko­czo­nego. Było to serb­skie okre­śle­nie, któ­rego używa się w chwili roz­cza­ro­wu­ją­cej po­rażki. Za­sta­na­wia­łam się, kto w tym miej­scu mógłby go użyć. Uzna­łam, że mu­sie­li­śmy się prze­sły­szeć.

Przy stole sie­działy trzy dziew­czyny w moim wieku, o ciem­nych wło­sach i gę­stych brwiach, po­dob­nych do mo­ich. Wszyst­kie były też nie­mal tak samo ubrane: w sztywne białe bluzki z wy­so­kimi ko­ron­ko­wymi koł­nie­rzy­kami i pro­ste ciemne spód­nice. Był to po­ważny strój, zu­peł­nie inny od fal­ba­nia­stych, ozdob­nych sukni w ko­lo­rze cy­try­no­wej żółci lub pian­ko­wego różu, no­szo­nych przez modne młode dziew­częta, które wi­dzia­łam w oko­li­cach dworca.

Dziew­częta unio­sły wzrok znad kart, odło­żyły je szybko i wstały.

- Pa­nienki Ru­žica Dra­žić, Mi­lana Bota i He­lene Kau­fler. Chcia­ła­bym wam przed­sta­wić na­szą nową lo­ka­torkę. Oto Mi­leva Ma­rić.

Gdy wy­mie­nia­ły­śmy ge­sty po­wi­ta­nia, mó­wiła da­lej:

- Panna Ma­rić przy­je­chała stu­dio­wać ma­te­ma­tykę i fi­zykę na Po­li­tech­nice Fe­de­ral­nej w Zu­ry­chu. Bę­dzie tu pani miała do­sko­nałe to­wa­rzy­stwo, panno Ma­rić.

Pani En­gel­brecht naj­pierw wska­zała na dziew­czynę o wy­dat­nych ko­ściach po­licz­ko­wych, bez­po­śred­nim uśmie­chu i brą­zo­wych oczach.

- Panna Dra­žic przy­je­chała z Ša­baca, by stu­dio­wać na­uki po­li­tyczne na uni­wer­sy­te­cie w Zu­ry­chu - po­wie­działa. Na­stęp­nie zwró­ciła się do pa­nienki o naj­ciem­niej­szych wło­sach i naj­gęst­szych brwiach. - To panna Bota. Przy­je­chała z Kru­še­vaca i stu­diuje psy­cho­lo­gię. Na po­li­tech­nice, tak jak pani.

Po­ło­żyła dłoń na ra­mie­niu ostat­niej dziew­czyny o przy­ja­znych sza­ro­nie­bie­skich oczach i opa­da­ją­cych brwiach, z bu­rzą mięk­kich brą­zo­wych wło­sów.

- A to panna Kau­fler - przed­sta­wiła ją - która przy­je­chała aż z Wied­nia, by zro­bić dy­plom z hi­sto­rii, rów­nież na po­li­tech­nice.

Nie wie­dzia­łam, co po­wie­dzieć. Stu­dentki ze wschod­nich pro­win­cji Au­stro­Wę­gier? Ta­kie jak ja? Za­wsze my­śla­łam, że będę wy­jąt­kowa. W Za­grze­biu co druga dziew­czyna zbli­ża­jąca się do dwu­dziestki była już mę­żatką lub przy­go­to­wy­wała się do mał­żeń­stwa, po­zna­jąc od­po­wied­niego kan­dy­data i ćwi­cząc pro­wa­dze­nie domu u swo­ich ro­dzi­ców. Ich edu­ka­cja koń­czyła się wiele lat wcze­śniej, je­śli w ogóle cho­dziły kie­dyś do szkoły. My­śla­łam, że za­wsze będę je­dyną stu­dentką ze wschod­niej Eu­ropy w świe­cie peł­nym męż­czyzn z Za­chodu. Być może w ogóle je­dyną ko­bietą.

Pani En­gel­brecht po­pa­trzyła na każdą z dziew­czyn z osobna i po­wie­działa:

- Te­raz was zo­sta­wimy z wa­szym wi­stem i pój­dziemy za­koń­czyć roz­mowę. Mam na­dzieję, że ju­tro opro­wa­dzi­cie pannę Ma­rić po Zu­ry­chu?

- Oczy­wi­ście, pani En­gel­brecht - od­po­wie­działa panna Kau­fler z cie­płym uśmie­chem. - Może na­wet panna Ma­rić do­łą­czy ju­tro wie­czo­rem do wi­sta? Przy­da­łaby nam się czwarta osoba.

Uprzej­mość panny Kau­fler wy­da­wała się szczera, a to­wa­rzy­stwo dziew­cząt mnie przy­cią­gało. In­stynk­tow­nie od­wza­jem­ni­łam uśmiech, ale za­raz się opa­no­wa­łam. "Uwa­żaj - ostrze­głam się w my­ślach. - Pa­mię­taj o okru­cień­stwie in­nych mło­dych dam, o ich drwi­nach, prze­zy­wa­niu, kop­nia­kach na placu za­baw. Przy­je­cha­łaś tu, żeby stu­dio­wać ma­te­ma­tykę i fi­zykę na po­li­tech­nice i speł­nić swoje ma­rze­nie o sta­niu się jedną z nie­wielu ko­biet pro­fe­so­rów fi­zyki w Eu­ro­pie. Nie po­ko­na­łaś tylu ki­lo­me­trów tylko po to, żeby po­znać kilka ko­le­ża­nek, na­wet je­śli te dziew­częta na­prawdę są ta­kie, ja­kie się wy­dają".

Gdy wra­ca­li­śmy do sa­lonu, papa wziął mnie pod ra­mię i wy­szep­tał:

- Mitzo, te dziew­częta wy­dają się bar­dzo miłe. Praw­do­po­dob­nie są też mą­dre, skoro przy­je­chały tu na stu­dia. Może na­de­szła już pora, byś się z kimś za­przy­jaź­niła, skoro po­zna­łaś wresz­cie kilka pa­nie­nek, które do­rów­nują ci in­te­lek­tu­al­nie. Ja­kaś szczę­śliwa pa­nienka po­winna mieć szansę po­znać twoje bły­sko­tliwe żarty, które za­zwy­czaj za­cho­wu­jesz dla mnie.

Jego głos był pe­łen na­dziei, jakby bar­dzo chciał, że­bym za­przy­jaź­niła się z dziew­czę­tami, które wła­śnie po­zna­li­śmy. Co chciał przez to po­wie­dzieć? Mia­łam mę­tlik w gło­wie. Czy po wielu la­tach prze­ko­ny­wa­nia mnie, że przy­ja­ciele nie mają zna­cze­nia, mąż się nie li­czy, a je­dy­nymi waż­nymi rze­czami są na­uka i na­sza ro­dzina, po­sta­no­wił wy­sta­wić mnie te­raz na próbę? Chcia­łam po­ka­zać mu, że wciąż obce mi są ty­powe pra­gnie­nia mło­dej ko­biety - przy­ja­ciółki, mąż, dzieci. Chcia­łam zdać ten dziwny eg­za­min z wy­róż­nie­niem, tak jak zda­wa­łam wszyst­kie po­zo­stałe.

- Papo, przy­się­gam, że przy­je­cha­łam tu się uczyć, a nie za­przy­jaź­niać - po­wie­dzia­łam, ki­wa­jąc z po­wagą głową. Mia­łam na­dzieję, że to go prze­kona, że los, który mi prze­po­wie­dział, a któ­rego dla mnie pra­gnął, stał się moim wła­snym, wy­ma­rzo­nym prze­zna­cze­niem.

Oj­ciec nie ucie­szył się jed­nak z tej od­po­wie­dzi. Jego twarz spo­chmur­niała, nie wie­dzia­łam z po­czątku, czy to ze zło­ści, czy z żalu. Czyż­bym go nie zro­zu­miała? Czy jego po­dej­ście na­prawdę się zmie­niło, kiedy zo­ba­czył dziew­częta tak od­mienne od wszyst­kich, które zna­łam do tej pory?

Przez chwilę był dziw­nie mil­czący. Wresz­cie z przy­gnę­bie­niem w gło­sie po­wie­dział:

- Mia­łem na­dzieję, że bę­dziesz mo­gła ro­bić jedno i dru­gie.

Przez kilka ty­go­dni po wy­jeź­dzie papy uni­ka­łam dziew­czyn, za­my­ka­łam się w po­koju i czy­ta­łam książki. Plan dnia En­gel­brech­tów zmu­szał mnie jed­nak do co­dzien­nych wspól­nych po­sił­ków, a uprzej­mość wy­ma­gała kon­wer­sa­cji pod­czas śnia­dań i ko­la­cji. Dziew­częta nie­ustan­nie za­chę­cały mnie, bym do­łą­czyła do nich pod­czas spa­ce­rów, wy­kła­dów, wi­zyt w ka­wiar­niach, wy­praw do te­atrów i na kon­certy. Do­bro­dusz­nie żar­to­wały so­bie, że je­stem za po­ważna, za ci­cha i zbyt sku­piona na na­uce, i nie prze­sta­wały mnie za­pra­szać, choć cią­gle od­ma­wia­łam. Miały w so­bie upór, o jaki do tej pory po­dej­rze­wa­łam tylko sie­bie.

Pew­nego let­niego wie­czoru zgod­nie ze swoim zwy­cza­jem uczy­łam się w po­koju, przy­go­to­wu­jąc się do kur­sów roz­po­czy­na­ją­cych się w paź­dzier­niku. Ra­miona owi­nę­łam swoim ulu­bio­nym sza­lem, by uchro­nić się przed zim­nem, które pa­no­wało w sy­pial­niach pen­sjo­natu nie­za­leż­nie od po­gody. Ro­bi­łam wła­śnie ana­lizę skła­dniową tek­stu, kiedy usły­sza­łam, że dziew­czyny na dole grają su­itę Are­zjanka Bi­zeta - dość słabo, ale z uczu­ciem. Do­brze zna­łam ten utwór, gra­łam go ra­zem z ro­dziną. Ta zna­joma mu­zyka spra­wiła, że po­czu­łam się me­lan­cho­lij­nie: nie tylko sama, ale i sa­motna. Zer­k­nę­łam na sto­jącą w ką­cie za­ku­rzoną tam­bu­ricę, chwy­ci­łam ją i ze­szłam na dół. Sto­jąc w wej­ściu do sa­lonu, pa­trzy­łam, jak dziew­częta wal­czą z utwo­rem. Opar­łam się o ścianę z tam­bu­ricą w dłoni i na­gle zro­biło mi się głu­pio. Czemu mia­łyby za­ak­cep­to­wać moje to­wa­rzy­stwo, skoro tyle razy od­rzu­ca­łam ich za­pro­sze­nia? Chcia­łam uciec z po­wro­tem na górę, ale He­lene za­uwa­żyła mnie i prze­stała grać.

Peł­nym cie­pła gło­sem za­py­tała:

- Do­łą­czysz do nas, panno Ma­rić? - Zer­k­nęła na Ru­žicę i Mi­lanę, do­da­jąc z żar­to­bliwą roz­pa­czą: - Sły­chać chyba, że przy­da­łaby nam się po­moc.

Zgo­dzi­łam się. W ciągu kilku ko­lej­nych dni dziew­częta ka­ta­pul­to­wały mnie do świata, ja­kiego ni­gdy do­tąd nie do­świad­czy­łam. Świata, w któ­rym mia­łam po­dobne do sie­bie przy­ja­ciółki. Papa się my­lił. Ja też. Przy­ja­ciółki są ważne. W każ­dym ra­zie ta­kie przy­ja­ciółki: bły­sko­tli­wie in­te­li­gentne, am­bitne i ma­jące po­dobne do mo­ich do­świad­cze­nia po­gardy i kry­tyki, które prze­trwały z uśmie­chem na ustach.

Wbrew moim oba­wom przy­ja­ciółki nie osła­biły mo­jego za­pału do pracy. Prze­ciw­nie: uczy­niły mnie sil­niej­szą.

Te­raz, wiele mie­sięcy póź­niej, opa­dłam na pu­ste krze­sło, a Ru­žica na­lała mi her­baty. Po­czu­łam cy­try­nowy za­pach: Mi­lana z uśmie­chem pod­su­nęła mi ta­le­rzyk z moim ulu­bio­nym cia­stem z me­lisą. Przy­ja­ciółki mu­siały spe­cjal­nie za­mó­wić je dla mnie u pani En­gel­brecht. Wy­jąt­kowy gest w wy­jąt­ko­wym dniu.

- Dzię­kuję.

Pi­ły­śmy her­batę i sku­ba­ły­śmy cia­sto. Dziew­czyny były wy­jąt­kowo mil­czące, cho­ciaż po ich mi­nach i ukrad­ko­wych zer­k­nię­ciach po­zna­łam, że le­dwo się po­wstrzy­mują. Cze­kały, aż ode­zwę się pierw­sza, aż za­ofe­ruję im coś wię­cej niż tylko po­dzię­ko­wa­nia za przy­smaki. Wresz­cie jed­nak Ru­žica, naj­bar­dziej en­tu­zja­styczna z nich wszyst­kich, nie wy­trzy­mała. Była naj­bar­dziej uparta i naj­mniej cier­pliwa, więc po pro­stu wy­bu­chła.

- I jaki jest ten słynny pro­fe­sor We­ber? - spy­tała, uno­sząc brwi w żar­to­bli­wym ak­tor­skim na­śla­do­wa­niu na­uczy­ciela, zna­nego z onie­śmie­la­ją­cego stylu by­cia i rów­nie onie­śmie­la­ją­cej in­te­li­gen­cji.

- Taki, jak go przed­sta­wiają - wes­tchnę­łam, bio­rąc do ust ko­lejny kęs cia­sta, które miało cu­downy, jed­no­cze­śnie słodki i wy­trawny smak. Wy­tar­łam okru­szek z ką­cika ust i wy­ja­śni­łam:

- Spraw­dził li­stę, za­nim po­zwo­lił mi usiąść. Jakby nie wie­dział, że za­pi­sa­łam się na jego za­ję­cia. Sam mnie na nie przy­jął!

Dziew­czyny za­chi­cho­tały.

- Po­tem zro­bił zło­śliwą uwagę na te­mat mo­jego serb­skiego po­cho­dze­nia.

Śmiech ustał. Ru­žica i Mi­lana, które rów­nież przy­je­chały z od­le­głych ru­bieży Au­stro­Wę­gier, do­świad­czyły po­dob­nych upo­ko­rzeń. Na­wet He­lene, która przy­była z naj­bar­dziej po­wa­ża­nego re­gionu Au­strii, także do­stą­piła przy­kro­ści ze strony pro­fe­so­rów po­li­tech­niki ze względu na swoje ży­dow­skie po­cho­dze­nie.

- Tak samo wy­glą­dał mój pierw­szy dzień na kur­sie pro­fe­sora He­rzoga - po­wie­działa He­lene.

Po­ki­wa­ły­śmy gło­wami. Gdy pro­fe­sor He­rzog za­uwa­żył, że jej na­zwi­sko ma ży­dow­skie brzmie­nie, po­łowę swo­jego pierw­szego wy­kładu o hi­sto­rii Włoch po­świę­cił we­nec­kim get­tom, w któ­rych Ży­dzi żyli za­mknięci od szes­na­stego do osiem­na­stego wieku. Nie są­dzi­ły­śmy, by pod­ję­cie tego te­matu było czy­stym zbie­giem oko­licz­no­ści.

- Jakby nie wy­star­czało, że je­ste­śmy le­d­wie kil­koma ko­bie­tami w oce­anie męż­czyzn, wy­kła­dowcy mu­szą zna­leźć jesz­cze inne po­wody, by pod­kre­ślić na­szą od­mien­ność - za­uwa­żyła Ru­žica.

- A co po­wiesz o ko­le­gach z grupy? - Mi­lana wy­raź­nie chciała zmie­nić te­mat.

- Są tacy jak zwy­kle - od­par­łam.

Dziew­częta jęk­nęły, pełne zro­zu­mie­nia.

- Za­ro­zu­miali? - spy­tała Mi­lana.

- Tak - od­par­łam.

- Wą­saci? - za­su­ge­ro­wała z uśmie­chem Ru­žica.

- Tak.

- Prze­sad­nie pewni sie­bie?

- Tak, tak.

- Czy ktoś był otwar­cie nie­przy­jemny? - Głos He­lene był te­raz po­waż­niej­szy.

Była bar­dzo opie­kuń­cza, jakby chciała mat­ko­wać gru­pie. A zwłasz­cza mnie. Od­kąd po­wie­dzia­łam im, co przy­da­rzyło mi się pierw­szego dnia w szkole w Obe­rgym­na­sium w Za­grze­biu - a była to hi­sto­ria, którą do­tąd trzy­ma­łam tylko dla sie­bie - He­lene za­cho­wy­wała się wo­bec mnie szcze­gól­nie ostroż­nie. Cho­ciaż żadna z dziew­cząt nie spo­tkała się z rów­nie otwartą prze­mocą, wszyst­kie wy­czu­wały cza­jące się za­gro­że­nie.

- Nie. Przy­naj­mniej na ra­zie.

- To do­brze. - Ru­žica jak zwy­kle pa­trzyła na świat z opty­mi­zmem.

Oskar­ża­ły­śmy ją o no­sze­nie ró­żo­wych oku­la­rów na­wet pod­czas naj­ciem­niej­szych burz. Upie­rała się, że to je­dyne roz­wią­za­nie, i za­chę­cała, by­śmy pod­cho­dziły do ży­cia po­dob­nie.

- A za­uwa­ży­łaś ja­kichś po­ten­cjal­nych so­jusz­ni­ków? - Mi­lana wkro­czyła na bar­dziej stra­te­giczne te­ry­to­rium.

Pro­gram za­jęć z fi­zyki za­kła­dał współ­pracę mię­dzy stu­den­tami nad czę­ścią pro­jek­tów, więc za­sta­na­wia­ły­śmy się nad stra­te­gią dzia­ła­nia. Co mia­ła­bym zro­bić, gdyby nikt nie chciał być ze mną w gru­pie?

- Nie - od­par­łam in­stynk­tow­nie, prze­rwa­łam jed­nak, chcąc po­dą­żyć za radą Ru­žicy i spoj­rzeć na sprawę bar­dziej opty­mi­stycz­nie. - Być może. Je­den ze stu­den­tów uśmie­chał się do mnie. Może nieco zbyt długo, ale szcze­rze. Bez drwiny. Chyba na­zywa się Ein­stein.

He­lene z nie­po­ko­jem unio­sła swoje gę­ste brwi. Była wy­jąt­kowo wy­czu­lona na nie­po­żą­dane mi­ło­sne ge­sty. Uwa­żała, że są rów­nie nie­bez­pieczne jak prze­moc. Się­gnęła po moją dłoń i ostrze­gła:

- Uwa­żaj.

Od­wza­jem­ni­łam uścisk.

- Nie martw się, He­lene. Je­stem bar­dzo ostrożna.

Kiedy jej twarz się nie roz­po­go­dziła, do­da­łam:

- No pro­szę. Wciąż oskar­ża­cie mnie, że je­stem za ostrożna. Zbyt nie­śmiała. O to, że swoje praw­dziwe ja po­ka­zuję tylko wam. Czy na­prawdę uwa­żasz, że nie za­cho­wam ostroż­no­ści, ob­cu­jąc z pa­nem Ein­ste­inem?

Uśmiech za­stą­pił za­nie­po­ko­jone spoj­rze­nie He­lene.

Moje to­wa­rzyszki wciąż mnie za­ska­ki­wały. Za­ska­ki­wało mnie to, że po­tra­fię opo­wie­dzieć im dawno za­po­mniane hi­sto­rie. Że umiem im po­ka­zać, kim je­stem na­prawdę. I że ak­cep­tują mnie mimo wszystko.

Roz­dział 3

22 kwiet­nia 1897

Zu­rych, Szwaj­ca­ria

Usia­dłam na swoim miej­scu w czy­telni. Prze­stronna bi­blio­teka po­li­tech­niki, o ścia­nach wy­ło­żo­nych drew­nem, była nie­mal cał­ko­wi­cie za­peł­niona, ale jed­no­cze­śnie było tu bar­dzo ci­cho. Stu­denci w mil­cze­niu mo­dlili się przy oł­ta­rzu to jed­nej, to dru­giej dys­cy­pliny, ucząc się bio­lo­gii, che­mii, ma­te­ma­tyki czy - jak ja - fi­zyki. Od­dzie­lona od świata, za­ba­ry­ka­do­wana za książ­kami, umoc­niona wła­snymi roz­wa­ża­niami i teo­riami, mo­głam uda­wać, że je­stem taka sama jak wszy­scy po­zo­stali stu­denci w bi­blio­tece.

Przede mną le­żały roz­ło­żone no­tatki, kilka za­da­nych tek­stów i ar­ty­kuł z mo­jej wła­snej ko­lek­cji. Wszyst­kie wal­czyły o moją uwagę jak do­mowe zwie­rzątka, a ja nie mo­głam się zde­cy­do­wać, czemu po­świę­cić czas. New­to­nowi czy Kar­te­zju­szowi? A może któ­re­muś z now­szych teo­re­ty­ków? Po­wie­trze na po­li­tech­nice, a na­wet w ca­łym Zu­ry­chu, zda­wało się na­ła­do­wane roz­mo­wami o naj­now­szych osią­gnię­ciach w fi­zyce. Mia­łam wra­że­nie, że są one skie­ro­wane bez­po­śred­nio do mnie. Moje miej­sce było w świe­cie fi­zyki. Ukryte w niej ta­jemne za­sady rzą­dzące świa­tem - se­kretne siły i nie­wi­dzialne związki tak skom­pli­ko­wane, że tylko Bóg mógł je stwo­rzyć - sta­no­wiły od­po­wie­dzi na naj­waż­niej­sze py­ta­nia do­ty­czące na­szej eg­zy­sten­cji. Gdy­bym tylko umiała je od­na­leźć...

