Pan Samochodzik i fałszerze - Arkadiusz Niemirski

Kup ebooka

9.99 zł
7.99 zł (4,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

SPOTKANIE Z DAWNYM KOLEGA? * KIM JEST "KOMA"? * GENIALNI FAŁSZERZE * POLECENIE PANI MINISTER * MOJE POGLA?DY NA TEMAT KOBIET * WIZYTA W MUZEUM NARODOWYM * SEWERYN Z?MIJEWSKI * KOLEJNY PORTRET * REWELACJE DZIEWUCHA, CZYLI BAKSZYSZ

Jeden z moich kolegów (z którym dawno się nie widziałem) poprosił mnie o spotkanie w kawiarni na Nowym S?wiecie. Był kwiecień. Jak każdej wiosny w Departamencie Ochrony Zabytków nie narzekaliśmy na brak zajęć, ale bez wahania zgodziłem sie? na krótka? pogawe?dke?. Niezauwaz?ony przez sekretarke? i porządkującego komputerowa? baze? danych Pawła wymkna?łem sie? z gabinetu poza mury naszej szacownej instytucji.

Na warszawskiej ulicy czuło się pierwszy powiew wiosny - poznikały śnieżne zaspy i puchowe kurtki, zazieleniły się trawniki i drzewa, a wróble przedrzez?niały c?wierkaniem gruchaja?ce pod nogami gołe?bie. Moja intuicja najwyraźniej została stłamszona przez budzące się do życia hormony, gdyż nie przeczuwałem żadnego nieszczęścia.

Jan był bliski załamania. Nie zamówił kawy, a herbate?, która podobno go uspokajała. Kiedy powiedział mi o co chodzi, zrezygnowałem z kawy. Zamówiłem także herbate?.

- Kilka dni temu zadzwonił nieznany osobnik - opowiadał drżącym głosem. - Mówił dziwnie, jakby przez nos. Poinformował mnie, że jeden z portretów Wyspian?skiego w Muzeum Narodowym to falsyfikat. Chodziło mu o "Portret dziewczynki" z 1895 roku. Odebrałem to jako mało wybredny z?art, ale przedwczoraj ten sam człowiek znowu się odezwał i to samo powiedział o "Portrecie dziewczynki z fiołkami" z 1896 roku.

Herbata stygła w stylowych filiz?ankach, a ja czekałem na dalszy cia?g opowies?ci. Jak już się pewnie domyślacie, kolega Jan pracował w Muzeum Narodowym, gdzie zajmował sie? galeria? Malarstwa Polskiego na pierwszym pie?trze owej instytucji. Notabene, niebawem odchodził na emeryture?.

- W kon?cu musiałem to sprawdzic? - kontynuował swoją opowieść. - Z biciem serca obejrzałem wspomniane dzieła Wyspian?skiego w naszej małej salce. ..

- I co? - teraz mnie zadrz?ał głos.

- Wszystko w porza?dku - odpowiedział bez cienia ulgi na twarzy. - Znam konterfekty Wyspian?skiego jak własna? kieszen?. Lepiej niz? swoja? twarz, która? codziennie widze? przed lustrem. Otóż, jestem pewny, Tomaszu, z?e to te same pastele Wyspian?skiego, które od kilkunastu lat codziennie oglądam w pracy. Te same twarzyczki niewinnych dziewczynek.

- W czym zatem rzecz? - niecierpliwiłem sie?.

- Wczoraj telefon sie? powtórzył - Jan s?ciszył głos i upił nieco herbaty. - Tajemniczy informator rzucił kilka słów i sie? rozła?czył.

- Co powiedział?

- "Sprawdz? pod lupa? oczy dziewczynki". To jego słowa.

- Sprawdziłes??

- Oczywiście - tłumaczył sie?. - Chociaż nadal sądziłem, z?e to jakiś głupi dowcip. W wolnej chwili wzia?łem dobra? lupe? i obejrzałem oczy dziewczynki z tych dwóch portretów. Gołym okiem tego nie widac?, ale pod powie?kszeniem znalazłem to...

- Co, na Boga?! - nie wytrzymałem napie?cia i krzykna?łem tak głos?no, z?e zaniepokojeni bywalcy kawiarni odwrócili sie? w nasza? strone?.

- Na granicy z?renicy i błe?kitnej te?czówki - Jan ściszył głos - znajduje sie? podpis, cos? w rodzaju sygnatury. Cztery małe litery, wykonane czarnym tuszem za pomocą cienkiego narzędzia, układaja? sie? w napis "Koma". Rozumiesz, Tomaszu?

Zszokowany potaknąłem głową.

- Rozumiem, aż za dobrze - mruknąłem. - Fałszerz zostawił na obrazie jakby swój odcisk palca, naznaczył go. Natomiast tajemniczy informator wiedział o tym, z?e w muzeum wiszą falsyfikaty. Być może to ta sama osoba, ale zostawmy to teraz.

- Ale to przeciez? prawdziwy Wyspian?ski - jęknął mój kolega. A minę miał taką, jakby dowiedział się o poważnej chorobie własnego dziecka. - Jak pragne? szcze?s?liwej emerytury, Tomaszu, takiego obrazu nie moz?na podrobic?.

Przez chwile? nic nie mówilis?my - goście lokalu dziwnie na nas spoglądali. Cóż, rozmawialiśmy podekscytowani, dosłownie roztrzęsieni.

Siorbnąłem trochę chłodnej już herbaty.

- A jednak wszystko wskazuje na to, że to falsyfikaty - szepnąłem. - Bo ska?d ten człowiek wiedziałby o niewidocznym gołym okiem podpisie, o którym nikt nie wiedział?

- Masz racje? - posmutniał Jan. - Pierwszy raz słyszę o "Komie". Pierwszy raz w życiu spotykam się z czymś takim. Nie znajduję żadnych odniesień "Komy" do osoby malarza i jego twórczości. Bo naiwnie zakładam, że to robota samego Wyspiańskiego. Ale chyba niepotrzebnie się łudzę.

