Rozdział I
I
Odrabialiśmy lekcje, kiedy wszedł dyrektor, a za nim nowy ubrany po miejsku i chłopak do posług z dużym
pulpitem. Drzemiący przebudzili się i wszyscy zerwaliśmy się jakby
zaskoczeni przy pracy.
Dyrektor skinieniem kazał nam usiąść, po czym zwracając się do
wychowawcy:
- Panie Roger - powiedział półgłosem - polecam panu tego ucznia,
przyjęty jest do piątej. Jeśli wyróżni się wzorowym zachowaniem i pracą,
przejdzie do starszych, dokąd go już wiek
powołuje.
Nowy, pozostawiony w kącie za drzwiami, tak że ledwie go było widać, był
to chłopiec ze wsi, lat około piętnastu, wyższy od każdego z nas. Miał
włosy obcięte równo nad czołem, jak wiejski ministrant, minę roztropną i bardzo zakłopotaną. Choć barczysty nie był, jego zielona sukienna kurtka
z czarnymi guzikami wpijała mu się mocno w ramiona, a spod mankietów
wyzierały, nienawykłe do odzieży, czerwone przeguby. Z żółtawych, wysoko
na szelkach podciągniętych spodni wysuwały się nogi w niebieskich
pończochach. Grube, źle oczyszczone buty podbite były gwoździami.
Rozpoczęło się wydawanie lekcji. Słuchał, pilnie nadstawiając uszu, jak
na kazaniu. Nie śmiał ani nóg skrzyżować, ani oprzeć się na łokciu, a gdy o drugiej rozległ się dzwonek, wychowawca musiał mu zwrócić uwagę,
że pora stanąć z nami w szeregu.
Mieliśmy zwyczaj, wchodząc do klasy, rzucać czapki na ziemię, by mieć
potem wolniejsze ręce. Należało już od progu cisnąć je pod ławkę w taki
sposób, żeby uderzyły o ścianę, wzniecając tumany kurzu; taki był nasz
fason.
Nowy jednak nie
zauważył tego czy też nie śmiał zastosować się do naszego obyczaju,
dość, że po skończonej modlitwie siedział jeszcze z czapką na kolanach.
Skomplikowane to było nakrycie głowy, coś niby czapka futrzana,
rogatywka, okrągły kapelusz i czepek bawełniany jednocześnie; słowem,
jedna z tych ubogich rzeczy, których niema brzydota ma wielką siłę
wyrazu, jak twarz głupca. Jajowata, wydęta przez fiszbiny zaczynała się
trzema równoległymi wałeczkami; potem, przedzielone czerwonym pasem,
biegły na przemian rąby aksamitu i zajęczej skórki, a wreszcie
następował rodzaj woreczka zakończonego kartonowym wielobokiem zdobnym w skomplikowany deseń z sutaszu. Stamtąd, na długim a zbyt cienkim
sznureczku, zwisał złoty chwaścik. Była nowa, jej daszek błyszczał.
- Wstań - powiedział profesor.
Wstał, czapka spadła. Klasa wybuchła śmiechem. Schylił się, by ją
podnieść. Sąsiad strącił ją łokciem, nowy podniósł ją raz jeszcze.
- Zostawże ten hełm! - powiedział profesor, który był człowiekiem
dowcipnym.
Uczniowie znów ryknęli śmiechem, a biedny chłopiec tak się stropił, że
już sam nie wiedział, czy ma czapkę trzymać w ręku, czy zostawić na
ziemi, czy włożyć na głowę. Wreszcie usiadł, kładąc ją sobie na
kolanach.
- Wstań - powtórzył profesor - i powiedz, jak się nazywasz.
Nowy wybełkotał coś
niezrozumiałego.
- Powtórz.
I znów ten sam nieartykułowany bełkot zgłuszony wrzaskami klasy.
- Głośniej - krzyknął profesor - głośniej!
Wówczas nowy powziął jakby ostateczną decyzję, otworzył usta,
jak mógł najszerzej, i rzucił z głębi płuc, niby okrzyk, słowo:
Karbovary.
Odpowiedział mu wrzask i piski, wzrastające wciąż crescendo (wyli,
szczekali, tupotali nogami, powtarzając: Karbovary! Karbovary!). Z czasem w milknącej z trudem wrzawie odróżnić dały się poszczególne
głosy, to znów, jakby źle ugaszona petarda, wytryskał w jakiejś ławce
tłumiony wybuch śmiechu.
Grad zadanych za karę ćwiczeń uciszył jednak klasę i do profesora
dotarło wreszcie imię Karola Bovary. Musiał je podyktować,
przesylabizować, odczytać. Po czym profesor kazał biedakowi zasiąść w oślej ławce, u stóp katedry. Bovary wstał, ale się zawahał.
- Czego szukasz? - spytał profesor.
- Mojej czap... - szepnął nieśmiało nowy, rzucając dokoła niepewne spojrzenia.
- Pięćset wierszy za karę, cała klasa! - Ten wściekły okrzyk
powstrzymał, niby Quos ego, nową burzę. - Siedźcież spokojnie -
napominał zgorszony profesor, wycierając czoło wyjętą z kapelusza
chustką. - A co do ciebie, nowy, to przepiszesz mi
dwadzieścia razy ridiculus sum.
Potem łagodniejszym już głosem:
- A o czapkę bądź spokojny, znajdzie się, nikt ci jej nie ukradł.
Wróciła cisza. Głowy pochyliły się nad zeszytami, a nowy wytrwał we wzorowej postawie całe dwie godziny,
choć od czasu do czasu kulki papieru, rzucane zręcznie końcem pióra,
obryzgiwały go atramentem. Wycierał twarz dłonią i siedział nieruchomo
ze spuszczonymi oczyma.
Wieczorem w sali, gdzie odrabialiśmy lekcje, wyciągnął z pulpitu
ochraniacze na rękawy, poukładał swoje drobiazgi i starannie poliniował
papier. Widzieliśmy, jak zadając sobie wiele trudu, wertował słownik,
pilnie wyszukując słówka. Zapewne dzięki dobrej woli, której dał dowody,
nie przeniesiono go do niższej klasy, bo chociaż gramatykę znał nieźle,
zdania jego pozbawione były elegancji. Początki łaciny zawdzięczał
wiejskiemu proboszczowi, gdyż rodzice przez oszczędność posłali go do
szkoły, jak mogli najpóźniej.
Ojciec jego, pan Karol Dionizy Bartłomiej Bovary, były chirurg wojskowy,
popełniwszy nadużycia w roku 1812 przy poborze rekruta, był zmuszony
służbę opuścić. Wykorzystał wówczas swe wdzięki, chwytając w lot
sześćdziesięciotysięczny posag, który mu się nawinął w osobie córki
kupca-czapnika, rozkochanej w jego zgrabnej figurze. Urodziwy samochwał
głośno dzwonił ostrogami, nosił faworyty sięgające wąsów, a na palcach
pełno pierścionków. Ubierał się jaskrawo i marsowy wygląd łączył z poufałym obejściem komiwojażera. Dwa czy trzy lata po ślubie żył z fortuny żony, jadał dobrze, wstawał późno, palił tytoń w dużych
porcelanowych fajkach, przesiadywał w kawiarniach, a do domu wracał
wieczorem, dopiero po skończonym spektaklu. Teść jego umarł, nic mu
prawie nie zostawiając. Bovary był oburzony. Rzucił się w wir interesów,
stracił część majątku w manufakturze i wycofał się na wieś: chciał
gospodarować. Ale że na uprawie roli znał się nie lepiej niż na
perkalikach, zajeżdżał konie, zamiast je posyłać do pługa, spijał
jabłecznik w butelkach, zamiast sprzedawać go beczkami, zjadał
najpiękniejsze okazy drobiu, a buty do polowania smarował sadłem z własnych wieprzy, spostrzegł więc wkrótce, że lepiej dać spokój
wszelkiej spekulacji.
Za cenę dwustu franków rocznie wynajął w okolicznej wsi, na pograniczu
Caux i Pikardii, sadybę, pół fermę, pół dworek, i tam zamknął się w wieku lat czterdziestu pięciu, smutny, zgorzkniały, złorzecząc niebu,
pełen żalu do wszystkich, twierdząc, że jest zniechęcony do ludzi i pragnie żyć w spokoju.
Żona szalała niegdyś za nim, ale jej miłość niewolnicza jeszcze bardziej
go od niej odstręczała. Wesoła, pełna życia, kochająca, na starość (niby
zwietrzałe wino, które zmienia się w ocet) stała się trudna w pożyciu,
wrzaskliwa, nerwowa. Tyle się kiedyś nacierpiała bez skarg, kiedy gonił
za wszystkimi spódniczkami we wsi, kiedy wracał wieczorem nie wiedzieć
skąd, złajdaczony i cuchnący winem, aż wreszcie zbuntowała się w niej
duma. Umilkła, dławiąc wściekłość z niemym stoicyzmem i wytrwała tak do
śmierci. Stale miała jakieś pilne sprawy do załatwienia, bywała u rejenta, u prezesa sądu, pamiętała o terminach płatności, uzyskiwała
prolongaty, a w domu prasowała, szyła, prała, dozorowała robotników,
płaciła rachunki. Tymczasem zaś pan małżonek, nie troszcząc się o nic,
nadąsany, drzemał apatycznie, budził się tylko po to, żeby powiedzieć
jej coś przykrego, i całymi dniami wysiadywał przy kominku, paląc fajkę
i spluwając w popiół.