Cza­sami, kiedy pod­czas lek­tury i ob­li­czeń uda­wało mi się od­prę­żyć, do­strze­ga­łam bo­skie wzory, któ­rych tak de­spe­racko pra­gnę­łam. Wi­dzia­łam je jed­nak tylko ką­tem oka. Le­d­wie zwra­ca­łam wzrok pro­sto na nie, roz­pły­wały się w ni­cość. Może nie by­łam jesz­cze go­towa, by bo­skie dzieło uka­zało mi się w pełni.

Być może za ja­kiś czas mi się to uda.

To ta­cie za­wdzię­cza­łam, że przy­pro­wa­dził mnie do mi­go­tli­wego przed­sionka cie­ka­wo­ści i na­uki. Ża­ło­wa­łam tylko, że wciąż się mar­twi: za­równo o moją przy­szłość, jak i o obecne bez­pie­czeń­stwo. Cho­ciaż w li­stach bar­dzo sta­ra­łam się go prze­ko­nać, że je­śli moim prze­zna­cze­niem nie okaże się na­uka, po stu­diach cze­kać na mnie bę­dzie mnó­stwo na­uczy­ciel­skich sta­no­wisk, i za­pew­nia­łam go o nie­na­ru­szal­no­ści mo­jego co­dzien­nego planu dnia, to jed­nak w jego ko­lej­nych py­ta­niach wy­czu­wa­łam nie­po­kój. Co cie­kawe, te­raz mama wy­da­wała się bar­dziej prze­ko­nana do mo­jej drogi. Po tylu la­tach walki z moim pra­gnie­niem na­uki na­gle po­go­dziła się z nim, kiedy osia­dłam w Zu­ry­chu. Ucie­szyła się, gdy za­czę­łam w li­stach opo­wia­dać jej o Ru­žicy, Mi­la­nie i He­lene. W jej od­po­wie­dziach wi­dzia­łam ra­dość z tych no­wych przy­jaźni. Z mo­ich pierw­szych przy­jaźni.

Apro­bata mamy nie była czymś oczy­wi­stym. Do nie­dawna na na­szej re­la­cji cie­niem kła­dła się jej tro­ska o mnie, o to dziwne, sa­motne, nie­przy­sto­so­wane dziecko. I wpływ mo­jego pra­gnie­nia edu­ka­cji na jej wła­sne ży­cie.

Ja­kieś dzie­sięć lat temu pew­nego chłod­nego wrze­śnio­wego po­po­łu­dnia w od­le­głej Ru­mie, gdzie się uro­dzi­łam, po­sta­no­wiła nie kryć dłu­żej nie­chęci do wy­bra­nej przeze mnie nie­ko­bie­cej drogi. I to mimo że za­chę­cał mnie do niej papa, któ­remu za­zwy­czaj ustę­po­wała. Jak co dzień szli­śmy na cmen­tarz, na któ­rym po­cho­wani byli mój star­szy brat i sio­stra, zmarli w dzie­ciń­stwie, wiele lat przed mo­imi na­ro­dzi­nami.

Wiatr dął, trze­po­cząc chu­s­teczką na mo­jej gło­wie. Chwy­ci­łam czarny ma­te­riał i przy­trzy­ma­łam go, wy­obra­ża­jąc so­bie, jak bar­dzo mama by się zde­ner­wo­wała, gdy­bym choć przez chwilę miała gołą głowę na świę­tej ziemi. Tka­nina za­kry­wała moje uszy, tłu­miąc ża­łobne jęki wia­tru. By­łam wdzięczna za tę ci­szę, choć wie­dzia­łam, że la­ment pa­suje do oko­licz­no­ści.

Po­czu­łam do­bie­ga­jący z na­szego ko­ścioła za­pach słod­kiego, gry­zą­cego ka­dzi­dła tam­jan. Sta­ra­łam się do­trzy­mać ma­mie kroku, a je­sienne li­ście sze­le­ściły pod na­szymi no­gami. Wzgó­rze było ska­li­ste, mama wie­działa, że trudno mi na nie wejść, lecz nie zwal­niała. Tak jakby trud drogi na cmen­tarz był czę­ścią mo­jej kary. Za to, że prze­ży­łam, pod­czas gdy mo­jemu ro­dzeń­stwu się to nie udało. Za to, że nie da­łam się po­ko­nać cho­ro­bom. I za to, że za­chę­ci­łam papę do przy­ję­cia urzęd­ni­czego sta­no­wi­ska w No­wym Sa­dzie - du­żym mie­ście, w któ­rym znaj­do­wała się pre­sti­żowa szkoła dla dziew­cząt. Bo prze­pro­wadzka ozna­czała, że mama bę­dzie mu­siała zo­sta­wić za sobą groby swo­ich pier­wo­rod­nych dzieci.

- Idziesz, Mitzo? - za­wo­łała, nie od­wra­ca­jąc się.

Pa­mię­ta­łam, że jej chłód nie wy­nika wy­łącz­nie z nie­chęci do prze­pro­wadzki. Su­rowa dys­cy­plina i wy­so­kie ocze­ki­wa­nia były jej re­ceptą na do­brze wy­cho­wane dziecko. Czę­sto po­wta­rzała:

- Księga Przy­słów mówi, że "ró­zga i kar­ce­nie udziela mą­dro­ści; chło­piec po­zo­sta­wiony so­bie jest wsty­dem dla matki"*.

- Tak, mamo - od­po­wia­da­łam.

Ubrana jak zwy­kle w ża­łobną czerń, w ciem­nej chu­s­teczce na gło­wie na cześć mo­jego zmar­łego ro­dzeń­stwa, mama szła przo­dem ni­czym wy­raźny cień na tle sza­rego je­sien­nego nieba. Kiedy do­tar­ły­śmy na szczyt, bra­ko­wało mi tchu, ale sta­ra­łam się ukryć zmę­cze­nie. Taki był mój obo­wią­zek.

Po­wstrzy­mu­jąc się od krzyku, od­wró­ci­łam się: uwiel­bia­łam wi­dok z tego miej­sca. Ruma roz­po­ście­rała się pod nami, nad nami uno­siła się ko­ścielna iglica, miej­ski pej­zaż wtu­lał się w brzegi Du­naju. Za­ku­rzone mia­sto było nie­duże, z jed­nym tylko pla­cem, tar­go­wi­skiem i kil­koma ofi­cjal­nymi bu­dyn­kami w cen­trum, ale i tak uwa­ża­łam je za piękne.

Wtedy jed­nak do­strze­głam po­chy­la­jącą się mamę i po­czu­łam się winna. To nie był spa­cer dla przy­jem­no­ści, nie po­win­nam się do­brze ba­wić. To miała być jedna z na­szych ostat­nich wi­zyt na cmen­ta­rzu na długi czas. Dzi­siaj na­wet tata nie po­tra­fił po­pra­wić mi hu­moru. Uklę­kłam obok mamy na­prze­ciw gro­bów. Ka­myki wbi­jały mi się w ko­lana, ale tego dnia chcia­łam czuć ból. Może dzięki niemu mo­głam od­po­ku­to­wać za ten, który za­da­łam ma­mie, ini­cju­jąc prze­pro­wadzkę do No­wego Sadu. Jako że w lo­kal­nej pod­sta­wówce w Ru­mie do­szłam już do końca edu­ka­cji, papa chciał, że­bym uczyła się da­lej w wyż­szej szkole dla dziew­cząt w No­wym Sa­dzie. W pro­stej li­nii Rumę dzie­liło od tego mia­sta le­d­wie dwa­dzie­ścia mil, ale po­dróż krę­tymi dro­gami mo­gła za­jąć na­wet kilka go­dzin. Wie­dzia­łam, że nie bę­dziemy wra­cać do domu re­gu­lar­nie.

Spoj­rza­łam na mamę. Jej brą­zowe oczy były za­mknięte, a bez ich nie­ustę­pli­wego bły­sku wy­glą­dała na star­szą niż jej trzy­dzie­ści kilka lat. Cię­żar straty i co­dzienny znój mocno ją po­sta­rzały. Prze­że­gna­łam się, za­mknę­łam oczy i po­mo­dli­łam się w du­chu za moje dawno utra­cone ro­dzeń­stwo. Brat i sio­stra byli mi za­wsze nie­wi­dzial­nymi to­wa­rzy­szami, za­stę­po­wali przy­ja­ciół, któ­rych ni­gdy nie mia­łam. Jakże ina­czej mo­głoby wy­glą­dać moje ży­cie, gdyby nie umarli. Być może, ma­jąc ich u boku, nie by­ła­bym tak sa­motna i nie pra­gnę­ła­bym w głębi du­szy ba­wić się na­wet z naj­okrut­niej­szymi dziew­czyn­kami na szkol­nym po­dwó­rzu.

Po­czu­łam na twa­rzy pro­mie­nie słońca. Otwo­rzy­łam oczy. Zwień­czone łu­kami mar­mu­rowe groby mo­jego star­szego ro­dzeń­stwa pa­trzyły na mnie. Ich na­zwi­ska - Mi­lica Ma­rić i Vu­ka­šin Ma­rić - mi­go­tały w słońcu, jakby le­d­wie zo­stały wy­rzeź­bione, a ja jak zwy­kle po­wstrzy­my­wa­łam chęć do­tknię­cia każ­dej li­tery po ko­lei.

Mama za­zwy­czaj była pod­czas tych wi­zyt mil­cząca i za­my­ślona. Nie tym ra­zem jed­nak, te­raz wy­cią­gnęła do mnie dłoń i za­wo­łała do Matki Bo­skiej w na­szym oj­czy­stym serb­skim ję­zyku:

Bo­go­ro­dice Djevo, ra­duj­sja

Bla­go­dat­naja Ma­rije...

Mama śpie­wała z taką mocą, że za­głu­szyła wiatr i sze­lest li­ści. Ko­ły­sała się. Moc jej głosu i dra­ma­tyczne ru­chy za­wsty­dzały mnie, zwłasz­cza gdy do­strze­głam zer­ka­ją­cych na nas z od­dali ża­łob­ni­ków.

Mimo to do­łą­czy­łam do niej. Słowa "Zdro­waś, Ma­rio" za­zwy­czaj mnie uspo­ka­jały, dziś jed­nak wy­dały mi się dziw­nie obce. Ję­zyk mi sztyw­niał, jak­bym wy­po­wia­dała kłam­stwa. Słowa mamy też brzmiały dziś ina­czej, nie jak na­bożna mo­dli­twa, ale jak oskar­że­nie. Nie oskar­żała oczy­wi­ście Świę­tej Pa­nienki, tylko mnie.

Pró­bo­wa­łam skon­cen­tro­wać się na wie­trze, na szu­mie ga­łęzi i li­ści, na ga­lo­pie mi­ja­ją­cych nas koni, na wszyst­kim, byle nie na sło­wach wy­do­by­wa­ją­cych się z ust mamy. Nie po­trze­bo­wa­łam, by kto­kol­wiek mi przy­po­mi­nał, jak wiele za­leży od mo­jego po­wo­dze­nia w szkole w No­wym Sa­dzie. Mu­sia­łam od­nieść suk­ces. Nie tylko dla sie­bie, dla mamy i papy, ale też dla mo­jego zmar­łego ro­dzeń­stwa. Dla ich po­rzu­co­nych dusz.

Sły­sza­łam skro­ba­nie wiecz­nych piór w ze­szy­tach stu­den­tów pra­cu­ją­cych nie­opo­dal, ale tylko je­den czło­wiek sku­piał na so­bie moją uwagę. Phi­lipp Le­nard. Się­gnę­łam po ar­ty­kuł tego zna­nego nie­miec­kiego fi­zyka. Po­win­nam była czy­tać za­dane przez pro­fe­sora tek­sty Her­manna von Helm­holtza i Lu­dwiga Bolt­zmanna, jed­nak cią­gnęło mnie do ostat­nich ba­dań Le­narda na te­mat wła­ści­wo­ści pro­mieni ka­to­do­wych. Bom­bar­do­wał me­ta­liczne elek­trody opróż­nio­nych szkla­nych tu­bek prą­dem elek­trycz­nym o wy­so­kim na­pię­ciu i ba­dał pro­mie­nie. Le­nard za­ob­ser­wo­wał, że je­śli koń­cówka tubki prze­ciwna do ła­dunku ujem­nego była po­ma­lo­wana na flu­ore­scen­cyjny ko­lor, we­wnątrz tubki po­ja­wiał się ma­leńki świe­cący obiekt. To do­pro­wa­dziło go do prze­ko­na­nia, że pro­mie­nie ka­to­dowe są stru­mie­niami ne­ga­tyw­nie na­ła­do­wa­nych czą­ste­czek. Na­zwał je kwan­tami elek­trycz­no­ści. Od­kła­da­jąc ar­ty­kuł, za­czę­łam się za­sta­na­wiać, jak od­kry­cia Le­narda mo­gły wpły­nąć na dys­ku­sję o na­tu­rze i ist­nie­niu ato­mów. Z ja­kiej sub­stan­cji Bóg zro­bił świat? Czy od­po­wiedź na to py­ta­nie mo­gła przy­bli­żyć nas do zro­zu­mie­nia celu na­szego ży­cia na tym bo­żym świe­cie? Cza­sami na kar­tach czy­ta­nych te­stów i w chwi­lach za­dumy wy­czu­wa­łam bo­skie wzory obecne w pra­wach fi­zyki, które po­zna­wa­łam. To w nich wła­śnie czu­łam Boga sil­niej niż w ko­ściel­nych ła­wach i na cmen­ta­rzach, do­kąd pro­wa­dzała mnie mama.

Ze­gar na uni­wer­sy­tec­kiej wieży wy­bił piątą. Czyżby na­prawdę było tak późno? Na­wet nie tknę­łam jesz­cze za­da­nych tek­stów. Wy­cią­gnę­łam szyję, by wyj­rzeć przez okno. W Zu­ry­chu nie bra­ko­wało wy­so­kich wież ze­ga­ro­wych: wszyst­kie wska­zówki po­twier­dzały, że na­de­szła piąta. Pani En­gel­brecht była nie­prze­jed­nana w kwe­stii czasu po­sił­ków, nie mo­głam się więc ocią­gać. Zwłasz­cza że wie­dzia­łam, iż dziew­częta będą cze­kać z in­stru­men­tami w dło­niach na chwilę mu­zy­ko­wa­nia przed obia­dem, był to je­den z na­szych ry­tu­ałów, który zresztą lu­bi­łam naj­bar­dziej ze wszyst­kich.

Ze­bra­łam swoje kartki i za­czę­łam cho­wać je do torby. Na wierz­chu sterty pa­pie­rów le­żał ar­ty­kuł Le­narda, a moją uwagę przy­kuło jedno zda­nie. Wró­ci­łam do lek­tury i tak się w niej za­to­pi­łam, że aż pod­sko­czy­łam, sły­sząc swoje na­zwi­sko.

- Panno Ma­rić, czy mógł­bym pani prze­rwać?

Był to pan Ein­stein. Jego czu­pryna wy­glą­dała na jesz­cze bar­dziej nie­sforną niż za­zwy­czaj, jakby prze­cze­sy­wał pal­cami ciemne loki, sta­ra­jąc się usta­wić je do pionu. Jego ko­szula i kurtka też nie wy­glą­dały naj­le­piej: były okrop­nie po­gnie­cione. Jego za­nie­dbany wy­gląd nie pa­so­wał do przy­kład­nego stylu po­zo­sta­łych stu­den­tów w bi­blio­tece. Jed­nak on w od­róż­nie­niu od nich się uśmie­chał.

- Tak, pa­nie Ein­stein?

- Mia­łem na­dzieję, że po­może mi pani z jed­nym pro­ble­mem - po­wie­dział, po­da­jąc mi stertę pa­pie­rów.

- Ja? - spy­ta­łam in­stynk­tow­nie i od razu po­ża­ło­wa­łam, że oka­za­łam za­sko­cze­nie.

"Bądź pewna sie­bie - po­my­śla­łam. - Je­steś rów­nie mą­dra jak po­zo­stali stu­denci z sek­cji. Czemu ko­lega nie miałby po­pro­sić cię o po­moc?"

Tylko było już za późno. Oka­za­łam sła­bość.

- Tak, panno Ma­rić. My­ślę, że jest pani naj­mą­drzej­sza w na­szej gru­pie. Z pew­no­ścią lep­sza z ma­te­ma­tyki od tych Dum­m­kopfs - wska­zał pal­cem dwóch na­szych ko­le­gów, pana Eh­rata i pana Kol­l­rosa, któ­rzy stali po­mię­dzy dwoma rzę­dami pó­łek, żywo ge­sty­ku­lu­jąc. - Oni pró­bo­wali mi po­móc i po­nie­śli sro­motną klę­skę.

- Oczy­wi­ście - od­par­łam.

Jego za­pew­nie­nia wpraw­dzie mi schle­biały, lecz nie opusz­czała mnie po­dejrz­li­wość. Gdyby była tu He­lene, za­le­ci­łaby ostroż­ność, ale też za­chę­ca­łaby do za­war­cia so­ju­szu. W przy­szłym se­me­strze będę po­trze­bo­wała part­nera do ba­dań, a on może się oka­zać je­dyną moż­li­wo­ścią. Od­kąd sześć mie­sięcy wcze­śniej przy­stą­pi­łam do pro­gramu, co­dzien­nie sie­dzia­łam w sali z tymi sa­mymi pię­cioma męż­czy­znami. Wszy­scy po­zo­stali za­cho­wy­wali się wo­bec mnie obo­jęt­nie, wy­mie­nia­li­śmy tylko pod­sta­wowe uprzej­mo­ści. Co­dzienne ser­deczne po­zdro­wie­nia i rzu­cane raz na ja­kiś czas py­ta­nia o moje prze­my­śle­nia na te­mat wy­kła­dów pro­fe­sora We­bera czy­niły z pana Ein­ste­ina moją je­dyną na­dzieję.

- Pro­szę po­zwo­lić mi spoj­rzeć. - Opu­ści­łam wzrok na jego kartki.

Zo­ba­czy­łam nie­mal nie­moż­liwy do po­ję­cia ba­ła­gan. Czy w po­dob­nie nie­zor­ga­ni­zo­wany spo­sób pra­co­wali wszy­scy moi ko­le­dzy? Je­śli tak, nie po­win­nam się mar­twić o ja­kość swo­ich wy­sił­ków. Zer­k­nę­łam na nie­upo­rząd­ko­wane no­tatki i od razu za­uwa­ży­łam błąd. Wy­ni­kał z jego le­ni­stwa.

- Tu­taj. My­ślę, że je­śli zmieni pan ko­lej­ność tych dwóch liczb, do­trze pan do wła­ści­wego roz­wią­za­nia.

- Ach, już ro­zu­miem. Dzię­kuję za po­moc, panno Ma­rić.

- Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie. - Po­ki­wa­łam głową i od­wró­ci­łam się, by ze­brać swoje rze­czy.

Czu­łam, że zerka mi przez ra­mię.

- Czyta pani Le­narda? - spy­tał, wy­raź­nie za­sko­czony.

- Tak - od­par­łam, nie prze­sta­jąc się pa­ko­wać.

- Nie ma go w pro­gra­mie.

- Wiem.

- Za­ska­kuje mnie pani, panno Ma­rić.

- Dla­czego, pa­nie Ein­stein?

Spoj­rza­łam mu wy­zy­wa­jąco pro­sto w oczy. Czy są­dził, że nie je­stem w sta­nie zro­zu­mieć Le­narda, tek­stu znacz­nie trud­niej­szego od tych z na­szego pod­sta­wo­wego pro­gramu? Był ode mnie sporo wyż­szy, więc mu­sia­łam za­drzeć wy­soko głowę. Mój ni­ski wzrost był sła­bo­ścią, któ­rej nie­na­wi­dzi­łam rów­nie mocno jak ka­lec­twa.

- Wy­daje się pani bar­dzo pilną stu­dentką. Za­wsze obecna, prze­strze­ga­jąca wszyst­kich za­sad, skru­pu­latna. Spę­dza pani go­dziny w bi­blio­tece, za­miast mar­no­wać je w ka­wiar­niach. A jed­nak na­leży pani do bo­hemy, tak jak ja. Nie spo­dzie­wa­łem się.

- Do bo­hemy? Nie ro­zu­miem.

Mój ton był ostry. Słowo "bo­hema" ko­ja­rzyło mi się z au­stro­wę­gier­skim re­gio­nem Bo­he­mii, czy w ten spo­sób chciał za­żar­to­wać z mo­jego po­cho­dze­nia? Pan Ein­stein wie­dział, że je­stem Serbką, a uprze­dze­nia lu­dzi z kra­jów za­chod­nich wo­bec ob­co­kra­jow­ców były do­brze znane. Za­sta­na­wia­łam się nad po­cho­dze­niem sa­mego Ein­ste­ina, cho­ciaż wie­dzia­łam, że przy­je­chał z Ber­lina. Jed­nak jego ciemne włosy i oczy, a także cha­rak­te­ry­styczne na­zwi­sko spra­wiały, że nie miał wiele wspól­nego z ty­po­wym ger­mań­skim blon­dy­nem. Może jego ro­dzina skądś przy­je­chała do Ber­lina?

Mu­siał wy­czuć mój uta­jony gniew, bo za­raz za­czął wy­ja­śniać swoje słowa.

