Pani Branican. Część druga - Juliusz Verne

Kup ebooka

15.60 zł
12.95 zł (13,26 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

Podczas żeglugi

 

Od dnia, kiedy pana Lesseps1 przebił przesmyk Suezu, można było powiedzieć, że kontynent afrykański stał się wyspą. Gdy zostanie ukończony Kanał Panamski2, to również Amerykę Północną i Amerykę Południową będzie można zaklasyfikować jako wyspy. Faktycznie, owe olbrzymie połacie ziemi ze wszystkich stron będą otoczone wodą. Ponieważ jednak ze względu na swoje rozmiary zachowują nazwę kontynentu, zatem jest logiczne, by zastosować ją także Nowej Holandii, czyli Australii, która położona jest w podobnych warunkach.

Rzeczywiście, Australia wzdłuż swej największej szerokości ze wschodu na zachód mierzy trzy tysiące dziewięćset kilometrów, a trzy tysiące dwieście kilometrów po swej największej długości z południa na północ. Przemnożenie tych dwóch wymiarów daje obszar o powierzchni około czterech milionów ośmiuset trzydziestu kilometrów kwadratowych, czyli mniej więcej siedem dziewiątych obszaru Europy3.

Kontynent australijski według autorów najnowszych atlasów dzieli się na siedem kolonii4, które rozgraniczają arbitralnie przyjęte linie tnące się pod prostymi kątami, zupełnie nie licząc się z warunkami orograficznymi czy hydrograficznymi.

Na wschodzie, w najbardziej zaludnionej części, znajdują się Queensland ze stolicą w Brisbane, Nowa Południowa Walia, której stolicą jest Sydney, oraz Wiktoria ze stolicą w Melbourne.

W części centralnej leżą Australia Północna i Ziemia Aleksandra5, bez stolic, oraz Australia Południowa ze stolicą w Adelajdzie.

Na zachodzie rozciąga się z północy na południe Australia Zachodnia, której stolica znajduje się w Perth.

Należy dodać, że Australijczycy starają się utworzyć konfederację pod nazwą Commonwealth of Australia6. Rząd angielski odrzuca tę propozycję, ale bez wątpienia niedługo do tego dojdzie i rozdział stanie się faktem dokonanym7.

Wkrótce zobaczymy, w jakich najniebezpieczniejszych i najmniej znanych stanach tego kontynentu pojawi się pani Branican z tą nieokreśloną nadzieją, z tą myślą prawie nieziszczalną, by odnaleźć kapitana Johna, by wyrwać go z rąk plemienia, które od dziewięciu lat przetrzymywało więźnia. A przecież istniało uzasadnione pytanie, czy Indasowie zachowali go przy życiu po ucieczce Harry'ego Feltona?

W swoich projektach pani Branican założyła, że opuści Sydney tak szybko, jak to będzie możliwe. Mogła liczyć na bezgraniczne poświęcenie Zacha Frena, na dużą i praktyczną inteligencję, jaka go cechowała. W czasie długiego posiedzenia, mając przed sobą rozłożoną mapę Australii, oboje dyskutowali o najszybszych i najskuteczniejszych środkach, które miały zadecydować o powodzeniu nowej, kolejnej próby. Rozumie się samo przez się, że absolutnie najważniejszy był wybór miejsca początku wyprawy. Oto co postanowiono:

1° Staraniem pani Branican i na jej koszt zostanie zorganizowana karawana wyposażona w najlepsze środki do poszukiwań i do obrony oraz wszelki ekwipunek wymagany przy podróżach przez pustynie centralnej Australii.

2° Wyprawa musi się zacząć jak najszybciej, ustalono więc, że będą się poruszać najszybszymi drogami lądowymi lub morskimi do końcowego punktu komunikacji ustanowionej między wybrzeżem a środkiem kontynentu.

Na pierwszym miejscu została postawiona i przedyskutowana kwestia dotarcia do północno-zachodniego wybrzeża, to znaczy w tę część Ziemi Tasmana, gdzie wylądowali rozbitkowie z "Franklina". Jednakże tak długi objazd spowodowałby ogromną stratę czasu i pociągnąłby za sobą poważne trudności z powodu liczby ludzi i sprzętów, gdyż jednych i drugich musiałoby być naprawdę dużo. Krótko mówiąc, nie było pewne, że atakując kontynent australijski od zachodu, wyprawa szybciej i z większą pewnością napotkałaby plemię, które przetrzymywało kapitana Johna Branicana, tych koczowniczych tubylców mogących równie dobrze przemierzać rejony zachodniej Australii, jak tereny Ziemi Aleksandra. W konsekwencji na to pytanie odpowiedziano negatywnie.

Następnie dyskutowano o kierunku, jaki należało obrać na początku wyprawy. Był to oczywiście kierunek, w którym musiał się poruszać Harry Felton podczas pokonywania terenów środkowej Australii. Chociaż nie znano go dokładnie, był mniej więcej wskazany przez punkt, w którym znaleziono pierwszego oficera z "Franklina", to znaczy brzeg rzeki Paroo, na granicy Queenslandu i Nowej Południowej Walii, na północnym zachodzie tej kolonii.

Od 1770 roku - czasu, gdy kapitan Cook8 badał Nową Południową Walię i wszedł w imieniu króla Anglii w posiadanie kontynentu już znanego przez Portugalczyka Manuela Godinho9 i przez Holendrów: Verschoora10, Hartoga11, Carpentera12, Tasmana13 - jego wschodnia część była w wielkiej mierze skolonizowana, rozwinięta i ucywilizowana. W 1787 roku14, kiedy premierem był Pitt15, komodor Phillip16 założył kolonię karną przy Botany Bay17, z której mniej więcej w ciągu stulecia ukształtował się naród liczący blisko trzy miliony ludzi. Obecnie nie brakuje w tej części kontynentu niczego, co tworzy wielkość i bogactwo kraju, czyli: dróg, kanałów, kolei żelaznych łączących niezliczone miejscowości Queenslandu, Nowej Południowej Walii, Wiktorii i Australii Południowej oraz linii pasażerskich i handlowych statków parowych obsługujących porty wybrzeża.

Otóż skoro pani Branican znajdowała się w Sydney, to ta bogata i gęsto zaludniona stolica mogła jej dostarczyć wszystkiego, co niezbędne do zorganizowania karawany, tym bardziej że przed opuszczeniem San Diego otworzyła sobie za pośrednictwem pana Williama Andrew znaczny rachunek kredytowy w Central Australian Bank. Mogła zatem swobodnie pozyskiwać ludzi, pojazdy, zwierzęta pod siodło, juczne i pociągowe, których wymagała wyprawa poprzez Australię, być może kompletna podróż ze wschodu na zachód na dystansie dwóch tysięcy dwustu mil18. Czy jednak Sydney miało zostać wybrane jako punkt wyjścia?

Wszystko razem wziąwszy i głównie za radą amerykańskiego konsula, który był bardzo obeznany z obecnym stanem geografii Australii, na bazę całej operacji najbardziej nadawała się Adelajda, stolica kolonii Australia Południowa. Posuwając się za linią telegraficzną, której druty ciągną się z Adelajdy do Zatoki van Diemena, to znaczy z południa na północ, mniej więcej po krzywej, jaką wyznacza sto trzydziesty dziewiąty południk, inżynierowie ułożyli pierwszą część torów kolei żelaznej, które przekraczają równoleżnik, do jakiego dotarł Harry Felton. Kolej żelazna pozwoliłaby członkom wyprawy dotrzeć szybciej i wniknąć głębiej na tereny Ziemi Aleksandra i Australii Zachodniej, które do tej pory odwiedziło niewielu podróżników.

Tak więc podjęto pierwszą decyzję i trzecią wyprawę mającą na celu poszukiwanie kapitana Johna postanowiono zorganizować w Adelajdzie. Miała się przenosić koleją aż do krańca torów rysujących linię ciągnącą się na północ na przestrzeni około czterystu mil, czyli siedmiuset kilometrów19.

Teraz nasuwało się pytanie, w jaki sposób pani Branican prze­dostanie się z Sydney do Adelajdy? Gdyby istniały nieprzerwane tory kolejowe między tymi dwiema stolicami, nie byłoby powodu do wahania. Istnieje linia kolejowa, która pokonuje rzekę Murray płynącą na granicy kolonii Wiktoria w Albury i dalej ciągnie się przez Benallę i Kilmore aż do Melbourne. Począwszy od tego miasta, kieruje się ku Adelajdzie, ale dochodzi tylko do stacji Horsham20. Dalej nie ma prawie żadnej komunikacji, co mogłoby spowodować poważne opóźnienia.

