Rozdział II
Godfrey
Wieczorem "Brisbane" pokonał Cieśninę Bassa. Na tej szerokości geograficznej półkuli południowej w sierpniu dzień kończy się około piątej po południu. Księżyc, który wschodził w swej pierwszej kwadrze, wkrótce zniknął pośród gęstych mgieł na horyzoncie. Głębokie ciemności nie pozwalały na oglądanie nadbrzeżnego pasa kontynentu.
Żeglugę w cieśninie odczuwano na pokładzie poprzez gwałtowne wzdłużne kołysanie, jakiemu poddawał się statek pod wpływem bardzo wzburzonych fal. Prądy i przeciwprądy walczą z sobą zaciekle w tej cieśninie, która otwiera się na wody Pacyfiku.
Następnego dnia, dwudziestego trzeciego sierpnia, o świcie "Brisbane" pojawił się u wejścia do zatoki Port Phillip. Statki, które już znajdą się w głębi tej zatoki, nie muszą się obawiać niepogody, lecz by do niej wpłynąć, należy manewrować jednostką z wielką ostrożnością i precyzją, zwłaszcza gdy chodzi o opłynięcie długiego piaszczystego cypla Nepean po jednej stronie i Queenscliff po drugiej. Dobrze osłonięta zatoka podzielona jest na kilka portów, w których statki o wielkim tonażu znajdują doskonałe kotwicowiska, takich jak: Geelong, Sandridge33, Williamstown - te dwa ostatnie tworzą port Melbourne. Wybrzeże przedstawia smutny, monotonny, pozbawiony powabu widok. Na brzegach wyglądających jak ledwo co osuszone bagna, które zamiast lagun albo stawów zalegają twarde, popękane, błotniste muły, prawie nie istnieje wegetacja. W przyszłości należałoby zmienić powierzchnię równinnych połaci przez posadzenie na miejscu szkieletów drzew, które wykrzywiają się tu i ówdzie, zwartych drzewostanów, które australijski klimat szybko przemieni w okazałe bory.
"Brisbane" ustawił się wzdłuż jednego z nabrzeży Williamstown, by wysadzić na ląd część pasażerów.
Ponieważ postój w tym porcie miał trwać trzydzieści sześć godzin, pani Branican postanowiła spędzić ten czas w Melbourne. Nie żeby miała jakąś sprawę do załatwienie w tym mieście - gdyż dopiero w Adelajdzie planowała się zająć przygotowaniami do wyprawy, która prawdopodobnie miała dotrzeć na same krańce Australii Zachodniej. Dlaczego zatem pomyślała o opuszczeniu pokładu "Brisbane"? Czy obawiała się, że ludzie będą składać jej zbyt liczne i zbyt częste wizyty? By tego uniknąć, czy nie wystarczyło zamknąć się w swojej kabinie? Poza tym, czy zachodząc do jednego z hoteli miasta, gdzie wkrótce wszyscy dowiedzą się o jej pobycie, nie narażała się na uporczywe wywiady i zupełnie nieuniknione natręctwo?
Zach Fren nie wiedział, jak wyjaśniać postanowienie pani Branican. Dostrzegał, że jej zachowanie różniło się od tego, jakie wykazywała w Sydney. Z bardzo gościnnej, jaką wówczas się okazywała, stała się mało komunikatywna. Czy był to, jak uważał bosman, zbyt żywy wpływ obecności Godfreya, który wywoływał w niej wspomnienia o dziecku? Tak. Tu Zach Fren się nie mylił. Widok młodego praktykanta zaburzył jej umysł, tak że poczuła potrzebę izolowania się. Czy już nie myślała o tym, by go wypytać? Być może, skoro nie zrobiła tego poprzedniego dnia, chociaż wyraziła takie życzenie. Ale teraz, jeśli chciała wyjść w Melbourne na ląd, by spędzić w tym mieście czas przeznaczony na postój, to nie po to, by uniknąć niedogodności powszechnego rozgłosu, na nieszczęście zbyt rzeczywistego, lecz by uciec - nie ma innego bardziej właściwego słowa - tak, by uciec przed czternastoletnim chłopcem, ku któremu przyciągała ją jakaś instynktowna siła. Dlaczego więc wahała się z nim pomówić, by wypytać go o wszystko, co ją interesowało: o jego narodowość, pochodzenie i rodzinę? Czy bała się, że jego odpowiedzi - co było prawdopodobne - bezpowrotnie zniszczą jej nierozważne iluzje, urojone nadzieje, którym poddawała się w wyobraźni, i że jej wzruszenie zostanie odkryte przez Zacha Frena?