Kiedy urodziło im się dziecko, oddano je do mamki, a potem w domu
rozpieszczano brzdąca jak książątko. Matka karmiła go konfiturami,
ojciec pozwalał biegać boso i pozując na filozofa mawiał nawet, że malec
mógłby chodzić całkiem nago jak zwierzątko. Wyrobił sobie, w przeciwieństwie do pragnień matczynych, ideał dziecka pełnego męskości i wedle tego ideału chciał wychować syna surowo, po spartańsku, aby miał
mocną budowę. Kazał mu sypiać w nieopalanym pokoju, nauczył pić rum
wielkimi łykami i wyśmiewać się z procesji. Ale mały, z natury łagodny,
nie był odpowiednim materiałem dla jego metod. Nie odstępował matki;
bawiła go wycinankami z tektury, opowiadała bajki - był to niekończący
się monolog pełen melancholijnej wesołości i szczebiotliwych przymilań.
W swym samotnym życiu przeniosła na tę dziecinną główkę całą swą
próżność, wszystkie zawiedzione nadzieje. Marzyła o wybitnych
stanowiskach, widziała go już rosłym, pięknym, mądrym, dobrze sytuowanym
sędzią lub inżynierem. Nauczyła go czytać i nawet grać kilka krótkich
piosenek na starym fortepianie. Ale pan Bovary lekceważył sztuki piękne,
mówił, że "na nic się to wszystko nie zda". Bo czyż będą mieli kiedy na
to, by opłacić szkoły państwowe albo kupić mu stanowisko urzędnika czy
też sklep? Zresztą mężczyzna "byle miał pewność siebie, zawsze do czegoś
na tym świecie dojdzie". Pani Bovary zagryzała wargi, a dzieciak wałęsał
się po wsi.
Chodził za pługiem i grudkami ziemi ciskał w odlatujące wrony. Jadł
ożyny rosnące wzdłuż rowów, poganiał żerdzią indyki, grabił siano,
biegał po lesie, gdy była słota, grał w klasy pod kościelną kruchtą, a w uroczyste święta błagał zakrystiana, by wolno mu było zadzwonić. Wieszał
się wtedy całym ciałem na grubym sznurze, a wielki dzwon unosił go w swym locie.
Toteż rósł jak dąb. Miał mocne ręce i rumiane policzki.
Wreszcie kiedy skończył dwanaście lat, matka dopięła swego: zaczął się
uczyć. Obarczono tym proboszcza. Ale lekcje były tak krótkie i nieregularne, że niewielki był z nich pożytek. Odbywały się w jakichś
przypadkowych okolicznościach, w zakrystii, na stojąco, w pośpiechu
między chrzcinami a pogrzebem; czasem znów proboszcz posyłał po chłopca
wieczorem, gdy odmówił już Anioł Pański i nie miał nic innego do roboty.
Wchodzili wówczas na górę, zasiadali w jego pokoju, muszki i ćmy kręciły
się wokół świecy, ciepło było, dziecko zasypiało, a staruszek, drzemiąc
z rękoma na brzuchu, zaczynał wkrótce chrapać z otwartymi ustami.
Zdarzało się też, że proboszcz, gdy wracał z wiatykiem od chorego z pobliskiej wsi, spotykał Karola uganiającego się po polach; wołał go,
napominał przez kwadrans i korzystając z okazji, kazał mu u stóp drzewa
odmieniać jakiś czasownik. Przerywał im deszcz albo znajomy
przechodzień. Zresztą proboszcz zawsze był z chłopca zadowolony i mówił
nawet, że "młodzieniec" ma świetną pamięć.
Ale Karol nie mógł na tym poprzestać. Pani była energiczna. Pan,
zawstydzony, a może zniechęcony, ustąpił bez oporu. Poczekano rok, by
chłopak przygotował się do pierwszej komunii.
Minęło jeszcze sześć miesięcy i z początkiem następnego roku Karol
został wysłany do gimnazjum w Rouen. Ojciec odwiózł go osobiście w końcu
października, w dzień jarmarku na Świętego Romana.
Nikt z nas nie potrafiłby dziś przywołać żadnego związanego z nim
wspomnienia. Był to chłopak z natury łagodny, bawił się na pauzach,
pracował pilnie, na lekcjach uważał, w sypialni spał dobrze, w refektarzu jadł z apetytem. Raz na miesiąc w niedzielę odwiedzał swego
opiekuna, hurtownika towarów żelaznych z ulicy Ganterie, który wyprawiał
go do portu, by obejrzał sobie statki, a potem o siódmej przed kolacją
odprowadzał do gimnazjum. Każdego czwartku wieczorem pisał długi list do
matki czerwonym atramentem i pieczętował trzema opłatkami, potem
przeglądał notatki z historii albo czytał stary tom Anacharsis
poniewierający się w sali, gdzie odrabialiśmy lekcje. Na spacerze
gawędził ze służącym, który podobnie jak on pochodził ze wsi.
Dzięki swej pilności należał do uczniów średnich, a nawet raz udało mu
się być pierwszym z przyrody. Ale z końcem trzeciego roku rodzice
odebrali go ze szkoły, by kształcił się na lekarza, przekonani, że sam
dobrnie jakoś aż do egzaminu końcowego.
Matka wynajęła mu pokój na czwartym piętrze przy ulicy Eau-de-Robec, u znajomego farbiarza. Omówiła z gospodarzem warunki, zdobyła meble, stół
i dwa krzesła, sprowadziła ze wsi stare wiśniowe łóżko, kupiła mały
piecyk żelazny i zapas drewna, by ciepło było jej biednemu dziecku.
Potem z końcem tygodnia wyjechała, udzielając mu tysięcznych przestróg,
gdyż teraz miał już być pozostawiony samemu sobie.
Program wykładów przeczytany na afiszu oszołomił go zupełnie: wykłady z anatomii, z patologii, z fizjologii, z farmacji, wykłady z chemii i botaniki, ćwiczenia w klinice, terapeutyka, nie licząc już higieny i poszczególnych gałęzi medycyny, wszystkie te nazwy, których etymologia
była mu zupełnie obca, wydawały mu się wrotami do sanktuariów pełnych
mrocznego dostojeństwa.
Nic nie rozumiał. I chociaż słuchał pilnie, nie mógł się w niczym
połapać. Pracował jednak, miał oprawione zeszyty, chodził na wszystkie
wykłady, nie opuścił ani jednego ćwiczenia. Wykonywał drobne zajęcia
codzienne jak koń w kieracie, który kręci się w kółko z zasłoniętymi
oczyma, nie wiedząc po co.
Żeby mu zaoszczędzić wydatków, matka posyłała mu co tydzień kawał
pieczonej cielęciny, którą zjadał po powrocie ze szpitala, stukając
miarowo podeszwą o ścianę. Potem musiał biec na wykłady do kliniki i wracał, przemierzywszy wszystkie ulice. Wieczorem, po skromnej kolacji u gospodarza, szedł do swego pokoju i zabierał się znów do pracy w wilgotnym ubraniu, które parowało na ciele przy rozgrzanym do
czerwoności piecyku.
W piękne letnie wieczory, kiedy ciepłe jeszcze ulice pustoszeją, a w bramach przed domami służące grają w wolanta, otwierał okno i wspierał
się na łokciu. W dole, tuż pod nim, płynęła między mostami i śluzami
żółta, fiołkowa i niebieska rzeka, zmieniając tę dzielnicę Rouen w plugawą miniaturę Wenecji. Robotnicy przykucnięci na brzegu myli ręce.
Na tyczkach przytwierdzonych wysoko u poddaszy suszyły się na wietrze
motki bawełny. Na wprost okna poza dachami rozciągało się wielkie,
czyste niebo z czerwonym, zachodzącym słońcem. Jak dobrze musiało być
tam! Jak świeżo w bukowym gaju! Rozdymał nozdrza, by chłonąć miłe,
niedocierające doń zapachy wsi. Schudł, wyciągnął się, twarz jego
przybrała jakiś bolesny, niemal interesujący wyraz.
Zaniedbał się, nie czuł się już związany dawnymi postanowieniami. Raz
opuścił ćwiczenia, nazajutrz wykład i rozkoszując się lenistwem, nie
powrócił już do pracy.
Zaczął chodzić po knajpach i namiętnie grywał w domino. Zamknąć się co
wieczór w brudnym lokalu, rzucać na marmurowy blat małe baranie kostki,
znaczone czarnymi punktami, wydawało mu się cennym aktem stwierdzającym
jego niezależność i wzbudzało szacunek do samego siebie. Było to jakby
wtajemniczenie w sprawy tego świata, dorwanie się do zakazanych
rozrywek. Gdy wchodząc, kładł rękę na klamce, doznawał rozkoszy niemal
zmysłowej. Objawiło się w nim wówczas wiele tłumionych dotąd skłonności.
Porywał go Beranger, nauczył się rozmaitych piosenek, które wyśpiewywał
przygodnym znajomym, robił poncz i poznał wreszcie miłość.
Dzięki tego rodzaju pracom przygotowawczym ściął się na egzaminie. A w domu tegoż dnia wyczekiwano nań, by uczcić jego sukces!
Ruszył piechotą, przystanął na skraju wsi, posłał po matkę i opowiedział
jej całą prawdę. Przebaczyła mu, zrzucając całą winę na profesorów i oskarżając ich o niesprawiedliwość, uspokoiła trochę i obiecała rzecz
załatwić. Pan Bovary dowiedział się prawdy dopiero w pięć lat potem, ale
że zdążyła się już do tego czasu postarzeć, nie przejął się nią zbytnio.
Zresztą nie dopuszczał nawet myśli, żeby jego potomek mógł być głupcem.
Karol zabrał się znów do roboty i pracując bez wytchnienia, uczył się
wszystkiego na pamięć. Zdał z dość dobrym wynikiem. Cóż to był za piękny
dzień dla jego matki! Wydała wspaniały obiad.
