Pani Dulska dla całego domu
"narządziła" świeżą bieliznę.
I to we wtorek, wbrew zwyczajowi. W domu Dulskich bowiem
zmieniano bieliznę w niedziele i czwartki, poszewki i prześcieradła
- co dni piętnaście.
O tem mówiła Pani Dulska z pychą źle ukrytą:
- Są takie panie, które co miesiąc nawłóczą pościel i potem
zdaje się im, że u nich porządnie... Ja wolę oszczędzić na
jedzeniu, a mydła nie żałować. Już taka moja natura! Insza nie
będę!
Toczyła dokoła wzrokiem groźnym, mówiąc te słowa. Barchanowy
granatowy szlafrok w duże szare talary opadał w szerokich fałdach,
wznosząc się wszakże na biodrach. Charakterystyczny węzełek włosów
sterczał na czubku głowy. Cała postać zionęła dobrem odżywianiem
się i gniewem. Ręce były stale zabrudzone na końcach palców. Pani
Dulska nie miała czasu nigdy wyszorować ich do czysta. Przytem
grzebała ciągle w piecach, w cukrze, czyściła grzebienie, krajała
mięso, uczyła kucharkę, jak się paproszy zające, oddzielała białka,
przygotowywała dla Meli proszki i pomadę do włosów, ugładzała sól w
solniczkach, próbowała śmietanę, liczyła brudy, - słowem, palce jej
ciągle przylepiały się do czegoś, zabierały coś na siebie, jak te
pracowite pszczółki, fruwające wśród kwiatów.
- Insza nie będę! - powtórzyła pani Dulska, czekając na
opozycyę. Lecz tej nie było. Zbyszko ulotnił się. Mela i Hesia
siedziały w swoim pokoju, Felicyan palił cygaro w przedpokoju, bo
mu tam było najwygodniej.
Pani Dulska zatem mówiła w próżnię.
Otworzyła szafę i "ładowała" dalej bieliznę dla całego domu,
Zwłaszcza starannie wybierała bieliznę Felicyana i swoję.
- To my staniemy jutro przed sądem!... trzeba, ażeby
wszystko było, jak należy!
Na to wspomnienie panią Dulską oblały ponsy. Pokiwała głową.
- Przed sądem!... Do tego doszło!
A wszystkiemu winien - kto? naturalnie Zbyszko.
Żeby nie on, kokocica z pierwszego piętra nigdy nie byłaby
się rozzuchwaliła. Sprowadzając się, miała najwyraźniej
zapowiedziane, że wynajmuje się jej mieszkanie, ale pod warunkiem,
że będzie sza! ani mru, mru, łagodnie, cicho, jak Pan Bóg
przykazał. Przystała na wszystkie warunki, dostała klucz, zgodziła
się płacić stróżowi cztery guldeny na ręce pani Dulskiej i
wprowadzać swoich gości kuchennemi schodami i na palcach. Zwłaszcza
co do stróża pani Dulska była bardzo rada, bo to uwalniało panią
Dulską od płacenia mu pensyi, jako stróżowi kamienicy. I wszystko
było w porządku. Kokocica spała cały dzień, nie miała sługi, plotek
nie było. Posługiwał tylko jakiś stary żyd, który przemykał się,
jak cień, po ganku, nosząc rano czekoladę w podwójnych porcyach z
poblizkiej cukierni. Zresztą - okna, wychodzące na ulicę i na
ganek, szczelnie pozasłaniane storami koronkowemi, pozaciągane
różowym i żółtym jedwabiem. Czasem tylko na balustradzie ganku od
dziedzińca żyd w szarej kurtce, nucąc coś cichutko, rozwieszał
śliczne szlafroki, jak z puchu, z rękawami długiemi, wiewającemi,
jak chorągwie błękitne, oszyte koronką. Czasem zabłysła złota
atłasowa kołdra, opięta wspaniałem, walansienkami strojnem
prześcieradłem, zawieruszył się jasiek, jak cacko, ubrany w
kokardki, na których plątały się długie, rudawe włosy kokotki. Z
kuchni Dulskiej wypadała wtedy Hesia i, szeroko otworzywszy oczy,
chłonęła w siebie widok tych cudów, ona, która znała tylko
dessouskobiece z uczciwego płótna i oszyte dzierganemi
ząbkami lub "tiulikiem" haczkowanym z krętej bawełny. Na twarz
dziewczyny wybiegały wypieki. Wpatrzona w balustradę ganku, zdawała
się wciągać w ruchome nozdrza woń perfum zmieszanych, któremi
kokotka cała była przesycona i przesycała wszystko, co dotykało jej
ciała.