Pani Branican w towarzystwie bosmana w godzinę opuściła statek. Gdy postawiła nogę na nabrzeżu, odwróciła się.
Godfrey stał na dziobie "Brisbane" oparty o odbojnicę. Gdy zobaczył, że ona odchodzi, jego twarz stała się tak smutna, zrobił taki wyrazisty gest, że wydawało się, jakby chciał ją zatrzymać na pokładzie z taką siłą, że Dolly była gotowa powiedzieć mu: "Moje dziecko... powrócę!".
Opanowała się jednak i dała znak Zachowi, by szedł za nią. Poszli na dworzec kolei żelaznej łączącej port z miastem.
Melbourne leży faktycznie daleko od wybrzeża morskiego, na lewym brzegu rzeki Yarra, w odległości dwóch kilometrów - dystans, który pociągi pokonują w kilka minut. To tam wznosi się miasto z ludnością liczącą trzysta tysięcy mieszkańców, stolica wspaniałej kolonii Wiktoria, którą zamieszkuje blisko milion ludzi i na którą - można zasadnie tak powiedzieć - od 1851 roku Góra Aleksandra34 zlewa całe złoto ze swych pokładów.
Pani Branican, chociaż udała się do jednego z mniej uczęszczanych hoteli miasta, nie mogłaby uniknąć ludzkiej ciekawości - zresztą bardzo sympatycznej - jaką jej obecność wszędzie budziła. Dlatego wolała w towarzystwie Zacha Frena przemierzać ulice miasta, z którego z powodu swego dziwnego zaabsorbowania prawie nic nie zobaczyła.
W sumie Amerykanin nie doznaje żadnego zaskoczenia ani też żadnej przyjemności, zwiedzając to jedno z najnowocześniejszych miast. Chociaż powstało dwanaście lat po San Francisco w Kalifornii, "mniej więcej", jak powiadają, jest do niego podobne. Szerokie ulice krzyżujące się pod kątem prostym, skwery, którym brakuje trawników i drzew, setki banków, urzędy, w których załatwia się mnóstwo spraw, dzielnice, w których koncentruje się handel detaliczny, budynki użyteczności publicznej, kościoły, świątynie, uniwersytet, muzeum, biblioteka, szpital, ratusz, szkoły, które są pałacami, i pałace, z których kilka nie nadawałoby się na szkoły, pomnik wzniesiony na cześć dwóch badaczy, Burke'ego i Willsa35, którzy zginęli, próbując przejść kontynent australijski z południa na północ. Na ulicach i bulwarach poza dzielnicą handlową niewielu przechodniów; pewna liczba cudzoziemców, zwłaszcza Żydów pochodzenia niemieckiego, którzy sprzedają pieniądze, tak jak inni sprzedają bydło lub wełnę, i to po dobrej cenie - aby rozweselić serce Izraela.
Ale w tym handlowym Melbourne kupcy spędzają najmniej czasu jak tylko się da. To na przedmieściach i w okolicach miasta rozmnożyły się wille, domki, nawet książęce budynki: w Saint Kilda, Hoam, Emerald Hill, Brighton. Daje to, jak twierdzi pan D. Charnay36, jeden z bardziej interesujących podróżników, którzy odwiedzili ten kraj, przewagę Melbourne nad San Francisco. I tam już okazy różnych gatunków drzew stały się wielkie, wspaniałe parki okrywają się cieniem, a świeże wody zapewniają przez długie miesiące dobroczynny chłód. Mało jest miast umieszczonych w takiej ramie zachwycającej zieleni.
Pani Branican z roztargnieniem spoglądała na te wspaniałości, nawet gdy Zach Fren wyprowadził ją poza miasto, na szczere pola. Nic nie wskazywało, że owa piękna miejscowość, z tak imponującymi widokami ciągnącymi się po horyzont, mocniej ją zainteresowała. Wydawało się, jakby pod wpływem jakiejś urojonej myśli ciągle zamierzała zadać Zachowi Frenowi pytanie, którego jednak nie śmiała głośno wypowiedzieć.
Oboje powrócili do hotelu gdy już zapadała noc. Dolly kazała podać sobie do pokoju kolację, którą ledwo tknęła. Potem położyła się do łóżka i spała półsnem, w którym nawiedzały ją obrazy jej męża i dziecka.