- Uży­łem słowa "bo­hema" we fran­cu­skim zna­cze­niu: la bo­héme. Przy­na­leż­ność do niej ozna­cza nie­za­leż­ność w my­śle­niu. No­wo­cze­sność. To, że nie jest pani bo­ur­ge­ois, jak nie­któ­rzy z na­szych ko­le­gów.

Nie wie­dzia­łam, jak od­czy­tać tę wy­po­wiedź. Nie wy­da­wało mi się, by so­bie ze mnie żar­to­wał, prze­ciw­nie, wy­glą­dało to na dziwny kom­ple­ment. Czu­łam się co­raz nie­zręcz­niej. Zbie­ra­jąc z biurka ostat­nie pa­piery, po­wie­dzia­łam:

- Mu­szę już iść, pa­nie Ein­stein. Pani En­gel­brecht ści­śle prze­strzega har­mo­no­gramu po­sił­ków, więc nie mogę się spóź­nić na ko­la­cję. Do wi­dze­nia.

Za­pię­łam torbę i dy­gnę­łam na po­że­gna­nie.

- Do wi­dze­nia, panno Ma­rić - od­parł z ukło­nem. - Bar­dzo dzię­kuję za po­moc.

Wy­szłam przez zwień­czone łu­kiem dę­bowe drzwi bi­blio­teki, mi­nę­łam mały ka­mienny dzie­dzi­niec i zna­la­złam się na ru­chli­wej Rämi­strasse. Bul­war pe­łen był pen­sjo­na­tów, w któ­rych miesz­kali naj­bo­gatsi stu­denci w Zu­ry­chu, i ka­wiarni, w któ­rych ci sami stu­denci dys­ku­to­wali za dnia, je­śli tylko nie byli na wy­kła­dach. Zer­ka­jąc na nich ukrad­kiem, wi­dzia­łam, że głów­nym pa­li­wem tych dys­ku­sji były kawa i fajka. Mo­głam jed­nak tylko zga­dy­wać, nie mia­łam od­wagi, by usiąść przy któ­rymś z tych sto­łów, choć kie­dyś do­strze­głam pana Ein­ste­ina z ko­le­gami w Cafe Me­tro­pole, a on ge­stem za­pro­sił mnie do środka. Uda­wa­łam, że go nie wi­dzę; ko­biety rzadko do­łą­czały do męż­czyzn pod­czas tych swo­bod­nych dys­ku­sji i była to gra­nica, któ­rej nie po­tra­fi­łam prze­kro­czyć.

Nad Rämi­strasse za­pa­dała noc, wciąż spo­wi­jało ją jed­nak świa­tło elek­trycz­nych lamp. W po­wie­trzu uno­siła się lekka mgiełka, wło­ży­łam za­tem na głowę kap­tur, by ochro­nić włosy i ubra­nia przed wil­go­cią. Nie­spo­dzie­wa­nie - po­ra­nek był po­godny i ja­sny - za­czął pa­dać deszcz, a mnie co­raz trud­niej było prze­bi­jać się przez tłum. By­łam tu zde­cy­do­wa­nie naj­niż­szą osobą. Prze­mo­kłam, a bruk sta­wał się co­raz bar­dziej śli­ski. Czy po­win­nam zła­mać swoją za­sadę i schro­nić się w ka­wiarni, póki po­goda się nie po­prawi?

Nie­po­strze­że­nie deszcz prze­stał na mnie pa­dać. Unio­słam wzrok, spo­dzie­wa­jąc się błę­kitu nieba, ale zo­ba­czy­łam tylko czerń i stru­mie­nie wody spły­wa­jące wo­kół mnie.

Pan Ein­stein trzy­mał pa­ra­sol nad moją głową.

- Jest pani cała mo­kra, panno Ma­rić - po­wie­dział, pa­trząc na mnie we­soło.

Co on tu ro­bił? Jesz­cze chwilę temu na­wet nie zbie­rał się z bi­blio­teki. Czyżby po­szedł za mną?

- Ulewa mnie za­sko­czyła. Bar­dzo dzię­kuję za pa­ra­sol, ale po­ra­dzę so­bie.

Za­le­żało mi na tym, by oka­zać sa­mo­dziel­ność. Nie chcia­łam, by któ­ry­kol­wiek z mo­ich ko­le­gów wi­dział we mnie bez­radną ko­bietkę. A zwłasz­cza pan Ein­stein. Gdyby do­strzegł moją sła­bość, nie wi­działby we mnie part­nerki do ba­dań, prawda?

- Po tym, jak po­prawką mo­ich ob­li­czeń ura­to­wała mnie pani przed nie­chyb­nym gnie­wem pro­fe­sora We­bera, mi­ni­mum, co mogę zro­bić, to od­pro­wa­dzić pa­nią do domu w tym desz­czu. - Uśmiech­nął się. - Skoro wy­gląda na to, że za­po­mniała pani pa­ra­sola.

Chcia­łam za­pro­te­sto­wać, ale na­prawdę po­trze­bo­wa­łam jego po­mocy. Cho­dze­nie po śli­skim ka­mie­niu mo­gło się oka­zać nie­bez­pieczne. Pan Ein­stein po­ło­żył dłoń na moim ra­mie­niu i uniósł pa­ra­sol wy­soko nad moją głową. Jego gest był bar­dzo uprzejmy, choć dość śmiały. Czu­jąc jego do­tyk na ra­mie­niu, zda­łam so­bie sprawę, że je­śli nie li­czyć ojca i kilku wuj­ków, ża­den do­ro­sły męż­czy­zna nie był tak bli­sko mnie. Cho­ciaż po bul­wa­rze cho­dziły tłumy, a wszy­scy byli ubrani w cięż­kie war­stwy szali i płasz­czy, po­czu­łam się dziw­nie ob­na­żona.

Po dro­dze pan Ein­stein wy­gło­sił żar­liwy mo­no­log o teo­rii fal elek­tro­ma­gne­tycz­nych Ma­xwella, wy­su­wa­jąc kilka dość cie­ka­wych my­śli na te­mat związku świa­tła i pro­mie­nio­wa­nia z ma­te­rią. Wtrą­ci­łam parę ko­men­ta­rzy, na które pan Ein­stein za­re­ago­wał z za­in­te­re­so­wa­niem, ale głów­nie mil­cza­łam, wsłu­chu­jąc się w jego nie­po­wstrzy­maną ga­da­ninę i pró­bu­jąc oce­nić jego in­te­lekt oraz oso­bo­wość.

Do­tar­li­śmy do pen­sjo­natu En­gel­brech­tów, a on od­pro­wa­dził mnie po scho­dach pod same drzwi. Po­czu­łam ulgę.

- Raz jesz­cze bar­dzo panu dzię­kuję. Pana uprzej­mość nie była ko­nieczna, tym bar­dziej ją do­ce­niam.

- Cała przy­jem­ność po mo­jej stro­nie, panno Ma­rić. Zo­ba­czymy się ju­tro na za­ję­ciach - od­parł na od­chod­nym.

Z uchy­lo­nego okna sa­lonu do­biegł nas fał­szy­wie grany utwór Vi­val­diego. Pan Ein­stein od­wró­cił się i zaj­rzał przez okno do sali, w któ­rej dziew­częta ze­brały się na spon­ta­niczny kon­cert.

- Na Boga, cóż za we­soła gro­madka! - za­wo­łał. - Ża­łuję, że nie za­bra­łem skrzy­piec, Vi­valdi za­wsze le­piej brzmi przy akom­pa­nia­men­cie smycz­ków. Czy pani gra, panno Ma­rić?

Jego skrzypce? Cóż za za­ro­zu­mia­łość. To były moje przy­ja­ciółki i moja świą­ty­nia, do któ­rej by­naj­mniej go nie za­pra­sza­łam.

- Tak. Gram na tam­bu­ricy i na for­te­pia­nie. I śpie­wam. Ale to bez zna­cze­nia, bo pań­stwo En­gel­brech­to­wie są bar­dzo su­rowi, je­śli cho­dzi o wi­zyty męż­czyzn.

- Mógł­bym przyjść nie jako ad­o­ra­tor, lecz jako ko­lega z uczelni i mu­zyk - za­pro­po­no­wał. - Czy to by ich prze­ko­nało?

Za­ru­mie­ni­łam się. Jak mo­głam za­su­ge­ro­wać, że miałby być moim ad­o­ra­to­rem?

- Być może, pa­nie Ein­stein. Mu­sia­ła­bym za­py­tać. - Mia­łam na­dzieję, że uzna moje wa­ha­nie za uprzejmą od­mowę.

Po­krę­cił głową z po­dzi­wem.

- Za­sko­czyła mnie pani dzi­siaj, panno Ma­rić. Jest pani nie tylko zna­ko­mitą ma­te­ma­tyczką i fi­zyczką. Wy­gląda na to, że jest pani też na­le­żącą do bo­hemy ar­tystką.

Jego uśmiech był za­raź­liwy. Mu­sia­łam go od­wza­jem­nić. Wy­dał się za­sko­czony.

- Wy­daje mi się, że po raz pierw­szy wi­dzę na pani twa­rzy uśmiech. Jest uj­mu­jący. Chciał­bym skraść wię­cej ta­kich uśmie­chów z pani po­waż­nej twa­rzy.

Za­wsty­dzona tym ko­men­ta­rzem i nie­pewna, co od­po­wie­dzieć, od­wró­ci­łam się i we­szłam do pen­sjo­natu.

* Bi­blia Ty­siąc­le­cia, Prz 29, 15.

Roz­dział 4

24 kwiet­nia 1897

Do­lina rzeki Sihl, Szwaj­ca­ria

Po raz pierw­szy, od­kąd wy­sia­dły­śmy z po­ciągu z Zu­ry­chu i ru­szy­ły­śmy ku do­li­nie rzeki Sihl, na­sza grupa umil­kła. Wo­kół za­pa­dła ci­sza, jak­by­śmy wcho­dziły do ka­te­dry. W pew­nym sen­sie pra­dawne pusz­cze, ta­kie jak Sihl­wald, tym wła­śnie były. Ota­czały nas stare, wy­so­kie drzewa, a kro­czy­ły­śmy po cia­łach ich mar­twych to­wa­rzy­szy. Dy­wan z mchu tłu­mił dźwięk na­szych kro­ków, przez co kum­ka­nie żab, stu­ka­nie dzię­cio­łów i pta­sie trele wy­da­wały się jesz­cze gło­śniej­sze. Czu­łam się tak, jak­bym wkro­czyła w pre­hi­sto­ryczną dzicz z jed­nej z uko­cha­nych ba­jek z dzie­ciń­stwa. Mil­cze­nie Mi­lany, Ru­žicy i He­lene do­wo­dziło, że i one czują ten sam po­dziw.

- Fa­gus sy­lva­tica - wy­szep­tała He­lene, wy­trą­ca­jąc mnie z za­my­śle­nia. Nie ro­zu­mia­łam zna­cze­nia tej ła­ciń­sko brzmią­cej frazy, co było o tyle dziwne, że mó­wi­łam, lub cho­ciaż czy­ta­łam, po nie­miecku, fran­cu­sku, serb­sku i ła­ci­nie, zna­łam więc o dwa ję­zyki wię­cej od niej. Za­sta­na­wia­łam się, czy mówi do mnie, czy tylko do sie­bie.

- Słu­cham?

- To ga­tu­nek i rząd tego kon­kret­nego drzewa bu­ko­wego. Cho­dzi­li­śmy z oj­cem na dłu­gie spa­cery do lasu nie­opo­dal na­szego domu w Wied­niu. Bar­dzo ko­chał ła­ciń­skie na­zwy drzew. - Ob­ró­ciła w pal­cach liść buku.

- Na­zwa jest rów­nie piękna co samo drzewo.

- Tak. Za­wsze bar­dzo mi się po­do­bało. Jest nie­malże po­etyc­kie. Fa­gus sy­lva­tica może prze­żyć nie­mal trzy­sta lat, a je­śli ma wy­star­cza­jąco dużo miej­sca, jest w sta­nie osią­gnąć trzy­dzie­ści me­trów wzro­stu. Gdy jed­nak drzewa są zbyt bli­sko sie­bie, ich wzrost zo­staje wstrzy­many - po­wie­działa z ta­jem­ni­czym uśmie­chem.

Zro­zu­mia­łam, co kryło się w jej sło­wach - w pew­nym sen­sie i my by­ły­śmy jak Fa­gus sy­lva­tica. Od­wza­jem­ni­łam uśmiech.

Zer­k­nę­łam na drogę przed nami. Oba­wia­łam się o swoją rów­no­wagę, choć jak do­tąd udało mi się nie po­tknąć ani razu. Tak mocno sku­pi­łam się na po­wierzchni, po któ­rej stą­pa­łam, że wpa­dłam na Mi­lanę, która za­trzy­mała się na­gle. Kiedy zer­k­nę­łam jej przez ra­mię, zro­zu­mia­łam dla­czego.

Osią­gnę­ły­śmy Al­bi­shorn, szczyt za­le­sio­nego wzgó­rza, skąd roz­cią­gał się le­gen­darny wi­dok. Na­szym oczom uka­zał się żywy błę­kit Je­ziora Zu­ry­skiego, rzeka Sihl na tle gór o bia­łych wierz­choł­kach i na­kra­piane dom­kami zie­lone wzgó­rza. Ko­lor szwaj­car­skich wód był nie­skoń­cze­nie żyw­szy od tego, jaki przy­bie­rał błot­ni­sty Du­naj mo­jej mło­do­ści. Za­chwyty nad Al­bi­shor­nem były za­słu­żone, zwłasz­cza kiedy po­wie­trze wy­peł­niał cu­downy za­pach wiecz­nie zie­lo­nych gór­skich drzew.

Czu­łam się tak, jak­bym na­ro­dziła się na nowo.

Ode­tchnę­łam głę­boko świe­żym po­wie­trzem. Udało mi się. Nie by­łam pewna, czy zdo­łam się tu­taj wspiąć. Ni­gdy wcze­śniej ni­czego po­dob­nego nie zro­bi­łam. Do­piero kiedy dziew­częta za­częły bła­gać, bym do nich do­łą­czyła - a He­lene opo­wie­działa, że udało jej się po­ko­nać trasę przez Sihl­wald mimo ka­lec­twa - zgo­dzi­łam się na tę wy­cieczkę. He­lene nie po­zwo­liła mi na żadne wy­mówki. Cho­ciaż ku­lała, od­kąd w dzie­ciń­stwie za­cho­ro­wała na gruź­licę, a nie z po­wodu wro­dzo­nej wady bio­dra, jej chód był po­dobny do mo­jego. Jak mo­głam twier­dzić, że moje ka­lec­two nie po­zwala mi spró­bo­wać?

Na­uczy­łam się o so­bie cze­goś no­wego. Pro­blem z mo­imi no­gami nie rzu­cał się tak bar­dzo w oczy na nie­rów­nym te­re­nie. Moje ka­lec­two było wy­raź­niej­sze na pro­stej dro­dze. Umia­łam wspi­nać się rów­nie do­brze jak po­zo­stałe dziew­częta. Po­czu­łam się wolna.

Zer­k­nę­łam na He­lene, a ona uśmiech­nęła się do mnie. Za­sta­na­wia­łam się, czy po­dobne wąt­pli­wo­ści i po­dobne od­kry­cia to­wa­rzy­szyły jej na tym sa­mym szlaku, choć wie­dzia­łam, że już w mło­do­ści wspi­nała się z oj­cem. Kiedy od­wza­jem­ni­łam jej uśmiech, chwy­ciła moją dłoń i ści­snęła ją lekko. Pu­ściła ją do­piero wtedy, kiedy we­szła na szczyt wzgó­rza Al­bi­shorn i jej oczom uka­zał się naj­lep­szy z moż­li­wych wi­do­ków.

Kiedy wró­ci­ły­śmy do pen­sjo­natu En­gel­brech­tów, słońce już za­cho­dziło. Przed­po­kój zda­wał się za­gra­cony i po­nury w po­rów­na­niu z pro­stym, ja­snym pięk­nem dzi­czy. Nie wspo­mi­na­jąc już o tym, że pach­niał mdłą ple­śnią, nie­za­leż­nie od tego, jak do­kład­nie czy­ściła go pani En­gel­brecht. Po­ko­jówka po­mo­gła nam po­zbyć się ba­gaży i zdjąć po­gnie­cione płasz­cze, a my chi­cho­ta­ły­śmy z wy­siłku.

- Cie­ka­wie wy­glą­da­cie, dziew­częta! - za­wo­łała pani En­gel­brecht, wcho­dząc do przed­po­koju. Za­mie­sza­nie przy­cią­gnęło jej uwagę i cho­ciaż za­zwy­czaj lu­biła po­rzą­dek i spo­kój, tym ra­zem nie mo­gła po­wstrzy­mać śmie­chu.

- Cóż to był za dzień, pani En­gel­brecht! - za­wo­łała me­lo­dyj­nie Ru­žica.

- Czy piękno Sihl­waldu wciąż za­piera dech w pier­siach?

- O tak! - Mi­lana od­po­wie­działa w imie­niu nas wszyst­kich.

Pani En­gel­brecht spoj­rzała na mnie.

- A czy pani, panno Ma­rić, spodo­bał się nasz klej­not?

Jesz­cze przed na­szą wy­cieczką za­chwy­cała się Sihl­wal­dem, wspo­mi­na­jąc spa­cery, na ja­kie cho­dzili tam z pa­nem En­gel­brech­tem na po­czątku ich mał­żeń­stwa.

Mnie opis tego prze­ży­cia nie przy­cho­dził z ła­two­ścią, to było coś wię­cej niż zwy­kła wy­cieczka.

- Było tak bar­dzo... - wy­du­ka­łam.

- Tak bar­dzo...? - spy­tała wy­cze­ku­jąco pani En­gel­brecht.

- Panna Ma­rić była za­chwy­cona. - He­lene przy­szła mi na ra­tu­nek. - Sihl­wald wprost ode­brał jej mowę!

Mi­lana i Ru­žica ro­ze­śmiały się, a pani En­gel­brecht ob­da­rzyła nas ko­lej­nym uśmie­chem.

- Miło mi to sły­szeć - po­wie­działa, po czym wska­zała na ścienny ze­gar, lu­stru­jąc nas od stóp do głów. - Może chcia­ły­by­ście od­świe­żyć się przed ko­la­cją? Po­da­jemy za kwa­drans, a po­dróż przez Je­zioro Zu­ry­skie przy wietrz­nej po­go­dzie wzbu­rzyła wa­sze fry­zury. Unor­den­tli­ches Haar - pod­kre­śliła nie­sto­sow­ność na­szego wy­glądu.

Cho­ciaż poza mu­rami pen­sjo­natu En­gel­brecht by­ły­śmy zna­ko­mi­tymi stu­dent­kami, we­wnątrz sta­wa­ły­śmy się da­mami, od któ­rych ocze­ki­wano ele­gan­cji o każ­dej po­rze. Do­tknę­łam swo­ich wło­sów. Rano sta­ran­nie za­plo­tłam je w war­ko­cze, po­tem spię­łam w kok, li­cząc, że prze­trwają wy­cieczkę i po­wrotną po­dróż przez je­zioro, ale te­raz czu­łam pod pal­cami nie­sforne ko­smyki, które wy­my­kały się z war­ko­czy i plą­tały w su­pły.

- Tak, pani En­gel­brecht - Ru­žica od­po­wie­działa za nas wszyst­kie.

Kiedy szły­śmy na górę do na­szych po­koi, na próżno sta­ra­łam się roz­su­płać szcze­gól­nie uparty koł­tun. Gdy Mi­lana i Ru­žica we­szły do sie­bie, He­lene się­gnęła ku mnie, żeby mi po­móc. Za­trzy­ma­łam się, by mo­gła wy­cią­gnąć ko­smyki z koka.

- Może pójdę z tobą do po­koju i spró­bu­jemy roz­plą­tać so­bie włosy na­wza­jem? Ina­czej chyba nie uda nam się do­trzeć na ko­la­cję za pięt­na­ście mi­nut.

- Oczy­wi­ście.

Otwo­rzy­łam drzwi i pod­nio­słam ze sto­lika dwa grze­bie­nie i kilka spi­nek. Usia­dły­śmy na moim skrzy­pią­cym łóżku, a He­lene za­częła bo­le­sny pro­ces roz­plą­ty­wa­nia wło­sów. Czę­sto od­wie­dza­ły­śmy się w po­ko­jach, ale po raz pierw­szy ukła­da­ły­śmy so­bie na­wza­jem włosy - w od­róż­nie­niu od Ru­žicy i Mi­lany, któ­rym zda­rzało się to czę­sto.

- Ała! - jęk­nę­łam.

- Prze­pra­szam. Z tym pta­sim gniaz­dem może po­ra­dzić so­bie tylko po­rządny grze­bień. Za kilka mi­nut bę­dziesz się mo­gła ze­mścić.

Ro­ze­śmia­łam się.

- Dzię­kuję, że prze­ko­na­łaś mnie do wy­cieczki, He­lene.

- Cie­szę się, że po­je­cha­łaś. Czyż nie było wspa­niale?

- Było. Las i wi­doki oka­zały się na­prawdę prze­piękne. Nie są­dzi­łam, że zdo­łam wspiąć się tak wy­soko.

- Mi­levo, prze­cież zdo­ła­ła­byś dojść o wiele da­lej.

- Wiesz, mar­twi­łam się, że będę spo­wal­niać grupę. Przez moją nogę.