Gdzie będzie praktykował? W Tostes. Był tam tylko jeden stary lekarz. Od
dawna pani Bovary czyhała na jego śmierć. Starowina nie zwinął jeszcze
manatków, a już Karol osiedlił się naprzeciw, niby spadkobierca.
Nie dość jednak było wychować syna, wykształcić go na lekarza i wynaleźć
dobrą praktykę w Tostes, należało go jeszcze ożenić. Toteż znalazła mu
żonę: wdowę po komorniku z Dieppe. Miała ona czterdzieści pięć lat i tysiąc dwieście franków renty.
Pani Dubuc, choć brzydka, sucha jak szczapa i cała w pryszczach jak
wiosną drzewo okryte pąkami, miała licznych konkurentów. Stara Bovary,
by dopiąć celu, potrafiła wszystkich uprzedzić i nawet zręcznymi
intrygami udało się jej pokrzyżować plany popieranego przez księży
rzeźnika.
Karol widział w małżeństwie zmianę na lepsze. Myślał, że będzie miał
więcej swobody i stanie się wreszcie panem swej osoby i swych pieniędzy.
Ale panią była żona; dyktowała, co ma mówić, a czego nie mówić, kazała
pościć w piątki, ubierać się wedle jej upodobań i dręczyć upomnieniami
pacjentów, którzy zalegali z opłatą. Otwierała jego listy, śledziła
każdy krok, a kiedy w gabinecie lekarskim przyjmował kobiety,
podsłuchiwała przez cienkie przepierzenie.
Rano na pierwsze śniadanie żądała czekolady. Wymagała rozmaitych
względów, aż do znudzenia. Skarżyła się ustawicznie na nerwy, na płuca,
na zawroty głowy. Drażnił ją odgłos kroków, a gdy zostawała sama -
przerażała samotność. Jeśli odwiedził ją kto, ach! to chyba po to, by
zobaczyć jej śmierć. Wieczorem, gdy wracał Karol, wyciągała spod kołdry
długie, chude ramiona, zarzucała mu je na szyję, prosiła, by usiadł na
brzegu łóżka, i zaczynała się skarżyć: zapomniał o niej, kocha inną!
Przepowiedziano jej wszak, że będzie nieszczęśliwa! Kończyło się zwykle
na tym, że prosiła o jakiś syrop i o trochę więcej miłości.
Rozdział II
II
Pewnej nocy około jedenastej obudził ich tętent konia, który zatrzymał
się tuż pod bramą. Służąca otworzyła okienko na poddaszu i pertraktowała
przez chwilę ze stojącym na ulicy człowiekiem. Przyjechał po lekarza.
Miał list. Nastazja, drżąc z zimna, zbiegła ze schodów i otworzyła
jedne po drugich zamki i zasuwy. Posłaniec zostawił konia i wraz ze
służącą nagle się zjawił w pokoju. Z wełnianej czapki przybranej szarymi
chwastami wyjął list zawinięty w szmatkę i podał go nieśmiało Karolowi.
Nastazja stała przy łóżku ze świecą. Karol, wsparty łokciem na poduszce,
czytał, a pani skromnie odwróciła się do ściany, pokazując plecy.
W liście opatrzonym błękitną, woskową pieczątką błagano pana Bovary, by
niezwłocznie przyjechał do Bertaux zestawić złamaną nogę. Otóż z Tostes
do Bertaux jest trzy dobre mile drogą przez Longueville i Saint-Victor.
Noc była ciemna. Pani Bovary obawiała się dla męża jakiegoś wypadku.
Postanowiono więc, że chłopak stajenny pojedzie przodem, a Karol wyruszy
w trzy godziny później, gdy wzejdzie księżyc. Na spotkanie mieli wysłać
z fermy chłopca, który wskaże mu drogę i otworzy wrota.
O czwartej nad ranem Karol otulony w płaszcz ruszył do Bertaux.
Rozgrzany jeszcze ciepłem snu, dał się wkrótce ukołysać łagodnym
truchtem spokojnego zwierzęcia. Ilekroć koń zatrzymywał się przed dołami
opasanymi cierniem, które chłopi zwykli kopać wzdłuż zaoranego pola,
Karol budził się nagle, przypominał sobie szybko złamaną nogę i usiłował
odświeżyć w pamięci wszystko, co wiedział o podobnych wypadkach. Deszcz
ustał, świtało; na ogołoconych gałęziach jabłoni siedziały skulone
ptaszki, a chłodny wiatr poranku jeżył ich maleńkie piórka. Jak okiem
sięgnąć rozciągała się płaszczyzna; na olbrzymiej, szarej przestrzeni
gubiącej się pod mrocznym niebem rysowały się na horyzoncie z rzadka
rozsiane ciemnofiołkowe kępy drzew wokół ferm. Karol czasami otwierał
oczy, ale po chwili znużenie i senność pogrążały go w rodzaj drzemki, w której ostatnie wrażenia mieszały mu się z odległymi wspomnieniami,
rozdwajał się, był równocześnie studentem i człowiekiem żonatym, widział
siebie leżącego w łóżku, jak przed chwilą, i przebiegającego salę
operacyjną, jak przed laty. Zapach ciepłych kataplazmów mieszał mu się
ze świeżym zapachem rosy; słyszał metaliczny szczęk łóżek przetaczanych
po szpitalnym korytarzu i oddech śpiącej żony... Przejeżdżając przez
Vassonville, spostrzegł tuż nad rowem siedzącego na trawie chłopca.
- Czy to pan jest lekarzem? - spytał dzieciak, a na twierdzącą odpowiedź
Karola chwycił w rękę saboty i zaczął biec przed koniem.
Lekarz, gawędząc ze swym przewodnikiem, dowiedział się, że pan Rouault,
jeden z najbogatszych rolników w okolicy, złamał nogę onegdaj, wracając
wieczorem od sąsiada, gdzie "świętowali Trzech Króli". Żona jego umarła
przed dwoma laty. Mieszkał teraz sam z "panienką", która pomagała mu w domowym gospodarstwie.
Koleiny wrzynały się coraz głębiej w drogę. Zbliżali się do Bertaux.
Chłopak znikł w dziurze żywopłotu, a po chwili zjawił się już od strony
podwórza i otworzył wrota. Koń ślizgał się na mokrej trawie. Karol
schylił głowę, przejeżdżając pod gałęziami. Psy podwórzowe ujadały przy
budzie, rwąc się na łańcuchach. Gdy wjechał do Bertaux, jego koń się
spłoszył i dał potężnego susa w bok.
Ferma była dobrze zagospodarowana. Przez otwarte wrota stajni widać było
rosłe konie robocze wyjadające spokojnie siano z nowych drabek. Wzdłuż
budynków, nad dużymi kupami nawozu unosił się lekki, błękitnawy opar;
wśród kur i indyków przechadzało się pięć czy sześć pawi, chluba
normandzkich podwórek. Owczarnia była długa, stodoła wysoka o ścianach
gładkich jak dłoń. Pod szopą stały dwa duże wozy i cztery pługi z całym
ekwipunkiem chomąt i batów. Błękitne wojłokowe podbicie uprzęży
przybrudzone było trochę cienką warstwą pyłu prószącego ze strychu.
Podwórze wysadzone w równych odstępach drzewami wznosiło się z lekka, a nad sadzawką rozlegało się wesołe gęganie stadka gęsi.
Na spotkanie pana Bovary wyszła na próg młoda kobieta w niebieskiej
wełnianej sukni, przybranej trzema falbanami; wprowadziła go do kuchni,
gdzie płonął wielki ogień. Dokoła w garnuszkach rozmaitych kształtów
bulgotało śniadanie czeladzi. Nad kominem suszyła się wilgotna odzież.
Łopatka, szczypce i rurka od miechu (wszystko olbrzymich rozmiarów)
lśniły jak wypolerowana stal, a w baterii porozwieszanych na ścianach
rondli odbijał się jasny, chybotliwy płomień ogniska i pierwsze blaski
słońca wpadającego przez kwadratowe szybki.
Karol wszedł na piętro do pokoju chorego; ten leżał spocony pod
kołdrami, odrzuciwszy daleko bawełniany czepek. Był to mały, gruby
człowieczek lat pięćdziesięciu, o jasnej cerze i błękitnych oczach,
dobrze wyłysiały i z kolczykami w uszach. Tuż przy łóżku na krześle
stała duża karafka wódki, z której pociągał raz po raz dla dodania sobie
otuchy. Gdy zobaczył lekarza, opuściło go podniecenie i zamiast kląć,
jak czynił to od dwunastu godzin, zaczął pojękiwać z cicha.
Złamanie było proste, bez żadnych komplikacji. Karol nie mógłby sobie
życzyć łatwiejszego. Przypominając więc sobie, jak jego mistrzowie
zwykli się zachowywać przy łóżku rannych, zaczął pocieszać chorego. Bo
jak lancet oliwy, tak pacjent potrzebuje czułych słów chirurga. Posłano
do wozowni po deszczułki, by sporządzić łubki. Karol wybrał jedną,
pociął na kawałki i wygładzał odłamkiem szkła, tymczasem służąca darła
prześcieradło na bandaże, a panna Emma przygotowywała poduszeczki. Ale
że marudziła długo, zanim znalazła pudełko do robót, ojciec się
zniecierpliwił; nic nie odpowiedziała, ale szyjąc, kłuła się w palce i podnosiła je potem do ust, by wyssać krew. Karol był zaskoczony
połyskiem jej paznokci. Cieniutkie, błyszczące, wypolerowane staranniej
niż kość słoniowa z Dieppe, miały kształt migdału. Ręka jej jednak nie
była ładna, nie dość biała, w stawach może zbyt sucha, trochę za długa,
brakło jej też miękkości w rysunku. Za to oczy miała naprawdę piękne;
piwne, wydawały się niemal czarne, tak były ocienione rzęsami, i rzucały
wprost przed siebie śmiałe spojrzenia pełne naiwnej zuchwałości.
