ROZDZIAŁ PIERWSZY
NAD NOWYM JORKIEM * NIGDY WIE?CEJ SAMOLOTÓW! * SA?SIAD PANIKARZ * ZOSTAJĘ CHAMEM * STAN OPOLSKI * ZAGINIONA KOLEKCJA HRABIEGO KORWIN-MILEWSKIEGO * NA MANHATTANIE * PODSŁUCHUJE? * AROGANCJA PANI WIELOWIEYSKIEJ * OFERTA DLA PANTERASA * "JEZ?DZ?CY PIEKIEŁ" * WEHIKUŁ II * W CENTRAL PARKU
Zerkna?łem przez małe, okrągłe okienko na rozcia?gaja?ce sie? w dole, aż po horyzont szaro-niebieskie wody Atlantyku. Kilkanas?cie tysie?cy stóp pod nami w kierunku zachodnim Wielka Woda łączyła się ze zurbanizowanym morzem nowoczesnej cywilizacji - Nowym Jorkiem, niegdyś dziczą, odkrytą przez Giovanniego da Verrazano w 1524 roku. W porośniętych lasami terenach żyli tutaj Indianie Algonkini, potem jednak za sprawą białego człowieka zamorska głusza zamieniła się w najwie?kszą metropolię na s?wiecie, wiez?ę Babel, architektoniczny ,,cud s?wiata" i jego ,,stolicę".
Odwróciłem się za siebie. W s?rodkowym rze?dzie od strony korytarza siedział postawny młody człowiek, który podczas dziewie?ciogodzinnego lotu dos?c? cze?sto zerkał na mnie w sposób mało dyskretny. Ale teraz jego uwage? pochłona?ł widok rozpos?cieraja?cej sie? na powierzchni dziesie?ciu tysie?cy kilometrów kwadratowych metropolii. Nie dziwiłem mu się.
Schodziliśmy do la?dowania. To dlatego od kilku minut odczuwałem silne kłucie w uszach spowodowane nagła? zmiana? wysokos?ci, ale ciekawos?c? innego s?wiata, znanego z ksia?z?ek, filmów i opowies?ci, kazała patrzec? w dół przez okienko. Oto pojawiły sie? zarysy wydłuz?onej, ogromnej Long Island, a w oddali majaczyły wiez?owce Manhattanu na czele z Empire State Building i bliz?niaczymi World Trade Center. To tam w owej miejskiej dz?ungli funkcjonowały znane na całym s?wiecie muzea, jak Metropolitan?skie Muzeum Sztuki, Muzeum Guggenheima czy Muzeum Sztuki Nowoczesnej. I choć zwiedziłem trochę świata, nigdy wcześniej nie odwiedziłem Stanów Zjednoczonych. Muszę przyznać, że widok Nowego Jorku z lotu ptaka był imponujący. Przytłaczał, fascynował, napawał lękiem.
- Za dziesie?c? minut wyla?dujemy na lotnisku Johna F. Kennedy'ego w Nowym Jorku - informował z głos?ników miły głos stewardesy. - Prosze? o zaje?cie miejsca i zapie?cie pasów. Mamy godzinę szesnastą dziesie?c?. Temperatura na la?dzie dziewie?c?dziesia?t jeden stopni w skali Fahrenheita...
I wtedy zacze?ło sie? dziac? coś naprawde? złego.
Gdy samolot przechylił sie? na bok i dał nura, pod nami rozległ się głośny stukot, a potem podłoga zaczęła drgac?. Samolot wciąż tracił wysokos?c?. W uszach niemiłosiernie kuło.
- Nie moz?e wysuna?c? podwozia - zawyrokował mój sa?siad.
Był to małomówny jegomos?c? z broda? w wieku około pie?c?dziesie?ciu lat ubrany w wymie?ty garnitur. Miał rude włosy. Wsiadł na pokład samolotu w Niemczech, ba?kna?ł cos? przepraszaja?cego i wie?cej nie odezwał się słowem. Wczes?niej, az? do znudzenia, be?bnił o rozkładany stoliczek niezgrabnymi, dziwnie pokrzywionymi palcami albo próbował je sobie ,,nastawiac?". Czyz?by przeczuwał nadchodza?ca? katastrofe?? Dlaczego dopiero teraz się rozgadał? Mówił przy tym z dziwnym, wre?cz komicznym akcentem, który w nowych okolicznościach zabrzmiał dość złowieszczo.
- Juz? dwa razy przez?yłem coś podobnego - kontynuował skrzeczącym głosem, co jeszcze bardziej mnie zezłościło. - Ostatnim razem latalis?my ponad pół godziny nad Toronto. Cóż, do trzech razy sztuka.
Kiedy inni pasaz?erowie to usłyszeli, podniosła sie? wrzawa niczym w szkolnej klasie pod nieobecnos?c? nauczyciela. Ku naszemu przeraz?eniu samolot wyrównał lot i zacza?ł okra?z?ac? wielkie miasto. Pocza?tkowy niepokój powoli zamieniał się w panike?.
- A nie mówiłem - zaskrzeczał przestraszony sa?siad i zaczął nerwowo "nastawiać" palce ręki.
- Nic sie? nie stało! - uspokajała nas stewardesa. - Nic sie? nie stało.
I znikła za zielona? kotara?.
Pod nami dudniło i zgrzytało, a więc musiał sie? zacia?c? jakis? mechanizm. Twarze pasaz?erów z każdą minutą robiły sie? coraz to bledsze. Czyżby rudy brodacz obok miał racje??
,,Jeśli tylko wyjde? z tego cało - obiecałem sobie w duchu - nigdy więcej nie wsia?de? do samolotu".
Po pierwszym kółku nad miastem samolot znowu znalazł sie? w punkcie wyjs?cia.
- To nic groz?nego, zaraz wyla?dujemy - stewardesa uspokajała pasaz?erów, ale bez spodziewanego rezultatu.
Popatrzyłem na młodego pasaz?era siedzącego z tyłu w s?rodkowym rze?dzie. Jego twarz, podobnie jak pozostałych pasaz?erów, przybrała odcien? niezdrowej blados?ci.