Następnego dnia pani Branican pozostawała w pokoju aż do drugiej po południu. Napisała długi list do Williama Andrew, dając mu znać o wyjeździe z Sydney i bliskim przybyciu do stolicy Australii Południowej. Opowiedziała mu także o swoich nadziejach dotyczących wyprawy.
Otrzymawszy ten list, pan William Andrew ku swego wielkiemu zaskoczeniu, ale także z ogromnym niepokojem natychmiast zauważył, że jeżeli Dolly mówiła o Johnie, to tak, jakby była pewna, że znajdzie go żywego, a o swoim dziecku, małym Wacie, jak gdyby nigdy nie był martwy. Ów dobry człowiek zadawał sobie pytanie, czy nie należało obawiać się od nowa o stan umysłu tej kobiety, tak już doświadczonej przez los.
Gdy pani Branican z towarzyszącym jej Zachem powrócili na pokład, prawie wszyscy pasażerowie udający się do Adelajdy już znajdowali się na "Brisbane". Godfrey wyczekiwał na jej powrót i gdy tylko zobaczył ją z daleka, jego twarz rozświetliła się uśmiechem. Pognał do nabrzeża pomostowego i był tam, gdy Dolly zaczęła wchodzić na trap.
Zach Fren nie potrafił się już opanować i groźnie zmarszczył gęste brwi. Co on by dał, aby praktykant opuścił statek pasażerski lub przynajmniej nie stawał na drodze Dolly, skoro jego obecność ożywiała najboleśniejsze wspomnienia!
Pani Branican dostrzegła Godfreya. Zatrzymała się na chwilę, przeszyła go przenikliwym spojrzeniem, ale nic nie powiedziała i opuściwszy głowę, poszła się zamknąć w swej kabinie.
O trzeciej po południu "Brisbane" pozbył się cum, skierował ku wąskiemu przesmykowi i opłynąwszy cypel Queenscliff, obrał kurs na Adelajdę, posuwając się w odległości trzech mil od wybrzeży Wiktorii.
W Melbourne weszło na statek około stu pasażerów, przeważnie mieszkańców Australii Południowej, wracających do swoich domów. Wśród nimi było też kilku cudzoziemców, między innymi Chińczyk w wieku trzydziestu, trzydziestu pięciu lat, wyglądający jak uśpiony kret, żółty jak cytryna, okrągły jak chińska waza i tak tłusty jak mandaryn37 trzeciego stopnia. Nie był to jednak mandaryn, o nie! Był to zwykły służący zatrudniony u pewnego osobnika, który zasługiwał na to, by go nieco dokładniej opisać.
Wyobraźcie sobie syna Albionu38, tak brytyjskiego jak to tylko możliwe, wysokiego, chudego, kościstego, prawdziwy okaz osteologii39 jeśli chodzi o szyję, tors i nogi. Okazały typ Anglosasa40, liczący jakieś czterdzieści pięć do pięćdziesięciu lat, wznosił się więcej niż sześć stóp ponad poziom morza. Nosił całkowity jasny zarost i takie same włosy, w których widniało kilka żółtych pasemek o barwie złota; małe, badawcze oczy, ściśnięty w nozdrzach nos, zakrzywiony jak dziób pelikana lub czapli i wyjątkowej długości; czaszka, na której nawet słaby znawca frenologii41 swobodnie odkryłby fałdy wskazujące na monomanię i nieustępliwość - to wszystko tworzyło jedną z tych głów, które przyciągają spojrzenie i wywołują uśmiech, gdy zostaną naszkicowane przez dowcipnego rysownika.
Anglik był poprawnie odziany w tradycyjny ubiór: czapkę z podwójnym daszkiem, kamizelkę zapiętą pod sam podbródek, marynarkę o dwudziestu kieszeniach, spodnie z tkaniny w kratę, wysokie getry42 z niklowanymi guzikami, podbite gwoździami buty i białawy płaszcz, który wiatr owijał dookoła ciała, ujawniając jego chudy szkielet.
Kim był ten oryginał? Nikt tego nie wiedział. Na australijskich statkach pasażerskich nikt nie pozwala sobie na poufałości w podróży, nikt nie wypytuje ludzi, by się dowiedzieć, dokąd zdążają albo skąd przybywają. To są pasażerowie i jako takich mija się ich na pokładzie. Nic ponadto. Wszystko, co mógł powiedzieć steward43 pokładowy, ograniczało się do tego, że Anglik zarezerwował kabinę pod nazwiskiem Joshua Meritt - w skrócie Jos Meritt - z Liverpoolu (Zjednoczone Królestwo), razem ze swoim służącym Gin Gi z Hongkongu (Cesarstwo Niebiańskie44).