- Jak na nie­zwy­kle zdolną dziew­czynę, która od­nosi wiele suk­ce­sów w na­uce, masz bar­dzo ni­skie po­czu­cie wła­snej war­to­ści. Dzi­siaj do­sko­nale so­bie po­ra­dzi­łaś, nie masz już więc żad­nej wy­mówki, by nie uczest­ni­czyć w na­szych wy­ciecz­kach - po­wie­działa He­lene.

Od­kąd się po­zna­ły­śmy, nur­to­wało mnie to py­ta­nie:

- Zda­jesz się w ogóle nie przej­mo­wać swo­imi no­gami. Czy ni­gdy nie mar­twisz się, jak wi­dzą cię inni?

He­lene zmarsz­czyła ciemne brwi.

- Dla­czego mia­ła­bym się tym mar­twić? To oczy­wi­ście mę­czące, cza­sami tracę rów­no­wagę i nie je­stem naj­szyb­sza, ale czemu mia­łoby mieć wpływ na to, jak po­strze­gają mnie inni?

- Cóż... W Ser­bii ku­lawa ko­bieta jest uzna­wana za nie­zdatną do mał­żeń­stwa.

He­lene za­marła.

- Żar­tu­jesz.

- Nie.

Odło­żyła grze­bień na łóżko, spoj­rzała mi pro­sto w oczy i się­gnęła po moją dłoń.

- Nie je­steś już w Ser­bii, Mi­levo. Je­steś w Szwaj­ca­rii, naj­no­wo­cze­śniej­szym kraju w Eu­ro­pie. W miej­scu, które ni­gdy nie pod­da­łoby się tak śmiesz­nym, prze­sta­rza­łym zwy­cza­jom. Na­wet w mo­jej oj­czyź­nie, która w po­rów­na­niu z Zu­ry­chem wy­daje się za­ścian­kiem, po­dobne po­my­sły ni­gdy nie by­łyby za­ak­cep­to­wane.

Po­woli po­ki­wa­łam głową. Wie­dzia­łam, że ma ra­cję. A jed­nak po­czu­cie, że nie je­stem godna mał­żeń­stwa, tkwiło w mo­jej gło­wie od tak dawna, że stało się już nie­mal czę­ścią mnie.

Wszystko za­częło się od pod­słu­cha­nia pew­nej roz­mowy. Mia­łam sie­dem lat i w chłodny li­sto­pa­dowy wie­czór nie­cier­pli­wie cze­ka­łam na po­wrót taty do domu. Mia­łam dla niego nie­spo­dziankę. Chcia­łam spra­wić mu przy­jem­ność.

Znu­dzona cho­dze­niem w kółko po sa­lo­nie chwy­ci­łam książkę z półki i roz­sia­dłam się w fo­telu papy. Pod­cią­gnę­łam nogi i zwi­nę­łam się wo­kół opra­wio­nego w skórę, oku­tego zło­tem to­misz­cza, któ­rego okładka kryła ośle uszy znisz­czo­nych kar­tek. Cho­ciaż w na­szej do­mo­wej bi­blio­tece znaj­do­wało się mnó­stwo ksią­żek - papa uwa­żał, że każdy ma obo­wią­zek się uczyć, na­wet je­śli, tak jak on, nie miał szansy na for­malną edu­ka­cję - wciąż wra­ca­łam do ba­śni i le­gend. Hi­sto­rie te były dla mnie już nieco zbyt pro­ste, ale ta książka za­wie­rała moją ulu­bioną bajkę Mała śpie­wa­jąca żabka.

By­łam w po­ło­wie hi­sto­rii o pa­rze, która mo­dliła się o dziecko, lecz za­miast dziew­czynki do­stała có­reczkę żabę. Ro­dzice tak bar­dzo wsty­dzili się jej od­mien­no­ści, że po­sta­no­wili ją ukryć. Le­d­wie do­tar­łam do swo­jej ulu­bio­nej sceny, w któ­rej książę sły­szy śpiew żabki i za­ko­chuje się w niej mimo jej wy­glądu, wy­buch­nę­łam grom­kim śmie­chem. Papa za­czaił się, wszedł do po­koju i za­czął mnie ła­sko­tać. Przy­tu­li­łam go mocno, po czym chwy­ci­łam za ręce i pod­eks­cy­to­wana po­cią­gnę­łam przez po­kój. Chcia­łam po­ka­zać mu po­chyl­nie, które zbu­do­wa­łam, opie­ra­jąc się na szki­cach stwo­rzo­nych dzi­siaj w szkole. "Papo, papo, chodź zo­ba­czyć!", wo­ła­łam. Po­bie­głam sla­lo­mem po­mię­dzy de­ko­ra­cyj­nymi me­blami z zie­lo­nego ak­sa­mitu i orze­cho­wego drewna do je­dy­nego pu­stego kąta sa­lonu. Po­sta­no­wi­łam za­de­mon­stro­wać eks­pe­ry­ment, który prze­pro­wa­dzi­łam na pod­sta­wie na­szej wcze­śniej­szej roz­mowy o sir Iza­aku New­to­nie. Czę­sto zresztą mó­wi­li­śmy o nim przy ko­la­cji i po­do­bało mi się jego prze­ko­na­nie, że wszystko na świe­cie, od ja­błek aż po pla­nety, pod­lega tym sa­mym nie­zmien­nym pra­wom. Pra­wom nie spi­sa­nym przez lu­dzi, ale za­wie­ra­ją­cym się w sa­mej na­tu­rze. Wie­rzy­łam, że w pra­wach tych od­najdę Boga.

Roz­ma­wia­li­śmy z tatą o pi­smach New­tona mó­wią­cych o sile po­ru­sza­ją­cych się obiek­tów i o zmien­nych, które na nie wpły­wały - mó­wiąc pro­ściej: o tym, czemu przed­mioty po­ru­szają się w taki, a nie inny spo­sób. New­ton in­try­go­wał mnie, po­nie­waż li­czy­łam, że po­może mi zro­zu­mieć, czemu moja noga szura po ziemi, pod­czas gdy stopy in­nych dzieci bez trudu od­ry­wają się od pod­łoża.

Na po­mysł wpa­dłam pod­czas jed­nej z ta­kich roz­mów. Po­sta­no­wi­łam prze­pro­wa­dzić do­świad­cze­nie, by zba­dać, w jaki spo­sób wzrost masy wpływa na siłę po­ru­sza­ją­cych się przed­mio­tów. Uży­wa­jąc opie­ra­ją­cych się o półki de­sek, mo­głam stwo­rzyć rów­nie o róż­nym na­chy­le­niu, a na­stęp­nie spu­ścić po nich ka­mie­nie róż­nej wiel­ko­ści. To da­łoby mi wy­star­cza­jącą ilość da­nych, by prze­dys­ku­to­wać sprawę z tatą. Po szkole wy­bła­ga­łam od na­szego go­spo­da­rza Jur­gena cztery de­ski, a na­stęp­nie ostroż­nie opar­łam każdą z nich o stertę zło­żoną z pię­ciu ksią­żek. Po tym, jak przez go­dzinę usta­wia­łam je tak, by mieć ab­so­lutną pew­ność, że ich na­chy­le­nie jest iden­tyczne, uzna­łam, że mo­żemy prze­pro­wa­dzić eks­pe­ry­ment.

- Chodź, papo - po­pro­si­łam, po­da­jąc mu ka­mień nieco więk­szy od tego, który sama trzy­ma­łam w dłoni. - Spraw­dzimy, jak wiel­kość ka­mieni wpływa na ich ruch i pręd­kość!

Uśmie­cha­jąc się, tata roz­czo­chrał mi włosy.

- Do­brze, mój mały ło­bu­zie. Prze­pro­wa­dzimy eks­pe­ry­ment Iza­aka New­tona. Czy masz przy­go­to­waną kartkę?

- Tak - od­par­łam i uklęk­nę­li­śmy na pod­ło­dze.

Papa uło­żył swój ka­myk na równi. Upew­niw­szy się, że zro­bi­łam to samo, za­wo­łał:

- Już!

Przez ko­lejny kwa­drans tur­la­li­śmy ka­mie­nie po de­skach i zbie­ra­li­śmy dane. Mi­nuty mi­jały jak we mgle. W tym mo­men­cie czu­łam się naj­szczę­śliw­sza na świe­cie. Papa na­prawdę do­brze mnie ro­zu­miał. On je­dyny.

Prze­rwała nam na­sza go­spo­dyni Da­ni­jela:

- Pa­nie Ma­rić, pa­nienko Mi­levo, po­dano ko­la­cję.

Pie­przny, mię­sny za­pach mo­jej ulu­bio­nej plje­ska­vicy uno­sił się w po­wie­trzu, ale i tak czu­łam się roz­cza­ro­wana. Pod­czas ko­la­cji mu­sia­łam się tatą dzie­lić. Ow­szem, to my do­mi­no­wa­li­śmy w roz­mo­wie - mama od­zy­wała się rzadko, ale jej obec­ność ha­mo­wała mój en­tu­zjazm i jego otwar­tość. Mama miała wo­bec mnie całe mnó­stwo ocze­ki­wań, lecz żadne z nich nie miało nic wspól­nego z na­uką. "Czemu nie je­steś taka jak inne dziew­czynki?", py­tała mnie czę­sto. Cza­sem wy­mie­niała imię kon­kret­nego dziecka z Rumy, w mia­steczku było wiele zwy­kłych dziew­czy­nek, do wy­boru. Ni­gdy nie wy­po­wia­dała imie­nia mo­jej zmar­łej sio­stry, ale wie­dzia­łam, że ono wciąż jest w jej my­ślach. Czemu nie je­stem taka, jaka mo­głaby stać się kie­dyś Mi­lica?

W ciem­no­ści mo­jej sy­pialni, w ci­szy, która za­pa­dała, gdy wszy­scy już spali, czę­sto się za­sta­na­wia­łam, czy po­dej­muję wła­ściwą de­cy­zję, sta­ra­jąc się ro­bić przy­jem­ność ta­cie, a nie ma­mie. Nie umia­łam za­do­wo­lić obojga. Choć ich wi­zje mo­jej przy­szło­ści nie mo­głyby się bar­dziej róż­nić, tata nie to­le­ro­wał żad­nej kry­tyki wo­bec mamy, nie­ważne jak za­wo­alo­wa­nej. Bro­nił jej ocze­ki­wań jako wła­ści­wych matce chcą­cej chro­nić swoją córkę. Wie­dzia­łam, że ma ra­cję. Mama ko­chała mnie i chciała dla mnie jak naj­le­piej, cho­ciaż jej wi­zja tego, co naj­lep­sze, ni­jak nie zga­dzała się z moją.

Ko­la­cja skoń­czyła się po krót­kiej roz­mo­wie o New­to­nie. Zo­sta­łam ode­słana sama do sa­lonu. Mię­dzy mamą a tatą coś było nie tak: coś nie­wy­po­wie­dzia­nego, lecz wy­raź­nie wy­czu­wal­nego. Mama ni­gdy otwar­cie nie kłó­ciła się z oj­cem, zwłasz­cza w mo­jej obec­no­ści, jed­nak jej za­cho­wa­nie - wy­jąt­kowo la­pi­darna mo­dli­twa, bez­ce­re­mo­nialne sta­wia­nie ta­le­rzy, nie­za­da­wa­nie py­tań o wra­że­nia z po­siłku - wska­zy­wało, że jest roz­gnie­wana. Żeby za­jąć so­bie czas przed po­wro­tem taty, przej­rza­łam dane, które ze­bra­li­śmy, i przy­go­to­wa­łam się do dru­giego eks­pe­ry­mentu ma­ją­cego spraw­dzić inne prawo New­tona. Chcąc zmie­rzyć wpływ tar­cia na ruch iden­tycz­nych ka­mieni, po­pro­si­łam Jur­gena o przy­go­to­wa­nie trzech drew­nia­nych de­sek o róż­nych stop­niach chro­po­wa­to­ści.

Przy­po­mnia­łam so­bie, co po­wie­dział papa, kiedy za­pro­po­no­wa­łam ten eks­pe­ry­ment:

- Mitzo, je­steś jak obiekty w jed­nym z ba­dań New­tona. Nie­stru­dze­nie za­cho­wu­jesz tę samą pręd­kość na dro­dze przez ży­cie, póki nie za­działa na cie­bie ze­wnętrzna siła. Mam na­dzieję, że ni­gdy żadna cię nie spo­wolni.

Tata był za­bawny.

Gdy bu­do­wa­łam po­chyl­nie z de­sek, gdzieś na skraju mo­jej świa­do­mo­ści roz­brzmie­wały głosy. Po­my­śla­łam, że to pew­nie po­ko­jówki znów na­rze­kają i kłócą się, jak co noc po ko­la­cji, kiedy miały przed sobą naj­wię­cej sprzą­ta­nia. Głosy sta­wały się co­raz wy­raź­niej­sze. Co się stało? Da­ni­jela i An­dri­jana ni­gdy wcze­śniej nie za­cho­wy­wały się tak gło­śno ani tak nie­grzecz­nie. A ma­mie w kuchni ni­gdy nie pusz­czały nerwy. Mó­wiła nie­dużo, lecz zde­cy­do­wa­nie. Za­cie­ka­wiona, wy­tę­ży­łam słuch, ale nie ro­zu­mia­łam, o czym mowa.

Chcia­łam wie­dzieć, co się dzieje. Za­miast jed­nak po­dejść do kuchni z sa­lonu, za­kra­dłam się ko­ry­ta­rzem dla służby. Tu pod­łoga była z gor­szego drewna, a na ścia­nach nie wi­siały ob­razki. W tej czę­ści domu, którą my za­miesz­ki­wa­li­śmy, pod­łogi były wy­po­le­ro­wane na błysk i przy­kryte tu­rec­kimi dy­wa­nami, wszę­dzie wo­kół wi­siały mar­twe na­tury z owo­cami i por­trety nie­zna­nych nam lu­dzi. Papa za­wsze po­wta­rzał, że chciał, by nasz dom do­rów­ny­wał do­mom w słyn­nym mie­ście Ber­li­nie.

Nikt się mnie tu nie spo­dzie­wał. Pró­bu­jąc skra­dać się ci­cho - co nie było ła­twe w mo­ich cięż­kich bu­cio­rach - zro­zu­mia­łam, że to nie są głosy Da­ni­jeli i Ad­ri­jany. To były głosy mamy i taty.

Ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam, jak się kłócą. Mama była ła­godna i po­słuszna wszę­dzie poza kuch­nią - a na­wet tam po­zo­sta­wała spo­kojna i nie­wzru­szona - i w obec­no­ści papy pra­wie nic nie mó­wiła. Skoro pod­nio­sła głos, mu­siało stać się coś strasz­nego.

Kiedy po­de­szłam do drzwi, usły­sza­łam swoje imię.

- Mi­lošu, nie karm dziecka fał­szywą na­dzieją. Ma do­piero sie­dem lat. Spę­dzasz z nią za dużo czasu, nie­po­trzeb­nie za­chę­casz do lek­tury - mó­wiła mama. - To de­li­katna dziew­czynka, która po­trze­buje na­szej opieki. Mu­simy przy­go­to­wać ją na jej praw­dziwą przy­szłość. Tu­taj, w domu.

- Moja wiara w Mitzę nie jest bez­pod­stawna. I nie uwa­żam, że spę­dzam z nią za dużo czasu, je­śli już, to spę­dzam go za mało. Czy mam ci po­wtó­rzyć, co po­wie­działa dziś pani Sta­no­je­vić o in­te­li­gen­cji Mitzy? O tym, jak do­sko­nale ra­dzi so­bie z ma­te­ma­tyką? Jak chwyta w lot obce ję­zyki? Czy mam po­wtó­rzyć, co po­dej­rze­wa­łem od dawna? - Głos ojca był sta­now­czy.

O dziwo jed­nak mama nie ustą­piła.

- Mi­lošu, to dziew­czynka. Co do­brego przyj­dzie z tego, że na­uczy się nie­miec­kiego i ma­te­ma­tyki? Co jej da­dzą eks­pe­ry­menty na­ukowe? Jej miej­sce jest w domu. A do­mem Mitzy bę­dzie ten dom, z jej nogą mał­żeń­stwo i dzieci są dla niej nie­osią­galne. Poza tym ta­kie jest prawo, dziew­czyn­kom nie wolno na­wet cho­dzić do li­ceum.

- Może to prawda, gdy mowa o zwy­kłych dziew­czyn­kach. Ale Mitza jest inna.

- Co to zna­czy "inna"?

- Wiesz, o co mi cho­dzi.

Mama mil­czała. Przez chwilę my­śla­łam, że się pod­dała, ale po chwili ode­zwała się znowu.

- Cho­dzi ci o to, że jest zde­for­mo­wana? - Mama nie­mal wy­pluła ostat­nie słowo.

Wzdry­gnę­łam się. Czy mama wła­śnie na­zwała moją nogę "de­for­ma­cją"? Za­wsze po­wta­rzała mi, że je­stem piękna, że moje ka­lec­two jest le­d­wie wi­doczne. Że nikt nie zwraca uwagi na moje nie­równe nogi i bio­dra. Za­wsze wie­dzia­łam, że to nie do końca prawda - nie mo­głam nie za­uwa­żyć cią­głych za­cie­ka­wio­nych spoj­rzeń i żar­tów ko­le­gów z klasy - ale... "de­for­ma­cja"?

W gło­sie ojca roz­brzmie­wała wście­kłość.

- Jak mo­żesz tak o niej mó­wić! Je­śli już, to jej ka­lec­two jest da­rem. Skoro nikt nie ze­chce wziąć ją za żonę, bę­dzie mo­gła po­dą­żać drogą, jaką wy­zna­czył jej Bóg, ob­da­rza­jąc ją ta­kim in­te­lek­tem. Jej ka­lec­two to znak, że jej prze­zna­cze­niem jest coś znacz­nie więk­szego, lep­szego niż zwy­kłe mał­żeń­stwo.

- Znak? Dar od Boga? Mi­lošu, Bóg chciałby, że­by­śmy oto­czyli ją opieką w tym domu. Jej ocze­ki­wa­nia po­winny być re­ali­styczne, ina­czej na­ra­zimy ją na roz­cza­ro­wa­nia. - Mama prze­rwała, a tata ode­zwał się do­piero po chwili mil­cze­nia.

- Chcę, żeby Mitza była silna. Chcę, żeby po­tra­fiła sta­nąć przed kli­pani*, któ­rzy wy­śmie­wają się z jej nogi, z prze­ko­na­niem, że Bóg dał jej coś wy­jąt­ko­wego: in­te­li­gen­cję.

Wy­dało mi się, że po raz pierw­szy wi­dzę sie­bie oczami swo­ich ro­dzi­ców. Mama i tata po­strze­gali mnie tak samo jak ro­dzice dziew­czynki w bajce Mała, śpie­wa­jąca żabka. Po­wta­rzali, że je­stem mą­dra, ale wy­czu­wa­łam głów­nie ich wstyd. Chcieli ukryć mnie przed świa­tem: w szkole albo w domu. Byli ab­so­lut­nie prze­ko­nani, że nie mogę li­czyć na mał­żeń­stwo, coś, do czego aspi­ro­wać mo­gły na­wet naj­zwy­czaj­niej­sze wiej­skie dziew­częta.

Mama nie od­po­wie­działa. Jej mil­cze­nie ozna­czało, że wró­ciła do ule­gło­ści. Papa tym ra­zem mó­wił spo­koj­niej.

- Za­pew­nimy jej edu­ka­cję, na jaką za­słu­żył jej wy­jąt­kowy umysł. Na­uczę ją że­la­znej siły woli i dys­cy­pliny umy­słu. To bę­dzie jej zbroja.

Że­la­zna siła woli? Dys­cy­plina umy­słu? Zbroja? Tak miała wy­glą­dać moja przy­szłość?

Bez męża. Bez wła­snego domu. Bez dzieci. Gdzie się po­działo szczę­śliwe za­koń­cze­nie bajki, w któ­rym książę wi­dzi piękno pod po­wierzch­nią i czyni z żaby księż­niczkę, stro­jąc ją w złote suk­nie błysz­czące jak słońce? Czy nie było moim prze­zna­cze­niem? Czy nie za­słu­gi­wa­łam na wła­snego księ­cia mimo swo­jej brzy­doty?

Wy­bie­głam z domu, nie pró­bu­jąc ukry­wać, jak nie­zgrab­nie ku­leję. Na co by się to zdało? Mama i tata przed­sta­wili sprawę ja­sno: to moje ka­lec­two de­cy­do­wało, kim je­stem.

Umil­kłam, wspo­mi­na­jąc prze­szłość. He­lene pu­ściła moją dłoń i chwy­ciła mnie za ra­miona.

- Wi­dzisz to dziś, Mi­levo? Ro­zu­miesz już, że twoje ka­lec­two nie czyni cię nie­zdatną do mał­żeń­stwa? Że w ża­den spo­sób cię nie ogra­ni­cza? Że nie po­win­naś się przej­mo­wać prze­sta­rza­łymi uprze­dze­niami?

Kiedy pa­trzy­łam w ja­sne, sza­ro­nie­bie­skie oczy He­lene i sły­sza­łam prze­ko­na­nie w jej gło­sie, nie mo­głam się z nią nie zgo­dzić. Po raz pierw­szy w ży­ciu uwie­rzy­łam, że może moje ka­lec­two na­prawdę nie ma zna­cze­nia. Dla mnie, dla tego, kim mo­głam się stać.

- Tak - od­par­łam gło­sem rów­nie spo­koj­nym jak głos He­lene.

Przy­ja­ciółka pu­ściła moje ra­miona, unio­sła grze­bień i wró­ciła do roz­plą­ty­wa­nia po­tar­ga­nych wło­sów.