Kiedy tak mówił, przypomniałem sobie dawna? przygode? we Francji. Wówczas, niezwykle sprytny złodziej o pseudonimie "Fantomas" kradł znane obrazy znanych malarzy z zamków nad Loara?, na przykład płótna Rembrandta czy van Gogha. Jego metoda kradziez?y była niezwykle pomysłowa. Faktem jest, z?e pomogłem wtedy włas?cicielom odzyskac? te cenne dzieła, ale Fantomasa zapamie?tałem na całe z?ycie. Drugi raz przyszło mi walczyc? z polskim włamywaczem, złodziejem o pseudonimie "Arsen Lupin", który okradał polskie biblioteki z cennych inkunabułów. Ta sprawa psuła nam krew przez blisko szes?c? miesie?cy i zakon?czyła sie? szcze?s?liwym uje?ciem sprawcy. Od tego czasu polskie muzea i biblioteki wzmocniły system ochrony, w efekcie czego dzisiaj rzadko dochodziło do kradzieży cennych eksponatów. Takie znikały raczej z prywatnych kolekcji. Te bezcenne - jak chociaz?by obrazy wspomnianego Wyspian?skiego - były ubezpieczone i dobrze strzez?one w pan?stwowych instytucjach, chociaz? sama polisa i standardowa ochrona nie gwarantowały stuprocentowego bezpieczeństwa. Niemniej jednak podmiana co najmniej dwóch obrazów tej rangi i to w dodatku w Muzeum Narodowym brzmiała jak ponury z?art.

- "Koma" - powtórzyłem głucho. - Z greckiego znaczy "głe?boki sen", "s?pia?czka"... To aluzja do stanu bezpieczeństwa dzieł sztuki w naszym kraju?

- Nie wiem, nie wiem - je?czał Jan. - Nasz informator wiedział o "Komie" i to jest przerażające. Zbudził mnie ze snu, zmuszając do działania. Tylko, czy nie za póz?no nastąpiło to wyjście ze "śpiączki"? Może masz rację i niedługo wszyscy się obudzimy. Oby nie z ręką w nocniku.

Po chwili znowu zacza?ł nadawać. Najwyraźniej mówienie przynosiło mu ulge? w cierpieniu.

- Jes?li nie ma fałszerstwa, to znaczy, z?e tajemniczy informator jest ma?drzejszy od setki specjalistów w naszym kraju, nawet od habilitowanych znawców Wyspiańskiego i świetnie opłacanych rzeczoznawców.

- Czy istnieje moz?liwos?c?, z?e napis "Koma" wykonał sam Wyspian?ski i nikt o tym nie wiedział? - myślałem na głos.

- Nie wiem, Tomaszu. Z pewnością nie jest to odnotowane w żadnym materiale naukowym, ani w naszej dokumentacji. Cóż, niedługo poznamy prawde?. Najpierw zgłosze? sprawe? do dyrekcji i obrazy trafią do laboratorium.

- Kim może być ów tajemniczy informator? - szepnąłem zamyślony.

- Nie przedstawił sie?.

- A jaki miał głos? Stary? Młody?

- Nie za młody i nie za stary. Mówił szeptem, jakby przez nos. Pewnie dla utrudnienia identyfikacji.

- Czyli nie wiemy nic.

- Poza tym, że to mężczyzna.

- Czy ta "sygnatura" znajduje sie? na dwóch obrazach? - dopytywałem się.

- Na obu, w lewym oku. Sprawdziłem oczy na innych portretach Wyspiańskiego, ale napisu nie znalazłem. Teraz przechodza?c obok każdego innego, powstrzymuje? sie?, aby nie zbadac? pod lupa? oczu postaci. Obłęd, obłęd...

- Nie wiem, co to moz?e znaczyc? - stwierdziłem na koniec. - Nawet nie wiem, czego właściwie ode mnie oczekujesz. Nie potrafie? ci pomóc. A i pocieszyc? nie moge?, gdyz? w tej branz?y, nie ma miejsca na spokojny sen. Musisz natychmiast zawiadomic? dyrekcje? Muzeum Narodowego i przede wszystkim policje?. To przekracza moje kompetencje.

- Wiem, z?e musze? zawiadomic? góre?, ale chciałem o tym z kims? porozmawiac?. Teraz! Nagle! Rozumiesz mnie? Wiem, z?e docenili cie? w ministerstwie po schwytaniu Arsena Lupina, wie?c jestes? kims? w rodzaju specjalisty od właman?...

- Nie przypominaj mi tej sprawy - westchnąłem ciężko.

Dopiliśmy herbatę. Wyszliśmy na ulicę. Jakże zazdrościłem przechodniom ich własnych rozterek. Chociaż z pewnością mieli oni swoje problemy, ale dla nas sprawa portretów Wyspiańskiego przesłaniała nam wszystkie inne nieszczęścia na tym padole.

- Nie, to jakis? koszmar - utyskiwał załamany kolega, podając mi rękę na pożegnanie. - A chciałem spokojnie przejs?c? na emeryture?. Dziękuję ci za spotkanie.

Wracaja?c do ministerstwa, już nie czułem powiewu wiosny. Dla mnie znowu nastała jesień. Mys?lałem wyła?cznie o obrazach Wyspian?skiego wisza?cych na pierwszym pie?trze Muzeum Narodowego. Jes?li były prawdziwe, jakim cudem miniaturowa sygnatura znajduja?ca sie? w oku dziewczynek z portretów uszła uwadze badaczy? A może domalował ja? z niejasnych dla nas powodów zwariowany konserwator? Albo...

Te? mys?l odrzucałem od siebie jak tylko mogłem. Jes?li portrety były perfekcyjnymi podróbkami (a Jan twierdził, z?e to autentyki), mielibys?my do czynienia z geniuszem w tej niechlubnej dziedzinie! W swojej karierze natkna?łem sie? na genialnego złodzieja obrazów Fantomasa, wybitnego mistyfikatora, ale nigdy jeszcze nie przyszło mi stanąć do walki z fałszerzem.

Zaniepokojony sprawa? portretów dzieci mimowolnie przejrzałem w biurze niedawne raporty dotycza?ce obrazów polskich malarzy. Oto przed rokiem pojawiła sie? nieznana dotąd reprodukcja obrazu Wyspiańskiego, wykonana przez samego autora w 1901 roku. O jej istnieniu nie wiedzieli nawet wybitni znawcy twórczos?ci artysty. Ten obraz był w posiadaniu pewnej warszawskiej rodziny. Nazwano go "Mała? Józia?". Obie prace maja? podobny format. Róz?nia? sie? jednak kompozycja?. Przedstawiaja? te? sama? twarz dziewczynki pokazana? z zupełnie innej perspektywy.