Milczące, ciekawe, przejęte tym widokiem dziecko Dulskiej
tonęło myślą, żądzą, pragnieniem - w tanim przepychu warsztatu
rozpusty.
Żyd delikatnie, z jakiemś nabożeństwem obchodził się z temi
wykwintami, dmuchał na nie, roztrzepywał, przypatrywał się z
lubością i zachwytem. Lecz gdy spotkał się ze wzrokiem Hesi,
przybierał obojętną minę, i rybie jego oczy powlekało jakby bielmo
głupoty. Zbierał szlafroki i pościel i znikał w głębi domu.
Raz jeden Hesia dostrzegła tylko, jak przez otwarte drzwi
kuchni wypadła kokocica w przepysznej, blado-zielonej halce,
naszytej od bioder koronkami, we włóczkowej chustce na ramionach i
z rozrzuconą masą włosów. Mignęły plecy rozpustne i twarz
"grającego anioła" z bazyliki Piotrowej. Porwała szlafrok i znikła.
Tej nocy Hesia długo nie spała.
Lecz o tem nie wiedziała pani Dulska.
I nie przeczuwała.
----------
Pani Dulska była spokojna i kontenta, że tak dobrze ma wynajęte
pierwsze piętro.
Młode małżeństwo, więc o bożym świecie nie wie, a potem jest
znowu dobrze i pobłażliwie usposobione, - i panna Matylda Sztrumpf
- prywatyzująca.
Co komu do tego?
Prywatyzująca.
I tyle!
Cicha, grzeczna, bieliznę oddaje za dom, na strychu nic nie
ma, w piwnicy takoż - (strych i piwnicę pani Dulska odnajęła
praczce i sklepikarzowi) awantur o granie na fortepianie nie robi,
czynsz kwartalnie z góry płaci. To sobie pani Dulska wymówiła. Inni
lokatorzy płacą miesięcznie. Ale Matylda Sztrumpf kwartalnie. Mama
Dulska jest przebiegła i choć sama jest bardzo tego... ale rozumie
się na handlowej stronie takich pań. Dziś dobrze idzie, - gumy,
boa, meble, a jutro coś się odwróci i - czarna serya. Mama Dulska
woli się zabezpieczyć na trzy miesiące naprzód. Zawsze - przez trzy
miesiące taka Matylda może już znów mieć boa, automobil, gumy i
czynsz dla Mamy Dulskiej.
A nawet pam Dulska miała dla Matyldy Sztrumpf pewne uznanie.
Oto pani Dulska wpadła nagle na pomysł... poświęcenia kamienicy.
Kupiła bowiem ową kamienicę od żyda, który ją zbudował. Kamienica
była niepoświęcana i sługi o tem szeroko po całej ulicy mówiły.
Stróżka i "ci z suteryny" twierdzili nawet, że coś na strychu
straszy, a nocami po schodach chadza. Pani Dulska urągała takim
opowieściom, bo była
esprit fort i wielką sceptyczką w głębi duszy, mimo iż
dokumentnie odprawiała wszystkie formułki nabożne i tradycyą
nakazane. Ale pragnęła, aby żadna skaza nie postała na fasadzie jej
domu. Kazawszy odmalować front, balkony, okna, powprawiać kolorowe
szyby w okna schodowej klatki, uznała za stosowne zarządzić
poświęcenie domu. Ksiądz miał obejść wszystkie mieszkania, pokropić
kąty i odczytać modlitwy.
Zbyszko zdawał się tym projektem zachwycony.
- O to! to! właśnie... właśnie!.. śmiał się, siedząc pod
piecem. - Doskonale! - trzeba tylko zacząć od głównej lokatorki.
- ?...
- No... pani Matyldy Sztrumpf. Tam właśnie poświęcenie
będzie na miejscu!
Pani Dulska aż zdębiała. W jednej chwili ogarnęła myślą
sytuacyę i wyjątkowo w duszy przyznała Zbyszkowi racyę.
Bardzo umiejętnie przelawirowała w tej drażliwej sprawie.
Matylda Sztrumpf skryła się w najtajniejsze zakątki swego
apartamentu, a pani Dulska oświadczyła księdzu, iż ta lokatorka
wyjechała do rodziców i klucz ze sobą zabrała.
- Tak żałuję... tak żałuję... powtarzała pani Dulska,
depcząc księdzu po piętach - i ona będzie żałować, bardzo godna
dama, bardzo miła...
