Pan Samochodzik i kradzież w Nieporęcie - Arkadiusz Niemirski


Reflow text when sidebars are open.
KILKA SŁÓW O NASZYM DEPARTAMENCIE * PIĘKNA KOBIETA NAS ODWIEDZA * SŁAWA PANA SAMOCHODZIKA * ZOSTAJĘ DZIKUSEM * W "KASKADZIE" * MAGDA BROŃCZAK OPOWIADA, CZYLI KRADZIEŻ W NIEPORĘCIE * PIERWSZE PODEJRZENIA * DRWINY Z WEHIKUŁU
Przygoda zaczęła się jak w klasycznym kryminale. Od pięknej kobiety. Przyszła nieoczekiwanie i w nieodpowiednim momencie. Pewna piękna kobieta. W tym miejscu warto nadmienić, że goście dość rzadko odwiedzali progi naszego skromnego departamentu, a obecność urodziwych niewiast należała wręcz do rzadkości. Owszem, przedstawicielki płci pięknej, od czasu do czasu, wpadały do nas, ale przeważnie w charakterze kandydatek do pracy. Niestety, żadna z nich nie zagrzała miejsca na dłużej. Cóż, nasze biuro - mieszczące się w siedzibie Ministerstwa Kultury i Sztuki na Krakowskim Przedmieściu - nie było odpowiednim miejscem dla ślicznotek.
Zajmowaliśmy dwa pomieszczenia. W pierwszym (tym od korytarza) znajdował się pokój pełniący rolę sekretariatu. Królowała w nim Monika - nasza niezastąpiona sekretarka. To właśnie tam miałem swój skromny kącik komputerowy. Natomiast w drugim pokoju, przypominającym klasyczny gabinet, urzędował pan Tomasz - mój szef. Nazywano go Panem Samochodzikiem, a to z tej racji, że dawno temu posiadał dziwaczny, pokraczny pojazd ukrywający pod maską silnik ferrari 410. To ten wehikuł stał się znakiem rozpoznawczym najbardziej znanego w kraju detektywa od zagadek historycznych, postrachu złodziei dzieł stuki. Kiedy kilka lat temu zostałem jego współpracownikiem, ów pojazd był już jedynie wspomnieniem, gdyż uległ zniszczeniu w dramatycznych okolicznościach. Zresztą tamten okres obfitował w same nieszczęścia. Wkrótce po skreśleniu wehikułu z ewidencji środków trwałych naszego ministerstwa, nieoczekiwanie odszedł z tego świata Waldemar Batura - kolega pana Tomasza, jego odwieczny rywal, człowiek zamożny i uroczy, lecz przede wszystkim diabelnie sprytny handlarz oraz przemytnik dzieł sztuki. Ja, świeżo upieczony absolwent wydziału historii sztuki Uniwersytetu Warszawskiego, zjawiłem się tutaj w momencie, gdy dawna epoka odchodziła w zapomnienie, a miejsce Waldemara zajął jego syn Jerzy - równie przebiegły i groźny, jak ojciec.
Wkrótce amerykańska Polonia ofiarowała nam unikatowy jeep wyposażony w wiele bajerów i gadżetów, a od pewnego czasu na stanie Departamentu Ochrony Zabytków figurował nowy pojazd, nazywany przez nas (z przyzwyczajenia, a może bardziej z sentymentu) - "wehikułem". Autko było to darem nieżyjącego już kolekcjonera obrazów, któremu Pan Samochodzik uratował połowę zbiorów. Pojazd spisywał się zresztą znakomicie i tak naprawdę nie wyobrażałem sobie pracy w terenie bez niego. O jego zaletach opowiem może przy innej okazji, nadmienię tylko, że to właśnie z powodu owej niezwykłej maszyny zaczęto nazywać mnie "Panem Samochodzikiem". Przezwisko było śmieszne i brzmiało dziecinnie, lecz ja - w przeciwieństwie do pana Tomasza - nie tylko je tolerowałem, ale nawet lubiłem.
Tak się złożyło, że dwa dni temu szef wyjechał służbowo na cały tydzień do czeskiej Pragi, więc okupowałem gabinet. Tak było zawsze - on wyjeżdżał w delegację, a wtedy ja zajmowałem jego biurko i udawałem ważniaka.
Z ciekawości zerknąłem przez uchylone drzwi do sekretariatu. Nieznajoma rozmawiała z Moniką. Widziałem ją tylko częściowo, ale pierwszy rzut oka wystarczył, aby stwierdzić, że odwiedziła nas piękna kobieta. Wysoka, w krótkiej futrzanej kurtce, pod którą nosiła golf. Do tego kusa spódniczka odsłaniającą bombowe nogi obute w ocieplane trzewiki.
"Nie za zimno jej w tym stroju?" - pomyślałem zaintrygowany wizytą nieznajomej. - "Za oknem trzaska mróz, a ta laleczka eksponuje swoje wdzięki niczym beztroska nastolatka.
Poza tym zachowywała się tak, jakby była pewna, że zostanie przyjęta przez szefa naszego departamentu.
Co jeszcze mogłem o niej powiedzieć? Miała proste, jasne włosy opadające na łopatki, perfekcyjny makijaż, polakierowane na niebiesko paznokcie i srebrne dodatki jubilerskie błyskające na kilku palcach oraz na uszach.
