1. Życie kurewskie
Życie kurewskie
- Każdy facet przynajmniej raz w życiu powinien zerżnąć dziwkę.
Wiśnia, ni z tego, ni z owego, odlatywał. Mówił, co wiedział, a potem
następowała cisza. Czasami odnosiłem wrażenie, że koleś gada głównie do
siebie.
Poznałem go w dniu składania przysięgi studenckiej w Auli Leopoldina.
Studiował na drugim roku i przykuwał uwagę. Dwa metry wzrostu, szeroka
klata, obcisłe, mocno zwężane ku dołowi dżinsy, skórzana ramoneska, pod
którą nie nosił nic poza grubym, złotym łańcuchem, a na nogach czarne
pikolaki numer czterdzieści dziewięć. Do tego włosy pociągnięte
brylantyną i twarz cyborga. Naprawdę trudno było w jego obecności czuć
się swobodnie.
Mówili na niego Predator. Gdy meldowałem się w pierwszym w swoim życiu
akademiku, o wdzięcznej nazwie Ul, mieszczącym się przy ulicy Traugutta
we Wrocławiu, sądziłem, że ślady krwi na ścianie pokoju to najgorsza
rzecz, jaką będę musiał oglądać tego dnia. Myliłem się. Właśnie
zasypiałem, gdy pojawił się jeden z trzech lokatorów, do których mnie
dokwaterowano. "O kurwa, Predator..." - pomyślałem. Nie wierzyłem własnym
oczom.
Widząc, że nie śpię, podszedł do mnie, wyciągnął wielką grabę na
przywitanie i rzucił krótko:
- Wiśnia.
- Wilk - odpowiedziałem, na wszelki wypadek trochę za mocno oddając
uścisk.
- Wilk, jesteś kotem - oświadczył.
Rzucił mi spojrzenie mordercy, po czym, tak jak stał - w ciuchach,
butach - walnął się na swoją pryczę i sięgnął po książkę, która leżała
pod jego łóżkiem. Ze zdziwieniem odkryłem, że czyta Zamek Franza Kafki.
Po kolejnych minutach ciszy z zadowoleniem przyjąłem fakt, że to koniec
naszego dialogu. Już zasypiałem, gdy Wiśnia palnął:
- Każdy facet przynajmniej raz w życiu powinien zerżnąć dziwkę.
Nie oderwał się przy tym od lektury.
- Dlaczego? - podjąłem, chcąc nie chcąc, temat.
- Bo to zdrowe jebanie jest. Bez zobowiązań. Oczywiście poza kasą, którą
trzeba wyłożyć. O dziewczynę musisz zadbać, inaczej jesteś palantem.
Dziwek to nie dotyczy. Tu jest odwrotnie. Jesteś palantem, jak zaczynasz
dbać, by dziwce było dobrze. Gdy walisz dziwkę, myślisz o sobie. Grę
wstępną ograniczasz do zdjęcia majtek i chuj cię obchodzi jej orgazm.
Liczysz się tylko ty, twoja przyjemność. Spuszczasz się i po sprawie.
Normalna dupa by się zbiesiła, żeś cham i prostak, ale dziwce to pasuje.
Każdy czasem potrzebuje takiego jebania. Więc dlatego, kocie, dlatego.
Właśnie wtedy polubiłem faceta. Miał odlot.
Dziesięć lat później spotkałem go w jednym z wrocławskich barów.
Uściskaliśmy się serdecznie. Wiśnia opowiadał, że po studiach mu się nie
wiodło i że był samotny, ale właśnie opijał koniec złego okresu. Poznał
cudowną kobietę, chciał się zaręczyć. Za tydzień wyjeżdżał do Warszawy,
bo złapał świetną robotę, dopiero miał zacząć żyć. Nie zaczął. Dwa
tygodnie po naszej rozmowie dostał siedem ciosów nożem w modnej
stołecznej dyskotece. Zabił go naćpany amfą małolat. Założył się z kumplami, że wystartuje do największego kozaka w klubie. Padło na
Wiśnię, choć Wiśnia kozakiem nie był. Miał dobre serce i lubił ludzi.
Tylko wyglądał, jak wyglądał.
Kwiecień już w pierwszych swoich dniach dał się poznać jako bardzo
wiosenny. Wracając z pracy, z przyjemnością obserwowałem pierwsze w tym
roku laseczki w krótkich spódniczkach, przechadzające się po
wrocławskich ulicach. Nie interesowało mnie, że pewnie większość z nich
przypłaci spacer przeziębionymi jajnikami, bo to nie mi miały w maju
odmawiać dupy. No właśnie... W kwestii dup cierpiałem na poważny deficyt.
Od czasu Promyka nie zdarzyło się w moim życiu nic pachnącego waginą.
Owszem, zawsze można było zdymać chętną na to starą, dobrą koleżankę,
ale ostatnio jakoś mi to nie pasowało. Wymagałoby słów, do których
musiałbym się zmuszać. A kłamać też nie lubię.
Uliczny korek mocno spowalniał powrót do domu, a na ulicy Traugutta
zatrzymałem się na dobre. Stałem w miejscu dobrych kilka minut, gdy
dotarło do mnie, że znam okna po mojej prawej. Kiedyś tam mieszkałem.
Natychmiast pomyślałem o Wiśni. Zapomniałem o seksualnym deficycie, bo
przed oczyma stanął mi Predator jak żywy. Uśmiechnąłem się. Ulica
ruszyła, a ja wraz z nią.
W domu otworzyłem Tourigi Nacional - czerwone, wytrawne portugalskie
wino dające konkretny posmak tanin ze względu na małą ilość soku w owocach. Właśnie smaku potrzebowałem. W żadnym razie upicia, ewentualnie
lekkiego szumu w głowie.