Zresztą Jos Meritt, gdy tylko urządził się w kabinie, przyszedł usiąść na jednej z ławek spardeku i opuścił ją dopiero w porze lunchu, gdy dzwon okrętowy wybił czwartą godzinę. Ponownie wrócił o wpół do piątej i opuścił ławkę o siódmej, by zjeść kolację; potem zajął miejsce o ósmej, niezmiennie zachowując pozycję manekina z dłońmi opartymi na kolanach, nie kręcąc głową ani w prawo, ani w lewo, ze wzrokiem skierowanym na wybrzeże, które ukrywało się w wieczornej mgle. W końcu, posuwając się geometrycznym krokiem, którego nie potrafiły zachwiać boczne kołysania statku, o dziesiątej powrócił do swej kabiny.
Przez część nocy pani Branican, która pojawiła się na pokładzie nieco przed dziewiątą, spacerowała na rufie "Brisbane", chociaż panował raczej niska temperatura. Z umysłem opętanym jedną ideą, nawet urojeniem, by użyć dokładniejszego wyrażenia, nie potrafiła zasnąć. Dusząc się w swojej kabinie, zapragnęła odetchnąć świeżym powietrzem, nasycanym czasami przenikliwą wonią "bagiennej witki"45, która oznajmia na morzu australijski brzeg już z odległości pięćdziesięciu mil. Czy rozmyślała o spotkaniu z młodym praktykantem, by z nim porozmawiać, by go wypytać, by więcej się o nim dowiedzieć...? Dowiedzieć czego...? Godfrey, kończący swoją wachtę o dziesiątej, pojawiłby się na służbie dopiero o drugiej w nocy, a o tej porze Dolly, bardzo zmęczona bolesnym wstrząsem moralnym, już znajdowała się w swojej kabinie.
W środku nocy "Brisbane" opłynął przylądek Otway na samym krańcu hrabstwa Polwarth. Od tego miejsca kierował się wyraźnie na północny zachód, aż na wysokość zatoki Discovery, o którą opiera się linia demarkacyjna nakreślona wzdłuż sto czterdziestego pierwszego południka - linia, która oddziela Australię Zachodnią od kolonii Wiktoria i Nowa Południowa Walia.
Od samego rana znowu można było zobaczyć na spardeku Josa Meritta, siedzącego na ławce na swoim stałym miejscu, w tej samej pozycji, jak gdyby nie opuszczał go od wczorajszego dnia. Co do Chińczyka Gin Gi, to spał twardym snem w jakimś kącie.
Zach Fren był przyzwyczajony do różnych manii swoich rodaków, gdyż wcale nie brakuje oryginałów w kolekcji czterdziestu dwóch stanów federacji obecnie nazywanej USA. Jednak nie bez pewnego zdumienia przypatrywał się tak udanemu wzorcowi ludzkiej mechaniki.
A jakie było jego zaskoczenie, kiedy zbliżywszy się do wysokiego, nieruchomego dżentelmena, usłyszał takie słowa wypowiedziane nieco piskliwym głosem:
- Bosman Zach Fren, jak sądzę...?
- We własnej osobie - odparł zapytany.
- Towarzysz mistress Branican...?
- Zgadza się. Widzę, że wie pan...
- Wiem... w poszukiwaniu męża... zaginionego przed czternastu laty... Dobrze...! Och, bardzo dobrze...!
- Jak to... bardzo dobrze...?!
- Tak...! Mistress Branican... Bardzo dobrze...! Ja także prowadzę poszukiwania...
- Pańskiej żony...?
- Och, nie jestem żonaty...! Bardzo dobrze...! Gdybym stracił swoją kobietę, to bym jej nie poszukiwał.
- A zatem czego?
- Chcę odnaleźć... kapelusz.
- Pański kapelusz...? Stracił pan swój kapelusz...?
- Mój kapelusz...? Nie...! Jest to kapelusz... pomyślałem o nim... Proszę złożyć wyrazy uszanowania mistress Branican... Dobrze...! Och, bardzo dobrze...!
Wargi Josa Meritta ścisnęły się i już nie pozwoliły się wymknąć żadnej sylabie.
- To jakiś rodzaj wariata - powiedział do siebie Zach Fren.