Monika z zasępionym wyrazem twarzy słuchała nieznajomej i odpowiadała nic nie znaczącymi mruknięciami. Nie wytrzymałem i wparowałem do sekretariatu.
- Dzień dobry - rzuciłem niby na luzie, lecz tak naprawdę zżerała mnie ciekawość, kim jest ta ślicznotka i w jakiej sprawie przyszła. - Czym mogę służyć?
Z bliska była jeszcze bardziej interesująca. Miała jasną, pociągłą twarz i duże niebieskie oczy tryskające zdrowiem. I tylko zmysłowe usta podkreślone szminką w kolorze purpury oraz dystyngowane ruchy nieco psuły pierwsze wrażenie niewinności. Zdaje się, że należała do gatunku istot dobrze wychowanych, lecz na szczęście nie zatraciła dziewczęcego uroku. Na oko miała dwadzieścia osiem, może trzydzieści lat.
- Magda Brończak - przedstawiła się.
Podała mi dłoń, którą szybko cofnęła. Patrzyła na mnie tak, jakby oceniała, czy w ogóle warto ze mną rozmawiać. Wydawało się, że moja osoba nie sprostała jej oczekiwaniom.
- Mam pewną sprawę do Pana Samochodzika - wyjaśniła głosem zdradzającym zniecierpliwienie.
- Jak pani tu weszła? - zdziwiłem się.
- Jak to jak? Na nogach.
Zaśmiałem się pod nosem, lecz szybko spoważniałem.
- Nie o to mi chodzi - mruknąłem.
- A o co?
- Jeśli nie przybywa pani w sprawie służbowej, to jak ją tu wpuszczono?
Popatrzyła na mnie z pretensją.
- Ależ z pana służbista - westchnęła zaraz zabawnie i zaczęła rozpinać kurtkę z futrzanym kołnierzem. - Przecież pracujecie za nasze pieniądze, czyli społeczeństwa. Tak się złożyło, że jestem reprezentantką tego społeczeństwa. Czyż nie mam prawa przyjść tutaj w sprawie, która być może zainteresuje waszą instytucję? A co do wpuszczenia mnie do tego gmachu, powiem tylko tyle, że gdy zdradziłam strażnikowi do kogo idę, wpuścił mnie bez słowa.
- Rozumiem - bąknąłem zakłopotany. - Cóż, czasami różni dziwni ludzie przychodzą do nas, więc strażnik pomyślał zapewne, że znowu zajmujemy się jakąś zagadkową sprawą.
Oho, chyba za dużo powiedziałem. Zawsze w obecności spódniczek paplałem więcej niż nakazywał rozsądek.
- Powinnam się cieszyć czy poczuć obrażona? - droczyła się dalej piękna blondynka. - Czy wyglądam na dziwaczkę?
- Ależ nie - zaprotestowałem. - Nic z tych rzeczy. Zdaje się, że chyba źle rozpoczęliśmy naszą rozmowę.
Przez twarz kobiety przemknął delikatny uśmiech rozbawienia. Monika także zaśmiała się pod nosem, widząc jak z każdą sekundą tej rozmowy tracę grunt pod nogami.
- To jak? - blondynka popatrzyła mi prosto w oczy. - Nie zaprosi mnie pan do gabinetu? Czy musimy stać tutaj jak w jakiejś poczekalni?
- Zapraszam - ochoczo wskazałem drzwi gabinetu i zwróciłem się do sekretarki. - Pani Moniko, proszę zrobić dwie kawy.
- Kawy nie pijam - rzuciła twardo kobieta. - Jest niezdrowa.
- To czego się pani napije?
- Woda mineralna. Niegazowana.
Zabrawszy butelkę takiej wody i dwie szklanki, weszliśmy do gabinetu. Magda Brończak zdjęła futerko, które odebrałem i powiesiłem na stojaku w rogu gabinetu. Zajęliśmy fotele po obu stronach biurka.
Napełniłem szklanki mineralną i jedną podałem kobiecie.
- Skąd pani zna to przezwisko? - zagaiłem ją.
- Pan Samochodzik? - wbiła we mnie swoje piękne oczy. - No cóż... w pewnych kręgach to dość znany pseudonim.
- W jakich kręgach? - zdumiałem się.
- Jakby tu panu powiedzieć? W kręgach ludzi zamożnych i światłych.
- Należy pani do tych kręgów?
- Mój dziadek był nie tylko sławnym inżynierem, ale także zapalonym kolekcjonerem dzieł sztuki.
- Chodzi o inżyniera Brończaka? - zrobiłem duże oczy. - Tego Brończaka?
- Tak, tego.
Znałem to nazwisko, a jakże. Jan Brończak był przecież znanym swego czasu inżynierem, którego świetność przeminęła kilkanaście lat temu. W czasie wojny służył w AK, więc cieszył się opinią zasłużonego patrioty. Lecz inżyniera Brończaka znaliśmy przede wszystkim z powodu jego zamiłowania do dzieł sztuki. Podobno przez całe życie namiętnie je kolekcjonował. Poza tym, człowiek ten opatentował przynajmniej tuzin wynalazków, w tym kilka w Stanach Zjednoczonych. A projektował tam zapory wodne. Nie dało się ukryć, że w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku Jan Brończak był bardzo znaną personą. I to w dodatku zamożną.
- Jak się miewa pani dziadek? - zapytałem kobietę.
- Nie żyje - posmutniała.
- Doprawdy? - zdziwiłem się. - Nic nie wiedziałem. Moje wyrazy współczucia.
- Dziękuję.
Przyznam, że nie słyszałem o tym. Ciągłe wyjazdy w teren uczyniły ze mnie samotnika, który niewiele czasu poświęcał życiu towarzyskiemu stolicy. Kiedy kilka lat temu zaczynałem pracę w Departamencie Ochrony Zabytków, interesowało mnie wszystko co dotyczy "warszawki" - przeglądałem prasę w poszukiwaniu informacji o wizytach w moim mieście znanych kolekcjonerów z Zachodu, ale także nekrologii czy nawet tak zwane kolumny plotkarskie. Jeszcze kilka wiosen temu śmierć inżyniera Brończaka z pewnością nie uszłaby mojej uwadze, więc założyłem, że odszedł z tego padołu przed podjęciem przeze mnie pracy w Ministerstwie Kultury i Sztuki.
Widząc malujący się na twarzy kobiety smutek, mimochodem wspomniałem o zainteresowaniu jej dziadka malarstwem.
- Zbierał nie tylko obrazy - dodała zaraz - ale także wyroby jubilerskie, ceramikę, pamiętniki znanych artystów i starodruki. Uczestniczył w wielu konferencjach antykwariuszy w Polsce i za granicą.
- Imponujące - z uznaniem pokręciłem głową. - I te wszystkie precjoza stały się własnością rodziny?
- Owszem. Z tym, że do mojego prywatnego sejfu trafiły jedynie wyroby jubilerskie. Mój ojciec dostał w spadku księgozbiór, a siostra dziadka odziedziczyła resztę.
Na wszelki wypadek wolałem dłużej nie ciągnąć tego wątku, aby nie palnąć jakiegoś głupstwa. Magda Brończak poprawiła idealnie ułożone włosy, a następnie zmarszczyła czoło.
- Nie wiem, czemu to panu opowiadam? - westchnęła zakłopotana. - Skoro Pana Samochodzika nie ma, to co ja właściwie tu robię? Przecież wiem, że pan nim nie jest. A właśnie... nawet się pan nie przedstawił.
- Rzeczywiście, przepraszam.
Wstałem z fotela i zrobiłem przesadny ukłon w jej stronę.
- Paweł Daniec - rzuciłem oficjalnie i z powrotem zająłem fotel. - Prawa ręka szefa.
- Jak to dobrze, że nie lewa - zażartowała.
"Laleczka ma cięty język" - skonstatowałem w duchu.
Upiłem nieco wody ze szklaneczki, podczas gdy ona przyglądała mi się badawczo.
- Od kilku lat razem rozwiązujemy zagadki historyczne - wyjaśniłem spokojnie. - Jak pani widzi, uzupełniamy się, bo od czasu do czasu zajmuję to biurko i...
- Rozumiem, rozumiem - przerwała mi zniecierpliwiona. - Ale muszę wiedzieć, kiedy będę mogła porozmawiać w cztery oczy z Panem Samochodzikiem?
- Obawiam się, że dopiero za tydzień - odpowiedziałem. - Pan Tomasz przebywa teraz w Pradze. Jedno jest pewne, przez co najmniej tydzień to ja pełnię obowiązki szefa tego departamentu.
- Ale ja muszę koniecznie rozmawiać z Panem Samochodzikiem. I to możliwie jak najszybciej. Pański szef to legenda, najlepszy detektyw w tych sprawach. Tak mówią.
- W jakich sprawach?
- O, jest pan ciekawy.
- Za to mi płacą. Podatnicy.
- Ale Panem Samochodzikiem pan nie jest.
- Ano nie jestem. Ale nawet gdyby to on siedział teraz za tym biurkiem, to i tak wspólnie zabralibyśmy się za rozwiązanie pani problemu.
- Skąd pan wie, że mam problem? - zrobiła niewinną minę.
- Drogą dedukcji - uśmiechnąłem się na tak naiwnie postawione pytanie. - Przychodzi pani w prywatnej, poufnej sprawie, nieco spięta, może nawet podenerwowana i w samych superlatywach wypowiada się o Panu Samochodziku. A zatem potrzebuje pani pomocy najlepszego detektywa zajmującego się dziełami sztuki. Dodatkowo pani dziadek był znanym kolekcjonerem, a więc wniosek nasuwa się sam: potrzebuje pani detektywa do rozwiązania sprawy dotyczącej jego kolekcji. Konkretnie chodzi o biżuterię.
Po raz pierwszy podczas tej rozmowy Magda Brończak popatrzyła na mnie z zainteresowaniem, zupełnie jakbym powiedział rzecz niezwykłą.
- Pan czyta w moim myślach. Jest pan Sherlockiem Holmesem?
- Nie było to takie trudne - posłałem jej blady uśmiech. - Teraz się pani zgrywa.
- Przepraszam - bąknęła zakłopotana. - Trochę mnie poniosło, a pan tak dzielnie znosi moje aroganckie zachowanie.
Nagle przerwała i zaczęła mi się przyglądać z zaciekawieniem.