Popijając wino, trochę sprzątałem, słuchałem Pink Floyd i od czasu do
czasu podchodziłem do komputera, żeby pogadać z Lois. Jakiś miesiąc temu
bez żadnych głębszych intencji i nadziei poznałem tę dziewczynę w Internecie. Skomentowała opublikowany przeze mnie fragment książki, nad
którą aktualnie pracowałem, kiedy pilotażowo udostępniłem go szerszej
publiczności. Od dawna nie prowadziłem w necie rozmów z dupami, ani w celu wyrwania, ani w jakimkolwiek innym. Na zmierzające donikąd relacje
nie miałem ochoty, a podryw na pisarza, choć czasami korcił, wydawał mi
się wyjątkowo frajerski. Gdy więc po drugiej stronie zdarzyła się
kobieta zafascynowana moim piórem, nie starałem się zaraz jej tego pióra
wepchać do tyłka.
Tak było z Lois. Lubiła moje pisanie, tyle. Jej zdjęcie na fejsie wtedy
też mnie nie zainteresowało. Ot, zwykła fotka twarzy z dzióbkiem, za
którą mogła się kryć laska z nogami do samej dupy, jak i z dupą do samej
ziemi. Oceniałem ją na jakieś dwadzieścia osiem lat.
Zdziwiłem się, bo mówiła z sensem. Nasza pierwsza rozmowa skończyła się
około pierwszej w nocy, co zauważyłem dopiero po jej zakończeniu.
Tknięty ciekawością zaprosiłem Lois do znajomych. Nie odpowiedziała
natychmiast, czego się spodziewałem. Najwidoczniej wcześniej wylogowała
się z portalu.
Następnego ranka ugotowałem w tygielku kawę i rozbudzając nią umysł,
zajrzałem na fejsa. Z uśmiechem odnotowałem, że Lois przyjęła
zaproszenie. Przejrzałem kilka ostatnich postów dziewczyny. Fragmenty
wierszy i linki do ciekawych stron utwierdziły mnie w przekonaniu, że
mam do czynienia z kimś dojrzałym. Wszedłem w zdjęcia. Kawa ulała mi się
na brodę, bo patrząc na fotografie dziewczyny, siorbnąłem nieświadomie
sporą ilość wrzątku z kubka i poparzyłem sobie wargi. Lois była
rewelacyjna. Figury nie mogłem ocenić, zdjęcia nie pokazywały całej
sylwetki, ale pokazywały dość. Długie, falowane, zadbane włosy, ciemna
oprawa dużych oczu, lekko pucołowate policzki, urocze dołeczki w uśmiechu i sam uśmiech, który uszlachetniał rysy. Miała idealnie
wykrojone usta i mądre spojrzenie. Tylko że było jeszcze coś. Mogła mieć
najwyżej dwadzieścia pięć lat. Zbity z tropu, przejrzałem profil
dokładniej. Dwadzieścia trzy. Natychmiast wylogowałem się z fejsa.
- Nie dla psa kiełbasa, Wilk - rzuciłem. Zaraz jednak dodałem ku
pokrzepieniu: - Na bank ma grubą dupę, inaczej tak skrzętnie by jej nie
ukrywała.
Tak naprawdę nie bolało mnie jakoś szczególnie, że ta kiełbasa nie dla
mnie. Jasne, wyjątkowa uroda młodej dziewczyny kręciła, ale w taki sam
sposób poruszała mnie piękna kobieta na płótnie czy fotografii
utalentowanego artysty. Lois mieszkała w Berlinie, była niemal nieletnia
i jej zainteresowanie mną przypominało moje zainteresowanie twórcą
Tytusa, Romka i A'Tomka, Henrykiem Jerzym Chmielewskim, zwanym Papciem
Chmielem. Czyli było, owszem, spore, ale przecież za chuja bym Papciowi
nie obciągnął.
Wbrew moim przewidywaniom wirtualna znajomość z Lois nie urwała się po
kilku rozmowach. Stała się za to, zupełnie naturalnie i jednocześnie
niespodziewanie, częścią dnia powszedniego. Lois lubiła banały w stylu
"Jak Ci minął dzień, Wilku?". Nieco mnie drażniły, ale z czasem je
zaakceptowałem. I szybko przyzwyczaiłem się do miłej świadomości faktu,
że gdzieś daleko, a zarazem blisko, jest Lois. W okresie gdy potrzeba
pierdolenia dla pierdolenia uleciała, a potrzeba kontaktu i rozmowy z kobietą wprost przeciwnie pojawienie się Lois zadziałało zbawiennie,
może wręcz terapeutycznie dla mojej samotności. Zaprzyjaźniliśmy się.
Wirtualnie, ale szczerze.
W butelce pokazało się dno, a Lois się zmyła. Postanowiłem skręcić
blanta. Szukałem kostki haszyszu, którą widziałem ostatnio na parapecie,
gdy w ręce wpadła mi dziwna wizytówka - całą jej treścią był numer
telefonu zapisany złotymi literami na białym tle. Długo obracałem ją w palcach, usiłując sobie przypomnieć, jak do mnie trafiła.
Siedziałem wtedy na piwie z Hermolem, starym kumplem z rodzinnego
Mordoru, z którym w czasach liceum tworzyliśmy thrashową kapelę. W Casa
de la Musica właśnie rozpoczynały się kubańskie tańce, gdy podeszła do
nas świetna dupa. Blondynka, koło trzydziestki, ze sporymi cyckami,
mocno eksponowanymi przez bluzkę typu gorset, oraz kosmicznie długimi
nogami wydłużonymi dodatkowo przez wysokie szpilki i elastyczne dżinsy
dokładnie opinające ciało. Oparła się o bar i bez skrępowania rzuciła do
nas:
- Postawicie drinka?
- Nie ma problemu, ale jak ci tego drinka postawię, to pewnie będziemy
musieli jeszcze porozmawiać - odparłem.
- A co? Macie problemy z wysławianiem się? - Wybuchnęła sztucznym
śmiechem. - Jestem z koleżanką, we czwórkę znajdziemy pewnie jakieś
interesujące tematy - rzuciła, kierując spojrzenie na siedzącą przy
stoliku kobietę.
Tak podobną do niej, że w pierwszej chwili pomyślałem, że to siostry.
Dopiero po kilku sekundach obserwacji zrozumiałem, że łączy je co
innego. Obie były kurwami.
- Problem nie w rozmowie. Problem w tym, że tak dla nas, jak i dla was
rozmowa będzie stratą czasu. Mój kolega - tu wskazałem głową Hermola -
jest nieco upośledzony. Kocha swoją żonę. Taka jebana przypadłość,
której zresztą bardzo mu zazdroszczę. Nie żony, chociaż rzeczywiście
fajna, ale tej miłości. Więc on, jak go znam, na bank nigdzie z wami nie
pójdzie. Dobrze prawię, Hermol?
- Bardzo dobrze prawisz, Wilk - potwierdził Hermol, podnosząc browar do
ust.
- A ja, śliczna - ciągnąłem - jestem tu z nim. I nie mam ochoty tego
zmieniać. Zresztą nawet gdybym był sam, to też trudno by nam się było
porozumieć.
Zaciekawiłem ją.
- Dlaczego niby?
- Taki czas, piękna. Długo by opowiadać. Po prostu spóźniłaś się dla
mnie, czy też ja dla ciebie, o dobrych kilka lat.
- Nie staje ci, czy co?
Przyglądałem się jej chwilę. Miała niegłupi wyraz twarzy. I pewnie była
niegłupia, jeżeli można tak powiedzieć o jakiejkolwiek kobiecie
zarabiającej na chleb pizdą.
- Idź już. - Całym sobą dałem jej do zrozumienia, że zakończyłem
rozmowę.
Poszła.
Tego wieczoru, jak podczas każdego innego spędzanego z Hermolem, dobrze
się gadało i jeszcze lepiej piło. Dwie godziny później trudno było mi
utrzymać pion w drodze do kibla. Wychodząc z toalety, zatoczyłem się i potrąciłem kobietę. Przeprosiłem i rozpoznałem w niej blond kurwę.
- Jak się bawisz? - Uśmiechnęła się.
Mrugnąłem do niej i bez słowa skierowałem się w kierunku kumpla.
Przepychałem się przez tłum, gdy nagle poczułem na ramieniu dłoń. Znowu
ona. Usiłowała przekrzyczeć głośną muzykę. Przystanąłem. Byłem już
naprawdę mocno pijany. Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy, jednak chwilę
to trwało, bo przerwaliśmy, dopiero gdy podszedł do mnie Hermol i zarządził zmianę lokalu.
Ocknąłem się rankiem w Wilczkowie. Leżałem w pełnym umundurowaniu w łóżku, razem z Hermolem. W kieszeni spodni wymacałem wizytówkę z numerem
telefonu. Rzuciłem ją na parapet, gdzie standardowo gromadziłem
wszystkie drobiazgi, dla których nie znajdywałem lepszego miejsca.
Portugalskie wino się skończyło, dochodziła północ, a na stole leżał
tekturowy prostokąt. Moje myśli wędrowały w wielu kierunkach. Pewnie
dlatego przypomniałem sobie głos z zaświatów: "Każdy facet przynajmniej
raz w życiu powinien zerżnąć dziwkę". W sumie nie pasowało mi tylko
jedno słowo. Raz.
Wziąłem do ręki telefon.
- Cześć. Nie za późno dzwonię?
Okazało się, że wręcz przeciwnie. Chwilę tłumaczyłem, skąd się znamy. Co
dziwne, pamiętała. Albo kłamała, że pamięta, bo w sumie dla kurwy nie
jest ważne, kto dzwoni, ale że dzwoni w ogóle.
Godzinę później taksówka parkowała na Krzykach, przed eleganckim
apartamentowcem. Dziewczyna, która otworzyła drzwi, wyglądała świetnie.
Tak jak to zapamiętałem z klubu. W szpilkach była wyższa ode mnie. Na
szczęście także o połowę szczuplejsza. No i te nogi. Kurewsko długie.
Alkohol, trawa, potrzeba chwili oraz wizja, że kurewskie nogi rozkładają
się przede mną, wywołały przyjemne mrowienie w kroczu. Momentalnie
olałem moralitet na temat pierdolenia kurew, już tylko chciałem
pierdolić i już.
- Chcesz wódki? - zapytała.
- Nie masz wina?
- Klient wymagający. - Roześmiała się, a potem wyjęła z oszklonej szafki
butelkę. - Wisisz mi za nie dodatkowe sto złotych.
Spojrzałem na etykietkę. Szmata nie zapłaciła więcej niż dwadzieścia
pięć złotych. Pragnąłem jednak jej dupy, więc się zgodziłem. Dodatkowa
stówa za całą noc jebania ekskluzywnej dziwki nie zmieniała znacząco
wydatków na ten wieczór. Wino natomiast było wskazane, bo na specjalnie
ciekawy dialog nie liczyłem, a jebać zamierzałem długo.
- Mam tylko jedną prośbę. Możesz podać mi to wino rozebrana?
Bez mrugnięcia okiem podniosła się z fotela. Najpierw rozpięła guziki
bluzki. Nie zdjęła jej jednak. Popatrzyła mi pewnie w oczy, uśmiechnęła
się i zwilżyła językiem i tak świecące od pomadki usta. Potem powoli
rozpięła dżinsy i zsunęła je z bioder, ud, kolan. Zatrzymały się na
szpilkach. Odwróciła się do mnie tyłem, wykonując idealny skłon w przód.
Dłuższą chwilę pozbywała się bucików. Wciśnięte w jej dokładnie ogoloną
cipkę stringi, sporych rozmiarów dupa, wcięcie w talii i długie nogi
robiły robotę.
Stanęła przede mną kompletnie naga. Musiałem przyznać, że także jej
cycki, choć wypełnione silikonem, są świetne. Podała mi sporej wielkości
kielich wypełniony czerwonym winem.
- Naprawdę dobre wino - stwierdziłem z zaskoczeniem i pomyślałem, że
przecież nigdzie mi się nie śpieszy. - Usiądź. Wino lubi słowa.
Opadła na fotel naprzeciwko mnie. Sobie również nalała.
- Z tym, że mam prośbę... - Mój wzrok padł na zdjęte przez nią szpilki.
- Wiem - przerwała mi.
Uśmiechając się, sięgnęła po buty, żeby wsunąć w nie stopy.