Po skończonym opatrunku pan Rouault poprosił lekarza, aby przed odjazdem
zechciał coś przegryźć.
Karol zszedł do dużej izby na parterze. U stóp łóżka o perkalowym,
wzorzystym baldachimie w tureckie desenie, na małym stoliczku zastawione
były dwa nakrycia ze srebrnymi kubkami. Z wysokiej dębowej szafy
stojącej na wprost okna dolatywał zapach irysów i wilgotnych
prześcieradeł. W rogach pokoju ustawione były worki zboża, które nie
mogło się pomieścić na pobliskim strychu, dokąd wiodły trzy kamienne
schodki. Dla ozdoby na zielonej, spękanej od wilgoci ścianie zawieszona
była na gwoździu głowa Meduzy w złotej ramie, wyrysowana czarnym
ołówkiem i nosząca u dołu wykaligrafowany gotykiem napis: "Mojemu
drogiemu ojcu".
Rozmawiali o chorym, o pogodzie, o strasznych chłodach i wilkach, które
nocami nawiedzały pola. Panna Rouault nie lubiła wiejskiego życia, tym
bardziej że teraz prawie sama musiała prowadzić całe gospodarstwo. Zimno
było, więc dygotała, jedząc, i rozchylała przy tym swe mięsiste wargi;
kiedy zapadało milczenie, przygryzała je lekko.
Szyja jej wychylała się z białego, wykładanego kołnierzyka. Cienki,
przez środek głowy biegnący rozdziałek delikatną linią obrysowywał
kształt czaszki. Dwa czarne, lśniące, jakby z jednego kruszcu ulane
pasma włosów, spod których wysuwały się tylko koniuszki jej uszu,
spływały ku tyłowi w obfity węzeł, falując lekko na skroniach w sposób,
który wiejski lekarz widział po raz pierwszy w życiu. Policzki jej były
różowe. Między dwa guziki stanika, jak u mężczyzny, wsunięte były szkła
w szylkretowej oprawie.
Karol poszedł na górę pożegnać się z panem Rouault. Kiedy wrócił do
izby, panna Emma stała przy oknie oparta czołem o szybę i patrzyła na
tyczki fasoli, które wiatr poprzewracał w ogrodzie.
- Szuka pan czegoś? - spytała.
- Tak, pani, szukam szpicruty.
Zajrzał na łóżko, potem za drzwi, pod krzesła. Tymczasem panna Emma
dostrzegła ją na ziemi, między ścianą a workami; schyliła się. Karol
pospieszył uprzejmie, wyciągnął rękę w tym samym kierunku i musnął przy
tym plecy pochylonej przed nim dziewczyny. Wyprostowała się cała
zarumieniona i spoglądając na Karola przez ramię, podała mu pejcz.
Zamiast za trzy dni, jak obiecywał, wrócił do Bertaux już nazajutrz, a potem regularnie odwiedzał ich dwa razy na tydzień, nie licząc
przypadkowych wizyt.
Wszystko zresztą układało się jak najpomyślniej. Kuracja okazała się
prawidłowa i pan Rouault szybko wracał do zdrowia. Kiedy po czterdziestu
sześciu dniach zaczął o własnych siłach przechadzać się po swej, jak ją
nazywał, ruderze, zaczęto uważać pana Bovary za bardzo zdolnego
człowieka. Stary Rouault mówił, że najlepsi lekarze z Yvetot i z Rouen
nie potrafiliby go lepiej wykurować.
Karol nie zastanawiał się, dlaczego z taką przyjemnością jeździ zawsze
do Bertaux. A gdyby nawet pomyślał o tym, gorliwość swą przypisałby
zapewne temu, iż wypadek był poważny, lub też nadziei zysku. Czy dlatego
jednak wizyty te wydawały mu się na tle jednostajnych zajęć codziennych
wyjątkowo miłą rozrywką? W owe dni wstawał wcześnie, wyruszał galopem,
nie szczędząc konia, potem przed bramą zsiadał, wycierał buty o trawę i wkładał czarne rękawiczki. Z przyjemnością wjeżdżał w podwórze. Lubił
opierać się ramieniem o rozchylające się wrota, lubił koguta piejącego
na parkanie i nadbiegających mu na spotkanie chłopców do posług. Lubił
stodołę i stajnie. Lubił ojca Rouault, który klepał go po ramieniu i nazywał swoim zbawcą. Lubił małe saboty panny Emmy na kamiennych, czysto
wymytych płytach kuchni. Wysokie obcasy dodawały jej wzrostu, a kiedy
szła przed nim, drewniane podeszwy, podnosząc się szybko, stukały o skórzany spód trzewików.
Odprowadzała go zawsze na ganek do pierwszego schodka. Czekała, aż
przyprowadzą konia. Już się byli pożegnali. Stała, milcząc, owiana
rzeźwym podmuchem; małe, figlarne, wymykające się loczki poruszały się
lekko na wietrze, a tasiemki związanego w pasie fartucha furkotały jak
chorągiewki.
Pewnego razu, gdy była odwilż i kora drzew ociekała wilgocią, a śnieg
topił się na dachach, wróciła od progu po parasolkę. Słońce, przenikając
przez szarobłękitny, mieniący się jedwab, rzucało ruchome plamy na jej
blade policzki. Uśmiechała się spod parasolki do łagodnego ciepła i słychać było, jak krople wody, jedna po drugiej, uderzały o napiętą
morę.
Gdy Karol zaczął bywać w Bertaux, młoda pani Bovary wypytywała go z początku o zdrowie chorego i nawet w książce rachunkowej o podwójnej
buchalterii wybrała dla pana Rouault piękną białą kartę. Ale kiedy
doszła ją wiadomość, że ma on córkę, sięgnęła po bliższe informacje;
dowiedziała się wówczas, że panna Rouault, wychowana w klasztorze
urszulanek, otrzymała staranne wykształcenie, to znaczy uczyła się
geografii, tańca, rysunków, umiała haftować i grać na fortepianie. To
już było ponad jej siły!
"Więc to dlatego on tak promienieje - myślała - dlatego kiedy jedzie do
niej, wkłada nową kamizelkę, nie zważając nawet na deszcz, który może ją
zniszczyć? Ach! Ta kobieta, ta kobieta...".
Powzięła do niej instynktowną nienawiść. Z początku pozwalała sobie na
aluzje, których Karol wcale nie rozumiał, potem na złośliwe przycinki;
puszczał wszystko mimo uszu, obawiając się burzy. Wreszcie spytała
wprost, bez ogródek, czemu jeździ do Bertaux, skoro pan Rouault jest już
zdrowy, a "ci ludzie" nie raczyli mu dotąd zapłacić? Ach, to zapewne
dlatego, że jest tam pewna osoba, która umie go pięknie
bawić rozmową, hafciarka, mądrala. Ach! więc to tak, trzeba mu panien z miasta! I dodawała zaraz:
- Córka starego Rouault, miejska panienka! Cóż znowu! Dziadek ich był
pastuchem i mają krewniaka, który o włos, a miałby sprawę sądową za
pobicie. Nie ma się z czego puszyć i pokazywać w kościele w jedwabnych
sukniach, jak hrabianka. Zresztą, biedny stary, gdyby nie zeszłoroczna
kapusta byłby w wielkim kłopocie, nie miałby nawet czym spłacić
zaległych rat dzierżawnych.
Karol dla świętego spokoju zrezygnował z wizyt w Bertaux. W porywie
miłości, szlochając i całując go na przemian, Heloiza kazała mu przysiąc
z ręką na książce do nabożeństwa, że już tam nigdy nie wróci. Ale
namiętne pragnienie buntowało się w nim przeciw tej uległości i z naiwną
hipokryzją wierzył, że zakaz odwiedzania Emmy daje mu prawo kochania
jej. A przy tym wdowa była chuda, miała długie zęby i niezależnie od
pory roku nosiła zawsze tę samą czarną chustkę, której spiczasty
koniuszek zwieszał się między łopatkami, a sztywną jej kibić obciskała
przykrótka suknia na kształt futerału, odsłaniając czarne, szerokie,
skrzyżowane w kostkach wstążki trzewików i szare pończochy.
Matka Karola odwiedzała ich czasem. Ale synowa potrafiła już po paru
dniach naostrzyć ją przeciw Karolowi jak brzytewkę. Prześcigały się w robieniu mu uwag, nie szczędząc złośliwych przycinków. Nie powinien
jadać tak wiele! I po co to pierwszego lepszego częstować wódką? Nie
nosi ciepłej bielizny? Co za upór!
Zdarzyło się z początkiem wiosny, że rejent z Ingouville, u którego
złożone były fundusze pani Dubuc, popłynął z pomyślnym wiatrem, wywożąc
powierzony mu kapitał. Heloiza była wprawdzie współwłaścicielką statku,
ocenianego na sześć tysięcy franków, i domu przy ulicy Franciszkańskiej;
jednak z całego tak osławionego majątku nie wniosła do wspólnego
gospodarstwa nic prócz paru sprzętów i kilku szmat. Należało rzecz
wyjaśnić. Dom w Dieppe okazał się zżarty hipotekami aż do fundamentów.
Bóg jeden wiedział, ile złożone miała u rejenta, a udział w statku nie
przekraczał tysiąca talarów. Kłamała więc jejmość!