- Do­brze. Zresztą czemu mia­ły­by­śmy w ogóle przej­mo­wać się mał­żeń­stwem? Po co mia­ły­by­śmy wy­cho­dzić za mąż? Spójrz tylko na na­szą grupę: ja, ty, Ru­žica, Mi­lana, wszyst­kie bę­dziemy pra­co­wały za­wo­dowo tu­taj, w Szwaj­ca­rii, gdzie obo­wią­zuje to­le­ran­cja wo­bec ko­biet, in­te­lek­tu­ali­stów i ob­co­kra­jow­ców. Bę­dziemy miały sie­bie i na­szą pracę, nie mu­simy iść tra­dy­cyjną drogą.

Za­sta­na­wia­łam się nad tym przez chwilę. Jej słowa brzmiały nie­mal re­wo­lu­cyj­nie - nieco po­dob­nie do opisu bo­hemy, jaki przed­sta­wił pan Ein­stein - cho­ciaż tak wła­śnie wy­glą­dała przy­szłość, ku któ­rej zmie­rza­ły­śmy.

- Masz ra­cję. Jaki sens ma dziś mi­łość? Może nie po­trze­bu­jemy już do szczę­ścia mał­żeń­stwa.

- I o to cho­dzi, Mi­levo. Czeka nas wspa­niała za­bawa! W ciągu dnia bę­dziemy pra­co­wać jako hi­sto­ryczki, fi­zyczki i na­uczy­cielki, a wie­czo­rami i w week­endy bę­dziemy grać kon­certy i jeź­dzić na wy­cieczki.

Wy­obra­zi­łam so­bie idyl­liczne ży­cie, które opi­sała He­lene. Czy było moż­liwe? Czy na­prawdę mo­gła mnie cze­kać szczę­śliwa przy­szłość wy­peł­niona przy­jaź­nią i pracą?

- Może za­wią­żemy pakt? - spy­tała He­lene. - Za wspólną przy­szłość?

- Za wspólną przy­szłość.

Po­da­ły­śmy so­bie ręce.

- He­lene, pro­szę, na­zy­waj mnie Mitzą. Tego zdrob­nie­nia używa cała moja ro­dzina i wszy­scy, któ­rzy do­brze mnie znają. A ty chyba znasz mnie naj­le­piej ze wszyst­kich.

- Będę za­szczy­cona, Mitzo - uśmiech­nęła się He­lene.

Śmie­jąc się i wspo­mi­na­jąc wspól­nie spę­dzony dzień, przy­go­to­wy­wa­ły­śmy się do ko­la­cji. Z roz­cze­sa­nymi wło­sami, ręka w rękę ru­szy­ły­śmy przed sie­bie po scho­dach. Za­jęte dys­ku­sją o tym, ja­kie da­nie zo­sta­nie po­dane dziś wie­czo­rem - ja mia­łam ochotę na Zür­cher Ge­sch­net­zel­tes, cie­lę­cinę w kre­mo­wym so­sie z bia­łego wina, He­lene zaś na Rösti z jaj­kami i be­ko­nem - do­piero po chwili do­strze­gły­śmy u stóp scho­dów pa­nią En­gel­brecht. Cze­kała na nas. A wła­ści­wie na mnie.

- Panno Ma­rić - za­wo­łała wy­raź­nie nie­za­do­wo­lona. - Wy­gląda na to, że ma panna ad­o­ra­tora.

Za pa­nią En­gel­brecht roz­brzmiało kaszl­nię­cie i zza jej ple­ców wy­ło­niła się syl­wetka.

- Prze­pra­szam pa­nią bar­dzo, nie je­stem ad­o­ra­to­rem, tylko ko­legą ze stu­diów.

Był to pan Ein­stein. Ze skrzyp­cami w dłoni.

Nie po­cze­kał na za­pro­sze­nie.

* Kli­pani - serb. chu­li­gani.

Roz­dział 5

4 maja 1897

Zu­rych, Szwaj­ca­ria

Pa­no­wie, pa­no­wie. Czyżby ża­den z was nie znał od­po­wie­dzi na moje py­ta­nie?

Pro­fe­sor We­ber prze­cha­dzał się wzdłuż sali, roz­ko­szu­jąc się na­szą igno­ran­cją. Nie by­łam w sta­nie po­jąć, czemu na­uczy­ciel czer­pał taką przy­jem­ność z po­ra­żek swo­ich stu­den­tów. Na­zy­wa­nie mnie "pa­nem" nie spra­wiało mi przy­kro­ści. Już parę mie­sięcy wcze­śniej przy­zwy­cza­iłam się do znie­wag We­bera, czy to do żar­tów z mo­jego wschod­niego po­cho­dze­nia, czy do mó­wie­nia do mnie per "pan". Chcia­łam tylko, żeby jego wy­kłady przy­po­mi­nały wy­kłady in­nych pro­fe­so­rów, żeby były jak ostrygi, w któ­rych po otwar­ciu uka­zy­wały się lśniące perły.

Zna­łam od­po­wiedź na py­ta­nie We­bera, ale wa­ha­łam się jak za­wsze. Ro­zej­rza­łam się wo­kół w na­dziei, że ktoś inny pod­nie­sie rękę, lecz wszy­scy moi ko­le­dzy - łącz­nie z pa­nem Ein­ste­inem - wbi­jali wzrok w biurko. Dla­czego nikt nie pod­no­sił ręki? Może nie­ty­powy o tej po­rze roku upał po­wo­do­wał ich ospa­łość. Jak na wio­snę było strasz­li­wie go­rąco, tak że na­wet otwar­cie okien nie po­ma­gało. Pan Eh­rat i pan Kol­l­ros sta­rali się po­ru­szać po­wie­trze im­pro­wi­zo­wa­nymi wa­chla­rzami. Moje czoło po­kry­wały kro­pelki potu i do­strze­ga­łam plamy na ma­ry­nar­kach ko­le­gów.

Dla­czego tak trudno było mi pod­nieść rękę? Kilka razy już tak zro­bi­łam, ale nie przy­cho­dziło mi to ła­two. Lekko po­trzą­snę­łam głową, po­grą­ża­jąc się we wspo­mnie­niach. Mia­łam sie­dem­na­ście lat i wy­szłam wła­śnie z pierw­szej lek­cji fi­zyki w mę­skim Obe­rgym­na­sium w Za­grze­biu. Wy­stę­pu­jąc prze­ciwko prawu, które nie po­zwa­lało dziew­czyn­kom z Au­stro­Wę­gier cho­dzić do gim­na­zjów, tata po­pro­sił wła­dze o zro­bie­nie wy­jątku i zdo­łał mnie tam za­pi­sać po kilku la­tach na­uki w No­wym Sa­dzie. Pełna ulgi i ra­do­ści po moim pierw­szym dniu w szkole - od­wa­ży­łam się od­po­wie­dzieć na py­ta­nie na­uczy­ciela - wy­bie­głam z sali. Od­cze­ka­łam, żeby wszy­scy wy­szli i ko­ry­tarz opu­sto­szał. Na­gle ja­kiś chło­pak po­pchnął mnie od tyłu w stronę dru­giego, ciem­niej­szego holu. Czy spie­szył się tak bar­dzo, że mnie nie za­uwa­żył?

- Pro­szę pana! Pro­szę pana! - wo­ła­łam przez ra­mię, ale on nie prze­sta­wał po­py­chać mnie w ciem­ność. Wo­kół nie było ni­kogo, kto mógłby mnie usły­szeć. "Co się dzieje?", my­śla­łam.

Pró­bo­wa­łam się od­wró­cić, ale nie da­łam rady - był ode mnie o stopę wyż­szy. Rzu­cił mną o ścianę - moja twarz była te­raz do niej przy­kle­jona, tak że nie mo­głam na niego spoj­rzeć. Mocno trzy­mał mnie za ra­miona, które za­czy­nały mnie pa­lić.

- Wy­daje ci się, że je­steś taka mą­dra, żeby wy­ry­wać się z od­po­wie­dzią? - wy­ce­dził przez zęby. Na mój po­li­czek try­snęła jego ślina. - Nie po­win­naś w ogóle cho­dzić z nami do szkoły. Prawo tego za­bra­nia. - To rze­kł­szy, po­pchnął mnie raz jesz­cze i uciekł.

Sta­łam nie­ru­chomo, wciąż wbi­ja­jąc wzrok w ścianę, póki dźwięk jego kro­ków nie umilkł. Do­piero wtedy od­wró­ci­łam się, trzę­sąc się na ca­łym ciele. Nie spo­dzie­wa­łam się od ko­le­gów z klasy szcze­gól­nie cie­płego przy­ję­cia, ale cze­goś ta­kiego też nie. Za­czę­łam pła­kać, cho­ciaż obie­cy­wa­łam so­bie, że ni­gdy nie zro­bię tego w szkole. Wy­cie­ra­jąc łzy i ślinę na­past­nika z twa­rzy, zro­zu­mia­łam, że będę od­tąd mu­siała za­cho­wy­wać swoją in­te­li­gen­cję dla sie­bie. Ry­zyko było zbyt wiel­kie.

We­ber ła­ja­niem wy­rwał mnie z za­my­śle­nia.

- Cóż, je­stem bar­dzo roz­cza­ro­wany, że nikt z was nie uniósł ręki. Cały kurs pro­wa­dził wła­śnie do tego py­ta­nia. Na­prawdę nikt nie zna na nie od­po­wie­dzi?

Przy­po­mnia­łam so­bie roz­mowę z He­lene sprzed mie­siąca. Uzna­łam, że nie mogę dłu­żej po­zwa­lać na to, by prze­szłość mnie pa­ra­li­żo­wała. Wzię­łam głę­boki od­dech i pod­nio­słam rękę do góry. We­ber zszedł z po­dium i ru­szył ku mo­jemu krze­słu. Ja­kie upo­ko­rze­nie szy­ko­wał dla mnie na wy­pa­dek nie­wła­ści­wej od­po­wie­dzi? Co zro­bią moi ko­le­dzy, je­śli okaże się, że mam ra­cję?

- Ach, to panna Ma­rić. - Udał za­sko­czo­nego. Jakby nie wie­dział, do­kąd zmie­rza. Jak­bym nie po­ka­zała mu już wie­lo­krot­nie swo­ich in­te­lek­tu­al­nych moż­li­wo­ści. Sztuczne zdzi­wie­nie było ko­lej­nym spo­so­bem na to, by mnie ob­ra­zić. I spraw­dzić.

- Od­po­wiedź na pana py­ta­nie to je­den pro­cent - po­wie­dzia­łam. Po­liczki mi pło­nęły i od razu po­ża­ło­wa­łam, że w ogóle się ode­zwa­łam.

- Prze­pra­szam, czy mo­głaby pani po­wtó­rzyć tro­chę gło­śniej, tak że­by­śmy wszy­scy mo­gli na­cie­szyć się pani mą­dro­ścią?

Mą­drość. We­ber so­bie ze mnie żar­to­wał. Czyż­bym się po­my­liła? Czy cie­szył się moją po­rażką? Od­kaszl­nę­łam i naj­bar­dziej zde­cy­do­wa­nym to­nem, na jaki by­łam się w sta­nie zdo­być, po­wie­dzia­łam:

- Bio­rąc pod uwagę kon­tekst, naj­ści­ślej­sza od­po­wiedź, ja­kiej mo­żemy udzie­lić na py­ta­nie o czas schła­dza­nia ziemi, to je­den pro­cent.

- Po­prawna od­po­wiedź - przy­znał We­ber, wy­raź­nie za­sko­czony i roz­cza­ro­wany. - Jakby ktoś nie usły­szał, in­for­muję, że panna Ma­rić po­dała wła­ściwą od­po­wiedź. Je­den pro­cent. Pro­szę to za­pi­sać.

Wo­kół mnie roz­legł się szmer. Z po­czątku nie sły­sza­łam wy­raź­nie żad­nego ko­men­ta­rza, ale po­tem do­tarło do mnie kilka urwa­nych zdań. "Udało jej się" i "do­bra ro­bota", mó­wili. Pierw­szy raz do­tarły do mnie kom­ple­menty, wcze­śniej od­po­wie­dzia­łam już na kilka py­tań We­bera, ale nie do­cze­ka­łam się re­ak­cji. Praw­do­po­dob­nie dzi­siaj moi ko­le­dzy cie­szyli się po pro­stu, że ktoś po­ko­nał pro­fe­sora.

Kiedy lek­cja do­bie­gła końca, wsta­łam i za­czę­łam się pa­ko­wać. Pan Ein­stein pod­szedł do mo­jego biurka.

- Im­po­nu­jące, panno Ma­rić.

- Dzię­kuję, pa­nie Ein­stein - od­po­wie­dzia­łam ci­cho. - Je­stem pewna, że każdy z na­szych ko­le­gów do­szedłby do tej sa­mej od­po­wie­dzi.

- Nie do­ce­nia pani swo­ich moż­li­wo­ści, panno Ma­rić. Za­pew­niam, że nikt z nas jej nie znał. - Ści­szył głos. - Ina­czej nie po­zwo­li­li­by­śmy We­be­rowi tak nie­moż­li­wie długo nas drę­czyć.

Bez­czel­ność pana Ein­ste­ina, który kry­ty­ko­wał We­bera, kiedy ten stał na po­dium kilka me­trów od nas, spra­wiła, że na mo­jej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech.

- Oto i on, panno Ma­rić. Nie­uchwytny uśmiech. Do­tąd wi­dzia­łem go chyba le­d­wie dwa razy.

- Do­prawdy? - Unio­słam wzrok.

Nie chcia­łam ośmie­lać go do głu­piego prze­ko­ma­rza­nia, zwłasz­cza w to­wa­rzy­stwie na­szych ko­le­gów i We­bera, który miał mnie trak­to­wać po­waż­nie, ale jed­no­cze­śnie nie chcia­łam być nie­grzeczna. Na­po­tkał mój wzrok.

- O tak, spo­rzą­dzam do­kładne i na­ukowe no­tatki na te­mat pani uśmie­chów. Kilka wie­czo­rów temu, gdy by­łaś na tyle ła­skawa, by po­zwo­lić mi za­grać ze swo­imi przy­ja­ciół­kami, udało mi się je­den za­uwa­żyć. Ale to nie był pierw­szy, nie, pierw­szy wi­dzia­łem na schod­kach pen­sjo­natu. Kiedy od­pro­wa­dzi­łem cię do domu w desz­czu.

Nie wie­dzia­łam, co od­po­wie­dzieć. Wy­da­wało mi się, że mówi po­waż­nie, a nie żar­tuje jak za­zwy­czaj. To wzbu­dziło moją po­dejrz­li­wość. Czy to moż­liwe, by się do mnie za­le­cał? Nie mia­łam do­świad­cze­nia w po­dob­nych spra­wach. Mia­łam w pa­mięci ostrze­że­nia He­lene, ale nie po­tra­fi­łam oce­nić jego słów.

Zde­ner­wo­wana i za­wsty­dzona ru­szy­łam ku drzwiom sali. Sze­lest pa­pieru i szyb­kie kroki, które usły­sza­łam za sobą, pod­po­wie­działy mi, że za mną idzie.

- Czy bę­dzie­cie znów grały tego wie­czoru? - za­py­tał, gdy mnie do­go­nił.

Może po pro­stu szu­kał to­wa­rzy­stwa do wspól­nego gra­nia? Może w jego sło­wach nie było cie­nia flirtu? Po­czu­łam dziwną mie­sza­ninę roz­cza­ro­wa­nia i ulgi. To mnie za­sko­czyło, czyżby ja­kaś część mnie cie­szyła się z jego za­in­te­re­so­wa­nia?

- Mamy w zwy­czaju grać przed ko­la­cją - od­par­łam.

- Wy­bra­ły­ście ja­kiś utwór?

- Wy­daje mi się, że panna Kau­fler wy­brała Kon­cert skrzyp­cowy amoll Ba­cha.

- To piękny utwór. - Za­nu­cił mały frag­ment. - Czy mógł­bym znów do was do­łą­czyć?

- Wy­da­wało mi się, że nie czeka pan na za­pro­sze­nie. - Za­sko­czy­łam samą sie­bie tą za­lotną ri­po­stą.

Choć by­łam pełna sprzecz­nych uczuć i pró­bo­wa­łam spro­wa­dzić roz­mowę z po­wro­tem na bez­pieczne tory, nie po­tra­fi­łam po­wstrzy­mać ukłu­cia w sercu na myśl o tym, jak pan Ein­stein zlek­ce­wa­żył ty­dzień wcze­śniej wszel­kie za­sady, kiedy nie­za­pro­szony przy­szedł do pen­sjo­natu w dniu na­szej wy­cieczki do Sihl­wald.

Kiedy cze­kał w sa­lo­nie, aż skoń­czymy ko­la­cję, Mi­lana i Ru­žica za­rzu­ciły mnie py­ta­niami na jego te­mat, wy­ra­ża­jąc obu­rze­nie jego bez­czel­no­ścią, He­lene zaś tylko słu­chała, pa­trząc na mnie zmę­czo­nymi oczami. Po­zwo­li­ły­śmy mu do­łą­czyć do na­szego kon­certu, ale w trak­cie ca­łej so­naty Mo­zarta to­wa­rzy­szyła nam nie­uf­ność. Nie wy­da­wało mi się, by wie­czór za­koń­czył się suk­ce­sem, tym bar­dziej więc zdzi­wi­łam się, gdy za­czął py­tać o ko­lejne spo­tka­nie.

Chrząk­nął, za­sko­czony, i za­chi­cho­tał.

- Za­słu­ży­łem na te słowa, panno Ma­rić. Ale ostrze­ga­łem już prze­cież, że lu­bię ła­mać za­sady.

Pan Ein­stein szedł za mną ko­ry­ta­rzem pro­wa­dzą­cym do tyl­nego wyj­ścia ze szkoły. Jako że już by­łam zde­ner­wo­wana, chcia­łam unik­nąć ha­łasu na Rämi­strasse. Otwo­rzył cięż­kie drzwi i wy­do­sta­li­śmy się z ciem­nego po­miesz­cze­nia na na­sło­necz­niony ta­ras na ty­łach bu­dynku. Zmru­ży­łam po­wieki w świe­tle, a na­szym oczom uka­zały się oka­la­jące Zu­rych góry, na­kra­piane w rów­nej mie­rze sta­rymi ko­ścio­łami i no­wo­cze­snymi bu­dyn­kami.

Gdy szli­śmy ta­ra­sem, z przy­zwy­cza­je­nia li­czy­łam kąty pro­ste i po­dzi­wia­łam sy­me­tryczny układ. Ry­tuał ten był spo­so­bem na od­wró­ce­nie uwagi od lek­ce­wa­żą­cych szep­tów, ja­kie sły­sza­łam cza­sem z ust stu­den­tów i na­uczy­cieli, a cza­sem na­wet ich sióstr, ma­tek czy na­rze­czo­nych. Kry­ty­ko­wano obec­ność ko­biety stu­dentki jako nie­od­po­wied­nią, śmiano się z mo­jego ka­lec­twa, ko­men­to­wano zło­śli­wie moją ciemną kar­na­cję i po­ważną minę. Nie chcia­łam, żeby te słowa za­gro­ziły mo­jej pew­no­ści sie­bie w sali wy­kła­do­wej.

- Nic pani nie mówi, panno Ma­rić.

- Czę­sto sły­szę ten za­rzut, pa­nie Ein­stein. Nie­stety, w od­róż­nie­niu od więk­szo­ści dam nie po­tra­fię pro­wa­dzić to­wa­rzy­skiej kon­wer­sa­cji.

- Ale jest pani wy­jąt­kowo ci­cha. Jakby w pani gło­wie ro­dziła się ja­kaś ważna teo­ria. Ja­kie my­śli za­przą­tają pani wspa­niały umysł?

- Szcze­rze?

- Pro­szę za­wsze mó­wić szcze­rze.

- Oglą­da­łam ko­lum­nady i geo­me­tryczny wzór na ta­ra­sie. Zda­łam so­bie sprawę, że ich obu­stronne osiowe od­bi­cie jest nie­mal do­sko­nale sy­me­tryczne.

- Czy to wszystko? - za­py­tał z uśmie­chem.

- Nie - od­par­łam. Skoro pan Ein­stein nie po­stę­po­wał zgod­nie z to­wa­rzy­skimi za­sa­dami, czemu ja mia­ła­bym to ro­bić? Mó­wie­nie o tym, co na­prawdę my­ślę, przy­no­siło mi ulgę. - Przez kilka ostat­nich mie­sięcy do­strze­głam po­do­bień­stwa mię­dzy sy­me­trią w sztuce a kon­cep­cją sy­me­trii, jaką do­strze­gamy w fi­zyce.

- Do ja­kich do­szła pani wnio­sków?

- Uzna­łam, że wiel­bi­ciel Pla­tona po­wie­działby, że piękno kwa­dratu jest wy­łącz­nie funk­cją jego sy­me­trii. - Nie do­da­łam, jak bar­dzo za­smu­cił mnie ten wnio­sek: teo­ria ma­te­ma­tyki i fi­zyki, dzie­dzin, które ko­cha­łam naj­bar­dziej, była ide­ałem sy­me­trii, wzo­rem, do któ­rego ja, z mo­imi nie­rów­nymi no­gami, ni­gdy nie mo­gła­bym aspi­ro­wać.

Za­trzy­mał się.

- To bar­dzo cie­kawe. Co jesz­cze wi­dzi pani w tym kwa­dra­cie, który ja co­dzien­nie bez­myśl­nie mi­jam?

Wska­za­łam na liczne iglice do­koła.