Uważał, iż byłaby to dziecinada, gdyby dalej miał się interesować tym dżentelmenem.
Gdy Dolly ponownie pojawiła się na pokładzie, bosman wyszedł jej na spotkanie i oboje poszli usiąść mniej więcej naprzeciw Anglika. Ten nie poruszył się bardziej niż bóg Terminus46. Obarczywszy Zacha Frena złożeniem pani Branican wyrazów szacunku, sądził widocznie, że nie musi zrobić tego osobiście.
Zresztą Dolly nie zauważyła obecności dziwacznego pasażera. Odbyła ze swoim towarzyszem długą rozmowę dotyczącą przygotowań do wyprawy, które miały się zacząć w Adelajdzie. Nie należało tracić ani jednego dnia, ani jednej godziny. Ważne było, by ekspedycja dotarła na tereny centralnego regionu i jeśli to możliwe, pokonała je, zanim zostaną wysuszone przez nieznośne upały strefy tropikalnej. Między różnego rodzaju niebezpieczeństwami, zawsze występującymi podczas poszukiwań prowadzonych w takich warunkach, zapewne najstraszniejsze są te spowodowane surowością klimatu, więc należało jak najrzetelniej się przed nimi zabezpieczyć. Dolly dużo mówiła o kapitanie Johnie, jego silnym usposobieniu, nieposkromionej energii, które pozwoliły mu - w co nie wątpiła - wytrwać tam, gdzie inni, nie tak silni, mniej zahartowani, na pewno by padli. Jednak nie uczyniła żadnej aluzji do Godfreya i Zach Fren już miał nadzieję, że przestała myśleć o chłopcu, gdy nagle powiedziała:
- Wydaje mi się, że dzisiaj jeszcze nie widziałam praktykanta... Nie dostrzegłeś go, Zachu...?
- Nie, mistress - odparł bosman, którego to pytanie wyraźnie zdenerwowało.
- Może mogłabym coś zrobić dla tego dziecka? - kontynuowała Dolly.
Wydawała się mówić o nim z pewnym rodzajem obojętności, co jednak nie zwiodło Zacha Frena.
- Ten chłopiec...? - powiedział. - Och mistress, on ma dobry zawód... Będzie awansował... Już za kilka lat widzę go jako mata... Z taką gorliwością i dobrze prowadzony...
- To nie ma znaczenia - mówiła dalej Dolly. - On mnie interesuje... on mnie interesuje z pewnego powodu... Ale także, Zach, to podobieństwo... Tak, to jego nadzwyczajne podobieństwo do mego biednego Johna... także do Wata... moje dziecko miałoby czternaście lat!
Mówiąc to, Dolly mocno zbladła i łamał jej się głos. Spojrzenie, jakie skierowała na Zacha, było tak natarczywe, że bosman spuścił wzrok.
Następnie dodała:
- Przyprowadzisz mi go po południu, Zachu... Nie zapomnij... Chcę z nim porozmawiać. Jutro zakończy się rejs statkiem... Już nigdy się nie zobaczymy... więc przed opuszczeniem "Brisbane" pragnę wiedzieć... Tak, pragnę wiedzieć...!
Odeszła, kiedy Zach Fren obiecał jej, że przyprowadzi Godfreya.
Bosman, bardzo zatroskany, nawet bardzo zatrwożony, przechadzał się po spardeku do czasu, aż steward zadzwonił na drugie śniadanie. Wtedy zderzył się z Anglikiem, który zdawał się regulować swoje kroki podług bicia dzwonu, kierując się ku schodom zejściówki47.
- Dobrze...! Och, bardzo dobrze! - powiedział Jos Meritt. - Czy na moją prośbę... złożyłeś wyrazy uszanowania...? Jej mąż zaginął... Dobrze... Och, bardzo dobrze!
Odszedł, by zająć miejsce, które wybrał przy stole w dining room48 - najlepsze, co jest zrozumiałe, najbliższe kuchni, co pozwało mu wybierać najlepsze kąski, gdyż jego pierwszego obsługiwano.
O trzeciej "Brisbane" żeglował u wejścia do Portland, głównego portu hrabstwa Normanby, do którego dochodzi kolej żelazna z Melbourne. Potem, opłynąwszy Przylądek Nelsona, pokonał zatokę Discovery i skierował się prawie na północ, posuwając się dość blisko wybrzeża Australii Południowej.
Działo się to w chwili, gdy Zach Fren przyszedł zawiadomić Godfreya, że pani Branican życzy sobie z nim mówić.