W porywie gniewu, grzmotnąwszy krzesłem o podłogę, pan Bovary oskarżył
żonę, że unieszczęśliwiła syna, sprzęgając go ze starą szkapą, której
skóra niewarta była wyprawy. Przyjechali do Tostes. Rozmówili się.
Doszło do burzliwych wyjaśnień. Heloiza z płaczem rzuciła się mężowi na
szyję, zaklinając go, by bronił jej przed rodzicami. Karol ujął się za
nią. Obrazili się więc i odjechali.
Ale cios był zadany. W tydzień potem
dostała krwotoku, rozwieszając bieliznę na podwórku, a nazajutrz, kiedy
Karol odwrócony plecami zaciągał firankę w oknie, powiedziała: "Ach! Mój
Boże!", westchnęła i zemdlała. Nie żyła! Co za dziw!
Kiedy Karol wrócił z cmentarza do domu, nie zastał na dole nikogo.
Poszedł na piętro do swego pokoju. W alkowie wisiała jeszcze jej suknia;
oparł się o biurko i pogrążony w bolesnej zadumie, przesiedział tak do
wieczora. Kochała go jednak!
Rozdział III
III
Pewnego ranka ojciec Rouault przyniósł Karolowi należność za złożenie
złamanej nogi: siedemdziesiąt pięć franków srebrnymi dwufrankówkami i indyczkę. Dowiedział się o jego nieszczęściu i pocieszał, jak umiał.
- Wiem, co to jest! - mówił, klepiąc go po ramieniu. I ja przez to
przeszedłem. Kiedy straciłem moją biedną nieboszczkę, uciekałem w pole,
szukając samotności, rzucałem się na ziemię u stóp drzewa, płakałem,
wymyślałem Panu Bogu, chciałem być jak te zawieszone na drzewach krety,
zżarte przez robactwo - zdechnąć po prostu! A kiedy myślałem, że inni w tej chwili mają przy sobie swoje dobre żoneczki, że mogą przytulić się
do nich, waliłem kijem o ziemię, byłem jak nieprzytomny, jeść nawet nie
mogłem i trudno w to uwierzyć, ale na samą myśl, że mógłbym pójść do
knajpy, brało mnie obrzydzenie. I cóż, dzień schodził za dniem, wiosna
za zimą, a na dokładkę przyszła jesień po lecie i tak kruszyna po
kruszynie rozeszło się to wszystko, a właściwie zapadło, bo gdzieś tam w głębi leży coś zawsze, jakby kto ciężar na piersi położył. Ale że to los
nas wszystkich, nie można tak się zadręczać i chcieć umrzeć dlatego, że
inni umarli. Trzeba się z tego otrząsnąć, panie Bovary. Jakoś to minie.
Niech pan nas odwiedzi. Moja córka często wspomina pana i powiada, że
już pan o nas zapomniał. Nadchodzi wiosna, zapolujemy sobie na króliki,
rozerwie się pan trochę.
Karol poszedł za jego radą. Odwiedził ich w Bertaux i zastał wszystko po
staremu. Nic się tam od pięciu miesięcy nie zmieniło. Tylko grusze już
kwitły, a poczciwy Rouault, zdrów teraz, wnosił dużo ożywienia, kręcąc
się po podwórku.
Sądził, że lekarzowi ze względu na jego smutne położenie należy okazywać
szczególne względy, prosił, by nie zdejmował czapki, mówił ściszonym
głosem jak do chorego i udawał nawet, że się gniewa, iż czegoś lżejszego
nie przygotowano na jego intencję do jedzenia, bitej śmietanki lub
kompotu z gruszek. Opowiadał zabawne historyjki. Karol, zaskoczony
własnym uśmiechem, wspomniał nagle żonę i spochmurniał. Ale gdy podano
kawę, nie myślał już o niej.
I w miarę jak przyzwyczajał się żyć samotnie, coraz mniej o niej myślał.
Cieszyła go nieznana mu dotąd niezależność i czyniła samotność
znośniejszą. Mógł teraz zmieniać godziny posiłków, wychodzić i wracać,
nikomu się nie opowiadając, a kiedy był bardzo zmęczony, wyciągnąć się
wygodnie na całą szerokość łóżka. Cackał się więc ze sobą i pieścił,
przyjmując wyrazy współczucia, których mu nie szczędzono. Śmierć żony
nie zaszkodziła mu bynajmniej w praktyce. Przez miesiąc powtarzano
wciąż: "Ach! Biedny człowiek! Cóż za nieszczęście!". Imię jego było na
wszystkich ustach. Klientela wzrosła. Przy tym mógł jeździć do Bertaux,
kiedy mu się podobało. Żywił jakieś nieokreślone nadzieje, czuł się
niemal szczęśliwy, a gdy przeglądał się w lustrze, przyczesując
faworyty, zdawało mu się, że wyprzystojniał.
Pewnego dnia zjawił się około trzeciej; wszyscy byli w polu; wszedł do
kuchni, lecz w pierwszej chwili nie zauważył Emmy. Okiennice były
zamknięte, przez szpary wpadały długie, cieniutkie smugi blasku,
odbijały się w załamaniach mebli i rzucały drgające plamy na sufit. Na
stole po brudnych szklankach łaziły muchy i bzykając, topiły się na dnie
w niedopitym jabłeczniku. Blask padający z komina nadawał aksamitnego
połysku osiadłym na blasze sadzom i błękitnym odcieniem powlekał zimne
popioły. Między oknem a kominem siedziała Emma. Szyła. Nie miała żadnej
narzutki i na jej nagich ramionach widniały kropelki potu. Stosownie do
wiejskich obyczajów spytała, czyby się czegoś nie napił. Odmówił, ale
nalegała i śmiejąc się, zaproponowała wreszcie, że wypije razem z nim
kieliszek likieru. Sięgnęła do szafy po butelkę curaçao, napełniła po
brzegi jeden kieliszek, a do drugiego wlała kilka kropel i trąciwszy się
z Karolem, podniosła kieliszek do ust. Ale że był prawie pusty, musiała
przechylić się w tył, by pić; wyciągając szyję i wydymając wargi, śmiała
się z daremności swych wysiłków, a koniuszek jej języka, przeciskając
się między drobnymi ząbkami, raz po raz lizał dno kieliszka.
Siadła i pochyliła się znów nad robotą. Cerowała białą bawełnianą
pończoszkę. Głowę miała spuszczoną. Milczała. Karol też nic nie mówił i patrząc na smugę kurzu, którą lekki podmuch, wiejący dołem przez szparę
od drzwi, pędził po kamiennych płytach, słyszał tylko krew tętniącą w czaszce i dalekie gdakanie niosącej się gdzieś na podwórzu kury. Emma,
by się orzeźwić, przykładała od czasu do czasu dłonie do policzków i chłodziła je potem na żelaznych prętach komina.
Zaczęła się skarżyć, że od wiosny cierpi na zawroty głowy, i spytała,
czy nie posłużyłyby jej morskie kąpiele. Później opowiadała mu o klasztorze, a on o swoich czasach szkolnych, i rozmowa się potoczyła.
Poszli do jej pokoju, bo chciała mu pokazać nuty, książki, które dostała
w nagrodę, i wieńce z dębowych liści złożone na dnie szafy. Mówiła mu
potem o swej matce, o cmentarzu i nawet pokazywała grządkę w ogrodzie, z której zrywała kwiaty na jej grób w pierwszy piątek każdego miesiąca.
Ale ich ogrodnik nie znał się na niczym, jak zresztą wszyscy tu na wsi!
Chciałaby, przynajmniej w zimie, mieszkać w mieście, choć w lecie jest
może jeszcze nudniej, bo dnie tak się dłużą! Zależnie od tego, co
mówiła, głos jej był czysty, przenikliwy lub stawał się nagle
omdlewający i w przeciągłych modulacjach przechodzących w szept prawie
zdawała się mówić sama do siebie. Wesoła, chwilami otwierała szeroko
naiwne oczy, to znów przymykała na wpół powieki i ze znudzonym
wejrzeniem błądziła gdzieś daleko myślami.
Wieczorem, wracając do domu, starał się przypomnieć sobie i uzupełnić
każde jej zdanie, aby mieć dokładny obraz jej życia z okresu, kiedy się
jeszcze nie znali. Ale widział ją zawsze taką, jaką zobaczył po raz
pierwszy, albo taką, jaką przed chwilą pożegnał. Myślał o tym, co się z nią stanie, kiedy wyjdzie za mąż - i za kogo? Niestety! Ojciec Rouault
był bardzo bogaty, a ona... tak piękna! Ale twarz jej stawała mu ciągle
przed oczyma i brzęczało mu coś monotonnie koło uszu, niby uprzykrzona
mucha: "A gdybyś się tak ożenił, gdybyś się ożenił!". W nocy nie mógł
spać, gardło miał ściśnięte. Wstał, by napić się trochę wody, i otworzył
okno; niebo usiane było gwiazdami, wiał ciepły wiatr, z daleka słychać
było naszczekiwanie psów. Zwrócił głowę w stronę Bertaux.
Pomyślał, że właściwie niczym nie ryzykuje, prosząc o rękę Emmy, i postanowił skorzystać z pierwszej nadarzającej się okazji. Ale ilekroć
się nadarzała, strach, że nie znajdzie odpowiednich słów, zamykał mu
usta.
