Pan Samochodzik i skarby wikingów Tom 1 - Na płytkiej wodzie - Arkadiusz Niemirski

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

NAGŁE WEZWANIE * CO WIEMY O WIKINGACH? * OPERACJA "SKARBY WIKINGÓW" * POZNAJE? JORGENSENA * KONFERENCJA PRASOWA * TAJEMNICZA BRUNETKA * GDZIE SIĘ PODZIAŁ PAN TOMASZ? * KILKA SŁÓW O "HAVAMALU" * LEKTURA PRZED ZAS?NIE?CIEM * WYJAZD * GENEZA SŁOWA "WIKING" * DZIWNE ZACHOWANIE SZEFA * LUIZA WYSŁANNICZKA? BATURY

W ostatnich miesiącach nie próżnowaliśmy. Nasz skromny departament monitorował kos?cioły i cerkwie we wschodniej Polsce, a konkretnie badał stan zabezpieczeń figurek i rzez?b sakralnych w tych obiektach. Miało to pomóc w przygotowaniu nowej ustawy przeciwko zorganizowanemu przemytowi dzieł sztuki w naszym kraju. Tylko dlaczego nas - jakby nie było detektywów - obarczono tym niewdzięcznym i nudnym aż do bólu zadaniem? W duchu liczyłem, że góra przydzieli nam sprawę kradzieży bezcennych eksponatów z wystawy "Złoty S?wiat", zorganizowanej pół roku temu przez Muzeum Narodowe w Warszawie. Zginęły wówczas między innymi wykonany ze złoconego srebra zespół regaliów Augusta III Sasa i Marii Józefy, iran?ska głowa byka z VIII-VII wieku przed nasza? era? i biz?uteria oraz przedmioty uz?ytkowe zabytków złotnictwa merowin?skiego, egipskiego, greckiego, cypryjskiego, etruskiego i rzymskiego. Mieliśmy nadzieję, z?e, wczes?niej czy póz?niej, jakis? wyz?szy urze?dnik pan?stwowy poprosi nasz departament o pomoc w rozwikłaniu tej sprawy, lecz ku naszemu rozczarowaniu zlecono nam nadzór nad inwentaryzacją sakralnych precjozów na wschodnich terenach przygranicznych.

Generalnie nie był to dobry okres. Chodziły słuchy, z?e w zwia?zku z drastycznymi cie?ciami budz?etowymi w naszym resorcie dojdzie wkrótce do zwolnien? grupowych, a nasza skromna komórka, znana jako Departament Ochrony Zabytków, może zostać zlikwidowana.

Kiedy więc w połowie czerwca pan Tomasz wezwał mnie do siebie, byłem przekonany, z?e usłysze? złe wies?ci.

- Czy masz patent sternika, Pawle? - zapytał, gdy zamknąłem za sobą drzwi.

Ten gabinet go postarzał. Nie lubił w nim przesiadywac?, nie cierpiał przerzucac? segregatorów z miejsca na miejsce i rozmawiać z urzędnikami przez telefon. To była robota dla naszego byłego zwierzchnika - Jana Marczaka, jedynego dyrektora z prawdziwego zdarzenia jaki zaistniał w długiej historii Departamentu Ochrony Zabytków. Niestety, ten zasłużony dla polskiej kultury urzędnik oddawał się urokom emerytury, pan Tomasz zaś z bólem znosił dyrektorskie obowia?zki. Każdego dnia jego oczy - spozierające na mnie zza grubych leczniczych okularów - stawały się coraz bardziej zmęczone, a blond czupryna jakby rzadsza. Często zamykał się w sobie i rzadziej żartował.

Tym razem jednak twarz pana Tomasza pojaśniała. Wydawało się nawet, że jego zamszowa, od dawna już wypłowiała marynarka odzyskała swój dawny oryginalny odcień.

- Przeciez? pan wie, z?e tak - odpowiedziałem zachowawczo. - Niestety, od dwóch lat nie pływam. Oczywiście, bardzo bym chciał sobie poz?eglowac?, ale nie daje mi pan urlopu. Najpierw zajmowalis?my sie? kindz?ałem Hasan-beja, Bursztynowa? Komnata? i Arka? Noego. Potem kazano nam jeździć po kraju i liczyć figurki.

- Tak, też bym chętnie pożeglował - rozmarzył się.

- Niestety, rok temu sprzedał pan swój jacht, aby wykupic? służbową kawalerke? na Krakowskim Przedmies?ciu.

- To prawda - westchnął smutno pan Tomasz. - Szkoda "Krasuli". Ale wracaja?c do sprawy. Patent masz waz?ny?

- Mam.

- I stopien? kwalifikacyjny płetwonurka?

- Ostatnio nie nurkowałem, ale mam. Posiadam też licencje? lotniarza i...

- Wystarczy! - przerwał mi w pół zdania i z zadowoleniem klepna?ł dłonia? w kolano. - Zapowiada sie? zatem wielka z?egluga po Bałtyku!

Zamurowało mnie.

- Czy mógłby pan uchylic? nieco ra?bka tajemnicy? - zapytałem cicho, sie?gając odruchowo po swoja? fajeczkę.

Zerknął na mnie przerażony.

- Palisz? Miałeś rzucić.

- Ale nie rzuciłem. A pan, szefie? Obiecywał skończyć z papierosami...

- I dotrzymam słowa. Jestem na dobrej drodze.

Tak więc wszystko się wyjaśniło - nadal oddawaliśmy się zgubnym skutkom palenia. Schowałem fajeczkę, nie chcąc drażnić szefa jej widokiem. Zresztą przebywaliśmy w służbowym pokoju.

Pan Tomasz wstał i podszedł do szafki wypre?z?ony jak struna. Zawsze miał tendencję do garbienia się, teraz jednak zdawał się wyższy, bardziej energiczny.

Wrócił z napoczętą buteleczką francuskiego koniaku i z jednym tylko kieliszkiem.

- Młodziez?y nie proponuje? - wyjaśnił przepraszająco, wlewając odrobinę bursztynowego trunku do kieliszka.

- Jestem dorosły, szefie! - zaprotestowałem.

- No tak, ale prowadzisz samochód.

Zakręcił pękatą butelkę Hennessy, ułożył ją w dłoni i przez chwilę patrzył na nią w milczeniu.

- Ten koniak dostałem od kapitana Petersena - uderzył w sentymentalny ton. - Jakieś ćwierć wieku temu podczas poszukiwań skarbu templariuszy. Nie uwierzysz, ale kosztował tyle, ile moja ówczesna pensja. Od tego czasu, przy bardzo ważnych okazjach, wypijam naparstek tego trunku. Powtarzam: przy bardzo ważnych okazjach.

- Czy teraz mamy taką ważną okazję?

- Niecodzienną - mruknął. - Mam nadzieję, że okaże się "ważną"?

- Dziwnie pan gada, szefie.

Uśmiechnął się zagadkowo pod nosem. Odstawił butelkę na bok i sięgnął po kieliszek z odrobiną szlachetnej cieczy. Zamoczył w nim usta, mlasnął teatralnie i odstawił go na blat biurka. Jeszcze tylko poprawił tkwiące na nosie okulary w rogowej oprawce. A ja czułem jak serce mocniej mi bije. Czekałem co powie, ale wiedziałem już, że szykuje się coś naprawdę "niecodziennego".

- Jak wiesz, sytuacja finansowa naszego departamentu jest kiepska - zaczął jakby z innej beczki.

- To żadna nowina.

- Po wielu staraniach udało sie? jednak zdobyc? pienia?dze, a nawet pozyskać sponsora.

Pan Tomasz mnie zadziwiał. To nie był przeciez? dyrektor Marczak, który umieje?tnie dostosowywał sie? do wszelkich zmian na wyz?szych szczeblach władzy. Potrafił wykonac? sto telefonów dziennie i przyja?c? setnego gos?cia z tym samym promiennym us?miechem na twarzy. Naprzeciw mnie siedział jednak legendarny Pan Samochodzik, historyk sztuki i wybitny detektyw, człowiek stworzony do działań w terenie, który nienawidził wszelkiej urze?dniczej roboty.

- O co chodzi, szefie? - jęknąłem, mocno poirytowany przedłużającym się spektaklem. - Co z tą żeglugą na Bałtyku?

- Zanim przejde? do rzeczy, mam pytanie. Czy wiesz cos? o wikingach i ich łodziach spoczywaja?cych na dnie Bałtyku?

Pan Tomasz uchodził za chodzącą encyklopedię. Skoro pytał - sprawdzał mnie. Wzruszyłem ramionami, nie kryjąc ciekawości, do czego właściwie zmierza. Wiedziałem też, że lubił takie gierki, więc momentalnie przyjąłem rolę egzaminowanego studenta.

- Wikingowie to german?scy potomkowie Normanów - zacząłem w tonie akademickim. - Podczas swoich osławionych we?drówek w okresie od IX do XI wieku wielokrotnie zajmowali Islandie?, Irlandie?, Anglię, a nawet Grenlandie?. Docierali także do krajów wschodniej cze?s?ci Bałtyku, na przykład do Estonii, Rusi i tak dalej. Na swoich długich łodziach zapuszczali sie? rzekami nawet w gła?b naszego kraju. Można powiedzieć, że byli s?wiadkami narodzin pan?stwa polskiego, chociaz? ich pobyt tutaj był krótkotrwały, a może po prostu mało o tym wiemy. Nie słyszałem o z?adnej wikińskiej łodzi znalezionej na terenie naszego kraju...

- Co nie znaczy, z?e ich nie ma, prawda? - przerwał mi w pół zdania. - Jak wiemy wikingowie rozpoczynali ekspansje? od rabunku. Moz?e dlatego nigdzie nie potrafili dłuz?ej utrzymac? swego panowania. Kto nie szanuje kultury narodu podbitego, ten nie moz?e długo panowac?. Mogli jednak, podczas kilku takich rabunkowych eskapad na naszych terenach, wywiez?c? wiele cennych przedmiotów s?wiadcza?cych o piastowskim rodowodzie naszych ziem. Wiemy, że grabili grody nad Odra? i handlowali ze Słowianami. W latach szes?c?dziesia?tych pewien młody historyk wysuna?ł przypuszczenie, z?e byc? moz?e na dnie Bałtyku w jednej z zatopionych łodzi wikingów spoczywaja? przedmioty nalez?a?ce do naszej słowian?skiej kultury, piastowskie skarby.

- Znam dobrze tego historyka - wtra?ciłem. - To w pan?skim studenckim eseju dowodził pan słusznos?ci tej tezy.

- Nie wiedziałem, z?e interesujesz sie? moim pis?mienniczym dorobkiem.

- Niech już pan powie, co jest grane.

- Be?dziemy szukac? łodzi wikingów!

Z wraz?enia odje?ło mi mowe?.

- Skandynawski producent jachtów pełnomorskich - dodał zaraz szef - jest zainteresowany wspólnym przedsie?wzie?ciem pod nazwa? "Skarby wikingów". Produkuje on także nowoczesny sprze?t nawigacyjny i echosondy. Poniewaz? łódz? wikingów moz?e teoretycznie spoczywac? na naszych wodach terytorialnych, sponsor za pos?rednictwem swojego rza?du wymógł na naszych władzach pozwolenie na szeroko zakrojone poszukiwania. Przełamał opór Centralnego Muzeum Morskiego w Gdan?sku, które nie lubi intruzów na własnym podwórku, a juz? w szczególnos?ci prywatnych snobów z zagranicy. Jednak strona norweska przygotowała argumenty nie do odrzucenia, a mianowicie ofiaruje Centralnemu Muzeum Morskiemu najnowoczes?niejszy kuter do badan? morskich z pełnym wyposaz?eniem! Pertraktacje trwały prawie kwartał.

Dopił resztkę koniaku i mówił dalej:

- Na czas operacji sponsor zobowia?zał sie? dostarczyc? nowoczesny jacht pełnomorski z pełnym wyposaz?eniem i do kon?ca roku wspomniany kuter badawczy. A wszystko to, w zamian za moz?liwos?c? reklamy swoich produktów i zgode? strony polskiej na poszukiwania.

- Nie rozumiem - zmrużyłem oczy.

- Be?dziemy pływac? na tej łajbie w reklamowych czapeczkach!

- Nie, tylko nie to - jęknąłem. - Nie jestes?my biurem reklamowym.

- To przedsie?wzie?cie poprawi nasza? sytuacje? finansowa? - dodał bez wiary we własne słowa. - Trafimy do gazet, a moz?e nawet znajdziemy skarby.

- Kiedy tak słucham pana, szefie, mam wraz?enie, z?e to nie pan mówi.

- Zgoda, też odnoszę takie wrażenie. W takich chwilach, niestety, wyobrażam sobie dyrektora Marczaka, co by zrobił na moim miejscu. Wydaje mi się, że w tej konkretnej sprawie mój dawny zwierzchnik podjąłby jedyną słuszną decyzję. Decyzję o uczestniczeniu w rejsie, nawet w czapeczkach firmowych zagranicznego koncernu. Szkoda, że dyrektor Marczak nie siedzi teraz na moim miejscu. Ale to bez znaczenia, Pawle. Decyzje zapadły na samej górze. Bez mojej zgody, a nawet opinii...

Chciał cos? jeszcze powiedziec?, kiedy odezwał sie? sygnał interkomu. Nasza niezastąpiona sekretarka Monika informowała o przybyciu gos?ci.

Po chwili do gabinetu dyrektora wtoczył sie? pote?z?nie zbudowany dryblas, który zdawał sie? sie?gac? głowa? az? do samego sufitu. Dałem mu prawie dwa metry wzrostu. Miał długie blond włosy z zachodzącą na oczy grzywką, mniej więcej sto dwadzieścia kilo wagi, ogorzała? od słon?ca twarz i niebieskie, s?mieja?ce się oczy. Ubrany był w rozpie?ta? z?ółta? sportowa? kurtke? i ciemne spodnie. Obcisły bez?owy golf pod wierzchnim odzieniem dobrze eksponował jego umie?s?niony tors. Z szyi tego olbrzyma zwisał zawieszony na rzemyku srebrny amulet w kształcie krzyz?a, co tylko podkreślało jego bez wątpienia ekscentryczną osobowość.

Nie to jednak było niezwykłe. Zza pleców gos?cia niespodziewanie wyłoniła sie? rumiana, pucułowata twarz człowieka, o którym dosłownie przed chwilą rozmawialiśmy. To był dyrektor Jan Marczak we własnej osobie! Nieco starszy, jakby mniejszy, z jeszcze szerszą łysiną nad czołem, ale wciąż energiczny i niezastąpiony.

W tym czasie dryblas bezceremonialnie przywitał się z nami przez uścisk dłoni. O, dziwo, zrobił to niezwykle delikatnie. Prawdopodobnie w przeszłości niejednemu zmiażdżył ręce, wie?c musiał bardzo uwaz?ac? przy powitaniach.

- Przedstawiam wam Jorgena Jorgensena przybywaja?cego prosto z norweskich fiordów - oznajmił dyrektor Marczak łamaną angielszczyzną. - Kapitan "Havamala"!

- Czes?c?! - rykna?ł cudzoziemiec i ręką odgarnął jasne włosy ze swoich oczu.

Pan Tomasz spojrzał pytająco na Marczaka.

- A pan? - zapytał byłego zwierzchnika w języku ojczystym.

- Co ja? - zdziwił się Marczak. - Nie wie pan, kim jestem?

- Chodzi o to, co pan tutaj robi, dyrektorze?

- Z polecenia wiceministra zostałem kimś w rodzaju koordynatora - wyjaśnił oschle Marczak. - To świeża sprawa. Dosłownie na dniach odebrałem telefon z propozycją współpracy.

- Nie rozumiem...

- Bez obrazy, Tomaszu, pan tu jest teraz dyrektorem, ale górę zaniepokoiła pańska powściągliwość. Byłem w tej sprawie nawet w Radzie Ministrów. Słowem, jestem tu po to, aby wszystkiego dopilnować. Dobrze pana znam i domyślam się, że na samą myśl o reklamowym aspekcie całego przedsięwzięcia dostał pan skrętu kiszek.

- A pan nie, dyrektorze?

- Ech, Tomaszu - westchnął Marczak. - Czasy się zmieniają. Po prostu nic nie może zaszkodzić operacji "Skarby wikingów". Wszystkie ręce na pokład!

Mówiąc to, obszedł powolutku dyrektorskie biurko i z czułością pogładził opuszkami palców blat biurka. Dopiero chrząknięcie Jorgensena przywołało go do porządku.

- Pan Jorgensen jest synem włas?ciciela firmy sponsoruja?cej cała? operacje?! - zwrócił się z entuzjazmem do gościa. - To duz?a firma, wiec niech was nie zmyli jego z?eglarski wygla?d.

Rzeczywiście, Norweg przypominał wikinga, któremu z?aden sztorm niestraszny. Był człowiekiem o dość szorstkiej powierzchowności, tonowanej pewną wystudiowaną jowialnością. Tylko jego inteligentne oczy zdradzały niezwykły umysł i osobowość. Wiele razy przekonałem sie?, z?e przebiegłos?c? i ma?dros?ć lubią się maskować. Wez?my takiego dyrektora Marczaka! Albo pana Tomasza! Ten drugi - jako człowiek dobrze wychowany, a przy tym intelektualista - rozwia?zał kilkanas?cie zagadek, wsadził za kratki wielu groźnych złodziei i kilka dobrze zorganizowanych grup przestępczych.

- Pan Jorgensen mówi bardzo słabo po polsku - wyjas?nił Marczak. - Ale zna angielski. Ja wybieram nasz ojczysty je?zyk. Po angielsku porozmawiacie sobie przy innej okazji.

- Miło poznac? was - zacza?ł gos?ć ze Skandynawii.

- Jakim cudem nauczył się pan polskiego? - zdumiał się pan Tomasz.

- Dawne dzieje - odpowiedział Jorgensen. - Mieć pewien młodzieńczy epizod. Więzienie. Tam poznałem Polaka. Z nudów nauczyć mnie on wasz język. Oprócz angielskiego mówię jeszcze trochę po hiszpańsku, francusku i słabo po flamandzku.

- To odsiadywał pan też wyrok z jakimś Belgiem? - zażartowałem.

- Nie. To dzięki mojej dawnej miłości. Urodziła się w Brukseli.

Popatrzyliśmy na niego z niedowierzaniem.

- Jutro Gdynia - rzucił energicznie gość ze Skandynawii. - Tam czekac? "Havamal"!

- Jutro? - zdziwiłem sie?. - Mys?lałem, z?e operacja dopiero w powijakach...

- Nie, nie. Ruszamy tomorrow! Ale dziś zapraszam na drinka wieczór. Zatrzymac? sie? w hotel "Orbis".

- Przede wszystkim zapraszamy na konferencje? prasowa?, panowie! - wrzasna?ł dyrektor Marczak, który w swoim dawnym gabinecie poczuł sie? jak ryba w wodzie. - Sponsor chce wejs?c? na rynek wschodnioeuropejski ze swoim produktem i dlatego najlepsza? dla niego reklama? be?dzie odnalezienie na polskim Bałtyku łodzi wikingów, a moz?e nawet i jakiegos? skarbu - mówił z wypiekami na twarzy. - Rza?d norweski tez? jest tym zainteresowany, bo ewentualny sukces w poszukiwaniach mógłby wzbogacic? ich zbiory muzealne. O nas nie wspominam. Jakas? pamia?tka po Piastach będzie niezłym łupem. Otóż, naciskany przez wielu ludzi na ministerialnych stołkach postanowiłem pomóc w przygotowaniach do operacji. Oczywis?cie pan Jorgensen był na tyle uprzejmy, z?e mnie takz?e zaprosił do wzie?cia udziału w poszukiwaniach. Tak na marginesie, na pocza?tku lipca, a wie?c już za dwa tygodnie, na Helu odbe?dzie sie? zjazd współczesnych wikingów, miłos?ników kultury wikin?skiej, którzy przypłyna? na własnore?cznie wykonanych łodziach z róz?nych zaka?tków Europy. Co roku zjazd odbywa sie? na wyspie Wolin, ale z powodu jakiegos? protestu ekologów tym razem wyja?tkowo całą imprezę przeniesiono na Hel. Nie znam szczegółów! Waz?ne jest to, z?e w razie odkrycia, którego jak mniemam dokonamy, zlot tych zapalen?ców tylko okrasi nasza? operacje?. Jes?li niczego nie znajdziecie, cóz?, z pewnos?cia? sponsor i tak osia?gnie cel handlowy, ale my na tym przecież nie stracimy.

Spojrzałem na Pana Tomasza z wyrzutem, ale ten rozłoz?ył tylko re?ce w ges?cie bezradnos?ci.

- Ta sprawa przekracza moje kompetencje - tłumaczył sie?. - Skoro nasz niezasta?piony dyrektor Marczak był w tej sprawie nawet w Radzie Ministrów, co mogę zrobić?

- Słusznie! - dodał Marczak. - Rzucacie wszystko i jutro wyruszamy w rejs! To polecenie słuz?bowe.

*

Konferencje? prasowa? zorganizowano w Hotelu Sobieski, w tym samym, którym zatrzymał sie? nasz gos?c? z Norwegii. Jakimiś cudem Marczakowi udało się w tak krótkim czasie zaprosić całkiem sporą grupkę dziennikarzy, a takz?e kilku wybitnych naukowców i wysoko postawionych urze?dników, Zabrakło jedynie dyrektora Centralnego Muzeum Morskiego w Gdańsku, który nie mógł dotrzeć do stolicy na zawołanie, dał jednak ekipie poszukiwaczy swoje "błogosławien?stwo".

Po przybyciu na miejsce stwierdzilis?my, z?e na sali konferencyjnej nie zabrakło rodzimych biznesmenów, wietrza?cych niezły interes, jaki operacja "Skarby wikingów" mogła im przynies?c?. A Marczak? Był w swoim z?ywiole. Po krótkiej, oficjalnej przemowie wiceministra, przez pół godziny czarował dziennikarzy oklepanymi frazami. Nie omieszkał nadmienic? o zasługach Departamentu Ochrony Zabytków, dowodził znaczenia operacji "Skarby wikingów" dla polskiej i skandynawskiej kultury.

- Ws?ród ogólnego podniecenia, błyskających fleszów i porażających us?miechów całkowicie zapomniano o naukowym znaczeniu przedsie?wzie?cia - skomentował to widowisko pan Tomasz.

Stalis?my na drugim końcu sali oparci plecami o s?ciane? tuz? obok wejścia. Przemowy nie były naszą specjalnością.

- Kiedy tak patrze?, Pawle, na tych ludzi, przychodzi mi na mys?l, z?e powinienem pójs?c? na wczes?niejsza? emeryture?. Nie nadaje? sie? do takich szopek.

- A kiedy pan sie? nadawał? - palnąłem. - Ale może źle oceniamy to całe show? Doskonale pan wie, z?e w głe?bi serca dyrektor Marczak zastanawia sie?, czy aby na dnie Bałtyku faktycznie nie spoczywaja? jakies? skarby Piastów albo wikingów.

- W tym przypadku skarby wikingów sa? skarbami Piastów - mrukna?ł pan Tomasz. - Ale to przecież szukanie igły w stogu siana! Zreszta? to nie nasza branz?a, a Centralnego Muzeum Morskiego. Ono be?dzie nadzorowac? cała? operacje?. Wyślą swojego człowieka, który przejmie dowodzenie. My ograniczymy sie? do roli obserwatorów, ale tak naprawde? rza?dzi Jorgensen. Moz?e penetrowac? nasze morze bez ograniczen?. O ile wiem, nie ma jeszcze z?adnej konkretnej wskazówki, od czego rozpocza?c? poszukiwania. Bałtyk jest ogromny, a łódz? wikingów mogła zatona?c? wsze?dzie. Cos? mi sie? widzi, z?e ta cała operacja to tylko niezła kampania reklamowa dla skandynawskiego koncernu produkuja?cego sonary i echosondy. Dwa tygodnie temu rozdzwoniły sie? telefony i wobec mojej sceptycznej postawy wykonano, bez mojej wiedzy, telefon do Marczaka. I proszę, w jeden dzień mój dawny zwierzchnik wszystko załatwił, nagłośnił...

- Troche? wie?cej wiary w byłego zwierzchnika - rzuciłem optymistycznie.

Ale szef chyba nie podzielał mojego entuzjazmu. Opus?cił szybko sale?, udając sie? na papierosa.

Wkrótce konferencja dobiegła kon?ca. Zaczęto pozować do zdje?ć i udzielać wywiadów. W smukłych kieliszkach podano szampana, a na stolikach pojawiły sie? przeka?ski. W sali zrobiło sie? naprawdę gwarno, więc poszedłem poszukac? pana Tomasza. W holu go nie było, więc tylnym wyjściem dostałem się na wąską, kameralną uliczkę na tyłach obiektu. Wśród parkujących tam aut nie dostrzegłem naszego służbowego pojazdu. Rosynant znikna?ł. Jako że nie sposób było go ukras?c?, wyjas?nienie mogło byc? tylko jedno - szef gdzies? pojechał. Tylko gdzie? Dlaczego na mnie nie zaczekał? I dlaczego zrobił to bez słowa wyjaśnienia?

Było to dziwne, więc na sale? konferencyjna? wróciłem zafrasowany. Stanąłem gdzieś samotnie i z mieszanymi uczuciami przypatrywałem sie? wielkiej fecie, próbując jednocześnie odgadnąć powód zagadkowego zniknięcia szefa.

W końcu wzruszyłem ramionami. Już miałem zamiar wmieszać się w tłum, gdy otworzyły się szerokie drzwi i do sali weszła pie?kna kobieta ubrana w elegancka? granatowa? marynarke? i modne dżinsowe spodnie. Miała kruczoczarne, proste włosy opadające na ramiona, które kontrastowały z blada? cera? i wis?niową kreska? wa?skich ust. Jes?li dobrze zauwaz?yłem, miała niebieskie, inteligentne oczy. A kiedy zerkne?ła na mnie przelotnie, delikatny uśmieszek zawisł jej na ustach. Kim była? Spóz?nioną dziennikarką? Bizneswoman w pie?knym wydaniu? Dałbym uciąć sobie głowę, że widziałem ją po raz pierwszy w życiu, lecz ona sprawiała wrażenie jakbyśmy się znali. Czyżby mnie prowokowała?

Po chwili nieznajoma podeszła do Marczaka i olbrzyma z norweskich fiordów. Dyrektor ucałował jej smukła? dłon? ozdobioną srebrną biżuterią i przedstawił cudzoziemcowi. Zrobiłem krok w ich stronę.

Wreszcie dostrzegł mnie Marczak.

- A gdzie Tomasz? - zapytał na stronie. - Juz? zda?z?ył uciec? To jednak dziwak.

- Kim ona jest? - wyszeptałem.

I wymownie zerknąłem na brunetkę stojącą za jego plecami.

- To pani Luiza, włas?cicielka salonu mody.

Chyba nas usłyszała, gdyż odwróciła się w naszą stronę. Dyrektor Marczak przedstawił nas sobie.

- Pani Luiza uszyje dla naszej załogi ubrania - dodał jeszcze.

- Zda?z?y pani? - zdziwiłem się. - Przecież jutro ruszamy.

- Stroje są już gotowe - odpowiedziała.

Chciałem jeszcze o coś zapytać, jednak ona us?miechne?ła sie? tak, że aż przeszły mnie ciarki. Przyjemne ciarki.

- Pan Paweł jest członkiem ekipy - wyjaśnił Marczak. - To zaste?pca pana Tomasza, zwanego Panem Samochodzikiem, który pod moim okiem rozwia?zał wiele zagadek, droga pani. Niestety, w tej chwili pan Tomasz gdzieś przepadł...

- Wpadł na trop nowej zagadki? Czy raczej nie mógł tutaj trafić?

- A kto go tam wie.

Dyrektor spojrzał na mnie z wyrzutem. Nie zdążyłem otworzyć ust.

- Mam nadzieje?, z?e wkrótce sie? odnajdzie - dodała Luiza.

- To sie? rozumie - zagrzmiał Jorgensen, a na jego ogorzałej twarzy rozgos?cił czaruja?cy us?miech. - Ale na pocza?tek ja zapraszac? pania? na drinka. Panowie, widzimy się później!

I poszli we dwójkę do baru, zostawiaja?c nas samych.

Dyrektor Marczak nieco sposępniał, ale zaraz poklepał mnie ramieniu.

- Dzie?ki tej operacji czuję sie? młodszy - wyznał nieoczekiwanie - Zrobię wszystko, aby wam pomóc. Zjawię sie? na jachcie w odpowiednim momencie.

Zdążył mnie jeszcze poinformować, że jutro na przystani w Gdyni zjawią się kolejni uczestnicy rejsu, ale nie dane mi było poznać ich nazwisk, gdyż dyrektor w towarzystwie kilku oficjeli szybko opuścił hotel.

Wycofałem się do holu. Usiadłem pod palmą na skórzanej kanapie z widokiem na bar. W oczekiwaniu na pana Tomasza obserwowałem przez przeszkloną ścianę Jorgensena i Luizę. Ten pierwszy zdawał się zachwycony towarzystwem pięknej kobiety, ona zaś - takie odniosłem wrażenie - owijała go sobie wokół palca. Potem, popijając drinki gaworzyli sympatycznie. Juz? miałem zamiar wstac?, pójść tam i jakimś pytaniem o jutrzejszą wyprawę przerwać ten ich błogostan, gdy czyjas? re?ka dotkne?ła mojego ramienia.

To był pan Tomasz.

- Gdzie pan był? - spytałem.

Nie od razu odpowiedział. Usiadł obok mnie dziwnie skupiony.

- Chciałem sobie troche? pojez?dzic? - odparł wymijaja?co i popatrzył na chichocza?ca przy barku parę. - Widze?, z?e Jorgensen znalazł wyborne towarzystwo.

- Włas?nie przed chwila? ta laska została nasza? krawcowa?, szefie! - odezwałem się. - Uszyje dla nas kombinezony.

Pan Tomasz uśmiechnął się zdawkowo pod nosem, wstał i ruszył do baru. Poszedłem za nim.

- O, widze?, z?e zguba się znalazła - przywitała go Luiza.

- Pani mnie zna?

- Podobno gdzieś przepadł niejaki Pan Samochodzik - wyjaśniła zaraz - przełoz?ony pana Pawła z Departamentu Ochrony Zabytków. Skoro jestes?cie razem, wniosek nasuwa się sam. To pan jest tym Samochodzikiem.

- Mówimy z Luiza? o biznes - wtrącił Jorgensen i rozgonił ręką długie pasma włosów zachodzących mu wciąż na oczy. - Ona szyc? dla nas ubrania na rejs, a ja zapraszac? ja? na "Havamal".

- Tak, wiem, słyszałem - mruknął pan Tomasz. - W takim razie, o której wyruszamy, kapitanie?

- Ósma rano!

- Tak wcześnie? I tak szybko? Skąd ten pośpiech?

- Chcę wypłynąć w ciszy medialnej. Żaden dziennikarz nie spodziewa się, że to już jutro. I niech tak zostanie, póki media czegoś nie zwęszą.

- Wspaniale - mrukna?ł pan Tomasz i zmierzył wzrokiem Luize?. - Czy moz?na wiedziec?, jakie ubrania ma pani zamiar uszyc??

- Już są uszyte - odpowiedziała szybko.

- Ach, rozumiem. A już się obawiałem, że zamierza pani szyc? podczas rejsu.

- Nie gadac? tyle o interesach - przerwał mu cudzoziemiec. - Jutro gadac?. Na jachcie.

- Czy nie zabraknie na nim miejsca? Mys?lałem, z?e to nieduz?y jacht.

- "Havamal" ma czternas?cie metrów długości i prawie pięć metrów szerokości - dodał dobrodusznie Jorgensen. - Kadłub wykonano ze stopu aluminium odpornego na każde warunki morskie. Ze stali nierdzewnej wykonano okucia pokładowe, relingi, kosz dziobowy...

- Zanurzenie? - przerwałem mu.

- Minimalne? Jeden pie?c?dziesia?t.

- Z?agle genua?

- Osiemdziesia?t metrów kwadratowych, na rolerze czterdzies?ci.

- Zbiornik paliwa?

- Sto dwadzies?cia litrów.

- Silnik?

- Volvo-Penta MD 19 o mocy 120 KM. W tym echosonda i sonar wyprodukowane w firmie mojego ojca.

Pan Tomasz cmoknął z zachwytu.

- Napija? sie?, panowie? - zaproponował Jorgensen.

- Niestety, na nas już czas - odpowiedział pan Tomasz. - Musimy przeciez? przygotowac? sie? do rejsu. Z?yczymy owocnych rozmów. Do jutra.

- Widzimy się o dwunastej w porcie Gdyni - dodał Norweg.

- O dwunastej w południe - powtórzył szef.

- Wypływamy bez świadków, to znaczy nie chcemy telewizji czy prasy. To nasza tajemnica. Nikomu więc ani słowa. Acha, Luiza jechać ze mną, wy jedziecie swoim autem.

Pożegnaliśmy się. Wyszlis?my na ulicę i wsiedliśmy do służbowego jeepa. Podwiozłem pana Tomasza na Krakowskie Przedmies?cie, a sam udałem sie? do swojego mieszkania na Ursynowie. Spakowałem się w godzinę. Przed zas?nie?ciem sie?gna?łem jeszcze po ksia?z?ke? o wikingach.

W IX wieku niemal w całej Europie zaznaczyła sie? aktywnos?c? ludu zwanego przez ówczesnych kronikarzy Normanami. Ludem tym byli Germanowie północni, zamieszkuja?cy pocza?tkowo Skandynawie?, a po usta?pieniu Anglosasów takz?e Jutlandie?. Historycy wyróżnili wśród nich cztery grupy: Szwedów, Gotów (dzisiejsza południowa Szwecja), Dun?czyków i Norwegów. Górzysta, silnie zalesiona i posiadająca surowy klimat Skandynawia niejako wymuszała na swych mieszkan?cach wyprawy poza własne granice.

I tak, Szwedzi (zwani w Europie Wschodniej Waregami) wyprawiali sie? ku Zatokom Fin?skiej i Ryskiej. Zaczynała sie? tam droga handlowa ku waz?nym os?rodkom - Konstantynopolowi i Bagdadowi. O jej opanowanie zacze?li Waregowie walczyc? już od połowy IX wieku. Natomiast Goci - dalecy pobratymcy innych Gotów, którzy jeszcze w III wieku nie opus?cili Skandynawii i póz?niej jako Wizygoci i Ostrogoci wzie?li udział w wielkiej we?drówce ludów w IV i V wieku - zwrócili sie? ku południowym brzegom Bałtyku, zamieszkałym przez plemiona słowian?skie i pruskie. Dun?czycy skierowali sie? głównie ku Fryzji i Brytanii. Wreszcie, Norwegowie poda?z?yli ku Wyspom Owczym, Szetlandom, Orkadom, Szkocji, Irlandii oraz Islandii.

Zamorskie wyprawy Normanowie odbywali na stosunkowo niewielkich łodziach, moga?cych pomies?cic? od 40 do 60 wojowników. Jednostki te nie nadawały sie? do dłuz?szych podróz?y na pełnym morzu, dlatego wikingowie pływali najcze?s?ciej wzdłuz? wybrzez?y. Z czasem jednak zmuszeni byli zakładac? bazy do wypadów w gła?b la?du Ich wyprawy miały charakter nie tylko łupieski, ale i handlowy. Efekty tych wypraw odczuła cała ówczesna Norwegia. Między innymi podniósł sie? poziom z?ycia ludzi, przestało brakowac? ziemi pod uprawę, słowem gospodarka kwitła w najlepsze. I tak, uprawa zboz?a i hodowla bydła mlecznego rozszerzyły sie? na nowe obszary we wschodniej Norwegii, z Brytanii sprowadzano nowe warzywa (kapusta i rzepa), a od Celtów Norwegowie nauczyli sie? młócic? zboz?e cepami.

Natomiast wyznawana przez wikingów odmiana pogan?skiej religii z jej przewrotnymi bóstwami umacniała w nich skłonnos?c? do krwawej zemsty i wojen między klanami. Niestety, nie znalazłem z?adnej wzmianki o pobycie wikingów na terenie naszego kraju.

Znużony lekturą zasnąłem.

*

Naste?pnego dnia o wpół do ósmej zabrałem pana Tomasza z Krakowskiego Przedmies?cia i ruszyliśmy w podróż do Trójmiasta.

Gdzieś za Mławą zamieniliśmy się miejscami. Zająłem fotel pasażera.

- Kto właściwie układał plan operacji, szefie? - zapytałem szefa jak tylko ruszyliśmy w dalszą drogę. - I jaka? role? nam przypisano? Przyzwoitki?

- Cóż, przedsie?biorstwo Jorgensena wyłoz?yło duz?e pienia?dze - odpowiedział pan Tomasz - więc nie mamy innego wyjs?cia, jak słuchac? pomysłów i ekstrawagancji prywatnego podmiotu. Wynaje?cie statku badawczego kosztuje sporo pienie?dzy i rzadko kogo stac? na tego typu badania. Centralne Muzeum Morskie w Gdan?sku, które zajmuje sie? losami wraków spoczywaja?cych na dnie Bałtyku, dysponuje tylko jednym statkiem wyposaz?onym w specjalistyczny sprze?t. Niewiele jednostek przystosowanych do badan? dna morskiego pływa po wodach naszego Bałtyku. Obawiam sie?, z?e cze?s?ciej moz?na tam spotkac? prywatnych poszukiwaczy z Belgii, Szwecji czy Niemiec, niz? ekipy rodzimych instytucji badawczych. Jednym słowem, Pawle, zostaliśmy asystentami kapitana Jorgensena, poszukiwacza skarbów i awanturnika. Tak, odgrywamy role? oficjalnych przyzwoitek. W razie ewentualnego odkrycia Centralne Muzeum Morskie i nasz departament nadadza? mu odpowiednia? range?, rozsławiaja?c imie? Jorgensena jako poszukiwacza skarbów i przede wszystkim producenta urza?dzen? jachtowych. To kampania reklamowa. Stąd ten pośpiech i brak wiarygodnej metodologii badawczej.

- Sprytne. I nic pan nie wie o pozostałych członkach rejsu?

- Na to nie miałem i nie mam wpływu. Weźmy Luizę. Jeszcze wczoraj, przynajmniej do południa, o jej istnieniu nie wiedział nawet sam Jorgensen. Zreszta? moz?e on zaprosic? na jacht każdego. Trzeba machna?c? na wszystko re?ka? i traktowac? rejs jak wczasy, których dawno nie mielis?my.

To było do szefa niepodobne. On i wczasy? Pan Tomasz - kiedy tylko miał ku temu czas i moz?liwos?ci - ruszał w Polske?, aby tropic? handlarzy dzieł sztuki i rozwia?zywac? zagadki naszej historii.

Wzruszyłem jednak ramionami i trochę z nudów wła?czyłem komputer. Sprawdziłem pocztę, a następnie poczytałem trochę o Bałtyku - dość nietypowym, śródlądowym i dość płytkim morzu ze średnią głe?bokos?cią 52 metrów (maksymalna wynosiła 459 metry w Głe?bi Landsorckiej niedaleko Gotlandii). Wody powierzchniowe tego morza charakteryzowały się niskim zasoleniem i dobrym natlenieniem. Natomiast wody głe?binowe (o zasoleniu 12-22%) posiadały niemal stała? temperature? 4-6°C. W najwie?kszych głe?biach dochodziło nawet do całkowitego zuz?ycia tlenu i wytworzenia toksycznego dla zwierza?t siarkowodoru. Bałtyk ła?czył sie? z sa?siednim Morzem Północnym wa?skimi i płytkimi cies?ninami, które utrudniały dopływ słonych wód oceanicznych. Fakt ten miał decyduja?cy wpływ na jego zasolenie (7,5%o), dużo niższe niż Atlantyku (36,6%o).

Przerwałem lekturę. Wehikuł zwolnił i zajechał na przydrożną stację benzynową. Nie chodziło jednak o tankowanie. Podczas krótkiego postoju szef skorzystał jedynie z automatu telefonicznego. O nic nie pytałem, choć wydawało się to dziwne.

- Zmienić pana, szefie? - zapytałem, gdy wrócił.

- Nie, nie trzeba - bąknął. - Prowadzenie mnie uspokaja.

Ruszyliśmy w dalszą drogę. Znowu wróciłem do internetu. Tym razem odwiedziłem kilka stron o wikingach.

- Geneza słowa "wiking" - odezwałem się, aby przerwać nieznośną ciszę - pochodzi od słowa "vik", co oznacza zatoke?, zalew. "Wiking" oznacza zatem tego, który ukrywa sie? w niej. Moz?na je równiez? wyprowadzic? ze staroangielskiego "wic" i łacin?skiego "vicus", oznaczaja?cych os?rodek handlowy, miasto, warowny obóz.

- To stare hipotezy - odpowiedział szef. - Na przykład szwedzki uczony Askeberg wywodzi poje?cie "wiking" z czasownika "vikja", co znaczy wykre?cac?, odchylac? sie?. Jego zdaniem, wiking to człowiek, który porzucał swój dom i wypływał w morze. Krótko mówia?c: pirat morski.

*

Na miejsce zajechalis?my po dwunastej. Zaparkowalis?my wśród innych aut na wydzielonym placyku na wysokości plaży miejskiej u nasady Molo Południowego. Po północnej stronie tego długiego na ponad sześćset metrów pirsu cumowały między innymi statki pasażerskie, tramwaje wodne, a także muzealny żaglowiec "Dar Pomorza" czy okręt ORP "Błyskawica". Po południowej zaś znajdowały się kompleks budynków Akademii Morskiej, Akwarium Gdyńskie i właśnie cel naszej podróży - basen jachtowy. O tej porze roku, a więc na kilka dni przed sezonem wakacyjnym, marina pękała już w szwach. Było ciepło i da?ł lekki wiaterek z zachodu. Widok na rozświetlone w słońcu wody Zatoki Gdańskiej urzekał, tak samo jak na widoczną w oddali Mierzeję Helską czy zalesione wzgórza Oksywia na północy.

"Havamala" zauwaz?ylis?my od razu - cumował w głębi basenu przy Nabrzeżu Młodych Żeglarzy, a więc dosłownie na wprost naszego parkingu. Dłuz?szy od przeciętnych jednostek prezentował się naprawdę wspaniale. W zasadzie był to mały stateczek z niepozornie wygla?daja?cym silnikiem, zwinie?tym grotem i rolowana? genua? (typ prostego w obsłudze, niezawodnego słupa bermudzkiego). Ls?nia?cy siedmiometrowy aluminiowy maszt zdawał sie? sie?gac? nisko zawieszonych chmur, a bielutki kadłub ze zwisaja?ca? z dziobu kotwica? odbijał sie? w me?tnej wodzie, pote?guja?c wraz?enie mocy i świeżości.

Na pokładzie znajdowali się Jorgensen i Luiza. Kobieta pomachała do nas na powitanie, więc odpowiedzieliśmy jej tym samym. Po chwili w kokpicie zauważyłem innych - dwóch krzepkich, ponurych i bardzo do siebie podobnych, ludzi. Ich podobieństwo nie kończyło się na kolorze włosów, w tym przypadku dosłownie białych. Po prostu, jeden był kopią drugiego i vice bersa. Bliźniacy?

Nieoczekiwanie podbiegł do nas straz?nik przystani.

- Mam wiadomość dla jakiegoś... - przerwał na moment, zerknąwszy w karteczkę z notatnika - Pana Samochodzika? To chyba jakies? z?arty, ale kazano mi tutaj przyjść.

- Nie, to nie żarty - mruknął szef. - Dziękuję panu.

Pan Tomasz odebrał karteczkę i odszedł na bok. Strażnik ulotnił się czym prędzej, a szef czytał zapisaną wiadomość nie dłużej niż pięć sekund, choć wydawało się, że trwa to znacznie dłużej. Morze jakby ucichło, a wraz nim wszelkie odgłosy z pokładu "Havamala". A kiedy szef schował karteczkę do kieszonki i dołączył do mnie, świat znowu zaczął oddychać pełną piersią.

- Panowie! - zawołał w naszym kierunku Jorgensen. - Zapraszam!

Przed wejściem na pokład zrobiłem jeszcze swoim starym Niconem kilka zdje?c? jachtu.

- Oto "Havamal"! - wrzasna?ł rados?nie Norweg na powitanie.

Pan Tomasz rozejrzał się po pokładzie.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.