- Cóż, za­uwa­ży­łam, że w Zu­ry­chu ko­ścielne wieże ro­sną gę­ściej niż drzewa. Ten plac ota­czają Frau­mün­ster, Gros­smün­ster i Święty Piotr.

Przy­glą­dał mi się z za­cie­ka­wie­niem.

- Panno Ma­rić, mia­łaś ra­cję, mó­wiąc, że nie je­steś ty­pową damą. Prze­ciw­nie, je­steś do­prawdy wy­jąt­kową młodą ko­bietą.

Po tej prze­chadzce okrężną drogą pan Ein­stein skrę­cił w stronę Rämi­strasse. Za­trzy­ma­łam się, nie chcąc tam iść. Wo­la­łam spo­kojny spa­cer przez ci­che dziel­nice miesz­kalne. Za­sta­na­wia­łam się, czy pój­dzie za mną, nie­pewna, czy w ogóle ży­czę so­bie jego to­wa­rzy­stwa. Lu­bi­łam roz­ma­wiać z pa­nem Ein­ste­inem, ale oba­wia­łam się, że bę­dzie mi to­wa­rzy­szył aż do pen­sjo­natu, co znów mo­głoby wzbu­dzić nie­chęć dziew­cząt.

- Pa­nie Ein­stein! Pa­nie Ein­stein! - za­wo­łał ktoś z ka­wiarni na Rämi­strasse. - Jak zwy­kle spóź­nia się pan na spo­tka­nie!

Głos do­bie­gał z usta­wio­nych na ulicy ka­wiar­nia­nych sto­li­ków. Zer­k­nę­łam w jego stronę - ciem­no­włosy męż­czy­zna o oliw­ko­wej skó­rze ma­chał do nas rę­kami. Nie zna­łam go z po­li­tech­niki.

Pan Ein­stein od­po­wie­dział ge­stem ko­le­dze, po czym zwró­cił się w moją stronę.

- Panno Ma­rić, czy na­pije się pani z nami kawy?

- Mam dużo pracy. Mu­szę iść.

- Ależ na­le­gam. Chciał­bym, by po­znała pani pana Mi­chele'a Besso. Cho­ciaż ukoń­czył stu­dia in­ży­nie­ryjne, nie fi­zykę, dzięki niemu po­zna­łem wielu teo­re­ty­ków, na przy­kład Ern­sta Ma­cha. Jest bar­dzo miły i ma za­in­te­re­so­wa­nia po­dobne do na­szych.

Po­chle­biało mi jego za­pro­sze­nie. Naj­wy­raź­niej pan Ein­stein uwa­żał, że mo­gła­bym pod­jąć na­ukową dys­ku­sję z jego przy­ja­cie­lem. Nie­wielu męż­czyzn w Zu­ry­chu zło­ży­łoby mi po­dobną pro­po­zy­cję. Coś we mnie chciało się zgo­dzić, przy­jąć jego za­pro­sze­nie, usiąść z ko­legą z za­jęć przy sto­liku i roz­ma­wiać o trud­nych py­ta­niach, ja­kie za­daje fi­zyka. W głębi du­cha ma­rzy­łam o udziale w go­rą­cych spo­rach to­czą­cych się na uli­cach i w ka­wiar­niach Zu­ry­chu. Nie chcia­łam tylko pa­trzeć.

A jed­nak czu­łam też strach. Ba­łam się nie­zro­zu­mia­łego za­in­te­re­so­wa­nia ze strony pana Ein­ste­ina, ba­łam się, że prze­kro­czę nie­wi­dzialną gra­nicę, i oba­wia­łam się ry­zyka, ja­kie nio­sło ze sobą by­cie kimś, kim chcia­łam się stać.

- Dzię­kuję, ale nie mogę z pa­nem pójść. Bar­dzo prze­pra­szam.

- Może na­stęp­nym ra­zem?

- Może.

Od­wró­ci­łam się i ru­szy­łam w stronę pen­sjo­natu En­gel­brech­tów.

Usły­sza­łam za sobą jego głos.

- Do tego czasu bę­dziemy mieć mu­zykę!

Czu­jąc się na­gle pewna sie­bie - bar­dziej jak równy mu na­uko­wiec niż jak dama - za­wo­ła­łam przez ra­mię:

- Nie pa­mię­tam, bym pana za­pra­szała!

Wy­buch­nął śmie­chem.

- Jak sama pani za­uwa­żyła, rzadko cze­kam na za­pro­sze­nie!

Roz­dział 6

9 i 16 czerwca 1897

Zu­rych, Szwaj­ca­ria

Wy­szły­śmy z Ru­žicą z Con­di­to­rei Scho­ber i ru­szy­ły­śmy pod rękę wzdłuż Na­pfgasse. Po­po­łu­dniowe słońce było ła­godne i za­mglone, oświe­tlało od tyłu bu­dynki i ota­czało mi­go­tli­wym bla­skiem skle­powe wi­tryny, które mi­ja­ły­śmy. Obie wes­tchnę­ły­śmy z za­do­wo­le­niem.

- Było prze­pyszne - po­wie­działa Ru­žica.

Wczo­raj po ko­la­cji umó­wi­ły­śmy się na kawę, go­rącą cze­ko­ladę i cia­steczka w Con­di­to­rei Scho­ber. Słynna cu­kier­nia znaj­do­wała się w po­ło­wie drogi mię­dzy uni­wer­sy­te­tem, na któ­rym stu­dio­wała Ru­žica, i po­li­tech­niką. Ma­rzy­ły­śmy o po­da­wa­nych w niej de­li­cjach, od­kąd do­wie­dzia­ły­śmy się o niej od pani En­gel­brecht. He­lene i Mi­lana nie chciały do nas do­łą­czyć, bo wo­lały da­nia wy­trawne od sło­dy­czy, ale też nie po­cią­gały ich fry­wolne przy­gody, któ­rych po­szu­ki­wała Ru­žica. Za­sko­czy­łam samą sie­bie, zga­dza­jąc się na jej pro­po­zy­cję.

- Wciąż czuję smak kar­melu i orze­chów wło­skich z En­ga­di­ner Nus­stor­tli - przy­po­mnia­łam so­bie słynny tort znany z de­ka­denc­kiego na­dzie­nia.

- A ja mar­ce­pan i śmie­tanę z Sar­de­gna­torte - od­parła Ru­žica.

- Nie po­win­nam była pić tej dru­giej kawy z mle­kiem - wspo­mnia­łam pyszną, gę­stą kawę, którą uwiel­bia­łam. - Je­stem tak pełna, że po po­wro­cie do pen­sjo­natu będę chyba mu­siała roz­luź­nić gor­set.

Ro­ze­śmia­ły­śmy się na myśl o tym, że mo­gły­by­śmy zbiec na ko­la­cję pani En­gel­brecht z roz­wią­za­nymi gor­se­tami.

- A co ja mam po­wie­dzieć? To ja za­mó­wi­łam drugi de­ser. Po pro­stu nie mo­głam się po­wstrzy­mać przed spró­bo­wa­niem Lu­xem­bur­gerli - po­wie­działa Ru­žica. Prze­śliczne, le­ciut­kie ma­ka­ro­niki wy­stę­po­wały w kilku sma­kach, a Ru­žica twier­dziła, że roz­pły­wają się w ustach. - Może to do­brze, że w Ša­bacu nie było miej­sca po­dob­nego do tej cu­kierni. Wtedy przy­je­cha­ła­bym do Zu­ry­chu jak klu­seczka.

Znów wy­bu­cha­jąc śmie­chem, prze­cha­dza­ły­śmy się po Na­pfgasse, po­dzi­wia­jąc wy­myślne ko­biece stroje, które no­siły bo­gate zu­ry­skie damy. Po­do­bał się nam no­wo­cze­sny krój do­pa­so­wa­nej ma­ry­narki i dłu­giej spód­nicy o sy­re­nim kształ­cie, ale uzna­ły­śmy, że prze­pa­sane ma­ry­narki na obo­wiąz­ko­wych gor­se­tach nie by­łyby dla nas wy­godne pod­czas dłu­gich go­dzin na­uki. Nie, za­mie­rza­ły­śmy po­zo­stać przy bar­dziej prak­tycz­nych bluz­kach z sze­ro­kimi rę­ka­wami, wci­śnię­tych w spód­nice w kształ­cie dzwonu. Wszystko to mu­siało być ry­go­ry­stycz­nie ciemne, by nasi ko­le­dzy i na­uczy­ciele trak­to­wali nas po­waż­nie.

Po ja­kichś pięt­na­stu mi­nu­tach roz­mowy umil­kły­śmy, cie­sząc się jedną z tak nie­licz­nych chwil wol­nego czasu. Nie po raz pierw­szy my­śla­łam, jak pełne nie­spo­dzia­nek było moje ży­cie w Zu­ry­chu. Wy­ru­sza­jąc z Za­grze­bia, w ogóle się nie spo­dzie­wa­łam, że pew­nego dnia będę prze­cha­dzać się alejką pod ra­mię z przy­ja­ciółką, z którą wła­śnie wy­pi­łam po­po­łu­dniową kawę w ele­ganc­kiej ka­wiarni. I że będę z nią roz­ma­wiać o mo­dzie.

- Po­dejdźmy na Rämi­strasse - za­pro­po­no­wała na­gle Ru­žica.

- Co? - spy­ta­łam, pewna, że coś źle usły­sza­łam.

- Rämi­strasse. Czy to nie tam znaj­dują się te wszyst­kie ka­fejki, do któ­rych cha­dza pan Ein­stein z przy­ja­ciółmi?

- Tak, ale...

- Czy wczo­raj, kiedy gra­li­śmy ra­zem Ba­cha, pan Ein­stein nie pro­po­no­wał, by­śmy do­łą­czyły do niego i jego ko­le­gów?

- Ow­szem, ale nie wy­daje mi się, żeby to był do­bry po­mysł.

- Czego się bo­isz, Mi­levo? - Ru­žica po­cią­gnęła mnie w stronę Rämi­strasse. - Nie bę­dziemy go szu­kać ani ro­bić nic po­dob­nie nie­wła­ści­wego. Po pro­stu bę­dziemy szły przed sie­bie jak zwy­kli prze­chod­nie, a je­śli pan Ein­stein i jego ko­le­dzy nas za­uważą, niech tak bę­dzie.

Mo­głam na­le­gać na po­wrót do pen­sjo­natu. Mo­głam od­wró­cić się i pójść w drugą stronę. Tak na­prawdę jed­nak ma­rzy­łam, by wziąć udział w tym ka­wiar­nia­nym ży­ciu. Ru­žica była ze­wnętrz­nym źró­dłem ener­gii, któ­rego po­trze­bo­wa­łam, by zro­bić ten krok.

Ośmie­lona, po­ki­wa­łam głową. Wciąż trzy­ma­jąc się pod ra­mię - co sta­wało się co­raz trud­niej­sze w gęst­nie­ją­cym tłu­mie - kilka razy skrę­ci­ły­śmy w lewo i w prawo, nim do­tar­ły­śmy na Rämi­strasse. Zwol­ni­ły­śmy kroku jed­no­cze­śnie, jak­by­śmy się umó­wiły, choć nie ode­zwa­ły­śmy się do sie­bie ani sło­wem. Moc­niej ści­snę­łam ra­mię przy­ja­ciółki, kiedy zbli­ża­ły­śmy się do Cafe Me­tro­pole, ulu­bio­nej ka­wiarni pana Ein­ste­ina. Nie od­wa­ży­łam się od­wró­cić głowy, by spraw­dzić, czy on albo któ­ryś z jego przy­ja­ciół sie­dzi przy jed­nym z ob­le­ga­nych sto­li­ków na ze­wnątrz. Za­uwa­ży­łam, że mimo ca­łej pew­no­ści sie­bie Ru­žica też tam nie zerka.

- Panno Ma­rić! Panno Dra­žić! - Usły­sza­łam głos. Do­brze wie­dzia­łam, że na­leży do pana Ein­ste­ina.

Ru­žica szła da­lej przed sie­bie - przez chwilę wy­da­wało mi się, że nie usły­szała wo­ła­nia. Po­tem jed­nak zer­k­nęła na mnie ukrad­kiem i zro­zu­mia­łam, że tylko udaje. Chciała zmu­sić pana Ein­ste­ina, by za­wo­łał nas raz jesz­cze. Nie mia­łam w so­bie krzty sprytu, po­sta­no­wi­łam więc po­dą­żać za przy­ja­ciółką. Do­piero kiedy pan Ein­stein po­now­nie za­wo­łał nas po imie­niu, a Ru­žica od­wró­ciła się w jego stronę, po­zwo­li­łam so­bie na niego spoj­rzeć.

Pan Ein­stein rzu­cił się ku nam nie­mal sprin­tem.

- Dro­gie pa­nie! - za­krzyk­nął. - Cóż za wspa­niała nie­spo­dzianka! Na­le­gam, by­ście do­łą­czyły do mnie i mo­ich to­wa­rzy­szy. Dys­ku­tu­jemy o od­kry­ciu Thom­sona, który stwier­dził, że pro­mie­nie ka­to­dowe za­wie­rają czą­steczki zwane elek­tro­nami. Za­iste, przy­da­łoby nam się świeże spoj­rze­nie na sprawę.

Zwol­ni­ły­śmy kroku i ru­szy­ły­śmy w stronę pana Ein­ste­ina. Przy sto­li­kach sie­działo tak dużo stu­den­tów, że trą­cali się łok­ciami, a my prze­bi­ja­ły­śmy się przez tłum, by do­łą­czyć do grupki pana Ein­ste­ina, wci­śnię­tej w tylny kąt. Jak on nas do­strzegł z tego dziw­nego punktu? Mu­siał bez prze­rwy wpa­try­wać się w ulicę.

Dwaj męż­czyźni wstali i sta­nęli obok pana Ein­ste­ina, cze­ka­jąc, aż zo­staną nam przed­sta­wieni. Zda­łam so­bie sprawę, że jed­nego z nich do­brze znam, przy­naj­mniej z wi­dze­nia. Był to pan Gros­sman, je­den z mo­ich ko­le­gów z kursu. Prócz po­zdro­wień i kilku uwag po­czy­nio­nych pod­czas wy­kła­dów nie za­mie­ni­li­śmy do­tąd ani słowa. Dru­gim to­wa­rzy­szem pana Ein­ste­ina był pan Besso, o któ­rym już od niego sły­sza­łam. Miał ciemne włosy i we­sołe, brą­zowe oczy. Uśmie­chał się ser­decz­nie.

Pa­no­wie za­jęli się po­ży­cza­niem kilku wol­nych krze­seł od in­nych klien­tów ka­wiarni i usta­wia­niem ich wo­kół stołu. Kiedy usia­dły­śmy, pan Besso za­pro­po­no­wał, że na­leje nam kawy i za­mówi ciastka.

Spoj­rza­ły­śmy na sie­bie z Ru­žicą i wy­buch­nę­ły­śmy śmie­chem na samą myśl o zje­dze­niu lub wy­pi­ciu jesz­cze cze­go­kol­wiek. Męż­czyźni pa­trzyli na nas za­sko­czeni, cze­ka­jąc na wy­ja­śnie­nie.

- Wła­śnie wy­szły­śmy z cu­kierni Scho­bera.

- Ach. - Pan Gros­sman po­ki­wał głową. - Ro­zu­miem do­sko­nale. Moja mama przy­je­chała w ze­szłym ty­go­dniu z Ge­newy z wi­zytą i spę­dzi­li­śmy tam dłu­gie po­po­łu­dnie. Zdaje się, że póź­niej nie ja­dłem dwa dni.

Ni­gdy wcze­śniej nie sły­sza­łam z ust pana Gros­smana aż tylu słów na­raz, a te były bar­dzo sym­pa­tyczne. Po raz pierw­szy za­czę­łam się za­sta­na­wiać, czy to nie ja je­stem od­po­wie­dzialna za pro­blemy z ko­mu­ni­ka­cją.

Pa­no­wie wró­cili do roz­mowy o eks­pe­ry­men­cie Thom­sona, a my z Ru­žicą umil­kły­śmy. Była to dla mnie nowa sy­tu­acja. Za­sta­na­wia­łam się, czy po­win­nam wy­ra­zić swoją opi­nię, czy też po­cze­kać, aż zo­stanę o nią za­py­tana. Oba­wia­łam się, że pan Gros­sman i pan Besso we­zmą moją nie­śmia­łość za po­nu­rac­two lub igno­ran­cję, ale nie chcia­łam też wy­ska­ki­wać przed sze­reg.

- Co pani o tym my­śli, panno Ma­rić? - spy­tał pan Ein­stein, jakby po­tra­fił czy­tać w mo­ich my­ślach.

Po ta­kim za­pro­sze­niu mo­głam już od­po­wie­dzieć:

- Za­sta­na­wiam się, czy czą­steczki, ja­kie pan Thom­son zna­lazł za po­mocą tych pro­mieni ka­to­do­wych, nie są klu­czem do zro­zu­mie­nia ma­te­rii.

Męż­czyźni mil­czeli, a ja od razu się wzdry­gnę­łam. Czyż­bym po­wie­działa zbyt dużo? Czy po­wie­dzia­łam coś głu­piego?

- Do­brze po­wie­dziane - rzekł pan Besso.

- Zga­dzam się. - Po­ki­wał głową pan Gros­sman.

Wszy­scy trzej wró­cili do dys­ku­sji na te­mat ist­nie­nia ato­mów, która naj­wy­raź­niej za­częła się, nim do­łą­czy­ły­śmy do nich z Ru­žicą, a ja znów za­mil­kłam. Nie na długo jed­nak. Kiedy prze­rwali, po­now­nie mia­łam szansę wy­ra­zić swoją opi­nię. Gdy stało się ja­sne, że nie cho­wam się w sko­rupę ni­czym żółw, po­zo­stali cze­kali na moje opi­nie, także gdy prze­szli­śmy do roz­mowy o eu­ro­pej­skich eks­pe­ry­men­tach, zwłasz­cza o od­kry­ciu pro­mie­nio­wa­nia elek­tro­ma­gne­tycz­nego przez Wil­helma Roe­ntgena.

Cho­ciaż pró­bo­wa­łam wy­cią­gnąć z Ru­žicy opi­nię na te­mat po­li­tycz­nego zna­cze­nia tego od­kry­cia, przez więk­szość czasu za­cho­wy­wała nie­ty­powe dla sie­bie mil­cze­nie. Czy to­wa­rzy­stwo pana Ein­ste­ina i jego ko­le­gów ją roz­cza­ro­wało? Czy miała na­dzieję na bar­dziej tra­dy­cyjną roz­mowę, w któ­rej uprzej­mo­ści prze­wa­ża­łyby nad na­ukową de­batą?

Być może na­sza przy­goda nie po­to­czyła się tak, jak chciała Ru­žica, jed­nak udział w tej dys­ku­sji i wiara pana Ein­ste­ina we mnie spra­wiały, że czu­łam się pełna ży­cia i ener­gii ni­czym prąd pły­nący przez Zu­rych. Nie za­sta­na­wia­łam się nad tym, co jesz­cze mo­gły ozna­czać jego za­chęty.

- Czy to ty, Mi­levo? Prze­ga­pi­łaś Mo­zarta! - Usły­sza­łam z ba­wialni głos Mi­lany.

O nie. Mo­zart. Już drugi raz w tym ty­go­dniu nie przy­szłam na mu­zyczne spo­tka­nie z dziew­czę­tami. Moje po­liczki były te­raz czer­wone nie tylko z pod­nie­ce­nia, ja­kie wy­wo­łało po­po­łu­dnie spę­dzone w Cafe Me­tro­pole.

Wkra­dłam się do tyl­nego sa­lonu, nie pró­bu­jąc ukry­wać zde­ner­wo­wa­nia ich przy­ję­ciem ani za­wsty­dze­nia wła­snym za­cho­wa­niem. Cze­muż mia­ła­bym to ro­bić? Po­win­nam mieć po­czu­cie winy: przy­ja­ciółki ob­da­rzyły mnie czu­ło­ścią i po­czu­ciem bez­pie­czeń­stwa w no­wym miej­scu, a ja nie po­tra­fi­łam na­wet do­trzy­my­wać ter­mi­nów. Le­d­wie coś od­wró­ciło moją uwagę, znik­nę­łam. By­łam na­prawdę nie­do­brą przy­ja­ciółką.

Ru­žica, Mi­lana i He­lene sie­działy wo­kół stołu w ba­wialni. Ich fi­li­żanki były opróż­nione, a in­stru­menty roz­rzu­cone do­koła. Mu­zyczne in­ter­lu­dium dawno się skoń­czyło - a może, z mo­jej winy, na­wet się nie za­częło - a one nie­wąt­pli­wie się na mnie zło­ściły. Pierw­szy raz ich miny pa­so­wały do po­nu­rych ubrań.

- Bez two­jej tam­bu­ricy to już nie było to samo - zbesz­tała mnie Ru­žica.

Pod ma­ską roz­cza­ro­wa­nia do­strze­ga­łam jed­nak ukrytą czu­łość. Trudno by­łoby dłu­żej mi wy­my­ślać, skoro wła­ści­wie to ona wcią­gnęła mnie do ka­wiarni. Sama zresztą już ni­gdy do mnie nie do­łą­czyła, uzna­jąc to­czące się tam dys­ku­sje za zbyt na­ukowe.

- Tak, Mi­levo - zgo­dziła się Mi­lana. - Utwór brzmiał głu­cho. Dość słabo.

He­lene nic nie mó­wiła. Jej mil­cze­nie było gor­sze niż otwarta kry­tyka. Było jak bły­ska­wica za­po­wia­da­jąca bu­rzę.