Czyli kojarzyła prawidłowo.
- Dobra jesteś, cholera, dobra - mruknąłem z zadowoleniem.
- Bez przesady... - Zmrużyła oczy. - Jak się pozna kilku z was, to zna się
praktycznie wszystkich, a nie będę ci makaronu na uszy nawijać, że
właśnie debiutuję na kurewskiej scenie. Już na studiach się tym
zajmowałam, a studia skończyłam dawno temu.
Znów się roześmiała. Naturalnie, miło. Była wesołą kurwą.
- To o czym porozmawiamy? - Podniosła do ust wielki kielich, nie
przejmując się tym, że jest naga, a ja ubrany.
- A o czym chcesz?
- Politykę lubię. Studiowałam politologię.
- Pięć lat studiów, a zostałaś przy tym, co szkół nie wymagało?
Chciałbym poznać twoją historię.
- Historia jakich wiele. - Wzruszyła ramionami. - Nic ciekawego.
- Pozwól, że ja to ocenię.
- OK. Ty płacisz.
- Płacę. Dlatego przyłóż się. Tak teraz, jak i potem.
Naga dziwka rozsiadła się wygodniej na swoim okrągłym, obitym miłą dla
oka czerwienią fotelu, napiła się wina i przeszła do opowieści.
- Kiedy zaczynałam, to właściwie jeszcze nie byłam studentką, a nawet
nie miałam studiów w planach. Przyjechałam do Wrocławia jako
szesnastolatka, w wakacje. Lepsza ławka na Dworcu Głównym we Wrocławiu
niż łóżko w rodzinnym domu, tyle że odwiedzane przez ojczyma... Po kilku
nocach na peronie zrozumiałam, co powinnam zrobić. Chciałam zaoszczędzić
parę groszy, żeby wyjechać gdzieś na Zachód. Pierwsze tygodnie to była
miazga. Ruchano mnie często, płacono rzadko, jak to wakacyjnej mewce
działającej na własną rękę. Poznałam chłopaka. Właściwie alfonsa.
Zresztą sama nie wiem, czy najpierw był moim chłopakiem, czy alfonsem,
to było prawie dwadzieścia lat temu.
- Masz trzydzieści pięć lat? - przerwałem jej ze zdziwieniem.
- Trzydzieści sześć. - Uśmiechnęła się. - A wracając do opowieści...
Klientów miałam codziennie, a po pracy dymał mnie alfons. To znaczy mój
chłopak. Pieniądze, które zaczęłam zarabiać, wydawały mi się wtedy
ogromne, szybko uzależniłam się od ich wydawania. A jak się
przyzwyczaisz, to potem trudno bez tego żyć. Młode dziewczyny lubią
perfumy, sukienki, dyskotekę. Nie byłam inna. Po dwóch latach wycierania
dupą Wrocławia coś mnie tknęło. Zrobiłam maturę, zaczęłam studia,
próbowałam wszystko zmienić. Szczęściem mój chłopak poszedł siedzieć. Bo
dwie roboty miał. Gdy nie był alfonsem, kradł. Wydawało mi się, że się
uwolniłam. Zaraz po magisterce zaczęłam pracę w urzędzie miejskim. Niby
z sensem, ale po opłaceniu wynajmowanego mieszkania forsy z wypłaty
starczało na góra dwa tygodnie. Więc znów zaczęłam dorabiać na boku.
Przestałam myśleć o wyjeździe, chciałam kupić własne mieszkanie. Pewnego
razu umówiłam się na noc z kolegą z urzędu. Przypadek, chujowy
przypadek. Przeczytał mój anons w gazecie i zadzwonił. Pamiętam jego
minę, gdy stanął w drzwiach mojego mieszkania... Zaprosiłam go do środka,
bo było za późno, żeby grać nieporozumienie. Porozmawialiśmy. Wydawał
się miły i bardziej skrępowany ode mnie. Taki chudy pokurcz, jakich
pełno w państwówkach za biurkiem. Opowiadał o żonie, o małżeństwie,
które jest farsą, i o rozwodzie, o który na razie nie występuje ze
względu na dzieci. Takie tam typowe dyrdymały... Dałam mu, ale pieniędzy
nie wzięłam, idiotka. Uroiłam sobie, że jak mu nie policzę, to mnie
polubi i będzie milczał. Nie przewidziałam jednego. Że za dobrze mu
dałam... Zakochał się... W pracy robił maślane oczy, a po pracy odwiedzał
mnie pod różnymi pretekstami. Kolejnego dymania mu jednak nie
zafundowałam. Zbywałam go, nie odbierałam telefonu, nie otwierałam
drzwi. A on, jak większość miękkich gamoni w takiej sytuacji, pogrążał
się w rozpaczy. Sterczał praktycznie codziennie pod moim domem. W końcu
zrozumiał, że nic z tego nie będzie, no i znienawidził mnie. Pewnie
odrzucenie przez kurwę uznał za wyjątkowo upokarzające. Książę w zdartych mokasynach z supermarketu i kurtce z second-handu, kurwa jego
mać. Dla sporej części mężczyzn istnieją tylko dwa rodzaje kobiet.
Królewna i dziwka. Z tym że zazwyczaj królewna staje się dziwką... W moim
przypadku było odwrotnie, ale na samym końcu podzieliłam los innych
kobiet. Jakiś czas później dostałam SMS-a. Nie, nie od niego. Nie wiem
od kogo. Frajer w zemście rozgadał wszystko w urzędzie. Poszło w eter,
musiałam się zwolnić. Nie będę ściemniać, że potem szukałam pracy.
Miałam dość biedowania. Wyszłam na ulicę. Kurwą zostaje się na całe
życie... I tyle, podobało się?
Nie odpowiedziałem. Pomyślałem, że to prosta, dobra i być może warta
zapamiętania historia, ale przyznać, że mi się podoba, to jakby
zachwycić się łuną ognia nad bombardowanym miastem. Zresztą gdyby każda
kurwa miała historię godną wykorzystania przez pisarza, półki bibliotek
uginałyby się pod ciężarem kurewskich opowieści.