- Mówić ze mną?! - wykrzyknął chłopiec, a jego serce zabiło tak mocno, że ledwo zdołał chwycić za poręcz, by nie upaść.
Godfrey, poprzedzany przez bosmana, udał się do kabiny, gdzie czekała na niego pani Branican.
Kobieta przyglądała mu się przez pewien czas. Siedziała na tapczanie, a on stał przed nią z czapką w ręce. Zach Fren, oparty o drzwi, patrzył na nich z niepokojem. Dobrze wiedział, o co Dolly będzie pytała Godfreya, ale nie wiedział, co młody praktykant jej odpowie.
- Moje dziecko - odezwała się pani Branican - chciałabym dowiedzieć się czegoś o tobie... o twojej rodzinie... Jeżeli cię o to pytam, to dlatego, że interesuję się... twoją sytuacją... Czy zechcesz odpowiadać na moje pytania?
- Bardzo chętnie, pani - odpowiedział Godfrey drżącym z emocji głosem.
- Ile masz lat...? - zapytała Dolly.
- Dokładnie nie wiem, mistress, ale muszę mieć czternaście lub piętnaście lat...
- Tak! Czternaście do piętnastu lat...! A od kiedy pływasz na morzu...?
- Zaokrętowałem się, gdy miałem około ośmiu lat, w charakterze chłopca okrętowego, a od dwóch lat służę jako praktykant.
- Zaliczyłeś długie rejsy...?
- Tak, pani, po Pacyfiku aż do Azji i po Atlantyku do Europy.
- Jesteś Anglikiem...?
- Nie, pani, jestem Amerykaninem.
- Ale służysz na angielskim statku pasażerskim...?
- Statek, na którym służyłem, został sprzedany w Sydney. Nie będąc nigdzie zatrudniony, przeszedłem na "Brisbane", oczekując okazji, by znowu przyjąć służbę na pokładzie amerykańskiego statku.
- Dobrze, moje dziecko - powiedziała Dolly, dając znak Godfreyowi, by podszedł do niej.
Godfrey usłuchał.
- Teraz - poprosiła go - chciałabym wiedzieć, gdzie się urodziłeś...
- W San Diego, pani.
- Tak... w San Diego! - powtórzyła Dolly, nie okazując zaskoczenia, jak gdyby spodziewała się takiej odpowiedzi.
Jeśli chodzi o Zacha Frena, to był pod wrażeniem tego, co usłyszał.
- Tak, pani, w San Diego - potwierdził chłopiec. - O, ja panią dobrze znam! Tak, znam panią...! Kiedy dowiedziałem się, że przypłynęłaś do Sydney, bardzo się ucieszyłem... Gdybyś pani wiedziała, jak interesuję się wszystkim, co dotyczy kapitana Johna Branicana!
Dolly wzięła dłoń praktykanta i przytrzymała ją przez kilka chwil, nie mówiąc ani słowa. Potem głosem, który zdradzał zagubienie jej myśli, zapytała:
- Jak się nazywasz...?
- Godfrey.
- Godfrey to imię, które otrzymałeś na chrzcie... Jak brzmi twoje nazwisko...?
- Nie mam innego miana, mistress.
- Twoi rodzice...?
- Nie mam rodziców.
- Nie masz rodziców! - powiedziała pani Branican. - Zatem zostałeś wychowany...
- W Wat House - odpowiedział Godfrey. - Tak, pani, i to dzięki pani staraniom. Och, często panią widziałem, gdy przychodziła pani odwiedzać dzieci w schronisku! Pani mnie nie widziała pomiędzy wszystkimi malcami, ale ja panią widziałem, ja... chciałem panią uściskać...! Potem, kiedy poczułem pociąg do żeglowania, gdy osiągnąłem wystarczający wiek, zostałem chłopcem okrętowym... Także inne sieroty z Wat House poszły na statki... i nigdy nie zapomnimy tego, co jesteśmy winni pani Branican... naszej matce...!
- Waszej matce! - zawołała Dolly, cała drżąc, jakby ta nazwa rozbrzmiała aż w głębiach całego jej wnętrza.
Przyciągnęła Godfreya do siebie... Okryła go pocałunkami... On je oddawał... płakał... Było to jakby rodzinne połączenie, któremu ani jedno, ani drugie się nie dziwiło, wydawało im się bowiem całkowicie naturalne.
Stojący w kącie Zach Fren, przestraszony tym, co zrozumiał, tym uczuciem, które zakorzeniło się w duszy Dolly, szeptał:
- Biedna kobieta...! Biedna kobieta...! Dokąd ją to wszystko doprowadzi...?
Pani Branican wstała i powiedziała:
- Idź już, Godfreyu...! Odejdź, moje dziecko...! Zobaczymy się znowu... ale teraz chcę zostać sama...
Popatrzywszy na nią ostatni raz, młody praktykant powoli się wycofał.
Zach Fren zamierzał wyjść razem z nim, gdy Dolly zatrzymała go gestem ręki i powiedziała:
- Zostań, Zachu.
- Zachu - dodała po chwili, mówiąc do niego urywanym głosem, który świadczył o nadzwyczajnym wzburzeniu jej ducha - to dziecko zostało wychowane razem z dziećmi przebywającymi w Wat House... Urodziło się w San Diego... ma czternaście do piętnastu lat... Kropka w kropkę jest podobne do Johna.... Ma jego szczerą twarz, jego stanowczą postawę... Tak samo jak on lubi morze... To syn marynarza... To syn Johna... To mój syn...! Wierzyliśmy, że wody zatoki San Diego na zawsze pochłonęły biedną małą istotkę... Ale ona nie zginęła... uratowano ją... Ci, którzy ją uratowali, nie znali jej matki. A jej matką byłam ja... ja, wówczas pozbawiona władz umysłowych...! To dziecko, to nie jest Godfrey, jak się sam nazywa... to jest Wat... to mój syn...! Bóg zechciał mi go oddać, zanim połączy mnie z jego ojcem...
Zach Fren słuchał pani Branican, nie śmiąc jej przerywać. Rozumiał, że nieszczęśliwa kobieta nie mogła mówić inaczej. Wszystkie pozory przyznawały jej rację. Podążała za swoją myślą z niezbitą matczyną logiką. Dzielny marynarz czuł, jak mu pęka serce, bo jego obowiązkiem było zniszczyć wszystkie takie złudzenia. Należało zatrzymać Dolly na tej pochyłości, gdyż inaczej mogłaby się stoczyć w przepaść.
Zrobił to bez chwili namysłu - prawie brutalnie.
- Mistress Branican, pani się myli...! - powiedział. - Ja nie chcę, ja nie mogę pozwolić pani wierzyć w to, czego wcale nie ma! To podobieństwo to tylko czysty przypadek...! Twój mały Wat nie żyje... tak, nie żyje...! On zginął w wypadku, a Godfrey nie jest pani synem...
- Wat nie żyje...?! - zawołała pani Branican. - Co o tym wiecie...? Kto może to potwierdzić...?
- Ja, mistress.
- Ty...?
- Tydzień po wypadku w zatoce ciało dziecka zostało wyrzucone na brzeg przy cyplu Loma. To ja je odnalazłem... Zawiadomiłem pana Williama Andrew... Mały Wat został przez niego rozpoznany i pochowany na cmentarzu w San Diego, gdzie często nosiliśmy kwiaty na jego grób...
- Wat...! Mój mały Wat... tam... na cmentarzu... I nigdy mi o tym nie powiedziano!
- To nie tak, mistress, nie tak! - odparł Zach Fren. - Była pani wówczas chora umysłowo, a cztery lata później, gdy już odzyskała pani świadomość, obawiano się... Pan William Andrew obawiał się... że odnowią się wszystkie pani boleści... i milczał! Tak więc pani dziecko nie żyje, a Godfrey nie może być... nie jest pani synem!
Dolly osunęła się na tapczan. Zamknęła oczy. Wydawało się jej, że po intensywnym blasku nagle wokół niej zapanowały ciemności.
Dała znak Zachowi Frenowi, by zostawił ją samą, pogrążoną w głębokim żalu, zagubioną we wspomnieniach.
Nazajutrz, dwudziestego szóstego sierpnia, pani Branican jeszcze nie opuściła kabiny, gdy "Brisbane", minąwszy przesmyk Backstairs49 między wyspą Kangooroo50 a przylądkiem Jervis, wpłynął do Zatoki Świętego Wincentego i rzucił kotwicę w porcie Adelajda.