Jes?li Wyspian?ski malował reprodukcje, to pewnie z takim zamysłem, aby nie przypominały oryginałów. Z?aden twórca nie namalowałby powtórnie tego samego dzieła w sposób identyczny. Tak poste?powali tylko fałszerze. Jeden z najsłynniejszych Jan van Meegeren podrabiał Vermeera tak genialnie, z?e jego prace bez problemu kupowały wielkie muzea. Był też inny zdolny fałszerz - angielski malarz pokojowy Tom Keating. Przez ponad dwadzies?cia lat fałszował dzieła Rembrandta, Goyi, Renoira i wielu innych. Jego przeste?pcza działalność pewnie nigdy nie wyszłaby na jaw, gdyby sam Keating nie przyznał sie? do winy. Po prostu na kaz?dym podrobionym obrazie pozostawiał swoja? "wizytówke?" widoczna? w promieniach rentgenowskich. Były to najczęściej nieprzyzwoite wyrazy lub jego nazwisko. Nasz Koma działał podobnie, ale bardziej subtelnie i kulturalnie - zostawiał swój podpis.

Tego typu fałszerstwami parało się wielu zdolnych malarzy, aby wspomniec? tylko We?gra Elmyra de Horyego, Hiszpana Manuela Pujola Baladasa (który wypus?cił ponad siedemset prac Salvadora Dali) czy malarke? Claude Latour (specjalizuja?ca? sie? w podróbkach Picassa i Utrilla). Był takz?e malarz Caseau, który fałszował Francoisa Milleta we współpracy z wnukiem mistrza. Mieliśmy wreszcie legendarnego Davida Steina, potrafiącego podrobić przed s?niadaniem trzy "Picassy". Warto też wspomnieć o z?yja?cym na przełomie XVII i XVIII wieku Luce Giordao o przydomku Fa Presto, który fałszował Tycjana, Veronesa i Du?rera.

W Polsce nie było lepiej. Kilka lat temu w Muzeum Narodowym odnaleziono falsyfikat obrazu Stanisława Wyspian?skiego, wraz z pracami Olgi Boznan?skiej, Aleksandra Kotsisa i Józefa Brandta. Wszystkie one wchodziły w skład kolekcji podarowanej w latach szes?c?dziesia?tych przez rodaka z zagranicy. Jednak ich marna jakos?c? artystyczna i złe sygnatury pozwoliły natychmiast wykryc? fałszerstwo.

Kiczowate dzieła wnuka znanego malarza Juliusza Kossaka, Jerzego, podpisywał czasami ojciec Wojciech (syn Juliusza). Potem Jerzy "usamodzielnił sie?" i juz? sam fałszował sygnature? ojca. Podobno Wojciech nosił się nawet z zamiarem podania go do sa?du.

No dobrze, ale portrety wisza?ce w Muzeum Narodowym, jak twierdził Jan, były bezsprzecznie dziełem Wyspiańskiego. W tej materii ufałem mojemu koledze bezgranicznie jako wybitnemu rzeczoznawcy tematu. Jeśli jednak były to falsyfikaty i nikt do tej pory nie rozpoznał fałszerstwa, musiały wyjść spod pędzla wybitnie utalentowanego malarza.

Zamkna?łem teczke?. Postanowiłem poczekac? z wnioskami do pierwszych ustaleń fachowców w tej sprawie. W trosce o stan swoich nerwów postanowiłem nie odwiedzać na razie Muzeum Narodowego.

Ale już we wtorek, a wie?c po szes?ciu dniach od pierwszego telefonu, Jan znowu się odezwał.

- To falsyfikaty - os?wiadczył załamanym głosem. - Zbadalis?my pastele Wyspian?skiego na kilka różnych sposobów i nie ma wątpliwości. Genialne podróbki, Tomaszu. Tragedia. Wszystkie portrety dziewczynek sa? fałszywe.

A zatem juz? nie dwa, a wszystkie portrety dziewczynek stanowiące kolekcję w Muzeum Narodowym okazały się fałszywkami! Okazało sie?, z?e "wizytówki" fałszerza znaleziono w innych miejscach na obrazie - w kwiatach albo we włosach. Nie da sie? opisac? tego, co działo sie? ze mna? przez reszte? dnia i cały tydzien?. Czułem sie? jak pokrzywdzone dziecko, któremu zabrano ukochana? zabawke?, ale tak włas?nie reagowałem na każdy atak na zgromadzone w naszym muzeach skarby narodowej kultury. Wprawdzie liczyłem na jaka?s? pomyłke?, ale intuicja podpowiadała mi, z?e dokonano rzeczy strasznej. Ile jeszcze obrazów w Muzeum Narodowym okaże się falsyfikatami? Kto to zrobił? Jak i kiedy?

Po południu zadzwoniła Pani Minister i poprosiła mnie na rozmowe?. Jej mina wyrażała wszystko - była tak samo przygnębiona jak ja. Ta dobiegająca pięćdziesiątki dość atrakcyjna, choć hołdująca nieco staroświeckiej modzie, kobieta w modnym żakiecie i o długich włosach spiętych w duży kok przypominała w tej chwili emerytkę cierpiącą na bezsenność.

- Juz? pan wie, prawda? - spojrzała na mnie sme?tnie.

Skina?łem w milczeniu głowa?.

- Miarka sie? przebrała, panie dyrektorze - westchnęła ciężko. - Jes?li z tymi fałszywkami Wyspian?skiego to prawda...

- Prawda - przerwałem jej. - Pracownicy Muzeum Narodowego nie myla? się.

- Ale nie zawsze. Zdarzało sie? wcześniej, z?e ten sam obraz uzyskał negatywne opinie muzealne i pozytywne sa?dowe. Kiedys? do warszawskiego Muzeum Narodowego wstawiono do sprzedaz?y siedemnastowieczny obraz flamandzki. I co? Naukowe autorytety bez wa?tpliwos?ci stwierdziły jego autentycznos?c?. Ale ówczesny generalny konserwator zbadał farby i okazało sie?, z?e jednej z nich zacze?to uz?ywac? dopiero w XIX wieku, co sprawe? ostatecznie rozstrzygne?ło. Dlatego ba?dz?my ostroz?ni. Poza tym, pracownicy Muzeum Narodowego nie rozpoznali falsyfikatów Wyspiańskiego.