- Intuicja podpowiada mi, że chyba znalazłem odpowiedniego człowieka - oświadczyła z westchnięciem ulgi. - Skoro Pan Samochodzik jest nieobecny, to może pan zająłby się moją sprawą? Pański młody wcale mi nie przeszkadza, chociaż w książkach i w filmach detektywi to najczęściej starsi panowie palący fajkę i zachowujący się trochę dziwacznie. Udają naiwnych, wie pan, takich pociesznych i roztargnionych facetów, jak chociażby serialowy porucznik Columbo. Ale to tylko pozory, prawda? Zwykły trik dla zmylenia ogółu. Pan także odegrał przede mną rolę takiego... jakby tu powiedzieć... osobnika nieco oderwanego od rzeczywistości.
Jej słowa bardziej mnie zdziwiły niż dotknęły. Przecież nikogo przed nią nie udawałem, a już z pewnością nie należałem do "osobników nieco oderwanych od rzeczywistości."
- Chyba pana nie obraziłam? - zapytała, widząc moją nietęgą minę.
- Ależ nie - bąknąłem. - Dla kamuflażu zazwyczaj odgrywam jakąś głupią postać, najchętniej siedzącego za biurkiem przygłupa. I gdyby nie pani uwaga, zademonstrowałbym zeza giganta. A dodam, że potrafię nie tylko świetnie zezować, ale także drapać się po głowie jak szympans i udawać, że wiem co się do mnie mówi. Czasami smarkam do chusteczki. Uprzedzę, że skutecznie.
- Nabija się pan ze mnie - stwierdziła ze smutkiem. - A miałam pana za poważnego człowieka.
Wstała obrażona i zrobiła krok w stronę wieszaka na ubrania.
- Przepraszam - zerwałem się z fotela i doskoczyłem do niej. - Myślałem, że to pani żartuje ze mnie.
- Nie żartuję - powiedziała to tak cicho, że ledwo ją usłyszałem. Nagle popatrzyła na mnie prowokacyjnie. - Jeśli jest pan zainteresowany co mam do powiedzenia, proszę wpaść do "Kaskady" o trzeciej po południu. Przy kieliszku lepiej się rozmawia.
Nic więcej nie powiedziała. Zdjęła z wieszaka futerko i wyszła z gabinetu, zostawiając po sobie zapach markowych perfum.
Usiadłem ciężko za biurkiem i zamknąwszy oczy, próbowałem przywołać w pamięci jej twarz. Nie mogłem. Oblicza nowo poznanych kobiet - które z jakichś powodów mnie zafascynowały - zawsze rozmywały się w mojej pamięci po pierwszym spotkaniu.
Do gabinetu weszła Monika, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Niezła babka, co? - zadrwiła.
- No - odburknąłem.
- Szmalowna - dodała. - Moim zdaniem, trochę za sztywna.
- Wyniosła - poprawiłem ją.
- Wyniosła? - przeraziła się Monika. - Z tego gabinetu? Niemożliwe. Co takiego stąd wyniosła?
- Wyniosła z niej kobieta. Myślałem, że to miałaś na myśli.
- A tak, racja. Właśnie to chciałam powiedzieć.
Monika przyjrzała mi się uważniej.
- Stało się coś?
- Nic - posłałem jej blady uśmiech. - Zupełnie nic.
Wzruszyła ramionami. Ale wciąż badawczo mi się przypatrywała jakby chciała odgadnąć moje myśli. Chyba przeczuwała, że wizyta młodej Brończakówny nie daje mi spokoju. Dla niepoznaki przybrałem jakąś "urzędniczą" minę i sięgnąłem po leżące na biurku papiery.
Monika jednak nie wychodziła.
- To umawiać tego kustosza na dzisiaj? - zapytała oschle.
- Na dzisiaj? - skrzywiłem się jak po zjedzeniu kaszki manny. - Wszystko, tylko nie dzisiaj!
- Ale to ważne spotkanie. Służbowe.
- I co z tego? Niech przyjdzie jutro. Ważne spotkanie to ja mam dzisiaj o piętnastej.
- Nic o tym nie wiem.
- Bo to sprawa poufna.
- Kolejna zagadka, co? - uśmiechnęła się ironicznie. - A czego chciała ta cała Brończakówna?
- Nie wiem - rozłożyłem ręce w geście bezradności. - Nie wiem. Naprawdę nic nie wiem.
I zaraz dodałem:
- Jeszcze nie powiedziała.
*
Zrobiła to dopiero po piętnastej w kawiarni "Kaskada" w centrum stolicy.
Poszedłem tam prosto z naszego departamentu mieszczącego się w Pałacu Potockich na Krakowskim Przedmieściu, więc nawet nie zdążyłem się przebrać. Na sobie miałem ten sam znoszony wełniany sweter i dżinsy, w których przyjąłem Magdę Brończak w moim biurze.
Natomiast ona przyszła odmieniona. Zamiast kusej spódniczki, miała na sobie czarne, obcisłe spodnie ze skóry i tweedową marynarkę założoną na ciemny golf. Na czole nosiła w tej samej tonacji opaskę, ostro kontrastującą z jej blond fryzurą. Zmieniła też kolor szminki na karmazyn. Dostrzegłem też nowe pierścionki na palcach i platynowy kolczyk w uchu. Pachniała drogimi perfumami i zachowywała się tak samo wyniośle jak podczas niedawnej wizyty w moim biurze. Próbowałem ją rozgryźć. Z pewnością była osobą dobrze wychowaną, a przy tym pewną siebie i nieco ekscentryczną, co mogło wynikać z atawistycznych, pierwotnych instynktów, które w niej drzemały. O tej stronie jej natury mówiły śmiałe i zdecydowane kreacje, słabość do szminek czy biżuterii. Kiedy jej się przyglądałem, nie potrafiłem jednoznacznie określić, jaką naprawdę jest kobietą? Stanowiła dla mnie istny konflikt osobowości - była jednocześnie zimna i ciepła, dziewczęca i dojrzała, ułożona i prowokacyjna. A może to ja nie potrafiłem trafnie zdiagnozować jej osobowości?
Przywitaliśmy się oszczędnie i od razu zajęliśmy stolik przy oknie wychodzącym na Marszałkowską, dzisiaj, dodajmy, mniej ruchliwą niż zazwyczaj, a to z powodu obfitych opadów śniegu jakie nawiedziły centralną Polskę w ostatnich dniach stycznia, piętnastostopniowego mrozu i trwających od kilku dni ferii zimowych. Zaczął się luty - lodowato biały i jednocześnie nastrojowy. Uwielbiałem takie zimy, chociaż zazwyczaj stanowiły utrapienie dla mieszkańców stolicy oraz służb miejskich. Nie znosiłem jednak deszczowego i ciepłego lutego, tego nieznośnego kuzyna jesieni.
Usiedliśmy przy kawie i likierze. Ja wybrałem podwójne expresso, Monika Brończak zadowoliła się kieliszeczkiem Bailoni.
- Słucham, co ma mi pani do powiedzenia? - zacząłem trochę sztywno.
- To niesamowita historia - westchnęła ciężko. - Jeszcze dzisiaj nie mogę uwierzyć w to, co się stało. Nawet nie wiem, od czego zacząć.
- Najlepiej od początku - rzuciłem zaintrygowany.
Umoczyła usta w likierze i wzięła głęboki wdech.
- Otóż, musi pan wiedzieć - zaczęła mówić - że z grupą starych przyjaciół spotykamy się co roku na przyjęciu sylwestrowym w mojej willi nad Jeziorem Zegrzyńskim. Konkretnie w Nieporęcie. Dom należał kiedyś do dziadka, potem mieszkałam tam z ojcem, zanim ten wyjechał za granicę.
- A kiedy wyjechał? - zapytałem.
- Zaraz po śmierci dziadka. Kilka lat temu. No, może niezupełnie tak od razu. Po załatwieniu wszystkich formalności, kiedy już dostał swoją część spadku, a właściwie jego "marne resztki", jak to sam raczył ująć. Pięć lata temu ojciec osiadł z jakąś kobietą we Francji. Dodam, że na kilka lat przed śmiercią dziadka moi rodzice rozwiedli się. Mama wyjechała do Australii. Nie utrzymuję z nią kontaktów i nie chcę o tym mówić. Zresztą to nie ma związku z obecną sprawą. Tak więc od pięciu lat mieszkam nad jeziorem sama. To tam spędzam każdego sylwestra z gronem najbliższych przyjaciół. Tak było i w tym roku. Szkopuł w tym, że kilka dni temu odkryłam rzecz niezwykłą. Stało się coś, co nie daje mi spokoju i każe inaczej spojrzeć na bliskie mi osoby, a przynajmniej na jedną z nich.
Znowu umoczyła swoje karmazynowe usta w likierze.
- Otóż ktoś z grona moich przyjaciół ukradł cenne rzeczy, które otrzymałam po dziadku jako spadek - oświadczyła.
Momentalnie wyprostowałem się w foteliku.
- O, to nie moja sprawa - zrobiłem kwaśną minę. - Mówimy o kradzieży, a od tego jest policja.
- Przecież pański departament właśnie zajmuje się kradzieżami dzieł sztuki - popatrzyła na mnie z wyrzutem.
- Zgoda, ale działam z ramienia Ministerstwa Kultury i Sztuki. Nie mogę za plecami policji i mojego resortu podejmować działań dotyczących spraw prywatnych.
- Odmawia pan? - jęknęła.
I posłała mi błagalne spojrzenie, jedno z tych, które powodują, że facetom z wrażenia uginają się nogi. Na całe szczęście siedziałem. Poza tym nawet najpiękniejsza kobieta nie mogła zmusić mnie do pogwałcenia etyki służbowej, a tym bardziej obowiązującego prawa.
- Muszę odmówić - powiedziałem z przepraszającą miną. - Z pani słów wnoszę, że nie zawiadomiła policji.
- Nie zawiadomiłam - odburknęła niczym krnąbrna nastolatka. - To sprawa delikatnej natury. I bardzo dziwna. Kradzież miała miejsce w sylwestra. Albo w Nowy Rok. Nie ulega wątpliwości, że dopuścił się jej ktoś z grona moich przyjaciół...
- Sylwestra mieliśmy miesiąc temu - przerwałem jej. - Jak to się stało, że dopiero teraz wraca pani do tej kradzieży?
- Bo dopiero teraz zauważyłam brak cennych przedmiotów - wycedziła przez zęby. - To długa historia. Skoro jednak nie chce mi pan pomóc, nic więcej nie powiem.
Wstała gwałtownie od stolika i zrezygnowana ruszyła w stronę szatni. Już nie była wyniosłą i opanowaną kobietą, patrzyłem bowiem na istotę bezradną. Nagle zrozumiałem, że Magda Brończak potrzebowała pomocy bardziej niż mogłem przypuszczać. Tak więc stało się coś naprawdę złego i to ja byłem jej ostatnią deską ratunku.
Zrobiło mi się jej żal. Wstałem i podbiegłem do niej.
- Proszę usiąść - wskazałem pusty stolik. - Zobaczę, co da się zrobić.
I wtedy spojrzała na mnie z wdzięcznością. Tak zwyczajnie, po ludzku. Coś we mnie pękło, a może szukałem usprawiedliwienia dla własnej lekkomyślności, w każdym razie w tej konkretnej chwili zapragnąłem jej pomóc. Nie chciałem odprawić ślicznotki z kwitkiem, chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że powinna bezwarunkowo zgłosić kradzież kosztowności na policji, a nie szukać złodzieja za pomocą osób zajmujących się z urzędu sprawami zupełnie innej natury. Przyrzekłem sobie wysłuchać, co Magda Brończak ma do powiedzenia i dopiero później podjąć właściwą decyzję.
Zajęliśmy stolik i zamówiliśmy to samo, co poprzednio.
- To jak to było z tym sylwestrem? - zachęciłem ją do zwierzeń.
- Zaprosiłam sześcioro przyjaciół - zaczęła opowiadać. - Od kilku lat spędzamy "sylwka" w tym samym gronie w mojej willi nad Jeziorem Zegrzyńskim... ale o tym już mówiłam. Tylko raz świętowaliśmy ostatni dzień w roku w austriackich Alpach. Dodam, że moi przyjaciele to ludzie zaufani. Każdy z nich to ktoś na swój sposób oryginalny, uroczy i bez skazy. Znamy się jak łyse konie jeszcze z czasów studenckich. Doprawdy nie wiem, jak mogło do tego dojść? Niewiarygodne, że ktoś z naszej paczki dopuścił się kradzieży...
- A co właściwie zginęło? - przerwałem jej. - Od dłuższego czasu rozmawiamy o kradzieży, ale wciąż nie wiem, co konkretnie zniknęło?
- Dziwne, ale złodzieja nie interesowała moja osobista biżuteria, a jedynie odziedziczone po dziadku precjoza - odpowiedziała.
- Konkretnie?
- Złoty zegarek kieszonkowy z repetierem, taki, wie pan, z podwójną kopertą...
- Wiem co to jest.
- Dziadek był do niego bardzo przywiązany. To szwajcarska robota z końca XIX wieku... firma Edda Watch & Co. Zegarek był oczywiście na chodzie. Miał nawet mechanizm wskazujący fazy Księżyca, kalendarz, stoper i takie tam. Na zewnętrznej kopercie widniał też grawerowany herb Ostoja z dewizą...
Na moment przerwała i z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjęła jakąś karteczkę, z której szybko odczytała:
- "FRUSTRA VIVIT, QUI NEMINI PRODEST". Nawet nie wiem, co to znaczy...
- "Na próżno żyje, kto nikomu nie przynosi pożytku" - wyjaśniłem.
- O, to w stylu dziadka.
- Co jeszcze zginęło? - przeszedłem do meritum.
- Owalna, złota broszka z brylantami. Robota dwudziestowieczna, warta tyle, co dobry samochód zagraniczny. Złodziej nie ukradł tylko złotej kolii z drobnymi szmaragdami, rubinami i szafirami... wie pan czemu? Bo miałam ją na sobie. Założyłam ją do sukni i chyba tylko dlatego mam ją do dziś. Ocalało też kilka mniej cennych świecidełek, co jednak wydaje się dziwne w przypadku włamywacza. Jakby wiedział po co przyszedł.
- Czy w sejfie trzyma pani pieniądze albo papiery wartościowe?
- Pieniądze trzymam wyłącznie na koncie. Papierów wartościowych nie posiadam, nie gram też na giełdzie. W sejfie trzymam jednak dokumenty... wie pan... akty własności, rachunki i tym podobne papierzyska. Ale te złodzieja wcale nie interesowały. Intruz dostał się do sejfu wbudowanego w ścianę gabinetu, zasłoniętego cennym obrazem Kossaka.
- Tak więc nie był to koneser - westchnąłem. - Myślę o złodzieju.
- Skąd pan to wie?
- Koneser zabrałby obraz. Ile jest wart? Ten Kossak.
- Nie wiem - wzruszyła ramionami. - Mniej więcej tyle, co kolejny dobry samochód. W willi znajdują się jeszcze trzy płótna polskich malarzy. Jedno na górze, dwa na dole. Dziadek kolekcjonował wyłącznie polskie. Był szczególnym patriotą. Zapomniałam wcześniej dodać, że oprócz biżuterii, w spadku zostawił mi właśnie te trzy obrazy. Resztę obrazów odziedziczyła ciotka.
- Gdzie znajduje się ten sejf? - drążyłem dalej temat.
- Na pierwszym piętrze w gabinecie.
- Skąd pewność, że broszę oraz zegarek skradziono właśnie w sylwestra? -zapytałem.
- W sylwestra albo dzień później - sprostowała. - W każdym razie w Nowy Rok chowałam w sejfie kolię i zauważyłam, że futerał na zegarek znajduje się w innym miejscu. Wnętrze sejfu ma dwa poziomy. Cenne przedmioty po dziadku trzymam na górnej półce, na dolnej osobistą biżuterię wraz z paszportem i teczkami z dokumentami. Niestety, nie sprawdziłam wtedy zawartości futerałów na zegarek i broszę. Dopiero po kilku dniach szukając czegoś, otworzyłam sejf i przypomniałam sobie tamten noworoczny poranek, w którym spostrzegłam, że futerały leżą nie tam gdzie powinny. Wtedy, byłam zbyt zmęczona całonocną zabawą, więc machnęłam na to ręką. A może pomyślałam sobie, że sama je przestawiłam? Ale tym razem nie mogłam tego zignorować. Futerały na zegarek i broszę wciąż leżały na dolnej półce, tak jak w Nowy Rok. Zaniepokojona otworzyłam je. Były puste. Zrozumiałam, że wtedy straciłam czujność z powodu wypitego alkoholu i zmęczenia. Tyle, że i tak niewiele by to zmieniło. Kradzież stała się faktem.
- Nie przyszło pani do głowy, że złodziej mógł przyjść z zewnątrz? - zasępiłem się. - Byliście zajęci zabawą sylwestrową na parterze, z pewnością grała muzyka, rozmawialiście i piliście alkohole. Zawodowi złodzieje dość często włamują się właśnie podczas świąt, balów, wesel, kiedy ludzie na całego się bawią i zazwyczaj bywają nieostrożni.
- Wykluczone! - zaprotestowała, aż kilku klientów "Kaskady" spojrzało na nas z zaciekawieniem. - Podczas zabawy sylwestrowej obejścia pilnował Obciach.
- Jaki obciach?
- Pies - wyjaśniła. - Tak go nazwałam, Obciach. Zawsze przynosi mi wstyd przed gośćmi. Jest nieufny i szczeka z byle powodu. Gdyby pojawił się ktoś obcy, Obciach szczekaniem zaalarmowałby całą okolicę. O ile wcześniej nie rozszarpałby śmiałka swoimi zębiskami.
- Być może muzyka zagłuszyła jego szczekanie - powątpiewałem.
- Nie sądzę. Proszę mi wierzyć, szczekać to on potrafi. Ale i tak go uwielbiam. Wracając do tamtej nocy... nie wierzę, aby ktoś z zewnątrz wtargnął do willi, w której przebywało aż siedem osób. To zbyt ryzykowne. Owszem, zaraz po północy wyszliśmy z domu na jezioro puścić kilka fajerwerków, lecz przecież obejścia pilnował pies. Przede wszystkim sądzę, że złodziej włamałby się do willi każdego innego dnia, na przykład wtedy, gdy nie ma mnie w domu.
- Ale wtedy też musiałby uporać się z Obciachem - zauważyłem.
Niepocieszona z mojej sceptycznej postawy wzruszyła ramionami.
- To jak? - spojrzała na mnie z nadzieją. - Weźmie pan tę sprawę?
- Pozwoli pani, że się zastanowię i jutro podejmę ostateczną decyzję.
- Zgoda. Czekam do jutra.
Pogadaliśmy jeszcze trochę. Po wypiciu trzeciego kieliszeczka likieru Magda Brończak poprosiła mnie o zamówienie dla niej taksówki. Jak wyjaśniła, miała słabą głowę i chciałaby odpocząć. W tej sytuacji zaproponowałem podwózkę do Nieporętu, podczas której moglibyśmy porozmawiać jeszcze o szczegółach tajemniczej kradzieży. Zgodziła się.
Wyszliśmy na mroźną ulicę. Stanęliśmy przed zaparkowanym nieopodal wehikułem, na widok którego moja nowa znajoma cudownie ożyła.
- Mam wsiąść do tej kolubryny na kółkach? - zaskoczona prawie wykrzyknęła. - Nigdy! Zamawiam taryfę. Przyjechałam taksówką, to i wrócę taksówką.
Niezadowolona rozejrzała się po pustej ulicy. Zaklęła zaraz pod nosem i z niechęcią zlustrowała wyklepaną niechlujnie przez jakiegoś mechanika karoserię mojego służbowego pojazdu.
- Co to w ogóle jest? - prychnęła.
- To coś nazywam wehikułem - wyjaśniłem spokojnie. - To bardzo dobry i szybki pojazd. W terenie niezawodny. Z wyglądu może nie jest zbyt okazały, ale wyratował mnie z niejednej opresji. To coś ma potężny silnik, natomiast karoserię odziedziczył po terenowym samochodzie, który rozbił się podczas rajdu Paryż-Dakar.
- Mówi pan serio? - zaśmiała się nerwowo. - To coś przypomina gigantyczną konserwę.
Była jednak zmęczona i przemarznięta, więc ostatecznie wsiadła do wehikułu. Zajęliśmy fotele i po uruchomieniu silnika, natychmiast włączyłem ogrzewanie. Magda Brończak przez jakiś czas rozbieganym wzrokiem oglądała wnętrze pojazdu i nie odzywała się. Jadąc mostem nad skutą lodem Wisłą, temperatura wewnątrz kabiny wzrosła na tyle, że moja piękna pasażerka uspokoiła się. W pewnym momencie nawet przysnęła.
A mnie się zdawało, że jest Królewną Śnieżką.
NIEPORĘT NAD JEZIOREM ZEGRZYŃSKIM * GRANATOWA MAZDA NAS ŚLEDZI * UCIECZKA, CZYLI JAK ZOSTAŁEM PIRATEM DROGOWYM * CHORA RĘKA * WIDOK NA SKUTE LODEM JEZIORO * DO WILLI BROŃCZAKÓW * MAZDA, OBCIACH I KRÓLICZEK * KŁAMSTWO NARZECZONEGO * CZYTAM O JEZIORZE * CZY PODEJRZEWAM KRÓLICZKA?
Magda Brończak drzemała w kabinie wehikułu, więc jeszcze przed Żeraniem uruchomiłem "pokładowy" komputer. Zakupione niedawno przez nasze ministerstwo urządzenie miało mocny procesor, sporej wielkości ekran dotykowy wbudowany w pulpit i obsługiwało kilka pożytecznych aplikacji, między innymi encyklopedię powszechną, poradniki czy szczegółową mapę Polski. I co ważne, komputer umożliwiał korzystanie z sieci internetowej za pomocą technologii bezprzewodowej.
Trochę dla zabawy - i trochę z ciekawości - postanowiłem przetestować ów elektroniczny bajer. Otworzyłem więc encyklopedię i w pole wyszukiwarki wpisałem palcem wolnej ręki nazwę miejscowości, do której zmierzaliśmy. Oczywiście, nie miało to nic wspólnego ze śledztwem w sprawie tajemniczej kradzieży w willi Magdy Brończak, albowiem decyzji w tej kwestii jeszcze nie podjąłem. Ale cóż szkodziło poczytać co nieco o Nieporęcie?
Może zabrzmi to dziwne, ale od czasów studenckich (i później jako etatowy pracownik Departamentu Ochrony Zabytków) bawiłem w tych stronach zaledwie kilka razy. I to na krótko, bo przejazdem. Ale cóż, charakter mojej pracy wciąż rzucał mnie w różne miejsca naszego kraju lub poza jego granice, a wolne od detektywistycznych zadań dni spędzałem zazwyczaj na ukochanych Mazurach.
Był piątek, początek lutego i mniemałem, że jeśli tylko wezmę tę sprawę, rozwiążę ją do poniedziałku, a przynajmniej rozwieję niektóre wątpliwości Magdy Brończak dotyczące osoby złodzieja. Nie wierzyłem, iż kradzieży dokonał któryś z jej znajomych, chociaż wykluczyć tego nie mogłem. Prawdopodobnie kradzieży cennych przedmiotów dokonała zorganizowana grupa profesjonalnych złodziei, ewentualnie jakiś "wolny strzelec", indywidualista w złodziejskim fachu. Tak poszeptywała mi intuicja detektywa na ministerialnym żołdzie.
- Pierwszy zapis o Nieporęcie pochodzi z roku 1387 - czytałem szeptem z ekranu komputera, co pewien czas odrywając wzrok od smętnej ulicy ciągnącej się wzdłuż Kanału Żerańskiego. - Erygowano wtedy parafię w Wieliszewie... na przełomie XIV i XV wieku istniała tam osada bartnicza, a w roku 1484 książę mazowiecki Bolesław V sprzedał Nieporęt braciom Prażmowskim. W roku 1526, po śmierci ostatnich książąt mazowieckich, Janusza i Stanisława, Nieporęt wraz z całym Mazowszem stał się królewszczyzną, czyli własnością monarchy.
Przerwałem lekturę i zerknąłem na drzemiącą pasażerkę u mego boku.
Spała w najlepsze, więc czytałem dalej:
- Kiedy w 1596 roku Zygmunt III Waza przeniósł swoją siedzibę z Krakowa do Warszawy, pojawił się problem lokalizacji dworu myśliwskiego. Wybór padł na Nieporęt, leżący w głębokiej puszczy w widłach Wisły i Narwi...
Tym razem przerwałem czytanie, aby zerknąć we wsteczne lusterko, jakbym spodziewał się ujrzeć w nim jakiś podejrzany pojazd jadący za nami. Ten rutynowy odruch nabyłem podczas kilku lat pracy w terenie i nawet podczas wakacji nie potrafiłem uwolnić się od tego chorobliwego przyzwyczajenia. W odbiciu lusterka ujrzałem światła dwóch samochodów, osobowej mazdy i dostawczego pickupa. Nic podejrzanego w nich nie dostrzegłem, więc wróciłem do lektury.
- Wkrótce po abdykacji Jana Kazimierza, konkretnie w 1668 roku, Nieporęt wraca do Prażmowskich. Gospodarzą oni na dobrach nieporęckich do roku 1749, kiedy to August Czartoryski nabywa trzy czwarte Nieporętu. Wkrótce, drogą koligacji, właścicielem Nieporętu zostają Lubomirscy, a w roku 1778 przechodzi on w całości na własność Potockich. Po wojnach napoleońskich zostały w nim rezerwowe magazyny z żywnością dla wojsk francuskich. Do znaczących wydarzeń w historii Nieporętu należy zaliczyć też nabycie w roku 1881 całości obszarów leśnych przez Berlińskie Towarzystwo Handlu Drewnem. W 1882 roku wieś została zniszczona przez wielki pożar. Przełom wieków XIX i XX to okres budowy obronnych obiektów fortyfikacyjnych wchodzących w skład zespołu twierdzy modlińskiej.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.