- Gdzie by­łaś? - spy­tała Mi­lana.

Nim zdą­ży­łam od­po­wie­dzieć, He­lene spoj­rzała na mnie z obu­rze­niem. Roz­ża­le­nie i złość, które po­ja­wiły się tego wie­czoru, kiedy pan Ein­stein za­grał z nami po raz pierw­szy, były ni­czym ro­pie­jąca rana. Wtedy przy­wi­tała go chłod­nymi sło­wami: "Jak można tak po pro­stu po­ja­wić się w domu ko­le­żanki bez za­pro­sze­nia?". Kiedy Mi­lana i Ru­žica zgo­dziły się, żeby do­łą­czył do kon­certu Ba­cha, He­lene kilka razy prze­ry­wała grę, żeby kry­ty­ko­wać jego tech­nikę. Nie było to dla mi­łej za­zwy­czaj He­lene ty­powe za­cho­wa­nie, ale nie zmie­niła go pod­czas ko­lej­nych trzech nie­za­po­wie­dzia­nych wi­zyt.

Wresz­cie wy­bu­chła:

- Niech zgadnę. Dys­ku­to­wa­łaś o na­uce w Cafe Me­tro­pole. Z pa­nem Ein­ste­inem i jego przy­ja­ciółmi.

Nie od­po­wie­dzia­łam. He­lene miała ra­cję, a dziew­częta do­brze o tym wie­działy. Nic nie uspra­wie­dli­wiało mo­jego spóź­nie­nia. Cóż mo­głam po­wie­dzieć? Jak wy­tłu­ma­czyć ra­dość, którą czu­łam w Cafe Me­tro­pole? Czy miało to zna­cze­nie dla tego, co czu­łam do nich? Zwłasz­cza od­kąd co­raz czę­ściej przed­kła­da­łam roz­mowy z pa­nem Ein­ste­inem nad na­sze mu­zycz­nie spo­tka­nia.

Łzy na­pły­nęły mi do oczu, by­łam na sie­bie wście­kła. Nic nie było warte ich roz­cza­ro­wa­nia. To one na nowo roz­pa­liły moje ma­rze­nia o pięk­nej przy­szło­ści, a ra­zem zbu­do­wa­ły­śmy kry­jówkę przed świa­tem, w któ­rej mo­gły­śmy być na­prawdę sobą: in­te­lek­tu­alist­kami, które cza­sem się wy­głu­piają. Pan Ein­stein, mimo swo­jej obec­no­ści w moim ży­ciu w cza­sie ostat­nich dwóch mie­sięcy, mimo pod­nie­ce­nia, ja­kie czu­łam w jego obec­no­ści, nie był tego wart.

Ostroż­nie usia­dłam na je­dy­nym wol­nym krze­śle, ocie­ra­jąc łzę.

- Mogę tylko was szcze­rze prze­pro­sić.

Ru­žica i Mi­lana się­gnęły przez stół, by ści­snąć moją dłoń.

- Oczy­wi­ście, Mi­levo - po­wie­działa Mi­lana, a Ru­žica po­ki­wała głową.

He­lene się nie po­ru­szyła.

- Mam tylko na­dzieję, że taka sy­tu­acja nie bę­dzie się po­wta­rzać, Mitzo. Li­czymy na cie­bie.

Te słowa nie do­ty­czyły tylko nie­uda­nych kon­cer­tów i jej opi­nii na te­mat mo­jego za­cho­wa­nia. Były jak ul­ti­ma­tum. He­lene da­wała mi jesz­cze jedną szansę, ale tylko pod wa­run­kiem że uznam na­szą grupę za naj­waż­niej­szą. Że do­trzy­mam na­szej umowy.

Się­gnę­łam przez stół, by chwy­cić jej dłoń.

- Obie­cuję ci, że ni­gdy wię­cej nie za­po­mnę o na­szych wspól­nych pla­nach i nie zo­stanę za długo w Cafe Me­tro­pole.

Uśmiech­nęła się rów­nie cie­pło i życz­li­wie jak pod­czas na­szego pierw­szego spo­tka­nia. W ba­wialni roz­le­gło się wes­tchnie­nie ulgi.

- Zresztą co mo­głoby po­do­bać się w panu Ein­ste­inie poza moż­li­wo­ścią pro­wa­dze­nia nud­nych dys­ku­sji o fi­zyce? Chyba nie jego sza­lona fry­zura - za­żar­to­wała Mi­lana.

Wy­buch­nę­ły­śmy śmie­chem. Nie­sforne loki pana Ein­ste­ina prze­szły już do le­gendy. W ele­gancko ucze­sa­nym Zu­ry­chu jego włosy nie miały so­bie rów­nych. Wy­glą­dał, jakby nie miał w domu grze­bie­nia.

- Z pew­no­ścią nie po­ciąga jej też jego strój - wtrą­ciła się Ru­žica. - Wi­dzia­ły­ście, jak po­gnie­ciona była ostat­nio jego ma­ry­narka? Kiedy przy­szedł grać Ba­cha? Jakby prze­cho­wy­wał swoje ubra­nia na pod­ło­dze.

Śmia­ły­śmy się co­raz gło­śniej i na­gle każda z nas miała ochotę za­żar­to­wać z pana Ein­ste­ina. Na­wet He­lene.

- Jest jesz­cze jego fajka! Czy wy­daje mu się, że dzięki niej jego pu­cu­ło­wate po­liczki wy­glą­dają do­ro­ślej? Że przy­po­mina pro­fe­sora? - Żar­to­bli­wie po­wtó­rzyła gest pana Ein­ste­ina, uda­jąc, że ła­duje ty­toń do swo­jej dłu­giej fajki i pyka ją w za­my­śle­niu.

Kiedy wszyst­kie śmia­ły­śmy się z tej pa­ro­dii, za­dzwo­nił dzwo­nek wzy­wa­jący na ko­la­cję. Opa­no­wa­ły­śmy chi­chot i ze­szły­śmy na dół.

Póź­niej tego wie­czoru sie­dzia­łam w swoim po­koju, owi­nięta ha­fto­wa­nym w róże sza­lem, który po­da­ro­wała mi mama. Czerw­cowa noc była przy­jem­nie chłodna, a cho­ciaż mo­głam za­mknąć okno, nie zro­bi­łam tego, chcia­łam czuć świeże po­wie­trze na twa­rzy. Mia­łam mnó­stwo pracy do­mo­wej: całe roz­działy tek­stów do prze­czy­ta­nia i ma­te­ma­tyczne za­da­nia do roz­wią­za­nia. Ma­rzy­łam o po­krze­pia­ją­cej Milch­kaf­fee, ale w pen­sjo­na­cie nie mo­głam na nią li­czyć.

Aż pod­sko­czy­łam, sły­sząc pu­ka­nie do drzwi. Nikt nie za­glą­dał do mnie o tej po­rze. Uchy­li­łam lekko drzwi, by spraw­dzić, kto przy­szedł.

W ko­ry­ta­rzu stała He­lene.

- Wejdź, pro­szę - szybko za­pro­si­łam ją do środka.

Wska­zu­jąc jej łóżko, je­dyne miej­sce do sie­dze­nia, je­śli nie li­czyć mo­jego krze­sła, po­czu­łam, że ogar­nia mnie nie­po­kój. Czy przy­szła, żeby roz­ma­wiać o Cafe Me­tro­pole? Wy­da­wało mi się, że pro­blem zo­stał roz­wią­zany. Przez całą ko­la­cję mia­ły­śmy rów­nie do­bry hu­mor co pod­czas żar­tów w ba­wialni.

- Pa­mię­tasz, kiedy pierw­szy raz zda­łaś so­bie sprawę, że je­steś inna od swo­ich ko­le­ża­nek? Mą­drzej­sza? - spy­tała He­lene.

Po­ki­wa­łam głową, choć za­sko­czyło mnie jej py­ta­nie. Do­brze pa­mię­ta­łam lek­cję pani Sta­no­je­vić, pod­czas któ­rej zro­zu­mia­łam, że róż­nię się od in­nych. Mia­łam sie­dem lat i strasz­nie mi się nu­dziło. Po­zo­stałe uczen­nice - bo były tam same dziew­czynki - za­dzi­wione słu­chały, jak na­uczy­cielka wy­ja­śnia pod­sta­wowe za­sady mno­że­nia, ba­nal­nej ope­ra­cji, któ­rej na­uczy­łam się sama trzy lata wcze­śniej. Mia­łam dziwne wra­że­nie, że ja po­tra­fi­ła­bym im to wy­tłu­ma­czyć. Że gdyby wolno mi było za­jąć miej­sce pani Sta­no­je­vić przy ta­blicy, po­ka­za­ła­bym im pro­stotę liczb, ła­twy spo­sób na to, jak można pa­trzeć przez nie i wo­kół nich, łą­czyć je w nie­zli­czone grupy i two­rzyć wy­ra­fi­no­wane po­wią­za­nia. Nie od­wa­ży­łam się jed­nak. Uczen­nica sto­jąca przy ta­blicy by­łaby w Volks­schule czymś nie do po­my­śle­nia. Na­wet w naj­dal­szych re­jo­nach Au­stro-Wę­gier pa­no­wały po­rzą­dek i hie­rar­chia. Za­miast więc wstać i prze­jąć ini­cja­tywę, wpa­try­wa­łam się w brzyd­kie czarne bu­ciory, które mama ka­zała mi no­sić co­dzien­nie w na­dziei, że dzięki nim mniej bę­dzie wi­dać moje ka­lec­two. Za­czę­łam po­rów­ny­wać je do de­li­kat­nych, sznu­ro­wa­nych trze­wi­ków w ko­lo­rze ko­ści sło­nio­wej, które miała na so­bie moja ko­le­żanka z klasy, słodka, ja­sno­włosa Ma­ria.

- Jak to było? - spy­tała He­lene.

Opo­wie­dzia­łam jej hi­sto­rię sfru­stro­wa­nej sied­mio­latki.

- Czy zro­bi­łaś coś kie­dyś ze swoim po­dej­rze­niem, że mo­żesz być lep­szą na­uczy­cielką ma­te­ma­tyki od pani Sta­no­je­vić? - Ro­ze­śmiała się.

- A i ow­szem. - Dziw­nie się czu­łam, dzie­ląc się tą hi­sto­rią.

- Co się wy­da­rzyło?

- Z ja­kiejś przy­czyny na­uczy­cielka mu­siała wyjść z klasy. Nie było jej długo, więc dziew­częta za­częły plot­ko­wać i wsta­wać z ła­wek. Oczy­wi­ście ła­mały w ten spo­sób obo­wią­zu­jące za­sady.

- Oczy­wi­ście.

- Jedna z nich, miała chyba na imię Agata, po­de­szła do mnie. Za­sta­na­wia­łam się, czego ode mnie chce, nie przy­jaź­ni­łam się z nią, tak jak nie przy­jaź­ni­łam się zresztą z ni­kim in­nym. Po­dej­rze­wa­łam, że bę­dzie chciała się ze mnie po­śmiać. Ro­zu­miesz?

- Ro­zu­miem.

- Ale ona po­chy­liła się nad moją ławką i po­pro­siła, że­bym wy­tłu­ma­czyła jej mno­że­nie. Za­czę­łam więc tłu­ma­czyć jej wła­snymi sło­wami to, o czym mó­wiła pani Sta­no­je­vić. Pod­czas na­szej roz­mowy do­łą­czało do nas co­raz wię­cej ko­le­ża­nek, aż nie­mal wszyst­kie ze­brały się do­koła mo­jej ławki. Wresz­cie, choć wie­dzia­łam, że to ry­zy­kowne, po­kuś­ty­ka­łam do ta­blicy. Zro­bi­łam tak po to, żeby im po­móc, ale też po to, by po­móc sa­mej so­bie. Gdyby udało mi się wszystko im wy­ja­śnić, może pani Sta­no­je­vić mo­głaby przejść do ja­kie­goś cie­kaw­szego te­matu. Na przy­kład do dzie­le­nia.

- Ja­kiej uży­łaś me­tody?

- Za­miast po­wta­rzać ta­belki, ja­kie na­uczy­cielka za­pi­sała na ta­blicy, wy­bra­łam jedno dzia­ła­nie: sześć razy trzy. Po­wie­dzia­łam ko­le­żan­kom, żeby nie pró­bo­wały go za­pa­mię­tać, ale żeby użyły do­da­wa­nia, które już ro­zu­miały. Wy­ja­śni­łam, że sześć razy trzy ozna­cza po pro­stu: do­daj liczbę sześć trzy razy. Kiedy usły­sza­łam słowo "osiem­na­ście" z ust kilku z nich, zro­zu­mia­łam, że po­mo­głam przy­naj­mniej nie­któ­rym.

- A więc to był ten mo­ment.

- Tak na­prawdę na­stą­pił on chwilę póź­niej. Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam, że pani Sta­no­je­vić wró­ciła. Stała w drzwiach z drugą na­uczy­cielką, pa­nią Kle­ine. Na wi­dok znaj­du­ją­cego się przy ta­blicy dziecka sze­roko otwo­rzyły usta.

Za­chi­cho­ta­ły­śmy na myśl o ma­łej, dziel­nej Mi­le­vie i jej oszo­ło­mio­nej na­uczy­cielce.

- Za­mar­łam, oba­wia­jąc się, że zo­stanę wy­tar­gana za uszy za swoją bez­czel­ność. Nie­spo­dzie­wa­nie jed­nak po naj­dłuż­szej w moim mło­dym ży­ciu mi­nu­cie pani Sta­no­je­vić uśmiech­nęła się. Spoj­rzała na pa­nią Kle­ine i po krót­kiej wy­mia­nie zdań po­wie­działa:

- Bar­dzo do­brze, pa­nienko Ma­rić. Czy mo­gły­by­śmy jesz­cze raz wy­słu­chać tej lek­cji?

Umil­kłam na chwilę.

- Wtedy już wie­dzia­łam.

- Wie­dzia­łaś, że je­steś inna? Mą­drzej­sza od ko­le­ża­nek?

- Wie­dzia­łam, że moje ży­cie bę­dzie wy­glą­dać ina­czej - od­par­łam szep­tem. - Zresztą ko­le­żanki tylko wzmoc­niły moje prze­ko­na­nie, że ni­gdy nie będę taka jak one.

Opo­wie­dzia­łam He­lene hi­sto­rię, któ­rej do­tąd nie opo­wia­da­łam ni­komu. O tym, jak tego sa­mego dnia wra­ca­łam do domu, omi­ja­jąc po­ro­śnięte krza­kami pole, na któ­rym ba­wiły się uczen­nice, a jedna z mo­ich ko­le­ża­nek o imie­niu Rad­mila po raz pierw­szy za­pro­siła mnie do za­bawy. Cho­ciaż by­łam po­dejrz­liwa i chcia­łam od­mó­wić, pa­trząc jej pro­sto w ciem­no­brą­zowe oczy, coś we mnie bar­dzo pra­gnęło przy­ja­ciółki. Zgo­dzi­łam się więc. Dziew­czynki, które stały już w okręgu, trzy­ma­jąc się za ręce, wpu­ściły nas po­mię­dzy sie­bie. Do­łą­czy­łam do ryt­micz­nych tań­ców i głu­pich pio­se­nek, ko­ły­sząc się w tę i z po­wro­tem po­śród wzbi­ja­ją­cego się wy­soko ku­rzu. Na­gle za­sady się zmie­niły. Tempo zwięk­szyło się gwał­tow­nie, po­py­chano mnie ze wszyst­kich stron. Kiedy nogi się pode mną ugięły, dzieci cią­gnęły mnie w kółko, nie prze­sta­jąc śpie­wać. Po­tem pu­ściły moje ręce i wy­pchnęły na śro­dek, brudną i obo­lałą, i śmiały się, gdy pró­bo­wa­łam wstać. Cała za­pła­kana, pod­nio­słam się i po­kuś­ty­ka­łam do domu piasz­czy­stą drogą. Nie ob­cho­dziło mnie, czy będą się ze mnie da­lej śmiały, bar­dziej już nie mo­gły mnie zra­nić. Od sa­mego po­czątku ich ce­lem było upo­ko­rze­nie mnie za moją zu­chwa­łość i in­ność.

- Moja hi­sto­ria jest bar­dzo po­dobna - wy­szep­tała He­lene. Się­gnęła ku mnie, żeby mnie ob­jąć, i po­wie­działa:

- Mitzo, ża­łuję, że nie po­zna­ły­śmy się wcze­śniej.

- Ja też, He­lene.

- Prze­pra­szam, że by­łam dziś dla cie­bie taka su­rowa. I za moją nie­uf­ność wo­bec pana Ein­ste­ina. Wiem, że z po­czątku sama za­chę­ca­łam cię, abyś za­warła z nim so­jusz, ale nie są­dzi­łam, że okaże się tak aro­gancki i nie­kon­wen­cjo­nalny. Tak wiele czasu za­jęło mi zna­le­zie­nie lu­dzi po­dob­nych do mnie. Jest mi bar­dzo trudno, kiedy wy­daje mi się, że się od­su­wają, zwłasz­cza w stronę ko­goś, kto nie­ko­niecz­nie na to za­słu­guje. Stąd moja prze­sadna re­ak­cja.

Ści­ska­jąc ją mocno, po­wie­dzia­łam:

- Prze­pra­szam, He­lene. Nie od­su­wam się od cie­bie. Wy­da­wało mi się, że spę­dza­jąc czas z pa­nem Ein­ste­inem i jego ko­le­gami na­ukow­cami, tak na­prawdę przy­bli­żam się do celu, o któ­rym mó­wimy tak czę­sto. Męż­czyźni w ka­wiarni nie mó­wią o ni­czym in­nym tylko o naj­now­szych od­kry­ciach na­uko­wych, od­kry­ciach, któ­rych nie mia­ła­bym oka­zji po­znać w inny spo­sób.

Mil­czała przez chwilę.

- Nie wie­dzia­łam. Są­dzi­łam, że po­ciąga cię "bo­hema", o któ­rej nie prze­staje mó­wić pan Ein­stein. Że cho­dzi o niego, nie o na­ukę.

- Nie, He­lene - po­pra­wi­łam ją po­spiesz­nie. - Kiedy spę­dzam z nim czas, jest dla mnie jak ko­lega z po­li­tech­niki. Wiem, że tu za­cho­wuje się fry­wol­nie, ale w szkole i w Cafe Me­tro­pole na­prawdę wiele się od niego uczę.

Już wy­po­wia­da­jąc te słowa, zda­łam so­bie jed­nak sprawę, że to nie do końca prawda. Moje uczu­cia były bar­dziej skom­pli­ko­wane, w to­wa­rzy­stwie pana Ein­ste­ina czu­łam się pełna ży­cia, ro­zu­miana i ak­cep­to­wana. Było to wy­jąt­kowe i nie­po­ko­jące wra­że­nie.

Pró­bu­jąc uspo­koić jed­no­cze­śnie przy­ja­ciółkę i samą sie­bie, po­wie­dzia­łam:

- To jed­nak nie ma więk­szego zna­cze­nia. Twoja opi­nia zna­czy dla mnie tak wiele. Naj­wię­cej na świe­cie.

Roz­dział 7

30-31 lipca 1897

Zu­rych i do­lina rzeki Sihl, Szwaj­ca­ria

Cho­ciaż aż do końca se­me­stru He­lene nie za­ak­cep­to­wała pana Ein­ste­ina, po na­szej roz­mo­wie za­częła od­no­sić się do niego ła­god­niej. Czy to dzięki wzmoc­nie­niu na­szego paktu, czy z po­wodu na­szych zło­śli­wych uwag na te­mat jego fry­zury, jej nie­po­kój wy­da­wał się słab­nąć. Nie uzna­wała go już za za­gro­że­nie dla na­szych ma­łych ry­tu­ałów, choć on wciąż po­zo­sta­wał nie­prze­rwa­nie, upar­cie obecny.

Moje za­pew­nie­nia o wier­no­ści przy­ja­ciół­kom i ła­godne żarty na te­mat pana Ein­ste­ina mnie rów­nież po­mo­gły za­cho­wać wo­bec niego dy­stans. Przy­po­mniały mi, że jest po pro­stu po­dob­nym do mnie wiel­bi­cie­lem fi­zyki i ko­legą ze stu­diów, do tego dość śmiesz­nym i dziw­nie wy­glą­da­ją­cym. Są­dzi­łam, że uda mi się stłu­mić wszel­kie uczu­cia do niego. Czu­łam się od­po­wied­nio uzbro­jona, by uprzej­mie ode­przeć ja­kie­kol­wiek za­loty, ja­kie mo­głyby stać się moim udzia­łem. Zresztą nie sły­sza­łam z jego ust nic prócz fry­wol­nych żar­ci­ków i su­ge­stii.

Wie­czo­rem ostat­niego dnia eg­za­mi­nów sek­cji szó­stej - do któ­rych uczy­łam się pil­niej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej - pan Ein­stein po­ja­wił się na progu pen­sjo­natu En­gel­brech­tów, jak to miał już w zwy­czaju. Nie za­sko­czyło mnie to. Nie zo­stał za­pro­szony na ten dzień, ale też ni­gdy wcze­śniej nie cze­kał na za­pro­sze­nie. Jego gra na skrzyp­cach była tak pełna wir­tu­ozer­skiej ener­gii, że dziew­częta cie­szyły się z jego obec­no­ści, choć ni­gdy w pełni nie za­ak­cep­to­wały jego non­sza­lan­cji.