- Ma pani racje? - mruknąłem. - Ostrożność przede wszystkim. Jeśli jednak w Muzeum Narodowym wisza? genialne podróbki portretów Wyspian?skiego i nikt wczes?niej tego nie odkrył, nic dziwnego, że dopiero sam fałszerz musiał w tej sprawie interweniowac?. Pewnie ste?sknił sie? za sława?.

- Jak pan mys?li - zamyśliła sie Pani Minister - czy moz?liwa jest sprzedaz? oryginalnych portretów Wyspian?skiego? Skoro w muzeum wiszą falsyfikaty, to oryginały muszą gdzieś być. Fałszerz może być także złodziejem.

- Nie ma mowy o legalnej sprzedaz?y. Przynajmniej w Polsce. A za granica?? Z?aden dom aukcyjny nie weźmie obrazu, który jest skatalogowany i stanowi własnos?c? pan?stwowa?. Chyba z?e byłby to nieznany obraz znanego malarza albo zaistniałoby uzasadnione podejrzenie, z?e artysta namalował identyczna? reprodukcje?, jak w wypadku "Małej Józi". Dlatego nie rozumiem, po co ktos? ukradł i sfałszował znane obrazy wisza?ce w najbardziej znanej sali wystawowej w Polsce? Co zrobi z oryginałami?

- Chyba z?e mamy do czynienia z jakims? tajemniczym i bardzo bogatym kolekcjonerem - westchne?ła Pani Minister.

- Tego sie? najbardziej obawiam.

- Dlaczego? - jęknęła niezadowolona. - Dlaczego on to robi?

- A dlaczego skradziono "Mone? Lize?", której sprzedac? nie moz?na? - odpowiedziałem pytaniem. - Dlaczego usiłowano zniszczyc? "Piete?" Michała Anioła? I czemu dziurawiono obrazy Matejki w Muzeum Narodowym?

- Ma pan racje?, to było głupie pytanie.

- Ale jakz?e na miejscu. Zawsze je sobie zadaje?, gdy zginie dzieło sztuki albo ktos? je zniszczy.

Pani Minister wymownie chrza?kne?ła, dając tym samym do zrozumienia, z?e chce powiedzieć cos? waz?nego.

- Wiem, z?e bardzo pan pomógł naszym bibliotekom odzyskac? stare druki - zacze?ła ostrożnie - wie?c chciałabym, z?eby przyjrzał sie? pan sprawie tych fałszywych portretów.

- Od tego jest policja - zaprotestowałem. - Oni nie lubia?, gdy obcy wtra?caja? sie? do s?ledztwa. Poza tym w ich departamencie do spraw zwalczania kradziez?y dzieł sztuki nie pracuje juz? zaprzyjaz?niony inspektor Swada i nie wiem...

- Włas?nie udało mi sie? przydzielic? pana do ich ekipy śledczej - us?miechne?ła sie? kwas?no Pani Minister. - Oficjalnie będzie pan występował jako ekspert, ktoś w rodzaju obserwatora działającego z ramienia naszego ministerstwa. Ma pan moje oficjalne poparcie na piśmie. Policyjny departament to zaledwie dwie osoby i pomys?lałam, z?e przyda sie? im ktos? po historii sztuki. Znawca, znany tropiciel handlarzy dzieł sztuki.

- Dzie?kuje?, ale nie jestem znawca? malarstwa Wyspian?skiego - broniłem sie?. - Mamy wielu ekspertów w muzeach, którzy pomagaja? domom aukcyjnym wyceniac? obrazy i stwierdzac? ich autentycznos?c?. Z kolei Muzeum Narodowe ma swoich własnych, i do tego świetnych, rzeczoznawców, którzy z chęcią pomoga? policji.

- Panie Tomaszu - przerwała mi lekko poirytowana moim oporem. - Pan ma dos?wiadczenie w sprawach tajemniczych kradziez?y dzieł sztuki. A chyba z kradziez?a? mamy tutaj do czynienia, prawda? Fałszerstwo nastąpiło wcześniej, ale to kradzież stanowi clue programu. Dlatego, prosze? skontaktowac? sie? z podinspektor Koper. Najlepiej jeszcze dzisiaj. To polecenie służbowe. Z?ycze? udanej współpracy.

Wstałem bez słowa, nieco przygaszony jej decyzją, i ruszyłem do drzwi. Pani Minister zatrzymała mnie jeszcze na chwile?.

- Co pan mys?li o nowym pracowniku? - rzuciła zza biurka. - Przydałby sie? zastrzyk energii w pan?skim departamencie.

- Moz?e w przyszłym miesia?cu? - bąknąłem dla świętego spokoju. - Teraz nowy pracownik tylko przeszkadzałby nam w pracy. Z?aden z nas nie miałby dos?c? czasu, aby go przeszkolic?.

- Zawsze pan narzekał na mała? liczebnos?c? swojego departamentu. Zrobie? dla pana wyja?tek i kogos? panu przys?le?. Ze wzgle?du na te portrety.

- Jeszcze jedna kobieta w departamencie? - przeraziłem sie?, wiedza?c, z?e Pani Minister faworyzowała przedstawicielki własnej płci.

- A co? - popatrzyła na mnie groz?nie. - Chyba nie jest pan wrogiem równouprawnienia?

Wróciłem do gabinetu zdruzgotany. Nowy pracownik w takim momencie! Kobieta. I to teraz, gdy mielis?my na głowie te fałszerstwa! Ostatnie nasze zadanie związane z kradzieżą inkunabułów dokonywanych przez Arsena Lupina cia?gnęło sie? miesia?cami. Poza tym bylis?my zawaleni dziesia?tkami drobnych, ale wciąż istotnych spraw. Jeśli miałem podjąć się nowego zlecenia, musiałem zapomnieć o mniej ważnych. Inna sprawa, z?e za sprawą Komy w kulturalnym s?wiatku stolicy dosłownie wrzało, a sprawa falsyfikatów Wyspiańskiego zaczęła nabierac? rozgłosu.

- Prosze? o herbate?, Moniko - zwróciłem sie? do sekretarki, gdy znalazłem sie? w biurze. - Podobno dobrze robi na nerwy.

- Jest pan zdenerwowany, szefie?

- Zdenerwowany? Jestem roztrzęsiony i wykończony.

Zawołałem Pawła, który ślęczał w drugim pokoju przy komputerze i opowiedziałem im o rozmowie z Pania? Minister. Przez chwilę w pomieszczeniu zapanowała cisza.

Monika podała mi herbatę, ale nie tknąłem jej.

- Juz? wiem, co zrobie?!

- Co takiego, szefie? - zainteresował sie? Paweł.

- Pos?le? tam ciebie, kolego.

Paweł był pracownikiem wprost nieocenionym. Potrafił sprawnie obsługiwać wszystkie bazy danych, wyszukiwać fakty i fakciki z prasy codziennej oraz gromadzić najprzeróz?niejsze ciekawostki z innych źródeł. W działaniach terenowych szło mu jeszcze lepiej. Był wykształcony, wysportowany i bystry, chociaz? ostatnie kontuzje coraz cze?s?ciej skazywały go na niewdzie?czna?, biurowa? robote?. Ale wiedziałem, że tęskni za poważnym dochodzeniem na miarę sprawy Arsena Lupina.

- Komenda Główna Policji potrzebuje pomocy, a konkretnie podinspektor Koper - zacząłem tłumaczyć zaskoczonemu współpracownikowi. - Jestes? sumienny, inteligentny i skon?czyłes? historie? sztuki. Moz?e trzeba be?dzie trochę powęszyć i popytać, kogo trzeba. Tak jak ostatniej jesieni i zimy. To nie dla mnie. A ty jestes? młody. Kiedyś mnie tutaj zastąpisz.

Paweł patrzył na mnie badawczo spod przymrużonych powiek. Nic nie mówił.

- Szefie, ale przecież Pani Minister panu przydzieliła tę sprawę - zauwaz?yła Monika.

- To prawda. Ale ja zlecam ja? mojemu pracownikowi. Mam takie prawo. Od czego jestem dyrektorem? Czas najwyz?szy brac? przykład z nieodz?ałowanego dyrektora Marczaka. Czy dyrektor musi sam wykonywac? polecenia swoich zwierzchników? Be?de? nadzorował cała? operacje? zza biurka, bo musze? byc? obecny w biurze. Dobrze wiecie, moi drodzy, ile zaległych spraw czeka na sfinalizowanie?

Moja decyzja była nieodwołalna. Nie przyznałem się tylko, z?e perspektywa współpracy z kolejnym policjantem w spódnicy - nawet jeśli była ona wybitną profesjonalistką - trochę mnie zniechęcała. Z każdym rokiem osaczały mnie coraz młodsze i agresywniejsze niewiasty, próbujące zburzyć mój mały świat. Czasy tak szybko się zmieniały, że brakowało już przestrzeni dla moich staroświeckich metod pracy i przyzwyczajeń. Być może czułem się zmęczony pracą w większych zespołach, w których do głosu zaczęli dochodzić ludzie ulepieni z innej gliny. Przerażała mnie także skala przestępstw dokonywana w naszym kraju - nie nadążałem za śledzeniem wszystkich tego typu wydarzeń w kraju i zagranicą, nie mówiąc już o ściganiu całej rzeszy złodziei, nieuczciwych handlarzy czy przemytników. Brakowało mi sił. W takich chwilach myślałem wyłącznie o zasłużonej emeryturze.

- Jaka? cudowna? herbate? parzysz, Moniko - rzuciłem w tonie zachwytu. - Me?z?czyz?ni nie potrafia? takiej podac?. S?wietna, naprawde? s?wietna.

- Przeciez? to zwykła ekspresowa z torebki - zdziwiła sie? Monika.

Nie zrozumiała mnie. Nie chodziło przecież o te? konkretna? herbate?. W moich słowach pobrzmiewały skrywane marzenia o s?wiecie, w którym kobiety zajmuja? sie? parzeniem herbaty, a me?z?czyz?ni jej zdobywaniem. Herbaty. I kobiety. Tak, przyznaję, byłem przypadkiem nieuleczalnego dziwaka, samotnika i zacofańca.

Po południu odwiedziłem Muzeum Narodowe. Szare mury gmachu nie natchnęły mnie optymizmem, którego tak bardzo potrzebowałem, ale przyszedłem tutaj dla kolegi Jana. Musiałem z nim porozmawiac? i niejako z urzędu obejrzec? falsyfikaty. Mimo wszystko zżerała mnie zwyczajna ciekawość.

- Czegos? podobnego nie widziałem, Tomaszu - mówił rozgoryczony kolega, gdy szerokimi schodami schodziliśmy do laboratorium. - Chociaz? wiem, z?e badamy falsyfikaty, nadal w to nie wierzę. Koma to polski van Meegeren!

W pracowni konserwatorskiej przebywało już szes?cioro ludzi w białych fartuchach. Pochyleni nad obrazami szeptali coś nieustannie i naradzali sie? w atmosferze misterium odprawianego ku czci wielkiej tajemnicy. Ciche podziemie tchne?ło chłodem prosektoryjnej sali, tylko że rola nieboszczyka przypadła fałszywym portretom. To one miały zostac? poddane "sekcji". Zamiast skalpela uz?ywano tutaj wprawnego oka i laboratoryjnych metod, miejsce patologów zaś zajęli historycy sztuki, znawcy malarstwa i chemicy.

Nikt nie zwrócił na nas uwagi. Załoz?yliśmy fartuchy i bąknąwszy coś na powitanie, podeszliśmy do grupki ludzi oglądających leżące na stole portrety. Przyjrzałem się im. Dość cze?sto ogla?dałem owe dziecie?ce buzie Wyspian?skiego i dałbym uciąć sobie głowę, że zarówno wtedy, jak i teraz patrzę na oryginały. Nic wie?cej nie potrafiłem powiedziec?, w przeciwieństwie do grona znawców obok mnie. Wśród tej zacnej grupy wyróz?niała sie? aktywnością młoda i szczupła szatynka w wieku około dwudziestu os?miu lat. Ta ładna kobieta o surowym spojrzeniu zielonych oczu miała zadziwiająco łagodny głos.

- Fałszerz doskonale zna technike? malarską Wyspian?skiego - oświadczyła. - W tym właśnie upatruję szansę na szybkie dotarcie do tego człowieka, gdyz? nie ulega wa?tpliwos?ci, z?e musiał studiowac? w Akademii Sztuk Pięknych. Samouka wykluczam.

- Po prostu Koma zna kaz?dy ruch kredka? jaki Wyspian?ski wykonał w swoim życiu - cmoknął ktoś obok.

- Byc? moz?e fałszuje tylko Wyspian?skiego, co zawe?ziłoby poszukiwania fałszerza.

Kaz?dy z tych znawców wypowiedział sie? na temat fałszywych portretów. Kaz?dy z nich mówił ma?drze, ostroz?nie dobierając słowa i budując naukowo brzmia?ce frazy, ale tak naprawde? nic nie wynikało z tego spotkania. Wprawdzie wszyscy byli zgodni co do tego, z?e Koma jest geniuszem, ale to wszystko, co mieli do powiedzenia.

W pewnym momencie Jan przedstawił mnie temu zacnemu gremium.

- A to jest Pan Samochodzik...

- Przepraszam, kto? - zdziwiła sie? młoda szatynka.

- Dyrektor Departamentu Ochrony Zabytków w Ministerstwie Kultury i Sztuki, pan Tomasz N.N. - wyjaśnił zaraz Jan. - Uz?yłem pseudonimu.

- Bardzo zabawny - zas?miała sie? pod nosem. - I co pan sa?dzi o tej sprawie?

- Cóż - mruknąłem - moz?e to ten sam złodziej i fałszerz, który w 1974 roku w Muzeum Narodowym w Gdan?sku ukradł "Ukrzyz?owanie" Antona van Dycka i "Kobietę przenosza?cą z?ar" Pietera Breughla. Tylko że wtedy w miejsce oryginałów wstawiono wycie?te z popularnego tygodnika reprodukcje.

- Właśnie, a tutaj mamy do czynienia z genialnym falsyfikatem - wtrącił wysoki brunet przed pie?c?dziesia?tka? w randze doktora nauk, o czym informował identyfikator.

- Moz?e od 1974 roku fałszerz nauczył sie? malowac??

- Pan raczy z?artowac?.

- Maja? pan?stwo racje? - speszyłem sie?. - To z?arty. Jako pracownik Ministerstwa Kultury i Sztuki mam spore dos?wiadczenie w łapaniu złodziei dzieł sztuki. Ale z podobnym przypadkiem nigdy sie? jeszcze nie spotkałem.

- Ach, to pan złapał Arsena Lupina! - zainteresowała sie? szatynka i podała mi re?ke?. - Miło mi. Podinspektor Koper. Mariola Koper. Będziemy współpracować.

Zbaraniałem. Nie spodziewałem sie? tutaj detektywa zajmuja?cego sie? sprawa? fałszywych portretów, gdyż wziąłem tę kobietę za młodą pracownicę naukową. Chociaz?, tak między nami, obecność oficera policji w tym miejscu nie była w kon?cu czymś dziwnym. W końcu ich specjalna komórka nie tylko s?cigała złodziei i przemytników, ale zajmowała się zagadnieniami z pogranicza kryminalistyki i historii sztuki. Moje zdziwienie miało nieco inną przyczynę - pragnąc maksymalnie odsunąć w czasie nieuniknione spotkanie z podinspektor Koper i jej zespołem, dosłownie wpadłem na nią już na początku śledztwa.

- Miło mi - bąknąłem. - Właśnie dzisiaj oddelegowałem do tej sprawy mojego zaufanego pracownika Pawła Dańca. Pomagał mi w wielu trudnych śledztwach, między innymi za oceanem wyjaśniliśmy zagadkę kolekcji obrazów hrabiego Korwin-Milewskiego. Powinniście się dogadać bez trudu.

- To świetnie, że macie doświadczenie w tego typu przestępstwach - posłała mi kwaśny uśmiech. - Każda para rąk się przyda.

Tłumiąc w sobie wściekłość na ten protekcjonalny ton, po kwadransie opus?ciłem Muzeum Narodowe. Nie miałem już nic więcej do powiedzenia w sprawie Komy.

*

Nazajutrz spotkała mnie niespodzianka. Oto rankiem zjawił sie? w naszym biurze s?redniego wzrostu brunet dobiegający trzydziestki. Na nosie miał okulary w modnych oprawkach, zza szkieł których spozierały na mnie bystre oczy.

Wystudiowanym ruchem podał mi jakis? dokument prosto z sekretariatu ministra.

- Nazywam sie? Seweryn Z?mijewski i mam tu pracowac? - os?wiadczył, gdy zerkałem w świstek papieru.

Tak więc to on był nowym "wynalazkiem" Pani Minister. Tylko, że nie spodziewałem sie? go tak szybko w naszym departamencie. Szefowa resortu najwyraźniej przeje?ła sie? sprawa? Komy. Ufundowała nawet wysoka? nagrode? za odzyskanie zaginionych obrazów Wyspian?skiego i wskazanie oszusta bądź oszustów, gdyż złodziej niekoniecznie musiał być fałszerzem. Czterdzies?ci tysie?cy złotych stanowiło niezłą sumkę, która mogła zache?cic? każdego obywatela do wykrycia przeste?pcy. Oczywis?cie, owa gratyfikacja nie dotyczyła pracowników ministerstwa.

Przede wszystkim nie przypuszczałem, z?e nowym pracownikiem naszego departamentu zostanie me?z?czyzna. Oczekiwałem kobiety, zgodnie z zaleceniami Pani Minister dotyczącymi zasady równości proporcji dwóch płci w obsadzie stanowisk pracy. Pojawienie się tego młodego człowieka burzyło tę równowagę w sposób drastyczny.

- Cos? sie? stało? - zapytał zaczepnie nasz nowy kolega.

Przyjrzałem mu sie? z pewną obawa?, a może nawet z niepokojem. Nosił sie? na urze?dnika - szary garnitur i niebieska koszula z z?ółtym krawatem. Ot, jeszcze jeden młody biurokrata o wypielęgnowanej twarzy i błyszcza?cych włosach, kolejna administracyjna mrówka. I do tego, zdaje się, ambitna. Znał języki obce, a w wolnych chwilach uprawiał sporty.

- Mys?lałem, z?e przys?la? kobiete? - westchna?łem ciężko.

- Ale nie przysłali - zas?miał sie? nerwowo. - Nie tylko kobiety studiuja? historie? sztuki. Jakby co, skończyłem wydział z najlepszymi ocenami. Mój ojciec zna wiceministra i...

- Tak, tak rozumiem - przerwałem mu brutalnie. - Studia to jedno, praktyka to drugie.

Kolega Z?mijewski musiał byc? chyba prymusem. Poza tym miał tak zwane plecy. W jego sposobie bycia wyczuwało się pewną dozę arogancji i niewykluczone, z?e ludzi traktował z góry. A tej cechy wprost nie cierpiałem.

Wszedłem do swojego gabinetu, ale w progu zatrzymałem się i odwróciłem do niego.

- Pani Monika wprowadzi pana w niuanse naszej pracy - rzuciłem przez zęby.

Przymknąłem lekko drzwi i usiadłem za biurkiem, chcąc uniknąć jakiejs? wymiany zdan?, której póz?niej mógłbym z?ałowac?.

- Zrobi mi pani kawke?? - usłyszałem jego głos dobiegający zza drzwi.

- Jest pan nowy, więc zrobię - odcie?ła sie? Monika. - Ale zazwyczaj obsługujemy się sami.

- Myślałem, że jest pani sekretarką. Jako pracownik merytoryczny mam wam pomóc odnalez?c? fałszerza, więc nie chciałbym tracić czasu na zbędne czynności. Ale okej. Poradzę sobie. Sprawa "Komy" może poczekać.

- Z cukrem? - przerwała mu Monika.

- Z cukrem i z mleczkiem.

- Mamy tylko cukier.

- Trudno. Czarna też może być. A gdzie moje biurko?

- Biurko? Mamy tylko dwa. Te tutaj i w pokoju obok. Tamto zajmuje szef departamentu, pan dyrektor Tomasz N.N., to zaś należy do mnie. Czasami siedzi przy nim Paweł, nasz trzeci pracownik. Kiedy trzeba pracuje przy biurku szefa.

- To gdzie mam usiąść?

- Proszę wziąć wolne krzesło i dosiąść się do mnie, tu z boku. Albo pójść do szefa i tam spróbować szczęścia. Z tym, że pan dyrektor jest teraz bardzo zajęty, więc radzę poczekać kilka godzin. Sugeruję więc, aby porozmawiał pan ze swoim ojcem, aby ten pogadał z wiceministrem w sprawie trzeciego biurka i nowego komputera.

- Dobra myśl. Tak zrobię.

Nie słuchałem ich dalej, przekonany, że nasza sekretarka poradzi sobie z nowym pracownikiem.

"Bezczelny typ - pomyślałem o nim. - I do tego protegowany. Dlaczego Pani Minister nie przysłała jednak kobiety?"

Cie?z?ko usiadłem w fotelu. Przez drzwi słyszałem jak Monika wprowadza nowego pracownika w arkana naszej działalności. Wyczułem, że dosłownie wychodzi z siebie, aby nie wybuchnąć gniewem, ale była przecież profesjonalistką, uznająca zasadę - im bardziej się złościsz, tym bądź milszy. W pewnym momencie zacząłem nawet współczuć koledze Żmijewskiemu.

Zabrałem się za dziesiątki urzędowych pism, aby nie myśleć o nowym pracowniku i sprawie "Komy".

Przed południem wpadł do biura Paweł, który od rana towarzyszył podinspektor Koper w Muzeum Narodowym i w Komendzie Głównej. Był tak podekscytowany, z?e nawet nie zauwaz?ył "nowego". Wszedł do mnie bez pukania, zamknąwszy za sobą drzwi.

- Widziałem je - oświadczył. - Co za genialne falsyfikaty! Po prostu doskonałe. Acha, pierwsze pie?tro Muzeum Narodowego jest od dzisiaj nieczynne dla zwiedzaja?cych. Wszystkie obrazy musza? zostac? poddane szczegółowym badaniom. U nas w Warszawie i we wszystkich oddziałach w Polsce. Oby nie było wie?cej falsyfikatów.

- Mam taka? nadzieje?.

- Aha, jeszcze jedno - chrza?kna?ł Paweł. - Podinspektor Mariola zaprasza pana na wysłuchanie...

- Przesłuchanie?

- Wysłuchanie koncertu - zas?miał sie? Paweł. - Chciałaby poznac? pana na bardziej neutralnym gruncie. W warszawskich Łazienkach odbe?dzie sie? dzisiaj koncert muzyki powaz?nej.

- Czemu nie - wzruszyłem ramionami.

O szesnastej byłem juz? gotowy do wyjazdu. Na parkingu obok naszego służbowego jeepa zastałem znajoma?, której nie widziałem od czasu sprawy Arsena Lupina, piegowatą studentkę o pseudonimie "Dziewuch". Tak na marginesie, sam ją tak kiedyś nazwałem. Musze? przyznac?, z?e od tamtej pory niewiele sie? zmieniła. W dziurawych dz?insach i w krótkich, postrze?pionych rudych włosach wciąż przypominała chłopczyce?. Zamiast długiego do kolan swetra miała na sobie równie długą koszulę. Wyostrzyły się jej też trochę rysy twarzy, lecz wciąż pozostała rozbrajająco dziewczęca.

- O, dobrze, że pana widzę - ucieszyła sie? na mój widok, żując nerwowo gume?. - Wiem o falsyfikatach Wyspian?skiego i dlatego pomys?lałem, z?e kto jak kto, ale pan na pewno zajmie sie? ta? sprawa?.

- Witaj, Dziewuch - przywitałem ja? zaskoczony naszym spotkaniem. - Zgadza sie?. Co tutaj robisz?

- Nie lubie? tego przezwiska, Panie Samochodzik - wypus?ciła duz?ego, róz?owego balona, który zaraz pękł.

Pogroziłem jej palcem.

- Ja tez? nie lubie? swojego - rzekłem. - I tej przeklętej gumy. Kiedyś zrobisz tak dużego balona, że uniesiesz się w powietrze.

- Pracuję nad tym - zachichotała.

- Mów, o co ci chodzi.

- O tego fałszerza, o którym wszyscy trąbią. Kaz?dy, kto ma cos? do powiedzenia na jego temat, chciałby zgarna?c? czterdzies?ci tysie?cy złotych, co nie?

- Czy masz cos? istotnego do powiedzenia w tej sprawie?

- A podzielimy sie? nagroda??

- Jak znajdziemy Kome?, zrezygnuje? ze swojego udziału - zaz?artowałem. - Mów.

- Ach, to gos?c? ma juz? ksywke?? - podskoczyła z wraz?enia. - Koma. Ładnie! Ale do rzeczy. Od roku prowadze? z kolega? sklep z ozdobami artystycznymi. Srebro, metal i plastyk.

- A komputery? - zdziwiłem sie?, gdyz? Dziewuch była dobrze zapowiadaja?cym sie? informatykiem.

- Duz?a konkurencja, na razie sie? wycofałam. Ale kto wie, moz?e kiedys? powróce? do komputerów i opracuje? cos? na wzór Reproduktion Rudolph.

Oczywiście, Dziewuch sie? nabijała. Reproduktion Rudolph to była nazwa skomplikowanej techniki komputerowej opracowanej przez szwajcarski koncern chemiczny w 1983 roku. Miała ona słuz?yc? do sporza?dzania kopii obrazów - dzięki niej potrafiono niezwykle wiernie odtworzyć kaz?de pocia?gnie?cie pe?dzla, punkt po punkcie, z dokładnos?cią do ułamków milimetra. Tak namalowane przez komputer płótna sprzedawano bezpiecznie i legalnie z nadrukiem "Reprodukcja". Paradoksalnie, ten właśnie system przyczynił sie? do rozwoju działu kryminalistyki badaja?cego fałszerstwa.

- Głupstwa gadasz - zbeształem ja?. - To juz? lepiej pozostan? w obecnej branz?y.

- Idzie całkiem niez?le. Myślimy o nowej usłudze: tatuaże.

- Do rzeczy - westchna?łem.

- Otóz?, słyszałam o jednym modnym fałszerzu, absolwencie ASP. Podobno wielu nowobogackich zamawiało u niego obrazy znanych mistrzów. Nie brał drogo, ale podobno był naprawdę niezły. Nazywaja? go Bakszysz.

ROZDZIAŁ DRUGI

O STANISŁAWIE WYSPIAN?SKIM * CZY KOLEGA Z?MIJEWSKI S?LEDZIŁ NAS W ŁAZIENKACH? * POZNAJEMY KRYTYKA KREMPLA * DRAZ?LIWE PYTANIE * JAK FAŁSZERZ PODMIENIŁ PASTELE? * UCIERAM NOSA Z?MIJEWSKIEMU * KŁAMSTWA PROROKA * SPAGHETTI U PANI REGINY

Urodzony w 1869 roku Stanisław Wyspian?ski (notabene syn rzez?biarza) był nie tylko malarzem, twórca? między innymi najpie?kniejszej w malarstwie polskim serii portretów dzieci. Dla wie?kszos?ci Polaków pozostanie na zawsze przede wszystkim dramaturgiem, gdyz? w 1905 roku stworzył najwie?kszy polski dramat XX wieku zatytułowany "Wesele". Ale Wyspian?skiego można uznać za człowieka renesansu swojej epoki - malował, rysował, projektował witraz?e, wne?trza i rekwizyty teatralne. I chyba w każdej z tych dziedzin osiągnął mistrzostwo.

Miał wielkie plany. Wspólnie z Władysławem Ekielskim stworzył projekt przebudowy wzgórza wawelskiego i uczynienia z niego nadwiślańskiego Akropolis. Współpracował z Janem Matejka? przy polichromii Kos?cioła Mariackiego. Dodajmy, z?e ten wszechstronnie utalentowany artysta przez całe swoje z?ycie zwia?zany był z Krakowem, z jego romantyczna? przeszłos?cia?, zabytkami i pamia?tkami kultury. Mieszkał u stóp Wawelu, gdzie bicie Dzwonu Zygmunta nigdy nie ustawało.

Wielka? przygode? ze sztuka? rozpocza?ł od edukacji w krakowskiej Szkole Sztuk Pie?knych. W jego malarstwie z pewnos?cia? znajdziemy wpływ Mistrza Jana, ale też secesji, symbolizmu, a póz?niej impresjonizmu. Nic dziwnego, skoro Wyspian?ski pod koniec XIX wieku bawił przeciez? w Paryz?u, gdzie zetkna?ł sie? z twórczos?cia? Gauguina i nabistami. Jak kaz?dy wielki artysta potrzebował inspiracji i kontaktów z innymi wielkimi umysłami i pra?dami w sztuce. Odwiedzał Luwr i paryskie opery, a gdy okrzepł jako artysta odnalazł swoją własną ścieżkę.

Tyle o Wyspian?skim. Zaparkowałem w pobliżu Łazienek od ulicy Parkowej i spacerkiem wszedłem na jego rozległy teren. Po chwili moim oczom ukazał sie? juz? Pałac na Wodzie. Jadąc tutaj, nie bez powodu mys?lałem o Wyspian?skim, gdyż w tym konkretnym miejscu umies?cił on akcje? swojego słynnego innego dramatu "Noc listopadowa". Za czasów Królestwa Polskiego w obecnej Wielkiej Oficynie znajdowała sie? przecież Szkoła Podchora?z?ych, w której spiskowali powstan?cy. Jak wiemy z lektury dzieła, los powstania został przesa?dzony jednej nocy, a w Warszawie miały już nie zakwitna?c? róz?e (symbol zwycie?stwa), gdyż zbliz?ał sie? czas umierania.

Róż nie ma, róże pomarły;

badyle kwiatów suche

wichry przegonne w puch starły;

z liści złotych kobierzec na wodzie.

W owym dramacie nie zabrakło jednak cienia nadziei. Według autora nadejdzie czas, w którym róz?e zakwitna?, a więc odrodzi sie? to, co umarło.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.