Z tego powodu pani Branican postanowiła udać się do Adelajdy drogą morską. Byłaby to czterodniowa podróż, a dodając czterdzieści osiem godzin na postój, na który pasażerskie statki zatrzymują się w Melbourne, znalazłaby się w stolicy Australii Południowej po sześciu dniach żeglugi wzdłuż wybrzeża kontynentu. Co prawda obecnie był sierpień, który to miesiąc odpowiada lutemu na półkuli północnej, ale w atmosferze panował spokój i przy wiatrach dmuchających z północnego zachodu statek parowy byłby osłonięty przez ląd, jak tylko dotrze do Cieśniny Bassa21. Poza tym skoro pani Branican przepłynęła z San Francisco do Sydney, to jak miała się obawiać rejsu z Sydney do Adelajdy.

Tak się szczęśliwie złożyło, że następnego dnia o jedenastej wieczorem wychodził w morze parowiec "Brisbane". Po zawinięciu po drodze do Melbourne przybyłaby do Adelajdy rankiem dwudziestego siódmego sierpnia. Na statku zarezerwowano dwie kabiny, a pani Branican podjęła niezbędne kroki, by kredyt, który miała otwarty w banku w Sydney, został przeniesiony do banku w Adelajdzie. Dyrektorzy obu banków zgodzili się uprzejmie na jej dyspozycję i bez trudu dokonano transferu.

Opuściwszy szpital Marynarki Handlowej, pani Branican udała się do hotelu, by wziąć pokoje, w których miała zamieszkać do czasu wyjazdu. Wszystkie jej myśli skupiały się na jednym: "John żyje!". Uparcie wpatrywała się w mapę kontynentu australijskiego, a jej spojrzenie gubiło się pośród ogromnych pustkowi środka i północnego zachodu. Majakami swej wyobraźni szukała męża... spotykała go... ratowała...

Tego samego dnia, po ich decydującej rozmowie, Zach Fren, pojmując, że lepiej zostawić ją samą, poszedł na spacer ulicami Sydney, którego wcale nie znał. Przede wszystkim - co wcale nie może dziwić u marynarza - zamierzał popatrzeć na "Brisbane", by się upewnić, że pani Branican będzie miała odpowiednie warunki podróży. Statek wydawał mu się jak najlepiej przystosowany do żeglugi wzdłuż wybrzeża. Poprosił o pokazanie kabiny zarezerwowanej dla pasażerki. Poprowadził go do niej młody praktykant. Bosman wydał kilka dyspozycji zmian, które miały uczynić pomieszczenie wygodniejszym. Dobry Zach Fren! Można by pomyśleć, że chodziło o jakąś długą podróż!

W chwili gdy zamierzał opuścić pokład, zatrzymał go praktykant i trochę poruszonym głosem zapytał:

- Czy jest pan pewny, bosmanie, że mistress Branican wsiądzie jutro na statek do Adelajdy...?

- Tak, jutro - odparł Zach Fren.

- Na "Brisbane"...?

- Oczywiście.

- Może jej ekspedycja się powiedzie i odnajdzie kapitana Johna!

- Zrobimy, co się da, możesz mi wierzyć.

- Jestem o tym przekonany, bosmanie.

- Należysz do załogi "Brisbane"...?

- Tak, bosmanie.

- A więc do jutra, mój chłopcze.

Ostatnie godziny, jakie spędził w Sydney, Zach Fren wykorzystał na wałęsanie się po Pitt Street i York Street obramowanych pięknymi budowlami z pomarańczowego piaskowca, potem po Victoria Parku i Hyde Parku, w którym wznosi się pomnik poświęcony pamięci kapitana Cooka. Odbył także wspaniałą przechadzkę po Ogrodzie Botanicznym położonym nad brzegiem morza, w którym zebrano różne rodzaje roślin z umiarkowanych i gorących stref klimatycznych: dęby, araukarie22, kaktusy, mangostany23, palmy i drzewa oliwne. Krótko mówiąc, Sydney zasługuje na reputację, jaką się cieszy. Jest to najstarsza ze stolic kolonii australijskich, a jeśli ma mniej regularną zabudowę niż młodsze Adelajda i Melbourne, to okazuje się bogatsza w nieoczekiwane piękno i malownicze widoki.

Następnego wieczora pani Branican i Zach Fren wsiedli na pokład statku pasażerskiego. O jedenastej "Brisbane" opuścił port i ruszył poprzez zatokę Port Jackson. Po opłynięciu Inner South Head obrał kurs na południe, trzymając się kilka mil morskich od wybrzeża.

Przez pierwszą godzinę Dolly pozostawała na pokładzie i stojąc na rufie, przypatrywała się różnym formom brzegu rozciągającym się jak pomieszane masy pośród okrywającej je mgły. To był więc ten kontynent, w głąb którego próbowała przeniknąć jak do ogromnego więzienia, z którego do tej pory nie udało się uciec Johnowi. Już od czternastu lat byli oddzieli jedno od drugiego!

 

- Czternaście lat! - szepnęła.

Kiedy "Brisbane" opuścił Botany Bay, pani Branican poszła trochę odpocząć. Jednak już od świtu następnego dnia znowu pojawiła się na pokładzie w chwili, gdy na horyzoncie pojawiła się Mount Dromedary, a nieco z tyłu Góra Kościuszki, należące do systemu Alp Australijskich.

Zach Fren dołączył do Dolly stojącej na spardeku24 parowca i oboje rozmawiali o jednej sprawie, która ich w tej chwili interesowała.

W tym momencie młody praktykant, wahając się i drżąc, zbliżył się do pani Branican i zapytał ją w imieniu kapitana, czy czegoś nie potrzebuje.

- Nie, moje dziecko - odparła Dolly.

- Ejże, to jest ten chłopak, z którym wczoraj rozmawiałem, kiedy przeglądałem kabiny na "Brisbane" - powiedział Zach Fren.

- Tak, panie bosmanie, to ja.

- Jak się nazywasz...?

- Godfrey.

- A zatem, Godfrey, możesz się obecnie upewnić, że pani Branican wsiadła na pokład twego parowca... i wyobrażam sobie, że jesteś zadowolony...?

- Tak, panie bosmanie, a także my wszyscy na statku. Tak! Wszyscy pragniemy, żeby poszukiwania mistress Branican się powiodły i żeby znalazła kapitana Johna!

Mówiąc to, Godfrey patrzył na nią z takim szacunkiem i uwielbieniem, że Dolly poczuła wielkie poruszenie. Dodatkowo uderzył ją głos młodego praktykanta... Ten głos już kiedyś słyszała... powróciło jego wspomnienie.

- Moje dziecko - powiedziała - czy to nie ty pytałeś mnie przy drzwiach szpitala w Sydney...?

- Tak, to ja.

- Pytałeś, czy kapitan John jeszcze żyje...?

- Tak, mistress.

- Należysz do załogi "Brisbane"?

- Tak... od roku - odparł Godfrey - ale jeśli spodoba się Bogu, to go wkrótce opuszczę.

Po tych słowach, niewątpliwie nie chcąc albo nie mając śmiałości więcej powiedzieć, Godfrey odszedł, by przekazać dowódcy wiadomości od pani Branican.

- Ten chłopiec wygląda mi na takiego, w którego żyłach płynie marynarska krew - zauważył Zach Fren. - Ma szczere, jasne, zdecydowane spojrzenie... a jednocześnie głos mocny, ale łagodny...

- Jego głos! - szepnęła Dolly.

Przez jakieś złudne działanie zmysłów wydało jej się, jakby słyszała Johna mówiącego tonem nieco łagodniejszym, co wynikało zapewne z wieku.

Poczyniła również jeszcze jedno spostrzeżenie - spostrzeżenie może bardziej znamienne. Prawdopodobnie robiła sobie złudzenia, ale rysy twarzy chłopca przypominały jej rysy Johna... Johna, który nie miał trzydziestu lat, gdy "Franklin" zabrał go daleko od niej i na tak długo!

- Jak pani widzi, mistress Branican - odezwał się Zach Fren, zacierając wielkie ręce - Anglicy czy Amerykanie, wszyscy z panią sympatyzują... W Australii natknie się pani na takie same grzeczności jak w Ameryce... Takie same więzi w Adelajdzie jak w San Diego... Wszyscy życzą tego samego, co ten młody Anglik...

- To Anglik? - zapytała Dolly, głęboko poruszona.

Pierwszego dnia żegluga przebiegała bardzo przyjemnie. Morze było absolutnie spokojne i gładkie, mimo północno-zachodniego wiatru dmuchającego od strony lądu. Stan morza był taki sam, kiedy "Brisbane" opływał Przylądek Howe'a25, położony w narożniku kontynentu australijskiego, w drodze do Cieśniny Bassa.

W ciągu tego dnia pani Branican prawie nie opuszczała spardeku. Pasażerowie okazywali jej niezwykły szacunek, jak również żywe pragnienie dotrzymywania jej towarzystwa. Pragnęli widzieć tę kobietę, której nieszczęścia były powszechnie znane, która nie wahała się stawić czoło tylu niebezpieczeństwom, zmagać się z wielkimi trudami w nadziei uratowania męża, jeżeli Opatrzność będzie chciała, by przeżył. W jej obecności nikt nie śmiał wyrazić wątpliwości na ten temat. Jakże nie mieli podzielać jej zaufania, gdy wszyscy, którzy z nią rozmawiali, słyszeli, jak mężne postanowienia zamierzała wprowadzić w czyn? Zupełnie nieświadomie odważyli się zapuścić razem z nią na terytoria środkowej Australii. I rzeczywiście, niejedna osoba gotowa była pójść za nią nie tylko w myślach.

 

Czasami zdarzało się, że gdy Dolly im odpowiadała, przerywała wypowiedź, a jej spojrzenie przybierało osobliwy wygląd, w oczach zapalał się ogień, i tylko Zach Fren potrafił zrozumieć, co zajmowało jej umysł.

Tak się zdarzało, kiedy dostrzegała Godfreya. Postawa młodego praktykanta, jego gesty, wytrwałość, z jaką śledził ją wzrokiem, ten rodzaj instynktu, który wydawał się przyciągać go ku niej - wszystko to ją chwytało, wzruszało i poruszało do takiego stopnia, że John i chłopak w jej myślach mieszali się z sobą.

Dolly nie mogła ukryć przed Zachem Frenem, że znajduje uderzające podobieństwo między Johnem a Godfreyem. Dlatego Zach Fren nie bez niepokoju spoglądał, jak poddawała się temu wrażeniu, wywołanemu czysto przypadkową okolicznością. Nie bez powodu obawiał się, że znajomość ta zbyt mocno przywoła wspomnienie dziecka, które straciła. Było naprawdę godne pożałowania, że pani Branican stawała się nadmiernie podrażniona w obecności tego chłopca.

Tymczasem Godfrey nie powrócił do niej, gdyż obowiązki nie wzywały go na rufę statku, zarezerwowaną wyłącznie dla pasażerów pierwszej klasy. Ale ich spojrzenia często krzyżowały się z daleka i Dolly była w stanie zawołać go... Tak! Gdyby dała sygnał, Godfrey przybiegłby skwapliwie... Jednak Dolly nie dała tego znaku, i Godfrey nie przyszedł.

Tego wieczora, w chwili gdy Zach Fren odprowadzał panią Branican do jej kabiny, powiedziała do niego:

- Zachu, trzeba się wywiedzieć, kim jest ten młody praktykant... do jakiej rodziny należy... gdzie się urodził. Może z pochodzenia nie jest Anglikiem...

- To możliwe - odparł Zach Fren. - Być może jest Amerykaninem. Jeśli pani sobie tego życzy, pójdę zapytać kapitana "Brisbane".

- Nie, Zachu, nie, sama zapytam Godfreya.

Potem bosman usłyszał, jak mówi półgłosem do siebie:

- Moje dziecko, mój biedny Wat, byłby teraz mniej więcej w tym samym wieku...!

- Zdarzyło się to, czego się obawiałem! - mruczał bosman, wracając do swojej kabiny.

Nazajutrz, dwudziestego drugiego sierpnia, "Brisbane", który w nocy opłynął Przylądek Howe'a, kontynuował żeglugę w doskonałych warunkach. Gippsland26, jedna z głównych prowincji kolonii Wiktoria, po skręceniu na południowy wschód łączyła się z Półwyspem Wilsona27, najbardziej na południe wysuniętym krańcem kontynentu. Wybrzeże to jest mniej bogate w zatoki, porty, przesmyki, przylądki posiadające geograficzne nazwy niż część brzegowa, która w prostej linii ciągnie się od Sydney do Przylądka Howe'a. Jak okiem sięgnąć ciągną się równiny, których granic, obwiedzionych linią gór, nie dało się dostrzec z morza.

Pani Branican, o pierwszym brzasku słońca opuściwszy kabinę, zajęła swoje miejsce w tylnej części spardeku. Wkrótce dołączył do niej Zach Fren i natychmiast zauważył bardzo znaczną zmianę w jej postawie. Jej spojrzenia nie przyciągała już ziemia rozciągająca się na północnym zachodzie. Zajęta swoimi myślami, zaledwie odpowiedziała bosmanowi, gdy ten zapytał, jak spędziła noc.

Bosman nie nalegał. Grunt, żeby Dolly zapomniała o osobliwym podobieństwie między Godfreyem a kapitanem Johnem, żeby nie pragnęła go zobaczyć, by go wypytywać. Było możliwe, że jej myśli przybrały inny bieg i chyba tak było, gdyż nie poprosiła Zacha, by przyprowadził chłopca, którego zajęcia służbowe zatrzymywały na dziobie parowca.

Po śniadaniu pani Branican wróciła do kabiny i ponownie pokazała się na pokładzie dopiero około trzeciej czy czwartej po południu.

W tym momencie "Brisbane" pędził pełną parą ku Cieśninie Bassa, która oddziela Australię od Tasmanii, inaczej nazywanej Ziemią van Diemena.

Że odkrycie Holendra Janszoona Tasmana było korzystne dla Anglików, którzy tę wyspę, naturalną przybudówkę kontynentu, włączyli pod dominację rasy anglosaksońskiej, to nie ulega żadnej wątpliwości. Od 1642 roku, daty odkrycia wyspy, długiej na dwieście czterdzieści osiem kilometrów, gdzie ziemia jest nadzwyczaj urodzajna, której lasy wzbogacają wspaniałe gatunki drzew, jest pewne, że jej kolonizacja postępowała wielkimi krokami. Począwszy od początków tego wieku, Anglicy zarządzają nią tak, jak mają zwyczaj zarządzać: uparcie, nie przejawiając żadnej troski o los tubylców. Podzielili wyspę na obwody, założyli ważne miasta, stolicę Hobart Town28, George Town29 i wiele innych; oni zagospodarowali liczne wcięcia wybrzeża i zbudowali w nich porty, do których setkami zawijają ich statki. Wszystko to jest dobre. Ale co się stało z czarną ludnością, która początkowo zajmowała ten kraj? Bez wątpienia ci ludzie byli prawie zupełnie nieucywilizowani, byli postrzegani jako najbardziej nieokrzesane okazy rasy ludzkiej; stawiano ich poniżej afrykańskich Murzynów, poniżej Fuegeńczyków30 z Ziemi Ognistej31. Jeżeli unicestwienie rasy to ostatnie słowo kolonialnego postępu, to Anglicy mogą się pochwalić, że doprowadzili swoje dzieło do dobrego końca. Ale z okazji zbliżającej się światowej wystawy w Hobart Town32, to niech z nią spieszą, jeśli chcą pokazać choćby kilku Tasmańczyków... gdyż pod koniec XIX wieku nie pozostanie ani jeden!

 

 

1 Ferdynand Marie de Lesseps (1805-1894) - francuski dyplomata i przemysłowiec; w latach 1859-1869 budował Kanał Sueski, potem rozpoczął budowę Kanału Panamskiego.

2 Kanał Panamski - droga morska łącząca Ocean Spokojny z Oceanem Atlantyckim, w Panamie, na Przesmyku Panamskim; ukończony w 1914 roku.

3 Rozciągłość równikowa wynosi 4100 km, południkowa 3150 km, powierzchnia 7741220 km2; powierzchnia Europy wynosi 10 180 000 km2; proporcje się zgadzają, jeśli brać pod uwagę dane przyjęte w przypisie.

4 ...dzieli się na siedem kolonii - obecnie na sześć stanów i trzy terytoria federalne.

5 Australia Północna i Ziemia Aleksandra - obecnie jest to Terytorium Północne ze stolicą w Darwin; podział przedstawiony przez J. Verne'a autor zaczerpnął z mapy Petermanna z 1874 roku.

6 Commonwealth of Australia (ang.) - Związek Australijski.

7 Związek Australijski powstał w 1901 roku.

8 James Cook (1728-1779) - słynny angielski podróżnik i odkrywca; kierował trzema wyprawami dookoła świata; w latach 1768-1771 zbadał Wyspy Towarzystwa, odkrył cieśninę między wyspami Nowej Zelandii (Cieśnina Cooka), wschodnie brzegi Australii, przepłynął Cieśninę Torresa; w latach 1772-1775 odkrył Hawaje, dotarł do brzegów Alaski i na Morze Czukockie; został zabity przez krajowców na wyspach Sandwich (Hawajach).

