ROZDZIAŁ 2
Ten poranek był normalnym dniem - w innym życiu...
W tym tygodniu zaczyna pracę numer czterdzieści trzy. Nie jest łatwo.
- Tutaj, TUTAJ, tak? - Kobieta staje na palcach i przeciera dłonią ramę drzwi. Następnie prowadzi Marię przez salon, gdzie wskazuje na listwę przypodłogową, schyla się, jakby wystawiała pupę na klapsa, i przeciąga palcem wskazującym wzdłuż jednego z rowków, a następnie pokazuje go jej oskarżycielskim gestem.
- Widzisz? Tutaj też. - Rzuca w Marię puszką pronto. - Wszędzie. - Zatacza ramionami koło, oznaczając cały dom. - I chcę, żebyś wyszła przed dziewiątą trzydzieści, tak?
Maria przyniosła ze sobą zestaw produktów czyszczących, ale okazały się nie dość dobre dla numeru czterdzieści trzy.
Kobieta obraca się na pięcie, ale rzuca jeszcze przez ramię:
- Nie później niż DZIEWIĄTA TRZYDZIEŚCI!
Jakby Maria była głucha.
Jej pierwsza klientka z rana i już musi zaciskać zęby, żeby się nie odgryźć.
Choć nie jest głupia, w większości sprzątanych przez nią domów Maria udaje głupią - "skradając się jak krwawiąca mysz", jak określiła to Elsie. Tak jest łatwiej. Maria pokazuje skierowany w górę kciuk i błyska uśmiechem, który, ma nadzieję, jest radosny. Lecz kiedy tylko to wstrętne babsko odchodzi, by wykonać bardzo ważny telefon (w tym domu każda rozmowa telefoniczna ma status bardzo ważnej), Maria posępnieje - daje odpocząć swojej sukowatej twarzy, jak jej powiedziano.
Przez kolejne pół godziny wyciąga się w górę i przykuca, aż zaczynają ją boleć od tego plecy. Stoi, masuje sobie lędźwie, po czym kieruje się na górę. Podczas wycierania podłóg ból narasta. Odczuwa dyskomfort również w kostce, co zdarza się często, gdy jest zimno. Jest luty, poranki są wilgotne, a popołudniami dmie silny wiatr. Gdzie to globalne ocieplenie, kiedy jest potrzebne?
Właśnie na kolanach próbuje zeskrobać zaschnięty kawałek kupy z obramowania muszli klozetowej, gdy kobieta wpada do łazienki i przygląda się jej z zaskoczeniem.
- Rany, jeszcze tu nie skończyłaś? - wykrzykuje i cmoka z niezadowoleniem, po czym zawstydzona kieruje się do łazienki na dole. Ludzie mieszkający w takich pięknych domach nie lubią, gdy przypomina im się o ich własnych brudach.
Muszą zauważać ten syf. Czy to naprawdę takie trudne, sprzątnąć go, gdy tylko się pojawi, zamiast pozwalać mu przyschnąć? Maria zdaje sobie sprawę, że mamrocze do siebie.
Kobieta mści się na niej, gdy Maria właśnie ma wychodzić, blokuje jej drogę prowadzącą do drzwi.
- W przyszłym tygodniu nadrobisz te pół godziny - oświadcza. - Płytki w łazience potrzebują porządnego szorowania. Zauważyłam pleśń na fudze przy słuchawce prysznicowej.
Mówi to w taki sposób, jakby oskarżała Marię o to, że sama zalęgła te zarodniki.
- I naprawdę musisz popracować nad tempem. W przyszłym tygodniu czeka cię też prasowanie.
Może wsadzę sobie miotłę w tyłek i będę jednocześnie zamiatać? Choć nie wypowiada na głos tych słów, wyraz jej twarzy musi coś zdradzać, ponieważ jej pracodawczyni wzdycha ciężko i dodaje:
- Nie podoba mi się twoja mina. Tysiące ludzi takich jak ty czeka w kolejce na twoje miejsce.
Maria zastanawia się, kim są ci "ludzie tacy jak ona". Powstrzymywanie się od riposty jest trudniejsze niż zamiatanie.