Za­pla­no­wa­ły­śmy wie­czór z Czte­rema po­rami roku An­to­nia Vi­val­diego, chcąc uczcić zmiany za­cho­dzące w na­szym ży­ciu. Tego wie­czoru gra pana Ein­ste­ina była wy­jąt­kowo emo­cjo­nalna. Gdy wy­brzmiały ostat­nie nuty, prze­rwa­li­śmy za­do­wo­leni i w tej chwili ci­chej sa­tys­fak­cji pan Ein­stein ode­zwał się:

- Panno Kau­fler, już od kilku mie­sięcy opo­wia­da­cie o cza­ro­dziej­skim le­sie Sihl­wald.

- To prawda - przy­znała He­lene.

- Do­sko­nale pa­mię­tam, że wspo­mi­nała pani wi­dok z wzgórz Al­bis, panno Kau­fler.

- Ow­szem. - Po­ki­wała głową w na­szą stronę, po czym wspo­mniała o uro­kach Al­bi­shornu. Są­dziła chyba, że jest to tylko nie­winna roz­mowa, ale ja od razu zro­zu­mia­łam, o co cho­dzi.

- By­łoby mi nie­zmier­nie miło, gdyby pa­nie po­zwo­liły mi to­wa­rzy­szyć so­bie pod­czas wy­jazdu za­pla­no­wa­nego na ju­trzej­szy po­ra­nek.

Na­sza czwórka zde­cy­do­wała się wy­brać na wy­cieczkę, by uczcić ko­niec se­me­stru. Od­kąd pierw­szy raz by­ły­śmy w Sihl­wal­dzie, wy­bie­ra­ły­śmy się co­raz da­lej i da­lej, ale po dłu­giej dys­ku­sji po­sta­no­wi­ły­śmy za­koń­czyć se­mestr tam, gdzie go roz­po­czę­ły­śmy.

Choć mnie in­ten­cje pana Ein­ste­ina wy­da­wały się ja­sne, He­lene wy­glą­dała na za­sko­czoną. Z tru­dem wy­du­kała od­po­wiedź:

- Cóż, pa­nie Ein­stein... Ro­zu­mie pan... ta wy­cieczka... zo­stała za­pla­no­wana jako po­że­gna­nie. Tylko dla nas czte­rech.

Nie­zra­żony pan Ein­stein na­le­gał w ty­powy dla sie­bie dow­cipny, lecz pe­łen de­ter­mi­na­cji spo­sób.

- Czy to zna­czy, że zo­staje mi ode­brane nie tylko na­tu­ralne piękno Sihl­waldu, ale też przy­jem­ność prze­by­wa­nia w wa­szym to­wa­rzy­stwie w tę ostat­nią so­botę przed wa­ka­cjami? Panno Kau­fler, prze­cież zo­ba­czymy się do­piero za kilka mie­sięcy.

Jego zu­chwa­łość, wy­jąt­kowa na­wet jak na niego, jesz­cze bar­dziej ją zde­ner­wo­wała.

- Ale ja nie mogę... ta de­cy­zja nie na­leży tylko do mnie.

Bła­gal­nie spoj­rzał pro­sto na mnie swo­imi brą­zo­wymi oczyma. Po­czu­łam ucisk w żo­łądku, gdy prze­niósł wzrok na Ru­žicę i Mi­lanę.

- Co na to po­wie­cie, dro­gie pa­nie?

Był bez­czelny. Uprzejme, do­brze wy­cho­wane pa­nienki ta­kie jak my nie mo­gły prze­cież od­mó­wić.

Z tor­bami peł­nymi tu­ry­stycz­nego sprzętu, pro­wiantu przy­go­to­wa­nego przez gor­liwą pa­nią En­gel­brecht i map sta­ły­śmy na pe­ro­nie. Co chwila zer­ka­łam na ze­gar. Pan Ein­stein strasz­li­wie się spóź­niał.

- Gdzie on jest? - Ru­žica za­tu­pała nie­cier­pli­wie. Za­da­wała to py­ta­nie mniej wię­cej po raz ósmy.

- Le­piej wsiądźmy - za­su­ge­ro­wała Mi­lana. - Po­ciąg od­jeż­dża za dwie mi­nuty.

Po raz ko­lejny spo­glą­da­jąc na ze­gar, czu­łam się roz­darta. Chcia­łam, żeby pan Ein­stein do nas do­łą­czył, ale z dru­giej strony wo­la­łam, aby mój upór nie opóź­nił na­szej po­dróży. Nie chcąc wy­dać się nad­gor­liwą, po­wie­dzia­łam:

- Mi­lana ma ra­cję. Nie mo­żemy już dłu­żej cze­kać.

Zresztą pan Ein­stein wiecz­nie się spóź­nia. Kto może wie­dzieć, kiedy się po­jawi?

He­lene po­ki­wała głową i wsia­dły­śmy do wa­gonu. Zna­la­zły­śmy pu­sty prze­dział - nie było to trudne, bo o tej wcze­snej go­dzi­nie w so­botę w po­ciągu było nie­wielu lu­dzi - i uło­ży­ły­śmy ba­gaże na pół­kach nad sie­dze­niami. Le­d­wie usia­dły­śmy na znisz­czo­nych, obi­tych ta­pi­cerką ła­wach, usły­sza­ły­śmy gwizd i po­ciąg ru­szył.

Wes­tchnę­łam z ulgą. Być może to do­brze, że nie zo­ba­czę się z pa­nem Ein­ste­inem przez ko­lejne trzy mie­siące, aż do na­stęp­nego se­me­stru. Jego nie­ustanna ostat­nio obec­ność tylko zwięk­szyła moją kon­ster­na­cję. "Tak - po­my­śla­łam - tego mi wła­śnie po­trzeba". Po­czą­tek let­nich wa­ka­cji bez niego to do­bra wróżba.

- Ojej - pi­snęła Mi­lana, wy­glą­da­jąc przez szybę.

- Co się dzieje? - spy­tała Ru­žica.

Mi­lana nie od­po­wie­działa, wska­zała tylko okno, jakby wi­doku nie dało się opi­sać sło­wami.

Wy­gi­na­jąc szyję, by spoj­rzeć po­nad głową He­lene, zo­ba­czy­łam dwóch męż­czyzn pę­dzą­cych wzdłuż pe­ronu. Na­wet przez grube szkło okienne usły­sza­łam, jak je­den z nich woła:

- Za­trzy­mać po­ciąg!

Wy­tę­ży­łam wzrok, chcąc doj­rzeć, czy to pan Ein­stein. Krę­cona czu­pryna. Ko­szula wy­cią­gnięta ze spodni. To wszystko jego ce­chy cha­rak­te­ry­styczne, jakże nie­pa­su­jące do ele­ganc­kich Szwaj­ca­rów. Miał jed­nak przy­być sam, a to­wa­rzy­szył mu ktoś jesz­cze. Może to jed­nak nie on? Tar­gały mną sprzeczne uczu­cia.

Po­ciąg nieco zwol­nił, a dwaj męż­czyźni wsko­czyli do środka. Chwilę póź­niej drzwi prze­działu otwo­rzyły się gwał­tow­nie. Sta­nął w nich roz­pro­mie­niony pan Ein­stein.

- Zdą­ży­łem! - Kła­nia­jąc się, wska­zał za sie­bie. - Dro­gie pa­nie, po­zwól­cie, że przed­sta­wię wam mo­jego przy­ja­ciela: oto Mi­chele Besso, któ­rego panny Ma­rić i Dra­žić po­znały już w Cafe Me­tro­pole. Jest in­ży­nie­rem i ab­sol­wen­tem po­li­tech­niki.

Po­ki­wa­łam głową po­twier­dza­jąco. Wiele razy roz­ma­wia­łam z pa­nem Besso o Ern­ście Ma­chu, fi­zyku, któ­rego po­dzi­wiał. Roz­mowy z in­ży­nie­rem o ła­god­nym gło­sie w Cafe Me­tro­pole spra­wiały mi przy­jem­ność, nie wie­dzia­łam jed­nak, jak od­biorą go dziew­częta. Ru­žica za­mie­niła z nim le­d­wie kilka słów.

- Wi­taj­cie, pa­no­wie - po­wie­dzia­łam.

Nie cze­ka­jąc na po­zwo­le­nie ani nie wy­ja­śnia­jąc, czemu za­brał ze sobą do­dat­kową osobę, pan Ein­stein opadł na ławkę obok mnie. Nogą mu­snął fałdy mo­jej spód­nicy, a ja zda­łam so­bie sprawę, że ni­gdy wcze­śniej nie sie­dzie­li­śmy obok sie­bie. Spę­dza­li­śmy czas w drew­nia­nych szkol­nych ła­wach, na ra­chi­tycz­nych że­la­znych krze­seł­kach ka­wiar­nia­nych i w bo­gato zdo­bio­nych fo­te­lach sa­lonu En­gel­brech­tów. Był zbyt bli­sko, zwłasz­cza od­kąd uzna­łam, że wo­la­ła­bym wy­jazd bez niego.

Pan Besso był bar­dziej uprzejmy.

- Mogę? - spy­tał Ru­žicę, nim spo­czął koło niej.

Kiedy nasz nie­spo­dzie­wany gość wy­mie­niał uprzej­mo­ści z Ru­žicą, Mi­laną i He­lene, od­wró­ci­łam się do pana Ein­ste­ina. Jego twarz znaj­do­wała się bar­dzo bli­sko mnie, tak bli­sko, że czu­łam jego pach­nący kawą, cze­ko­ladą i ty­to­niem od­dech.

- Cóż za wej­ście - po­wie­dzia­łam z uśmie­chem, le­ciutko się od niego od­su­wa­jąc.

- Taki dzień jak ten za­słu­guje na wiel­kie ge­sty - od­parł, wska­zu­jąc dło­nią błę­kitne niebo za oknem.

- Ach, to więc był po­wód sprintu na pe­ro­nie i wo­ła­nia do za­wia­dowcy sta­cji? - spy­ta­łam, uśmie­cha­jąc się prze­bie­gle.

Do­my­śla­łam się po­wodu jego spóź­nie­nia, za­pewne za­spał, jak to - zda­niem jego ko­le­gów z Cafe Me­tro­pole - czę­sto mu się zda­rzało. Nie miało z pew­no­ścią nic wspól­nego z piękną po­godą. Nie był to może zbyt ele­gancki ko­men­tarz, wtedy jed­nak nie chcia­łam, by my­ślał o mnie jak o da­mie. Chcia­łam, by uwa­żał mnie za rów­nego so­bie na­ukowca, a po­dob­nie mo­gliby za­żar­to­wać z niego to­wa­rzy­sze z ka­wiarni.

Ro­ze­śmiał się i ści­szył głos do szeptu.

- Uwiel­biam ten uśmiech.

Pan Besso prze­rwał nam grzecz­nie i po chwili wszy­scy roz­ma­wia­li­śmy o wy­cieczce. Ani on, ani pan Ein­stein ni­gdy wcze­śniej nie byli w Sihl­wal­dzie, a każda z nas opo­wie­działa o tym, co po­doba jej się tam naj­bar­dziej. Po­dróż mi­nęła szybko i w mi­łej at­mos­fe­rze.

Pierw­sze go­dziny wspi­naczki pod gę­stym bal­da­chi­mem ro­ślin­no­ści były rów­nie przy­jemne. Ogromne li­ścia­ste drzewa (któ­rych wła­ściwe na­zwy znała tylko He­lene) wzno­siły się po­nad nami, a zwa­lone pnie cza­sem prze­ci­nały nam drogę. Pełno było wo­kół buj­nego li­sto­wia i gór­skich kwia­tów, a są­dząc po za­chwy­tach nad ob­fi­to­ścią le­śnej zie­leni, pan Ein­stein i pan Besso byli usa­tys­fak­cjo­no­wani wi­do­kami. Dziew­częta cie­szyła ich re­ak­cja i tym chęt­niej wska­zy­wały sre­brzy­ste brzozy i po­ja­wia­jące się raz po raz fio­le­towe pąki al­pej­skiego ja­śminu. Pra­gnę­ły­śmy, by po­ko­chali Sihl­wald tak, jak my go po­ko­cha­ły­śmy.

Pod­czas wspi­naczki co­raz bar­dziej stro­mym zbo­czem do­trzy­my­wa­łam kroku i ko­le­żan­kom, i pa­nom. Nikt nie zwra­cał naj­mniej­szej uwagi na to, że ku­la­łam, więc też nie mu­sia­łam się tym przej­mo­wać. Obe­lgi, któ­rych tak wiele sły­sza­łam w Ser­bii, były te­raz jak zły sen, który roz­wie­wało ja­sne świa­tło Sihl­waldu.

Wszy­scy czu­li­śmy się wolni. Sły­sza­łam, jak Ru­žica opo­wiada panu Besso je­den ze swo­ich głu­piut­kich żar­tów, któ­rymi za­zwy­czaj ra­czyła nas pod­czas gry w wi­sta, ta­kich, które wpierw wy­wo­ły­wały jęk za­że­no­wa­nia, a za­raz po­tem wy­buch nie­kon­tro­lo­wa­nego śmie­chu. He­lene roz­ba­wił na­wet je­den z dow­ci­pów pana Ein­ste­ina. A kiedy Mi­lana po­pro­siła mnie o spa­ro­dio­wa­nie pani En­gel­brecht, zgo­dzi­łam się. Gdy do­tar­li­śmy na Al­bi­shorn, wszy­scy by­li­śmy w świet­nych hu­mo­rach.

Po­tem jed­nak za­wład­nął nami ma­je­sta­tyczny pej­zaż. Nik­nące w chmu­rach szczyty ota­cza­ją­cych nas gór i błę­kit nieba ry­wa­li­zo­wały o na­szą uwagę z sze­ro­kim, gra­na­to­wym pa­sem je­ziora i rzeki. By­li­śmy ma­leńcy po­śród ogromu na­tury. Na­wet ga­da­tliwy pan Ein­stein umilkł. Prze­ry­wa­jąc ci­szę, pan Besso wy­cią­gnął bu­telkę wina z torby.

- To w ra­mach po­dzię­ko­wa­nia za wa­szą go­ścin­ność, dro­gie pa­nie.

Pan Ein­stein do­bro­dusz­nie po­kle­pał go po ra­mie­niu.

- Ładny gest, Mi­chele.

Usie­dli­śmy, cie­sząc się pre­zen­tem od pana Besso. Ko­lejno pi­li­śmy po łyku z bu­telki, Mi­chele prze­pra­szał nas, że nie był w sta­nie za­pa­ko­wać kie­lisz­ków, ale ni­komu to nie prze­szka­dzało.

- Przy­kro mi to mó­wić, ale po­win­ni­śmy zbie­rać się do drogi, je­śli chcemy zdą­żyć na ostatni po­ciąg do Zu­ry­chu - po­wie­działa He­lene.

- Trudno się roz­sta­wać, prawda? - spy­tała Mi­lana, bio­rąc He­lene pod ra­mię.

Wie­dzia­łam, że mówi o czymś wię­cej niż tylko o Al­bi­shorn. To była tak roz­koszna, świe­tli­sta chwila, która mo­głaby ni­gdy się nie koń­czyć. Czy jesz­cze kie­dyś na­dej­dzie rów­nie do­sko­nały mo­ment?

Kiedy się pod­no­si­łam, po­czu­łam na ra­mie­niu czy­jąś dłoń. Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam pana Ein­ste­ina.

- Pro­szę zo­stać jesz­cze chwilę - wy­szep­tał.

Za­mar­łam. Czego on chciał? Ci­sza i od­osob­nie­nie z pew­no­ścią nie były mu po­trzebne, by po­dy­sku­to­wać o fi­zyce. Gdzieś w głębi du­szy wy­czu­wa­łam, że wszystko, co do tej pory ro­bił - jego alu­zje, żar­ciki, słowa wspar­cia - miało do­pro­wa­dzić wła­śnie do tej chwili, wciąż jed­nak trudno mi było uwie­rzyć, że on na­prawdę coś do mnie czuje. Wie­dzia­łam, że po­win­nam od­mó­wić, na­le­gać, by­śmy do­łą­czyli do grupy. Prze­cież przy­go­to­wy­wa­łam się wła­śnie na ten mo­ment... a jed­nak mu­sia­łam usły­szeć jego słowa.

Pan Ein­stein cze­kał chwilę. Do­piero kiedy po­ki­wa­łam głową, za­wo­łał do po­zo­sta­łych:

- Po­trze­bu­jemy jesz­cze chwili. Za­raz do was do­łą­czymy, do­brze?

Nasi to­wa­rzy­sze ru­szyli zbo­czem w dół, tylko He­lene się za­wa­hała. Zmarsz­czyła brwi za­nie­po­ko­jona.

- Je­steś pewna, Mitzo?

Po­ki­wa­łam głową. Ba­łam się tego, co mo­gła­bym po­wie­dzieć.

- W po­rządku. Ale tylko mi­nutka, pa­nie Ein­stein. Po­ciąg na nas nie po­czeka.

- Oczy­wi­ście, panno Kau­fler.

Pa­trząc na mnie zna­cząco, do­dała:

- Bę­dziesz go pil­no­wać, prawda, Mitzo?

Znów po­ki­wa­łam głową.

Kiedy stra­ci­li­śmy to­wa­rzy­szy z oczu, pan Ein­stein po­sa­dził mnie obok sie­bie na du­żym, zwa­lo­nym pniu. Wi­dok roz­ta­czał się u na­szych stóp i choć wie­dzia­łam, że po­win­ni­śmy cie­szyć się za­cho­dem słońca bar­wią­cym niebo na ró­żowo, czu­łam ogromne zde­ner­wo­wa­nie.

- Za­piera dech w pier­siach, prawda? - spy­tał.

- Ow­szem. - Mia­łam na­dzieję, że nie usły­szał drże­nia mo­jego głosu.

Od­wró­cił się do mnie.

- Panno Ma­rić, od dłu­giego już czasu ży­wię do pani uczu­cie. Uczu­cie od­mienne od tych, ja­kimi ob­da­rzam swoje ko­le­żanki...

Wy­da­wało mi się, że śnię. Choć od dawna to po­dej­rze­wa­łam - a na­wet, je­śli mam być szczera, pra­gnę­łam tego, mimo de­kla­ra­cji skła­da­nych przy­ja­ciół­kom - te­raz, gdy na­prawdę wy­po­wia­dał te słowa, czu­łam się przy­tło­czona.

Spró­bo­wa­łam wstać.

- My­ślę, że po­win­ni­śmy ru­szać w drogę...

Do­tknął mo­jego ra­mie­nia i de­li­kat­nie po­sa­dził z po­wro­tem. Chwy­cił moje dło­nie. Po­chy­lił się i do­tknął mo­ich ust za­ska­ku­jąco mięk­kimi, peł­nymi war­gami. Nim zdą­ży­łam się za­sta­no­wić, już mnie ca­ło­wał. Pod­da­łam się jego do­ty­kowi i od­wza­jem­ni­łam po­ca­łu­nek. Moje po­liczki zro­biły się go­rące. Po­czu­łam na ple­cach do­tyk jego pal­ców. Izgu­bila sam se. To, czego w tej chwili do­świad­cza­łam, po­tra­fi­łam opi­sać tymi tylko sło­wami. Po serb­sku ozna­czają za­gu­bie­nie. Utratę kie­runku, pod­da­nie się, od­da­le­nie od sie­bie sa­mej. Gdy ode­rwa­li­śmy się od sie­bie na chwilę, spoj­rzał mi w oczy. Le­d­wie ła­pa­łam od­dech.

- Znów mnie pani za­sko­czyła, panno Ma­rić.

Gdy mu­snął mój po­li­czek, ma­rzy­łam o ko­lej­nym po­ca­łunku. Za­dzi­wiła mnie siła tego pra­gnie­nia. Uspo­ko­iłam się, wzię­łam głę­boki od­dech i po­wie­dzia­łam:

- Pa­nie Al­ber­cie, nie mogę uda­wać, że pana uczu­cie jest nie­odwza­jem­nione. Nie wolno mi jed­nak zbo­czyć z wy­zna­czo­nej drogi. Wiele po­świę­ci­łam i ciężko pra­co­wa­łam, by się na niej zna­leźć. Ro­manse i praca z tru­dem się łą­czą. Zwłasz­cza gdy jest się ko­bietą.

Uniósł krza­cza­ste brwi, a jego usta - tak pełne i mięk­kie - otwarły się. Naj­wy­raź­niej spo­dzie­wał się ule­gło­ści, nie oporu.

- Nie, panno Ma­rić. Człon­ko­wie bo­hemy, jak my, tak od­mienni od zwy­kłych lu­dzi, ob­da­rzeni wy­obraź­nią, z pew­no­ścią mogą mieć jedno i dru­gie.

Tak bar­dzo chcia­łam, by jego wi­zja oka­zała się praw­dziwa.

Zbie­ra­jąc siły, po­wie­dzia­łam:

- Pro­szę nie cho­wać urazy, nie mo­żemy jed­nak kon­ty­nu­ować na­szej zna­jo­mo­ści. Dzielę pana prze­ko­na­nie, że je­ste­śmy wy­jąt­kowi, mu­szę jed­nak od­su­nąć uczu­cia na bok i sku­pić się na ce­lach za­wo­do­wych.

Strzą­snę­łam ze spód­nicy korę i ze­schłe li­ście i ru­szy­łam na drogę.

- Pój­dzie pan ze mną?

Wstał i pod­szedł bar­dzo bli­sko. Znów chwy­cił moje dło­nie i po­wie­dział:

- Ni­gdy wcze­śniej nie by­łem ni­czego ani ni­kogo tak pe­wien. Będę cze­kać, panno Ma­rić. Aż bę­dzie pani go­towa.