ROZDZIAŁ PIERWSZY
NAGŁE WEZWANIE * BATURA W MOIM FOTELU * TAJEMNICZY CUDZOZIEMIEC SZUKA WSPÓLNIKÓW * ZOSTAJE? WŁAMYWACZEM * SPOTKANIE Z IKAREM * TEST Z HISTORII SZTUKI, CZYLI "PIETA" MICHAŁA ANIOŁA * TAJEMNICZA BRUNETKA W ROGU SALI * ZDJE?CIE SABY
Pewnego lipcowego przedpołudnia byłem na tropie kolejnej zagadki z przeszłos?ci, gdy odezwała się służbowa komórka. Dzwonił szef z poleceniem natychmiastowego powrotu do naszego biura mieszczącego się w gmachu Ministerstwa Kultury i Sztuki na Krakowskim Przedmies?ciu w Warszawie.
Czersk nad Wisła? opuszczałem pełen sprzecznych uczuc?. Z jednej strony, nie lubiłem porzucać powierzonych zadań, z drugiej zaś, wyczuwalna w głosie pana Tomasza oschłos?ć - zwiastująca najczęściej kłopoty lub nową przygodę - wzbudziła we mnie ciekawos?c?. Pokonuja?c niebawem warszawskie korki, walczyłem nie tylko z upałem, ale i z domysłami dotyczącymi nagłego wezwania przez przełożonego.
Na miejscu spotkała mnie prawdziwa niespodzianka.
Kiedy zdyszany i spocony przekroczyłem próg gabinetu szefa, dosłownie zdębiałem, widząc dwóch osobników siedza?cych po obu stronach biurka. Nie wierzyłem własnym oczom. Pierwszym z nich był, oczywiście, pan Tomasz, drugim zaś... Jerzy Batura! Na mój widok przerwali rozmowę i odstawili na blat szklanki z lemoniadą.
Zamknąłem za sobą drzwi i zrobiłem krok w stronę biurka. Milczałem, wpatrując się z w niecodziennego gościa taką intensywnością, że jeszcze chwila, a wzrokiem wypaliłbym mu dziurę w jego modnej marynarce.
- Witaj, Pawle - ożywił się pan Tomasz, chociaż minę miał nietęgą.
Batura posłał mi kwaśny us?miech i rzucił jaka?s? grzecznos?ciowa? formułke?.
- Przyjmuje pan nowego do pracy? - zapytałem drwiąco szefa, nie spuszczając wzroku z Jerzego.
Dodam tylko, że nasz etatowy przeciwnik zajmował fotel, w którym to ja najczęściej przesiadywałem. I jak zwykle, zachowywał się jak prawdziwy światowiec. Jeszcze nie otrza?sna?łem sie? z szoku, gdy szef dodał:
- Niewykluczone, z?e przez kilka najbliz?szych dni be?dziemy współpracowac?.
- A mówił pan, z?e nie przyjmie juz? z?adnego nowicjusza - rzuciłem złośliwie.
Jerzy znowu się uśmiechnął, tym razem oszczędnie, i w ges?cie bezradnos?ci rozłoz?ył re?ce, jakby pragnął zaakcentowac?, z?e do przyjs?cia w nasze skromne progi zmusiła go wyłącznie siła wyz?sza, a on sam najche?tniej poleciałby na Karaiby z jaka?s? nową laleczka?. A jednak był tutaj - drań siedział w moim fotelu i nawet się nie pocił. Musiałem przyznac?, z?e w przeciwieństwie do niego prezentowałem sie? dość ubogo. Paradowałem w wytartych dz?insach i przepoconej koszulce, podczas gdy on miał na sobie lniane spodnie i lekką, kremową marynarke?. Starannie ogolony pachniał markowymi perfumami. A jego lodowato błe?kitne oczy tryskały zdrowiem i pewnos?cia? nuworysza. Ba, nawet starannie ułożone włosy tego człowieka zdawały sie? słuchac? jego cichych polecen?. Ale gdyby nawet przyszedł tutaj w porwanych portkach i nieogolony nie poprawiłby mojego nastroju.
Jerzy był złodziejem. Nie byle jakim, dodam. Uchodził za ksie?cia złodziei i przemytników dzieł sztuki w Polsce. Miał markę znawcy antyków. Dzięki znajomos?ciom w tak zwanym półświatku od pewnego czasu próbował przejąć kontrolę nad czarnym rynkiem w stolicy. Wielokrotnie trafiał za kratki, między innymi z naszej inicjatywy. Miał jednak dobrych prawników, więc szybko wychodził na wolność. I za kaz?dym razem, gdy tylko opuszczał wie?zienne mury, stawał sie? przeciwnikiem groz?niejszym i bardziej perfidnym. Z kaz?dej wpadki potrafił wycia?gna?c? wnioski na przyszłos?c?, a co za tym idzie coraz trudniej było zakuć go w okowy. Z pewnością pan Tomasz podzielał moją krytyczną opinię o nim, ale tym razem wydawał się dziwnie tolerancyjny wobec niego.
Ostatnio o Jerzym ucichło. Podobno odsiadywał dwuletni wyrok, chociaż jego obecność w murach naszej szacownej instytucji, a także wygląd i stan ducha całkowicie temu przeczyły.
Pan Tomasz głową dał znak Baturze.
- Prosze? powtórzyc? to jeszcze raz. Niech Paweł to usłyszy.
Usiadłem na krześle w rogu gabinetu obok pustego wieszaka na ubrania i w napięciu czekałem na to co ma do powiedzenia Batura. Ten, zmienił pozycję w fotelu, strzepna?ł z klapy marynarki niewidoczny pył i dopiero wtedy zacza?ł mówić.
- Dwa dni temu przyjechał do nas pewien gos?c? z Zachodu. Podobno pragnie skompletowac? tak zwaną "ekipe?". Jak się panowie domys?laja?, chodzi o jakiś skok. Tylko nie pytajcie mnie co to za włam, bo po prostu tego nie wiem. Mam jednak powody podejrzewac?, z?e cudzoziemiec jest wysłannikiem anonimowego zleceniodawcy, który w naszym kraju poluje na cos? niezwykle cennego. Rozumiecie chyba, z?e w tej sytuacji wziął górę mój patriotyzm. Nie be?dzie nas tu okradał z zabytków jakis? złodziej z Europy Zachodniej.
- Chciałes? raczej powiedziec?, z?e obcy nie be?dzie ci bruz?dził na twoim podwórku - ironizowałem. - Jak to wygla?da, z?eby obcy kradł cenne przedmioty, które ty mógłbys? ukras?c?.
Pan Tomasz natychmiast uniósł re?ke? w ges?cie pojednania.
- Spokojnie, spokojnie - skarcił mnie wzrokiem. - Daj mu dokończyć.
- Wierzy mu pan? - je?kna?łem.
- Posłuchaj, Paweł - odezwał się Batura. - Po co w ogóle przychodziłbym do was, gdyby nie wyjątkowe okoliczności? Uwierz mi, naprawdę chcę pomóc.
- Kilka razy podsyłałes? nam szpiegów - zauważyłem cierpko. - Już nie pamiętasz? Lubisz gierki, mistyfikacje, a wodzenie nas za nos to, zdaje się, twoje ulubione zajęcie. Człowieku, ty z nami nieustannie wojowałeś. Przypomnieć ci sprawę Arsena Lupina? Albo słoneczną Chorwację?
- Było minęło - odpowiedział wymijająco. - Kilka razy między nami zaiskrzyło, to fakt. Ale zapomnijmy o przeszłości. Poza tym, nie jesteście pierwszymi lepszymi, których można wyprowadzić w pole. Przez was odsiedziałem dwa wyroki. A ostatnio spędziłem samotnie w celi ponad rok.
- Ładna mi cela - prychna?łem. - Z telewizorkiem i biblioteczka?, co nie? I jak to sie? stało, z?e zredukowali ci odsiadke?? Miałes? czytac? ksia?z?ki z wie?ziennej biblioteki przez całe dwa lata.
- Zgoda, ale wpłaciłem pewną sume? na cele społeczne - us?miechna?ł sie? lodowato. - No i byłem wzorowym wie?z?niem. Przeczytałem ponad sto ksia?z?ek i...
- Dos?c? - przerwałem mu brutalnie.
Wstałem i doskoczyłem do biurka.
- Szefie, czy naprawde? musimy słuchac? ckliwych zwierzen? tego recydywisty? - zgromiłem wzrokiem zwierzchnika. - Na miłość boską, co tu jest grane? Jes?li do Polski przyjez?dz?a jakis? podejrzany typ, podzie?kujmy Jerzemu za cenną informację i idźmy na policje?. A włas?nie, Jerzy! Czemu nie poszedłes? z tymi rewelacjami na Puławska??
- Nie przepadamy za soba?.
- A my to co? - prychna?łem. - Z?yc? bez siebie nie moz?emy?
- Paweł - upomniał mnie szef i nerwowym ruchem poprawił tkwiące na nosie okulary. - Dobrze wiesz, z?e Jerzy jest ostatnim człowiekiem, z którym wypiłbym bruderszaft. Nie chciałbym nawet jechać z nim w jednym tramwaju. Wysiadłbym natychmiast na naste?pnym przystanku.
- Bez obawy, Panie Samochodzik - zaśmiał się Batura. - Jez?dz?e? najnowszym BMW.
- Skończmy już z tymi żarcikami - rzucił karcąco pan Tomasz. - A wspomnienia z dawnych lat zostawmy na inną okazję. Przejdźmy do rzeczy!
W tym miejscu przerwał i patrząc na mnie, dodał:
- Sprawa, z która? przyszedł Jerzy wydaje sie? cokolwiek wyja?tkowa. Dajmy mu szansę.
Chcąc nie chcąc, wysłuchałem opowies?ci Batury o tym jak mówia?cy po polsku z obcym akcentem me?z?czyzna pojawił sie? w pewnym stołecznym lokalu, w którym od dawna załatwiało się różne podejrzane interesy, a który od pewnego czasu stał się ulubionym miejscem spotkań ludzi należących do podwarszawskiej mafii. W każdym razie ów cudzoziemiec - prawdopodobnie pochodza?cy z Niemiec - oferował duz?e pienia?dze za wynajęcie zespołu doświadczonych włamywaczy. Rzecz jasna nie chodziło mu o zwykłych opryszków plądrujących podwarszawskie wille czy kradna?cych wszystko co popadnie, ła?cznie z dywanami i sprze?tem audiowizualnym. Cudzoziemiec szukał prawdziwych profesjonalistów w tym fachu, najwyz?szego sortu rzemies?lników, potrafiących obsługiwać nie tylko najnowszy sprze?t elektroniczny, ale także znaja?cych sie? na dziełach sztuki. Według Jerzego przybysz z Zachodu pytał właśnie o niego, tytułuja?c go "najbardziej znanym polskim handlarzem dziełami sztuki" (co na zwykły je?zyk przekładało sie? - "złodziej").
- Człowiek ten pojawi sie? w restauracji "Kameralna" w Brwinowie - kontynuował Batura. - Niebawem przyjdzie po ostateczną odpowiedz? w tej sprawie.
- I co?
- Znalazłem mu dwóch specjalistów. Jednym z nich jestem ja...
Przerwał i rozbawiony zerknął na mnie.
- A ten drugi? - zapytałem.
- To ty - wskazał mnie palcem.
Zdębiałem do reszty, przenosząc wzrok na szefa.
- Czy ja s?nie?? - wybuchnąłem gorzkim śmiechem. - Wzywa mnie pan do biura, odrywa od zagadki w Czersku, a kiedy przychodze? tutaj, widze? salonowca i przestępcę w jednej osobie, który razem z moim szefem, słynnym Panem Samochodzikiem, zmora? złodziei dzieł sztuki, opracowuje szczegółowy plan jakiegoś włamania.
Pan Tomasz zdja?ł na moment okulary i w milczeniu przetarł je fragmentem koszuli.
- Pawle - odezwał się po chwili. - Zrozum, nie wiemy, co planuje ten gość z Zachodu. A bardzo chciałbym to wiedzieć. Nie wiem dlaczego Jerzy chce nam pomóc, ale chyba warto przyjrzeć się cudzoziemcowi i dowiedziec? sie? czegos? wie?cej o jego zamiarach.
Byłem tego samego zdania, wszak sprawa wygla?dała na podejrzana? i wielce intryguja?ca?, lecz przeciez? Batury nie cierpiałem ponad wszystko. Kiedy tylko pojawiał się w zasie?gu mojego wzroku, emocje zawsze brały górę nad chłodnym mys?leniem i trzeźwą oceną sytuacji. Zresztą, byłem przekonany, że i Pan Tomasz toczył w tej chwili ostra? batalię ze swoim sumieniem.
- Nie podoba mi sie? to - westchna?łem ciężko. - Nie wierzę w szczere intencje Jerzego. Po prostu, nie kupuję tego.
Batura wstał gwałtownie z fotela. Poprawił marynarke? i zrobił krok w stronę drzwi.
- Przyszedłem w interesach - os?wiadczył obrażonym tonem. - Chciałem z wami zawrzeć przymierze. Czasowe. Jednorazowe, że się tak wyrażę. Wy mnie nie lubicie i ja za wami nie przepadam. Okej. Ale mielibys?cie faceta na widelcu, a ja pozbyłbym sie? intruza zza Odry. Ledwo radze? sobie z krajową konkurencją, więc ani myślę użerać się z zagraniczną. Po jakiego diabła miałbym wystawiać wam potencjalnego włamywacza z Zachodu? Nawet nie wiem, co ten facet zamierza ukras?c?. Ale podskórnie czuję, z?e planuje coś niezwykłego. Może i szalonego. Zna sie? na rzeczy, chce najlepszych fachowców, płaci w euro i pracuje dla kogos? pote?z?nego. Tyle zdążyłem ustalić. A wy, co? Obrażacie się na mnie jak dzieci i odmawiacie doraźnej współpracy? Przecież ślubu wam nie proponuję.
Wstyd się przyznać, ale Batura miał trochę racji. Pomimo wielu zaszłości, tak naprawdę, nic nie tracilis?my, wchodząc z nim w tymczasowy i korzystny dla obu stron układ. Wspólnie moglis?my przecież schwytać włamywacza na gora?cym uczynku i w konsekwencji przeciwdziałac? kradziez?y.
- Poza tym - dodał Batura, chwytając za klamkę u drzwi - dzie?ki naszej współpracy policja z pewnos?cia? doceni moja? dobra? wole? i złagodzi niektóre punkty zwolnienia warunkowego.
Otwierał drzwi, ale zatrzymał go stanowczy głos szefa:
- Nie wychodz?! Wchodze? w ten układ.
- A ja? - je?kna?łem. - Mnie pan nie pyta o zdanie?
- Nie rozmawiam z włamywaczem - odparł powaz?nie, lecz zaraz puścił do mnie oko.
Zas?mielis?my sie? z dowcipu.
- No dobra - spojrzałem na Bature?. - To kiedy ma sie? odbyc? to spotkanie z cudzoziemcem?
- Jutro przed południem.
*
W restauracji "Kameralna" zjawiliśmy się na kwadrans przed umówiona? godziną. Wczes?niej odbyłem z Baturą długą naradę, podczas której skupiliśmy się na opracowaniu strategii rozmowy z cudzoziemcem oraz naszych "z?yciorysów". I tak, Jerzemu przypadła rola wybitnego speca od właman? (co, w zasadzie, nie odbiegało od prawdy). Z kolei ja miałem udawać jego zaufanego pomocnika, znawcę historii sztuki (co też przesadnym zmyśleniem nie było). On ubrał się w lniany garnitur w jasnej tonacji założony na granatowy t-shirt, ja zaś paradowałem w swojej wytartej dz?insowej kurteczce. Stanowiliśmy idealny duet przeciwieństw. Róz?niło nas bowiem wszystko; no może poza wzrostem i wiekiem.
Batura zaparkował przed lokalem obok kilku innych drogich aut. Wysiedliśmy z ls?nia?cej limuzyny BMW na rozgrzane powietrze i w milczeniu pokonaliśmy z?wirowy parking, kierując się do wejścia usytuowanego z boku budynku.
W klimatyzowanej sali było spokojnie. Kilka par siedziało przy stolikach pod przeszkloną frontową s?ciana?, inni grali w bilard na kon?cu sali, przy barku zaś dwóch rosłych me?z?czyzn sa?czyło drinki. Na pierwszy rzut oka było widac?, z?e ci ostatni to ludzie zwia?zani ze s?wiatem przeste?pczym. Posępni, uważni i dobrze ubrani.
Podeszliśmy tam. Batura powitał barmana, a następnie pozdrowił ręką tych dwóch. Odpowiedzieli mu skinieniem głowy. Rozejrzał się zaraz po sali i spojrzał pytająco na człowieka za ladą.
- Nie ma go jeszcze - wyszeptał barman tonem zdradzaja?cym wyz?szy stopien? wtajemniczenia.
- Widzę - mruknął Jerzy.
Barman wskazał głową jakieś miejsce w głębi sali.
- Stolik przygotowany - dodał.
Powiedziawszy to, zlustrował mnie wzrokiem i o nic nie pytał.
Przy zarezerwowanym stoliku czekaliśmy w napięcie na przyjazd cudzoziemca. Po kilku minutach nadjechał jaguar XJR z wypożyczalni. Auto w kolorze zgniłej zieleni zaparkowało obok BMW Batury, a następnie wyszedł z niego kierowca. Przez oszkloną ścianę obserwowaliśmy jak idzie przez ska?pany w ostrym słon?cu parking do wejścia. Nie spieszył sie?. Był to s?redniego wzrostu me?z?czyzna w wieku trzydziestu kilku lat ubrany w lekki, seledynowy garnitur. Na pierwszy rzut oka prezentował sie? wytwornie. Kiedy jednak pojawił sie? w chłodnym wne?trzu "Kameralnej", w oczy rzucała sie? przede wszystkim jego trudna do zdefiniowania oboje?tność. Ponad wszystko biła od niego pewnos?c? siebie, jakaś pretensjonalna powaga, maja?ca wie?cej wspólnego z grabarzem niż z ksie?gowym.
"Opanowany niczym wytrawny pokerzysta" - oceniłem go.
Od razu nas zauważył i podszedł do naszego stolika. Miał dość przeciętną twarz bez charakterystycznych rysów, raczej ostrą, z wyraźnie zarysowanym podbródkiem. Krótko ostrzyżony i starannie ogolony wydawał się trochę nijaki. Tylko jego oczy zdradzały nietuzinkową osobowość. Podalis?my sobie re?ce. O dziwo, uścisk jego zadbanej dłoni był krótki i delikatny. Zauważyłem jeszcze coś, a właściwie wyczułem - ten człowiek wcale nie pachniał. Wiedziałem, z?e wielu przestępców nie używało nawet zwykłej wody kolońskiej. Po prostu, profesjonalis?ci w tej niesławnej branz?y nie zostawiali po sobie z?adnych s?ladów, nawet we?chowych. To rutyna kazała im uz?ywac? golarki elektrycznej oraz bezwonnych balsamów. Jednakz?e tacy ludzie dość często korzystali z kart kredytowych. Jeśli więc ten człowiek wypoz?yczył jaguara na karte? kredytowa?, mogłem go łatwo namierzyc? i tym samym ustalic? jego toz?samos?c?. Ta myśl dodała mi otuchy.
Usiedlis?my przy stoliku, z dala od innych klientów. Cudzoziemiec pocia?gna?ł dyskretnie nosem i wzrokiem zgromił Jerzego.
- Kenzo? - wyszeptał. - Nie uz?ywajcie perfum
Batura posłał mu pytające spojrzenie..
- Nie uz?ywajcie niczego co moz?e was zdekonspirować - wyjaśnił me?z?czyzna w seledynowym garniturze. - Jes?li którys? z was kuleje na jedna? noge?, niech wsadzi sobie do buta specjalna? wkładke?.
- Z?aden z nas nie jest kuternoga? - dodałem z lekką ironią.
- Specjalnie na czas akcji ubierzcie sie? w ubrania zakupione w innej cze?s?ci kraju - kontynuował cudzoziemiec, nie komentuja?c mojej uwagi. - Później je spalicie. Żadnych odcisków palców. Be?dziecie pracować w re?kawiczkach lateksowych.
Mówił dość dobrze po polsku, lecz jego twardy, niemiecki akcent gwałcił nasza? słowian?ska? mie?kkos?c?. Poza tym, zdawało sie?, z?e ten facet nie ma uczuć - ani razu nie drgne?ła mu powieka. Jak mi Bóg miły, nigdy przedtem nie widziałem takiego gos?cia.
"Niewykluczone, z?e on wcale nie oddycha" - mys?lałem przeraz?ony. - "Moz?e to android?"
- Zapomina pan, z kim ma do czynienia - z?achna?ł sie? Jerzy. - Jak dotąd policja nie złapała nas. Nie jesteśmy amatorami. Umiemy nie tylko otwierac? nowoczesne sejfy i omijac? systemy alarmowe. Wiemy też, co to sa? s?rodki bezpieczen?stwa...
- To świetnie - przerwał mu nieznajomy.
- Jak mamy sie? do pana zwracac?? - zmieniłem temat.
- Wystarczy odpowiadac? na moje pytania - odparł cicho, bez urazy. - Wersal zostawmy amatorom. Ale jes?li kochacie pseudonimy, zwracajcie sie? do mnie Ikar.
Ja i Batura potaknęliśmy głowami.
- Cos? do picia, panie Ikar? - bąknął sarkastycznie Jerzy.
- Nie, dzie?kuje? - odparł tamten, zerkna?wszy dyskretnie na zegarek. - Oczekuję, że zamiast drinka zaoferujecie mi coś innego.
- Zdobe?dziemy wszelkie dane o interesującym pana obiekcie - odpowiedział Jerzy. - Uz?yjemy własnego sprze?tu i ludzi. Zanim do tego dojdzie, musimy znac? miejsce i cel kradziez?y. Domys?lam sie?, z?e jest to cenne dzieło...
- Zanim cokolwiek wam powiem - przerwał mu Ikar - zrobimy mały egzamin z historii sztuki. W obecnych czasach, z?eby zostac? profesjonalnym złodziejem, nie wystarczy sprawna obsługa najlepszego sprze?tu elektronicznego. Najwaz?niejsze urza?dzenie nosimy ze soba?. Jest nim głowa. Myślenie i wiedza to podstawa sukcesu. Znacie sie? na staroz?ytnos?ci?
Ja i Batura jednoczes?nie potaknęliśmy głowami. Oczywis?cie, z racji uprawianego zawodu, doskonale znałem nie tylko ten okres naszej cywilizacji, z kolei Batura interesował sie? sztuka? staroz?ytna? i nowoz?ytna? z powodów mniej szlachetnych, co, oczywiście, nie kwestionowało jego wiedzy. Był zdolnym samoukiem, a zamiłowanie do sztuki odziedziczył po s?wie?tej pamie?ci ojcu Waldemarze - dawnym znajomym pana Tomasza i rywalu w poszukiwaniach skarbów.
- Zacznijmy od staroz?ytnych Greków - zacza?ł po chwili namysłu me?z?czyzna i zwrócił sie? do mnie. - Prosze? powiedziec?, kiedy Michał Anioł namalował "Pie?tę"?
Zdumiony popatrzyłem na Jerzego. Ten, wydawał się tak samo zaskoczony pytaniem. Nasz gos?c? najwyraz?niej miał nas za ignorantów. Kpił sobie z nas. Zabierał cenny czas.
- Po pierwsze, nie "Pie?tę", a "Piete" - odpowiedziałem z bezczelnym uśmiechem. - I nie namalował, a wyrzeźbił. "Pieta" jest rzez?bą znajduja?ca sie? w bazylice S?wie?tego Piotra w Rzymie. Przedstawia Matke? Boska? podtrzymuja?ca? ciało zdje?tego z krzyz?a Jezusa. Powstała pie?c? wieków temu. A zatem to dzieło nowoz?ytne...
- Nie ma łatwiejszych pytań? - westchnął zabawnie Jerzy.
Ikar nie dawał jednak za wygrana?.
- Na czym polega wyja?tkowos?c? "Piety"? - pytał dalej.
- Rzez?be? wykonano z jednego bloku białego marmuru - odpowiedział Batura. - Michał Anioł pracował nad nia? dwa lata. Kiedy ja? skon?czył, miał zaledwie dwadzies?cia pie?c? wiosen.
Zamilkł i zerknął na mnie, abym dokończył za niego.
- Pocza?tkowo rzez?ba stanęła w kaplicy S?wie?tej Petroneli - zabrałem głos. - Artysta ciekawy komentarzy na jej temat lubił wtapiać się tłum zwiedzających i podsłuchiwać ich rozmowy. Na wste?dze opasuja?cej Matke? Boz?a? wyrył nawet swoje imie?. Ciekawostką jest, że to jedyna rzez?ba Michała Anioła z jego własnore?cznym podpisem.
- To wszystko? - popatrzył na mnie Ikar.
- W maju 1972 roku pewien człowiek uzbrojony w młotek rzucił sie? na rzez?be?. Zda?z?ył ja? uszkodzic? i dlatego "Piete" osłonięto pancerna? szyba?.
Cudzoziemiec wzruszył ramionami.
- To wszystko moz?na wyczytac? z ksia?z?ek - zauważył.
- A niby ska?d mamy czerpac? wiedze?? Z telewizyjnych teleturniejów czy z reality shows? I czemu właściwie słuz?y ten idiotyczny quiz?
Batura był tego samego zdania co ja.
- Dos?c? - syknął w stronę Ikara. - Proszę, nie zapominać, gdzie jesteśmy? Tu jest Polska. Warszawa to mój teren. Nie be?dzie mnie pan pouczał jak jakiegoś z?ółtodzioba.
Usta Ikara wykrzywił delikatny us?miech.
- W porza?dku - wyszeptał po namyśle. - Zdalis?cie test. Wiem, z?e znacie sie? na sztuce. Z tymi pytaniami to by tylko taki żart. Prosze? o wybaczenie. Przejdz?my zatem do rzeczy.
Kiedy Batura się uspokoił, zaczęliśmy rozmawiać o systemach alarmowych nowej generacji i odpowiednim sprzęcie do ich neutralizacji. W trakcie tej debaty Ikar podzielił się z nami pewnym oryginalnym pomysłem na przechytrzenie agencji ochroniarskiej, więc przez jakiś czas niestrudzenie drążył ten temat. Jerzy - w swojej roli speca od włamań - spisywał się znakomicie, chociaż wciąż nie wiedzieliśmy o jaki obiekt chodzi i co jest celem włamania. Ikar nie chciał tego zdradzic?, a przeciez? wyłącznie dla tej informacji zgodziłem sie? wziąć udział w tym przedstawieniu.
Kiedy Jerzy omawiał z cudzoziemcem liste? potrzebnych akcesoriów, moja? uwage? zwróciła pewna osoba znajduja?ca sie? w lokalu. Przy stoliku, bliżej stołu z bilardem, siedziała atrakcyjna brunetka ubrana w dz?insy i luz?na? marynarke?. Nie zauważyłem jej wcześniej, więc nie wiedziałem, czy była tu dłuższy czas, czy przyszła raczej niedawno? Teraz piła kawe? w zacienionej części sali i dałbym ucia?c? sobie głowe?, z?e zerka na nasz stolik. Była w moim wieku. Miała proste, ls?nia?ce włosy opadające na kark, lecz najbardziej wyróżniały ją pomalowane na ciemno oczy, ostro kontrastujące z jasną karnacją.
"Kim jestes??" - mys?lałem zaniepokojony.
Z zamys?lenia wyrwało mnie szturchnięcie w bok.
- Zamawiasz cos?? - zapytał Batura.
- Nie, nic, dziękuję - mruknąłem na odczepnego.
Ikar wstał, zerkna?wszy dyskretnie na swój zegarek z tytanowa? koperta? i szafirowym szkłem. O ile dobrze przyjrzałem się jego tarczy, ten konkretny egzemplarz zaopatrzony był w urza?dzenie do odbioru sygnałów z satelity, a takz?e do pomiaru odległos?ci i pre?dkos?ci w systemie GPS. Pomyślałem, że taki sprze?t na ręku takiego gościa, niczego dobrego nie wróz?y.
- Żegnam panów - odezwał się Ikar. - Widzimy sie? po raz ostatni. Jutro otrzymacie wiadomos?c?, co dalej. Dostaniecie konkretne instrukcje wraz z niezbędnymi danymi. Zadzwonie? na komórke? pana Batury. I nie radzę mnie s?ledzic?. Daje? słowo, z?e ciężko mnie namierzyc?. A nawet jes?li wam sie? poszcze?s?ci, marnie skon?czycie. Przyrzekam. Nie wiecie jeszcze, z kim przyszło wam współpracowac?.
Nie podał nam re?ki. Nie us?miechna?ł sie?. Nawet nie zabrał ze stolika wizytówki z numerem telefonu Jerzego, a jedynie rzucił na nią okiem. Oddalił sie? do wyjs?cia, zostawiaja?c po sobie chłód, jakiego nie powstydziłaby sie? kostucha.
- Słyszałes?? - zapytał mnie po chwili Batura.
- Co?
- Jes?li skok sie? uda, dostaniemy po dwadzies?cia tysie?cy euro.
- Poważnie?
- Nie słuchałes?? - zgromił mnie wzrokiem.
Batura przerwał. Powiódł wzrokiem za moim spojrzeniem taksującym stolik z brunetką. Tylko, że nieznajomej już tam nie było.
- Co jest grane? - zdziwił się, widząc moje zatroskanie.
Bez słowa wyjaśnienia podszedłem pod przeszkloną ścianę i wyjrzałem na zewnątrz. Ikar wsiadał właśnie do swojego jaguara, lecz brunetki nigdzie nie było. Ulotniła sie?. Zostały po niej tylko niedopita kawa oraz lez?a?cy na talerzyku banknot.
Opowiedziałem Jerzemu o kobiecie, która - jak mi sie? zdawało - przyszła do tego lokalu dla nas. Po pierwsze - nie pasowała do tego miejsca, po drugie - zbyt obcesowo gapiła sie? na nasz stolik.
- Niemoz?liwe, z?eby ktos? obcy dowiedział sie? o naszym spotkaniu - rzucił z niedowierzaniem. - Barman to zaufany człowiek. Zresztą, nikt tutaj nie wyciąłby mi podobnego numeru.
Z sali przeszliśmy do holu.
- Za długo pracujesz w Departamencie Ochrony Zabytków - zaśmiał się Jerzy. - Wsze?dzie widzisz podejrzanych ludzi.
- Ty i tobie podobni jesteście tego przyczyną.
- Nie przesadzaj - westchna?ł ciężko. - A ładna chociaz? była?
- Kto?
- Kobieta przy tamtym stoliku.
- Nie wiem, chyba tak - odparłem, rozglądając się po holu. - Przede wszystkim przyszła tutaj na przeszpiegi.
Będąc jedną nogą na zewnątrz, złapałem Jerzego za re?kaw marynarki.
- A może ona pracuje dla Ikara? - ożywiłem się.
Zaniepokojony moją myślą potaknął głową.
- Tak, to możliwe - mruknął dziwnie zamyślony. - Masz rację. Jakoś o tym nie pomys?lałem. Ikar to nie amator. Nie pozostawia po sobie śladów, nikomu nie ufa. Ale taki człowiek nigdy nie działa w pojedynkę. Musi mieć kogoś do pomocy, kogoś sprawdzonego i zaufanego. Wszystko możliwe, że wysłał tutaj swojego szpiega, aby miał nas na oku.
Rozejrzeliśmy się za brunetką. Ale nigdzie jej nie było - na parkingu, na uliczce dojazdowej czy w którymś z parkujących pod lokalem samochodów.
- Zaczekaj - szepnął Batura.
Zawrócił do lokalu, lecz zaraz zdyszany opuścił jego mury.
- To Polka - mówił szybko - ale nikt jej tutaj wcześniej nie widział. Barman zapamiętałby ją. Mys?lał, z?e to zwykła "dziewczynka". Rozumiesz, wolny strzelec, który przypadkowo wpadł
- I sadzisz, że Ikar wzia?ł sobie na asystentke? Polkę?
- Sam nie wiem - wzruszył ramionami.
Ledwo ruszyliśmy do BMW, gdy odezwała sie? komórka Jerzego. Odebrał, lecz nie rozmawiał. Przygryzł dolna? warge? i jak zahipnotyzowany gapił sie? w wyświetlacz telefonu. Był tak zdenerwowany, że aż trzęsły mu się ręce.
- Cholera, zabije? drania - zakla?ł pod nosem i podał mi komórke?.
Na wyświetlaczu urządzenia ujrzałem przesłane SMS-em zdje?cie sympatycznego czworonoga.
Zdziwiony popatrzyłem na podenerwowanego Bature?.
- O co chodzi z tym zdje?ciem? - zapytałem go.
- To Saba - wyjas?nił grobowym głosem. - Mój pies... sznaucer. Ikar porwał Sabę. Rozumiesz? Ten człowiek dostał sie? do mojego domu i zabrał mi psa. Szantaz?uje mnie. Zatłuke? drania! Zrobie? ten skok, wezme? zapłate?, odbiore? psa i na koniec zabije? go. Ikara, ma się rozumieć. Przeczytaj wiadomość.
Do zdjęcia dołączono wiadomość tekstową następującej treści:
Na wszelki wypadek zaopiekowałem się pan?skim sympatycznym pieskiem. Mam nadzieje?, z?e zalez?y Panu na tym, aby pupilek wrócił do domu cały i zdrowy. Ikar.
Bez wątpienia cudzoziemiec zamierzał posłuz?yc? sie? Saba? jako gwarantem powodzenia całej operacji, lecz nie wiedział jednego, a mianowicie tego, z?e nacisna?ł Jerzemu na odcisk. A ten bardzo tego nie lubił.
Batura nie krył swojej ws?ciekłos?ci. Jego irytacja sięgnęła zenitu, gdy probował sprawdzić numer nadawcy SMS-a.
- Zastrzeżony - wycedził przez zęby, a następnie spojrzał na mnie z nadzieją. - Mógłbys? sprawdzic? czyj to numer? Chyba macie znajomości w policji? Oni potrafią namierzyć takie połączenie.
- Okej, spróbuje?. Ale nic nie mogę obiecać.
Batura domagający się interwencji policji brzmiał tak absurdalnie, że dyskretnie zaśmiałem się pod nosem.
Podczas drogi powrotnej do stolicy Jerzy snuł przeróżne wizje rozprawienia sie? z Ikarem. Niezwykle barwnie opisywał klęskę cudzoziemca, gdy tylko go dorwie, chociaż tamten oświadczył w "Kameralnej", że widzieliśmy sie? po raz ostatni.
Kiedy nieco ochłonął, zerkał nerwowo we wsteczne lusterko. Jednakże za nami nie jechał żaden podejrzany samochód. Podczas krótkiego postoju przeszukalis?my nawet podwozie BMW z nadzieja? zlokalizowania nadajnika. Nic takiego nie znalez?lis?my. Samochód wydawał sie? czysty. A mimo to nie mogliśmy pozbyć się wraz?enia, z?e jestes?my kontrolowani i ktos? narzucił nam swoje reguły gry. A tego, nie tylko Batura, ale takz?e ja bardzo nie lubiłem.
Reszte? dnia pracy spe?dziłem w biurze na Krakowskim Przedmieściu. Z szefem rozmawialiśmy wyła?cznie o misji cudzoziemca w naszym kraju. Zastanawialis?my sie?, co knuł ten człowiek i czy brunetka w "Kameralnej" była jego wspólnikiem?
A jeśli nie pracowała dla Ikara, tylko dla Batury?