Po trzecim kółku nad Nowym Jorkiem zgrzytanie pod pokładem ustało i stewardesa ze stoickim spokojem os?wiadczyła, że za chwilę lądujemy. Wszyscy jak jeden ma?z? zacze?li bic? brawo. Młody człowiek z tyłu także odetchna?ł z ulga?, ale zaraz rzucił w moja? strone? niezbyt dyskretne spojrzenie.
- Nie mówmy hop - szepnął złowrogo mój sąsiad. - Jak samolot wyla?duje, wtedy będę skakał z rados?ci.
Ale jego obawy okazały sie? płonne. Po kilku minutach koła samolotu dotkne?ły betonowej nawierzchni pasa i wszyscy pasaz?erowie znowu podzie?kowali załodze Boeinga rzęsistymi brawami.
Podczas opuszczania samolotu wydarzył sie? niemiły epizod.
Otóz?, w przejs?ciu zderzyłem sie? z jaka?s? kobieta? w wieku około czterdziestu lat, ubrana? w zwiewny kostium ze wzorkami przypominaja?cymi umaszczenie jaguara. Wytra?ciłem jej z ra?k jakis? pakunek i pech chciał, że gdy schyliłem sie?, aby go podnies?c?, ona również wykonała ten sam ruch. Zderzylis?my sie? głowami.
- Uwaz?aj pan - posłała mi ws?ciekłe spojrzenie.
Mówiła najczystszą polszczyzną. Miała ciemna? oprawe? oczu wzmocniona? czarnym tuszem, co dodatkowo podkreślało jej czupurną naturę.
- Co za chamstwo!
- Przepraszam - ba?kna?łem. - Nic sie? nie stało.
- Dobre sobie - prychnęła. - Pcha sie? taki i jeszcze mówi, z?e nic sie? nie stało.
- Przepraszam.
I kiedy chciałem ja? przepus?cic?, kobieta gestem ręki wskazała mi drogę. Widać, byłem niezdecydowany, bo gdy tylko ruszyłem, zniecierpliwiona zrobiła pierwszy krok. W efekcie czego zaklinowalis?my sie? w przejs?ciu mie?dzy fotelami.
- Panie! - wrzasne?ła. - Coś sie? pan tak na mnie uwziął? Zrobiłam cos? panu?
- To niech pani idzie pierwsza i nie zawraca mi głowy - odpowiedziałem niezbyt elegancko, ale byłem na dobre wyprowadzony z równowagi.
- Normalny cham - rzuciła mi w twarz i ruszyła przed siebie, taranuja?c po drodze kilku pasaz?erów.
Usiadłem zatem w fotelu, aby stracic? ją z oczu i się uspokoić. Kiedy tak siedziałem, obok mnie przeszedł ów młody me?z?czyzna, który podczas lotu od czasu do czasu mnie obserwował. Teraz jednak udawał, z?e mnie nie widzi. Minął mnie ze słuchawkami na uszach, pods?piewuja?c cichutko pod nosem jakis? przebój.
Port lotniczy imienia Johna F. Kennedy'ego to istny moloch. Zanim dotarłem do odprawy paszportowej, musiałem pokonać prawie pół mili w tunelu. Potem znalazłem sie? w duz?ym holu otoczonym tłumem oczekuja?cych ludzi.
Nie zda?z?yłem nawet wyjs?c? na zewna?trz, gdy podszedł do mnie łysieja?cy, niski me?z?czyzna w s?rednim wieku. Na sobie miał kremowej barwy letni garnitur, a spozieraja?ce na mnie zza leczniczych szkieł bra?zowe oczy zdradzały człowieka inteligentnego. Ż?uł gume? i zachowywał sie? dość swobodnie.
- Jes?li sie? nie myle? - zwrócił sie? do mnie po polsku, z lekkim amerykan?skim akcentem - mam przyjemnos?c? z panem Tomaszem N.N., dyrektorem warszawskiego Departamentu Ochrony Zabytków, prawda? Moje nazwisko Opolski. Stanley Opolski. Dla znajomych Stan. Jestem przedstawicielem Polonii nowojorskiej i to ja odbieram pana z lotniska w imieniu Polskiego Instytutu Naukowego w Ameryce.
Przedstawiłem sie? i us?cisne?lis?my sobie re?ce.
- Jak podroz?? - zapytał uprzejmie.
- Ciesze? sie?, z?e moja noga sta?pa po amerykan?skiej ziemi - odpowiedziałem ze szczerą ulgą, pomny tego, że jeszcze pół godziny temu groziła nam katastrofa lotnicza. - Jestem troche? zme?czony, ale przede wszystkim oszołomiony.
Trzeba Wam wiedziec?, że niedawno dostałem oficjalne zaproszenie do Nowego Jorku w sprawie tylez? delikatnej, co niejasnej. Naszym Polonusom zza Atlantyku odmówic? nie mogłem, między innymi z tego powodu, że to oni obdarowali nasz skromny departament w nowoczesny jeep. To włas?nie tutejsza Polonia zafundowała nam ten wspaniały prezent i teraz nadszedł czas zapłaty. Oczywiście, sprawa, o zbadanie której poproszono Departament Ochrony Zabytków była na tyle intrygująca i tajemnicza, że bez wahania przyjęliśmy zaproszenie.
Otóz?, w czerwcu tego roku kilku młodych me?z?czyzn w skórzanych kombinezonach, jez?dz?a?cych na motorach, zjawiło sie? w domu aukcyjnym w Nowym Jorku. Przynieśli ze sobą dwa obrazy. Pierwszy z nich - pe?dzla polskiego malarza Władysława Czachórskiego - był znanym i zaginionym portretem hrabiego Ignacego Korwin-Milewskiego. Dzieło powstało w 1876 roku w maja?tku hrabiego w Gieranonach na Litwie. Ów szlachcic miał markę wyrafinowanego estety, najwybitniejszego kolekcjonera malarstwa polskiego swoich czasów. Jego kolekcja liczyła ponad dwies?cie obrazów polskich malarzy, ale tylko cze?s?c? z nich dotrwała do czasów współczesnych. Wie?kszos?c? z nich rozpierzchła sie? po s?wiecie w wyniku wojen s?wiatowych i burzliwych dziejów tego człowieka. Jego losy były niezwykle barwne. Hrabia nalez?ał do kawalerów maltan?skich, posiadał kilka domów w Europie, a od arcyksie?cia Karola Stefana Habsburga kupił jacht i wyspe? na Adriatyku. Swoja? kolekcje? cze?sto przenosił z miejsca na miejsce, raz były to rodzinne Gieranony, innym razem Wilno, Wieden? lub wyspa Sveta Katarina. Utrzymywał on zaz?yłe kontakty z kilkoma sławnymi polskimi malarzami. Kupował na zamówienie płótna Gierymskiego, Chełmon?skiego, Malczewskiego, Czachórskiego, Wodzinowskiego, ale takz?e Matejki. To z jego zbiorów pochodzi słynny ,,Autoportret" i ,,Stan?czyk" Mistrza Jana.
Polonia uznała pojawienie sie? jego portretu w Ameryce za wielka? sensacje?. Istniała bowiem nadzieja, z?e ubrani w skórę me?z?czyz?ni (nie wygla?daja?cy przeciez? na kolekcjonerów dzieł sztuki, a bardziej na członków gangu motorowego) przypadkowo natrafili na kilka obrazów z bogatej kolekcji hrabiego i, nie wiedza?c z czym maja? do czynienia, próbowali je sprzedac? w Nowym Jorku.
Ale to nie koniec sensacji! Oprócz portretu Korwin-Milewskiego, me?z?czyz?ni sprzedali nieznany obraz Chełmon?skiego ,,Kaczki na wodzie", a naste?pnie spłoszeni podejrzliwos?cia? antykwariusza uciekli z gotówką i z kilkoma innymi płótnami zawinie?tymi w rulony. Niedawno jednak - konkretnie trzy tygodnie temu - odwiedzili kolejny antykwariat, pragnąc sprzedać nieznany autoportret Malczewskiego. Już z tej pobieżnej relacji jasno wynikało, że ludzie na motorach mieli doste?p do zaginionej cze?s?ci kolekcji obrazów hrabiego Korwin-Milewskiego.
- Przez dwa miesia?ce ,,dusilis?my" nowojorskie władze, aby przekazały nam te obrazy, gdyz? maja? niezwykła? wartos?c? dla polskiej kultury - powiedział Opolski, gdy zasiedlis?my w klimatyzowanym fordzie. - W kon?cu ofiarowano nam te płótna. Niestety, na tym zakon?czyła sie? cała sprawa. Ludzie na motorach przepadli, a tutejsza policja i specjalna komórka FBI zajmuja?ca sie? dziełami sztuki nawet nie wszcze?ły s?ledztwa. A przeciez? antykwariusz widział, z?e sprzedaja?cy mieli jeszcze kilka innych płócien. Najpewniej odkryli jaka?s? skrytke? z polskimi obrazami. Pytanie tylko: gdzie?
- Tak, to interesuja?ce - mruknąłem, spogla?daja?c zza szyby na East River, za która? wznosił sie? Manhattan.
Widok był na tyle przejmuja?cy, że poczułem sie? małym człowiekiem. Ogrom miasta - z jego mową i zapachem - zdawał sie? posiadac? jaka?s? ? narkotyczna? moc. Moje pierwsze wraz?enie miało jednak odcien? ambiwalentny. Z jednej strony Nowy Jork zachwycał, z drugiej zaś przytłaczał az? do obrzydzenia. Postanowiłem otrza?sna?c? sie? z tego odrętwienia i skupić się wyła?cznie na sprawie obrazów.
- W jaki sposób cze?s?c? kolekcji Korwin-Milewskiego - myślałem na głos - bo mniemam, z?e natrafiono włas?nie na jego kolekcje, trafiła za Wielka? Wode?? Gdyby udało nam sie? to wyjas?nic?, mielibys?my sensacje? grubego kalibru.
- Otóz? to, panie Tomaszu - ożywił się Opolski. - Dlatego pan tu jest!
- Zadanie wytropienia motocyklowego gangu sprzedaja?cego polskie obrazy w Ameryce wydaje sie? szczególnie trudne. Nie wiem, od czego zacza?c?. I w ogóle, co o tym wszystkim mys?lec??
- Rozmowa ze specjalista? od dziewie?tnastowiecznego malarstwa polskiego z pewnością pana zdopinguje - powiedział. - Spotkacie sie? o dwudziestej wieczorem w naszym instytucie na Manhattanie. Wierze? w pana. W końcu, tylu złodziei wsadził pan za kratki. I tyleż zagadek rozwia?zał.
Wypluł stara? gume? do z?ucia i sięgnął po nową nowa?. Zerknął na mnie.
- A poza tym czeka na pana prawdziwa niespodzianka - wyszeptał tajemniczo.
- Co takiego? - uniosłem wyz?ej brwi.
- Niech pan zaczeka do wieczora.
Mostem Manhattan Bridge dostalis?my sie? na 3. Aleje? najsławniejszej dzielnicy s?wiata. Polski Instytut Naukowy w Amerycemies?cił sie? w zachodniej cze?s?ci Manhattanu, na 30. ulicy, ale mój gospodarz obiecał najpierw zawiez?c? mnie do hotelu "Herald Square" w bliskim sa?siedztwie Empire State Building. Hotel znajdował sie? na 31. ulicy w odnowionym budynku, w którym kiedys? mies?ciła sie? siedziba magazynu "Life".
I tak oto znalazłem sie? w sercu Manhattanu. Przy wyjściu z samochodu zakre?ciło mi sie? w głowie z powodu upału, zme?czenia podróz?a?, zmiana? czasu i zgiełkiem nowojorskiej ulicy. Z wielka? ulga? przekroczyłem próg hotelu. Ameryka to nie tylko kraj imponuja?cych wysokos?ciowców, duz?ych samochodów, ale także klimatyzowanych budynków. Chłodek panuja?cy w holu dodał mi sił.
Po załatwieniu formalnos?ci poszlis?my na drugie pie?tro. Ida?c korytarzem, nie mogłem sie? nadziwic?, z?e jego s?ciany zdobiły okładki z gazet. Czego ci Amerykanie nie wymys?la?? Ale z drugiej strony, jakz?e to był praktyczny naród. Przeciez? włas?ciciel hotelu nie musiał ani malowac? s?cian, ani kłas?c? tapety. Wystarczyło zalepic? s?ciany bezuz?ytecznymi gazetami.
Pokój dostałem mały, cichy i urza?dzony w miłej, róz?owej tonacji.
- Niech pan wez?mie prysznic, zdrzemnie sie? i przyjdzie do instytutu o dwudziestej - poradził Opolski, poklepuja?c mnie po ramieniu. - To niedaleko. Bez obaw, na pewno pan nie zabła?dzi. Na Manhattanie to niemoz?liwe. Ulice krzyz?uja? sie? z alejami pod ka?tem prostym, wie?c wystarczy is?c? według numerów ulic i alei. Zupełnie jak na szachownicy. Pierwsi osadnicy budowali domy bez z?adnego planu, sta?d dzisiaj na Dolnym Manhattanie spotka pan kre?te ulice - spus?cizne? po pionierach. Dopiero po obje?ciu fotela gubernatora przez Holendra Petera Stuyvesanta zaprowadzono porza?dek, takz?e z ulicami, a rozkwit nasta?pił po oddaniu kolonii w re?ce Anglików w 1664 roku. Ale dos?c? historii. Pewnie jest pan zme?czony.
Po jego wyjściu rozpakowałem sie? i przed prysznicem wyjrzałem przez okno. Po prawej stronie wyłonił się słynny Broadway, powstały w miejscu indian?skiego szlaku Weekquaegeek Trail, biegna?cy nieco skos?nie w porównaniu z pozostałymi alejami. Widziałem dachy wolno jada?cych samochodów, raz po raz niosły sie? po ulicy echem klaksony i pisk opon. Ledwo przyjechałem, a juz? zacze?ła mnie denerwowac? atmosfera wielkiego miasta. Na Krakowskim Przedmies?ciu dos?c? cze?sto odczuwałem frustracje? z powodu dużego ruchu ulicznego. Ale czym było tamto doświadczenie w porównaniu z Nowym Jorkiem?
"Tutaj sie? nic da z?yc?" - zawyrokowałem w mys?lach.
Ale oto na skrzyz?owaniu Broadwayu z 31. ulica? ujrzałem młodego mężczyznę z duz?a? torba? podróz?na na ramieniu. Znałem go. Ten sam młody człowiek leciał tym samym? samolotem, co ja. Ten, który zbyt często na mnie zerkał. Szedł wolno, rozgla?dając sie? na wszystkie strony, jakby nie wiedział, doka?d is?c?. Obrzucił wzrokiem mój hotel, a następnie skre?cił w 31. i przeszedł na drugą strone?, przy której znajdował sie? hotel. Straciłem go z oczu.
Przez chwile? stałem pod oknem zamys?lony, ale zaraz machna?łem na wszystko re?ka? i poszedłem pod prysznic.
*
W Polskim Instytucie Naukowym zjawiłem się dziesie?c? minut przed dwudziesta?. Instytut zajmuje dwupie?trową kamienicę o elewacji w szarym kolorze. Schodkami podreptałem pod drzwi wejs?ciowe i po chwili wpuszczono mnie do s?rodka. Ta szacowna placówka normalnie pracuje do siedemnastej, ale z?e okolicznos?ci mojego przyjazdu były niecodzienne, postanowiono przyja?c? mnie o nietypowej porze. Portier grzecznie, choć z pewna? doza? nonszalancji poinformował mnie, jak dotrzec? na miejsce spotkania. Schodami wszedłem na drugie pie?tro i skre?ciłem w lewo. Juz? z daleka słyszałem donos?ny kobiecy głos dolatuja?cy z otwartych drzwi na kon?cu długiego korytarza.
- Tak, to z pewnos?cia? oryginał - mówiła kobieta, a mnie sie? zdawało, z?e ska?ds? znam ten głos. - To pe?dzel Czachórskiego, a "Kaczki w wodzie" namalował Chełmon?ski. Oba obrazy to autentyki. Ale oczywis?cie trzeba be?dzie poddac? je dokładnej analizie, to jest przes?wietlic? promieniami rentgenowskimi, zbadac? za pomoca? mikroskopu elektronowego z wykorzystaniem skali spektroskopowej, a nawet poddac? analizie chemicznej.
- To s?wietnie - usłyszałem zadowolony głos Opolskiego. - Jak to dobrze, z?e mamy tutaj pania? i Pana Samochodzika.
- Przepraszam, kogo? - kobieta okazała zdziwienie. - Jakiego znowu Pana Samochodzika?
Na dz?wie?k mojego przezwiska dosłownie zamarłem. Do uchylonych drzwi dzieliło mnie kilka metrów, więc stałem i w najwie?kszym skupieniu nasłuchiwałem. Brzydziłem sie? podsłuchiwaniem, ale okolicznos?ci sprawiły, z?e nie mogłem oprzec? sie? pokusie. Ten głos kobiety. Znałem go. Alez? tak! To z nia? - z brunetka? w s?rednim wieku - wdałem sie? w mała? sprzeczke? kilka godzin temu w samolocie, w wyniku której nazwała mnie "chamem".
- Nie słyszała pani o Samochodziku? - dziwił się Opolski.
- To słynny polski detektyw - zabrzmiał inny głos, nalez?a?cy do młodszego me?z?czyzny.
- Detektyw? - prychnęła kobieta z samolotu. - Nic panowie nie wspominali o z?adnym detektywie? Jako znany specjalista, nie potrzebuje? do pomocy detektywa. Moje kompetencję wystarczą. Mam najlepsze referencje. Mój ojciec, Alfred Wielowieyski, to s?wiatowej klasy rzeczoznawca w dziedzinie malarstwa polskiego. Moje nazwisko jest takz?e dobrze znane w kre?gach polskiej kultury i nauki.
- Wiemy o tym, droga pani. Naturalnie. Ale Pan Samochodzik nie jest zwykłym detektywem. To historyk sztuki tropia?cy handlarzy dziełami sztuki, który rozwia?zał wiele zagadek historycznych. Pracuje w Departamencie Ochrony Zabytków przy Ministerstwie Kultury i Sztuki w Warszawie. To typ indywidualisty. Tak jak pani. Dlatego żadnemu z was nie wspomnielis?my o drugim ekspercie, aby nie wywoływac? niepotrzebnych napięć jeszcze w Polsce. Proszę nam wybaczy ten fortel, ale zależało nam na waszej dwójce. Zreszta?, gdyby nie próba sprzedaz?y autoportretu Malczewskiego w Nowym Jorku, nie zaprosilibys?my tutaj Pana Samochodzika. Trzy tygodnie temu banda jeżdżąca na motorach chciała sprzedac? taki obraz na Broadwayu, dlatego nalez?y liczyc? sie? z tym, z?e be?da? kolejne próby sprzedaz?y. Zadaniem Pana Samochodzika be?dzie więc wytropienie sprzedających, a pani pomoz?e nam ustalic? autentycznos?c? obrazów.
- Tez? cos? - żachnęła się pani Wielowieyska.
Oczywiście, znałem to nazwisko. Agata Wielowieyska była wybitna? specjalistka? rodzimego malarstwa. Nie przypuszczałem jednak, z?e osoby wybitne, i w dodatku przedstawicielki płci pie?knej, potrafią byc? tak agresywne i nieznos?ne.
- Jak raczył pan zauważyć - kontynuowała z przekąsem - jestem indywidualistka?. Pracuję sama. Mam w nosie jakiegos? tam Samochodzika.
W pokoju zapanowała niezdrowa cisza. Wykorzystałem ten moment i wszedłem do s?rodka bez pukania. W przestronnym pomieszczeniu znajdowały się cztery osoby: Agata Wielowieyska, Stanley Opolski, młody mężczyzna w granatowym garniturze i ubrana na sportowo dziewczyna.
- Witamy Pana Samochodzika! - Opolski rozpromienił się na mój widok.
Szybko przedstawił mnie pani Wielowieyskiej, która zawiesiła na mnie swój zdziwiony wzrok.
- Miło mi - burkne?ła. - Czy my sie? przypadkiem nie znamy?
- Alez? oczywis?cie, droga pani - odpowiedziałem szarmancko. - Poznalis?my sie? cztery godziny temu w samolocie. Nazwała mnie pani "chamem". Jakz?e miło znowu pania? widziec?.
Zmruz?yła oczy, jak ktoś kto próbuje odtworzyć z pamięci jakieś wydarzenie.
- A tak, tak! W takim razie przepraszam, ale tyle mamy chamstwa na tym padole, z?e czasami człowieka ponosi. Chyba się pan nie obraził? W Nowym Jorku nie raz dostanie pan w kość. To miasto dla twardzieli, więc w pewnym sensie dałam panu darmowy pokaz. Jeszcze raz przepraszam. Czy to prawda - nagle zmieniła temat - z?e jest pan detektywem?
- Cos? w tym rodzaju.
Pani Wielowieyska us?miechnęła sie? tylko pod nosem, co uznałem za przejaw lekkiej ironii, i nic wie?cej nie powiedziała. Ubrana w kolorowa?, jedwabna? koszule? i odwaz?ne, jasne mini sprawiała wraz?enie kobiety silnej i przebojowej, jednej z tych niedostępnych dla takich szaraczków jak ja. Jej zmysłowa? surowos?c? podkres?lały czarne włosy i ciemna oprawa oczu. Nie należała do kobiet ani wysokich, ani szczupłych, ale miała na tyle zgrabną figurę, aby zwrócić na siebie uwagę w każdym gronie, na przykład u przedstawicieli płci męskiej na 5. alei.
Ale oto Stanley Opolski przedstawił mi szczupła? blondynke? i młodego me?z?czyzne? w garniturze.
- To jest pani Katarzyna, moja asystentka, a to pan Andrzej, mój zaste?pca.
Us?cisna?łem im dłonie. Kasia była ładna? dziewczyna?, reprezentantka? nowego pokolenia ludzi ambitnych i zaradnych, którzy cie?z?ka? praca? - i bez niepotrzebnych sentymentów - dochodza? do celu. Jej rówies?nik Andrzej równiez? nalez?ał do tej samej grupy pokoleniowej, absolwentów dobrych uczelni ze znajomos?cia? przynajmniej dwóch je?zyków obcych i ucze?szczaja?cych trzy razy w tygodniu na siłownię i masaż.
Podszedłem do obrazów na sztalugach i przyjrzałem się im. Wyglądały na stare i zniszczone, ale sprawiały wrażenie oryginałów. Rzecz jasna, nie byłem żadnym rzeczoznawca? w dziedzinie malarstwa, wie?c nie zabierałem głosu. Poza tym nie chciałem wchodzic? w parade? Wielowieyskiej.
- Czego pan konkretnie ode mnie oczekuje? - westchnąłem, patrząc na Opolskiego.
Ten nie odpowiedział, tylko skina?ł głową na swojego zastępcę, Andrzeja, który zgarnął ze stołu zielona? teczke?, a następnie wyja?ł z niej jakis? kartkę papieru.
- Dzisiaj otrzymalis?my faks od znanej osobistos?ci z Hollywood - odezwał się mie?kkim głosem. - Otóz?, pojawili sie? tam "Jez?dz?cy Piekieł", nasi motocyklis?ci w skórzanych kombinezonach.
- "Jez?dz?cy Piekieł"? - przeraziłem sie?. - To brzmi jak z najgorszego horroru.
- Po prostu maja? wyszyte na kurtkach symbole piekła: ogien? i wizerunek potwora z trzema rogatymi głowami. Po nieudanej próbie sprzedaz?y pozostałych obrazów w Nowym Jorku, postanowili spróbowac? szcze?s?cia na zachodnim wybrzez?u. Wybrali Los Angeles. Wiele gwiazd filmowych i producentów kolekcjonuje dzieła sztuki, w tym obrazy znanych malarzy. Niektórzy z nich posiadaja? imponujące galerie. Mówiąc krótko, "Jez?dz?cy Piekieł" zawitali do Hollywood i złoz?yli propozycje? znanemu gwiazdorowi. To boz?yszcze kobiet i znakomity aktor Antonio Panteras.
- O rany! - wyrwało sie? Wielowieyskiej.
Pan Andrzej zawiesił wzrok na kartce i zacza?ł mówic?:
- "Jez?dz?cy Piekieł" zaproponowali aktorowi sprzedaz? autoportretu Malczewskiego, którego nie sprzedali na Broadwayu trzy tygodnie wczes?niej. Wtedy antykwariusz wycenił obraz na pie?tnas?cie tysie?cy dolarów, dlatego Panterasowi zaproponowali dwa razy wie?cej. Niestety, aktor nie zna malarstwa polskiego...
- Kto wie, moz?e nawet nie wie, gdzie lez?y Polska - wtra?ciłem nieco uszczypliwie.
- ... dlatego sprzedaja?cy przysłali mu fotkę autoportretu. Panteras porozumiał sie? ze swoim agentem, ten zawiadomił zaprzyjaz?niona? galerie? w Los Angeles, która dzisiaj powiadomiła nas o całej sprawie. Oto zdje?cie autoportretu Jacka Malczewskiego.
Agata Wielowieyska niemalże wyrwała panu Andrzejowi ową fotkę i zacze?ła wpatrywac? sie? w nią z niedowierzaniem.
- W kolekcji portretów hrabiego Korwin-Milewskiego znajdowały sie? tylko dwa znane nam autoportrety Malczewskiego - wyszeptała i podała mi fotkę. - Co pan o tym sa?dzi, Panie Samochodzik?
- Nic nie sądzę - odpowiedziałem.
- Nic pan nie potrafi wydedukowac?? - z?achne?ła sie?. - Co z pana za detektyw?
- Przeciez? nawet nie wiemy tego, czy te dwa obrazy, które tutaj stoja? na sztalugach są oryginałami. Cóz? zatem moge? sa?dzic? o innym na podstawie wa?tpliwej jakos?ci zdje?cia? Nic. Czy pani moz?e na podstawie fotografii cokolwiek powiedziec? o pochodzeniu autoportretu?
- Z pewnos?cia? nie jest to z?aden znany obraz Malczewskiego - odparowała.
- To, wiem nawet ja.
- Ale to może być jego dzieło - ciągnęła dalej, nie zważając na moje docinki. - Chyba nie sa?dzi pan, z?e "Jez?dz?cy Piekieł" sa? fałszerzami?
- Oczywis?cie, z?e nie - posłałem jej blady uśmiech. - Po co mieliby fałszować nieznany nikomu obraz? Ba, oni nie tylko nie są fałszerzami, oni w ogóle nie znaja? sie? na malarstwie. Nie wiedza? nawet, co posiadaja? i nie maja? z?adnej koncepcji, jak to sprzedac?. Dla nich obraz to obraz. Nie odróz?niaja? stylów ani epok. Wa?tpie?, czy znaja? nazwisko chociaz? jednego sławnego malarza. To banda typów spod ciemnej gwiazdy, która przypadkowo natrafiła na tajemnicza? skrytke? z obrazami polskich twórców. Dlatego próbuja? róz?nych sposobów ich upłynnienia. Załoz?e? sie?, z?e w kon?cu sprzedadza? je za sto dolarów jakiemus? studentowi malarstwa.
- A zatem musi pan pojechac? do Kalifornii i spróbowac? odkupic? od nich wszystkie płótna, które maja? - zaproponował Stanley Opolski i ostentacyjnie zerknął na zegarek. - Ale przede wszystkim musimy wiedziec?, ska?d maja? te obrazy?
- Zaraz, chwileczkę! - niemal podskoczyłem z wraz?enia. - Mam jechac? do Kalifornii? Przeciez? "Jez?dz?cy Piekieł" moga? byc? juz? w drodze do innego stanu.
- Pewnos?ci nie ma - odezwała sie? Katarzyna.
Była ładna? blondynka? sprawiaja?ca? wraz?enie kobiety prostolinijnej, ale wyczułem, że była mocno zawiedziona moja? osoba?. Widocznie, spodziewała sie? przyjazdu do Nowego Jorku przystojnego, wysportowanego i błyskotliwego w każdym temacie detektywa.
- "Jez?dz?cy Piekieł" nie znają jeszcze decyzji aktora - dodała zaraz. - Maja? zadzwonic? po ostateczną odpowiedz?. Zadzwonimy do agenta Panterasa i poprosimy, aby aktor wyraził chęć nabycia autoportretu Malczewskiego. W ten sposób moglibyśmy przyłapac? ich podczas próby sprzedaz?y.
- I ja mam poleciec? do Hollywood, aby złapac? tę cała? bande?? - wręcz jęknąłem. - A gdzie jest policja?
- Policji to nie interesuje - odpowiedział pan Andrzej. - Zresztą to nasza narodowa sprawa, obowia?zek. Jes?li nie wez?miemy sprawy w swoje re?ce, obrazy przepadną.
- Ale ja nie moge? poleciec? do Kalifornii - broniłem sie?. - Nie ma mowy.
- A czemuz? to?
- Bo ja... - zacząłem się jąkać - bo ja cierpie? na chorobe? samolotowa?.
Tym os?wiadczeniem musiałem ostatecznie zniszczyc? w Polonusach swój wizerunek sławnego detektywa. Nie mogłem przeciez? przyznać się do złożonej samemu sobie obietnicy, że nigdy więcej nie wsiądę na pokład żadnego samolotu.
Na ustach Wielowieyskiej natychmiast zagos?cił dziwny us?mieszek, jakby połączenie ironii i zawdou.
- Nie poleci pan samolotem, panie Tomaszu - zagrzmiał Opolski i znowu sprawdził godzinę na swoim zegarku. - Przeciez? mówia? o panu Pan Samochodzik, nie zaś Pan Samolocik. Do Kalifornii pojedzie pan samochodem.
- Samochodem? Dotre? tam za dwa tygodnie.
- Jeszcze pan nie wie, co to samochód - westchnął tajemniczo. - Do Los Angeles jest ponad dwa i pół tysia?ca mil, a więc dotrze tam pan w pie?c? dni, góra szes?c?. Musi pan pojechać samochodem, gdyz? w ten sposób łatwiej be?dzie poda?z?ac? za "Jez?dz?cami Piekieł", gdyby ci na przykład zapragne?li zrobić sobie większy tour po Ameryce. Ale, proszę pan?stwa, do windy. Zjedziemy na dół. Chcę wam coś pokazać.
I wyszedł z pomieszczenia bez słowa. Poszlis?my za nim. Po kilku minutach znalez?lis?my sie? na małym parkingu wcis?nie?tym mie?dzy dwie kamienice zbudowane z jasnego piaskowca. Stanley Opolski gestem ręki dał nam znak, abyśmy czekali i ponownie zerknął na zegarek. O co mu chodziło? - zastanawiałem się, ale kompletnie nic mi nie przychodziło do głowy. Draz?niła mnie nieco konspiracyjna postawa Polonusów. Od pewnego czasu patrzyli na mnie dyskretnie, a kiedy wymieniali ze soba? spojrzenia, dałbym ucia?c? sobie głowe?, z?e us?miechali sie? pod nosem. Było przyjemnie, ciepło, ale zacząłem odczuwać coś w rodzaju irytacji.
"Co tu jest grane?" - mys?lałem.
I nagle, nie uwierzycie, od strony Broadwayu nadjechał srebrny pojazd do złudzenia przypominaja?cy mój nieodz?ałowany wehikuł! Przetarłem oczy ze zdumienia, lecz wzrok mnie nie mylił. To nie był żaden sen, a rzeczywistość.
Za kierownica? tego wehikułu siedział grubszy jegomos?ć w eleganckim garniturze i z cygarem w zębach. Towarzyszył mu szczupły, starszy człowiek w okularach na nosie, zajmujący fotel pasażera. Niezwykły samochód zatrzymał sie? przed nami i dwójka me?z?czyzn wysiadła z niego.
A ja stałem jak osłupiały, patrząc na to ls?nia?ce srebrem, szerokie czółno na kółkach. Nie potrafiłem wydobyc? z siebie słowa.
- Jan Lipin?ski - przedstawił sie? starszy me?z?czyzna. - Jestem profesorem i honorowym prezesem instytutu. Miło mi pana poznac?. Mam zaszczyt zakomunikowac?, z?e nowojorska Polonia postanowiła ofiarowac? waszemu zasłużonemu dla polskiej kultury departamentowi replike? jego słynnego samochodu. Głównym sponsorem tego "upominku" jest obecny tutaj pan Antoni Paradaj, biznesmen polskiego pochodzenia. Ale niech pan nie mys?li, z?e upominek do niczego nie zobowia?zuje, Panie Samochodzik. Musi pan nie tylko rozwia?zac? zagadke? obrazów... musi je pan dla nas odzyskać.
- Dzie?kuje?... ależ ja... - z wrażenia zacząłem się ja?kać - oczywiście, zrobię co w mojej mocy... naprawdę nie wiem, co powiedziec?...
- Nie musi pan - poklepał mnie po plecach biznesmen Paradaj.
Patrzył na mnie spode łba, jakby oceniał, czy naprawdę jestem owym słynnym detektywem, a naste?pnie otworzył maske? wehikułu.
- Pewien mój znajomy rozbił niedawno bentleya, nowoczesny model Hunaudieresa- odezwał się po chwili - i sprzedał mi nienaruszony silnik po cenie złomu. Wczes?niej odkupiłem od armii Stanów Zjednoczonych hummera, który został uszkodzony w wyniku działan? wojennych podczas operacji "Pustynna Burza". Okazało sie?, z?e stalowe podwozie hummera jest w idealnym stanie. Ucierpiała jedynie lotnicza aluminiowa karoseria, trafiona pociskiem przeciwczołgowym. Ale mój znajomy mechanik, zwariowany wynalazca, wykonał własna? karoserie?, wsadził do hummera silnik bentleya i dokonał mnóstwa przeróbek. Zamierzalis?my wystawic? to cudo na pokazie dziwacznych pojazdów w San Francisco, gdzie nierzadko takie auta kupuja? ludzie bogaci. Ale profesor Lipin?ski przekonał mnie, z?e ten pojazd mógłby przysłużyć się szlachetniejszej sprawie. Ale dos?c? gadania! Niech pan spojrzy na ten aluminiowy silnik.
Zerknąłem pod maskę.
- Az? szesnas?cie cylindrów? - wyrwało mi sie?. - Mój stary wehikuł miał ich tylko dwanas?cie.
- Ha, ha - zarechotał biznesmen. - To silnik nowej generacji o mocy 640 KM! Osia?ga pre?dkos?c? 350 kilometrów na godzine?. Podstawowa struktura nadwozia to para masywnych stalowych belek biegna?cych przez cała? długos?c? pojazdu. Auto porusza sie? na czterech kołach, niezalez?nie nape?dzanych i zawieszonych. Ten "czołg" ma bardzo niski punkt cie?z?kos?ci. Ponadto wspina sie? na niemal kaz?de zbocze. Z łatwos?cia? porusza się na lodzie, s?niegu, piachu i zwalonych pniach. Jest wyposaz?ony w system zmiany cis?nienia powietrza w oponach w zalez?nos?ci od podłoz?a, po którym sie? porusza. Moz?na jechac? nawet z uszkodzona? opona?. Oto, co moz?na zrobic? z oryginalnego hummera i bentleya. Pod warunkiem, że się ma pod ręką genialnego mechanika.
Popatrzyłem na to cudo i nadal nie wierzyłem w to, co widzę. To juz? nie był samochód, tylko rakieta i czołg w jednym! Pojazd wydawał się nieco dłuz?szy od mojego starego wehikułu. Koła miał szerokie jak w samochodach terenowych, a kształt nadwozia do złudzenia przypominał odwłok jakiegos? owada. Inna sprawa, że lakier pokrywający karoserię błyszczał jakby dopiero przed chwilą wyjechał z fabryki. Znajomy mechanik biznesmena Paradaja z pewnos?cia? należał do genialnych majsterkowiczów, ale najwyraźniej nie miał za grosz poczucia piękna i estetyki. Może dlatego to auto spodobało mi sie? - jako dzieło oryginalne i pozbawione standartowych ambicji. W końcu stałem przed motoryzacyjnym mistrzostwem brzydoty. No i przypominało trochę mój stary wehikuł. Z przodu tego autka umieszczono dodatkowo olbrzymie reflektory przypominaja?ce oczy ohydnego gada, niz?ej zaś zainstalowano s?wiatła przeciwmgielne. Przyjrzałem sie? masce rozdzielczej - nieco prymitywna, wykonana ze zwykłej blachy, w którą powsadzano róz?ne pokre?tła i przyciski. W jej górnej cze?s?ci znajdowała sie? jeszcze jakas? klapka. Po odsunie?ciu jej odsłonił się wielofunkcyjny monitor, dostarczaja?cy informacji o pozycji samochodu, temperaturze panuja?cej na zewna?trz, cis?nieniu atmosferycznym, wysokos?ci nad poziomem morza i s?redniej pre?dkos?ci samochodu. Wreszcie usiadłem za kierownicą. Siedzenia wykonano ze zwykłego materiału, ale były niewiarygodnie wygodne.