33 Geelong - u J. Verne'a: Goelong; Sandridge - u J. Verne'a: Sandrige.
34 Góra Aleksandra leży 125 km na północny zachód od Melbourne, w pobliżu niewielkiej miejscowości Harcourt.
35 Robert O'Hara Burke (1821-1861) - brytyjski oficer i podróżnik pochodzenia irlandzkiego, badacz Australii; w latach 1860-1861 prowadził ekspedycję, która jako pierwsza pokonała Australię z południa na północ; zginął w drodze powrotnej, podobnie jak większość uczestników wyprawy; William John Wills (1834-1861) - amerykański badacz Australii; razem z Robertem Burke'em brał udział w latach 1860-1861 w wyprawie poprzez kontynent australijski z południa na północ; zmarł razem z Burke'em nad Cooper Creek.
36 Claude-Joseph Désiré Charnay (1828-1915) - francuski podróżnik i archeolog znany zarówno z badań Meksyku i Ameryki Środkowej, jak też z pionierskiego wykorzystania fotografii do dokumentowania swych odkryć; w roku 1863 podróżował także po Argentynie i Chile, a w 1878 przebywał na Jawie i w Australii; autor kilku prac opisujących jego odkrycia.
37 Mandaryn - wysoki urzędnik w cesarskich Chinach; istniało wiele rang mandarynów, od szczebla lokalnego, przez prowincję, aż po urzędników władz centralnych pracujących bezpośrednio przy cesarskim dworze; mandaryni dzielili się na cywilnych (wenguan) i wojskowych (wuguan); nosili uniformy z wyszywanymi symbolami, które pozwalały poznać ich rangę; od niej zależały także rozmiar świty, wielkość lektyki itp.
38 Albion - nazwa wyspy Wielka Brytania, spotykana u autorów starożytnych; sens nazwy nie jest pewny, najczęściej próbuje się ją wiązać z kredowymi, białymi (łac. albus) wzgórzami Dover; nazwa Albion była szczególnie popularna w okresie romantyzmu, obecnie używana w znaczeniu poetyckim lub przenośnym.
39 Osteologia - dział anatomii człowieka i zwierząt zajmujący się kośćcem.
40 Anglosasi - ludy germańskie: Anglowie, Sasi i Jutowie, które w V-VI wieku zajęły obszar obecnej Anglii, utworzyły niewielkie królestwa (heptarchie), a później państwo angielskie; różnice międzyplemienne zanikły, wykształcając społeczeństwo anglosaskie.
41 Frenologia - popularna niegdyś błędna teoria, według której na podstawie ukształtowania czaszki człowieka można sądzić o jego zdolnościach umysłowych i właściwościach psychicznych.
42 Getry - tu: cholewki z płótna, filcu lub sukna, wkładane na obuwie jako zabezpieczenie przed chłodem; używane głównie w XIX i na początku XX wieku.
43 Steward - członek załogi statku usługujący przy posiłkach i sprzątający pomieszczenia.
44 Cesarstwo Niebiańskie - stosowana dawniej w Europie nazwa Chin cesarskich, z chińskiego wyrażenia tianxia, czyli świat pod niebem, jeden z tytułów cesarza Chin oznaczał "pan świata pod niebem".
45 Bagienna witka - nieformalna polska nazwa gatunku Acacia retinodes (u J. Verne'a: Acacia flagrans - dawniej używana nazwa łacińska), wiecznie zielonego krzewu o żółtych aromatycznych kwiatach rosnących cyklicznie przez cały rok; gatunek endemiczny rosnący w stanach Australia Południowa, Wiktoria oraz na Tasmanii.
46 Terminus - w mitologii rzymskiej bóg granic między prywatnymi posiadłościami, ale przede wszystkim granic państwowych; był również bóstwem opiekuńczym samych znaków granicznych, które po łacinie nosiły tę samą nazwę co bóstwo i były z nim czasem utożsamiane; każdy kamień graniczny uświęcano poprzez ofiarę dla boga; na cześć Terminusa odbywały się święta zwane Terminaliami, które obchodzone były raz do roku, 23 lutego.
47 Zejściówka - każde zejście na statku prowadzące pod pokład, wyposażone w schody lub drabinę; otwór zejściówki jest chroniony wodoszczelnymi drzwiami, a na mniejszych jednostkach przesuwnymi lub obrotowymi klapami; zwykle zejściówka jest jedynym normalnie użytkowanym otworem komunikacyjnym dla załogi, a innymi, dodatkowymi otworami mogą być odpowiednie włazy czyli luki - głównie dla transportu rzeczy.
48 Dining room (ang.) - jadalnia.
49 Backstairs (ang.) - tylne (tajne) schody.
50 Kangooroo (ang.) - przestała forma słowa Kangaroo - kangur.