Stary Rouault nie miał nic przeciw, by pozbyć się córki, która nie była
mu w domu żadną pomocą. Usprawiedliwiał ją w duchu, uważając, że jest
zbyt wykształcona, aby się poświęcić pracy na roli. "Przeklęty zawód -
myślał - nikomu jeszcze nie przyniósł milionów". Rzeczywiście, daleki
był biedak od zrobienia majątku, ubożał z roku na rok. Był wprawdzie
świetnym kupcem i znał wszystkie fortele tego zawodu, ale mniej niż
ktokolwiek inny nadawał się do uprawy roli i do prowadzenia fermy. Do
pracy skory nie był, a w tym, co dotyczyło bezpośrednio jego wygód, nie
umiał się ograniczać; dobrze jadł, porządnie się wysypiał i nie
szczędził na opał. Lubił tęgi jabłecznik, tłustą pieczeń baranią i dobrze ubitą śmietanę. Jadał sam w kuchni, przy piecu, na małym stoliku,
który przynoszono mu już całkiem nakryty, jak w teatrze.
Kiedy więc spostrzegł, że Karol rumieni się przy córce, co oznaczało, że
lada dzień poprosi o jej rękę, zawczasu rzecz rozważył. Miał go za
cherlaka, nie był to zięć po jego myśli, ale uchodził za przyzwoitego
człowieka, był oszczędny, wykształcony i nie miałby zapewne wielkich
wymagań co do posagu. A że Rouault zmuszony był właśnie sprzedać
dwadzieścia dwa akry ziemi, że był porządnie zadłużony u murarza i u rymarza, że należało zmienić prasę w tłoczarni, powiedział sobie: "Jeśli
mnie o nią poprosi, to mu ją dam".
Około świętego Michała Karol przyjechał na trzy dni do Bertaux. Ostatni
dzień, jak i poprzednie, zszedł na odkładaniu oświadczyn z kwadransa na
kwadrans. Ojciec Rouault odprowadzał go wąską ścieżynką - mieli się już
rozstać. Chwila nadeszła. "Kiedy się skończy żywopłot" - pomyślał, a gdy
minęli żywopłot:
- Ojcze Rouault - wyszeptał - chciałbym coś panu powiedzieć.
Przystanęli. Karol milczał.
- Ależ proszę, niech pan mówi! Albo to ja nie wiem o wszystkim? -
powiedział stary, śmiejąc się dobrodusznie.
- Ojcze Rouault... ojcze Rouault... - bąkał Karol.
- Ja tam bardzo chętnie, ale choć to pewnie po myśli małej, trzeba ją
jednak o zdanie zapytać. Idźże pan teraz, a ja pójdę do domu. Jeżeli
powie tak, niechże pan uważa, nie ma pan po co wracać, żeby ludzie nie
gadali, no i mała byłaby za bardzo wzruszona, ale żeby pan sobie krwi
nie psuł, otworzę szeroko okiennice; dojrzy pan stąd, trzeba się tylko
przez płot przechylić.
Odszedł.
Karol przywiązał konia do drzewa, pobiegł na ścieżkę i czekał. Minęło
pół godziny; potem naliczył jeszcze na zegarku dziewiętnaście minut.
Nagle z trzaskiem otwarła się okiennica, drżały jeszcze żelazne pręty.
Nazajutrz już o dziewiątej Karol był w fermie. Emma zarumieniła się, gdy
wszedł, i lekkim uśmiechem starała się pokryć zmieszanie. Ojciec Rouault
uściskał przyszłego zięcia; rozmowę o interesach odłożyli na później.
Zresztą czasu było dość, bo wypadało zaczekać, aż się skończy żałoba
Karola, to jest do przyszłej wiosny.
Zima zeszła im na tym oczekiwaniu. Panna Rouault zajęta była
przygotowaniem wyprawy. Część jej zamówiła w Rouen, a koszule i czepki
nocne szyła sama według wypożyczonych żurnali mód. Kiedy Karol zjawiał
się w fermie, omawiano przygotowania weselne; zastanawiali się, w jakim
pokoju zasiądą do stołu, ile będzie potraw i jakie zakąski.
Emma chciała wziąć ślub o północy przy pochodniach, ale stary Rouault
nie rozumiał tych zachcianek. Odbyło się więc huczne wesele; zaproszono
czterdzieści trzy osoby; siedzieli za stołem szesnaście godzin.
Uroczystości ponowiły się nazajutrz i trwały jeszcze przez kilka dni.
Rozdział IV
IV
Już od wczesnego ranka zaczęły się zjeżdżać powozy pełne gości,
jednokonne kariolki, szarabany o dwóch kołach i stare bryczki bez bud, a chłopcy z okolicznych wsi, stłoczeni na zwykłych wozach, trzęśli się,
jadąc ostro truchtem i trzymali się poręczy, żeby nie upaść. Zjawiali
się goście z całej okolicy w promieniu dziesięciu mil, z Goderville, z Normanville, z Cany. Zaproszeni zostali wszyscy krewni obu rodzin,
poszły w niepamięć waśnie z niektórymi przyjaciółmi, napisano nawet do
znajomych od dawna straconych z oczu.
Od czasu do czasu słychać było zza żywopłotu trzask bicza, otwierano
wówczas bramę i zajeżdżała galopem bryka. Konie jak wryte stawały przed
gankiem, a z powozu wysypywał się tłum gości, przeciągając się i rozcierając kolana.
Panie w czepeczkach miały suknie uszyte z miejska, zegarki na złotych
łańcuszkach, pelerynki skrzyżowane w pasie lub kolorowe chusteczki
spięte na plecach szpilką i odsłaniające z tyłu szyję. Kilku wyrostków,
ubranych podobnie jak ich ojcowie, nie śmiało się poruszać w nowych
strojach (niejeden dostał tego dnia pierwszą w życiu parę butów). Koło
nich stały, milcząc, kilkunastoletnie dziewczęta, siostry czy kuzynki, w białych sukniach od pierwszej komunii, podłużonych na tę uroczystość.
Czerwone, wystraszone, z włosami posklejanymi różaną pomadą, zdawały się
myśleć tylko o tym, żeby nie zawalać białych rękawiczek. Brakło parobków
do wyprzęgania koni, zakasując więc rękawy, panowie sami zabrali się do
roboty. Ubrani byli rozmaicie, zależnie od pozycji społecznej, we fraki,
surduty, marynarki - paradne stroje, chluba rodziny, wyjmowane z szafy
tylko na wielkie uroczystości. Rozwiewały się długie poły tużurków o zaokrąglonych kołnierzach i wielkich workowatych kieszeniach; z grubymi
sukiennymi kurtkami szły w parze czapki z daszkiem otoczonym metalową
obwódką; były i kuse fraczki z dwoma guzikami z tyłu, świecącymi jak
para oczu, o krótkich, jakby toporem odrąbanych połach. Niektórzy (ale
ci oczywiście zasiąść mieli na samym końcu stołu) mieli odświętne bluzy
z wykładanym kołnierzem, drobno zmarszczone na plecach i nisko wszyte w pasek.
Koszule wydymały się na piersiach jak pancerze; głowy były krótko
ostrzyżone, aż uszy sterczały; ci, którzy wstali przed świtem i golili
się prawie po ciemku, mieli skośne szramy na twarzy, pod nosem, na
szczękach lub naskórek zdarty z policzków całymi płatami wielkości
talara. Wiatr zaognił blizny i wszystkie te białe, tłuste, kwitnące
twarze pocętkowane były różowymi plamami.
Z fermy do gminy było tylko pół mili, udano się tam więc pieszo i pieszo
też powrócono, po dopełnieniu kościelnych obrządków. Orszak weselny,
zrazu jednolity jak barwna wstęga wijąca się ścieżką wśród zielonych
zbóż, rozciągnął się wkrótce i podzielił na małe gromadki, które
gawędziły i przystawały chwilami. Na czele szedł grajek ze skrzypcami
przystrojonymi w barwne wstęgi, za nim trochę bezładnie nowożeńcy,
rodzice i przyjaciele. Dzieci pozostawały w tyle, bawiąc się i wyskubując źdźbła owsa. Suknia Emmy, trochę przydługa, wlokła się po
ziemi. Emma zatrzymywała się więc niekiedy, unosiła ją lekko i delikatnie, nie zdejmując rękawiczek, wyskubywała szorstkie trawy i osty, a Karol stojąc przy niej ze zwieszonymi rękoma, czekał, aż
skończy. Ojciec Rouault w nowym, jedwabnym kapeluszu i w nowym ubraniu o zbyt długich rękawach sięgających palców, prowadził panią Bovary matkę.
Pan Bovary ojciec, pogardzając w duchu całym tym światkiem, zjawił się w skromnej kurtce wojskowego kroju, zapiętej na jeden rząd guzików, i zalecał się obcesowo do młodej, płowowłosej wieśniaczki, która dygała,
rumieniła się i nie wiedziała, co odpowiedzieć. Pozostali goście
rozmawiali o interesach albo płatali sobie figle za plecami, starając
się zawczasu wzniecić wesołość. Z daleka dochodziło wciąż rzępolenie
grajka. Kiedy spostrzegł, że orszak pozostał w tyle, przystawał na
chwilę, by zaczerpnąć tchu, smarował powolutku smyczek kalafonią, żeby
struny głośniej dźwięczały, i ruszał znów w drogę, to podnosząc, to znów
opuszczając gryf skrzypiec dla lepszego pochwycenia rytmu. Dźwięk
instrumentu płoszył z daleka małe ptaszki.
Stół zastawiono pod wozownią. Znalazły się na nim cztery pieczenie
wołowe, sześć kurcząt, duszona cielęcina, trzy ćwiartki baranie, a pośrodku pieczone prosię przybrane czterema kiełbaskami ze szczawiem. Po
rogach stały karafki z wódką. Słodki jabłecznik, musując w butelkach,
otaczał korki gęstą pianą, a kieliszki już zawczasu napełnione były
winem aż po brzegi. Na wielkich półmiskach z żółtą galaretką, która
drgała za każdym potrąceniem stołu, wypisane były kolorowym maczkiem
monogramy nowożeńców. Ciasta i torty piekł cukiernik sprowadzony z Yvetot. Starał się, jak mógł, bo był to pierwszy jego występ w okolicy.