- A s?ruba jest? - zapytałem, pamiętając o zaletach starego wehikułu, który potrafił pływać.
- Jest! Ten pojazd pływa. Jest wodoszczelny.
- A przypadkiem to cos? nie lata? - zaz?artowała Wielowieyska.
Dopiero teraz, patrząc na nią, zobaczyłem, że kobieta jest kompletnie rozbita. Nie mogła pojąć, jakim cudem wysoko postawieni Polonusi traktują mnie jak szacha perskiego. Jej duma została poważnie zraniona i pewnie dlatego próbowała nadrobić to zgryz?liwymi uwagami.
- Nie rozumiem, co ten pojazd ma wspólnego ze sprawa? obrazów? - nadawała. - No chyba, z?e to inteligenta maszyna i dodatkowo be?dzie mys?lała za Pana Samochodzika.
Tymi słowami tylko rozbawiła pozostałych. Jeśli chodzi o mnie, nie zwracałem na nią uwagi. Tak bardzo byłem pochłonie?ty ogle?dzinami wehikułu.
- Jedyne, co mi nie pasuje w tym samochodzie, to karoseria - mruknąłem.
- Jak to? - oburzył sie? pan Paradaj. - Jest chromowana.
- Jest za ładna. Ls?ni jak srebrna papieros?nica. Zwraca uwage?. Od razu widac?, z?e to nietuzinkowa maszyna.
Biznesman Paradaj zase?pił sie?. Przez chwilę kiwał głowa? jakby dorastał do jakiejs? ważnej mys?li, lecz się nie odzywał.
- Pan Samochodzik wyruszy jutro do Kalifornii - głos zabrał profesor Lipin?ski. - Pojedzie z nim nasza Kasia. Jest inteligentna i zna ten kraj jak własna? kieszen?.
- A ja? - zezłościła się Wielowieyska.
- Pani w tym czasie przeprowadzi szczegółowa? analize? dwóch obrazów, które odzyskaliśmy - odpowiedział spokojnie Opolski. - Jes?li pan Tomasz w Los Angeles be?dzie miał jakiekolwiek problemy z oceną autoportretu Malczewskiego, poleci tam pani samolotem. Poza tym, o ile mi wiadomo, chciała sie? pani spotkac? ze swoim synem.
- No tak, naturalnie, ma jutro przyleciec? z Bostonu - pokiwała głową - gdzie uczestniczy w konkursie dla najbardziej zdolnej młodziez?y z krajów Europy Wschodniej. A włas?nie, czy znajdzie pan dla Stasia "Ma?dra Głowa" jakis? pokój?
- Z?e co? - wyrwało mi się.
Owo przezwisko po prostu mnie rozbawiło.
- Tak nazywam mojego syna Stasia - zgromiła mnie wzrokiem i wyprężyła dumnie pierś. - Uzyskał sto osiemdziesia?t punktów IQ. To dziecko z mojego pierwszego małz?en?stwa. Strasznie nie lubi tego imienia i przezwiska. W przeciwien?stwie do mnie. To jak? Znajdzie sie? jakies? łóz?ko?
- Cos? znajdziemy - obiecał pan Andrzej.
Straciwszy zainteresowanie problemami Wielowieyskiej, zaproponowałem Polonusom próbną jazdę. Niestety, z powodu duz?ego ruchu panuja?cego na ulicach Manhattanu musiałem te? niewątpliwą przyjemnos?c? odłoz?yc? do rana. Jeszcze tylko umówiłem się z Katarzyna? na pia?ta? rano i po dwudziestej pierwszej trzydzies?ci byłem z powrotem w hotelu "Herald Square". Juz? zamierzałem pójs?c? na góre? do swojego pokoju, gdy zatrzymał mnie recepcjonista.
- Wiadomos?c? dla pana, sir - powiedział, wręczając mi jakąś karteczkę.
Rzuciłem okiem na wiadomość napisana? w je?zyku polskim:
O dziesia?tej wieczorem w Central Parku przy pomniku Jagiełły.
Do wyznaczonego spotkania w Central Parku pozostało niecałe pół godziny, więc kupiwszy mapę Manhattanu, czym prędzej opuściłem hotel. Zrezygnowałem ze spaceru bajecznie os?wietlona? 5. aleja? i skorzystałem z autobusu. Manhattan był bardzo długi. Z hotelu do miejsca spotkania miałbym do pokonania pieszo dwie i pół mili, czyli około czterech kilometrów.
Wkrótce wysiadłem w pobliz?u Metropolitan Museum of Art, na tyłach którego stał pomnik polskiego króla Władysława Jagiełły dłuta Stanisława Ostrowskiego. Zerknąwszy w mapę, poszedłem biegna?ca? w poprzek Central Parku ulicą, otoczona? z obu stron ramblami, les?nymi terenami. Słon?ce schowało sie? juz? za rozs?wietlonymi wiez?owcami, ale pomimo panującego mroku, widocznos?c? była niezła. I nagle zza les?nej kurtyny wyłonił sie? po prawej stronie wydłuz?ony zbiornik wodny Belvedere Lake z przyległym do niego gigantycznym trawnikiem. W oddali, nieco na zachód, wyrastały z brzegu kamienne mury Zamku Belvedere z licznymi wiez?yczkami, zas? na bliz?szym, wschodnim kran?cu jeziora krył sie? ws?ród drzew pomnik Jagiełły. Skre?ciłem z głównego traktu w najbliz?sza? alejke?.
Minęła dwudziesta druga z minutami, gdy zatrzymałem się przed pomnikiem. Nikogo w pobliżu nie zauważyłem. Czekałem kilka minut i nagle za moimi plecami posłyszałem trzask łamanego patyka. Odwróciłem się za siebie. Z mroku wyłoniła się sylwetka młodego człowieka. Poznałem go od razu. To on leciał ze mną tym samym samolotem przez Atlantyk.
- Siedem minut spóz?nienia, Pawle - rzuciłem z wyrzutem do współpracownika.
- Nowy Jork to nie Warszawa, szefie - odpowiedział zdyszanym głosem. - Korki.