Rozdział drugi
Ferrari 410 - Na spotkanie przygody - Tajemnica dziwnego wehikułu - Autostopowiczka - Samochodem po Wiśle - Genialny wujek Gromiłło - Ciechocinek - Pożegnanie z Teresą
Przez pięć dni stał na strzeżonym parkingu, szczelnie okryty nieprzemakalną brezentową płachtą. Znajdował się wśród nowoczesnych aut o wspaniałych kształtach i lśniącej karoserii, lecz nikt - poza kierownikiem parkingu - nie domyślał się nawet, jak koszmarnie brzydką larwę kryje ów brezent. W tym czasie w Wydziale Komunikacji zarejestrowałem wehikuł na swoje nazwisko, określając w dowodzie rejestracyjnym typ mojego pojazdu jako "sam" konstrukcji inżyniera Stefana Gromiłły. Dokonałem także wielu przygotowań związanych z oczekującym mnie urlopem, a przede wszystkim zrobiłem kilka zakupów, do czego przydały się pieniądze uzyskane za garaż w Krakowie. "Sam" wuja Gromiłły otrzymał radio. Kupiłem nowoczesny, piękny weekendowy namiot z wielkimi oknami i werandą.
Pewnego wieczoru zdjąłem z "sama" brezentową płachtę i zajechałem nim do warsztatów samochodowych.
Gdy wprowadziłem tam "sama", najpierw oczywiście powitał mnie wybuch śmiechu mechanika. Potem jednak mechanik przestał się śmiać. A stało się to po otwarciu maski mego wehikułu.
- Dwanaście cylindrów! - to był pierwszy, pełen zdumienia okrzyk mechanika.
Za nim posypały się dalsze, pełne zachwytu:
- Czy pan wie, co to za motor ma ta poczwara? Silnik najnowocześniejszego ferrari 410 Super-America. Widzi pan tę tabliczkę? To silnik od ferrari, jednego z najszybszych w świecie samochodów turystyczno-sportowych. Jego szybkość maksymalna przy przełożeniach, które tu widzę, wynosi 250 kilometrów na godzinę. Panie, to najszybszy samochód, jaki jeździ po polskich drogach! Skąd pański wuj wziął ten silnik?
Nie miałem pojęcia, skąd wuj Gromiłło zdobył silnik samochodu włoskiego ferrari 410. Okazało się zresztą, że nie tylko silnik, ale i podwozie było od tego typu wozu. Tylko karoseria, a właściwie górna obudowa wozu, została zrobiona "domowym systemem", stąd i straszliwa brzydota całego pojazdu.
- Już wiem - powiedział mechanik - pański wuj mieszkał w Krakowie, tak? Otóż czytałem w gazecie, że jakiś Włoch przed dwoma laty rozbił się na drodze do Zakopanego, jadąc zbyt szybko właśnie wozem ferrari 410. Zapewne pański wuj kupił ten rozbity samochód, odremontował silnik i dorobił sam zniszczoną karoserię.
Przegląd samochodu trwał dość długo. Dopiero o trzeciej nad ranem - przez puste ulice i pod osłoną mroku - wymknąłem się z miasta. Cały tył "sama" wypełniał sprzęt turystyczny, który zabrałem z sobą na urlop; we wnętrzu wozu cicho grało radio. Ale o wiele przyjemniej od muzyki brzmiało mi echo słów mechanika, który powiedział żegnając się ze mną:
- Zbyt mało miałem czasu, aby dokładnie spenetrować pański pojazd. Oświadczam jednak, że jest w nim wiele urządzeń, których przeznaczenia nie zdołałem wyjaśnić. Podczas podróży pański wóz sprawi panu wiele przyjemnych niespodzianek.
Pojazdem, który krył zagadki, wyruszyłem naprzeciw oczekującej mnie przygody - a byłem już pewien, że otrzymałem od niej wezwanie. Przygoda mogła mi się objawić dopiero jutro lub nawet za tydzień. Kryła się może za najbliższym zakrętem drogi lub czekała mnie u celu podróży. Ale wiedziałem: ona czeka na mnie, bo otrzymałem jej znak.
Szosa była pusta, jak to zwykle nad ranem, powleczona srebrzystym blaskiem świtu. Jechałem jednak wolno, uważnie wsłuchując się w rytm pracy silnika, przyglądając się wskazówkom zegarów i przyrządów umieszczonych przy kierownicy. Starałem się zrozumieć ów pojazd, wydawał się on istotą rozumną, posiadającą jakieś własne wewnętrzne życie. Chodziło mi o to, aby wniknąć w istotę tego życia, poznać je i nauczyć się nim kierować.
Dlaczego zamiast jednego są w nim aż dwa zegary wskazujące szybkość? Na jednym znajduje się skala od 10 do 280 kilometrów na godzinę, a na drugim - od 1 do 50 kilometrów. Do czego służy gałka tuż obok ręcznego hamulca? Wygląda to tak, jakby stanowiła rączkę jeszcze jednej skrzyni biegów, ale przecież żaden normalny samochód nie ma aż dwóch skrzyni biegów. Po co są trzy malutkie oczka tuż przy zegarze wskazującym temperaturę w chłodnicy? Oto nagle jedno z tych oczek zamrugało do mnie zielonym światełkiem, a po chwili zabłysło jeszcze jedno - pomarańczowe, potem zgasły obydwa i zapaliło się oczko czerwone... Dokąd prowadzi ta niebieska nitka instalacji elektrycznej, wybiegająca jakby od klaksonu? Po jakie licho w tylnej zagraconej części samochodu znajduje się dziwaczny wiatraczek i kotwica? Tak, zwykła kotwica... Czyżby pojazd ten naprawdę zdolny był poruszać się po wodzie?
W wehikule wuja Gromiłły był także przedmiot po prostu komiczny. Tuż nad szybkościomierzami tkwiła nieduża, drewniana, pomalowana na czarno figurka śmiesznego diabełka, który miał otwarte usta i szklane oczy. Ilekroć włączałem prawy kierunkowskaz, prawe oczko diabełka rozbłyskiwało pomarańczowym światłem i mrugało do mnie filuternie. Lewe oczko mrugało, gdy włączałem lewy kierunkowskaz. Przy naciśnięciu pedału hamulca zapalała się czerwona lampka w otwartej gębie diabełka i wydawało się, że diabeł pokazuje mi czerwony język. A gdy strzałka na szybkościomierzu przekraczała liczbę sto dwadzieścia - diabełek poczynał wahadłowo kręcić głową, jakby wyrażając swoją dezaprobatę dla tak wielkiej szybkości i jakby ostrzegając: "Uważaj, kolego, przy takiej szybkości łatwo o nieszczęście".
Tak więc podczas jazdy ciągle w tym pojeździe coś mrugało do kierowcy, jakby ostrzegało go i pouczało. Mogło się wydawać, że podczas jazdy samochód po prostu rozmawia z kierowcą. Było to zabawne i przyjemne, choć z początku miałem wrażenie, że rozprasza to trochę uwagę. Później, gdy przyzwyczaiłem się do znaków dawanych mi przez wehikuł, pojąłem, iż właśnie one wzmagają moją czujność. A wówczas z wdzięcznością i szacunkiem pomyślałem o wuju Gromille, niedocenionym wynalazcy. Wyznaję, że po kilku godzinach jazdy twarz diabełka poczynała w mej wyobraźni upodabniać się do twarzy wuja. Tak samo przecież filuternie przymrużał oko, gdy do kogoś przemawiał lub gdy zdradzał tajemnice swego kolejnego wynalazku, miał tak samo długi, haczykowaty nos i pociągłą, prawie trójkątną twarz.
Trzydzieści kilometrów przed Włocławkiem napotkałem młodą dziewczynę w spodniach i czerwonej koszuli. Szosa biegła tu przez środek lasu, dziewczyna stała na pustej drodze i machała chusteczką. Stanąłem, a wówczas wyciągnęła do mnie książeczkę autostopu.
- Podwiezie mnie pan do Ciechocinka? - spytała.
Nie zdążyłem odpowiedzieć. Zza krzaków obrastających rowy po obydwu stronach drogi wyskoczyła na szosę zgraja chłopaków, poprzebieranych najdziwaczniej w różnego rodzaju kolorowe ciuchy. Bractwo to otoczyło "sama" zwartą gromadą i poczęło się na nim sadowić.
- Hola, panowie - zawołałem oburzony - przecież chyba widzicie, że mój pojazd to nie autobus PKS-u? Jedną osobę mogę zabrać, ale nikogo więcej. Na tył wozu proszę nie wchodzić, ponieważ jadę z dużą szybkością i może ktoś spaść.
Niechętnie poczęli złazić z wehikułu. Teraz, gdy zrozumieli, że nie zabiorę ich z sobą, odkryli pokraczny wygląd mojego pojazdu.
- Ale kometa! - wołali zaśmiewając się. - Kometa Halleya. Strach na wróble. Nie żartuj pan, że z tego można spaść. Ten pański żółw nie robi więcej niż dwadzieścia kilometrów na godzinę. I pewnie od czasu do czasu musisz pan go popychać.
- Ja zaś dziękuję za zaproszenie. Pojadę - rzekła dziewczyna i otworzyła drzwiczki "sama". Zadowolona, uśmiechnięta usadowiła się obok mnie. Chłopakom bardzo się to nie podobało. Zaczęli ją namawiać, żeby wysiadła i pozostała z nimi.
- Nie wygłupiaj się, Teresa! - wołali. - Przecież chyba nie zostawisz nas tutaj? Z tobą było weselej. Poczekaj trochę, trafi się jakiś porządny wóz i zabierze nas wszystkich.
Jakiś dowcipniś wsadził głowę do samochodu i krzyknął:
- Teresa, wysiądź, jeśli ci życie miłe! Przecież ten samochód tak wygląda, jakby za chwilę miał wylecieć w powietrze.
Dziewczyna machnęła ręką.
- Cześć, chłopaki, mnie się śpieszy. Do widzenia. - I poprosiła, żebym ruszył.
- Nie puścimy Teresy. Trzymajcie z tyłu ten wóz, to nie ruszy z miejsca. Nie puścimy go, aż Teresa wysiądzie.
Kilkunastu chłopaków uczepiło się z tyłu mojego wehikułu. "A to ci historia" - pomyślałem włączając pierwszy bieg. Wolno popuszczałem pedał sprzęgła i dodawałem gazu. Kilkunastu chłopaków uczepiło się samochodu, a on jakby tego nie odczuł. Ruszył z miejsca bez najmniejszego wysiłku i kilkunastu chłopaków zostało na pustej szosie w środku lasu.
Dziewczyna była brzydka, ruda i bardzo piegowata. Wygodnie usadowiła się na fotelu i powiedziała:
- Pozostawiłam ich, bo się zachowywali coraz gorzej. Już wstyd mi było należeć do ich grupy. Większość to chłopaki z naszej budy, ale po drodze przyłączyło się do nas trochę takiej zbieraniny. Przeklinali jak zbóje, dziś rano kurę ukradli z zagrody pod lasem. Postanowiłam przy pierwszej sposobności odczepić się od nich. W Ciechocinku przebywa na urlopie moja ciotka. Posiedzę u niej kilka dni, a potem znowu ruszę dalej autostopem.
- Ile pani ma lat? - spytałem.
- Szesnaście, a bo co?
- Rodzice pozwolili pani podróżować autostopem? Nie wiem, czy byliby zachwyceni, gdyby, podobnie jak ja, zobaczyli panią na czele tej zgrai w lesie.
- Eeee, austriackie gadanie - powiedziała wzruszając ramionami. - Pewnie, że nie byliby zadowoleni. Rodzice to myślą, że ja już dawno jestem u ciotki w Ciechocinku. Miałam jechać do niej koleją, ale wolałam autostopem. Najpierw zabrał nas w drogę samochód ciężarowy. Przenocowaliśmy w stodole u rolnika, klawo było, śpiewaliśmy do dwunastej w nocy. Potem jechaliśmy na przyczepie z drzewem, którą ciągnął traktor do tartaku. A teraz pan się nawinął. Do Ciechocinka chyba już niedaleko?
- Owszem - skinąłem głową. - A śniadanie dziś panienka jadła?
- Nie. Kury nie starczyło dla wszystkich, a zresztą nie chciałam jej jeść, bo kradziona.
We Włocławku zatrzymałem się przed kawiarnią i zaprosiłem dziewczynę na śniadanie. Gdy wyszliśmy z kawiarni, przekonaliśmy się, że mój "sam", jak się należało spodziewać, wywołał zbiegowisko. Otaczała go gromada dzieciarni i kilkunastu wyrostków. Rozpoczęły się drwiny, szyderstwa - ale byłem już do nich przyzwyczajony. "Że też ludzie nie mogą wymyślić jakichś bardziej oryginalnych przezwisk dla mojego auta" - pomyślałem, ponieważ znowu wykrzykiwano, że to pojazd "z Księżyca", "z Marsa" itd.
- Wygląda pan na inteligentnego człowieka - stwierdziła dziewczyna - ale samochód to ma pan rzeczywiście okropny.
Zatrzymałem "sama".
- Jeśli się pani nie podoba mój pojazd, to może pani wysiądzie.
- O Boże - zawołała - ależ z pana syn obraźnika. O byle co pan się gniewa. No dobra, niech będzie, że to najpiękniejszy samochód na świecie.
- Nie jest piękny, przyznaję - powiedziałem - ale ma bardzo wiele innych zalet.
Przez jakiś czas jechaliśmy w milczeniu. Byłem rzeczywiście obrażony na tę dziewczynę. Nie dość, że okazałem jej grzeczność zabierając ją w lesie, nie dość, że zafundowałem jej śniadanie, to jeszcze zamiast być wdzięczna, wydziwia na mój samochód...
Dzień był bezchmurny, upalny, od rozgrzanej nawierzchni szosy bił żar. Za Nieszawą droga zbliżyła się do Wisły, przyjemnie powiało chłodem i kwaśnym zapachem wody.
- Może się wykąpiemy? - zaproponowała Teresa.
- Umie pani pływać?
- Ba, pewnie, że umiem.
- To zdradliwa rzeka - powiedziałem. - Natomiast umyć się w niej można. Tam w tyle wozu jest neseser z mydłem, leży w nim także ręcznik.
- Uważa pan, że jestem brudna?
- No, rąk nie ma pani zbyt czystych - zauważyłem.
To była prawda. Miała brudne ręce, brudną twarz, co spostrzegłem, gdy jedliśmy śniadanie. Nie powiedziałem jej jednak tego, ponieważ nie chciałem być niegrzeczny. Ale teraz, skoro ona nie żałowała sobie złośliwości pod adresem mojego wehikułu, nie widziałem powodu, aby ją oszczędzać.
Zarumieniła się, posłusznie sięgnęła po neseser z mydłem i ręcznikiem. Zjechałem z szosy aż na sam brzeg rzeki, który w tym miejscu był bardzo niski. Koła samochodu zatrzymały się tuż przy wodzie.
Dziewczyna zakasała rękawy swojej kolorowej koszuli i przyklęknęła na brzegu. Ja także wysiadłem z auta i stanąwszy nad wodą, rozglądałem się po okolicy. Pomyślałem o celu mej podróży, o zagadce, która czekała na wyjaśnienie. Uświadomiłem sobie, że o wiele łatwiej byłoby mi chyba rozwiązać ową zagadkę, gdybym potrafił znaleźć się tam nie zwróciwszy niczyjej uwagi. A właśnie z winy mego dziwacznego pojazdu natychmiast stanę się ośrodkiem zainteresowania wszystkich. Może więc pozostawić "sama" gdzieś w pobliżu celu mej podróży, w stodole jakiegoś rolnika?
Po Wiśle z prądem płynął statek. Na pokładzie brzmiała muzyka, przy burtach stali podróżni, na najwyższym pokładzie na leżakach wypoczywali wczasowicze. Obok statku mknęła szybko motorówka, pozostawiając na wodzie biały, spieniony ślad. "A gdybym tak..." - zastanawiałem się. I natychmiast sięgnąłem do bagażnika. Wyjąłem dziwaczny wiatraczek, który chyba nie był niczym innym jak małą turbiną.
Wydało mi się wprost oczywiste, że samochód wuja Gromiłły potrafi pływać. Świadczyła o tym bardzo szczelna budowa kadłuba, podobnego do czółna.
Wkrótce przekonałem się, że konstrukcja wehikułu wuja podobna była nieco do amfibii. Wiatraczek, który okazał się śrubą napędową, bez trudu udało mi się wkręcić w przygotowane do tego celu miejsce z tyłu wozu. W bagażniku znalazł się także długi kawał blachy, służący jako ster. Gałka przy ręcznym hamulcu okazała się po prostu przyśpieszaczem do jazdy po wodzie. Wystarczyło przesunąć ją wstecz, a umocowany z tyłu wiatraczek, czyli śruba, zaczynał się coraz szybciej obracać. Ilość obrotów uwidaczniała się na specjalnym zegarze.
- Co pan robi? - dopytywała się dziewczyna, przyglądając się, jak przekształcam swój samochód w motorówkę.
- Pogoda jest tak piękna, że warto popłynąć z prądem rzeki - wyjaśniłem.
- Boże drogi! - aż ręce złożyła. - Czy to możliwe, że naprawdę popłyniemy po Wiśle?
Wsunąłem się pod wóz, żeby dokładnie umocować ster. Dziewczyna przykucnęła obok "sama" i zaglądając do mnie nie przestawała pytać:
- I zabierze mnie pan na przejażdżkę po Wiśle? Ja już naprawdę nic złego nie powiem o pańskim aucie. Ono jest cudowne. Ono pewnie także i latać w powietrzu potrafi.
- Nie potrafi - odrzekłem. - Przecież pani widzi, że nie ma skrzydeł.
Zepchnęliśmy samochód do wody. Przyznaję, że gdy siadłem za kierownicą, miałem odrobinę stracha. A jeśli samochód jest dziurawy i zacznie tonąć? Pocieszałem się, że najpierw będę płynął blisko brzegu i jeśli spostrzegę, że czółno moje przecieka, zdołam dobić do lądu.
Dziewczyna usiadła. Wcisnąłem rozrusznik, który znajdował się tuż pod kierownicą steru, silnik zaskoczył. Przesunąłem gałkę przyśpieszacza, z tyłu za samochodem rozległ się plusk śruby roztrącającej wodę. "Sam" płynął po Wiśle posłuszny kierownicy sprzężonej ze sterem.
- Cudownie! Wspaniałe! - wołała dziewczyna.
Pomyślałem, że należałoby odkręcić koła i schować je do bagażnika. Pojazd mój wówczas stawiałby mniejszy opór wodzie i posuwałby się znacznie szybciej. Nie przeciekał. "Jest cudowny" - pomyślałem podobnie jak Teresa. Na wszelki wypadek trzymałem się jednak blisko brzegu.
- Pan jest genialny facet - powiedziała dziewczyna z zachwytem.
- Nie ja, tylko ten, kto zbudował ów pojazd.
- Kto? - spytała.
- Wuj Gromiłło.
- Niech żyje wuj Gromiłło! - zawołała.
- Niestety, proszę pani. Umarł. Właśnie w spadku pozostawił mi ten wehikuł.
- Dokąd pan zamierza nim jechać?
- Na urlop.
- A czy nie mógłby mnie pan zabrać ze sobą? To byłoby znacznie przyjemniejsze niż pobyt z ciotką w Ciechocinku.
- Nie, proszę pani. To nie jest bowiem zwykły urlop. Jeden z moich przyjaciół prosił mnie o wyjaśnienie pewnej zagadkowej sprawy. Obawiam się, że to nie będzie takie łatwe, napotkam duże trudności, a może i niebezpieczeństwa. Nie mam prawa pani narażać. A poza tym pani powinna, zgodnie z wolą rodziców, znaleźć się u cioci w Ciechocinku.
- A ja się chcę narażać na niebezpieczeństwo - rzekła.
- Nie - uciąłem krótko.
Zrobiła nadąsaną minę i przez długi czas nie odzywała się do mnie. Zresztą oboje zajęliśmy się obserwowaniem rzeki i jej brzegów. Wisła w tym miejscu płynęła w dolinie, jakby w niecce głębokiej, której wysokie, urwiste brzegi rozciągały się po obydwu stronach rzeki. Po prawej - wysoki brzeg porastał sosnowy las, po lewej były wzgórza pokryte uprawnymi polami; na horyzoncie malowniczo zarysował się kościółek z wysmukłą wieżą. Tuż przy samej wodzie zieleniły się łąki przegrodzone wałami przeciwpowodziowymi, a za nimi sterczały kanciaste łby starych wierzb i wysokie topole. Rzeka wydawała się ruchliwa i przez to bardzo wesoła. Od czasu do czasu pojawiały się mielizny i piaszczyste łachy, złociste i białe od wymytego przez wodę piasku. Niekiedy mijaliśmy statki pasażerskie białe jak mewy i rozbrzmiewające muzyką. Obok nas przepływały holowniki ciągnące za sobą barki załadowane faszyną. Napotykaliśmy kolorowe kajaki pełne machających wiosłami wczasowiczów. Ku swemu zadowoleniu stwierdziłem, że mój pojazd nie robił na nikim tak silnego wrażenia, jak wówczas, gdy pędził po szosie. Na wodzie był bardzo podobny do najzwyklejszej motorówki, zdawało się, że jego brzydota i dziwaczność zupełnie zniknęły.
Wkrótce rzeka uczyniła łagodny skręt i po lewej stronie ukazała się prowizoryczna przystań rzeczna, przerobiona ze starej barki, z napisem Ciechocinek. Tuż przed przystanią przybiłem do brzegu i wysadziłem dziewczynę na ląd.
- Jak się nazywa miejscowość, do której pan jedzie? - zapytała na pożegnanie.
- Antoninów nad Wisłą - powiedziałem.
- Do widzenia. Szczęśliwej drogi! - zawołała dziewczyna.
- Do widzenia - odkrzyknąłem.
Odbiłem od brzegu. Przesunąłem gałkę mocno do tyłu i stateczek mój całą siłą swego motoru począł płynąć ku środkowi rzeki. Obejrzałem się i zobaczyłem, że dziewczyna wdrapała się na wysoki wał przeciwpowodziowy i stamtąd kiwa ku mnie ręką na pożegnanie. Przycisnąłem klakson "sama", zahuczał głucho jak parostatek. Po chwili nowy zakręt rzeki zakrył Teresę przed moim wzrokiem.