Pan Samochodzik i włamywacze - Arkadiusz Niemirski

Kup ebooka

9.99 zł
7.99 zł (4,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ DRUGI

TELEFON OD BATURY, CZYLI NOWE INSTRUKCJE * REORGANIZACJA * CZY KAMILA BYŁA W "KAMERALNEJ"? * NA PERONIE DRUGIM DWORCA CENTRALNEGO * INFORMACJA POD ŁAWKA?, CZYLI DEWIANCI * LIST OD SAINT-GERMAINA * SŁÓW KILKA O SŁYNNYM HOCHSZTAPLERZE * KLUCZ DO SKRYTKI BAGAZ?OWEJ NR 1204

Na drugi dzien? odbylis?my krótka? narade? w naszym departamencie. Dzie?ki uprzejmości znajomego szefa udało sie? ustalic? zastrzeżony numer komórki, z której wysłano Baturze zdje?cie jego psa Saby. Jak się okazało, należał on do mieszkan?ca stolicy. Człowiek ten (notabene, szanowany przez swoje s?rodowisko inz?ynier, ławnik i były radny Gminy Wola) nie tylko nie zda?z?ył zawiadomic? policji o zgubie, ale nawet nie wiedział tego, z?e padł ofiarą kieszonkowca. Po prostu telefon skradziono mu dzień wcześniej. I prawdopodobnie posłuz?ono sie? nim tylko raz.

- Ten Ikar zaczyna mi działac? na nerwy - powiedziałem do szefa, gdy nasza sekretarka wniosła dwie kawy. - Miał racje? twierdząc, z?e namierzenie go nie be?dzie zadaniem łatwym. Obawiam się, że to wręcz niemożliwe. Facet sprawia wrażenie robota. Nawet w Jerzym wzbudził respekt. A teraz jedynym marzeniem Batury jest przechytrzenie cudzoziemca.

Jak na zawołanie, dosłownie po kilku sekundach zabrzęczał telefon na biurku. Dzwonił wywołany przeze mnie Batura. Pan Tomasz odruchowo wła?czył funkcje? "speaker phone", abym słyszał rozmowe?.

- Dzien? dobry, panie Tomaszu! - usłyszałem zdenerwowany głos Jerzego. - Czy jest tam Paweł? Nie dał mi numeru swojej komórki i...

- Co sie? stało? - przerwał mu szef.

- Co sie? stało? A to się stało, z?e dosłownie przed chwila? odebrałem telefon od Ikara! A właściwie słyszałem w słuchawce moją Sabę... z?eby pan słyszał jak skamlała. Ten bydlak chyba ja? głodzi! On ma nie po kolei w głowie. Na przykład wczoraj egzaminował nas z "Piety" Michała Anioła...

Szef znowu mu przerwał.

- Właśnie zastanawiamy sie? z Pawłem, czy nie zawiadomic? policji?

- Nie wolno wam tego zrobic?! - Jerzy stanowczo zaprotestował. - Mój pies... moja kochana Saba jest w niewoli. Nie mogę na to pozwolić. On gotów jej coś zrobić.

- Chyba masz racje? - mruknął pan Tomasz. - Po prostu, głos?no mys?le?. Osobiście uważam, że ten człowiek próbuje wywrzeć presję na tobie. Raczej nie zrobi żadnego głupstwa. Jesteście mu potrzebni. I chyba nie moz?e wszystkiego kontrolowac?. Nie wie na przykład tego, kim jest Paweł...

- Wczes?niej czy póz?niej ten łajdak to sprawdzi - powiedział Batura. - Oczywiście lepiej dla nas, aby dowiedział sie? o tym jak najpóz?niej. I w tym mój interes, z?eby tego dopilnowac?. Zreszta?, nie mamy czasu na rozmowy. Dostałem wiadomos?c? od niego. Mamy pójs?c? na Dworzec Centralny po pierwsze instrukcje. Ikar grozi, z?e w razie zawiadomienia policji spotka nas wielka przykros?c?. Czekam na Pawła przy kasie numer 1. Za godzine? na dworcu!

Po tych słowach Batura rozła?czył sie?.

- No to wpadła s?liwka w kompot - westchnąłem ciężko. - Czuje? na plecach dziwne mrowienie, szefie. Zdaje się, że problemy właśnie zapukały do naszych drzwi.

Jakże chciałbym się teraz uganiac? za tradycyjna? przygoda? i szukac? skarbu w Czersku nad Wisła?. Z drugiej strony, ambicja oraz ciekawość kazały mi dalej ciągnąć tę grę. I chyba tego samego zdania był pan Tomasz, gdyż ani słowem nie bąknął o rezygnacji ze śledztwa. Tylko jego mina zdradzała niepewność i zatroskanie.

- Przede wszystkim Ikar nie może się dowiedziec?, z?e pracujesz w Departamencie Ochrony Zabytków - zasępił się. - Kto wie, na co go stac? i co już wie. Jeśli jakimś cudem prześwietli twoją osobe?, wycofujemy się z gry natychmiast. Jego dotychczasowy sposób działania wskazuje, z?e mamy do czynienia z kimś niezwykle groz?nym, diabelnie przebiegłym i do bólu metodycznym. Poza tym, jeśli już wie kim jesteś, zbyt szybko nie odkryje swoich kart. A wtedy może być za późno na sensowne posunięcia.

Mimo wszystko zdecydowaliśmy, z?e na tym etapie operacji nie podejmujemy z?adnych ryzykownych czy nerwowych działań. Przede wszystkim nie zawiadamiamy policji. Po prostu czekamy na dalszy rozwój wypadków, stosując się do instrukcji Ikara.

Z nastroju pełnego konspiracji wyrwała nas Monika. Weszła do gabinetu i bez zbędnych konwenansów zapowiedziała wizytę gos?cia. Dopiero po chwili szef przypomniał sobie, z?e właśnie dzisiaj umówił sie? na rozmowe? z kandydatem do pracy w naszym skromnym departamencie.

- Nie, tylko nie to - jęknąłem zdruzgotany tą informacją. - Dzisiaj? Teraz? Nie wierzę. Znowu jako ostatni dowiaduje? sie? o reorganizacji naszego departamentu?

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

NAGŁE WEZWANIE * BATURA W MOIM FOTELU * TAJEMNICZY CUDZOZIEMIEC SZUKA WSPÓLNIKÓW * ZOSTAJE? WŁAMYWACZEM * SPOTKANIE Z IKAREM * TEST Z HISTORII SZTUKI, CZYLI "PIETA" MICHAŁA ANIOŁA * TAJEMNICZA BRUNETKA W ROGU SALI * ZDJE?CIE SABY

Pewnego lipcowego przedpołudnia byłem na tropie kolejnej zagadki z przeszłos?ci, gdy odezwała się służbowa komórka. Dzwonił szef z poleceniem natychmiastowego powrotu do naszego biura mieszczącego się w gmachu Ministerstwa Kultury i Sztuki na Krakowskim Przedmies?ciu w Warszawie.

Czersk nad Wisła? opuszczałem pełen sprzecznych uczuc?. Z jednej strony, nie lubiłem porzucać powierzonych zadań, z drugiej zaś, wyczuwalna w głosie pana Tomasza oschłos?ć - zwiastująca najczęściej kłopoty lub nową przygodę - wzbudziła we mnie ciekawos?c?. Pokonuja?c niebawem warszawskie korki, walczyłem nie tylko z upałem, ale i z domysłami dotyczącymi nagłego wezwania przez przełożonego.

Na miejscu spotkała mnie prawdziwa niespodzianka.

Kiedy zdyszany i spocony przekroczyłem próg gabinetu szefa, dosłownie zdębiałem, widząc dwóch osobników siedza?cych po obu stronach biurka. Nie wierzyłem własnym oczom. Pierwszym z nich był, oczywiście, pan Tomasz, drugim zaś... Jerzy Batura! Na mój widok przerwali rozmowę i odstawili na blat szklanki z lemoniadą.

Zamknąłem za sobą drzwi i zrobiłem krok w stronę biurka. Milczałem, wpatrując się z w niecodziennego gościa taką intensywnością, że jeszcze chwila, a wzrokiem wypaliłbym mu dziurę w jego modnej marynarce.

- Witaj, Pawle - ożywił się pan Tomasz, chociaż minę miał nietęgą.

Batura posłał mi kwaśny us?miech i rzucił jaka?s? grzecznos?ciowa? formułke?.

- Przyjmuje pan nowego do pracy? - zapytałem drwiąco szefa, nie spuszczając wzroku z Jerzego.

Dodam tylko, że nasz etatowy przeciwnik zajmował fotel, w którym to ja najczęściej przesiadywałem. I jak zwykle, zachowywał się jak prawdziwy światowiec. Jeszcze nie otrza?sna?łem sie? z szoku, gdy szef dodał:

- Niewykluczone, z?e przez kilka najbliz?szych dni be?dziemy współpracowac?.

- A mówił pan, z?e nie przyjmie juz? z?adnego nowicjusza - rzuciłem złośliwie.

Jerzy znowu się uśmiechnął, tym razem oszczędnie, i w ges?cie bezradnos?ci rozłoz?ył re?ce, jakby pragnął zaakcentowac?, z?e do przyjs?cia w nasze skromne progi zmusiła go wyłącznie siła wyz?sza, a on sam najche?tniej poleciałby na Karaiby z jaka?s? nową laleczka?. A jednak był tutaj - drań siedział w moim fotelu i nawet się nie pocił. Musiałem przyznac?, z?e w przeciwieństwie do niego prezentowałem sie? dość ubogo. Paradowałem w wytartych dz?insach i przepoconej koszulce, podczas gdy on miał na sobie lniane spodnie i lekką, kremową marynarke?. Starannie ogolony pachniał markowymi perfumami. A jego lodowato błe?kitne oczy tryskały zdrowiem i pewnos?cia? nuworysza. Ba, nawet starannie ułożone włosy tego człowieka zdawały sie? słuchac? jego cichych polecen?. Ale gdyby nawet przyszedł tutaj w porwanych portkach i nieogolony nie poprawiłby mojego nastroju.

Jerzy był złodziejem. Nie byle jakim, dodam. Uchodził za ksie?cia złodziei i przemytników dzieł sztuki w Polsce. Miał markę znawcy antyków. Dzięki znajomos?ciom w tak zwanym półświatku od pewnego czasu próbował przejąć kontrolę nad czarnym rynkiem w stolicy. Wielokrotnie trafiał za kratki, między innymi z naszej inicjatywy. Miał jednak dobrych prawników, więc szybko wychodził na wolność. I za kaz?dym razem, gdy tylko opuszczał wie?zienne mury, stawał sie? przeciwnikiem groz?niejszym i bardziej perfidnym. Z kaz?dej wpadki potrafił wycia?gna?c? wnioski na przyszłos?c?, a co za tym idzie coraz trudniej było zakuć go w okowy. Z pewnością pan Tomasz podzielał moją krytyczną opinię o nim, ale tym razem wydawał się dziwnie tolerancyjny wobec niego.

Ostatnio o Jerzym ucichło. Podobno odsiadywał dwuletni wyrok, chociaż jego obecność w murach naszej szacownej instytucji, a także wygląd i stan ducha całkowicie temu przeczyły.

Pan Tomasz głową dał znak Baturze.

- Prosze? powtórzyc? to jeszcze raz. Niech Paweł to usłyszy.

Usiadłem na krześle w rogu gabinetu obok pustego wieszaka na ubrania i w napięciu czekałem na to co ma do powiedzenia Batura. Ten, zmienił pozycję w fotelu, strzepna?ł z klapy marynarki niewidoczny pył i dopiero wtedy zacza?ł mówić.

- Dwa dni temu przyjechał do nas pewien gos?c? z Zachodu. Podobno pragnie skompletowac? tak zwaną "ekipe?". Jak się panowie domys?laja?, chodzi o jakiś skok. Tylko nie pytajcie mnie co to za włam, bo po prostu tego nie wiem. Mam jednak powody podejrzewac?, z?e cudzoziemiec jest wysłannikiem anonimowego zleceniodawcy, który w naszym kraju poluje na cos? niezwykle cennego. Rozumiecie chyba, z?e w tej sytuacji wziął górę mój patriotyzm. Nie be?dzie nas tu okradał z zabytków jakis? złodziej z Europy Zachodniej.

- Chciałes? raczej powiedziec?, z?e obcy nie be?dzie ci bruz?dził na twoim podwórku - ironizowałem. - Jak to wygla?da, z?eby obcy kradł cenne przedmioty, które ty mógłbys? ukras?c?.

Pan Tomasz natychmiast uniósł re?ke? w ges?cie pojednania.

- Spokojnie, spokojnie - skarcił mnie wzrokiem. - Daj mu dokończyć.

- Wierzy mu pan? - je?kna?łem.

- Posłuchaj, Paweł - odezwał się Batura. - Po co w ogóle przychodziłbym do was, gdyby nie wyjątkowe okoliczności? Uwierz mi, naprawdę chcę pomóc.

- Kilka razy podsyłałes? nam szpiegów - zauważyłem cierpko. - Już nie pamiętasz? Lubisz gierki, mistyfikacje, a wodzenie nas za nos to, zdaje się, twoje ulubione zajęcie. Człowieku, ty z nami nieustannie wojowałeś. Przypomnieć ci sprawę Arsena Lupina? Albo słoneczną Chorwację?

- Było minęło - odpowiedział wymijająco. - Kilka razy między nami zaiskrzyło, to fakt. Ale zapomnijmy o przeszłości. Poza tym, nie jesteście pierwszymi lepszymi, których można wyprowadzić w pole. Przez was odsiedziałem dwa wyroki. A ostatnio spędziłem samotnie w celi ponad rok.

- Ładna mi cela - prychna?łem. - Z telewizorkiem i biblioteczka?, co nie? I jak to sie? stało, z?e zredukowali ci odsiadke?? Miałes? czytac? ksia?z?ki z wie?ziennej biblioteki przez całe dwa lata.

- Zgoda, ale wpłaciłem pewną sume? na cele społeczne - us?miechna?ł sie? lodowato. - No i byłem wzorowym wie?z?niem. Przeczytałem ponad sto ksia?z?ek i...

- Dos?c? - przerwałem mu brutalnie.

Wstałem i doskoczyłem do biurka.

- Szefie, czy naprawde? musimy słuchac? ckliwych zwierzen? tego recydywisty? - zgromiłem wzrokiem zwierzchnika. - Na miłość boską, co tu jest grane? Jes?li do Polski przyjez?dz?a jakis? podejrzany typ, podzie?kujmy Jerzemu za cenną informację i idźmy na policje?. A włas?nie, Jerzy! Czemu nie poszedłes? z tymi rewelacjami na Puławska??

- Nie przepadamy za soba?.

- A my to co? - prychna?łem. - Z?yc? bez siebie nie moz?emy?

- Paweł - upomniał mnie szef i nerwowym ruchem poprawił tkwiące na nosie okulary. - Dobrze wiesz, z?e Jerzy jest ostatnim człowiekiem, z którym wypiłbym bruderszaft. Nie chciałbym nawet jechać z nim w jednym tramwaju. Wysiadłbym natychmiast na naste?pnym przystanku.

- Bez obawy, Panie Samochodzik - zaśmiał się Batura. - Jez?dz?e? najnowszym BMW.

- Skończmy już z tymi żarcikami - rzucił karcąco pan Tomasz. - A wspomnienia z dawnych lat zostawmy na inną okazję. Przejdźmy do rzeczy!

W tym miejscu przerwał i patrząc na mnie, dodał:

- Sprawa, z która? przyszedł Jerzy wydaje sie? cokolwiek wyja?tkowa. Dajmy mu szansę.

Chcąc nie chcąc, wysłuchałem opowies?ci Batury o tym jak mówia?cy po polsku z obcym akcentem me?z?czyzna pojawił sie? w pewnym stołecznym lokalu, w którym od dawna załatwiało się różne podejrzane interesy, a który od pewnego czasu stał się ulubionym miejscem spotkań ludzi należących do podwarszawskiej mafii. W każdym razie ów cudzoziemiec - prawdopodobnie pochodza?cy z Niemiec - oferował duz?e pienia?dze za wynajęcie zespołu doświadczonych włamywaczy. Rzecz jasna nie chodziło mu o zwykłych opryszków plądrujących podwarszawskie wille czy kradna?cych wszystko co popadnie, ła?cznie z dywanami i sprze?tem audiowizualnym. Cudzoziemiec szukał prawdziwych profesjonalistów w tym fachu, najwyz?szego sortu rzemies?lników, potrafiących obsługiwać nie tylko najnowszy sprze?t elektroniczny, ale także znaja?cych sie? na dziełach sztuki. Według Jerzego przybysz z Zachodu pytał właśnie o niego, tytułuja?c go "najbardziej znanym polskim handlarzem dziełami sztuki" (co na zwykły je?zyk przekładało sie? - "złodziej").

- Człowiek ten pojawi sie? w restauracji "Kameralna" w Brwinowie - kontynuował Batura. - Niebawem przyjdzie po ostateczną odpowiedz? w tej sprawie.

- I co?

- Znalazłem mu dwóch specjalistów. Jednym z nich jestem ja...

Przerwał i rozbawiony zerknął na mnie.

- A ten drugi? - zapytałem.

- To ty - wskazał mnie palcem.

Zdębiałem do reszty, przenosząc wzrok na szefa.

- Czy ja s?nie?? - wybuchnąłem gorzkim śmiechem. - Wzywa mnie pan do biura, odrywa od zagadki w Czersku, a kiedy przychodze? tutaj, widze? salonowca i przestępcę w jednej osobie, który razem z moim szefem, słynnym Panem Samochodzikiem, zmora? złodziei dzieł sztuki, opracowuje szczegółowy plan jakiegoś włamania.

Pan Tomasz zdja?ł na moment okulary i w milczeniu przetarł je fragmentem koszuli.

- Pawle - odezwał się po chwili. - Zrozum, nie wiemy, co planuje ten gość z Zachodu. A bardzo chciałbym to wiedzieć. Nie wiem dlaczego Jerzy chce nam pomóc, ale chyba warto przyjrzeć się cudzoziemcowi i dowiedziec? sie? czegos? wie?cej o jego zamiarach.

Byłem tego samego zdania, wszak sprawa wygla?dała na podejrzana? i wielce intryguja?ca?, lecz przeciez? Batury nie cierpiałem ponad wszystko. Kiedy tylko pojawiał się w zasie?gu mojego wzroku, emocje zawsze brały górę nad chłodnym mys?leniem i trzeźwą oceną sytuacji. Zresztą, byłem przekonany, że i Pan Tomasz toczył w tej chwili ostra? batalię ze swoim sumieniem.

- Nie podoba mi sie? to - westchna?łem ciężko. - Nie wierzę w szczere intencje Jerzego. Po prostu, nie kupuję tego.

Batura wstał gwałtownie z fotela. Poprawił marynarke? i zrobił krok w stronę drzwi.

- Przyszedłem w interesach - os?wiadczył obrażonym tonem. - Chciałem z wami zawrzeć przymierze. Czasowe. Jednorazowe, że się tak wyrażę. Wy mnie nie lubicie i ja za wami nie przepadam. Okej. Ale mielibys?cie faceta na widelcu, a ja pozbyłbym sie? intruza zza Odry. Ledwo radze? sobie z krajową konkurencją, więc ani myślę użerać się z zagraniczną. Po jakiego diabła miałbym wystawiać wam potencjalnego włamywacza z Zachodu? Nawet nie wiem, co ten facet zamierza ukras?c?. Ale podskórnie czuję, z?e planuje coś niezwykłego. Może i szalonego. Zna sie? na rzeczy, chce najlepszych fachowców, płaci w euro i pracuje dla kogos? pote?z?nego. Tyle zdążyłem ustalić. A wy, co? Obrażacie się na mnie jak dzieci i odmawiacie doraźnej współpracy? Przecież ślubu wam nie proponuję.

Wstyd się przyznać, ale Batura miał trochę racji. Pomimo wielu zaszłości, tak naprawdę, nic nie tracilis?my, wchodząc z nim w tymczasowy i korzystny dla obu stron układ. Wspólnie moglis?my przecież schwytać włamywacza na gora?cym uczynku i w konsekwencji przeciwdziałac? kradziez?y.

- Poza tym - dodał Batura, chwytając za klamkę u drzwi - dzie?ki naszej współpracy policja z pewnos?cia? doceni moja? dobra? wole? i złagodzi niektóre punkty zwolnienia warunkowego.

Otwierał drzwi, ale zatrzymał go stanowczy głos szefa:

- Nie wychodz?! Wchodze? w ten układ.

- A ja? - je?kna?łem. - Mnie pan nie pyta o zdanie?

- Nie rozmawiam z włamywaczem - odparł powaz?nie, lecz zaraz puścił do mnie oko.

Zas?mielis?my sie? z dowcipu.

- No dobra - spojrzałem na Bature?. - To kiedy ma sie? odbyc? to spotkanie z cudzoziemcem?

- Jutro przed południem.

*

W restauracji "Kameralna" zjawiliśmy się na kwadrans przed umówiona? godziną. Wczes?niej odbyłem z Baturą długą naradę, podczas której skupiliśmy się na opracowaniu strategii rozmowy z cudzoziemcem oraz naszych "z?yciorysów". I tak, Jerzemu przypadła rola wybitnego speca od właman? (co, w zasadzie, nie odbiegało od prawdy). Z kolei ja miałem udawać jego zaufanego pomocnika, znawcę historii sztuki (co też przesadnym zmyśleniem nie było). On ubrał się w lniany garnitur w jasnej tonacji założony na granatowy t-shirt, ja zaś paradowałem w swojej wytartej dz?insowej kurteczce. Stanowiliśmy idealny duet przeciwieństw. Róz?niło nas bowiem wszystko; no może poza wzrostem i wiekiem.

Batura zaparkował przed lokalem obok kilku innych drogich aut. Wysiedliśmy z ls?nia?cej limuzyny BMW na rozgrzane powietrze i w milczeniu pokonaliśmy z?wirowy parking, kierując się do wejścia usytuowanego z boku budynku.

W klimatyzowanej sali było spokojnie. Kilka par siedziało przy stolikach pod przeszkloną frontową s?ciana?, inni grali w bilard na kon?cu sali, przy barku zaś dwóch rosłych me?z?czyzn sa?czyło drinki. Na pierwszy rzut oka było widac?, z?e ci ostatni to ludzie zwia?zani ze s?wiatem przeste?pczym. Posępni, uważni i dobrze ubrani.

Podeszliśmy tam. Batura powitał barmana, a następnie pozdrowił ręką tych dwóch. Odpowiedzieli mu skinieniem głowy. Rozejrzał się zaraz po sali i spojrzał pytająco na człowieka za ladą.

- Nie ma go jeszcze - wyszeptał barman tonem zdradzaja?cym wyz?szy stopien? wtajemniczenia.

- Widzę - mruknął Jerzy.

Barman wskazał głową jakieś miejsce w głębi sali.

- Stolik przygotowany - dodał.

Powiedziawszy to, zlustrował mnie wzrokiem i o nic nie pytał.

Przy zarezerwowanym stoliku czekaliśmy w napięcie na przyjazd cudzoziemca. Po kilku minutach nadjechał jaguar XJR z wypożyczalni. Auto w kolorze zgniłej zieleni zaparkowało obok BMW Batury, a następnie wyszedł z niego kierowca. Przez oszkloną ścianę obserwowaliśmy jak idzie przez ska?pany w ostrym słon?cu parking do wejścia. Nie spieszył sie?. Był to s?redniego wzrostu me?z?czyzna w wieku trzydziestu kilku lat ubrany w lekki, seledynowy garnitur. Na pierwszy rzut oka prezentował sie? wytwornie. Kiedy jednak pojawił sie? w chłodnym wne?trzu "Kameralnej", w oczy rzucała sie? przede wszystkim jego trudna do zdefiniowania oboje?tność. Ponad wszystko biła od niego pewnos?c? siebie, jakaś pretensjonalna powaga, maja?ca wie?cej wspólnego z grabarzem niż z ksie?gowym.

"Opanowany niczym wytrawny pokerzysta" - oceniłem go.

Od razu nas zauważył i podszedł do naszego stolika. Miał dość przeciętną twarz bez charakterystycznych rysów, raczej ostrą, z wyraźnie zarysowanym podbródkiem. Krótko ostrzyżony i starannie ogolony wydawał się trochę nijaki. Tylko jego oczy zdradzały nietuzinkową osobowość. Podalis?my sobie re?ce. O dziwo, uścisk jego zadbanej dłoni był krótki i delikatny. Zauważyłem jeszcze coś, a właściwie wyczułem - ten człowiek wcale nie pachniał. Wiedziałem, z?e wielu przestępców nie używało nawet zwykłej wody kolońskiej. Po prostu, profesjonalis?ci w tej niesławnej branz?y nie zostawiali po sobie z?adnych s?ladów, nawet we?chowych. To rutyna kazała im uz?ywac? golarki elektrycznej oraz bezwonnych balsamów. Jednakz?e tacy ludzie dość często korzystali z kart kredytowych. Jeśli więc ten człowiek wypoz?yczył jaguara na karte? kredytowa?, mogłem go łatwo namierzyc? i tym samym ustalic? jego toz?samos?c?. Ta myśl dodała mi otuchy.

Usiedlis?my przy stoliku, z dala od innych klientów. Cudzoziemiec pocia?gna?ł dyskretnie nosem i wzrokiem zgromił Jerzego.

- Kenzo? - wyszeptał. - Nie uz?ywajcie perfum

Batura posłał mu pytające spojrzenie..

- Nie uz?ywajcie niczego co moz?e was zdekonspirować - wyjaśnił me?z?czyzna w seledynowym garniturze. - Jes?li którys? z was kuleje na jedna? noge?, niech wsadzi sobie do buta specjalna? wkładke?.

- Z?aden z nas nie jest kuternoga? - dodałem z lekką ironią.

- Specjalnie na czas akcji ubierzcie sie? w ubrania zakupione w innej cze?s?ci kraju - kontynuował cudzoziemiec, nie komentuja?c mojej uwagi. - Później je spalicie. Żadnych odcisków palców. Be?dziecie pracować w re?kawiczkach lateksowych.

Mówił dość dobrze po polsku, lecz jego twardy, niemiecki akcent gwałcił nasza? słowian?ska? mie?kkos?c?. Poza tym, zdawało sie?, z?e ten facet nie ma uczuć - ani razu nie drgne?ła mu powieka. Jak mi Bóg miły, nigdy przedtem nie widziałem takiego gos?cia.

"Niewykluczone, z?e on wcale nie oddycha" - mys?lałem przeraz?ony. - "Moz?e to android?"

- Zapomina pan, z kim ma do czynienia - z?achna?ł sie? Jerzy. - Jak dotąd policja nie złapała nas. Nie jesteśmy amatorami. Umiemy nie tylko otwierac? nowoczesne sejfy i omijac? systemy alarmowe. Wiemy też, co to sa? s?rodki bezpieczen?stwa...

- To świetnie - przerwał mu nieznajomy.

- Jak mamy sie? do pana zwracac?? - zmieniłem temat.

- Wystarczy odpowiadac? na moje pytania - odparł cicho, bez urazy. - Wersal zostawmy amatorom. Ale jes?li kochacie pseudonimy, zwracajcie sie? do mnie Ikar.

Ja i Batura potaknęliśmy głowami.

- Cos? do picia, panie Ikar? - bąknął sarkastycznie Jerzy.

- Nie, dzie?kuje? - odparł tamten, zerkna?wszy dyskretnie na zegarek. - Oczekuję, że zamiast drinka zaoferujecie mi coś innego.

- Zdobe?dziemy wszelkie dane o interesującym pana obiekcie - odpowiedział Jerzy. - Uz?yjemy własnego sprze?tu i ludzi. Zanim do tego dojdzie, musimy znac? miejsce i cel kradziez?y. Domys?lam sie?, z?e jest to cenne dzieło...

- Zanim cokolwiek wam powiem - przerwał mu Ikar - zrobimy mały egzamin z historii sztuki. W obecnych czasach, z?eby zostac? profesjonalnym złodziejem, nie wystarczy sprawna obsługa najlepszego sprze?tu elektronicznego. Najwaz?niejsze urza?dzenie nosimy ze soba?. Jest nim głowa. Myślenie i wiedza to podstawa sukcesu. Znacie sie? na staroz?ytnos?ci?

Ja i Batura jednoczes?nie potaknęliśmy głowami. Oczywis?cie, z racji uprawianego zawodu, doskonale znałem nie tylko ten okres naszej cywilizacji, z kolei Batura interesował sie? sztuka? staroz?ytna? i nowoz?ytna? z powodów mniej szlachetnych, co, oczywiście, nie kwestionowało jego wiedzy. Był zdolnym samoukiem, a zamiłowanie do sztuki odziedziczył po s?wie?tej pamie?ci ojcu Waldemarze - dawnym znajomym pana Tomasza i rywalu w poszukiwaniach skarbów.

- Zacznijmy od staroz?ytnych Greków - zacza?ł po chwili namysłu me?z?czyzna i zwrócił sie? do mnie. - Prosze? powiedziec?, kiedy Michał Anioł namalował "Pie?tę"?

Zdumiony popatrzyłem na Jerzego. Ten, wydawał się tak samo zaskoczony pytaniem. Nasz gos?c? najwyraz?niej miał nas za ignorantów. Kpił sobie z nas. Zabierał cenny czas.

- Po pierwsze, nie "Pie?tę", a "Piete" - odpowiedziałem z bezczelnym uśmiechem. - I nie namalował, a wyrzeźbił. "Pieta" jest rzez?bą znajduja?ca sie? w bazylice S?wie?tego Piotra w Rzymie. Przedstawia Matke? Boska? podtrzymuja?ca? ciało zdje?tego z krzyz?a Jezusa. Powstała pie?c? wieków temu. A zatem to dzieło nowoz?ytne...

- Nie ma łatwiejszych pytań? - westchnął zabawnie Jerzy.

Ikar nie dawał jednak za wygrana?.

- Na czym polega wyja?tkowos?c? "Piety"? - pytał dalej.

- Rzez?be? wykonano z jednego bloku białego marmuru - odpowiedział Batura. - Michał Anioł pracował nad nia? dwa lata. Kiedy ja? skon?czył, miał zaledwie dwadzies?cia pie?c? wiosen.

Zamilkł i zerknął na mnie, abym dokończył za niego.

- Pocza?tkowo rzez?ba stanęła w kaplicy S?wie?tej Petroneli - zabrałem głos. - Artysta ciekawy komentarzy na jej temat lubił wtapiać się tłum zwiedzających i podsłuchiwać ich rozmowy. Na wste?dze opasuja?cej Matke? Boz?a? wyrył nawet swoje imie?. Ciekawostką jest, że to jedyna rzez?ba Michała Anioła z jego własnore?cznym podpisem.

- To wszystko? - popatrzył na mnie Ikar.

- W maju 1972 roku pewien człowiek uzbrojony w młotek rzucił sie? na rzez?be?. Zda?z?ył ja? uszkodzic? i dlatego "Piete" osłonięto pancerna? szyba?.

Cudzoziemiec wzruszył ramionami.

- To wszystko moz?na wyczytac? z ksia?z?ek - zauważył.

- A niby ska?d mamy czerpac? wiedze?? Z telewizyjnych teleturniejów czy z reality shows? I czemu właściwie słuz?y ten idiotyczny quiz?

Batura był tego samego zdania co ja.

- Dos?c? - syknął w stronę Ikara. - Proszę, nie zapominać, gdzie jesteśmy? Tu jest Polska. Warszawa to mój teren. Nie be?dzie mnie pan pouczał jak jakiegoś z?ółtodzioba.

Usta Ikara wykrzywił delikatny us?miech.

- W porza?dku - wyszeptał po namyśle. - Zdalis?cie test. Wiem, z?e znacie sie? na sztuce. Z tymi pytaniami to by tylko taki żart. Prosze? o wybaczenie. Przejdz?my zatem do rzeczy.

Kiedy Batura się uspokoił, zaczęliśmy rozmawiać o systemach alarmowych nowej generacji i odpowiednim sprzęcie do ich neutralizacji. W trakcie tej debaty Ikar podzielił się z nami pewnym oryginalnym pomysłem na przechytrzenie agencji ochroniarskiej, więc przez jakiś czas niestrudzenie drążył ten temat. Jerzy - w swojej roli speca od włamań - spisywał się znakomicie, chociaż wciąż nie wiedzieliśmy o jaki obiekt chodzi i co jest celem włamania. Ikar nie chciał tego zdradzic?, a przeciez? wyłącznie dla tej informacji zgodziłem sie? wziąć udział w tym przedstawieniu.

Kiedy Jerzy omawiał z cudzoziemcem liste? potrzebnych akcesoriów, moja? uwage? zwróciła pewna osoba znajduja?ca sie? w lokalu. Przy stoliku, bliżej stołu z bilardem, siedziała atrakcyjna brunetka ubrana w dz?insy i luz?na? marynarke?. Nie zauważyłem jej wcześniej, więc nie wiedziałem, czy była tu dłuższy czas, czy przyszła raczej niedawno? Teraz piła kawe? w zacienionej części sali i dałbym ucia?c? sobie głowe?, z?e zerka na nasz stolik. Była w moim wieku. Miała proste, ls?nia?ce włosy opadające na kark, lecz najbardziej wyróżniały ją pomalowane na ciemno oczy, ostro kontrastujące z jasną karnacją.

"Kim jestes??" - mys?lałem zaniepokojony.

Z zamys?lenia wyrwało mnie szturchnięcie w bok.

- Zamawiasz cos?? - zapytał Batura.

- Nie, nic, dziękuję - mruknąłem na odczepnego.

Ikar wstał, zerkna?wszy dyskretnie na swój zegarek z tytanowa? koperta? i szafirowym szkłem. O ile dobrze przyjrzałem się jego tarczy, ten konkretny egzemplarz zaopatrzony był w urza?dzenie do odbioru sygnałów z satelity, a takz?e do pomiaru odległos?ci i pre?dkos?ci w systemie GPS. Pomyślałem, że taki sprze?t na ręku takiego gościa, niczego dobrego nie wróz?y.

- Żegnam panów - odezwał się Ikar. - Widzimy sie? po raz ostatni. Jutro otrzymacie wiadomos?c?, co dalej. Dostaniecie konkretne instrukcje wraz z niezbędnymi danymi. Zadzwonie? na komórke? pana Batury. I nie radzę mnie s?ledzic?. Daje? słowo, z?e ciężko mnie namierzyc?. A nawet jes?li wam sie? poszcze?s?ci, marnie skon?czycie. Przyrzekam. Nie wiecie jeszcze, z kim przyszło wam współpracowac?.

Nie podał nam re?ki. Nie us?miechna?ł sie?. Nawet nie zabrał ze stolika wizytówki z numerem telefonu Jerzego, a jedynie rzucił na nią okiem. Oddalił sie? do wyjs?cia, zostawiaja?c po sobie chłód, jakiego nie powstydziłaby sie? kostucha.

- Słyszałes?? - zapytał mnie po chwili Batura.

- Co?

- Jes?li skok sie? uda, dostaniemy po dwadzies?cia tysie?cy euro.

- Poważnie?

- Nie słuchałes?? - zgromił mnie wzrokiem.

Batura przerwał. Powiódł wzrokiem za moim spojrzeniem taksującym stolik z brunetką. Tylko, że nieznajomej już tam nie było.

- Co jest grane? - zdziwił się, widząc moje zatroskanie.

Bez słowa wyjaśnienia podszedłem pod przeszkloną ścianę i wyjrzałem na zewnątrz. Ikar wsiadał właśnie do swojego jaguara, lecz brunetki nigdzie nie było. Ulotniła sie?. Zostały po niej tylko niedopita kawa oraz lez?a?cy na talerzyku banknot.

Opowiedziałem Jerzemu o kobiecie, która - jak mi sie? zdawało - przyszła do tego lokalu dla nas. Po pierwsze - nie pasowała do tego miejsca, po drugie - zbyt obcesowo gapiła sie? na nasz stolik.

- Niemoz?liwe, z?eby ktos? obcy dowiedział sie? o naszym spotkaniu - rzucił z niedowierzaniem. - Barman to zaufany człowiek. Zresztą, nikt tutaj nie wyciąłby mi podobnego numeru.

Z sali przeszliśmy do holu.

- Za długo pracujesz w Departamencie Ochrony Zabytków - zaśmiał się Jerzy. - Wsze?dzie widzisz podejrzanych ludzi.

- Ty i tobie podobni jesteście tego przyczyną.

- Nie przesadzaj - westchna?ł ciężko. - A ładna chociaz? była?

- Kto?

- Kobieta przy tamtym stoliku.

- Nie wiem, chyba tak - odparłem, rozglądając się po holu. - Przede wszystkim przyszła tutaj na przeszpiegi.

Będąc jedną nogą na zewnątrz, złapałem Jerzego za re?kaw marynarki.

- A może ona pracuje dla Ikara? - ożywiłem się.

Zaniepokojony moją myślą potaknął głową.

- Tak, to możliwe - mruknął dziwnie zamyślony. - Masz rację. Jakoś o tym nie pomys?lałem. Ikar to nie amator. Nie pozostawia po sobie śladów, nikomu nie ufa. Ale taki człowiek nigdy nie działa w pojedynkę. Musi mieć kogoś do pomocy, kogoś sprawdzonego i zaufanego. Wszystko możliwe, że wysłał tutaj swojego szpiega, aby miał nas na oku.

Rozejrzeliśmy się za brunetką. Ale nigdzie jej nie było - na parkingu, na uliczce dojazdowej czy w którymś z parkujących pod lokalem samochodów.

- Zaczekaj - szepnął Batura.

Zawrócił do lokalu, lecz zaraz zdyszany opuścił jego mury.

- To Polka - mówił szybko - ale nikt jej tutaj wcześniej nie widział. Barman zapamiętałby ją. Mys?lał, z?e to zwykła "dziewczynka". Rozumiesz, wolny strzelec, który przypadkowo wpadł

- I sadzisz, że Ikar wzia?ł sobie na asystentke? Polkę?

- Sam nie wiem - wzruszył ramionami.

Ledwo ruszyliśmy do BMW, gdy odezwała sie? komórka Jerzego. Odebrał, lecz nie rozmawiał. Przygryzł dolna? warge? i jak zahipnotyzowany gapił sie? w wyświetlacz telefonu. Był tak zdenerwowany, że aż trzęsły mu się ręce.

- Cholera, zabije? drania - zakla?ł pod nosem i podał mi komórke?.

Na wyświetlaczu urządzenia ujrzałem przesłane SMS-em zdje?cie sympatycznego czworonoga.

Zdziwiony popatrzyłem na podenerwowanego Bature?.

- O co chodzi z tym zdje?ciem? - zapytałem go.

- To Saba - wyjas?nił grobowym głosem. - Mój pies... sznaucer. Ikar porwał Sabę. Rozumiesz? Ten człowiek dostał sie? do mojego domu i zabrał mi psa. Szantaz?uje mnie. Zatłuke? drania! Zrobie? ten skok, wezme? zapłate?, odbiore? psa i na koniec zabije? go. Ikara, ma się rozumieć. Przeczytaj wiadomość.

Do zdjęcia dołączono wiadomość tekstową następującej treści:

Na wszelki wypadek zaopiekowałem się pan?skim sympatycznym pieskiem. Mam nadzieje?, z?e zalez?y Panu na tym, aby pupilek wrócił do domu cały i zdrowy. Ikar.

Bez wątpienia cudzoziemiec zamierzał posłuz?yc? sie? Saba? jako gwarantem powodzenia całej operacji, lecz nie wiedział jednego, a mianowicie tego, z?e nacisna?ł Jerzemu na odcisk. A ten bardzo tego nie lubił.

Batura nie krył swojej ws?ciekłos?ci. Jego irytacja sięgnęła zenitu, gdy probował sprawdzić numer nadawcy SMS-a.

- Zastrzeżony - wycedził przez zęby, a następnie spojrzał na mnie z nadzieją. - Mógłbys? sprawdzic? czyj to numer? Chyba macie znajomości w policji? Oni potrafią namierzyć takie połączenie.

- Okej, spróbuje?. Ale nic nie mogę obiecać.

Batura domagający się interwencji policji brzmiał tak absurdalnie, że dyskretnie zaśmiałem się pod nosem.

Podczas drogi powrotnej do stolicy Jerzy snuł przeróżne wizje rozprawienia sie? z Ikarem. Niezwykle barwnie opisywał klęskę cudzoziemca, gdy tylko go dorwie, chociaż tamten oświadczył w "Kameralnej", że widzieliśmy sie? po raz ostatni.

Kiedy nieco ochłonął, zerkał nerwowo we wsteczne lusterko. Jednakże za nami nie jechał żaden podejrzany samochód. Podczas krótkiego postoju przeszukalis?my nawet podwozie BMW z nadzieja? zlokalizowania nadajnika. Nic takiego nie znalez?lis?my. Samochód wydawał sie? czysty. A mimo to nie mogliśmy pozbyć się wraz?enia, z?e jestes?my kontrolowani i ktos? narzucił nam swoje reguły gry. A tego, nie tylko Batura, ale takz?e ja bardzo nie lubiłem.

Reszte? dnia pracy spe?dziłem w biurze na Krakowskim Przedmieściu. Z szefem rozmawialiśmy wyła?cznie o misji cudzoziemca w naszym kraju. Zastanawialis?my sie?, co knuł ten człowiek i czy brunetka w "Kameralnej" była jego wspólnikiem?

A jeśli nie pracowała dla Ikara, tylko dla Batury?