***
Ze względu na nieprzewidywalność kursowania autobusów, podróż pomiędzy pierwszym a drugim miejscem pracy zajmuje Marii czterdzieści pięć minut. Numer dziewięćdziesiąt jeden to dwa domy w parze i średnio pojawia się tam co dwa tygodnie. Lepiej byłoby, gdyby poszła pieszo - a już na pewno szybciej - ale dzień jest ponury i właśnie zaczęło mżyć, a każda okazja do odpoczynku jest bezcenna. Wsiada na Russell Square i, siedząc na górnym pokładzie, zjada późne śniadanie, kanapkę z serem i korniszonami. Gdyby była innym typem osoby, można by to zakwalifikować jako brunch. Popija butelką wody mineralnej, która była w zestawie - oferta specjalna, za pół ceny - i wrzuca do ust gumę do żucia. Nie chce nawet myśleć o tym, co by było, gdyby potrzebowała dentysty.
Robi w głowie podsumowanie - ile kasy, którą może wydać na dzisiejszą kolację, zostało jej z zeszłotygodniowej wypłaty? Czy przy tej całej dodatkowej robocie zdąży udać się jutro do banku żywności, zanim zmiotą jej wszystko sprzed nosa? Czy ciasteczka i herbata, którymi częstuje ją czasami jej kolejny pracodawca, wystarczą, by powstrzymać burczenie w jej brzuchu? Czy znowu położy się spać głodna?
Nie ma ani jednego dnia, w którym Maria nie dokonywałaby podobnych kalkulacji, ani na chwilę nie przestając się martwić o każdego pensa. To jednocześnie przerażające i cholernie nudne.
Wysiada na Carnegie Street i kieruje się na Cloudesley Square - za dom tutaj, w tej zielonej oazie, mogłaby kupić całą ulicę w okolicy, w której dorastała.
Podchodząc do drzwi wejściowych, słyszy znajome tup, tup, tup. Gdy Maria wyciąga klucze z kieszeni swojego polarowego ocieplacza, odgłosy stają się coraz bardziej energiczne i kiedy tylko otwiera drzwi, miękki, mokry nosek Minty wpycha się jej do ręki, a reszta psa odtańcowuje deliryczny taniec radości, któremu towarzyszą radosne popiskiwania. Czasami z radości zwierzak aż popuszcza, ale Maria nie ma nic przeciwko sprzątaniu tego, ponieważ nikt poza nim nigdy nie cieszył się aż tak na jej widok.
Minty wywołuje uśmiech na twarzy Marii - prawdziwy uśmiech, nie ten przeznaczony dla jej klientów, którym sygnalizuje, że jej obecność w ich domu będzie życzliwa, wymuszony profesjonalny uśmiech, dzięki któremu zapewnia pracodawców, że mogą powierzyć jej swój dobytek oraz posiadłość, a także zwierzęta i dzieci. Te uśmiechy się sprawdzają.
Przechodzi przez kuchnię i otwiera drzwi do ogrodu, by Minty mogła się wyszaleć. Pies goni w szaleńczym tempie przez całą długość ogrodu, przykuca na krótko, po czym wraca do domu i rzuca się na udo Marii całym ciężarem swojego ciała.
To prawdziwa miłość, czysta, nieokiełznana radość. Żal jej zwierzaka, który najczęściej przesiaduje w domu sam.
- Błagam, proszę jej tak nie nazywać! - wykrzyknęła właścicielka, pani Santos, gdy Maria po raz pierwszy nazwała Minty "dobrą suką". To miał być komplement.
- Chodziło mi o to, że jest dobrą, rasową suką, idealną do rozmnażania - wyjaśniła Maria, usiłując podtrzymać rozmowę.
Ale nie, Minty ma być nazywana "dziewczynką" i nigdy nie będzie miała szczeniąt.
Prawdziwą suką w tym domu jest prawie nastoletnia córka właścicieli, która, gdy tylko nie jest w szkole, przygląda się Marii podejrzliwie i wykrzykuje głośno, upewniając się, że jej matka usłyszy, że "sprzątaczka nie odkurzyła pod łóżkiem", choć w jej pokoju panuje taki bałagan, że to cud, że w ogóle znajduje odrobinę miejsca do spania. Dziewczyna zna imię Marii, ale nigdy go nie używa.
W domu mieszka też chłopiec. Marii z trudem przychodzi patrzenie na niego - ma dołeczki w policzkach jak Joby, które wywołują u Marii mroczne wspomnienia i emocje z przeszłości.
Nigdy nie spotkała w tym domu mężczyzny, choć widuje w sypialni męskie ubrania i buty oraz produkty do golenia w łazience. Jej zawód - licencja na węszenie.
Pies ubóstwia tę dwójkę dzieci, oczywiście bez wzajemności. Minty jest najszczęśliwsza, gdy mają wolne od szkoły i są w domu, nie odstępuje ich wtedy na krok, leży tak blisko, na ile jej pozwalają, a mimo to zawsze znajduje czas, by powitać radośnie Marię, drepcząc wokół niej, jak gdyby mówiła: "Nie należysz do rodziny, ale jesteś dla mnie miła, więc cię kocham".
Maria nie jest już niczyją rodziną. Najbliższą jej osobą jest Elsie.
Bardzo chciałaby mieć psa. Kiedyś, przysięga sobie, wynajmie mieszkanie, do którego zwierzęta nie będą miały zakazu wstępu, w którym może nawet nie będzie musiała nosić zatyczek do uszu i zakładać łańcucha na drzwi. Mieszkanie, które będzie przypominało prawdziwy dom.
Niewielkie ambicje.
Pani Santos wyjątkowo jest w domu, ponieważ "ma umówioną wizytę u fryzjera na późniejszą godzinę i nie ma sensu jechać do pracy tylko po to, by po zaledwie dwóch godzinach przy biurku musieć wracać, sama rozumiesz". Czasami dzielą się z nią takimi szczegółami, ci sami ludzie, którzy płacą jej za to, by po nich sprzątała. Kobiety w obecności Marii czują się nieswojo, jak gdyby mogła je oceniać przez pryzmat sanktuariów ich domów. Robi to, ale... no cóż...
Mężczyźni nie mają podobnych problemów. Bez najmniejszego trudu ignorują jej obecność, siedząc przed komputerem lub grając na xboxie. Czasami musi ich prosić, by podnieśli nogi, gdy wyciera podłogę, a czasami odkurza, omijając ich. Niektórzy dyskretnie obserwują ją podczas pracy, sprawdzają ją i jej dokładność, a Maria nie lubi być obserwowana.
Właśnie sprząta pod kredensem, gdy podchodzi do niej pani Santos, przez co Maria aż podskakuje ze strachu.
- Halo! Halo? - Macha do niej. Maria wyłącza odkurzacz i idzie za pracodawczynią do kuchni.
- Mogłabyś mi z tym pomóc?
Kobieta siłuje się z pokrywką od słoika z majonezem. Maria zabiera go od niej i jednym płynnym ruchem odkręca pokrywkę.
- Jesteś aniołem. - Pani Santos raczy ją uśmiechem.
Jest jedną z milszych osób, które ją zatrudniają. Wypłaciła Marii gotówkę do ręki, kiedy cała rodzina wyjechała do Dorset na dwa tygodnie w zeszłym roku. Maria miała za zadanie podlewać kwiaty w obu domach i w ogrodzie, jak również zrobić w kredensach "wiosenne porządki", chociaż był środek sierpnia.
- Po prostu miej oko na dom, to wszystko - ćwierkała pani Santos. - Podczas naszej nieobecności nie będziesz miała dużo pracy, ale i tak zapłacę ci taką samą stawkę. - Wyraz jej twarzy przywodził na myśl Matkę Teresę.
Dzięki Bogu, jej pracodawczyni w końcu wychodzi na umówioną wizytę u fryzjera i Maria wraca do pracy.
Podczas czyszczenia płyty kuchennej jest już tak zmęczona, że wyłącza się i wraca myślami do sprzątania przyczepy kempingowej - to niebezpieczne rejony. Potrząsa głową, by wyrzucić z niej niechciane obrazy, i wraca do stali nierdzewnej, którą czuje pod palcami. To z kolei przenosi ją do sterylnych powierzchni z czasów szpitalnych, więc nachyla się, by pogłaskać psa, uspokoić się, poczuć coś miłego. Nie może sobie pozwolić na żadne myśli dotyczące Joby'ego ani jakichkolwiek następstw z tym związanych.
Gdy Maria kończy, przed odejściem daje jeszcze Minty garść smakołyków. Nie może znieść żałosnego skamlenia psa, gdy zamyka za sobą drzwi.
***
Przed nią jeszcze trzy poniedziałkowe prace, w tym sprzątanie nowego mieszkania, a zanim skończy u Elsie i wróci do obskurnej kawalerki na końcu Wood Green, która w żaden sposób nie przypomina domu, Maria będzie wykończona. Zatopi się w swoim zmęczeniu, z utęsknieniem będzie wypatrywała wyczerpania. Jeśli będzie miała szczęście, uda jej się zasnąć na kilka godzin, zanim nie wybudzą jej mroczne sny.
Maria nigdy nie bierze wolnego. Od czasów Hiszpanii nigdy nie miała wakacji. Czy po Hiszpanii udało jej się kiedykolwiek zrelaksować?
