PANNA NA NIEDŹWIEDZIU
Dawne to, dawne czasy.
Książę Polski, Mieszko I, miał córkę Świętosławę. Gdy dzieweczce tej było lat piętnaście, wydał ją Mieszko za mąż za króla duńskiego.
Przez Bałtyk, morze głębokie, morze dalekie, pojechała polska księżniczka do Danii, do swej nowej ojczyzny. A ziemię tę od wschodu, od zachodu i od północy fale morskie oblewają. A nad ziemią tą północne wichry szumią, deszcze i mgły częściej ją odwiedzają aniżeli słońce.
Smutno z początku tam było Świętosławie. Tyle aby miała radości, co z dwórkami polskimi w mowie ojczystej się ugwarzała i piosenki polskie śpiewała. A gdy nikt z dworzan duńskich tego nie widział, to i bawiła się jak dziecko: z dwórkami biegała po ogrodzie, ciskała na palik kółkami wiklinowymi i kukiełki ze szmatek stroiła.
Toć miała dopiero piętnaście lat.
Przyszedł na świat syn. Kanutem go nazwano. Wyrósł z niego wojownik śmiały, rycerz i zdobywca.
Młodym jeszcze był, a już Wielkim go nazwano. Zawojował wyspę sąsiednią i państwo brytyjskie na niej założył.
Lata mijały.
Już Świętosława umarła. Wieść o tym do brata jej, do króla Polski, Bolka Chrobrego, przesłano.
I znów lata mijały.
Już i Kanutowi Wielkiemu na śmierć się zbiera. Przywołał więc do łoża syna Swenona, córkę Klotyldę i mówi im:
- Dwoje was aby zostawiam i sprawiedliwie między was oboje spuściznę swoją chcę podzielić. Ty, Swenonie, zostaniesz władcą na ziemiach Danii i Brytanii. A tobie, córko, zostawiam w dziedzictwie me skrzynie w skarbcu. Są tam złote kielichy i złote łańcuchy, sznury pereł i korali, pierścienie i zapiny. A diamentów, szafirów, rubinów i szmaragdów mnogość tam taka, że garncami można je mierzyć. - I mocnym głosem umierający Kanut dopowiada: - Przykazuję ci, Swenonie, wszystko ze skarbca siostrze we wianie oddać.
*
Do pięknej, do bogatej królewny zjeżdżają dziewosłęby od królewiczów, od książąt, od wielmożów.
Ale Swenon wszystkich z niczym odprawia. Nie spieszno mu wydawać siostrę za mąż, nie spieszno mu ze skarbca skrzynie wyciągać i w świat za siostrą je wysyłać.
Aż myśl straszną, myśl zbrodnicza do serca mu się zakrada.
"Pozbędę się Klotyldy. Wszystkimi skrzyniami w skarbcu sam zawładnę".
Zawołał sługę takiego, o którym wiedział, że każdy jego rozkaz spełni, a gdy mu każe o czymś milczeć, to będzie milczał jak głaz.
A był tam przy zamku królewskim wielki drzewieniec. W drzewieńcu tym w skałach wykute były groty, w grotach hodowano dzikie zwierzęta. W jednej z tych grot trzymano niedźwiedzia przed rokiem w puszczy złowionego - olbrzyma niebywałej siły i wielkości.
Wezwał Swenon sługę za pieniądze wszystko spełnić gotowego i szepcze mu do ucha:
- Bacz, coby niedźwiedź-olbrzym przez trzy doby nic więcej do żarcia nie dostawał, jeno korzonki a jagody. Niechaj na mięso będzie wygłodniały.
Spojrzał sługa ze zdumieniem na królewicza. Po co mu niedźwiedzia głodzić?
A Swenon tak mówi dalej:
- Królewna Klotylda co dzień o poranku po drzewiencu się przechadza. Gdy miną trzy dni, pójdziesz za nią, namówisz królewnę, aby poszła z tobą na olbrzyma-niedźwiedzia przez okienko popatrzeć. A gdy już koło groty będziecie, szybko odsuniesz zasuwę i królewnę do groty wrzucisz.
Choć z tego sługi łotr był nad łotrami i za pieniądze wszystko gotów był zrobić, przecie aż się skurczył od tego rozkazu.
Królewna miała czternaście lat, była piękna, wesoła i dobra. I ma ją wrzucić niedźwiedziowi na pożarcie!
Spojrzał z przerażeniem na okrutnego królewicza, westchnął i powlókł się rozkaz spełnić.