Deser był arcydziełem i powitany został okrzykami podziwu. Na
niebieskiej tekturowej podstawie w kształcie świątyni z portykami,
kolumnadą, posążkami ze stiuku ustawionymi w niszach, usianymi złotymi
gwiazdami z papieru, stała wieża z ciasta otoczona pomniejszymi
fortyfikacjami z tataraku, migdałów, rodzynków i pomarańczowych skórek.
Wreszcie na najwyższej kondygnacji przedstawiającej zieloną łączkę wśród
skał i jezior z konfitur, wśród okrętów z łupinek orzecha kołysał się
mały amorek na czekoladowej huśtawce, której słupy ozdobione były, niby
kulkami, pąkami świeżych róż.
Jedli do wieczora; kto był zmęczony siedzeniem, szedł przejść się trochę
na podwórze albo do stodoły na partię kręgli i wracał znów do stołu.
Wreszcie kilka osób się zdrzemnęło, niektórzy nawet chrapali. Ale przy
kawie wszyscy się ożywili. Śpiewali, mocowali się, nosili ciężary,
próbowali dźwignąć wóz na ramionach, dowcipkowali i całowali panie.
Wieczorem, gdy przyszła pora odjazdu, konie po chrapy spasione owsem
wierzgały, stawały dęba, aż pękała uprząż, a panowie klęli lub wybuchali
śmiechem. W całej okolicy widać było w tę księżycową noc pędzące galopem
po kałużach, wybojach i bezdrożach bryczki, z których wychylały się
kobiety, by chwycić lejce.
Ci, którzy zostali w Bertaux, spędzili całą noc w kuchni, pijąc. Dzieci
posnęły pod ławkami.
Panna młoda błagała ojca, by oszczędzono jej tradycyjnych żartów. Mimo
to jeden z jej kuzynów, handlarz rybami (przywiózł nawet parę fląder w ślubnym podarku), usiłował wdmuchiwać wodę przez dziurkę od klucza.
Stary Rouault nadszedł jednak w porę i wytłumaczył mu, że poważne
stanowisko jego zięcia nie pozwala na takie żarciki. Krewniak z trudem
dał się przekonać tym argumentem i pomawiając w duchu ojca Rouault o dumę, przyłączył się do czterech czy pięciu siedzących w kącie gości,
którym przypadkiem trafiły się przy stole gorsze kąski. Skarżyli się po
cichu, że źle ich przyjęto, szydzili z gospodarza i w skrytości życzyli
mu ruiny.
Pani Bovary matka, urażona, że nie zasięgnięto jej rady ani co do sukni
synowej, ani co do uczty weselnej, słowem się nie odezwała przez cały
dzień i wyjechała wcześnie. Małżonek, zamiast jej towarzyszyć, posłał po
cygara do Saint-Victor i palił do rana, popijając grog zakrapiany
wiśniakiem. Mieszanka ta, nieznana reszcie towarzystwa, wzmogła jeszcze
szacunek dla jego osoby.
Karol nie był z natury skłonny do żartów, nie zabłysnął w czasie uczty.
Dwuznaczniki, kalambury, życzenia i tłuste żarty, których zgodnie z tradycją nie szczędzono mu już przy zupie, zbywał byle czym.
Następnego dnia za to zdawał się być innym człowiekiem. Jego to raczej
można było uważać za onegdajszą dziewicę, podczas gdy zachowanie panny
młodej niczego nie pozwalało się domyślić. Najodważniejsi nie śmieli jej
zaczepić i gdy przechodziła, wpatrywali się w nią z niezwykłym
natężeniem. Ale Karol niczego nie ukrywał. Mówił do niej po imieniu,
nazywał "swoją żoną", rozpytywał wciąż o nią, szukał wszędzie, wyciągał
ją na podwórze; z daleka widać było, jak chodził z nią pośród drzew,
obejmował ją wpół i pochylony gniótł koronkowy kołnierzyk jej bluzki.
Nowożeńcy odjechali w dwa dni po weselu. Karol nie mógł na dłużej
opuścić chorych. Ojciec Rouault odesłał ich swoją bryczką i towarzyszył
im aż do Vassonville. Tam pocałował córkę po raz ostatni i wysiadł. Gdy
uszedł jakieś sto kroków, przystanął, obejrzał się za oddalającym się
powozem i patrząc na koła toczące się szybko wśród tumanów kurzu,
westchnął głęboko. Przypomniał sobie swoje wesele, dawne lata
młodzieńcze, pierwszą ciążę żony; i on był szczęśliwy tego dnia, kiedy
zabrał ją od ojca do swego domu; jechała za nim na jednym koniu,
truchtem po śniegu; było to około Bożego Narodzenia i pola były całkiem
białe; obejmowała go jednym ramieniem, a na drugim miała przewieszony
koszyk; długie, powiewające na wietrze koronki jej czepka muskały go
czasem po ustach, a kiedy się odwracał, widział tuż za sobą pochyloną na
jego ramieniu różową buzię; uśmiechała się, milcząc, spod złotej obwódki
czepeczka i żeby ogrzać zziębnięte palce, wsuwała mu je czasem w zanadrze. Jakże dawno było już to wszystko! Syn ich miałby dziś
trzydzieści lat! Odwrócił się raz jeszcze, ale nic już na drodze nie
dojrzał. Zrobiło mu się w sercu smutno jak w opuszczonym domu. W mózgu
przyćmionym oparami pijaństwa tkliwe wspomnienia mieszały się z czarnymi
myślami. Chciał zboczyć w stronę kościoła, ale bał się, że będzie mu
wtedy jeszcze smutniej, poszedł więc wprost do domu.
Państwo Karolowie przyjechali do Tostes około szóstej. Sąsiedzi
pośpieszyli do okien, żeby przyjrzeć się nowej żonie doktora.
Na progu powitała ich stara służąca i przepraszając, że obiad niegotów,
prosiła panią, by zechciała tymczasem obejrzeć mieszkanie.
Rozdział V
V
Dom o ceglanej fasadzie stał tuż przy szosie, a raczej przy drodze. Za
drzwiami wisiał płaszcz z wąskim kołnierzem, uzda i czarna skórzana
czapka, a w kącie stały sztylpy pokryte jeszcze zaschłym błotem. Na
prawo była jadalnia, to znaczy duży pokój, gdzie jadano i przebywano w ciągu dnia. Kanarkowe tapety, ozdobione u góry wieńcem z bladych
kwiatów, źle były przyklejone i odstawały od ścian. W oknach wisiały
białe perkalowe firanki z czerwonym szlakiem, a na kominku między dwoma
platerowanymi świecznikami lśnił zegar z głową Hipokratesa. Świeczniki
przykryte były szklanymi kloszami. Gabinet Karola mieścił się w małym,
mniej więcej na sześć stóp szerokim pokoiku po drugiej stronie
korytarza. Stał tam stół, trzy krzesła i kancelaryjny fotel. Wielotomowy
Słownik Nauk Medycznych (nierozcięty, ale zniszczony przez koleje swego
losu) zapełniał prawie sam sześć półek sosnowej biblioteki. Podczas
konsultacji dochodziły tu zapachy kuchenne, a w kuchni słychać było na
zmianę kaszel chorych i niekończące się historie ich cierpień. Dalej
była duża, zupełnie zaniedbana izba, z której wychodziło się wprost na
podwórze i do stajni. Niegdyś wypiekano w tej izbie chleb, a teraz
służyła za drwalnię, spiżarnię i skład najrozmaitszych rupieci: starego
żelaziwa, pustych beczek, połamanych narzędzi rolniczych i mnóstwa
innych zakurzonych gratów, których przeznaczenia nie sposób się było
domyślić.
Długi, ale wąski ogród ciągnął się między dwoma murami z gliny i słomy,
zakrytymi brzoskwiniowym szpalerem, aż do ciernistego żywopłotu, który
oddzielał go od pola. Pośrodku, na wysokim piedestale, wmurowany był
kamienny zegar słoneczny. Cztery symetryczne grządki wątłych róż
zasłaniały bardziej produktywną część ogrodu, gdzie rosły warzywa, a w głębi, pod tujami, odlany w gipsie ksiądz pochylał się nad brewiarzem.
Emma poszła na piętro. Pierwszy pokój był nieumeblowany, w drugim, który
był małżeńską sypialnią, stało w alkowie mahoniowe łóżko zasłonięte
czerwoną kotarą; komodę zdobiło wyklejone z muszelek pudełko, a na
sekretarzyku przy oknie tkwił w karafce bukiet pomarańczowych kwiatów
związany białą atłasową wstążką. Był to bukiet ślubny, bukiet tamtej!
Karol spostrzegł skierowane nań spojrzenie Emmy i wyniósł bukiet na
strych. A Emma pogrążona w zadumie, siedząc w fotelu, otoczona kuframi,
myślała o swoim bukiecie ślubnym, zapakowanym w tekturowe pudełko. Co by
się z nim stało, gdyby przypadkiem umarła?
W pierwszych dniach zajęła się uporządkowaniem domu. Zdjęła szklane
klosze ze świeczników, kazała zmienić tapety, przemalować klatkę
schodową, a w ogrodzie poustawiać ławki wokół słonecznego zegara.
Chciała nawet mieć basen z rybkami i wodotryskiem. A mąż, pamiętając, że
lubi spacery, kupił okazyjnie stary powozik, który z nowymi latarniami i błotnikami z pikowanej skóry wyglądał prawie jak tilbury.
Karol był szczęśliwy, nie miał żadnych trosk. Obiad w jej towarzystwie,
spacer szosą, ruch ręki, kiedy poprawiała włosy, widok zawieszonego na
oknie kapelusza i tyle innych drobiazgów, które dawniej nie przynosiły
mu żadnej radości, składało się teraz na nieprzerwany łańcuch szczęścia.
W łóżku, nad ranem, leżąc tuż przy niej, patrzył na jasny prześwietlony
słońcem puszek jej policzków przesłoniętych na wpół różkami czepka. Oczy
jej widziane z tak bliska wydawały mu się większe, szczególnie, kiedy
budząc się, raz po raz otwierała i zamykała je na przemian; w cieniu
czarne, a szafirowe w świetle, zdawały się mieć warstwy rozmaitych
kolorów; ciemne u spodu, barwy te, im bliżej powierzchni, tym się
stawały jaśniejsze. Własne jego oko tonęło w tych głębokościach; widział
swoje malutkie odbicie aż do ramion, z fularem na włosach i z rozchyloną
na piersiach koszulą. Wstawał, a ona w luźnym szlafroczku wychylała się
za nim przez okno, wsparta na łokciu między dwiema doniczkami geranium.
Karol przypinał ostrogi na ulicy, opierając nogę o milowy kamień, a ona,
nie przerywając rozmowy, ustami zrywała jakiś kwiat czy listeczek i zdmuchiwała w jego stronę; kołysał się lekko na wietrze, zataczał koła,
półkręgi i wreszcie się zaczepiał na poplątanej grzywie białej klaczy
stojącej nieruchomo przed bramą. Karol, dosiadłszy konia, posyłał jej
całusa; machała ręką na pożegnanie i zamykała okno. Odjeżdżał. Na
zakurzonej wstędze drogi, w cieniu gałęzi wygiętych na kształt kolebki,
wśród zbóż, które sięgały mu po kolana, grzejąc plecy w cieple słońca,
wciągając w nozdrza powiewy poranku, jechał, pełen rozkosznych wspomnień
nocy, ze spokojnym umysłem i nasyconym ciałem, przeżuwając swe szczęście
jak smakosz, który po obiedzie, trawiąc, rozkoszuje się jeszcze smakiem
trufli.
Cóż zaznał dotąd dobrego w życiu? Czyż był szczęśliwy w szkole,
zamknięty wysokimi murami, sam wśród bogatych i zdolniejszych kolegów,
którzy kpili z jego wymowy, wydrwiwali jego stroje i rozpieszczani byli
przez matki przychodzące do rozmównicy z mufkami pełnymi ciastek? Albo
kiedy studiował medycynę i zawsze bez grosza, nie mógł nawet zaprosić na
tańce jakiejś skromnej szwaczuszki, która mogłaby zostać jego kochanką?
Potem przez czternaście miesięcy żył z wdową, której nogi zimne były w łóżku jak sople lodu. Ale teraz piękna, ubóstwiana kobieta należała do
niego już na zawsze. Świata nie widział poza rąbkiem jej spódnicy i wyrzucając sobie, że nie dość ją kocha, gnany żądzą zobaczenia jej
natychmiast, wracał, wbiegał na schody z bijącym sercem (Emma ubierała
się w swoim pokoju), wchodził cichymi krokami, całował ją w plecy, aż,
wystraszona, wydawała lekki okrzyk.
Dotykał ciągle jej grzebienia, pierścionków, chusteczki, czasem wyciskał
na jej policzkach głośne całusy albo drobnymi pocałunkami zasypywał jej
ręce od czubków palców aż do obnażonych ramion. Odpychała go, jak
odpycha się uprzykrzone dziecko, półuśmiechnięta i znudzona.
Przed ślubem zdawało się jej, że go kocha, ale oczekiwane szczęście nie
nadeszło.
"Pomyliłam się więc" - myślała i starała się dociec znaczenia słów:
szczęście, namiętność, upojenie, słów, które tak pięknie brzmiały w książkach.
Rozdział VI
VI
Czytała niegdyś Pawła i Wirginię i marzyła jej się chatka bambusowa,
Murzynek Domingo, pies Wierny, a nade wszystko słodka przyjaźń jakiegoś
dobrego braciszka, który zbiera czerwone owoce na drzewach wysokich jak
dzwonnice lub biegnąc boso po piasku, przynosi ci ptasie gniazdko.
Gdy skończyła trzynaście lat, ojciec sam odwiózł ją do miasta, by oddać
na pensję do klasztoru. Stanęli w gospodzie w dzielnicy Świętego
Gerwazego. Kolację podano im na malowanych talerzach przedstawiających
dzieje panny de la Valli?re. Napisy, tu i ówdzie porysowane nożem,
wysławiały pobożność, delikatność uczuć i przepych dworu.
Z początku wcale się nie nudziła w klasztorze; lubiła towarzystwo
siostrzyczek, które dla rozrywki prowadziły ją do kaplicy; długi
korytarz wiódł do niej z refektarza. Niewiele się bawiła na pauzach,
rozumiała dobrze katechizm i to ona zawsze najlepiej odpowiadała księdzu
wikaremu na trudne pytania.
Zamknięta w mdłej atmosferze klas, pośród tych bladych kobiet z mosiężnymi krzyżykami u różańca, pogrążyła się niepostrzeżenie w półśnie
pełnym mistycznej tęsknoty, która wiała z kadzideł ołtarzy, z chłodu
kropielnic, z blasku gromnic. Zamiast słuchać mszy, oglądała w książce
do nabożeństwa pobożne winietki z błękitną obwódką. Lubiła chorą
owieczkę, Przenajświętsze Serce przebite ostrymi strzałami i biednego
Jezusa, który upada pod ciężarem krzyża. Spróbowała raz dla umartwienia
nic nie jeść przez cały dzień i myślała nad tym, jaki by ślub uczynić.
U spowiedzi wynajdowała małe, urojone grzechy, żeby jak najdłużej
klęczeć w półmroku ze złożonymi rękoma, z twarzą przyciśniętą do kraty,
słuchając szeptu księdza. Porównania mistyczne o oblubieńcu, małżonku,
kochanku niebiańskim i ślubach wieczystych, które często powtarzają się
w kazaniach, budziły w głębi jej duszy nieoczekiwane słodycze.
Wieczorem przed pacierzem czytano na głos jakąś pobożną książkę. W dni
powszednie były to streszczenia Historii świętej albo Pogadanki
opata Frayssinous, a w niedzielę dla rozrywki ustępy z Ducha
chrześcijaństwa. Z jakąż chciwością słuchała po raz pierwszy
dźwięcznych skarg romantycznej melancholii, powtarzanych przez wszystkie
echa ziemi i nieba! Gdyby jej dzieciństwo upłynęło w jakimś ciemnym
zakamarku handlowej dzielnicy, duszę jej porwałby może liryczny urok
przyrody, który objawia się nam zazwyczaj dopiero w zetknięciu z dziełami pisarzy. Ale zbyt dobrze znała wieś: beczenie owiec, wieczorny
udój, pługi. Oswojona ze spokojem natury, szukała w niej przeżyć
niezwykłych. Lubiła morze jedynie za jego burzliwość, a zieleń tylko
wśród ruin. Z każdej rzeczy musiała wydobyć jakąś korzyść dla siebie i odrzucała jako zbędne to wszystko, co w danej chwili nie mogło być
pokarmem dla jej serca. Mając naturę raczej uczuciową niż artystyczną,
szukała wzruszeń, a nie widoków.
Co miesiąc przychodziła na tydzień do klasztoru pewna stara panna, by
szyć i naprawiać bieliznę. Popierał ją arcybiskup, gdyż pochodziła ze
starej, szlacheckiej rodziny zrujnowanej przez rewolucję. Jadała w refektarzu z siostrzyczkami, ucinała gawędkę po posiłku i znów szła na
górę do roboty. Często pensjonarki wymykały się do niej. Umiała na
pamięć zalotne piosenki zeszłego stulecia i śpiewała je półgłosem, nie
przerywając szycia. Opowiadała ciekawe historie, znosiła plotki,
załatwiała na mieście sprawunki, a starszym pożyczała po kryjomu
powieści; zawsze miała jakąś w kieszeni fartucha i sama w wolnych
chwilach połykała ją całymi rozdziałami. Pełno tam było miłości,
kochanek, kochanków, prześladowanych dziewic mdlejących w ustronnych
altanach, pocztylionów mordowanych na każdym postoju, koni zajeżdżanych
na każdej stronicy, mrocznych borów, burzliwych serc, łez, szlochów,
pocałunków, łódek w blasku księżyca, słowików w gajach, młodzieńców
odważnych jak lwy, łagodnych jak baranki, cnotliwych, jak to się nigdy
nie zdarza, zawsze starannie ubranych i płaczących jak łzawnice. Przez
sześć miesięcy, mając piętnaście lat, Emma walała sobie ręce pyłem
starych bibliotek. Następnie, wraz z Walterem Scottem, rozmiłowała się w dawnych dziejach. Marzyła o średniowiecznych skrzyniach, rycerskich
komnatach i menestrelach. Pragnęła mieszkać w jakimś starym zamczysku,
jak te kasztelanki o wydłużonych stanikach, które pod rzeźbionym w kształcie trójliścia ostrołukiem spędzały całe dnie z łokciem na
kamiennej balustradzie, z twarzą na dłoni, wyglądając, aż zjawi się w oddali rycerz o białym pióropuszu, galopujący na karym rumaku.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki