Pan Twardowski. Poemat w XVIII pieśniach - Lucjan Rydel

Kup ebooka

3.50 zł
3.01 zł (3,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I. W OJCOWSKIM DWORKU.

 

W Skrzypnie, wśród zapadłej wioski,

Żył sobie szlachcic gołota;

Zwał się Imci Pan Twardowski.

Bieda do niego z za płota

Zaglądała nieraz w gości:

Ledwie stało na chleb boski

I wszystkim było wiadomo,

Że i w święto szlachcic pości.

Nizki dworek, szyty słomą,

Skrawek pola, szkapiąt para,

Oto całe jego włości;

Ryngraf złoty, szabla stara

Ponad łóżkiem Jegomości,

Proste ławy, stół kulawy,

Oto całe ruchomości.

Ale wesół był chudzina

 

I jak mógł, odganiał troski;

Jeno gdy spojrzał na syna,

Na swojego jedynaka,

Zasępiał się pan Twardowski

I rzedła mu gęsta mina;

Wzdychał z cicha: "Panie Chryste,

Czemuż u mnie bieda taka?!"

I od łez miał oczy mgliste.

A synalek co dzień z rana

Chadzać musiał o pół mili

Na naukę do plebana.

I nie próżno głowę sili:

Czyta gładko po łacinie,

Wie kto Seneka, Wergili,

A nawet na pergaminie

Litery wyciąga cudnie.

Łatwe, widno, miał pojęcie.

Lecz do domu na południe

Powróciwszy, dla zabawki

Psami koty szczuł zawzięcie,

Albo też po sadach z procy

Strzelał gawrony i kawki.

Tak mu schodził czas do nocy.

 

Lat piętnaście miał już Janek,

Gdy raz, jakoś na jesieni,

Zaszedł proboszcz w odwiedziny.

Ojciec wybiegł aż przed ganek,

Kłaniał się w progu i w sieni,

Aż w końcu wyszli do sadu.

Stary wyniósł piwa dzbanek,

Zasiedli oba pod gruszą

I z proboszczem, gadu, gadu.

Janek, choć stał na uboczu,

Zgadł, że o nim radzić muszą,

Bo go nie spuszczali z oczu.

Gdy skończyła się rozmowa,

Ojciec woła go i gada:

- "Pójdziesz mi Waść do Krakowa

I wstąpisz na Akademię.

Tać jest księdza proboszczowa,

- Za którą podziękuj - rada.

Ucz się, boś nie bity w ciemię,

Będą z ciebie ludzie z czasem!"

 

W tydzień po rozmowie owej,

Był Jaś do drogi gotowy:

Inkaust i piórnik za pasem,

 

Żupan z ojca przerobiony,

Lecz wyglądał niby nowy;

Na głowie miał czapkę z piórkiem,

Żółte ciżmy i przez ramię

Tłomoczek, związany sznurkiem.

Stary dał mu w garść dukata,

Zrobił nad nim krzyża znamię...

I poszedł Janek do świata.

 

ROZDZIAŁ III. DZIEJE UBOGIEGO ŻAKA.

 

Skoro wszedł pomiędzy żaki

Został z początku "beanem".

Bean - wiecie, kto to taki?

W Akademii owem mianem

Nowo przybyły się zowie.

Niech się w cierpliwość uzbraja,

Czekają go dziwne próby!

Janka przechodziło mrowie,

Gdy swywolna żaków zgraja

Dzikie płatała z nim psoty:

Wsadzili go na pień gruby,

Kołki ciosali na głowie

I złocili żółtkiem z jaja,

"Bo to głowa do pozłoty";

Machali drewnianym mieczem

I porwawszy go w obroty,

 

Wrzask podnieśli: "Łeb usieczem!

Gdzie jest kat? Dawać tu kata!"

Nie skończyły się swywole,

Póki nie zmienił dukata

I nie kupił piwa kadzi.

Odtąd już miał spokój w szkole

I wszyscy byli mu radzi.

 

Janek garnął się do świata,

Ambitna była zeń sztuka

I głowę nie od parady

Miał na karku, więc nauka,

Jak po maśle, szła mu gładko.

Pilnie chadzał na wykłady

Do Krakowskiej Akademii,

Gdzie Mistrz Marcin z czarną łatką

Uczył chemii i alchemii

I doskonalił szkolarze

W gwiazdarstwa sztuce zawiłej.

- Gdy w południe na zegarze

Godzina była dwunasta

Wówczas kończył Mistrz uczony

I szedł krzepić swoje siły.

Ze wszystkich kościołów miasta

 

Wszystkie wraz krakowskie dzwony

Sercami ze spiżu biły,

A trębacz z Maryackiej wieży

Trąbił w cztery świata strony.

Wysypywał się wesoło

Z Akademii rój młodzieży

I długo jeszcze przed szkołą

Swywoli ten tłum i hasa.

Z krzykliwej onej gromady

Zwolna rozchodzą się żaki,

Każdy z garnuszkiem u pasa,

I do mieszczan na obiady

Ciągnie żaczek jaki taki.

 

Twardowski u pewnej wdowy,

Co z bogactwa była znana,

Miał codzień obiad gotowy

W domu na Kleparskim Rynku,

Podle świętego Florjana.

Przychodził i stawał w sieni,

A wdowa: - "Bóg z tobą synku,

Pewnieś głodny, pożywże się,

Naści barszczu, z chleba skórkę,

Do garnuszka zraz pieczeni..."

 

Ledwie rzekła - miskę niesie

I przed Twardowskim ją stawia.

Miała jedynaczkę córkę,

Dziewczyna to była gładka,

Ale pyszna gorzej pawia

I drapieżna gorzej żbika.

Za latami płyną latka,

Lecz każdego zalotnika

Z gniewem, z drwinką precz odprawia.

Narzekała na nią matka,

Córka dogryzała starej,

Wieczne kwasy i grymasy,

Dąsy, fochy, płacze swary.

A żak dumał sobie z cicha:

- "Oj szkoda tej Nety, szkoda,

Co za foremna uroda!

Lecz przytem ta złość, ta pycha!

Hej ty koląca stokrótko,

Mężczyzną jestem - u licha! -

Umiałbym cię trzymać krótko,

Byłabyś wzorem kobiety!"

Tak sobie Twardowski wzdycha.

Patrząc na urodę Nety.

 

ROZDZIAŁ II. PRZYBYCIE DO KRAKOWA.

 

Jak tam było w tej podróży,

I jak długo szedł piechotą,

I którędy - mniejsza o to.

Dość, że świata kawał duży

Przewędrował, zanim w końcu

Ujrzał Kraków: łuną złotą

Grały wieże, dachy, mury,

A nad miastem zamek w słońcu

Świecił błyszczącemi ściany

Na grzbiecie wawelskiej góry

I spozierał w nurt wiślany.

Więc do miasta szedł chłopczyna;

Idąc przez ludne ulice

Pyta o Mistrza Marcina,

Bo list miał doń od plebana.

Wskazano mu kamienicę,

 

Wszedł - w sieni krata kowana

W kwiaty, ptaszki i w iglice.

We drzwi zapukał dębowe...

Nic... Minęła długa chwila...

Janek powtórnie kołata;

Zamek zgrzytnął i połowę

Drzwi powoli ktoś uchyla.

Janek widzi łysą głowę,

Pod łysiną twarz pyzata,

Jedno oko patrzy, zdrowe,

A na drugiem czarna łata.

- "No, i kogóż Waść tu szuka?"

- "List mam do Mistrza Marcina."

- "Zobaczymy - Mistrz odmruka -

Wejdź!" - schowała się łysina...

Wszedł. Mroczna była komnata,

Sklepienie w niej, jak w kościele;

U potężnego komina

Banie, lejki, rurki, słoje,

Gnaty dziwne i piszczele

I straszne, wypchane ptaki,

Wszędzie pergaminów zwoje,

Ksiąg olbrzymich bardzo wiele,

Tablice z tajnymi znaki...

 

Przy pulpicie, w czarnej todze

Siedział Mistrz Marcin u stoła

I pozierał jednem okiem.

Janek, onieśmielon srodze,

Z uszanowaniem głębokiem

Dał list, nie mówiąc nic zgoła.

Mistrz otworzył list i czyta,

A chłopiec patrzy dokoła,

Na przeróżne one dziwa,

To ukradkiem, z za pulpita,

Na onego personata,

Co łysiną kiwa, kiwa

I list jednem okiem czyta.

Skończył. - I oko i łata

Podniosły się na chłopaka;

Milczał Mistrz Marcin czas długi

I rzekł: "Potrzeba mi żaka

Do pomocy i usługi;

Mała rzecz: zamieść mieszkanie,

Nanosić wody i drewek,

Za to Waść stancyę dostanie

I w potrzebie przyodziewek.

Na collegia czas swobodny

Daję. Quod attinet strawy,

 

To nie będziesz tutaj głodny:

Na studentów lud łaskawy,

Kup jeno łyżkę, garnuszek,

Suto wyżywi cię Kraków.

- Tu dłonią klepnął się w brzuszek -

Tak żyją tysiące żaków!"

..............

Zgodził się więc za pacholę,

Ale nie zasypiał gruszek,

Ucząc się w Krakowskiej Szkole.

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Na okładce: Włodzimierz Tetmajer (1862-1923), Ilustracja do "Pana Twardowskiego" (1923),

licencja public domain, źródło: https://pl.wikisource.org/wiki/Plik:Pan_Twardowski_(Rydel)_rys.4.jpg,

Plik rozpoznano jako wolny od znanych ograniczeń praw autorskich,

włącznie z prawami zależnymi i pokrewnymi.

 

Tekst wg edycji:

LUCYAN RYDEL

PAN TWARDOWSKI

POEMAT W XVIII. PIEŚNIACH

NAKŁADEM KSIĘGARNI S. A. KRZYŻANOWSKIEGO

KRAKÓW 1923.

Zachowano oryginalną pisownię.

 

? Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-981-2