Siedzieliśmy tak chwilę, fotel w fotel, popijając wino. Patrzenie na tę
kobietę było przyjemnością samą w sobie. Jednak nie po to tu
przyszedłem.
- No dobra... Uklęknij ładnie...
Podniosłem się z fotela, zrobiłem krok w przód, a ona posłusznie
uklękła. Wprawnym ruchem ust, uśmiechając się przy tym do mnie oczami,
założyła gumę na mojego chuja, a potem zaczęła mi obciągać.
Jej twarz była zrobiona. Najbardziej usta, napompowane niczym u ryby z rodziny glonojadów. Na ulicy bym się z nią nie pokazał, ale w zaciszu
jednoosobowego burdelu mi pasowała. Chwyciłem za długie blond włosy
związane w koński ogon, pociągnąłem ku górze.
- Coś nie tak? - zapytała, podnosząc się z kolan.
- Przeciwnie. Wszystko bardzo tak. Uklęknij tyłem do mnie. Rozstaw
dłonie szeroko na podłodze i wypnij się.
- Eee... - wyjąkała.
Nie dałem jej szansy na popis krasomówstwa.
- Nie myśl. Rób.
I zrobiła. Cudownie wyglądały jej długie ramiona, jej nogi rozstawione
szeroko na parkiecie, jej opuszczona nisko głowa i zadarta w górę dupa z wyeksponowaną specjalnie dla mnie cipką. Chwilę się przyglądałem. Czegoś
mi w tym obrazie brakowało. Podszedłem i rozpuściłem jej jasne włosy.
Cofnąłem się dwa kroki i biorąc do ręki kieliszek, znów chwilę patrzyłem
na swoje dzieło. Uznałem, że teraz obraz jest doskonały. Pociągnąłem
wina, odłożyłem szkło na stół i przykucając, wszedłem w nią jednym
ruchem. Waliłem mocno i nie żałowałem silnych klapsów. Szybko poczułem,
że nie wytrzymam. Uprzedziłem dziwkę.
- Nie mam zamiaru kombinować. Spuszczę się...
- Jak to? Już?!
- Jakiś problem? Nie bzykałem w chuj i ciut, a męczyć się dla twej
wątpliwej przyjemności nie mam zamiaru. Po prostu dasz mi chwilę, a potem pokażesz cały swój dziwkarski kunszt i postawisz go znów do pionu.
Coś ci nie pasuje?
- Dobrze! - krzyknęła, sprawiając wrażenie kobiety bliskiej orgazmu.
Jej udawany orgazm mi wisiał. Mój był krótki, mało intensywny, a że
pierwszy od dawna to niemal bolesny i wyjątkowo obfity. Przyszło mi
nawet do głowy, że guma może nie wytrzymać ciśnienia, ale przypomniałem
sobie, ile wody można wpompować w prezerwatywę, by potem rzucać nią w ludzi z czternastego piętra akademika Kredka.
Łącznie pieprzenie nie trwało dłużej niż kilka minut. Opadłem na
kobietę, przyciskając twarz do jej nagich pleców. Mój wzrok przykuł
tatuaż na prawej łopatce. Przedstawiał anioła ze złamanymi skrzydłami.
- Nie martw się - odezwała się dziwka. - To się zdarza. Zaraz temu
zaradzę.
Nie chciało mi się tłumaczyć, że kompletnie się nie martwię. Że mam w dupie to, co ona sądzi. Była dziwką i chuj z nią oraz z jej "jak powinno
być". Co innego zwróciło moją uwagę. Zapach jej skóry. Niby niemożliwe,
ale poczułem smród dziesiątków takich jak ja.
Zepchnęła mnie z siebie, wstała i dolała sobie wina.
- Daj mi sekundę, muszę się napić. Tyłek piecze mnie jak cholera. Ciężką
masz rękę.
Otworzyłem oczy i popatrzyłem w sufit. W połączeniu ścian dostrzegłem
brud. W kilku miejscach odpadał tynk...
- Zaraz się za ciebie zabieram, panie szybki - zachichotała dziwka.
- Nie trzeba. To by było na tyle. Zamówię taksówkę.
- Ej, no co ty! Nie spinaj się. Zaraz zrobię wszystko, czego potrzebuje
twój mały.
- Nie. To koniec.
- Wiem, jak to jest. Myślisz, że już nie możesz, ale zaufaj mi, możesz.
Zostaw sprawę w moich rękach, a raczej ustach.
Podniosłem się z podłogi, wciągnąłem slipy na tyłek, napiłem się wina i patrząc dziwce w oczy, powtórzyłem:
- Nie, dzięki. To był twój dobry dzień. Ładna kasa za trzy minuty pracy
i piętnaście rozmowy. Ja miałem swoje trzy minuty i w sumie dobrą
opowieść. Po głębszym zastanowieniu stwierdzam, że to drugie było warte
wydanych u ciebie pieniędzy, więc nie musisz mieć wyrzutów sumienia.
Żadne z nas nic więcej od siebie nie potrzebuje, ani dostać więcej nie
może.
Wracałem do Wilczkowa, tępo wpatrując się w mijane za szybą taksówki
obrazy. Nie wiem, co puszczał taksiarz, ale w mojej głowie rozlegała się
muzyka Rycha Pei.
Oto życie kurewskie, które tak często przeklinasz,
oto życie kurewskie, w którym tak często przeginasz,
oto życie kurewskie, życie kurewskie,
za to życie kurewskie miej do siebie pretensje.
Pretensje miałem, ale wyrzutów sumienia z powodu kurwy już nie. Kurwy
były i będą, a ja nikogo nie oszukiwałem. Poza sobą, oczywiście.
W domu wylądowałem plus minus trzecia. Byłem zmęczony, ale kotłujące się
w głowie myśli nie pozwalały spać. Wrzuciłem pod igłę Comę w nadziei, że
zgodnie z tytułem płyty uda mi się wyjść z mroku. Z zasłuchania wyrwał
mnie dźwięk dochodzący z laptopa.
"Nie śpisz?" - pytała z fejsa Lois.
"Jakoś nie mogę" - odpisałem.