Czwartego dnia, jak królewna rano pobiegła do drzewieńca - tak i nie wróciła z niego. Przepadła.
Zaczął się w zamku gwałt i poszukiwania.
Gdy nastał drugi świt, Swenon sądząc, że królewna dawno już przez niedźwiedza została rozszarpana i zjedzona, mówi obłudnie:
- Może królewna sama ciszkiem do puszczy na łowy się wybrała? Może tam się jej jakowaś zła przygoda zdarzyła? Pojadę jej szukać.
Wpadł do komnaty Klotyldy, porwał jej sukienkę, buciki, chusteczkę, ukrył to pod kaftanem, na konia wskoczył i do puszczy pognał.
Tam ubił zająca, jego krwią sukienkę, buciki i chusteczkę królewny zbroczył i do zamku przycwałował z wielkim krzykiem:
- Gorze nam, gorze! Królewnę w puszczy dzikie zwierzęta rozszarpały! Tyle aby po niej zostało!
I zakrwawione szmatki, i zbroczone krwią buciki po trawie rozrzuca, ludziom ukazuje.
Zaraz też rozesłał gońców w cztery strony swego królestwa, aby rycerstwo, aby wielmożów na zamek londyński, na ucztę pogrzebową spraszali.
Przysposobiono ucztę, zjechali zaproszeni goście.
A tymczasem...
Gdy sługa królewnę do jamy wepchnął, zaraz przyskoczył tam marucha, ciekawy - co to?
Obszedł królewnę, obwąchał. Mrrr... mrrr... poznaje. To te ręce, które mu tu często przynoszą przysmak nad przysmaki: plaster miodu. Obwąchał niedźwiedź ręce królewny, polizał je i spokojnie obok nóg królewny się położył.
Dozorca dostał teraz rozkaz karmienia niedźwiedzia jak poprzednio, przed postem. Więc przez otwór w sklepieniu wrzucano mu znów co dzień kawały mięsa, pęki korzonków i wsypywano jagody.
Klotylda korzonkami i jagodami żywiła się i czekała, i wierzyła.
Gdy goście do uczty zasiedli, skinął Swenon na sługę, któremu przed paru tygodniami kazał ten niecny czyn wykonać, i szepcze mu do ucha:
- Idźże do jamy i popatrz, czy tam jaka szmatka po królewnie się nie wala. Uprzątnij. Może goście będą mieli wolę zwierzęta nasze w grotach obejrzeć?
Poszedł sługa. Zasuwy odmyka, do jamy wchodzi a tam... królewna żywa i cała klęczy i modli się, a niedźwiedź przy niej leży i mruczy.
- Wielki Boże! - wrzasnął sługa i z jamy wypadł, ani pamiętając, aby drzwi zasunąć.
Siedzą goście za stołami, jedzą, piją, o wyprawach wojennych gwarzą. Słudzy roznoszą misy z mięsiwem, dzbany z winem, kosze z owocami.
Pod ścianami na ławach najemne płaczki jęczą i płaczą po królewnie. Szaty na sobie z żałości drą, włosy z żałości targają.
Nagle ktoś mocno zakołatał wejściowymi drzwiami.
- Hej, otworzyć tam! -woła Swenon. - Gość zapóźnióny, prosić go tutaj!
Skoczył sługa, wielki wrzeciądz odsunął, ciężkie podwoje rozwarł i... zatoczył się pod ścianę z przerażenia.
W otwarte drzwi wpycha się niedźwiedź-olbrzym. Na niedźwiedziu królewna! Szata na niej długa, włosy na ramiona rozczesane, obie ręce ku górze dziękczynnie wzniesione.
Człap, człap... skrobią pazury o kamienną podłogę. Człap, człap... wkracza do sali biesiadnej olbrzym-marucha.
Porwali się goście z miejsc i tak śmiertelna cisza zaległa izbę, że słychać było trzepot listka na gałązce za oknem.
Pierwszy ocknął się Swenon... postąpił kilka kroków naprzód i w skrusze jak długi runął na ziemię przed niedźwiedziem.
*
Klotylda wyszła za mąż za księcia Lotaryngii.
Miała siedmiu synów. Prawnukowie ich w wyprawach rycerskich rozeszli się po całej Europie. Niektórzy z nich osiedlili się w Polsce. A wszyscy za swój znak rodowy przybrali "pannę na niedźwiedziu", które to godło Rawiczem nazwano.
Któryś z potomków Klotyldy założył miasteczko Czupidłowo i godło swe na jego ratuszu polecił zawiesić.