- Nigdy nie pozwoliłabym na profanacyę - uspakajała swe
sumienie Dulska, bo coś tam zaczęło ją kręcić, gdy ksiądz uczciwie
i serdecznie modlił się, obchodząc ściany jej domu - w swej świeżo
wypranej, wykoronkowanej komży.
----------
I tak żyłyby Matylda Sztrumpf i pani Dulska pod jednym dachem
cicho, zgodnie, przyjemnie dla stron obu.
Wprawdzie w oficynie krawcowa i żona konduktora kolejowego
coś niecoś miały przeciw "prywatyzującej", ale pani Dulska umiała
godnością swoją pokryć wszystko i nawet przeciągnąć panią
Oderwankową na stronę kokotki. Żona konduktora czuła się
zaszczyconą względami pani gospodyni i zaczęła widzieć w Matyldzie
Sztrumpf damę miłą i elegancką, żyjącą z własnych funduszów. - A
zresztą... kto wie, moja pani, co to jest właściwie.
- Naturalnie. A potem nie sądźcie...
- Tak! Tak! -
Założyły ręce na brzuchach, pełne pobłażliwości kobiet "bez
zarzutu" dla tych, które zarzuty dźwigały na sobie wraz z
brylantami i koronkowemi bluzkami.
- Bo niewiadomo, moja pani, coby się stało z nami, gdybyśmy
się tak chowały bez matek, jak może ta... wyszeptała nieśmiało
konduktorowa, która znacznie była szczersza w swych odczuciach.
Dulska się nadęła.
- To nie, moja pani! - już ja - żebym się nawet bez matki
urodziła, zawsze byłabym, czem jestem.
Konduktorowa spostrzegła się, że za daleko poszła.
- Tak... tak... ja tylko sobie ot...
Właśnie przez bramę przesuwała się Matylda Sztrumpf. Miała
elegancki i doskonale skrojony kostyum biało z granatowem,
rayé z takim samym żakietem "tailleur", bardzo otwartym na
przedzie, a na głowie wyzywająco-szykowny kapelusz z piórem, jak u
generała w pierwszy dzień Wielkiejnocy.
- Prześlicznie się ubiera! - uśmiechnęła się blada i
wiecznie w jednej orzechowej sukni i w wielokrotnie pranym
popielato-wyblakłym paltociku chodząca żona konduktora.
- Bardzo... bardzo... - chwaliła Dulska - wiadomo, żyje z
procentu, to może sobie i to, owo...
- Tak, tak. Ale - z gustem.
- O, to osoba osobliwa. Zdaje się nawet za hrabią była.
Umarł podobno parę lat temu. Zostawił jej dziecinę.
- No, moja pani gospodyni. Jaki to los...
Żona konduktora rozrzewniła się. Miała skrufulicznego
siedmioletniego chłopca. Bardzo była macierzyńska.
- Dziecinę! A gdzież?
- Chowa się u rodziny męża. U hrabskiej rodziny.
- Czemuż nie przy mamusi?
Dulska zmarszczyła brwi.
- Moja pani! są dzieci, zwłaszcza z tych pańskich, że im
powietrze miejskie nie służy. Dziecina jest na wsi.
- A... tak!...
Konduktorowa westchnęła.
- Ach! żeby tak mego Olafuńcia można na wieś!... Ale skąd! -
teraz taki pieniądz drogi... Wiktuały... czynsz...
Dulska zebrała w rękę tren szlafroka i znikła w głębi bramy.
Konduktorowa w najtajniejszych zakątkach duszy
wypielęgnowała życzenie: "złam pysk", lecz było to tak ciche, jak
to, co człowiek w swej jaźni zamyka na hermetyczne angielskie
zamki, nie wypuszczając na światło dzienne. Szło przecież o to, aby
Dulska nie podwyższyła czynszu, więc należało zachować pewne
komentarze, "i trzymać z panią gospodynią
sztamę".
A Dulska idąc po wschodach, po których włóczył się jeszcze
zmieszany zapach perfum kokotki, przemyśliwała, jakby "wyciągnąć"
jeszcze czynsze w oficynie. Naczytała się właśnie o procesie
kolejowym, na którym rozwłóczono jawnie bajeczne kradzieże,
dokonywane w kufrach i przesyłkach. Majaczyły się jej przed oczyma
całe sezamy bogactw, w których ręce zanurzał taki pan "kolejarz".
- Jeżeli inni - pomyślała, - dla czegóż by i nie taki
Oderwanek, - może i on... a skoro mieszka pod dachem uczciwej
kamienicy, niech za to płaci!
Do głowy jej nie przyszło, aby złodzieja usunąć z pod tego dachu -
ale... niech płaci!... Płaciłby przecież passerom.
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.