***
Nowe miejsce pracy to trzypokojowe mieszkanie na tyłach dużego sklepu Sainsbury's w pobliżu stacji Hornsey. Spotkanie z nowymi pracodawcami jest dla niej stresujące, choć często to pierwsze jest zarazem ostatnim, kiedy widuje właścicieli.
Drzwi otwiera jej mężczyzna w średnim wieku z kanciastymi rysami twarzy, w crocsach i rozciągniętym dresie.
- Jakich zaimków mam używać, zwracając się do ciebie? - pyta na wstępie.
- Słucham?
- Jak mam się do ciebie zwracać? Jak mam cię nazywać - on, ona, ono i tak dalej.
- I tak dalej?
- Nie chcę nikogo urazić.
- Proszę wybaczyć, ale nie bardzo rozumiem.
- On czy ona? Facet czy facetka? No wiesz, księgowy, księgowa, aktor, aktorka, choć w dzisiejszych czasach, podejrzewam, że oni wszyscy robią to tylko na pokaz.
Maria patrzy na niego nierozumiejącym wzrokiem.
Mężczyzna nie wytrzymuje jej spojrzenia i się poddaje.
- Więc... skąd jesteś?
- Z Haringey.
- Aaa... - wzdycha przeciągle, najwyraźniej zmęczony już tą pogawędką - wcześniej?
- Sheffield.
Maria nigdy nie zdradza, skąd naprawdę pochodzi. Jedną z jej irracjonalnych obaw jest to, że jeśli zacznie mówić o swoim prawdziwym domu, albo wypowie imię Joby'ego, on albo jego rodzina mogą się nagle zmaterializować w oparach dymu. Jest przesądna. Wiecznie ogląda się za siebie, nawet tutaj, w Londynie, dręczy ją przeczucie, że jeden z krewnych Joby'ego ją odnajdzie i dokona straszliwej zemsty.
Nowy klient sprawia wrażenie zirytowanego samą jej obecnością. Nerwowym krokiem prowadzi ją do niewielkiej kuchni, gdzie każda powierzchnia pokryta jest odpadkami.
- Zazwyczaj zajmowała się tym moja żona... - Włamanie? Eksplozja?, zastanawia się Maria. - Ale nie ma jej.
Oprócz stosu chaotycznie porozrzucanych brudnych naczyń, na piecu kuchennym stoją dwie patelnie. Jedna na pierwszy rzut oka zawiera przypaloną fasolkę, którą prawdopodobnie trzeba będzie zeskrobać, a patelnię wypiaskować, a druga jakąś narośl, która przywodzi na myśl eksperymenty z penicyliną.
- Długo działasz już w tej branży? - zagaduje, jakby znajdowali się na przyjęciu koktajlowym.
- Długo - odpowiada. Długo za długo, dodaje w myślach.
Domyśla się innych niezadanych przez niego pytań. Czy agencja wysłała kogoś, kto będzie punktualny, dobrze pracował i trzymał gębę na kłódkę, czy może kogoś, kto włamie ci się do komputera i wykradnie zawartość kont bankowych?
Zgadza się na to, by właściciel mieszkania wyrobił sobie na jej temat własną opinię. Już wkrótce o niej zapomni, a przed kolejnym jej przybyciem upewni się, żeby nie było go w domu.
- Możesz już zacząć, nie?
- Oczywiście.
Odwraca się plecami.
- Przepraszam, gdzie są tabletki do zmywarki?
Mężczyzna kręci się po kuchni, w końcu wygrzebuje spod zlewu butelkę płynu Fairy i macha nim triumfalnym gestem, po czym stawia na stole.
- Jeśli będziesz jeszcze czegoś potrzebowała, wal jak w dym - mówi, wycofując się.
Już ma zwrócić mu uwagę na pomyłkę z płynem do mycia naczyń, ale bazując na tonie jego głosu, uznaje, że już nigdy nie będzie mu przeszkadzać.
W łazience na górze w wannie wita ją pojedynczy włos łonowy.
***
Tak dużo sprzątania.
Maria nie miała już siły ani energii na to, by nienawidzić tego życia; jednakowoż bardzo, ale to bardzo go nie lubiła. Było wyczerpujące, drenujące jej duszę.
Jednak czego by nie dała, by móc wrócić do swojej starej, nudnej egzystencji?
Ponieważ jej nowe, ulepszone umiejętności przewyższają codzienne szorowanie podłóg i wynoszenie śmieci. Jej specjalne, DOGŁĘBNE sprzątanie dotyczy teraz pozbywania się brutalnych mężów i ich ciał, a nie zwykłych kuchennych odpadków.
Być może powinna wystawić Elsie rachunek za nadgodziny.