Pan Samochodzik i skarby wikingów Tom 2 - W objęciach Neptuna - Arkadiusz Niemirski


Reflow text when sidebars are open.
PRZESŁUCHUJEMY TAS?ME? * GDZIE PRZETRZYMYWANY JEST STEFAN? * DETEKTYW OD ZABYTKÓW * KTO LUBI LODY? * WIKIN?SKIE I SŁOWIAN?SKIE ŁODZIE * NERWOWA KAREN * TELEFON DO PORYWACZY * ZOS?KA S?LEDZI RZEPKE? * ODKRYCIE PAWŁA * WYJAZD DO ELBLA?GA * NAPAD I POS?CIG * KTO NAS PODSŁUCHUJE? * POZNAJE? DREWICZA-LARSENA * ROZMOWA NA MOLO * REWELACJE SIERZ?ANTA JANIAKA
Sierz?ant Janiak uruchomił tani radiomagnetofon znajduja?cy sie? na biurku w jego gabinecie na posterunku policji we Fromborku. Ja, Zośka i Paweł zamieniliśmy się w słuch.
Z głośnika urządzenia wydobył się trochę niewyraźny głos młodego człowieka:
- Mamo... Eryku... to ja, Stefan... nie martwcie się o mnie... jestem cały i zdrów... chciałbym już wrócić na "Konkwistadora"... tęsknię za wami...
W tym miejscu nagranie sie? urywało. Tylko tyle. Ten krótki zapis z kasety magnetofonowej podrzuconej przez porywaczy na fromborską przystań nie pozostawiał złudzeń - Stefan był ich zakładnikiem.
Mine?ło kilka dni od porwania syna Karen Petersen. Przypomnę tylko, że ta bogata Dunka przyjechała do naszego kraju, aby na pokładzie luksusowego jachtu szukac? skarbów ukrytych na dnie polskiego Bałtyku. Szcze?s?liwym trafem jej starszy syn odkrył stara? słowian?ska? łajbe? zagrzebana? w mule Zalewu Wis?lanego. Emocji jednak nie było kon?ca! Porwano bowiem młodszego z braci, Stefana, urzeczywistniaja?c tym samym pogróz?ki ludzi pragna?cych za wszelka? cene? odcia?gna?c? Karen od tego akwenu. Bez wątpienia mielis?my do czynienia z zawodowcami nie rzucaja?cymi słów na wiatr. Ba, istniały wielce uzasadnione przesłanki, że współpracowali oni z naszym starym znajomym Jerzym Batura?. Rados?c? ze znaleziska przeplatała sie? zatem z minorowymi nastrojami Dun?czyków i nerwową atmosferą wśród załogi "Havamala", na którym razem z Pawłem gos?cilis?my w charakterze konsultantów i obserwatorów w ramach operacji opatrzonej kryptonimem "Skarby wikingów". Jednakże w obliczu przestępstwa jakim było porwanie młodzieńca losy naszej misji stanęły pod znakiem zapytania.
Po spektakularnym odkryciu wraku de?bowej łodzi moglis?my teraz pomóc Karen w odzyskaniu syna. Lubiłem ja?, wie?c postanowiłem zrobic? wszystko, aby Stefan wrócił do niej cały i zdrów. Na szcze?s?cie moja dawna znajoma dzielnie znosiła całą sytuacje?, choć przecież wiedziałem, jak bardzo musi cierpieć.
Ponadto uwaz?ałem, z?e nasza przygoda na północy kraju dopiero się zaczęła. Wiele spraw bowiem nie zostało wyjas?nionych. Nie wiedzieliśmy na przykład, jaka? role? odgrywa w tej historii Batura? Kim był tajemniczy obserwator z wiez?y kos?cioła pala?cy chesterfieldy i najprawdopodobniej jeżdżący bordo landroverem na fałszywej rejestracji? Czy to ten sam osobnik podaja?cy sie? za pracownika Ministerstwa Kultury i Sztuki, który juz? dwa razy ubiegł mnie w poszukiwaniach instruktora elbla?skiego klubu płetwonurków "Akwalung"? A przecież pan Andrzej wysłał do mnie list, poruszony niecodzienną historią, jaka rozegrała sie? zeszłego roku na wodach Zatoki Gdan?skiej. Podobno jego podopieczni, trzej nastoletni chłopcy, odkryli cos? na dnie Bałtyku, lecz zostali szybko przepe?dzeni z miejsca znaleziska i nastraszeni przez nieznanych sprawców podaja?cych sie? za funkcjonariuszy pan?stwowych. Niestety, na pokładzie "Havamala" znajdował sie? złodziej, który ten list ukradł. Kim był? Cóż, prawdopodobnie człowiekiem Batury, jego szpiegiem działającym wśród nas. Pewne fakty wskazywały, z?e tą osobą mogła być pracownica Centralnego Muzeum Morskiego w Gdan?sku, osoba nadzoruja?ca cała? operacje? niejako z urze?du, pani Anna. Aż dwie osoby - niezależnie od siebie i w dwóch róz?nych miejscach - widziały ja? wysiadaja?ca? z volvo Jerzego. Tak wie?c o przypadku nie mogło byc? mowy. Oczywiście, nie dysponowaliśmy niepodważalnym dowodem jej współpracy z Baturą, więc pozostało nam czekać na błąd przeciwnika.
Wstałem z krzesła i nachyliłem się nad biurkiem. Cofna?łem tas?me? naciśnięciem właściwego klawisza.
- Chciałbym jeszcze raz wysłuchać tego nagrania - odezwałem się.
- Cia?głe przesłuchiwanie kasety nic nie da - mruknął sierz?ant Janiak znudzony naszą przedłużającą się wizytą. - Nie widzę sensu w nieustannym odtwarzaniu nagrania.
- Zdaje się, że oprócz szumu charakterystycznego dla kiepskiej jakości nagrań - wyjaśniłem - coś słyszę. Jakiś znajomy dźwięk na drugim planie.
Wcisnąłem klawisz "play", ignorując tym samym uwagę sierżanta.
- Mamo... Eryku... to ja, Stefan... nie martwcie się o mnie... jestem cały i zdrów... chciałbym już wrócić na "Konkwistadora"... tęsknię za wami...
Tym razem nie zwracałem uwagi na dramatyczną mowę młodego Petersena. W tle jego wypowiedzi wyraz?nie słyszałem ciche odgłosy ptasich popiskiwan?.
- Słyszycie? - ożywiłem się. - Co to za ptaki?
- O, rany! - zawołała podekscytowana Zos?ka. - Stefana przetrzymuja? na brzegu morza. To krzyk mew słychac? w tle nagrania!
- Racja - dodał Paweł. - Brawo, Zosiu!
Spojrzałem na sierżanta, który wyprostował się gwałtownie w fotelu i cofnął taśmę kolejny raz.
- To nie mewy - oświadczył po uważnym wysłuchaniu nagrania. - Ani nie rybitwy. Znam te piski. To kormorany! Tysia?ce tych ptaszysk stało sie? prawdziwa? plaga? Mierzei Wis?lanej. Tak, to bez wątpienia kormorany.
Chrza?kna?ł zakłopotany i zerknął na mnie bardziej przyjaźnie.
- Zwracam honor - wydukał, nie przestając na mnie patrzeć. - Dobra robota. Teraz widze?, z?e jest pan świetnym detektywem. Podobno rozwia?zał pan wiele zagadek i znalazł wiele skarbów. Nazywają pana Samochodzikiem, prawda?
- Ska?d pan to wie? - zapytałem.
- Syn mi o panu opowiedział. Teraz ma dwadzies?cia osiem lat, z?one? i dwójke? dzieci. Tylko patrzec?, jak niedługo moje wnuki zaczna? czytac? przygody o pan?skich wyczynach. Podobno nawet we Fromborku rozwia?zał pan jaka?s? zagadke? . Chodziło o rubiny czy cos? takiego. Dawno temu.
- O tak! - zawołała Zos?ka. - Wujek jest sławnym detektywem.
- Nie przesadzaj, mała - bąknąłem zakłopotany.
Najzwyczajniej w świecie zrobiło mi sie? głupio, gdyż nie lubiłem delektować sie? swoimi osia?gnie?ciami jako detektyw tropiący przeste?pców wywoz?a?cych za granice? skarby kultury narodowej. Przechwałki były dobre dla tych, którzy nigdy nie zaznali smaku sukcesu. Mimo wszystko zrobiło mi się przyjemnie, z?e ktos? pamie?tał, co zrobiłem w mies?cie Kopernika ponad dwadzies?cia lat temu.
Zmieniłem temat, gdyz? w roli gwiazdora nie czułem sie? najlepiej. W swoim z?ywiole byłem wtedy, gdy nikt nie zwracał na mnie uwagi.
- Sierżancie, czy cos? wiadomo o tym oplu, którym porwano Stefana Petersena? - zapytałem.
- Jeszcze nie - odpowiedział. - Tak samo, jak nie istnieje bordo landrover z rejestracją, którą nam pan podał. To fałszywe tablice. Bez wątpienia mamy do czynienia z dobrze zorganizowaną grupą przestępczą.
Wkrótce opus?cilis?my posterunek we Fromborku i spacerkiem ruszyliśmy do portu.
Juz? pia?ty dzien? bawiliśmy w mies?cie Kopernika, towarzysza?c ekipie zajmującej się wydobyciem z mulistego dna Zalewu Wis?lanego łodzi pochodzącej z XI lub XII wieku. Pogoda sprzyjało pracy archeologom. Za dnia było słonecznie i ciepło. Poza tym, co tu dużo mówić, mieliśmy do czynienia z wielkim odkryciem, mimo że celem operacji "Skarby wikingów" było znalezienie norman?skiego statku spoczywaja?cego na dnie Bałtyku. Nawet Jorgensen wydawał sie? pogodzony z losem, że to nie on odkrył wrak słowiańskiej łodzi. Musiał zadowolić się rozgłosem jakie wywołało całe to zamieszanie. Frombork odwiedzali bowiem wysłannicy stacji telewizyjnych i dziennikarze prasowi ciekawi nie tylko sensacyjnego znaleziska, ale także nowoczesnego sprzętu do poszukiwań wraków znajdującego się na pokładzie "Havamala". Ten wspaniały jacht znalazł się pod ostrzałem spojrzeń setek pasaz?erów wsiadaja?cych i wysiadaja?cych z promów czy wodolotów, tym bardziej, że wejs?cie na wschodnie nabrzez?e zostało zamknięte szlabanem z tabliczką zakazuja?cą wste?pu osobom nieupowaz?nionym.
Mimo, że lada dzien? spodziewalis?my sie? ujrzec? większy fragment wraku, moje myśli wciąż krążyły wokół porwania Stefana. Porywacze milczeli. Nastroje na "Konkwistadorze" balansowały między rozpaczą a niemocą. Bałem sie?, z?e Karen w końcu pęknie i przy pierwszej próbie kontaktu z kidnaperami zacznie sie? nimi układac?. Kto wie, może właśnie o to im chodziło - zmie?kczyc? Petersenów i zgarna?c? okup. Jeśli, rzecz jasna, ich celem były pieniądze.
Dręczyła mnie też inna sprawa. Próba ustalenia miejsca pobytu autora skradzionego listu spaliła na panewce. Ekipa klubu wyjechała nad Morze S?ródziemne, a tajemniczy złodziej, jak poinformował nas rzecznik policji w Elbla?gu, ukradł z siedziby klubu kilka istotnych dokumentów, w tym niektóre akta personalne. Niemniej jednak próbowano złapać kontakt z kierownictwem obozu w Grecji dzie?ki pomocy agencji turystycznej załatwiaja?cej ten wyjazd. To dawało jakąś szansę na przeprowadzenie długo oczekiwanej rozmowy z samym panem Andrzejem.
Liczyłem też na mojego dawnego zwierzchnika. Niezmordowany dyrektor Marczak wrócił juz? do stolicy po krótkiej wizycie we Fromborku, obiecując zasięgnąć języka w pewnych wysokich kręgach. Miał mnóstwo znajomos?ci w Warszawie, więc mógł swoimi kanałami dotrzeć do kogoś na wyz?szym szczeblu władzy, kto ustalał skład ekipy "Havamala". Interesowało nas jedno - kto wyraził zgode? na udział Pani Archeolog w operacji "Skarby wikingów" lub od kogo wyszła taka propozycja? Przeciez? Centralne Muzeum Morskie w Gdan?sku dysponowało wieloma innymi fachowcami od badan? podwodnych.
Ale to nie wszystkie rozterki, które mnie dręczyły. Jak twierdziła pie?kna i niespełniona aktorka Luiza, to Batura pierwszy zlokalizował wrak starej drewnianej łodzi. Dokładnie rok temu. Czy naprawdę chodziło mu o tę zagrzebaną w mule, bezwartos?ciową dla niego, łódź słowiańską? I dlaczego chciał odciągnąć Karen Petersen od Fromborka? Czyżby Batura został amatorem-poszukiwaczem starych drewnianych łodzi? Nie mogłem w to uwierzyć. Zakładaja?c jednak, z?e tak było w istocie, nasuwało sie? wiele wa?tpliwos?ci. Po pierwsze, jak zlokalizował wrak? Po drugie, w jaki sposób zamierzał wydobyć go z wody? Na oczach całego Fromborka? I po trzecie, co zamierzał zrobic? z łodzią, która przelez?ała pod woda? setki lat? Doprowadzic? ją do stanu muzealnego eksponatu i potem komuś sprzedać? Nie, to nie było zaje?cie dla Batury, tylko dla całej grupy konserwatorów. Poza tym wa?tpiłem, aby Jerzy znalazł kupca? Co innego złoty kielich lub naszyjnik, a co innego kilkumetrowej długos?ci de?bowa łódz? sprzed prawie tysiąca lat.
Podczas spaceru do portu roztrząsaliśmy jednak wyłącznie sprawę porwania Stefana Petersena, a właściwie prześcigaliśmy się w domysłach, gdzie go przetrzymywano. Wszystko wskazywało, że owa kryjówka znajdowała się gdzieś blisko morza. Ten mglisty trop wyraźnie poprawił nam humory. Na wszelki wypadek nakazałem Pawłowi i Zośce milczenie w tej sprawie.
Kiedy znaleźliśmy się na molo, ruszyliśmy na wschodni falochron, na którym urządzono prowizoryczny sztab. Magister Rzepka przegla?dał tam zdje?cia i pierwsze raporty, a towarzyszyła mu rudowłosa Iwona z Centralnego Muzeum Morskiego, kolez?anki Anny.
Na nasz widok zerwał się na nogi i podszedł do nas wyraźnie czymś podekscytowany.
- Nie uwierzycie! - zawołał w naszą stronę. - Łódz? moz?e miec? dziesie?c? metrów długos?ci!
Paweł z wrażenia gwizdnął. Szybko dołączyliśmy do pani Iwony. Zapytaliśmy o pozostałych. Okazało się, że Jorgensen i Anna przeglądali jakieś animacje w kabinie nawigacyjnej "Havamala", a Luiza zaz?ywała słonecznej ka?pieli na miejskiej plaz?y tuz? za bosmanatem.
Pani Iwona zamknęła jakąś teczkę z dokumentacją i posłała nam triumfujące spojrzenie.
- Odkryte do tej pory statki słowian?skie sa? zazwyczaj mniejsze od skandynawskich, co zgadza sie? z danymi z?ródeł opisowych - zaczęła mówić. - Na terenie Polski znaleziono juz? kilka takich statków. Najdłuz?szy o długości osiemnastu metrów znaleziono w Brzez?nie. Równiez? we Fromborku odkryto inny, krótszy od tamtego zaledwie o metr. Najmniejszy był statek z Mechlinka, mniej więcej dziewie?ciometrowy.
- A jak wielkie były statki skandynawskie? - zapytała Zośka.
- Statek z Gokstad miał ponad dwadzies?cia trzy metry długos?ci, ale zdarzały sie? i mniejsze, jak chociaz?by długi na prawie dziesie?c? metrów statek z Kwalsund. Ale nasze słowian?skie, włas?nie dzie?ki mniejszym rozmiarom, płytszemu zanurzeniu i wie?kszej zwrotnos?ci, niejednokrotnie odnosiły zwycie?stwa nad nieprzyjacielem. Co nie znaczy, że dawni Słowianie nie posiadali duz?ych okre?tów. Mieli takie. Brały one udział przede wszystkim w dalekich wyprawach, jak na przykład ekspedycja z 1136 roku na Konunghele? na zachodnim wybrzez?u Szwecji.
Magister Rzepka słuchał wywodu Iwony, a jednocześnie przyglądał nam się badawczo.
- A wy co macie takie miny? - zapytał nieoczekiwanie, mrużąc przy tym oczy.
- Jakie miny? - zdziwił się Paweł.
- Nie wiem. Jakbys?cie wpadli na jakis? trop. Coś się stało?
- Nic! - palnęła Zos?ka.
- To gdzie tak nieustannie chodzicie?
- Na lody - odparła bez wahania. - Uwielbiamy lody.
- Lody - powtórzył głucho, łypia?c na nas podejrzliwie. - I kto w to uwierzy?
- Przepraszam, o czym pan?stwo rozmawiacie? - przerwała nam rudowłosa Iwona.
Na jej twarzy odmalowało się najszczersze zdumienie.
- Nasz kolega uwaz?a - zabrałem głos - z?e sie? lenimy, kiedy inni w pocie czoła pracuja? nad znaleziskiem I chyba ma racje?.
Magister Rzepka nie skomentował moich słów. Przeciągnął się teatralnie i nagle ożywił.
- Teraz na mnie kolej - os?wiadczył i zrobił krok do przodu. - Ide?.
Minął nas bez słowa i ruszył w stronę lądu.
- Doka?d pan idzie? - zawołała za nim Zośka.
- Na lody - odpowiedział z przeka?sem, nie odwróciwszy sie? za siebie.
Przez chwilę odprowadzaliśmy go wzrokiem.
- Zazdros?c? nie rados?c? - westchnąłem.
- Dlaczego pan magister nie sprowadzi swojej dziewczyny do Fromborka? - zauwaz?yła Zos?ka. - Przecież rok akademicki już się skon?czył. Męczy się, biedak.
- Niektóre egzaminy ciągną się jeszcze przez cały lipiec - dodał bez przekonania Paweł.
Straciłem zainteresowanie magistrem. Mój wzrok powędrował na wschodnie nabrzez?e. Karen wyszła niespodziewanie zza rogu bosmanatu. Kiedy dostrzegła mnie, przyśpieszyła.
- Tomasz! - wołała, idąc szybko w naszą stronę.
W trójkę wyszlis?my jej naprzeciw. Była nielicho zdenerwowana.
- Co się stało? - zapytałem ją zaniepokojony.
- Dzwonili porywacze! - cała sie? trze?sła. - Ktoś zadzwonił do bosmanatu. Mówił po angielsku...
- Ale to nie był Anglik? - przerwałem jej.
- Raczej nie. Mówił słabo po angielsku. Akcent zdradzał cudzoziemca.
Automatycznie pomyślałem o Baturze.
- Czy to mógł być Polak? - drążyłem temat.
- Pewnos?ci nie mam. Po prostu ktoś zadzwonił tutaj i poprosił mnie do telefonu. Przecież porywacze nie znają numeru mojej komórki. Zawołano mnie i przyszłam tu najszybciej jak się dało. W każdym razie porywacze z?a?dają okupu! Dzis? w nocy. A to oznacza, z?e juz? niedługo ujrze? Stefana. Moim zdaniem, powinnam przystac? na ich warunki i zakończyć poszukiwania na własna? re?ke?.
- Sierżantowi Janiakowi to się nie spodoba - wtrącił Paweł.
- Mam to gdzieś, młodzieńcze - prychnęła. - To mój syn i to ja decyduję, co należy zrobić.
Odciągnąłem Karen za róg budynku. W czwórkę przycupnęliśmy pod ścianą obok automatu telefonicznego, aby nie wzbudzać sensacji.
- Karen - ściszyłem głos. - Chyba wiemy, gdzie porywacze trzymają Stefana.
- Doprawdy? Niby gdzie?
- Prawdopodobnie w jakims? domu nad brzegiem morza. Kryjówka może znajdować się niedaleko Fromborka. Gdzieś na Mierzei Wis?lanej.
- Duz?o jest takich domków na polskim wybrzez?u? - zakpiła i zerknęła na Pawła i Zośkę. - Czy moz?emy pogadac? na osobnos?ci?
- Wybacz, Karen, nie mam tajemnic przed moja? ekipa? - zaprotestowałem. - Działamy razem. Jes?li chcesz z nami współpracowac?, musisz zaufac? całej naszej trójce.
- No dobra - skapitulowała bez walki. - Tylko, gdzie jest to miejsce? Nie zamierzasz chyba przeszukac? kaz?dego zakamarku na Mierzei Wis?lanej?
Pokre?ciłem z niezadowoleniem głowa?.
- Pamie?taj, z?e nie uznaję negocjacji z bandytami - powiedziałem z naciskiem. - Sierz?ant Janiak ostrzegał cie?, abys? trzymała sie? od nich z daleka. To niebezpieczne.
- Mam czekac?, az? cos? zrobia? Stefanowi? - podniosła głos. - Oszalałes?? Po prostu znajdziemy najbliz?szy bank, wezmę dziesie?c? tysie?cy dolarów i potem odbierzemy chłopaka.
- To mi się nie podoba, Karen. W tutejszym banku nie podejmiesz żadnej dolarowej kwoty. Powinnis?my pójść z tym na policje?.
- Akurat! - z?achne?ła sie?. - Zrobie? dokładnie co innego. Za pie?tnas?cie minut mam zadzwonic? pod wskazany przez porywaczy numer po kolejne instrukcje. Mam zadzwonić z jakiegoś automatu lub budki telefonicznej. Niestety, ten - palcem wskazała telefon zamontowany na murze bosmanatu - jest nieczynny.
- Zadzwon? od bosmana. W czym problem?
- Oszalałes?? A jes?li ktos? nas podsłucha? Przecież ten bosman i jego pracownicy współpracują z lokalną policją. Podczas rozmowy z porywaczem cały czas mnie obserwował. Chyba się wszystkiego domyśla. A bandyci postawili sprawę jasno: żadnych kontaktów z osobami trzecimi. W przeciwnym razie stanie sie? cos? złego.
- A ja? - zrobiłem wielkie oczy. - A włas?ciwie my. Przecież nas wtajemniczyłas?.
- Wy to co innego - machne?ła re?ka?. - Tylko do was mam zaufanie.
- Porywaczy to nie interesuje - mruknąłem.
I westchna?wszy cie?z?ko, zapaliłem papierosa. Doprawdy nie wiedziałem, co pocza?c?.
- Zadzwonię z miasta - oświadczyła zniecierpliwiona moją bierna? postawa?.
- Poczekaj - przypomniałem sobie. - Paweł ma telefon komórkowy.
- Mam, ale nie działa - mruknął. - Trzeba zadzwonic? z rynku.
- Popierasz pomysł Karen? - zdziwiłem sie?.
- To nie mój pomysł, Tomaszu - wtrąciła niepocieszona Karen. - Mam do nich zadzwonić z bezpiecznego telefonu. Nikt nie może wiedzieć, co jest grane.
- Szefie - rzucił ostro Paweł - pienia?dze trzeba pobrac?, aby us?pic? czujnos?c? porywaczy. Znaja?c instrukcje, wymys?limy jak zastawic? na nich pułapke?.
- Żartujesz? - jęknąłem. - Przecież w tej chwili możemy być obserwowani przez nich, więc na nic zda się ta cała heca.
- Zobaczymy co powiedzą, gdy pani Petersen zadzwoni do nich. Wtedy zdecydujemy, co robić.
Nagle, z budynku wyszedł bosman. Na nasz widok zrobił zdziwioną minę, a następnie zmierzył nas badawczym wzrokiem. Błyskawicznie urwaliśmy rozmowę. Pozdrowiłem go krótkim "witam", wziąłem Karen pod rękę i ruszyłem z nią w stronę miasta.
Spojrzałem jeszcze na Pawła i Zośkę.
- Wy zostajecie tutaj - rzuciłem przez zęby. - Za bardzo rzucamy się w oczy.
Paweł potaknął głową i podszedł do mnie.
- Przy okazji, szefie - szepnął mi do ucha w naszym ojczystym języku. - Jak pan wie, magister Rzepka opus?cił w nocy jacht, aby zadzwonic? do swojej narzeczonej.
- I co?
- Otóż, przyszło mi teraz do głowy, że nie mógł tak szybko wrócic? z tej eskapady.
- Niby dlaczego?
- Przecież telefon na tyłach bosmanatu jest uszkodzony - odpowiedział. - A najbliz?szy działaja?cy znajduje sie? gdzieś na rynku.
To odkrycie odebrało mi na chwile? mowe?.
- Przechadzka na rynek i z powrotem - kontynuował mój współpracownik - zajmuje przynajmniej pie?tnas?cie minut. A magister wrócił po niecałych dziesie?ciu.
- Wniosek?
- Nie dzwonił z automatu.
- Sugerujesz, z?e w ogóle nie dzwonił?
- Dzwonił, ale z telefonu komórkowego.
To trzymało się kupy. Paweł miał rację. Magister miał coś za uszami, ale w tej chwili ta sprawa mogła poczekać. Zresztą Karen zaczęła się już niecierpliwić.
- Porozmawiamy o tym póz?niej - powiedziałem do niego, cia?gna?c Karen za sobą. - Musimy sie? s?pieszyc?! Na rynku znajdziemy jakiś czynny automat.
Po dziesie?ciu minutach weszlis?my do restauracji w pobliżu kina "Fregata". W holu jakis? młody człowiek w wytartych dz?insach i koszulce z nazwą popularnego zespołu popowego rozmawiał sobie w najlepsze i zanosiło sie? na dłuższą pogawe?dkę. Lecz my nie mielis?my czasu.
Wtedy to Karen groz?nie tupne?ła noga? na młodzien?ca.
- Jes?li w cia?gu trzydziestu sekund nie odłoz?ysz tej słuchawki - syknęła po angielsku - to daje słowo honoru, z?e oberwiesz.
Młodzian wcale nie zareagował. Powód był prosty - nie znał angielskiego. Wzruszył jedynie ramionami, co jeszcze bardziej rozws?cieczyło Karen. Do wyznaczonego kontaktu pozostało już tylko sześćdziesiąt sekund.
Postanowiłem przeja?c? ster w swoje re?ce.
- Młody człowieku - zwróciłem się do niego po przyjacielsku, ale w ojczystej mowie. - Ta pani musi wykonac? bardzo waz?ny telefon. Jak skon?czy, be?dziesz mógł sobie dalej rozmawiac?. To naprawde? bardzo waz?na sprawa.
- Ja tez? mam bardzo waz?na? sprawe? - rzekł zblazowanym tonem, odrywając na chwilę słuchawkę od ucha. - Nie moge? namówic? dziewczyny, aby poszła ze mna? na dyskoteke?. Daj pan spokój.
Karen ze złos?ci zacisne?ła pie?s?ci. Nie dziwiłem sie? jej frustracji. Stefanowi zagraz?ało s?miertelne niebezpieczen?stwo, a tu jakis? smarkacz ględził coś w niezrozumiałym dla niej języku.
Nagle Karen włoz?yła re?ke? do kieszeni, wyje?ła z niej zmie?ty zielony banknot i bez słowa przykleiła go do spoconego czoła młodzien?ca. Ten z wraz?enia zaniemówił i wybałuszył szeroko oczy. Zgarnął studolarówkę i popatrzył na nią zszokowany.
- Zrób sobie teraz, chłopcze, przerwe? i skocz na cheesburgera - powiedziała po angielsku.
Ale chłopak w dalszym ciągu nie zrozumiał, o co jej chodzi. Obejrzał za to dokładnie banknot i schował go w kieszonce spodni.
- Było trzeba tak od razu - wymamrotał zadowolony.
I wzruszywszy ramionami, wyszedł na ulicę przekonany, że spotkał grupkę dziwaków.
- Sam widzisz, Tomaszu, z?e pienia?dze mogą wszystko - powiedziała Karen, gdy zostaliśmy sami.
- Mam inne zdanie na ten temat - ba?kna?łem.
Ale nie była to odpowiednia pora na roztrza?sanie podobnych kwestii. Nie namys?laja?c sie? dłuz?ej, Karen sie?gne?ła po słuchawke? i wykre?ciła jakis? numer. Po chwili wyprostowała sie? i zacze?ła mówic? drz?a?cym głosem:
- Mówi Karen Petersen. Dzwonie? zgodnie z umowa?.
Słuchała uwaz?nie, potakuja?c co pewien czas głowa?. A ja zamieniłem się w słuch.
- Tak, mam tyle pienie?dzy - zdenerwowana mówiła do słuchawki. - Zgoda. Gdzie? Okej, jeszcze dzisiaj pojade? do tego banku w Elbla?gu. Halo! Muszę wiedzieć, czy Stefan jest cały i zdrów?
Przez pół minuty słuchała porywacza, a naste?pnie odwiesiła słuchawke?.
- I co? - zapytałem.
- Stefan ma sie? dobrze - cie?z?ko westchnęła. - Chca? pienie?dzy. I to jeszcze dzisiaj. Musimy pojechac? do Elbla?ga, Tomaszu. Natychmiast! Podali mi adres jakiegoś banku, gdzie handlują dolarami.
- Zaraz - powstrzymałem ja?. - Wiesz, z?e nie popieram twojej decyzji, ale ciekawi mnie, w jaki sposób przekaz?esz im okup?
- Nie wiem. Równo o 19:05 zadzwonia? tutaj z kolejnymi instrukcjami. Ten, z którym rozmawiałam doradził mi, abym nie sprawdzała jego numeru. Podobno dzwoni z automatów. Nie ma co! Ruszamy do Elbla?ga po pienia?dze! Zadzwonie? ylko do me?z?a, bo moz?e sie? przydac? w razie problemów z bankiem.
- A gdzie jest teraz? - spytałem oburzony.
- Załatwia cos? w Warszawie - rzuciła Karen, wykre?caja?c numer.
Ale Drewicz-Larsen nie odbierał. Zostawiła więc krótką wiadomos?c? na sekretarce, a następnie ruszyliśmy szybko do portu.
Obok Rosynanta czekali na nas podekscytowani Paweł i Zos?ka.
- Co się stało? - zapytałem zdziwiony.
- Kiedy poszlis?cie na rynek, Zosia poszła w miasto za magistrem.
- Pan Rzepka wszedł do kos?cioła - dodała dziewczyna. - A po dziesie?ciu minutach wyszedł blady jak przes?cieradło.
- Hm... to ciekawe, ale w kon?cu kaz?dy moz?e odwiedzic? kos?ciół.
- Pan z?artuje, szefie - zaprotestował Paweł. - Magister Rzepka i modlitwa?
- Moz?emy go sami o to zapytac? - wtrąciła Karen na widok wyłaniającego się zza budynku bosmanatu magistra.
Był zdenerwowany. Widząc nas, nieco zwolnił. Najwyraźniej chciał uniknąć ewentualnych pytań.
- Cos? pana gryzie, magistrze? - zawołałem.
- Gora?co - odpowiedział i ruszył na przystań.
- Jak smakowały lody? - zapytała Zos?ka. - I co słychac? u pani Ewy?
Zatrzymał się niechętnie.
- Nie wiem - ba?kna?ł. - Nie ma jej w domu. Byc? moz?e be?de? musiał opus?cic? was na jeden dzień.
- A co pan porabiał w kos?ciele? - wypalił Paweł.
Magister Rzepka jakby drgna?ł, ale zaraz spojrzał na nas poczciwym wzrokiem. Zrobił krok w naszą stronę.
- Niestety, ale od pewnego czasu odnosze? wraz?enie, z?e chcecie odcia?gna?c? mnie od niektórych spraw - powiedział oschle. - Dlatego wracając, zajrzałem sobie do kos?cioła, w którym członek naszej ekipy oberwał po głowie. Mam prawo wiedziec? o wszystkim, co tu sie? dzieje. Mogę też odwiedzać kościoły, tak jak wy zresztą. I dlaczego w ogóle mnie s?ledzicie. Nieładnie, nieładnie.
- Magister Rzepka ma racje? - rzekłem bija?c sie? w piers?. - Zachowujemy sie? niegrzecznie. Przepraszamy pana.
Popatrzył na zdenerwowaną Dunkę. Cień uśmieszku przemknął po jego twarzy
- Doka?d sie? wybieracie? - zmienił temat,
- Mała przejaz?dz?ka po okolicy - skłamała Karen.
- Jes?li przypadkiem jedziecie do Elbla?ga, to chętnie się z wami zabiorę. Musze? zda?z?yc? na najbliz?szy pocia?g. Zabiorę tylko z jachtu kilka rzeczy.
- Niestety, jedziemy w przeciwnym kierunku - odpowiedziałem. - Ale przeciez? ma pan stacje? kolejowa? naprzeciwko portu.
- Chciałbym złapać jakiś ekspresowy, nie osobowy.
- Przykro nam, magistrze.
I wsiedlis?my z Karen do jeepa, aby uciąć tę rozmowe?. Pragnąłem za wszelka? cene? utrzymac? nasza? wyprawe? w tajemnicy, tym bardziej, z?e nasz kolega z fundacji nie był z nami do kon?ca szczery.
Dla świętego spokoju ruszyłem wzdłuz? brzegu Zalewu w kierunku wschodnim. Zaraz jednak bocznymi uliczkami dotarliśmy do drogi E-503 prowadza?cej do Elbla?ga przez Tolkmicko.
Wkrótce jechaliśmy już wa?ską i kre?tą szosą usłaną miejscami dziurami. Droga prowadziła przez lekko pagórkowaty i wyludniony teren stanowia?cy cze?s?c? Parku Krajobrazowego nazwanego Wzniesieniem Elbla?skim, okolicę dość surową i prażącą się teraz w wakacyjnym słon?cu, łagodzonym przez słonawy oddech Zalewu Wiślanego. Kilkanas?cie razy musiałem zwalniac? na licznych tutaj zakre?tach, aby nie wjechać w któres? z przydroz?nych drzew rosnących gęsto wzdłuz? całej trasy. O szaleńczej jeździe nie było więc mowy, co wyraźnie nie spodobało sie? Karen. I chociaż nalegała, aby na prostych odcinkach przys?pieszyć, byłem jednak ostroz?ny i po trzech kwadransach, ze s?rednia? pre?dkos?cia? czterdziestu pięciu kilometrów na godzine?, wreszcie dojechalis?my do Elbla?ga.
Bez trudu odszukalis?my bank na ulicy Hetman?skiej. Po odstaniu krótkiej kolejki Karen załatwiła w okienku wszelkie formalnos?ci i zadowolona włożyła pienia?dze do reklamówki. Prosto z banku udaliśmy się do zaparkowanego po drugiej stronie ulicy jeepa, obserwując dyskretnie okolicę. Widok kilku aut na poboczu i nielicznych przechodniów na chodniku nieco nas uspokoił, choć nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że coś tutaj nie gra. W końcu, porywacz nie bez przyczyny wskazał Karen ten konkretny bank.
O tym, że moje obawy nie były bezpodstawne, mieliśmy przekonać się dosłownie za kilkanaście sekund. Popełniłem też jeden kardynalny błąd - zaparkowałem jeepa po drugiej stronie ulicy, do tego drzwiami kierowcy wychodzącymi na bank. Kiedy więc dotarliśmy do jeepa, Karen musiała obejść samochód, aby dostać się do środka, a ja stanąłem przy lewym boku pojazdu i rozejrzałem się na boki w poszukiwaniu ewentualnego zagrożenia.
To - przyszło jednak z innego kierunku.
Za sobą usłyszałem krzyk Karen, czyjeś kroki i odgłos uderzenia w bok pojazdu. Niestety, przez przyciemniane szyby nie widziałem co dzieje się na chodniku, więc przerażony rzuciłem się Karen na ratunek. Próbowałem obiec tył jeepa, gdy przede mną wyrósł jakiś osobnik i z całych sił naparł na mnie nogą. Poczułem ból w kolanie. Przewróciłem się z jękiem na asfalt, słysząc przeraźliwy wrzask Karen. Kluczyki wypadły mi z ręki.
Zanim się podniosłem, ubrany w dżinsy i jasną koszulkę mężczyzna znajdował się już piętnaście metrów dalej. Biegł bardzo szybko za róg najbliższego bydynku, ściskając w ręku reklamówkę z pieniędzmi. Na głowie miał czapkę z dużym daszkiem, a na nosie duże okulary przeciwsłoneczne, utrudniające jego identyfikację.
- Policja! - krzyczała jakaś kobieta po drugiej stronie ulicy. - Jezu, napad w biały dzień! Policja!
Zerknąłem na Karen - podnosiła się z chodnika, ale była cała i zdrowa.
- Goń go - wycedziła przez zęby.
Nie namyślając się długo, rzuciłem się w pogoń za złodziejem. Niestety, obolałe kolano uniemożliwiało mi bieg, więc właściwie kuśtykałem. Zbliżając się do rogu budynku, za którym tamten zniknął, usłyszałem ryk silnika i pisk opon, dobiegające z prostopadłej, niewidocznej jeszcze dla mnie uliczki. Kiedy znalazłem się na niej, ujrzałem prującego w moim kierunku bordo landrovera. Śmignął obok mnie i z efektownym przechyłem w bok skręcił w lewo w ulicę Hetmańską. Od razu uprzedzę, że nie widziałem kierowcy, gdyż samochód miał - tak jak mój służbowy pojazd - przyciemniane szyby.
Zakląłem i wróciłem do roztrzęsionej Karen stojącej obok jeepa.
Jakaś kobieta w pobliżu darła się w niebogłosy, ktoś inny biegł nam na pomoc.
- Proszę zawiadomić policję! Niech ściagają bordo landrovera! - zawołałem w stronę tych ludzi.
Zaraz jednak zwróciłem się do Karen:
- Wsiadaj!
Wskoczyliśmy do wozu.
- Nic ci nie jest? - zapytałem.
- Nic - odpowiedziała drżącym głosem. - Poza tym, że forsę szlag trafił!
Zacisnąłem mocniej usta. Nie powinienem w ogóle słuchać Karen i jeszcze we Fromborku powiadomić sierżanta Janiaka o telefonie porywacza. Ale w tej konkretnej chwili postanowiłem za wszelka? cene? go dogonic?. Byłem to winien Karen. Być może powodowała mną chęć zaimponowania kobiecie i moje ego okazało sie? silniejsze od zdrowego rozsa?dku. Zresztą wezwanie policji nie miało sensu. Landrover jeździł na fałszywych tablicach, ale chciałem być w porządku wobec stróżów prawa. Oczywiście, istniała nikła nadzieja, że jakiś patrol zauważy samochód w mieście lub na jego przedmieściach, lecz w praktyce nie zawsze się to udawało.
Przepuściłem kilka innych samochodów i z piskiem opon wykręciłem na ulicy. Pojechałem za landroverem w kierunku północnym. Mieliśmy szczęście. Już z daleka zauważyliśmy go na skrzyżowaniu. Właśnie ruszał.
- Zatrzymały go czerwone światła - powiedziałem.
Lecz oto, landrover nieoczekiwanie wykręcił na ulicy, wjeżdżając na przeciwległy pas ruchu. Podczas tego manewru zajechał drogę innemu kierowcy, który przed zderzeniem ratował się ostrym hamowaniem. Zrobiłem to samo co złodziej - wykonałem ostry skręt w lewo. Ale nagle zdałem sobie sprawę, że wykonanie pełnego manewru - czyli zwrotu o pełne sto osiemdziesiąt stopni - uniemożliwiają mi jadące samochody. Zanim udało mi się to zrobić, minęły cenne sekundy.
Landrover kierował sie? teraz ku alei Grunwaldzkiej. Jechał pięćdziesiąt metrów przed nami w sznurze samochodów. Oddzielało nas od niego sześć innych aut. W pewnym momencie skręcił w prawo w boczną uliczkę. Z pewnym opóźnieniem ruszyliśmy za nim, lecz po trzydziestu sekundach zauważyliśmy go u jej wylotu.
Na skrzyżowaniu z ulicą Rycerską zapaliło się czerwone światło. Landrover zjechał momentalnie na lewy pas i skręcił w tym kierunku za innym pojazdem. Wyraźnie przyśpieszył, więc nacisnąłem mocniej pedał gazu. Siedzieliśmy mu na ogonie, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy.
- Właściwie nie wiem, dlaczego za nim jedziemy - odezwałem się.
- Jak to? - Karen zerknęła na mnie zdziwiona.
- Co takiego możemy zrobić kierowcy landrovera? Zajechać mu drogę? Jechać za nim na jakieś odludzie, gdzie zatrzyma się, a my co? Wysiądziemy i poprosimy go grzecznie o zwrot pieniędzy? Czy może zaatakujemy drania lewarkiem?
Oczywiście, ironizowałem. Ale Karen nie miała żadnej racjonalnej odpowiedzi.
- Nie wiemy nawet tego, czy złodziej jest uzbrojony - westchnąłem.
Znaleźliśmy się na głównej ulicy Starego Miasta. I znowu czerwone s?wiatła uniemoz?liwiły landroverowi ucieczke? w kierunku trasy wylotowej na Tolkmicko i Braniewo. Skre?cił więc w prawo w pobliżu Teatru Dramatycznego, gdzie zrobił trzy razy kółko wokół terenu przyległego do niego.
- Wiem, co możemy zrobić - odezwała się Karen. - Możemy zadzwonić na policję.
- Nie mamy komórek - powiedziałem. - Nasz biedny departament ma jedną, która użytkuje Paweł. Ty zostawiłaś swoją na jachcie. Wprawdzie na wyposażeniu jeepa znajduje się komputer i można wysłać z niego maila, ale potrzebne jest jakieś hasło, które zna Paweł. Nie orientuję się w tej technice, tak jak młodzi ludzie. Nawet dostałem naganę od ministra za nieobecność na szkoleniu, ale nawał innych zajęć stale uniemożliwia mi zaliczenie szkolenia z obsługi tego typu urządzeń.
- Starzejesz się, Tomaszu - westchnęła Karen.
- Zresztą mail niczego nie załatwia. Zanim nasza wiadomość dotarłaby do właściwej komórki policji, landrover byłby już gdzieś indziej.
- Możemy zadzwonić z budki telefonicznej - palnęła.
- Wtedy landrover zniknie nam z oczu i szukaj wiatru w polu.
Nie podjąłem więcej tego wątku. Landrover wykorzystał zmiane? s?wiateł i ruszył ostro na północ. Po dziesie?ciu minutach znalez?lis?my sie? na peryferiach Elbla?ga, gdzie droga z kaz?da? chwila? stawała sie? coraz gorsza.
O ile pewniej czułbym sie? teraz w moim starym wehikule, z którym wia?zało mnie tyle wspaniałych i fascynuja?cych przygód. I chociaz? nie mogłem odmówić jeepowi zalet, to jednak prowadza?c to nowoczesne cacko motoryzacji czułem sie? w jakims? sensie pokrzywdzony, mniej pewny. Przede wszystkim mój stary pojazd był szybszy i lepiej mi się go prowadziło.
Tylko, że przecież ten pos?cig nie miał z?adnych oznak brawury. Kierowca landrovera - tak jak ja - musiał się liczyc? z warunkami na trasie. A drogi były tutaj kręte, wąskie i źle wyprofilowane. Siedziałem mu zatem na ogonie gotów jechac? za nim tak długo, az? wreszcie skon?czy mu sie? benzyna. Niestety przez przyciemniane szyby landrovera nie mogliśmy dostrzec kierującego nim kierowcy. Jedno było pewne - kimkolwiek ten człowiek był, wiedział w jakim banku Karen podejmie gotówkę (sam jej to zasugerował!) i zawczasu przygotował dość prymitywną, ale jakże skuteczną zasadzkę. Przed nami jechał więc albo porywacz, albo osoba z nim współpracująca.
W pewnym momencie kierowca landrovera zniecierpliwiony obecnością "ogona" przys?pieszył. Na terenie przyległym do Kadyn?skiego Lasu i granicza?cym z rezerwatem buków skre?cił na Zaja?czkowo. Na szcze?s?cie dogoniłem go tuz? przed skrzyz?owaniem z trasa? E-508, dwa kilometry za Majewem. Była tam szersza, betonowa i pusta szosa, na której złodziej mógł mocniej przycisnąć pedał gazu. Tym razem pojechał na Elbla?g, nie ryzykuja?c ucieczki na wschód w strone? granicy polsko-rosyjskiej. Zwie?kszył prędkość, na co zareagowałem tym samym. Jechaliśmy teraz sto pie?c?dziesiąt kilometrów na godzine?, a uciekający pojazd wciąż przyśpieszał. Pejzaż po obu tronach trasy mknął do tyłu niczym pociąg ekspresowy, tworząc jakąś ruchomą makietę, utrudniającą orientację w terenie. Kiedy strzałka szybkościomierza doszła do wartości stu osiemdziesie?ciu kilometrów usiadłem mu na ogonie. Landrover trzymał się prawego pobocza, jakby zapraszał mnie do manewru wyminięcia. Po chwili zrównałem się z nim. Jechalis?my teraz obok siebie. Pruliśmy na złamanie karku. Strach podszedł mi do gardła i drżącą kierownicę s?ciskałem już spoconymi re?kami. To było czyste szaleństwo.
Uciekinier nie próbował z?adnej sztuczki znanej z sensacyjnych filmów, jak chociażby zepchnie?cia mnie na pobocze. Nic z tych rzeczy. Zrobił coś wręcz przeciwnego - gwałtownie zahamował! Odruchowo wcisnąłem pedał hamulca, ale landrover był juz? z tyłu. Jego manewr całkowicie mnie zaskoczył. Najcze?s?ciej kierowca uciekaja?cego pojazdu dusi pedał gazu ile wlezie, próbuja?c za wszelką cenę zgubić goniącego. Ale zaraz pojąłem, dlaczego złodziej tak posta?pił. Mniej wie?cej dwies?cie metrów przede mna? stał na poboczu policyjny radiowóz, a na s?rodek szosy wyskoczył policjant.
Jechałem już z prędkością stu na godzinę, wytracając sukcesywnie szybkość, by zatrzymać się przed drogówką. W tym czasie landrover za nami najzwyczajniej w s?wiecie skre?cił w jakąś boczna? droge? wrzynaja?ca? sie? w bukowy las.
Wyhamowałem ostro, na co Karen zareagowała ostrzegawczym krzykiem. Z deski automatycznie pospadały jakieś walające się tam klamoty. Wreszcie jeep zatrzymał sie? dziesie?c? metrów przed policjantem. Nie zdążyliśmy nawet wysiąść z pojazdu, gdyż dwóch policjantów błyskawicznie otoczyło nasz wóz. Jeden z nich podszedł ostrożnie do drzwiczek z mojej strony. Uchyliłem szybko szybę.
- Kontrola drogowa! - zawołał policjant. - Proszę przygotować dokumenty i spokojnie wysiąść z samochodu. Panie, jak pan jeździsz...?
Mówił coś jeszcze, ale przerwałem mu brutalnie.
- Gońcie tamtego! - ręką wskazałem za siebie. - To złodziej. Ukradł tej pani gotówkę. Dziesięć tysięcy dolarów.
Powiedziałem mu o napadzie przed bankiem w Elblągu, co zostało zaraz potwierdzone przez drugiego funkcjonariusza, który przez radio w policyjnym wozie połączył się z centralą. Tylko, że straciliśmy w ten sposób kilka cennych minut.
- Nie mógł pan tak od razu? - ten pierwszy zwrócił się do mnie z pretensja?.
- Mówiłem, ale to nie zadziałało, prawda? - odparłem i zdenerwowany sięgnąłem po papierosa. - A złodziej sobie odjechał i szukaj wiatru w polu.
- Spokojnie, organizujemy obławę - pocieszył mnie bez przekonania. - No i rzecz jasna, musi pan złoz?yc? zeznania w komendzie.
Niestety, ale musieliśmy wrócić do Elbla?ga.
*
Zeznania trwały godzinę. Kiedy znalazłem się w mrocznym korytarzu elbląskiej komendy, podszedłem do Karen stojącej w pobliżu z jakimś mężczyzną ubranym w lekki jasny garnitur. Był otyłym pie?c?dziesie?ciolatkiem o czerwonej, okrągłej twarzy i bystrym spojrzeniu. Miał przerzedzone jasne włosy i pocił się obficie, o czym świadczyło jego mokre czoło. Nerwowo palił marlboro.
- Poznaj mojego me?z?a, Tomaszu - powiedziała zmęczonym głosem i przeniosła spojrzenie na mężczyznę. - Tomasz jest polskim detektywem tropia?cym przeste?pców handlujących i przemycających dzieła sztuki.
- Drewicz-Larsen - przedstawił sie?, wycia?gaja?c do mnie spocona? re?ke?.
Przywitaliśmy się uściskiem. Patrzył na mnie z lekkim politowaniem, choć nieco podszytym zazdros?cia? o z?one?.
- Nie wygla?da pan na detektywa - mruknął. - I w dodatku, nie upilnował pan Karen.
- Mamy do czynienia z dobrze zorganizowana? banda? - odpowiedziałem. - A pan?
- Co ja?
- Pan takz?e nie jej upilnował.
Drewicz-Larsen jakby się speszył tą bezczelną uwagą, co odebrałem jako karę za jego lekcewaz?a?cy ton w stosunku do mojej skromnej osoby. Nie ukrywam, z?e człowiek ten nie przypadł mi do gustu, ale ze wzgle?du na Karen nie chciałem pogłębiać niechęci między nami.
Na szcze?s?cie Karen przyszła mi z pomoca?.
- A włas?nie! - zwróciła się do męża. - Gdzie byłes?, kiedy mogłes? byc? potrzebny?
- Interesy - rzucił niedbale w jej strone?. - Dzisiaj zarobiłem fortune?! Odsłuchałem twoją wiadomość na sekretarkę i przyjechałem tu najszybciej jak mogłem.
- Co mi po fortunie, kiedy porywacze maja? Stefana?
- A ska?d mogłem wiedziec?, z?e będziesz sie? z nimi układac?? Takie sprawy zostaw mnie, a nie detektywom-amatorom.
Z niesmakiem przyja?łem jego słowa. Jednocześnie ogarnął mnie smutek. Poczułem do Karen pewien żal za wybory jakich w życiu dokonywała. Patrząc na jej obecnego męża, nie moglem oprzeć się wrażeniu, że wyszła za niego przez pomyłkę lub na skutek chwilowej niepoczytalności. Albo z wyrachowania. Nie pasowali do siebie. Wszystko ich różniło. Zaraz, a może to ja byłem o nią zazdrosny?
- Twoja? wiadomos?c? odsłuchałem godzine? temu w drodze z Warszawy -powtórzył wolno Drewicz-Larsen i zaciągnął się głęboko marlboro. - Zadzwoniłem do banku i wtedy powiedzieli mi o napadzie. Od razu pojechałem na policje?. Co miałem niby zrobić? Lepiej powiedz, jak się czujesz?
- Tak, jak widać - odburknęła mu.
Z pokoju wyszedł młody policjant w mundurze z dystynkcją komisarza.
- Jesteście, pan?stwo, wolni - powiedział chłodno. - I radze? nie układac? sie? wie?cej z porywaczami. Będziemy w kontakcie. Landrover, niestety, zniknął. Szukamy go, ale wsiąkł jak kamfora.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.