9 Manuel Godinho de Eredia (1563-1623) - u J. Verne'a: Godebho, portugalski (malezyjski, gdyż urodził się i żył Malakce) pisarz; zamierzał odkryć Złote Wyspy, znane z malezyjskich legend, które według niego leżały gdzieś w okolicach północno-zachodniej Australii (wówczas nieodkrytej); przypisywanie mu odkrycia Australii w 1601 roku przez Richarda Henry'ego Majora (1818-1891), brytyjskiego geografa, opiekuna kolekcji map w Muzeum Brytyjskim, wynikło zapewne z tego, że Godinho otrzymał w 1894 roku od Filipa I Portugalskiego (1527-1598), króla Portugalii w latach 1580-1598, tytuł "Descobridor e Adelantado da Nova Indie Meridional" (Odkrywcy i Gubernatora Nowych Indii Południowych).

10 Jan Willemsz Verschoor - dyrektor faktorii Bantam (obecnie Bantem na Jawie) należącej do Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej; według jego instrukcji niektóre podróże badawcze odbywał Willem Janszoon (ok. 1570-1630), holenderski podróżnik i odkrywca, pierwszy Europejczyk, który dotarł do brzegu Australii.

11 Dirk Hartog (znany też jako Theodoric Hertoge, 1580-1621) - holenderski kupiec, żeglarz i odkrywca; w latach 1616-1619 dowodził statkiem "Eendracht" (pol. "Jedność"), biorącym udział w ekspedycji Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej do Batawii (obecnie Dżakarta w Indonezji), w czasie której dotarł do zachodniego wybrzeża Australii i jako drugi Europejczyk (po Willemie Janszoonie) stanął na australijskiej ziemi, właściwie na 26? szerokości, na wyspie w Zatoce Rekina (Shark Bay), która teraz nosi nazwę Dirk Hartog Island; ląd ten nazwał od nazwy statku: Eendrachtslandt; później kontynuował badania wybrzeża aż do 22?, a następnie popłynął do Batawii.

12 Carpenter - duży błąd Verne'a, gdyż nie było takiego odkrywcy; chodzi tu o holenderskiego żeglarza Jana Carstensza, który odkrył zatokę Karpentaria i nazwał ją na cześć Pietera de Carpentiera (1586-1659), generalnego gubernatora Holenderskich Indii Wschodnich w latach 1623-1627.

13 Abel Janszoon Tasman (1603-1659) - holenderski żeglarz, odkrywca i kupiec, badacz Australii i Oceanii; był pierwszym Europejczykiem, który dopłynął do Tasmanii i Nowej Zelandii podczas wyprawy statkami "Heemskerck" (kapitan: Abel Tasman) i "Zeehaan" (kapitan: Gerrit Jansz) z Leiden w latach 1642-1643, zorganizowanej przez Holenderską Kompanię Wschodnioindyjską; podczas drugiej wyprawy sporządził mapy północnego wybrzeża Australii.

14 1787 roku - flotylla ze skazańcami dobiła do brzegów Australii 18 stycznia 1788 roku.

15 William Pitt młodszy (1759-1806) - syn W. Pitta starszego, angielski mąż stanu; od 1781 roku poseł do Izby Gmin, w latach 1782-1783 kanclerz skarbu, a w latach 1783-1801 i 1804-1806 premier Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii.

16 Arthur Phillip (1738-1814) - brytyjski wojskowy i administrator kolonialny, dowódca pierwszej ekspedycji osadniczej w Australii oraz pierwszy gubernator Nowej Południowej Walii.

17 Botany Bay (ang., Zatoka Botaniczna) - zatoka odkryta 29 kwietnia 1770 roku przez Jamesa Cooka i początkowo nazwana Sting Ray Harbour (Przystań Ogończy), ze względu na ogromną ilość ryb, jakie w niej zaobserwowano. Dopiero później, pod wpływem odkryć roślin dokonanych przez płynących wraz z Cookiem przyrodników, Cook przemianował zatokę na Botany Bay (z początku była też używana nazwa Botanist Bay); pod koniec XVIII wieku Anglicy utworzyli w Botany Bay kolonię karną (pierwsi więźniowie przybyli 18 stycznia 1788 roku na jedenastu statkach, nazwanych później Pierwszą Flotą, którymi dowodził Arthur Phillip), z której wzięła początek europejska kolonizacja Australii.

18 Dwa tysiące dwieście mil - J. Verne użył tu mili morskiej (1,852 km), choć właściwie powinien użyć mili lądowej (1,609 km); w tym drugim przypadku odległość wynosiłaby około 2550 mil.

19 Tutaj mila ma około 1,75 km.

20 Horsham - u J. Verne'a: Horscham, miasto w stanie Wiktoria, położone około 300 km na północny zachód od Melbourne.

21 Cieśnina Bassa (ang. Bass Strait) - cieśnina między Australią (stan Wiktoria) a Tasmanią; na zachodzie sąsiaduje z Wielką Zatoką Australijską; długość 490 km, szerokość 287 km; odkryta w 1798 przez Matthew Flindersa, który nazwał ją nazwiskiem lekarza ze swojego statku (George Bass).

22 Araukaria (igława, Araucaria) - wiecznie zielone drzewa iglaste z rodziny araukariowatych (Araucariaceae), kilkanaście gatunków rosnących na półkuli południowej; najbardziej znani przedstawiciele to: araukaria chilijska (A. araucana) z Chile i Argentyny, dostarczająca cennego drewna, araukaria brazylijska (A. brasiliana, A. angustifolia), osiągająca wysokość do 50 m, o dużych (wielkości głowy ludzkiej) szyszkach z jadalnymi nasionami, oraz araukaria wyniosła (A. excelsa, A. hetero­phylla) z wyspy Norfolk, uprawna roślina pokojowa, zwana jodełką pokojową.

23 Mangostan właściwy (garcynia, smaczelina, żółtopla, żółciecz, Garcinia mangostana) - wiecznie zielone drzewo z rodziny kluzjowatych (Clusiaceae), dziko występujące na Malajach, obecnie uprawiane w Azji Południowo-Wschodniej; owoce typu jagody, do 10 cm średnicy, miąższ bardzo smaczny; ze względu na trudności w przechowywaniu rzadko trafiają do Europy.

24 Spardek (ang.) - na statkach starego typu górny lekki pokład rozciągający się od dziobu po rufę; obecnie - pokład środkowej nadbudowy.

25 Przylądek Howe'a (ang. Cape Howe) - przylądek w południowo-wschodniej Australii, wyznaczający początek granicy pomiędzy stanami Nowa Południowa Walia i Wiktoria; został opisany przez Jamesa Cooka 20 kwietnia 1770 roku i nazwany na cześć Richarda Howe'a, skarbnika marynarki wojennej.

26 Gippsland - duży rolniczy region w stanie Wiktoria w Australii; ciągnie się od wschodnich przedmieść Melbourne aż do granicy Nowej Południowej Walii; nazwę zawdzięcza swemu odkrywcy Pawłowi Edmundowi Strzeleckiemu, który w ten sposób oddał cześć ówczesnemu gubernatorowi Nowej Południowej Walii George'owi Gippsowi; największym miastem regionu jest Sale.

27 Półwysep Wilsona (ang. Wilson's Promontory) - półwysep w stanie Wiktoria (Australia) będący najbardziej na południe wysuniętą częścią lądu Australii (współrzędne: 39°02' S 146°23' E), położony około 200 km na południowy wschód od Melbourne; pierwszym Europejczykiem, który dotarł na Wilson's Promontory, był George Bass (styczeń 1798), który zaproponował nazwę Wilson's Promontory na cześć Thomasa Wilsona, przyjaciela Mathew Flindersa z Londynu.

28 Hobart Town (obecnie Hobart) - miasto w Australii, w południowo-wschodniej części Tasmanii, nad rzeką Derwent, u jej ujścia do Morza Tasmana; największe miasto i port morski na Tasmanii, ośrodek przemysłowy, kulturalny i turystyczny.

29 George Town - duże miasto na północnym wschodzie Tasmanii, na wschodnim brzegu rzeki Tamar.

30 Fuegeńczycy - mieszkańcy Ziemi Ognistej (hiszp. - Tierra de Fuego).

31 Ziemia Ognista (hiszp. Tierra del Fuego) - archipelag u południowych wybrzeży Ameryki Południowej, oddzielony od kontynentu Cieśniną Magellana, a od Półwyspu Grahama na Antarktydzie Cieśniną Drake'a o szerokości około 1000 km.

32 Jedyna wystawa światowa w tym rejonie świata miała miejsce w Melbourne w 1886 roku.

Rozdział II

Godfrey

 

Wieczorem "Brisbane" pokonał Cieśninę Bassa. Na tej szerokości geograficznej półkuli południowej w sierpniu dzień kończy się około piątej po południu. Księżyc, który wschodził w swej pierwszej kwadrze, wkrótce zniknął pośród gęstych mgieł na horyzoncie. Głębokie ciemności nie pozwalały na oglądanie nadbrzeżnego pasa kontynentu.

Żeglugę w cieśninie odczuwano na pokładzie poprzez gwałtowne wzdłużne kołysanie, jakiemu poddawał się statek pod wpływem bardzo wzburzonych fal. Prądy i przeciwprądy walczą z sobą zaciekle w tej cieśninie, która otwiera się na wody Pacyfiku.

Następnego dnia, dwudziestego trzeciego sierpnia, o świcie "Bris­bane" pojawił się u wejścia do zatoki Port Phillip. Statki, które już znajdą się w głębi tej zatoki, nie muszą się obawiać niepogody, lecz by do niej wpłynąć, należy manewrować jednostką z wielką ostrożnością i precyzją, zwłaszcza gdy chodzi o opłynięcie długiego piaszczystego cypla Nepean po jednej stronie i Queenscliff po drugiej. Dobrze osłonięta zatoka podzielona jest na kilka portów, w których statki o wielkim tonażu znajdują doskonałe kotwicowiska, takich jak: Geelong, Sandridge33, Williamstown - te dwa ostatnie tworzą port Melbourne. Wybrzeże przedstawia smutny, monotonny, pozbawiony powabu widok. Na brzegach wyglądających jak ledwo co osuszone bagna, które zamiast lagun albo stawów zalegają twarde, popękane, błotniste muły, prawie nie istnieje wegetacja. W przyszłości należałoby zmienić powierzchnię równinnych połaci przez posadzenie na miejscu szkieletów drzew, które wykrzywiają się tu i ówdzie, zwartych drzewostanów, które australijski klimat szybko przemieni w okazałe bory.

 

"Brisbane" ustawił się wzdłuż jednego z nabrzeży Williams­town, by wysadzić na ląd część pasażerów.

Ponieważ postój w tym porcie miał trwać trzydzieści sześć godzin, pani Branican postanowiła spędzić ten czas w Melbourne. Nie żeby miała jakąś sprawę do załatwienie w tym mieście - gdyż dopiero w Adelajdzie planowała się zająć przygotowaniami do wyprawy, która prawdopodobnie miała dotrzeć na same krańce Australii Zachodniej. Dlaczego zatem pomyślała o opuszczeniu pokładu "Brisbane"? Czy obawiała się, że ludzie będą składać jej zbyt liczne i zbyt częste wizyty? By tego uniknąć, czy nie wystarczyło zamknąć się w swojej kabinie? Poza tym, czy zachodząc do jednego z hoteli miasta, gdzie wkrótce wszyscy dowiedzą się o jej pobycie, nie narażała się na uporczywe wywiady i zupełnie nieuniknione natręctwo?

Zach Fren nie wiedział, jak wyjaśniać postanowienie pani Branican. Dostrzegał, że jej zachowanie różniło się od tego, jakie wykazywała w Sydney. Z bardzo gościnnej, jaką wówczas się okazywała, stała się mało komunikatywna. Czy był to, jak uważał bosman, zbyt żywy wpływ obecności Godfreya, który wywoływał w niej wspomnienia o dziecku? Tak. Tu Zach Fren się nie mylił. Widok młodego praktykanta zaburzył jej umysł, tak że poczuła potrzebę izolowania się. Czy już nie myślała o tym, by go wypytać? Być może, skoro nie zrobiła tego poprzedniego dnia, chociaż wyraziła takie życzenie. Ale teraz, jeśli chciała wyjść w Melbourne na ląd, by spędzić w tym mieście czas przeznaczony na postój, to nie po to, by uniknąć niedogodności powszechnego rozgłosu, na nieszczęście zbyt rzeczywistego, lecz by uciec - nie ma innego bardziej właściwego słowa - tak, by uciec przed czternastoletnim chłopcem, ku któremu przyciągała ją jakaś instynktowna siła. Dlaczego więc wahała się z nim pomówić, by wypytać go o wszystko, co ją interesowało: o jego narodowość, pochodzenie i rodzinę? Czy bała się, że jego odpowiedzi - co było prawdopodobne - bezpowrotnie zniszczą jej nierozważne iluzje, urojone nadzieje, którym poddawała się w wyobraźni, i że jej wzruszenie zostanie odkryte przez Zacha Frena?

Pani Branican w towarzystwie bosmana w godzinę opuściła statek. Gdy postawiła nogę na nabrzeżu, odwróciła się.

Godfrey stał na dziobie "Brisbane" oparty o odbojnicę. Gdy zobaczył, że ona odchodzi, jego twarz stała się tak smutna, zrobił taki wyrazisty gest, że wydawało się, jakby chciał ją zatrzymać na pokładzie z taką siłą, że Dolly była gotowa powiedzieć mu: "Moje dziecko... powrócę!".

Opanowała się jednak i dała znak Zachowi, by szedł za nią. Poszli na dworzec kolei żelaznej łączącej port z miastem.

Melbourne leży faktycznie daleko od wybrzeża morskiego, na lewym brzegu rzeki Yarra, w odległości dwóch kilometrów - dystans, który pociągi pokonują w kilka minut. To tam wznosi się miasto z ludnością liczącą trzysta tysięcy mieszkańców, stolica wspaniałej kolonii Wiktoria, którą zamieszkuje blisko milion ludzi i na którą - można zasadnie tak powiedzieć - od 1851 roku Góra Aleksandra34 zlewa całe złoto ze swych pokładów.

Pani Branican, chociaż udała się do jednego z mniej uczęszczanych hoteli miasta, nie mogłaby uniknąć ludzkiej ciekawości - zresztą bardzo sympatycznej - jaką jej obecność wszędzie budziła. Dlatego wolała w towarzystwie Zacha Frena przemierzać ulice miasta, z którego z powodu swego dziwnego zaabsorbowania prawie nic nie zobaczyła.

W sumie Amerykanin nie doznaje żadnego zaskoczenia ani też żadnej przyjemności, zwiedzając to jedno z najnowocześniejszych miast. Chociaż powstało dwanaście lat po San Francisco w Kalifornii, "mniej więcej", jak powiadają, jest do niego podobne. Szerokie ulice krzyżujące się pod kątem prostym, skwery, którym brakuje trawników i drzew, setki banków, urzędy, w których załatwia się mnóstwo spraw, dzielnice, w których koncentruje się handel detaliczny, budynki użyteczności publicznej, kościoły, świątynie, uniwersytet, muzeum, biblioteka, szpital, ratusz, szkoły, które są pałacami, i pałace, z których kilka nie nadawałoby się na szkoły, pomnik wzniesiony na cześć dwóch badaczy, Burke'ego i Willsa35, którzy zginęli, próbując przejść kontynent australijski z południa na północ. Na ulicach i bulwarach poza dzielnicą handlową niewielu przechodniów; pewna liczba cudzoziemców, zwłaszcza Żydów pochodzenia niemieckiego, którzy sprzedają pieniądze, tak jak inni sprzedają bydło lub wełnę, i to po dobrej cenie - aby rozweselić serce Izraela.

Ale w tym handlowym Melbourne kupcy spędzają najmniej czasu jak tylko się da. To na przedmieściach i w okolicach miasta rozmnożyły się wille, domki, nawet książęce budynki: w Saint Kilda, Hoam, Emerald Hill, Brighton. Daje to, jak twierdzi pan D. Charnay36, jeden z bardziej interesujących podróżników, którzy odwiedzili ten kraj, przewagę Melbourne nad San Francisco. I tam już okazy różnych gatunków drzew stały się wielkie, wspaniałe parki okrywają się cieniem, a świeże wody zapewniają przez długie miesiące dobroczynny chłód. Mało jest miast umieszczonych w takiej ramie zachwycającej zieleni.

Pani Branican z roztargnieniem spoglądała na te wspaniałości, nawet gdy Zach Fren wyprowadził ją poza miasto, na szczere pola. Nic nie wskazywało, że owa piękna miejscowość, z tak imponującymi widokami ciągnącymi się po horyzont, mocniej ją zainteresowała. Wydawało się, jakby pod wpływem jakiejś urojonej myśli ciągle zamierzała zadać Zachowi Frenowi pytanie, którego jednak nie śmiała głośno wypowiedzieć.

Oboje powrócili do hotelu gdy już zapadała noc. Dolly kazała podać sobie do pokoju kolację, którą ledwo tknęła. Potem położyła się do łóżka i spała półsnem, w którym nawiedzały ją obrazy jej męża i dziecka.

Następnego dnia pani Branican pozostawała w pokoju aż do drugiej po południu. Napisała długi list do Williama Andrew, dając mu znać o wyjeździe z Sydney i bliskim przybyciu do stolicy Australii Południowej. Opowiedziała mu także o swoich nadziejach dotyczących wyprawy.

