Pan Samochodzik i stara księga - Arkadiusz Niemirski

Kup ebooka

24.99 zł
19.99 zł (10,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ DRUGI

RYNEK W PISZU * "KREISGEMEINSCHAFT JOHANNISBURG" * DqZIWNY ZAPISEK W STAREJ KSIE?DZE * FRAGMENT PIERWSZY OPOWIES?CI * WPROWADZAM W TEMAT MŁODYCH CZYTELNIKÓW * CZY RÓZ?AN?SKI SZUKAŁ SKARBU? * ROK 1435 * INDIANA Z PISZA I RAMONA ZNAD JEZIORA, CZYLI REKORDZIS?CI * STARA KSIE?GA MNIE WCIA?GA * FRAGMENT DRUGI * MOJA ŁAJBA SIE? PODOBA * KANAŁEM DO NOWYCH GUTÓW * CHULIGANI Z "D'ARTAGNANA" * S?NIARDWY * KOLEJNY DOM NA SPRZEDAZ?

Biblioteka znajdowała się blisko rynku, w miejscu, które od pozostałej cze?s?ci miasta róz?niło się zasadniczo. Ale nawet poza nim - w owych rejonach dz?wigaja?cych jeszcze brzemie? socjalistycznego ponuractwa, pełnych sme?tnej architektury i uliczek bez uroku - gdy tylko przebywało sie? tam ciut dłuz?ej niż trwa jeden przypadkowy spacer, kaz?dy fragment muru, zwykły sklep, kościół czy zaniedbane osiedle zyskiwały status starego, dobrego przyjaciela. Namacalna bliskość jeziora i pobliskiej puszczy z każdym nowym dniem łagodziły chwile zwa?tpienia, którego dość cze?sto doświadczałem w drodze do pracy.

Natomiast obsadzony lipami i klombami prostoka?tny rynek na Placu Daszyn?skiego uwodził od pierwszego wejrzenia. Zachowało sie? w nim sporo dwudziestowiecznych budynków, przeważnie niskich i kolorowych domów z czerwonymi dachami, a także zabytkowych eklektycznych kamieniczek. W głe?bi rynku uwage? przykuwał neogotycki budynek z ozdobnym szczytem, który wraz z zamykaja?cym południowa? pierzeje? ratuszem dopełniał majestatu przemyślanej kompozycji. I tylko nieczynny zegar w s?rodkowej cze?s?ci fasady, zakon?czonej schodkowym szczytem, próbował nadaremnie zatrzymac? czas.

Na tyłach ratusza mies?ciło sie? Muzeum Ziemi Piskiej, a tuż obok główna siedziba Biblioteki Publicznej. Filia, w której pracowałem znajdowała się dwie przecznice od rynku w szarej kamienicy. Ten zaciszny i z pozoru nijaki ka?t stał się moim nowym domem, albowiem w otoczeniu ksia?z?ek - zapachem których przesiąkło całe pie?tro - pos?ród szelestu poz?ółkłych kartek, szurających butów na ls?nia?cej od nadmiaru pasty drewnianej podłodze i szeptu czytelników, czułem sie? jak u siebie. Stołowałem sie? w pobliskim barze sąsiadującym ze sklepem całodobowym. Tam, małomówna pani Helenka raczyła mnie solidna? porcją pyz lub kiszki ziemniaczanej. Z zup najczęściej sięgałem po jedyny w swoim rodzaju żur na podrobach. Czasami zachodziłem do smaz?alni ryb naprzeciwko Kamiennej Baby (obelisku w formie pogańskiego bożka pozostawionego przez Prusów), na kawe? zaś wstępowałem do "Cafe Bar Baszta", miłego lokalu mieszczącego się na tyłach muzeum.

Pewnego razu, w wietrzny wiosenny dzień, wpadł mi w oko z pozoru niewinny zapisek poczyniony na kartach pe?katej i mocno podniszczonej książki. Bez namysłu nazwałem ją "starą ksie?ga?". Duz?a niemiecka czcionka - wypełniaja?ca dwies?cie osiemdziesia?t pie?c? stron - sprawiała wrażenie jakby zrobiono ją z z?elaza. Zamiast skórzanej oprawy miała owa księga grube tekturowe okładki w kolorze brunatnym, a złotymi niegdys? literami, dzisiaj mocno wyblakłymi, wytłoczono gotycki tytuł "Kreisgemeinschaft Johannisburg". Był to niemiecki dokument traktuja?cy o przeszłos?ci regionu, a konkretnie zbiór wspomnień i publikacji o tematyce historyczno-dokumentacyjnej, pos?wie?conych byłemu powiatowi piskiemu z planami wsi do roku 1945. Warto w tym miejscu wyjas?nic?, z?e "Johannisburg" to stara nazwa Pisza, który w 1367 roku był jeszcze rybacka? wioską położoną w pobliz?u krzyz?ackiej straz?nicy. Nazywano ją wówczas Jan?sborgiem.

Ksia?z?ke? wydrukowano na pocza?tku lat szes?c?dziesia?tych ubiegłego wieku i w kilka lat później zasiliła zbiory tutejszej biblioteki. Niestety, z powodu cenzury przelez?ała w magazynie aż do roku 1989. Potem starto z niej kurz i przeniesiono na biblioteczna? półke?. To była naprawde? cenna rzecz z historycznego punktu widzenia - zawierała bowiem wspomnienia byłych mieszkan?ców okolic Pisza, których po wojnie wysiedlono i którzy zaznali w czasie wojny wiele krzywd, szczególnie ze strony sowieckich z?ołnierzy. Wielu z tych ludzi w roku 1945, głównie Niemców, na własne oczy widziało kobiety i starców uśmiercanych przez radzieckie bagnety. Niektórym świadkom owych wydarzeń udało sie? uciec z nowej, socjalistycznej Polski, inni zaś, w trosce o swoje z?ycie, z powrotem osiedlili sie? w tych stronach. Jednakz?e wielu z nich zgine?ło, o niektórych słuch zagina?ł. Ksia?z?ka stanowiła wstrza?saja?cy zapis losów mieszkan?ców tego regionu. I pewnie dlatego nie została ona we wcześniejszych latach udoste?pniona do publicznego użytku.

Moja? uwage? zwróciły liczne podkres?lenia zrobione zwykłym ołówkiem. W wielu miejscach rozdziału zatytułowanego "Ucieczka" (autorstwa niejakiej Marty D.) zapaskudzono w ten sposób całe linijki tekstu, które potem próbowano zetrzec? gumka?. Mimo to nie usunięto wszystkich bazgrołów.

Jak chociażby ledwo widoczny zapisek u dołu strony 116:

1435 [18.50] h? E(20)

Z pocza?tku ten nabazgrany czyja?s? niezgrabna? re?ka? dopisek nie wywołał we mnie z?adnych emocji. Jednakz?e stopniowa lektura rozdziału i pojawiające się w dalszych fragmentach liczne podkres?lenia oraz znaki zapytania, coraz bardziej upewniały mnie, z?e tajemniczy czytelnik rozpaczliwie czegos? szukał. A może kogoś?

Bez trudu odnalazłem karte? biblioteczna?, z której wynikało, iż w samym tylko roku 1991 jeden człowiek poz?yczył starą księgę az? dwanas?cie razy. W następnym znowu po nią przyszedł, lecz, o dziwo, zwrócił ja? dopiero po pięciu latach, a więc w roku 1997. Póz?niej pozycja trafiła do rąk kilku innych czytelników, którzy nie trzymali jej dłużej niż tydzień.

I tak, dogrzebałem się do karty pewnego czytelnika sprzed lat. Wreszcie mój wzrok spoczął na nazwisku zapisanym pochyłym pismem na poz?ółkłej karcie: "Jan Róz?an?ski, zamieszkały w Nowych Gutach 28".

Usiadłszy z kubkiem świeżo zaparzone herbaty przy duz?ym biurku w rogu sali bibliotecznej, otworzyłem ksie?ge?. Autorka wspomnianego rozdziału, a więc Marta D., tak zaczynała swoja? opowies?c?:

"Decyzje? o ewakuacji w powiecie piskim podje?to 19 stycznia 1945 roku. Na 21 stycznia ustalono termin odjazdu wiejskich kolumn ewakuacyjnych w kierunku Orzysza i nikt nie przeczuwał wtedy nadchodzącej tragedii. Nawet starsi mieszkan?cy wioski, którzy podczas pierwszej wojny s?wiatowej przez?yli wkroczenie wojsk rosyjskich, nie zdawali sobie sprawy, co ich czeka.

Jesienia? 1944 roku odesłalis?my do Minden w Westfalii kilka drewnianych skrzynek z waz?nymi rzeczami. Naste?pnie zakopalis?my w ogrodzie kilka kan po mleku, w których ukryliśmy drogocenne przedmioty. Jesienia?, za zgodą burmistrza, zabraliśmy także płyty z piskiej fabryki sklejek. Miały byc? zamontowane na wozy ewakuacyjne jako ochrona przed wiatrem i niepogoda?.

Na ostatnie przygotowania do ucieczki mielis?my tylko sobote?, tj. 20 stycznia. W gospodarstwie trzymalis?my: z?rebaki, kilka cielaków, osiem owiec, duz?o drobiu, kilka rojów pszczół, dwa koty i trzy psy. Maszyny, narze?dzia i wszystkie urza?dzenia pozostawilis?my w dobrym stanie. Najbardziej było nam z?al - oprócz zwierza?t - domu. Na terenie gospodarstwa znajdowało sie? kilka duz?ych budynków gospodarczych i dwies?cie morgów ziemi. To wszystko musielis?my porzucic?. W tym czasie było nas szes?cioro: babcia Gertruda, mój ma?z? Karol, córka Edyta, młoda polska robotnica Janina i polski robotnik Wojtek. Jako, że mielis?my szes?c? koni pocia?gowych i tylko dwa wozy z podwójnym zaprze?giem, jeden wóz z dwoma kon?mi oddalis?my stryjowi Fredowi z okolicznego Kałe?czyna.

Upieklis?my chleb i zabilis?my kury. Ładunek składał sie? z z?ywnos?ci dla nas, paszy dla koni, ubran?, łóz?ek i najpotrzebniejszych sprze?tów domowych.

Ewakuacja wsi rozpocze?ła sie? 21 stycznia. Było po ósmej rano, trzaskał mróz. Do kolumny furmanek z naszej wsi doła?czyły wozy z sa?siedniej wioski. Przewodnikiem kolumny ewakuacyjnej został rolnik Słomka. Nasz wóz ze składanym dachem prowadziła córka, drugi niezadaszony parobek Wojtek. Za kolumna? pojazdów poda?z?ała jeszcze kolumna bydła. Do niej przydzielono me?z?a wraz z innymi me?z?czyznami, poszła tam równiez? Janina. Nasza słuz?a?ca jednak dość szybko dołączyła do nas. Mój ma?z? juz? nigdy nie wrócił. Z powodu duz?ej liczby zwierza?t nasza kolumna poruszała sie? bardzo wolno. Wkrótce, po pokonaniu zaledwie szes?ciu kilometrów, rosyjskie oddziały przejęły idące za nami bydło (w pobliżu Białej Piskiej). Przed miastem doszedł nowy pasaz?er - kuzynka Anna z Kowalskich, mieszkająca w Kowalewie. Spotkalis?my tez? naszego dobrego sa?siada Chrzana, który twierdził, z?e przy krowach nie widział mojego me?z?a. Podobno miał trafic? do innej kolumny ida?cej na Pisz.

W Białej Piskiej doła?czyły do nas jeszcze kolumny z Kumielska i okolic. Ulice były zablokowane, wskutek czego nasza kolumna została rozdzielona - wóz naszego kuzyna Kowalskiego, pojechał niespodziewanie dalej w kierunku zachodnim do Pisza. My pojechalis?my w kierunku północnym przez Drygały do Orzysza.

Dotarlis?my tam o zmroku i przenocowalis?my w koszarach wojskowych. Naste?pnego dnia byliśmy już w rejonie jeziora Tałty, zostawiwszy za sobą Okartowo i Woz?nice. Tam przenocowalis?my w przepełnionej szkole.

23 stycznia ruszyliśmy dalej w kierunku północno-zachodnim.

Jechalis?my dwa dni bez noclegu. Robilis?my tylko konieczne przerwy, aby nakarmic? i napoic? konie. Tak me?cza?ca podróz? była konieczna, gdyz? w pobliz?u Rynu usłyszelis?my dochodza?ce z frontu strzały i eksplozje. Konie nie mogły dalej cia?gna?c?, my także traciliśmy siły. W cia?gu dwóch mroźnych dni zrobilis?my ła?cznie szes?c?dziesia?t kilka kilometrów po złych i przepełnionych drogach. W Ryn?skim Dworze zdarzyło sie? inne nieszcze?s?cie - ukradziono nam osobiste rzeczy. Znikne?ły też oba wahacze, bez których dalsza jazda nie była moz?liwa. Nie pamie?tam dobrze, jak zdobylis?my wahacze. Zdaje się, że rolnik Słomka, nasz przewodnik, ska?ds? je wytrzasna?ł i dzie?ki temu mogliśmy ruszyć dalej. Odta?d prowadzilis?my cia?gła? ochrone? pojazdów podczas postojów. Zmienialis?my się co godzine?".

Przerwałem lekture?. Oto bowiem do sali bibliotecznej wtargne?ła para młodych czytelników - szczupła Ramona i jej kolega Zdzisiek. Wspominałem już o nich, więc pora przedstawic? ich bliz?ej. Otóż, przeciętna z urody dziewczyna miała żywe usposobienie i kogos? mi przypominała. Szczególnie dziwna wydawała sie? jej staros?wiecka fryzura - ciemne pofalowane włosy opadaja?ce na łopatki. Ubierała sie? schludnie - zwiewna sukienka i modne trzewiczki. Nie nosiła biz?uterii i unikała przesadnego makijaz?u. Nieco przysadzistej budowy Zdzisiek sprawiał wrażenie osobnika opanowanego, ale jego rozbiegany wzrok mógł jednak świadczyć o naturze niecierpliwej, wręcz wybuchowej. Oboje bardzo dużo czytali. Przychodzili tutaj dość często i na tle rówieśników błyszczeli inteligencją oraz wiedzą, chociaż na pierwszy rzut oka prezentowali się dość przeciętnie.

- Dzien? dobry - szepnęła dziewczyna, widza?c jak pilnie studiuje? stara? ksie?ge?. - Co to za tom?

- Dzieje piskiej ziemi - odpowiedziałem.

- Po niemiecku?

- Najlepiej czytać w oryginale - wyjas?niłem. - To wspomnienia.

- Az? tak wcia?gaja?ce? - zdziwiła sie?.

Chcąc nie chcąc, opowiedziałem nastolatkom o tajemniczym czytelniku mieszkaja?cym w Nowych Gutach, niejakim Janie Róz?an?skim, który obsesyjnie interesował sie? stara? ksie?ga?. Pokazałem im nawet ów dziwny zapisek ze strony 116 i kilka znacza?cych podkres?len? w innych fragmentach rozdziału. Na koniec podzieliłem sie? z nimi pewnym spostrzeżeniem. Otóż, autorka opowies?ci - z nieznanych nam jeszcze powodów - nie raczyła wymienić nazwy rodzimej wsi, z której uciekła wraz z rodziną przed sowieckimi wojskami w styczniu 1945 roku. Ani razu nie padło też nazwisko tej rodziny. Zupełnie jakby Marta D. s?wiadomie unikała wszelkich personaliów. Niewa?tpliwie jednak z pierwszych akapitów jej relacji wynikało, z?e pochodziła z rejonu połoz?onego na południe od Pisza, gdzies? mie?dzy Kowalewem i Kałe?czynem, na wschodnich rubiez?ach Puszczy Piskiej. Dysponowalis?my wyłącznie nazwiskami i imionami jej kuzynów - Kowalskich z Kowalewa i stryja Freda. Tylko tyle.

Z niejakim zadowoleniem odnotowałem fakt, iż swoimi dociekaniami do z?ywego poruszyłem parę nastolatków. Wprawdzie świadomie starałem sie? wprowadzic? do opowies?ci element tajemnicy - aby zainteresować ich historią własnego regionu - ale niepotrzebnie się trudziłem. Głód wiedzy lub pragnienie przeżycia prawdziwej przygody - tak bardzo innej od książkowej fabuły i każdego fikcyjnego doświadczenia - nie pozwalał im przejść obojętnie obok tego typu zagadki. Oczywis?cie, nikt z nas nie wiedział wtedy co moz?e oznaczac? ten zapisek, ale właśnie ów brak odpowiedzi generował ciekawość i rozpalał wyobraźnię.

Zdziśkowi zaświeciły się oczy.

- To jakis? szyfr - wyszeptał.

- Ska?d moz?esz o tym wiedziec?? - powa?tpiewała Ramona.

- Przeczuwam. Ten Róz?an?ski szuka skarbu. Gdyby szukał osoby, zapisałby nazwisko, ewentualnie inicjały. Interesuja?ce. W tej ksie?dze podkres?lono zdanie: "zakopalis?my w ogrodzie kilka kan po mleku, do których włoz?ylis?my drogocenne przedmioty". To przecież proste. Ten Róz?an?ski szuka skarbu!

- Zaraz, zaraz - zastanowiła sie? dziewczyna. - A co takiego ciekawego wydarzyło sie? w 1435 roku? Pierwsze cztery cyfry w zaszyfrowanym zapisku, czyli "1435", z pewnością wskazują na jakąs? waz?ną datę.

- To samo pomys?lałem - oświadczył chłopak.

- Gadanie - prychnęła. - Mówiłeś o skarbie. Ja o dacie. Pomyślmy. 1435 rok. Ćwierc? wieku po bitwie pod Grunwaldem. Co szczególnego wydarzyło sie? w tym roku?

Postanowiłem zabrać głos w tej kwestii.

- W 1435 roku pod Wiłkomierzem nad rzeka? S?wie?ta? doszło do bitwy polskich i litewskich wojsk wiernych Jagiellonom z ksie?ciem litewskim S?widrygiełła? , sprzymierzeńcem Zakonu Krzyżackiego. W jej następstwie w Brzes?ciu Kujawskim Krzyz?acy zawarli z Polską pokój wieczysty. Na jego mocy Zakon zobowia?zał sie? nie zwracac? do papiez?a ani do cesarza w sporach z Polska?...

- O, rany! - przerwała mi podekscytowana Ramona. - Pan to już sprawdził. Ta data pana zaintrygowała, prawda?

- Niezupełnie - uśmiechnąłem się pod nosem. - Niczego nie sprawdzałem. Po prostu wiedziałem o tym.

- Pan z?artuje - chłopak nie dowierzał. - Kto pamie?ta takie szczegóły? Jest pan nauczycielem historii czy co?

Nie przyznałem się do swojej profesji. Uwaz?ałem, z?e tak be?dzie ciekawiej i zabawniej.

- Jestem bibliotekarzem - mruknąłem tajemniczo. - Pełno tu książek. Niektóre nawet udało mi się przeczytać.

Chyba mi nie uwierzyli.

- Ta sprawa musi mieć cos? wspólnego z Krzyz?akami - oznajmił chłopak. - Ktos? zakopał cenne przedmioty albo stare plany nalez?a?ce do Zakonu. Interesujące.

Z kamienną twarzą sie?gna?łem po karte? czytelnika Zdziśka. Bez trudu odszukałem tytuły ksia?z?ek, które wypoz?yczył w ostatnim okresie.

- Za duz?o naczytałes? sie?, brachu, powieści o skarbach - powiedziałem, przeglądając jego karte?. - Wypożyczyłeś wszystkie pozycje o skarbach i słynnych awanturnikach.

- Jego nazywaja? Indianą Jonesem! - parskne?ła dziewczyna. - Tyle, z?e to Indiana z Pisza!

Zdzisiek wyszczerzył ze?by w ironicznym us?miechu.

- A ciebie jak nazywaja?? - zwrócił się do niej. - No, pochwal sie? przed panem Pawłem.

- Głupi! - prychnęła Ramona.

I zaraz zaczerwieniła się na twarzy, widząc mój pytający wzrok.

- Nazywaja? ją Scarlett, prosze? pana! - Zdzisiek ryknął na całe gardło.

- Scarlett? - powtórzyłem.

- Tak, Scarlett!

- Scarlett O'Hara? - zaśmiałem się. - Ta z "Przemine?ło z wiatrem"?

Dopiero teraz wszystko zrozumiałem. Ramona rzeczywiście była trochę podobna do słynnej bohaterki literackiej stworzonej przez Margaret Mitchell. To dlatego wcześniej odniosłem wrażenie, że dziewczyna kogoś mi przypomina.

- Tak, ta sama - zarechotał chłopak. - Tylko, z?e tamta? w filmie zagrała Vivien Leigh, a naszą regionalną Scarlett jest "Ramona znad jeziora".

- "Ramona znad jeziora" - mruknąłem. - Ładne. Nawet się rymuje.

- Przestan?cie - warknęła dziewczyna.

Nasza głośna rozmowa wygoniła z zaplecza pana Skrzeczyn?skiego, który wszedł do sali jakby odmłodniał o co najmniej dwadzieścia pięć lat.

- Co tu sie? dzieje? - zgromił nas wzrokiem.

- To moja wina - uniosłem re?ce w geście pojednania. - Przepraszamy, ale tylko dyskutujemy.

- Biblioteka to nie klub młodzieżowy - mruknął siwy me?z?czyzna.

- Ma pan rację - posłałem mu blady uśmiech. - Ale ci młodzi ludzie, panie kierowniku, sa? wyja?tkowi. Proszę sobie wyobrazić, z?e to rekordziści w ilości przeczytanych książek w naszej skromnej placówce. I to nie tylko w grupie młodocianych czytelników. Nie musze? chyba panu mówic?, ile ksia?z?ek rocznie czyta statystyczny Polak?

- Nie musi pan - je?kna?ł zrozpaczony. - Ani jednej.

- Dokładnie połowe? ksia?z?ki - poprawiłem go. - Nie wiadomo tylko, czy statystyczny rodak czyta tę jedną książkę do połowy czy od połowy. Natomiast nasi młodzi czytelnicy maja? na swoim koncie około stu ksia?z?ek. Indiana Jones przeczytał ich...

- Kto taki? - zdziwił sie? pan Skrzeczyn?ski.

- Zdzisiek - wyjaśniłem z powagą. - Indiana Jones to pseudonim. Tak więc ten oto młodzian wypożyczył dokładnie sto jeden pozycji. Ramona mniej, bo siedemdziesiąt siedem.

- Bo ona czyta "Przemine?ło z wiatrem" raz w miesia?cu, co zaniz?a statystyki - zaz?artował chłopak.

- Głupi jestes? - odparowała dziewczyna. - Kupiłam sobie osobisty egzemplarz, z?eby co chwila nie poz?yczac? z biblioteki. I nie co miesia?c czytam "Przemine?ło z wiatrem", a co dwa miesiące. Poza tym, ja czytam ksia?z?ki uwaz?nie. Ty je połykasz.

- Brawo! - ucieszył sie? stary bibliotekarz. - Takiej młodziez?y nam potrzeba! Czytającej, słowem mys?la?cej i ma?drej.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

NIESZCZE?S?CIA CHODZA? PARAMI * TELEFON OD MONIKI * PROPOZYCJA PRACY * WYJAZD NA MAZURY * KTO NAPISAŁ "WOJNE? I POKÓJ"? * DOM NAD JEZIOREM ROS? * LEBIEDZIOWA OPOWIADA * DYLEMAT, CZYLI PSIE ŁZY * "WEHIKUŁ CZASU" * JAK PRZETRZYMALIS?MY ZIME? * STARE KSIE?GI POSIADAJA? MOC

Ten rok do udanych raczej nie należał. Był koszmarny... najgorszy ze wszystkich przepracowanych u boku Pana Samochodzika w Departamencie Ochrony Zabytków w Warszawie. Najpierw, z początkiem wiosny, rozstaliśmy się z naszym ministerialnym pojazdem, który nieoczekiwanie przeszedł na wczes?niejsza? i przymusową "emeryture?". Ministerstwa po prostu nie stac? było na utrzymanie drogiego w eksploatacji jeepa. I tak, decyzja? wiceministra Rosynant znikna?ł z ewidencji s?rodków trwałych naszej szacownej placówki. Wystawiono go na jakąś aukcję i ostatecznie sprzedano osobie prywatnej. Podobno trafił w dobre re?ce.

Na zakup nowego samochodu produkcji krajowej mielis?my cierpliwie czekac?, az? nagle, na jesieni, do naszych drzwi - zamiast przygody i nowego auta - zapukało kolejne nieszcze?s?cie. Oficjalne pismo podpisane przez Pania? Minister posiadało moc nekrologu:

Z dniem 1 wrzes?nia br. zawiesza sie? działalnos?c? Departamentu Ochrony Zabytków przy Ministerstwie Kultury i Sztuki w Warszawie na czas nieokres?lony.

Kolejne zdania - opisujące trudną sytuacją finansową ministerstwa i mamiące nas rychłą perspektywą reorganizacji naszego departamentu - nie poprawiły nastrojów naszego zespołu. Pan Tomasz, sekretarka Monika i ja poczuliśmy się jak sieroty. Jakże zasłużony dla rodzimej kultury detektywistyczny referat" - niegdys? dowodzony przez dyrektora Jana Marczaka, a póz?niej przez Pana Samochodzika - właśnie odchodził do lamusa historii. Ale czy był to juz? koniec przygód? Być może tak właśnie wtedy myślałem.

Ale to mnie wszystko. Zawieszenie działalnos?ci departamentu zbiegło sie? w czasie z moimi problemami zdrowotnymi. W takich chwilach człowiek dochodzi do wniosku, z?e nieszcze?s?cia nie chadzaja? parami, a raczej całymi tabunami. Pomimo młodego wieku (w wakacje stukne?ło mi trzydzies?ci jeden lat) czułem się wyeksploatowany niczym weteran wojenny marzący o zaszyciu sie? na dalekiej prowincji i wylizaniu wszystkich ran. Jeszcze przez cały wrzesien? bezowocnie szukałem innej pracy, az? wreszcie, na pocza?tku paz?dziernika, us?miechne?ło sie? do mnie szcze?s?cie. A wszystko dzie?ki Monice, która zadzwoniła do mnie w pewien paskudny jesienny dzionek.

Ale po kolei.

- Czes?c? - powitała mnie ciepło. - Dobrze, z?e zastałam cie? w domu. Masz juz? jakąś prace??

- Nie - odpowiedziałem zwięźle. - A ty?

- Cos? sie? kroi - odpowiedziała oschle. - W hurtowni zabawek. To tak na pocza?tek. Póz?niej sie? zobaczy.

- A co u pana Tomasza? - zmieniłem temat. - Nie odpowiada na telefony.

- Ano nie odpowiada. Podobno wyjechał do sanatorium.

Na linii zapanowała grobowa cisza, bardziej beznadziejna niż pogoda za oknem. Musicie bowiem wiedzieć, że tego dnia zwały szarych chmur zawisły nad miastem, leja?c na nas potok łez.

- Kaz?de z nas musi po swojemu przechorować stratę departamentu - rzuciłem bez przekonania. - Cóz? moz?emy z tym zrobić? Trzeba wzia?c? sie? w gars?c?.

- Ano trzeba - mruknęła Monika i zaraz sie? oz?ywiła. - A właśnie! Mam do ciebie pewna? sprawe?. Posłuchaj tylko. Siostra mojego narzeczonego...

- Masz narzeczonego? - wyrwało mi się. - Nie wiedziałem.

- A na co mam czekać? Nie chcę zostac? stara? panna?. Tobie tez? radze? pomys?lec? o poważniejszym związku. Najgorsze co moz?e człowieka spotkac? to starokawalerstwo. Samotność ze starością nie tworzą udanego związku.

- Na szcze?s?cie jestes? młoda i ładna, wie?c samotność ci nie grozi.

- No wiesz, staram sie? - westchne?ła zalotnie - Jakby co, wys?le? ci zaproszenie na s?lub.

- Planujecie?

- W przyszłym roku na wiosne?.

- To gratuluje?!

- A ty, wcia?z? odgrywasz role? samotnika?

- Przecież ja w nic nie gram - je?kna?łem. - Po prostu z?adna nie chce gościa, który w terenie tropić handlarzy dziełami sztuki, a w domu nie ma nawet jednego cennego obrazu albo rzez?by.

- To juz? historia - westchnęła ciężko Monika. - Juz? nie musisz jeździć po kraju i szukac? skarbów.

- Niestety, juz? nie musze?.

- Masz więc czas, aby nawia?zac? owocną znajomos?c? z jaka?s? superową dziewczyną.

- A która zechce kulawego emeryta po trzydziestce? - rzuciłem niby to żartobliwie. - Kontuzja mi sie? odnowiła. Chodze? do chirurga i na sesje terapeutyczne. Na szcze?s?cie za te zabiegi płaci jeszcze ministerstwo. To na pocieszenie, bo po obejrzeniu moich zdjęć kaz?da dziewczyna weźmie nogi za pas.

- Nie przesadzaj, nie jestes? znowu taki stary, Pawełku. Na swój sposób bywasz uroczy. Tylko, z?e dziwak z ciebie. Zaraziłes? sie? ta? przypadłos?cia? od pana Tomasza. Nie zwalaj winy na wiek i zdrowie. Fakt, Piercem Brosnanem może nie jestes?, ale niektórym dziewczynom bardzo sie? podobasz.

- Daj mi ich nazwiska - zarechotałem.

- Me?z?czyzna musi byc? jak konkwistador! - dodała dziarsko. - Musi znalez?c?, podbic? i zdobyc?.

- Ska?d to wiesz?

- Mój narzeczony tak mówi, a włas?ciwie... mówił. Juz? mnie zdobył. Wracaja?c do ciebie... czy ty wiesz, z?e kiedy po raz pierwszy zobaczyłam cię w biurze, to nawet mi sie? spodobałes?? Naprawde?. Tylko, z?e nigdy nie zwracałes? na mnie uwagi. I powiem ci jeszcze, mój drogi, z?e na zdje?ciach wychodzisz całkiem nienajgorzej.

- Ale ja mówiłem o zdje?ciach rentgenowskich, Moniko.

Pogadalis?my jeszcze troche? w tym wspominkowo-z?artobliwym tonie, który miał w nas zabic? z?al po zawieszeniu działalności Departamentu Ochrony Zabytków, gdy nagle Monika wyskoczyła z propozycją zarobku.

- Praca spokojna, kulturalna i niezbyt me?cza?ca - zaczęła zachęcająco. - Na pół etatu. W sam raz dla ciebie. Tak na początek. Nabierzesz sił i przeczekasz zły okres. Na dodatek to twoje ukochane strony...

- Mazury? - ożywiłem się.

- Bingo! Nad jeziorem Ros?.

Mój zapał jednak szybko zgasł.

- Ale niby co miałbym tam robic?? - marudziłem. - Pilnowac? przystani? Piele?gnowac? trawniki ośrodków wczasowych?

- Potrzebny jest bibliotekarz - oświadczyła.

- Co? Biblioteka? - jęknąłem. - Przecież zanudze? sie? tam na s?mierc?.

I chociaż wiedziałem, że Monika pragnie mojego dobra, nie potrafiłem ukryć zawodu.

- Przeciez? spokój ci sie? przyda - uraz?ona moim oporem z?achne?ła sie?.

- A co to za biblioteka?

- Publiczna. W Piszu. Konkretnie jej filia.

- Mam zostac? prowincjonalnym bibliotekarzem? - prychnąłem.

- Włas?ciwie - Monika s?ciszyła głos - to potrzebuja? tam pomocnika bibliotekarza.

- Pomocnika prowincjonalnego bibliotekarza? - zagotowałem się w środku. - S?wietnie! A ile płaca??

- Zdaje sie?, z?e cos? około czterystu trzydziestu złotych.

- O, mój Boże - jęknąłem. - Nie starczy na gazete? raz w tygodniu.

- Brutto - dodała i zaraz rzuciła w radosnym tonie: - Ale ministerstwo ma nam wypłacić super odprawe? i jakąś premie?.

- Kiedy?

- Za tydzien?. To miała byc? druga niespodzianka.

- Masz jeszcze jakąś? Niespodziankę.

- Mam - odpowiedziała zalotnie. - Skąd wiedziałeś?

- Strzelałem. Może zagram w totolotka?

- Nie zaszkodzi. Ale na razie pomyśl o mojej ofercie. Tak się składa, że mam adres pewnego domu nad tym jeziorem, gdyż biblioteka nie oferuje zakwaterowania. Na szczęście ktos? w okolicy sprzedaje stara? chałupe?. Jakas? starsza pani, samotna, bez rodziny. Podobno przenosi sie? do domu opieki. Rozumiesz, nie przepada za Niemcami i zarzeka sie?, z?e nie sprzeda działki z?adnemu cudzoziemcowi zza Odry. Siostra mojego narzeczonego była tam niedawno na wczasach i nawet z me?z?em zastanawiali się nad kupnem tej posesji, ale nieoczekiwanie wyskoczył im inny wydatek. Pomys?lałam o sobie i moim narzeczonym, ale on nie lubi natury. Rozumiesz... dwa, trzy dni, to i owszem, a potem szybko sie? nudzi. To mieszczuch. Ja z kolei nie cierpie? komarów. Paweł, ta babulen?ka chce jedyne dwa tysia?ce złotych za dom z ogrodem i dostępem do wody. Okazja jak się patrzy! Jeszcze ci zostanie z odprawy.

- Gdzie jest to miejsce? - zapytałem bez emocji.

- Gdzies? za Łupkami. Nad samym jeziorem. W sobote? mielis?my dac? ostateczna? odpowiedz?. Jedz? tam i kup ten dom. Jes?li, rzecz jasna, interesuje cie? posada w bibliotece.

Nie chciałem robić Monice przykrości, więc zapisałem adres w notesie i obiecałem zastanowić się nad jej propozycją.

*

W sobote? wybrałem sie? PKS-em do Pisza, umówiwszy sie? wczes?niej telefonicznie z bibliotekarzem na rozmowe? kwalifikacyjna?. Kochałem tamte strony. Ale czy byłem w tych konkretnych okolicznos?ciach przygotowany do przeprowadzki, a raczej do ucieczki z miasta? Poza tym, trzysta złotych miesie?cznie do ręki nie gwarantowało moz?liwos?ci wynaje?cia nawet skromnego kąta. Biłem sie? z mys?lami w kwestii wyjazdu. Uważałem, z?e robie? z?le. Przecież powinienem raczej uruchomic? spre?z?yne? znajomos?ci i poszukac? jakiejs? atrakcyjnej pracy w stolicy, a na Mazury wyjez?dz?ac? wyła?cznie w weekendy. Ale tak naprawdę, w głębi duszy pragna?łem odpocząć od Warszawy, zaszyc? sie? gdzieś na końcu świata, najlepiej blisko wody, aby na łonie natury oddawać się refleksjom nad swoim życiem. W końcu jeszcze nie tak dawno odrzuciłem pewną słabo płatną robotę na zlecenie naszego ministerstwa, zupełnie jakbym pragnął zacząć wszystko od nowa. W tym kontekście telefon od Moniki traktowałem jak zbawienie. Tym bardziej, że stary bibliotekarz w Piszu nosił sie? z zamiarem przejs?cia na emeryture?, więc szybki awans na głównego bibliotekarza stawał się zupełnie realny. A wtedy mógłbym zarabiac? nawet szes?c?set złotych brutto. Jes?li dołoz?yc? do tego kolejne trzysta z prac zleconych, troche? zgromadzonych na koncie oszcze?dnos?ci i perspektywę wynaje?cia kawalerki na Ursynowie, mógłbym przeczekac? na Mazurach trudny okres. A chałupa nad jeziorem i tak sie? przyda.

*

Przed wyjazdem do Łupek odwiedziłem filię biblioteczną w Piszu, która znajdowała się nieopodal głównej siedziby przy rynku. Z początku ubrany w znoszony serdak siwiuten?ki bibliotekarz patrzył na mnie spode łba, gdy przy herbacie w kącie placówki na pierwszym piętrze opowiadałem mu o przygodach, które przez?yłem jako etatowy pracownik Departamentu Ochrony Zabytków. Jak sie? później dowiedziałem, pan Skrzeczyn?ski był mężczyzną nieco przygłuchym i zapewne nie usłyszał wszystkiego, co mu wtedy naplotłem. W każdym razie po wysłuchaniu mnie przeszedł do pytan?.

- W którym roku Fiodor Dostojewski napisał "Wojne? i pokój"? - brzmiało pierwsze z nich.

Oczywiście, wiedziałem, z?e chodzi o Lwa Tołstoja, a mimo to pan Skrzeczyn?ski dalej bawił się w quiz.

- Bo wie pan, pan?ski poprzednik, a raczej poprzedniczka, chuda pannica z Rucianego, nie wiedziała nawet tego, z?e Bolesław Prus napisał "Halke?"...

- A nie "Lalke?" przypadkiem? - pus?ciłem do niego oko.

- Ech, widze?, z?e niepotrzebnie pana testuję.

- Wprawdzie kończyłem historię sztuki, ale w bibliotekach spędziłem pół życia.

- Dostanie pan materiały instruktażowe i sądzę, że poradzi pan sobie w roli bibliotekarza.

- Też mam taka? nadzieje? - us?miechna?łem sie?.

- Pójdzie pan teraz do głównej biblioteki przy rynku i tam załatwi formalności. Jutro zaczyna pan z samego rana.

Zatrudniono mnie na pół etatu. Po wizycie w głównej siedzibie piskiej biblioteki autostopem dostałem się do wsi Łupki, połoz?onej kilka kilometrów na wschód od Pisza przy południowym brzegu jeziora Ros?. Na miejscu szybko ustaliłem, z?e interesującej mnie zagrody powinienem szukać bliżej akwenu, a to oznaczało, że musiałem przedrzeć się przez sosnowy las. I tak, spacerkiem dotarłem na brzeg, który w istocie stanowił małą, kameralną zatoczkę. Nieco pochyły i nieznacznie zalesiony teren pół kilometra dalej na wschód nadymał sie?, tworza?c cos? w rodzaju klifu. Naliczyłem tam kilka przystani i skrytych za drzewami os?rodków wypoczynkowych.

Stanąłem na pochyłym brzegu jeziora i nabrawszy w płuca powietrza, rozejrzałem się na boki. Po lewej, nieco w dole, zagroda Lebiedziowej wtulała się od zachodu w gęsty las porastaja?cy nieduży cypel. Stara, drewniana i dwuizbowa chałupa kryta? strzecha? zajmowała s?rodkowa? cze?s?c? posesji. Od wody dzielił ją dystans zaledwie trzydziestu kroków. To ów zalesiony cypel chronił dom przed zachodnimi wiatrami i decydował o kształcie zatoczki. Nie za wysoki, ale wystarczaja?co gęsty i długi, aby zagwarantować namiastkę bezpieczeństwa i spokoju. Teren wprost wymarzony na prywatne siedlisko. Cóż z tego, że zachwaszczone, zaniedbane i ogrodzone stuletnim płotem? Nawet małą przystan? tam zauważyłem.

Powoli ruszyłem piaszczysta? s?ciez?ka? ku chatce. Poczułem się jak w scenerii skradzionej z dwudziestowiecznych płócien polskich realistów. Jesienna zielen? poszarzała, odcien? wody zrobił sie? stalowy, a ptaki straciły ochotę na figle. Mimo wszystko spokój okolicy decydował, z?e s?wiat waz?ył tutaj mniej. Na przeciwległym, ge?sto poros?nie?tym trzcinami brzegu dostrzegłem nieliczne dachy, ukryte za drzewami. Kto tam mieszkał? Leśniczy? Samotny dziwak podobny do mnie?

Dodam jeszcze, że tamten północny brzeg miał bardziej dziki charakter od tego, na którym teraz przebywałem. Od Kanału Jeglin?skiego na zachodzie - gdzie jezioro kon?czyło sie?, a zaczynał Pisz - az? po sam koniec Półwyspu Ostrów (kilka kilometrów dalej na wschód) ów brzeg przypominał zalesiony, podmokły busz. Natomiast południowa rubież owej kiszki (stanowia?cej dolne i najdłuz?sze ramie? litery "S", w jaka? to jezioro sie? wyginało) był bardziej zaludniony i dopiero za Łupkami porastał go wysoki drzewostan. Ge?ste korony drzew chroniły tam przed słon?cem dachy licznych os?rodków wypoczynkowych i domów noclegowych, a także pobliskie pole namiotowe.

Jeszcze raz rozejrzałem się po brzegu, na którym stałem. Z lewej - miałem zatoczkę otoczoną od zachodu lasem, z prawej - zalesiony klif, który cia?gna?ł sie? i cia?gna?ł, az? po ła?ki s?ciela?ce sie? u brzegów Zatoki Rudzkiej.

Gospodynię zastałem siedzącą w zadumie na ganku. Wydała się smutna, wręcz nieobecna duchem. Pierwszy powitał mnie posiwiały mieszaniec rodu "burków", który z głos?nym szczekaniem wybiegł mi naprzeciw.

- Skórka do nogi! - ożywiła się Lebiedziowa. - O, jest pan, młodzien?cze.

Pogłaskałem psa. Odwzajemnił się czujnym spojrzeniem. W tym czasie korpulentna babulen?ka z chusta? na głowie z trudem zrobiła krok w moją stronę, więc szybko znalazłem się przy niej, służąc pomocą.

- Nie trzeba - je?kne?ła, delikatnie mnie odpychając. - Nie jestem jeszcze taka stara. Ale reumatyzm dokucza i bóle w krzyz?u nie daja? spokoju.

- Paweł Daniec - ucałowałem jej dłon?.

- Zrobię herbaty.

- Nie, prosze? sie? nie trudzic?.

Jednakże Lebiedziowa należała do istot upartych i twardych, chociaż wciąż odnosiłem wrażenie, że coś ja gryzie. W asys?cie psa weszliśmy z ganku do chaty, a konkretnie do kuchni z duz?ym drewnianym stołem pośrodku. Kobieta zaraz rozpoczęła krzątaninę przy wiekowym, lepionym piecu. Z niejakim oczarowaniem patrzyłem jak z nabożeństwem sięga po czajnik i kubki. Było w tym obrazie cos? rozbrajaja?co uroczego i naturalnego. Nie wiedziec? czemu oczami wyobraz?ni ujrzałem Warszawe? i jej mieszkan?ców, o których dość cze?sto potykałem sie? na jej ulicach. Przylizani, wychuchani, pachna?cy najlepszymi kosmetykami, poważni i wiecznie sie? s?piesza?cy. Zamiast tego miałem teraz okazję obcować z godnie przez?ywana? staros?cią, na ból wycis?nie?ty na pomarszczonej od pracy i trosk twarzy, na uwięzioną w zmęczonych oczach serdecznos?ć.

Pilis?my mocna? herbate? z odrobina? cukru, jaki został w szklanej cukiernicy kupionej na bazarze. Rozmawialiśmy. Bez pośpiechu i bez fałszywej pozy.

- Me?z?a pochowałam trzy wiosny temu - opowiadała Lebiedziowa. - Cie?z?ko nam było. A kiedy zostałam sama ze Skórka?, z moja? poczciwina? kochana?, było jeszcze gorzej. Z marnej emerytury ledwo starcza na lekarstwa. Bieda, młodzien?cze, wielka bieda przyszła. Com miała pocza?c?? Jak tu samej wyz?yc? bez grosza przy duszy? A i owszem, namawiali mnie róz?ni tacy miastowi do sprzedania ziemi nad jeziorem. Kto tu nie przychodził! Ho, ho! Niemcy dawali dobre pieniądze, ale ja ich nie lubie?. Pamie?tam jeszcze wojne?. Miastowi tez? dawali duz?o, ale niby gdzie miałam pójs?c?? Zostałam sama na tym s?wiecie. Sama, jak ten palec. Dopiero niedawno miła pani z Pisza załatwiła mi dom spokojnej staros?ci. Com miała począć, młodzien?cze? Zgodziłam sie?. Tam daja? przynajmniej za darmo łóz?ko i gora?ca? zupe?. A i telewizje? moz?na poogla?dac?... z ludz?mi poprzebywać. Ja zawsze lubiłam z ludziskami rozmawiac?. Tylko Skórki mi szkoda.

Oczy kobiety zrobiły sie? szkliste.

- Nie rozumiem - mruknąłem.

- Psa ze soba? nie moge? zabrac? - oświadczyła załamuja?cym sie? głosem. - Przepisy zabraniaja?. A ze Skórka? przez?ylis?my tutaj kilkanas?cie wiosen...

Popatrzyłem na psa o pysku przyprószonym siwizna?. Usiadł na zadzie mie?dzy nami i patrzył na swoja? pania?, zupełnie jakby wiedział o czym ona mówi. Ten kudłaty pies, be?da?cy zapewne skrzyz?owaniem wyz?ła z pudlem, zdawał sie? rozumiec? kaz?de jej słowo. Nie powiem, zrobiło sie? ckliwie.

- Postanowiłam, z?e sprzedam ziemie? temu, kto zaopiekuje sie? moja? Skórcia? - kontynuowała staruszka. - Komus? uczciwemu. Niemcom nie podam nawet re?ki, z naszymi róz?nie bywa, ale wszystkim, którzy tu byli, z?le z oczu patrzyło. Z?adnemu nie oddałabym pod opieke? mojej Skórki. Panu moge? zaufac?. Mam intuicję. Bóg mi pana zesłał, młodzien?cze.

Wzruszony opowies?cia? kobiety znowu pogłaskałem suke?. Skórka zabawnie zapiszczała i przekrzywiła główke? w moją stronę. Teraz patrzyła wyłącznie na mnie.

- Jeśli dobrze rozumiem - odezwałem sie? nieco zmieszany całą sytuacją - postanowiła pani sprzedac? ziemie? temu, kto, pani zdaniem, be?dzie sie? dobrze opiekował Skórka??

- Nie mam wyjs?cia - je?kne?ła. - Skórka jest dla mnie wszystkim. Ale cóz?, ja biedna, mam robic?? W domu staros?ci nie chca? słyszec? o żadnym psie. Błagałam, namawiałem, nawet przekupic? chciałam za ostatni grosz... na darmo. Sunia musi zostac? tutaj, na naszym, ale ten kto tutaj po mnie przyjdzie, musi byc? uczciwy. Nie o grosz mi chodziło, gdy obcy przychodzili kupowac? tutaj ziemie? pod dacze. Na co mi teraz grosz, kiedy bardziej powinnam się modlic??

- I co pani postanowiła? - zainteresowałem się.

- A przyrzeknie pan zaopiekowac? sie? Skórka?? - zapytała twardo, patrząc mi prosto w oczy.

- Owszem! - palna?łem bez zastanowienia.

- Judasza wyczuwam na kilometr - westchne?ła zadowolona. - Pan jestes? inny. Łagodny dla zwierza?t. Dlatego za tysia?c złotych sprzedam panu chałupe? z ogrodem. Oddałabym za darmo, ale mam trochę starych długów.

- Droga pani, jestem przygotowany na wie?cej - zaprotestowałem.

- Starczy! - uniosła wyżej re?ke?. - Jes?li nie chce pan mojej ziemi za tysia?c złotych, to trudno.

- Kupuje?! - oświadczyłem.

Cień ulgi przemknął po jej zmarszczonej, umęczonej twarzy.

- Prosze? jedynie dbac? o sunię - dodała błagalnie. - Z tego co panu zostanie, pokryje pan koszty remontu i wyżywi Skórkę. Prosze? mi to obiecac?. Czy pan przysie?gnie?

- Przysie?gam - wyszeptałem z powagą i zerkna?łem na psa. - Ale czy Skórka mnie zaakceptuje?

Lebiedziowa nie odpowiedziała. Zacisne?ła mocniej ze?by, powstrzymując się od płaczu. Próbowałem ją pocieszyć, ale po chwili dałem temu spokój.

Ostatecznie złożyłem swój podpis na umowie kupna domu i na kilku innych dokumentach, które wkrótce miały trafić do notariusza.

Po kilku godzinach przyjechała kobieta z domu spokojnej staros?ci, aby zabrać panią Lebiedziową do Pisza.

Dlaczego nastąpiło to tak szybko, dowiedziałem się od samej staruszki.

- Byłam pewna, że kupi pan dom i zaopiekuje się Skórką - wyznała skruszona. - Ta pani, ta która miesiąc temu tu była, zapewniła mnie o tym.

- Monika? - zdziwiłem się.

- Taka młoda z ministerstwa.

- Monika - wyszeptałem.

- Przyjechała ze swoim narzeczonym i naopowiadała o panu dużo dobrych rzeczy - kontynuowała Lebiedziowa. - Początkowo chciałam im sprzedać moją działkę, ale ona twierdziła, że ma lepszego kupca. Chodziło o pana, młodzieńcze. Przepraszam, że wcześniej o tym nie wspomniałam, ale bałam się, że w ostatniej chwili zrezygnuje pan z powodu mojej suni. A właśnie dzisiaj mieli przyjechać do mnie z opieki społecznej...

Nie słuchałem jej dalszych wyjaśnień, albowiem wszystko stało się jasne. Po prostu, Monika zaaranżowała mój przyjazd w te strony dla wyższych celów. Załatwiła mi pracę i kupno domu nad jeziorem, mając na względzie przede wszystkim dobro starej kobiety. I wiecie, co? Wcale nie miałem o to do niej pretensji.

"Stało się!" - pomyślałem. - "Może tak właśnie musiało być".

Jeszcze tylko Lebiedziowa obiecała nas odwiedzic?, ale na psa już nie patrzyła. Wsiadła bez słowa do samochodu i powstrzymując się od płaczu, pogoniła kobiete? z opieki do szybkiego odjazdu. Odprowadzałem pojazd nieco zbłąkanym wzrokiem, tak samo zresztą jak pies. Z tego wszystkiego nie zdążyłem Lebiedziowej zapytać: dlaczego tak a nie inaczej nazwała ukochanego czworonoga?

Kiedy samochód znikł wyżej za drzewami, wierna Skórka pobiegła za nim. Wróciła po kwadransie jeszcze bardziej oszołomiona. Daję słowo, naprawde? widziałem wielkie łzy w jej szczerych ślepiach o barwie oksydowanej miedzi. Ja takz?e otarłem dłonią mokry policzek.

*

W listopadzie kupiłem od kogoś stara? łajbe? wielkos?ci popularnej omegi, tyle z?e znacznie szerszą, co trochę upodabniało ja? do łupiny. Łódka miała prawie szes?c? metrów długos?ci i bardzo płytkie zanurzenie. Szkielet tego na wpół drewnianego jachtu był jednak nieuszkodzony, odnowy wymagały jedynie pe?knie?te poszycie z laminatu i drewniany pokład.

Dziure? w kadłubie załatałem z?ywica? samodzielnie. Wie?cej roboty było z pokładem i masztem. Ten pierwszy wykonano dawno temu z klepek ułoz?onych na rybke?, to jest równolegle do osi symetrii. Był juz? solidnie zniszczony i ktos? doradził mi wykonanie nowego ze sklejki wodoodpornej, na która? nalez?ało póz?niej ułoz?yc? cienkie klepki. Potrzebowałem także aluminiowego masztu, gdyż stary nie nadawał się do użytku. Przez naste?pny miesia?c zgromadziłem mnóstwo klepek, a os?miometrowy maszt zdobył dla mnie tuż przed Boz?ym Narodzeniem pewien straz?nik przystani w Piszu. Kupno wysuwanego miecza zostawiłem na okres późniejszy.

Tak oto - w krótkie zimowe dni i długie wieczory - miałem co robic? w szopie, kolejnym obiekcie tutaj wymagaja?cym gruntownego remontu. Z pomoca? lokalnego stolarza udało mi sie? nawet przenieść jacht do wnętrza pomieszczenia, tyle, że zamknięcie jego wrót nie było już możliwe, gdyż dziób łajby wystawał na zewnątrz. Bawiłem sie? zatem w majsterkowicza - od biedy odnowiłem szope? i remontowałem łódkę. Wcia?z? nie miałem dla niej nazwy. Az? wreszcie na pocza?tku stycznia, czytaja?c po raz kolejny ksia?z?ke? Herberta George'a Wellsa, wpadłem na to: "Wehikuł czasu"! Pierwszy jej człon nawiązywał w sposób oczywisty do pojazdu, którym dawno temu mój były zwierzchnik jez?dził po kraju w poszukiwaniu skarbów. Ten niecodzienny samochód - przypominający odwłok owada z oczami gada - miał dość obrzydliwa? karoserie?, lecz pod maska? skrywał dwunastocylindrowy silnik ferrari 410. To dzięki niemu przezwisko Pan Samochodzik na zawsze przylgne?ło do szefa. A co symbolizował drugi człon tytułu książki Wellsa? Cóż, wspomnienia zawsze były funkcja? czasu. Im więcej go upływało, tym bogatsze stawały sie? wspomnienia każdego z nas. Przecież pamięcią miałem do czego wracać - dziesiątki wakacyjnych wypadów i wyjazdów służbowych, dzięki którym wiele skarbów narodowej i światowej kultury ocalało dla przyszłych pokoleń. Te?skniłem za tamtym życiem i nic nie zapowiadało, że kiedyś razem z panem Tomaszem znowu wyruszymy po nową, fascynującą przygodę.

Poza tym "wehikułem czasu" moz?na było odbyc? - dzieja?ca? sie? wyłącznie w naszej głowie - swoista? podróz? w czasie do mrocznych i nierzadko tajemniczych dziejów naszej cywilizacji, które, jakby nie było, stanowiły przedmiot naszych wspólnych badan? i zainteresowań. Tak mi sie? wtedy wydawało, z?e "Wehikuł czasu" to jedyna słuszna - i zarazem symboliczna - nazwa dla nowej łajby.

*

Razem z czworonogiem niecierpliwie oczekiwalis?my nadejścia wiosny. Skórka długo nie mogła otrząsnąć się z tęsknoty za swoją panią - nie dojadała, zmizerniała, czasami po nocach skomlała. W kon?cu pogodziła sie? z losem i, co najważniejsze, zaakceptowała mnie. Jakże bylis?my do siebie podobni - oderwani od najbliz?szych i skazani na samotnos?c?.

Zima nad jeziorem Ros? nie należała do łatwych. Miała posmak nowej przygody, wręcz egzotycznego wyzwania. Byliśmy zdani wyłącznie na siebie, każdego dnia pokornie znosząc grymasy surowej przyrody. Wieczorami wiatr głośno zawodził na zewna?trz, omiatał mroz?nym oddechem s?ciany wiekowej chałupy i podwiewał jego słomiana? strzeche?, jakby chciał nas złamać. Czasami śnieg pod stopami skrzypiał głos?niej niz? strzelały drwa w prymitywnym kominku izby. A wtedy miło było się napic? gora?cej herbaty z cytryna? lub przekąsić skromną kolację. Ale coraz cze?s?ciej - z nadzieja? dziecka wypatruja?cego prezentów pod choinka? - czekałem na roztopy. Pragnąłem, aby skute lodem jezioro znowu ożyło, a jego brzegi się zazieleniły. Chciałem jak najszybciej zwodowac? moją niewdzie?czna? i brzydka? łajbę. Kiedy termometr za oknem wskazywał minus dziesie?c?, oczami wyobraz?ni wydłuz?ałem słupek rte?ci do poziomu plus dziesie?ciu. Niestety, lód pokrywaja?cy rynne? jeziora jeszcze długo nie schodził.

Zatrudniony na pół etatu w fili piskiej biblioteki miałem dość dużo wolnego czasu. Moje urzędowanie zaczynałem o ósmej, kończyłem zaś o dwunastej. I tak przez pięć dni w tygodniu. Do pracy zabierałem sie? samochodem dostawczym kursuja?cym z os?rodka wypoczynkowego "Raj" (połoz?onego na klifie dwa kilometry dalej na wschód od chatki). Do domu wracałem najczęściej okazja?, choć kilka razy zmuszony byłem is?c? na piechote? w siarczysty mróz. Na los jednak nie uskarżałem się. Co jeszcze? Skórka chyba na dobre przyzwyczaiła sie? do mnie, skoro już na drodze wyczekiwała moich powrotów ze szczerym niepokojem. Odnotowałem również fakt, iż jej tęsknota za swoją panią topniała w miarę jak puszczały pierwsze śniegi. Natomiast Lebiedziowa? odwiedziłem w domu spokojnej staros?ci w Mikołajkach trzy razy. Kobieta podreperowała trochę zdrowie, o czym świadczyły jej rumiana cera i żwawsze ruchy, chociaż, jak sama wyznała, nie czuła sie? za dobrze w tym pie?knie połoz?onym, lecz zarazem smutnym miejscu. Skórki jednak zobaczyć nie chciała. Nie mogła. Bała sie?, z?e z z?alu zapłacze sie? na s?mierc?. Jak powiedziała: "zdradziła sunię".

Tak, smutna to była historia.

W wolnych chwilach z uporem maniaka remontowałem na zmiane? łajbę i dom. Pod koniec lutego z os?rodka wczasowego kupiłem uz?ywany ponton z małym silniczkiem i elektryczna? pompką jako dodatkowe zabezpieczenie na okres letni, gdyby, nie daj Boże, z jachtem cos? nie wyszło.

Dzisiaj wspominam ten okres jako swego rodzaju mękę Tantala. Każdy dzień nad jeziorem Roś wzmacniał mego ducha, lecz tak naprawdę pobyt w tych stronach traktowałem jako dość ponure doświadczenie. Cóż, wszystkie moje działania w tamtym czasie miały na celu jedno - załatanie w mojej duszy głębokiej dziury jaka powstała po zawieszeniu działalności Departamentu Ochrony Zabytków. Z zawzie?tos?cia? godna? politowania próbowałem zabic? w sobie z?al do losu za wygnanie mnie poza stolicę. Pragna?łem zagłuszyć dawne wspomnienia, ale kiedy tylko zjawiał sie? listonosz - a rzadko tu zachodził - z naiwnością dziecka oczekiwałem cudu, a za taki uznałbym list od pana Tomasza z informacją o wznowieniu działalności naszego biura. Jednakże pan Tomasz nie odzywał sie?. Nie pisała takz?e Monika. Cała nasza trójka była wtedy pogra?z?ona w zimowej depresji.

Cóz? godnego uwagi mógłbym tutaj jeszcze dodac?? W publicznej bibliotece wypoz?yczałem ksia?z?ki, pomagałem archiwizowac? skromne zbiory i sam sporo czytałem. Wszystko - pocza?wszy od beletrystyki po pozycje historyczne. Jak zawsze unikałem ckliwych romansów, tanich kryminałów i pozycji przygodowych. Nic nie mogło zasta?pic? prawdziwej miłos?ci i autentycznej przygody. Stroniłem od ludzi, nie licząc, oczywiście, pana Skrzeczyn?skiego, sprza?taczki, stolarza, kierowcy z os?rodka "Raj" i listonosza. Niekiedy widywałem na przystani przy kempingu straz?nika, który pomógł mi w sprawie jachtu. Nawet dziewczynami niezbyt się wówczas interesowałem.

To wszystko. Czasami moja? pokute? w czterech s?cianach bibliotecznego gmachu zakłócała jeszcze para młodych ludzi. Odwiedzali oni biblioteke? cze?s?ciej niz? ich rówies?nicy gonia?cy za łatwa? rozrywka?, ale nigdy nie rozmawialiśmy dłuz?ej niz? trwa załatwienie formalnos?ci lub wymiana grzecznos?ciowych formułek.

Wkrótce wszystko sie? odmieniło. A to za sprawa? starej ksie?gi, która? odkurzyłem z jakiejś półki miejskiej biblioteki w Piszu.