"Akurat wróciłam z imprezy i pomyślałam, że się odezwę".
"Dobrze pomyślałaś".
"Jak Ci minął wieczór, Wilk? Co robiłeś?"
Odpowiedź: "Byłem na kurwach" nie padła. Pomimo tego, że Lois była
ogarniętą kobietą i znała moje mroczne strony, nie miałem odwagi brukać
jej czystego, młodego umysłu. Wymyśliłem coś, płynnie zmieniając temat.
"Wiesz, że rozmawiamy już pięćdziesiąt sześć dni?" - zapytała.
Roześmiałem się.
"Liczysz to?"
"Nie dorabiaj do tego ideologii, Wilk :-) Piłam dziś wódkę ze znajomymi
i szczerze mówiąc, trochę się nudziłam. Pomyślałam o Tobie. Bo nawet jak
rozmawiamy o niczym, to się nie nudzę. I z ciekawości przeglądnęłam
fejsa. Zaczepiłeś mnie prawie dwa miesiące temu".
"I nadal nie wiem, czy nie masz wielkiej dupy :-)".
"Ma to dla Ciebie jakieś znaczenie? Nie sądzę".
"W sumie nie ma. Miałoby, gdybyśmy planowali się spotkać. Ale nie
planujemy. Bo nie planujemy?"
Ostanie pytanie dopisałem z nadzieją.
"Nie planujemy, Wilk :-)".
"A dlaczego? Chodzi Ci o mój wiek, Lois?"
"Nie bądź niedorzeczny. Wiem, ile masz lat. Tylko rok mniej niż mój
ojciec".
"Małpa!"
"Takie są fakty, Wilk. Nie umówiłabym się z Tobą, ale nie z powodu
Twojego wieku".
"Rozwiń temat".
"Z powodu twoich oczekiwań. Są zbyt odległe od moich. Trochę Cię znam.
Rozmawiamy już dość długo, czytałam Cię, Wilk, ze zrozumieniem. Jesteś
świetnym facetem. Interesującym. Mistrzem bajery :-) Jesteś też zepsutą
moralnie jednostką. Maszynką do jebania. Nie wyobrażam sobie siebie w roli Twojego materaca. Któregoś z kolei. Dlatego, Wilk".
"Nie lubisz seksu?"
"Sądzę, że lubię. A Ty, Wilk, nie świruj. Seks nie ma z tym mimo pozorów
nic wspólnego. Wiesz dobrze, o czym mówię. Nie muszę Ci tłumaczyć".
Nie musiała. Nie proponowałem jej randki. Podskórnie i od początku
czułem, że to bez sensu. Choć sama rozmowa z nią powodowała wzwód.
Wyjąłem piwo z lodówki. Gdy svijany cudownie spieniało się w szklanicy,
coś kazało mi zadać Lois pytanie.
"Byłaś kiedyś w poważniejszym związku?"
Okno dialogu komunikatora dłuższą chwilę ziało pustką. Lois musiała
zastanowić się nad odpowiedzią.
"Byłam. Trwał trochę ponad dwa lata. Na randki natomiast, jeżeli o to
też pytasz, umawiałam się wiele razy".
"Kiedy ostatnio?"
"To przesłuchanie?"
"Nie. Po prostu rozmawiamy na tyle często, że pozwoliłem sobie zapytać.
Masz dwadzieścia trzy lata..."
"No i? Twoim zdaniem powinnam mieć kutasów w dupie więcej niż par butów
w szafie? Życie nie kręci się tylko wokół seksu, Wilk. Przynajmniej nie
moje, bo Twoje najprawdopodobniej tak".
"Lois, bez nerwów, proszę. Poza tym nie wspominałem o dupie, ale miło
wiedzieć, że to lubisz :-)".
"Świnia! :-) Najzwyklejsza świnia! Wilk, ja Cię ostatni raz proszę, nie
wkręcaj się w szczegóły, bo to niezdrowe dla Ciebie, a krępujące dla
mnie".
Nie wkręcałem się więc. Przeszliśmy na inne tematy, konkretnie na
Chopina. Lois tak jak i ja bardzo lubiła Frycka.
Zasypiałem bez uczucia samotności. Jak zawsze po rozmowie z tą
dziewczyną.
2. Zegarmistrz światła
Zegarmistrz światła
Opierałem się ramieniem o framugę szeroko otwartych drzwi tarasowych,
trzymając w dłoni kielich mocno schłodzonego traminera i przyglądając
się niekoszonemu od zimy trawnikowi. Wysokie na przeszło pół metra
trawsko zdawało się wołać rozpaczliwie: "Skoś mnie, Wilk, skoś! Proszę!
Naprawdę tego potrzebuję!".
- Wal się, suko - mruknąłem, rozsiadając się wygodnie na drewnianej
ławeczce przed domem.
Wystawiłem twarz ku słońcu i pociągnąłem z kielicha chłodną, przyjemnie
cierpką ciecz. Zbliżał się termin operacji. Dziwne, ale im było bliżej,
tym rzadziej o tym myślałem. Do wszystkiego można się przyzwyczaić.
Z zadumy wyrwał mnie dźwięk Symphony of Destruction. Ktoś dzwonił.
- Jak żyjesz, Wilk? Sorki, że dawno się nie odzywałam, ale trochę mnie
po świecie nosiło. Sprawę mam. - Usłyszałem.
Zarówno głos, jak i numer telefonu, który pokazał się na wyświetlaczu
smartfona, były dla mnie enigmą.
- Super - odparłem. - A jak ty, dziewczynko, masz na imię?
Moja rozmówczyni roześmiała się perliście.
- Jesteś niezmienny, Wilk. Naja, kojarzysz, staruszku?
- O, witaj, młoda. - Szczerze się ucieszyłem. - Co u ciebie?
- Jak mówiłam, mam sprawę. Albo raczej prośbę.
- Nawijaj.
- Potrzebuję chwili oddechu. Coś się skończyło i nim zacznie się coś
nowego, muszę sobie w głowie wszystko poukładać. Wilczków nadałby się do
tego idealnie.