Otrzymawszy ten list, pan William Andrew ku swego wielkiemu zaskoczeniu, ale także z ogromnym niepokojem natychmiast zauważył, że jeżeli Dolly mówiła o Johnie, to tak, jakby była pewna, że znajdzie go żywego, a o swoim dziecku, małym Wacie, jak gdyby nigdy nie był martwy. Ów dobry człowiek zadawał sobie pytanie, czy nie należało obawiać się od nowa o stan umysłu tej kobiety, tak już doświadczonej przez los.

Gdy pani Branican z towarzyszącym jej Zachem powrócili na pokład, prawie wszyscy pasażerowie udający się do Adelajdy już znajdowali się na "Brisbane". Godfrey wyczekiwał na jej powrót i gdy tylko zobaczył ją z daleka, jego twarz rozświetliła się uśmiechem. Pognał do nabrzeża pomostowego i był tam, gdy Dolly zaczęła wchodzić na trap.

Zach Fren nie potrafił się już opanować i groźnie zmarszczył gęste brwi. Co on by dał, aby praktykant opuścił statek pasażerski lub przynajmniej nie stawał na drodze Dolly, skoro jego obecność ożywiała najboleśniejsze wspomnienia!

Pani Branican dostrzegła Godfreya. Zatrzymała się na chwilę, przeszyła go przenikliwym spojrzeniem, ale nic nie powiedziała i opuściwszy głowę, poszła się zamknąć w swej kabinie.

O trzeciej po południu "Brisbane" pozbył się cum, skierował ku wąskiemu przesmykowi i opłynąwszy cypel Queenscliff, obrał kurs na Adelajdę, posuwając się w odległości trzech mil od wybrzeży Wiktorii.

W Melbourne weszło na statek około stu pasażerów, przeważnie mieszkańców Australii Południowej, wracających do swoich domów. Wśród nimi było też kilku cudzoziemców, między innymi Chińczyk w wieku trzydziestu, trzydziestu pięciu lat, wyglądający jak uśpiony kret, żółty jak cytryna, okrągły jak chińska waza i tak tłusty jak mandaryn37 trzeciego stopnia. Nie był to jednak mandaryn, o nie! Był to zwykły służący zatrudniony u pewnego osobnika, który zasługiwał na to, by go nieco dokładniej opisać.

Wyobraźcie sobie syna Albionu38, tak brytyjskiego jak to tylko możliwe, wysokiego, chudego, kościstego, prawdziwy okaz osteologii39 jeśli chodzi o szyję, tors i nogi. Okazały typ Anglosasa40, liczący jakieś czterdzieści pięć do pięćdziesięciu lat, wznosił się więcej niż sześć stóp ponad poziom morza. Nosił całkowity jasny zarost i takie same włosy, w których widniało kilka żółtych pasemek o barwie złota; małe, badawcze oczy, ściśnięty w nozdrzach nos, zakrzywiony jak dziób pelikana lub czapli i wyjątkowej długości; czaszka, na której nawet słaby znawca frenologii41 swobodnie odkryłby fałdy wskazujące na monomanię i nieustępliwość - to wszystko tworzyło jedną z tych głów, które przyciągają spojrzenie i wywołują uśmiech, gdy zostaną naszkicowane przez dowcipnego rysownika.

Anglik był poprawnie odziany w tradycyjny ubiór: czapkę z podwójnym daszkiem, kamizelkę zapiętą pod sam podbródek, marynarkę o dwudziestu kieszeniach, spodnie z tkaniny w kratę, wysokie getry42 z niklowanymi guzikami, podbite gwoździami buty i białawy płaszcz, który wiatr owijał dookoła ciała, ujawniając jego chudy szkielet.

Kim był ten oryginał? Nikt tego nie wiedział. Na australijskich statkach pasażerskich nikt nie pozwala sobie na poufałości w podróży, nikt nie wypytuje ludzi, by się dowiedzieć, dokąd zdążają albo skąd przybywają. To są pasażerowie i jako takich mija się ich na pokładzie. Nic ponadto. Wszystko, co mógł powiedzieć steward43 pokładowy, ograniczało się do tego, że Anglik zarezerwował kabinę pod nazwiskiem Joshua Meritt - w skrócie Jos Meritt - z Liverpoolu (Zjednoczone Królestwo), razem ze swoim służącym Gin Gi z Hongkongu (Cesarstwo Niebiańskie44).

Zresztą Jos Meritt, gdy tylko urządził się w kabinie, przyszedł usiąść na jednej z ławek spardeku i opuścił ją dopiero w porze lunchu, gdy dzwon okrętowy wybił czwartą godzinę. Ponownie wrócił o wpół do piątej i opuścił ławkę o siódmej, by zjeść kolację; potem zajął miejsce o ósmej, niezmiennie zachowując pozycję manekina z dłońmi opartymi na kolanach, nie kręcąc głową ani w prawo, ani w lewo, ze wzrokiem skierowanym na wybrzeże, które ukrywało się w wieczornej mgle. W końcu, posuwając się geometrycznym krokiem, którego nie potrafiły zachwiać boczne kołysania statku, o dziesiątej powrócił do swej kabiny.

Przez część nocy pani Branican, która pojawiła się na pokładzie nieco przed dziewiątą, spacerowała na rufie "Brisbane", chociaż panował raczej niska temperatura. Z umysłem opętanym jedną ideą, nawet urojeniem, by użyć dokładniejszego wyrażenia, nie potrafiła zasnąć. Dusząc się w swojej kabinie, zapragnęła odetchnąć świeżym powietrzem, nasycanym czasami przenikliwą wonią "bagiennej witki"45, która oznajmia na morzu australijski brzeg już z odległości pięćdziesięciu mil. Czy rozmyślała o spotkaniu z młodym praktykantem, by z nim porozmawiać, by go wypytać, by więcej się o nim dowiedzieć...? Dowiedzieć czego...? Godfrey, kończący swoją wachtę o dziesiątej, pojawiłby się na służbie dopiero o drugiej w nocy, a o tej porze Dolly, bardzo zmęczona bolesnym wstrząsem moralnym, już znajdowała się w swojej kabinie.

W środku nocy "Brisbane" opłynął przylądek Otway na samym krańcu hrabstwa Polwarth. Od tego miejsca kierował się wyraźnie na północny zachód, aż na wysokość zatoki Discovery, o którą opiera się linia demarkacyjna nakreślona wzdłuż sto czterdziestego pierwszego południka - linia, która oddziela Australię Zachodnią od kolonii Wiktoria i Nowa Południowa Walia.

Od samego rana znowu można było zobaczyć na spardeku Josa Meritta, siedzącego na ławce na swoim stałym miejscu, w tej samej pozycji, jak gdyby nie opuszczał go od wczorajszego dnia. Co do Chińczyka Gin Gi, to spał twardym snem w jakimś kącie.

Zach Fren był przyzwyczajony do różnych manii swoich rodaków, gdyż wcale nie brakuje oryginałów w kolekcji czterdziestu dwóch stanów federacji obecnie nazywanej USA. Jednak nie bez pewnego zdumienia przypatrywał się tak udanemu wzorcowi ludzkiej mechaniki.

A jakie było jego zaskoczenie, kiedy zbliżywszy się do wysokiego, nieruchomego dżentelmena, usłyszał takie słowa wypowiedziane nieco piskliwym głosem:

- Bosman Zach Fren, jak sądzę...?

 

- We własnej osobie - odparł zapytany.

- Towarzysz mistress Branican...?

- Zgadza się. Widzę, że wie pan...

- Wiem... w poszukiwaniu męża... zaginionego przed czternastu laty... Dobrze...! Och, bardzo dobrze...!

- Jak to... bardzo dobrze...?!

- Tak...! Mistress Branican... Bardzo dobrze...! Ja także prowadzę poszukiwania...

- Pańskiej żony...?

- Och, nie jestem żonaty...! Bardzo dobrze...! Gdybym stracił swoją kobietę, to bym jej nie poszukiwał.

- A zatem czego?

- Chcę odnaleźć... kapelusz.

- Pański kapelusz...? Stracił pan swój kapelusz...?

- Mój kapelusz...? Nie...! Jest to kapelusz... pomyślałem o nim... Proszę złożyć wyrazy uszanowania mistress Branican... Dobrze...! Och, bardzo dobrze...!

Wargi Josa Meritta ścisnęły się i już nie pozwoliły się wymknąć żadnej sylabie.

- To jakiś rodzaj wariata - powiedział do siebie Zach Fren.

Uważał, iż byłaby to dziecinada, gdyby dalej miał się interesować tym dżentelmenem.

Gdy Dolly ponownie pojawiła się na pokładzie, bosman wyszedł jej na spotkanie i oboje poszli usiąść mniej więcej naprzeciw Anglika. Ten nie poruszył się bardziej niż bóg Terminus46. Obarczywszy Zacha Frena złożeniem pani Branican wyrazów szacunku, sądził widocznie, że nie musi zrobić tego osobiście.

Zresztą Dolly nie zauważyła obecności dziwacznego pasażera. Odbyła ze swoim towarzyszem długą rozmowę dotyczącą przygotowań do wyprawy, które miały się zacząć w Adelajdzie. Nie należało tracić ani jednego dnia, ani jednej godziny. Ważne było, by ekspedycja dotarła na tereny centralnego regionu i jeśli to możliwe, pokonała je, zanim zostaną wysuszone przez nieznośne upały strefy tropikalnej. Między różnego rodzaju niebezpieczeństwami, zawsze występującymi podczas poszukiwań prowadzonych w takich warunkach, zapewne najstraszniejsze są te spowodowane surowością klimatu, więc należało jak najrzetelniej się przed nimi zabezpieczyć. Dolly dużo mówiła o kapitanie Johnie, jego silnym usposobieniu, nieposkromionej energii, które pozwoliły mu - w co nie wątpiła - wytrwać tam, gdzie inni, nie tak silni, mniej zahartowani, na pewno by padli. Jednak nie uczyniła żadnej aluzji do Godfreya i Zach Fren już miał nadzieję, że przestała myśleć o chłopcu, gdy nagle powiedziała:

- Wydaje mi się, że dzisiaj jeszcze nie widziałam praktykanta... Nie dostrzegłeś go, Zachu...?

- Nie, mistress - odparł bosman, którego to pytanie wyraźnie zdenerwowało.

- Może mogłabym coś zrobić dla tego dziecka? - kontynuowała Dolly.

Wydawała się mówić o nim z pewnym rodzajem obojętności, co jednak nie zwiodło Zacha Frena.

- Ten chłopiec...? - powiedział. - Och mistress, on ma dobry zawód... Będzie awansował... Już za kilka lat widzę go jako mata... Z taką gorliwością i dobrze prowadzony...

- To nie ma znaczenia - mówiła dalej Dolly. - On mnie interesuje... on mnie interesuje z pewnego powodu... Ale także, Zach, to podobieństwo... Tak, to jego nadzwyczajne podobieństwo do mego biednego Johna... także do Wata... moje dziecko miałoby czternaście lat!

Mówiąc to, Dolly mocno zbladła i łamał jej się głos. Spojrzenie, jakie skierowała na Zacha, było tak natarczywe, że bosman spuścił wzrok.

Następnie dodała:

- Przyprowadzisz mi go po południu, Zachu... Nie zapomnij... Chcę z nim porozmawiać. Jutro zakończy się rejs statkiem... Już nigdy się nie zobaczymy... więc przed opuszczeniem "Brisbane" pragnę wiedzieć... Tak, pragnę wiedzieć...!

Odeszła, kiedy Zach Fren obiecał jej, że przyprowadzi Godfreya.

Bosman, bardzo zatroskany, nawet bardzo zatrwożony, przechadzał się po spardeku do czasu, aż steward zadzwonił na drugie śniadanie. Wtedy zderzył się z Anglikiem, który zdawał się regulować swoje kroki podług bicia dzwonu, kierując się ku schodom zejściówki47.

- Dobrze...! Och, bardzo dobrze! - powiedział Jos Meritt. - Czy na moją prośbę... złożyłeś wyrazy uszanowania...? Jej mąż zaginął... Dobrze... Och, bardzo dobrze!

Odszedł, by zająć miejsce, które wybrał przy stole w dining room48 - najlepsze, co jest zrozumiałe, najbliższe kuchni, co pozwało mu wybierać najlepsze kąski, gdyż jego pierwszego obsługiwano.

O trzeciej "Brisbane" żeglował u wejścia do Portland, głównego portu hrabstwa Normanby, do którego dochodzi kolej żelazna z Melbourne. Potem, opłynąwszy Przylądek Nelsona, pokonał zatokę Discovery i skierował się prawie na północ, posuwając się dość blisko wybrzeża Australii Południowej.

Działo się to w chwili, gdy Zach Fren przyszedł zawiadomić Godfreya, że pani Branican życzy sobie z nim mówić.

- Mówić ze mną?! - wykrzyknął chłopiec, a jego serce zabiło tak mocno, że ledwo zdołał chwycić za poręcz, by nie upaść.

Godfrey, poprzedzany przez bosmana, udał się do kabiny, gdzie czekała na niego pani Branican.

Kobieta przyglądała mu się przez pewien czas. Siedziała na tapczanie, a on stał przed nią z czapką w ręce. Zach Fren, oparty o drzwi, patrzył na nich z niepokojem. Dobrze wiedział, o co Dolly będzie pytała Godfreya, ale nie wiedział, co młody praktykant jej odpowie.

- Moje dziecko - odezwała się pani Branican - chciałabym dowiedzieć się czegoś o tobie... o twojej rodzinie... Jeżeli cię o to pytam, to dlatego, że interesuję się... twoją sytuacją... Czy zechcesz odpowiadać na moje pytania?

- Bardzo chętnie, pani - odpowiedział Godfrey drżącym z emocji głosem.

- Ile masz lat...? - zapytała Dolly.

- Dokładnie nie wiem, mistress, ale muszę mieć czternaście lub piętnaście lat...

- Tak! Czternaście do piętnastu lat...! A od kiedy pływasz na morzu...?

- Zaokrętowałem się, gdy miałem około ośmiu lat, w charakterze chłopca okrętowego, a od dwóch lat służę jako praktykant.

- Zaliczyłeś długie rejsy...?

- Tak, pani, po Pacyfiku aż do Azji i po Atlantyku do Europy.

- Jesteś Anglikiem...?

- Nie, pani, jestem Amerykaninem.

- Ale służysz na angielskim statku pasażerskim...?

- Statek, na którym służyłem, został sprzedany w Sydney. Nie będąc nigdzie zatrudniony, przeszedłem na "Brisbane", oczekując okazji, by znowu przyjąć służbę na pokładzie amerykańskiego statku.

- Dobrze, moje dziecko - powiedziała Dolly, dając znak Godfreyowi, by podszedł do niej.

Godfrey usłuchał.

- Teraz - poprosiła go - chciałabym wiedzieć, gdzie się urodziłeś...

 

- W San Diego, pani.

- Tak... w San Diego! - powtórzyła Dolly, nie okazując zaskoczenia, jak gdyby spodziewała się takiej odpowiedzi.

Jeśli chodzi o Zacha Frena, to był pod wrażeniem tego, co usłyszał.

- Tak, pani, w San Diego - potwierdził chłopiec. - O, ja panią dobrze znam! Tak, znam panią...! Kiedy dowiedziałem się, że przypłynęłaś do Sydney, bardzo się ucieszyłem... Gdybyś pani wiedziała, jak interesuję się wszystkim, co dotyczy kapitana Johna Branicana!

Dolly wzięła dłoń praktykanta i przytrzymała ją przez kilka chwil, nie mówiąc ani słowa. Potem głosem, który zdradzał zagubienie jej myśli, zapytała:

- Jak się nazywasz...?

- Godfrey.

- Godfrey to imię, które otrzymałeś na chrzcie... Jak brzmi twoje nazwisko...?

- Nie mam innego miana, mistress.

- Twoi rodzice...?

- Nie mam rodziców.

- Nie masz rodziców! - powiedziała pani Branican. - Zatem zostałeś wychowany...

- W Wat House - odpowiedział Godfrey. - Tak, pani, i to dzięki pani staraniom. Och, często panią widziałem, gdy przychodziła pani odwiedzać dzieci w schronisku! Pani mnie nie widziała pomiędzy wszystkimi malcami, ale ja panią widziałem, ja... chciałem panią uściskać...! Potem, kiedy poczułem pociąg do żeglowania, gdy osiągnąłem wystarczający wiek, zostałem chłopcem okrętowym... Także inne sieroty z Wat House poszły na statki... i nigdy nie zapomnimy tego, co jesteśmy winni pani Branican... naszej matce...!

- Waszej matce! - zawołała Dolly, cała drżąc, jakby ta nazwa rozbrzmiała aż w głębiach całego jej wnętrza.

Przyciągnęła Godfreya do siebie... Okryła go pocałunkami... On je oddawał... płakał... Było to jakby rodzinne połączenie, któremu ani jedno, ani drugie się nie dziwiło, wydawało im się bowiem całkowicie naturalne.

Stojący w kącie Zach Fren, przestraszony tym, co zrozumiał, tym uczuciem, które zakorzeniło się w duszy Dolly, szeptał:

- Biedna kobieta...! Biedna kobieta...! Dokąd ją to wszystko doprowadzi...?

Pani Branican wstała i powiedziała:

- Idź już, Godfreyu...! Odejdź, moje dziecko...! Zobaczymy się znowu... ale teraz chcę zostać sama...

Popatrzywszy na nią ostatni raz, młody praktykant powoli się wycofał.

Zach Fren zamierzał wyjść razem z nim, gdy Dolly zatrzymała go gestem ręki i powiedziała:

- Zostań, Zachu.

- Zachu - dodała po chwili, mówiąc do niego urywanym głosem, który świadczył o nadzwyczajnym wzburzeniu jej ducha - to dziecko zostało wychowane razem z dziećmi przebywającymi w Wat House... Urodziło się w San Diego... ma czternaście do piętnastu lat... Kropka w kropkę jest podobne do Johna.... Ma jego szczerą twarz, jego stanowczą postawę... Tak samo jak on lubi morze... To syn marynarza... To syn Johna... To mój syn...! Wierzyliśmy, że wody zatoki San Diego na zawsze pochłonęły biedną małą istotkę... Ale ona nie zginęła... uratowano ją... Ci, którzy ją uratowali, nie znali jej matki. A jej matką byłam ja... ja, wówczas pozbawiona władz umysłowych...! To dziecko, to nie jest Godfrey, jak się sam nazywa... to jest Wat... to mój syn...! Bóg zechciał mi go oddać, zanim połączy mnie z jego ojcem...

Zach Fren słuchał pani Branican, nie śmiąc jej przerywać. Rozumiał, że nieszczęśliwa kobieta nie mogła mówić inaczej. Wszystkie pozory przyznawały jej rację. Podążała za swoją myślą z niezbitą matczyną logiką. Dzielny marynarz czuł, jak mu pęka serce, bo jego obowiązkiem było zniszczyć wszystkie takie złudzenia. Należało zatrzymać Dolly na tej pochyłości, gdyż inaczej mogłaby się stoczyć w przepaść.

Zrobił to bez chwili namysłu - prawie brutalnie.

- Mistress Branican, pani się myli...! - powiedział. - Ja nie chcę, ja nie mogę pozwolić pani wierzyć w to, czego wcale nie ma! To podobieństwo to tylko czysty przypadek...! Twój mały Wat nie żyje... tak, nie żyje...! On zginął w wypadku, a Godfrey nie jest pani synem...

- Wat nie żyje...?! - zawołała pani Branican. - Co o tym wiecie...? Kto może to potwierdzić...?

- Ja, mistress.

- Ty...?

- Tydzień po wypadku w zatoce ciało dziecka zostało wyrzucone na brzeg przy cyplu Loma. To ja je odnalazłem... Zawiadomiłem pana Williama Andrew... Mały Wat został przez niego rozpoznany i pochowany na cmentarzu w San Diego, gdzie często nosiliśmy kwiaty na jego grób...

- Wat...! Mój mały Wat... tam... na cmentarzu... I nigdy mi o tym nie powiedziano!

- To nie tak, mistress, nie tak! - odparł Zach Fren. - Była pani wówczas chora umysłowo, a cztery lata później, gdy już odzyskała pani świadomość, obawiano się... Pan William Andrew obawiał się... że odnowią się wszystkie pani boleści... i milczał! Tak więc pani dziecko nie żyje, a Godfrey nie może być... nie jest pani synem!

Dolly osunęła się na tapczan. Zamknęła oczy. Wydawało się jej, że po intensywnym blasku nagle wokół niej zapanowały ciemności.

Dała znak Zachowi Frenowi, by zostawił ją samą, pogrążoną w głębokim żalu, zagubioną we wspomnieniach.

Nazajutrz, dwudziestego szóstego sierpnia, pani Branican jeszcze nie opuściła kabiny, gdy "Brisbane", minąwszy przesmyk Backstairs49 między wyspą Kangooroo50 a przylądkiem Jervis, wpłynął do Zatoki Świętego Wincentego i rzucił kotwicę w porcie Adelajda.

 

 

33 Geelong - u J. Verne'a: Goelong; Sandridge - u J. Verne'a: Sandrige.

34 Góra Aleksandra leży 125 km na północny zachód od Melbourne, w pobliżu niewielkiej miejscowości Harcourt.

35 Robert O'Hara Burke (1821-1861) - brytyjski oficer i podróżnik pochodzenia irlandzkiego, badacz Australii; w latach 1860-1861 prowadził ekspedycję, która jako pierwsza pokonała Australię z południa na północ; zginął w drodze powrotnej, podobnie jak większość uczestników wyprawy; William John Wills (1834-1861) - amerykański badacz Australii; razem z Robertem Burke'em brał udział w latach 1860-1861 w wyprawie poprzez kontynent australijski z południa na północ; zmarł razem z Burke'em nad Cooper Creek.

36 Claude-Joseph Désiré Charnay (1828-1915) - francuski podróżnik i archeolog znany zarówno z badań Meksyku i Ameryki Środkowej, jak też z pionierskiego wykorzystania fotografii do dokumentowania swych odkryć; w roku 1863 podróżował także po Argentynie i Chile, a w 1878 przebywał na Jawie i w Australii; autor kilku prac opisujących jego odkrycia.

37 Mandaryn - wysoki urzędnik w cesarskich Chinach; istniało wiele rang mandarynów, od szczebla lokalnego, przez prowincję, aż po urzędników władz centralnych pracujących bezpośrednio przy cesarskim dworze; mandaryni dzielili się na cywilnych (wenguan) i wojskowych (wuguan); nosili uniformy z wyszywanymi symbolami, które pozwalały poznać ich rangę; od niej zależały także rozmiar świty, wielkość lektyki itp.

38 Albion - nazwa wyspy Wielka Brytania, spotykana u autorów starożytnych; sens nazwy nie jest pewny, najczęściej próbuje się ją wiązać z kredowymi, białymi (łac. albus) wzgórzami Dover; nazwa Albion była szczególnie popularna w okresie romantyzmu, obecnie używana w znaczeniu poetyckim lub przenośnym.

39 Osteologia - dział anatomii człowieka i zwierząt zajmujący się kośćcem.

40 Anglosasi - ludy germańskie: Anglowie, Sasi i Jutowie, które w V-VI wieku zajęły obszar obecnej Anglii, utworzyły niewielkie królestwa (heptarchie), a później państwo angielskie; różnice międzyplemienne zanikły, wykształcając społeczeństwo anglosaskie.

41 Frenologia - popularna niegdyś błędna teoria, według której na podstawie ukształtowania czaszki człowieka można sądzić o jego zdolnościach umysłowych i właściwościach psychicznych.

42 Getry - tu: cholewki z płótna, filcu lub sukna, wkładane na obuwie jako zabezpieczenie przed chłodem; używane głównie w XIX i na początku XX wieku.

43 Steward - członek załogi statku usługujący przy posiłkach i sprzątający pomieszczenia.

44 Cesarstwo Niebiańskie - stosowana dawniej w Europie nazwa Chin cesarskich, z chińskiego wyrażenia tianxia, czyli świat pod niebem, jeden z tytułów cesarza Chin oznaczał "pan świata pod niebem".

45 Bagienna witka - nieformalna polska nazwa gatunku Acacia retinodes (u J. Verne'a: Acacia flagrans - dawniej używana nazwa łacińska), wiecznie zielonego krzewu o żółtych aromatycznych kwiatach rosnących cyklicznie przez cały rok; gatunek endemiczny rosnący w stanach Australia Południowa, Wiktoria oraz na Tasmanii.

46 Terminus - w mitologii rzymskiej bóg granic między prywatnymi posiadłościami, ale przede wszystkim granic państwowych; był również bóstwem opiekuńczym samych znaków granicznych, które po łacinie nosiły tę samą nazwę co bóstwo i były z nim czasem utożsamiane; każdy kamień graniczny uświęcano poprzez ofiarę dla boga; na cześć Terminusa odbywały się święta zwane Terminaliami, które obchodzone były raz do roku, 23 lutego.

47 Zejściówka - każde zejście na statku prowadzące pod pokład, wyposażone w schody lub drabinę; otwór zejściówki jest chroniony wodoszczelnymi drzwiami, a na mniejszych jednostkach przesuwnymi lub obrotowymi klapami; zwykle zejściówka jest jedynym normalnie użytkowanym otworem komunikacyjnym dla załogi, a innymi, dodatkowymi otworami mogą być odpowiednie włazy czyli luki - głównie dla transportu rzeczy.

48 Dining room (ang.) - jadalnia.

49 Backstairs (ang.) - tylne (tajne) schody.

50 Kangooroo (ang.) - przestała forma słowa Kangaroo - kangur.