Milczałem, zastanawiając się nad odpowiedzią.
- Ale żebyś miał jasność, Wilk. - Naja jakby wyczuła moje wahanie. - Ja
niczego od ciebie nie chcę. Po prostu jesteś jedyną osobą, która mnie
dziś zrozumie, a do tego daruje sobie pytania. Teraz potrzebuję
przystani, a na później plan już mam. Tylko to za miesiąc, może dwa...
- Kiedy chcesz się u mnie zjawić?
- W poniedziałek.
- Który?
- Ten najbliższy. Za trzy dni.
Chwilę składałem sens dialogu w całość, by w końcu stwierdzić:
- Gość w dom, Bóg w dom.
- Naprawdę to nie problem, Wilk? Żadna kobieta mnie na łyso nie ogoli,
jak się za trzy dni zwalę do ciebie z tobołami?
- Bez obaw, Naja. Sytuacja pod tym względem u mnie stabilna.
Pożegnaliśmy się. Pomimo sympatii, jaką mniej więcej pięć lat temu
darzyłem tę młódkę, jej przyjazd do Wilczkowa nie był dla mnie darem
niebios.
Moja samotność ewoluowała. Obecnie, szczęśliwie wyzwolony z sercowych
cierpień, celebrowałem chwile spędzane sam na sam ze sobą. Z upływem
czasu tylko zyskiwały na wartości. Owszem, nadal lubiłem dupy wpadające
na weekendy, ale najbardziej doceniałem te, których w niedzielę nie
musiałem już oglądać. Porozmawiać mogłem sobie z Lois. Tak, życie dawało
się przeżyć i Nai do tego nie potrzebowałem. Zwłaszcza że wsadzenie jej
chuja w usta w nagrodę za gościnę raczej nie wchodziło w rachubę. Nie
odmówiłem tylko dlatego, że byłem przyjacielem wszystkich kobiet, które
kiedyś pierdoliłem. No, prawie wszystkich. Mentalne suki dostawały bana.
Dokładnie w chwili, w której zobaczyłem w butelce dno, wpadł sąsiad. Z lekką obawą zaproponowałem mu kufel lokalnej Górki z Sobótki. Obawa
wynikała z doświadczenia. Wspólne piwo z sąsiadem przeważnie kończyło
się zgonem. Jego zawsze, moim często.
Dzisiaj jednak nie miałem się o co martwić. Dawida męczył gigantyczny
kac po szaleństwie, na które pozwolił sobie podczas nieobecności żony.
Wyjechała z dziećmi gdzieś do znajomych, a on korzystał. Wszystko co
dobre, ma jednak swój koniec, więc znowu wszedł w rolę statecznego ojca
i męża, oczekując powrotu familii w doprowadzonym do porządku domostwie.
Obiecał, że tym razem nic się nam spod kontroli nie wymknie. Zrobiliśmy
po trzy małe górki na łeb. Uznałem, że wystarczy, i zasygnalizowałem to
gościowi jak najdelikatniej. Dopił piwo, wstał i podał mi rękę na
pożegnanie. Wtedy w kieszeni jego spodni zaterkotał telefon.
- Że jak?! - Wściekł się natychmiast. - Ale jacy, kurwa, rodzice!? Co
mnie to, do chuja, obchodzi?! Miałaś być dzisiaj!
Osobiście nie postrzegałem tej sytuacji tak źle jak kolega. Po prostu
zyskał dodatkowy dzień wolnego. Podzieliłem się z nim tą uwagą, gdy
skończył rozmowę.
- Miała wrócić, to wrócić powinna - uciął. - Dasz jeszcze browara?
Dałem. Wypił, a przy ostatnim łyku popatrzył na mnie uważnie.
- Pierdolniem?
- Ale co? - Nie zrozumiałem.
- Ścieżkę.
Nie czekając na odpowiedź, nerwowo grzebał po kieszeniach, by wyciągnąć
woreczek ze sporą białą grudą.
- Ja odpadam - stwierdziłem stanowczo. - Chcę jeszcze dziś popisać. I jutro rano. A jak jebnę, to z pisania nici. Więc nie.
- A ja pisać nie mam zamiaru. - Dawid się roześmiał. - Ani dzisiaj, ani
jutro.
Za pomocą leżącej na stole karty kredytowej doprowadził białą grudę do
konsystencji mąki, odciął mniej więcej jedną piątą proszku i uformował
dwie pięciocentymetrowe ścieżki. Następnie zwinął w rulon wyciągnięty z kieszeni banknot i spojrzał na mnie jeszcze raz.
- Na pewno nie?
- Na pewno.
Kokaina opuściła stół, by trafić wprost do nosa Dawida i przez śluzówkę
dostać się do jego krwiobiegu. Źrenice sąsiada zabłyszczały, choć
jeszcze nie z powodu działania narkotyku. To był odruch bezwarunkowy,
jak u psów Pawłowa. Zwilżonym piwem palcem Dawid wyczyścił sobie nos.
- Kurwa, mleko w proszku do tego dosypują? Oddychać się nie da.
Naładowany i niewidzący we mnie kompana na ten wieczór, postanowił się
pożegnać.
- Jak mnie wkurwiła, jebana blać. U starych sobie została...
Wolałem nie wnikać.
Kiedy zostałem sam, zaparzyłem zieloną herbatę i zasiadłem do pisania.
Koło trzeciej w nocy, wpatrując się w litery na ekranie laptopa,
zrozumiałem, że są już gówno warte i położyłem się spać. Do pisania
miałem wrócić rano.
Obudziłem się bardzo wcześnie, bo słońce nie dotarło jeszcze do okien od
strony tarasu. Wiedziałem jednak, że ze spania już nici. Wstałem i delektując się smakiem kawy, zapatrzyłem się w pola zasiane rzepakiem.
Zanuciłem piosenkę, parafrazując Nosowską stosownie do sytuacji.
Kawa gorąca, skończył się mrok,
A pod piórem ciągle nic.
Obowiązek obowiązkiem jest,
Książka to życie, a życie powinno posiadać tekst.
Gdyby chociaż mucha zjawiła się,
Mógłbym ją zabić, a później to opisać...
Przerwałem poranne pienia, dostrzegając dziwne poruszenie przed domem
sąsiada. Z daleka rozpoznałem siostrę i rodziców Dawida. Niby normalny
widok, ale wszyscy troje zachowywali się przedziwnie. Krzyczeli jedno
przez drugie, machali rękami, na zmianę wbiegając i wybiegając z domu.
Postanowiłem sprawdzić, co się dzieje. Narzuciłem szlafrok na nagie
ciało i z kubkiem kawy w dłoniach podreptałem w tamtym kierunku. Dawid
siedział nieruchomo na progu. Nakrytą rękami głowę opierał na kolanach.
Wiedziałem już, że nie jest dobrze, nie wiedziałem jeszcze tylko
dlaczego. Przywitałem się z rodzicami sąsiada. Beata, jego siostra, na
mój widok uśmiechnęła się półgębkiem.
- Wilk, kurwa, nie uwierzysz, co mój brat debil nawyprawiał!
- Mnie również miło cię widzieć, Beatko. - Zerknąłem na jej kształtny
tyłek.
- Wejdź do środka - westchnęła.
Wszedłem, mijając siedzącego na progu Dawida, który nawet nie
odpowiedział na przywitanie. W salonie zrozumiałem, co się stało.
Popękany telewizor LCD na ścianie, rozbita szyba kominka, kilka dziur w rigipsie powstałych ewidentnie wskutek kopnięć i uderzeń pięścią oraz tu
i ówdzie ślady krwi. Nie było wątpliwości - Dawidowi odpierdoliło. Nie
pierwszy raz, choć tej nocy wyjątkowo przesadził z imprezowaniem.
Zawróciłem. Rodzice winowajcy i Beata kłócili się nie wiadomo czemu ze
sobą. Klapnąłem na progu obok imprezowicza.
- Przegiąłeś.
- Rozwiedzie się ze mną.
Znałem historię małżeństwa kolegi, więc nie zaprzeczyłem.
- Prawdopodobne. Ale nie na sto procent. Wiele razy chciała się
wyprowadzić, więc może i tym razem ci się uda.
- Nie uda. Dzwoniłem do niej w nocy. Kilka razy. Dałem jej wycisk.
- A tak swoją drogą, to co za imprezę zmontowałeś? Z kim balowałeś?
- Z nikim, kurwa. Sam byłem.
Chwilę milczałem.
- Czyli co? Siedziałeś sobie skoksowany i nagle postanowiłeś rozjebać
dom?
- Mniej więcej - mruknął Dawid.
Znowu zamilkłem.
- Kiedy wraca szanowna małżonka? - zapytałem wreszcie.
- Mówiła, że po kolacji u rodziców. Nie daruje mi tego, kurwa!
- Znaczy plus minus dwudziesta pierwsza. - Zacząłem główkować.
- Może. Jakie to ma znaczenie? Jak zobaczy ten syf, zrobi awanturę, a potem spakuje walizy i wyprowadzi się do starych. Jak amen w pacierzu.
- Chyba że jak przyjedzie, wszystko będzie git - odparłem.
- Jak git? Wilk, kurwa, jak git? Widziałeś salon?
- Jest taki jeden koleś, ma ksywę Gościu, a ja mam na niego namiar. -
Zignorowałem histerię Dawida. - Facet na twój problem. Wiem, bo byłem
kiedyś na imprezie, gdzie sprawy wymknęły się spod kontroli. Gość
zajechał i dał radę. A uwierz, miał co robić.
Dawid ożywił się.
- Więc jest szansa, Wilk?
- Z tego co widziałem, ściany da się załatać, pomalować się zdąży, szyba
w kominku to sprawa do ogarnięcia, a na drugi telewizor kogo jak kogo,
ale ciebie stać.
Dawid podniósł głowę z kolan.
- Sądzisz?
- Wiem. Im szybciej zaczniesz działać, tym łatwiej unikniesz rozwodu.
- A jak stara zapyta o świeżą farbę?
- Powiesz, że wpadłem do ciebie z winem i korkociągu nie mogłem znaleźć,
więc odbijałem korek przez ręcznik o ścianę. Nie dość, że dziurę
zrobiłem, to jeszcze flacha pękła. A ja rękę rozwaliłem. Uderzę do was w niedzielę zabandażowany, z bukietem kwiatów na przeprosiny i będzie po
sprawie. Uwierzy. Przecież wiadomo, że jestem największym pojebem we
wsi.
- Wkurwi się na ciebie, Wilk...
- Bez urazy, Dawid, to akurat mi wisi.
Około trzynastej, kiedy właśnie rozmyślałem nad kolejnym rozdziałem
książki, usłyszałem warkot silnika. Po dźwięku rozpoznałem, że to nie
ścigacz któregoś z miejscowych, tylko coś godnego uwagi. Wyjrzałem przez
kuchenne okno. Przed domem dostojnie przejeżdżał facet na błyszczącym
harleyu. Mniej więcej w moim wieku, dżinsach, czarnej skórzanej kurtce i z bandanką na głowie. Gościu.
Godzinę później przed domem Dawida zaparkował mały bus z napisem "Serwis
budowlano-remontowy 24 h". Trzech facetów zaczęło z niego wyładowywać
narzędzia i materiały budowlane.
Przed wieczorem wyrzuty sumienia spowodowane kilkudniową sportową
abstynencją pognały mnie na siłownię. Dałem sobie wycisk, więc po
powrocie nagrodziłem się stekiem z jagnięciny, do której przygotowałem
tzatziki. Z ogórkiem, kozim jogurtem i sporą ilością czosnku. Kieliszek
wytrawnego czerwońca też się znalazł.
Po posiłku spaliłem blanta, gapiąc się w rzepak. Powinienem był wreszcie
zacząć pisać, ale wciąż nie ruszałem się z miejsca. Błogi stan przerwało
nagłe pojawienie się Dawida. Nie byłem z tego powodu szczęśliwy, ale
rozumiejąc, że ciężki dzień za nim, zaproponowałem kieliszek wina.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki