Pan Pip - Lloyd Jones

-
Proszę czekać

&

Wszy­scy mó­wi­li na nie­go Wy­trzeszcz. Na­wet w cza­sach gdy by­łam szczu­płą trzy­na­sto­lat­ką, mia­łam po­czu­cie, że o tym wie. Tyle że nic so­bie z nie­go nie ro­bił. Był zbyt za­ab­sor­bo­wa­ny po­waż­niej­szy­mi spra­wa­mi, aby zwra­cać uwa­gę na bo­so­no­gie dzie­ci.

Wy­glą­dał na czło­wie­ka, któ­ry kie­dyś był świad­kiem wiel­kich cier­pień lub ich do­świad­czył i nie po­tra­fi o nich za­po­mnieć. Wiel­kie oczy osa­dzo­ne w wiel­kiej gło­wie po­tra­fił wy­ba­łu­szyć bar­dziej niż kto­kol­wiek inny - wy­glą­da­ły, jak­by chcia­ły wy­sko­czyć z twa­rzy. Przy­po­mi­nał czło­wie­ka nie­cier­pli­wie cze­ka­ją­ce­go, aż wresz­cie wyj­dzie z domu.

Wy­trzeszcz co­dzien­nie ubie­rał się w ten sam bia­ły płó­cien­ny gar­ni­tur. W tro­pi­kal­nym upa­le ko­ści­ste ko­la­na wy­py­cha­ły prze­po­co­ne no­gaw­ki. Cza­sa­mi za­kła­dał nos klau­na. Już jego praw­dzi­wy nos był wiel­ki, więc czer­wo­na bul­wa tyl­ko nie­znacz­nie go po­więk­sza­ła, ale z nie­zna­nych nam po­wo­dów ro­bił to w nie­któ­re dni, być może w ja­kiś spo­sób dla nie­go szcze­gól­ne. Nig­dy nie wi­dzie­li­śmy go uśmiech­nię­te­go, a kie­dy za­kła­dał nos klau­na, lu­dzie od­wra­ca­li wzrok, po­nie­waż nie zna­li bar­dziej za­smu­ca­ją­ce­go wi­do­ku.

Na li­nie cią­gnął wó­zek, na któ­rym sta­ła pani Wy­trzesz­czo­wa. Przy­po­mi­na­ła kró­lo­wą lodu. Nie­mal wszyst­kie ko­bie­ty na na­szej wy­spie mia­ły roz­wi­chrzo­ne wło­sy - Gra­ce swo­je roz­cze­sy­wa­ła. Upię­te na czub­ku gło­wy z po­wo­dze­niem za­stę­po­wa­ły ko­ro­nę. Wy­glą­da­ła na nie­sa­mo­wi­cie dum­ną, jak­by nie mia­ła świa­do­mo­ści, że ma bose sto­py. Kto spoj­rzał na jej wiel­ki ty­łek, za­czy­nał się oba­wiać o los de­ski klo­ze­to­wej, my­ślał o jej mat­ce, po­ro­dzie i tym po­dob­nych rze­czach.

O dru­giej trzy­dzie­ści po po­łu­dniu pa­pu­gi przy­sia­da­ły w cie­niu drzew i spo­glą­da­ły na ludz­ki cień o jed­ną trze­cią dłuż­szy niż ja­ki­kol­wiek im zna­ny. Pan Wy­trzeszcz i pani Wy­trzesz­czo­wa, choć byli tyl­ko we dwo­je, star­cza­li za całą pro­ce­sję.

Młod­sze dzie­ci nie za­mie­rza­ły prze­ga­pić oka­zji i ru­sza­ły za nimi. Nasi ro­dzi­ce na to nie pa­trzy­li. Wo­le­li śle­dzić po­czy­na­nia ko­lo­nii mró­wek bu­szu­ją­cych na gni­ją­cej pa­pai. Nie­któ­rzy nie­ru­cho­mie­li z ma­cze­ta­mi w dło­niach, cze­ka­jąc na ko­niec wi­do­wi­ska. Młod­sze dzie­ci do­strze­ga­ły je­dy­nie bia­łe­go męż­czy­znę cią­gną­ce­go na wóz­ku czar­ną ko­bie­tę. Wi­dzia­ły to samo, co pa­pu­gi oraz psy, któ­re przy­sia­da­ły na wy­chu­dłych za­dkach i kła­pa­ły py­ska­mi, pró­bu­jąc zła­pać prze­la­tu­ją­ce mo­ski­ty. Star­sze dzie­ci, w tym ja, wy­czu­wa­ły do­dat­ko­wy kon­tekst tej sy­tu­acji. Cza­sa­mi do na­szych uszu do­cie­ra­ły strzęp­ki roz­mów. Pani Watts była zła jak gą­sior. Pan Watts naj­wy­raź­niej od­pra­wiał po­ku­tę za ja­kieś daw­ne prze­wi­nie­nie. A może po pro­stu prze­grał za­kład. Obo­je wpro­wa­dza­li odro­bi­nę nie­prze­wi­dy­wal­no­ści do na­sze­go pod każ­dym wzglę­dem prze­wi­dy­wal­ne­go świa­ta.

Pani Wy­trzesz­czo­wa trzy­ma­ła w dło­ni nie­bie­ską pa­ra­sol­kę, któ­rą chro­ni­ła się przed słoń­cem. Mó­wio­no, że była to je­dy­na pa­ra­sol­ka na ca­łej wy­spie. Nie pró­bo­wa­li­śmy się do­wie­dzieć, co w ta­kim ra­zie z tymi wszyst­ki­mi czar­ny­mi pa­ra­so­la­mi, któ­re wi­dy­wa­li­śmy u in­nych lu­dzi, ani wy­ja­śnić róż­ni­cy mię­dzy czar­ny­mi pa­ra­so­la­mi a pa­ra­sol­ką. Nie tyle oba­wia­li­śmy się wyjść na głup­ków, ile nie chcie­li­śmy spro­wa­dzić tej oso­bli­wo­ści na sza­ry, co­dzien­ny po­ziom. Uwiel­bia­li­śmy sło­wo "pa­ra­sol­ka" i nie za­mie­rza­li­śmy go stra­cić przez ja­kieś kre­tyń­skie py­ta­nia. Wie­dzie­li­śmy też, że kto­kol­wiek je zada, do­sta­nie w skó­rę i bę­dzie miał za swo­je.

Dzie­ci nie mie­li. A je­śli mie­li, mu­sia­ły do­ro­snąć i za­miesz­kać gdzie in­dziej, może w Ame­ry­ce albo w Au­stra­lii, albo w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Mie­li za to imio­na. Ona mia­ła na imię Gra­ce i po­dob­nie jak my była czar­na. On na­zy­wał się Tom Chri­stian Watts i był bia­ły jak biał­ka w oczach (ta­kie cho­ro­wi­te).

Na przy­ko­ściel­nym cmen­ta­rzu moż­na zna­leźć kil­ka an­giel­skich na­zwisk. Le­karz miesz­ka­ją­cy na dru­giej stro­nie wy­spy miał an­glo­sa­skie imię i na­zwi­sko, choć był czar­ny jak my. Dla­te­go choć zna­li­śmy prze­zwi­sko Wy­trzeszcz, mó­wi­li­śmy "pan Watts", po­nie­waż było to je­dy­ne po­dob­nie brzmią­ce na­zwi­sko w oko­li­cy.

Miesz­ka­li w sta­rym bu­dyn­ku mi­sji, nie­wi­docz­nym z dro­gi. We­dług mamy w prze­szło­ści ota­cza­ła go tra­wa, ale po śmier­ci pa­sto­ra wła­dze zo­sta­wi­ły mi­sję odło­giem i ko­siar­ka po­kry­ła się rdzą. Nie mi­nę­ło wie­le cza­su, a oko­li­ca za­ro­sła krza­ka­mi i w ten spo­sób jesz­cze przed mo­imi na­ro­dzi­na­mi pań­stwo Wy­trzesz­czo­wie znik­nę­li z pola wi­dze­nia świa­ta. Wi­dy­wa­li­śmy ich tyl­ko wte­dy, kie­dy Wy­trzeszcz cią­gnął żonę w wóz­ku ni­czym sta­ra zmor­do­wa­na szka­pa wy­cią­ga­ją­ca wodę ze stud­ni. Wó­zek miał bam­bu­so­we ba­rier­ki. Pani Wy­trzesz­czo­wa opie­ra­ła na nich dło­nie.

Do ta­kich po­pi­sów po­trzeb­na jest wi­dow­nia, ale pani Wy­trzesz­czo­wa nie zwra­ca­ła na nas uwa­gi. Nie by­li­śmy god­ni. Zu­peł­nie jak­by­śmy nie ist­nie­li. Nie­spe­cjal­nie się tym przej­mo­wa­li­śmy. Bar­dziej in­te­re­so­wał nas pan Watts.

Wy­trzeszcz był je­dy­nym bia­łym czło­wie­kiem w pro­mie­niu wie­lu ki­lo­me­trów. Małe dzie­cia­ki wpa­try­wa­ły się w nie­go jak urze­czo­ne, aż w czar­nych dło­niach roz­ta­pia­ły im się kost­ki lodu. Star­sze dzie­ci prze­ła­my­wa­ły lęk i pu­ka­ły do drzwi, aby za­py­tać, czy mogą na­pi­sać o nim "wy­pra­co­wa­nie". Kie­dy otwie­rał drzwi, nie­któ­re nie­ru­cho­mia­ły spa­ra­li­żo­wa­ne stra­chem. Zna­łam jed­ną star­szą dziew­czy­nę, któ­ra zo­sta­ła za­pro­szo­na do środ­ka. Nie każ­dy do­stę­po­wał tego za­szczy­tu. Cały dom wy­peł­nia­ły po­dob­no książ­ki. Po­pro­si­ła, żeby opo­wie­dział jej o swo­im ży­ciu. Sie­dzia­ła na krze­śle, po­ło­ży­ła przed sobą no­tes. On na­lał jej wodę do szklan­ki. Po­wie­dział: "Moje dziec­ko, spo­ro tego było. I pew­nie nie­jed­no mnie jesz­cze cze­ka". Za­pi­sa­ła to w no­te­sie. Przy­nio­sła go na­wet do nas i po­ka­za­ła mi i mo­jej ma­mie. W ten spo­sób się o tym do­wie­dzia­łam.

Ko­lor skó­ry nie był je­dy­ną ce­chą, któ­ra czy­ni­ła Wy­trzesz­cza ta­jem­ni­czą po­sta­cią, nie­mniej był po­twier­dze­niem pew­nej praw­dy, w któ­rą świę­cie wie­rzy­li­śmy.

Do­ra­sta­li­śmy w prze­ko­na­niu, że wszyst­kie rze­czy waż­ne są bia­łe: lody, aspi­ry­na, wstąż­ka, księ­życ, gwiaz­dy. Bia­łe gwiaz­dy i księ­życ w peł­ni były waż­niej­sze w cza­sach mło­do­ści mo­je­go dziad­ka niż te­raz, kie­dy ko­rzy­sta­my z ge­ne­ra­to­rów elek­trycz­nych.

Kie­dy nasi przod­ko­wie zo­ba­czy­li pierw­szych bia­łych, po­my­śle­li, że pa­trzą na zja­wy albo lu­dzi, któ­rych do­tknę­ło nie­szczę­ście. Psy przy­sia­da­ły na tyl­nych ła­pach i otwie­ra­ły py­ski w ocze­ki­wa­niu na wi­do­wi­sko. My­śla­ły, że tra­fi­ła im się praw­dzi­wa grat­ka. Kto wie, może bia­li lu­dzie po­tra­fią wy­wi­jać fi­koł­ki do tyłu albo ro­bić sal­ta nad drze­wa­mi. Może po­dzie­lą się je­dze­niem. Psy za­wsze na to li­czą.

Pierw­szym bia­łym, któ­re­go zo­ba­czył mój dzia­dek, był roz­bi­tek. Męż­czy­zna do­pły­nął do pla­ży i po­pro­sił o kom­pas. Dzia­dek nie znał sło­wa "kom­pas", ale wie­dział, że nie jest wła­ści­cie­lem cze­goś ta­kie­go. Wy­obra­żam go so­bie, jak przy­ci­ska dło­nie do bo­ków i się uśmie­cha. Nie chciał wyjść na głup­ka. Bia­ły czło­wiek za­py­tał o mapę. Dzia­dek i tym ra­zem nie wie­dział, o co cho­dzi, więc tyl­ko wska­zał na roz­cię­tą nogę męż­czy­zny. Dziw­ne, że re­ki­ny prze­pu­ści­ły taką oka­zję. Bia­ły czło­wiek za­py­tał, na jaki ląd wy­rzu­ci­ło go mo­rze. Tym ra­zem dzia­dek mógł po­móc. Wy­ja­śnił roz­bit­ko­wi, że tra­fił na wy­spę. Bia­ły czło­wiek za­py­tał, czy ta wy­spa ma ja­kąś na­zwę. Dzia­dek wy­po­wie­dział sło­wo, któ­re zna­czy w na­szym ję­zy­ku "wy­spa". Kie­dy bia­ły czło­wiek po­pro­sił o wska­za­nie dro­gi do naj­bliż­sze­go skle­pu, dzia­dek wy­buch­nął śmie­chem. Wska­zał na pal­mę ko­ko­so­wą, a po­tem na roz­cią­ga­ją­cy się za męż­czy­zną po­twor­nie wiel­ki oce­an pe­łen ryb. Lu­bi­łam słu­chać tej opo­wie­ści.

Poza Wy­trzesz­czem, czy­li pa­nem Wat­t­sem, oraz gór­ni­ka­mi z Au­stra­lii wi­dzia­łam na wła­sne oczy tyl­ko kil­ku in­nych bia­łych. Zo­sta­li uwiecz­nie­ni na sta­rym fil­mie. W szko­le po­ka­za­no nam wi­zy­tę księ­cia cze­goś tam, sprzed wie­lu lat przed ty­siąc dzie­więć­set któ­rymś ro­kiem. Z pro­jek­to­ra nie wy­do­by­wał się ża­den dźwięk. Ob­ser­wo­wa­li­śmy, jak ksią­żę je. On i po­zo­sta­li bia­li męż­czyź­ni mie­li wąsy i bia­łe spodnie. Byli ubra­ni w za­pię­te pod szy­ję gar­ni­tu­ry. Sie­dze­nie na zie­mi nie szło im naj­le­piej i obi­ja­li się o sie­bie łok­cia­mi. Śmia­li­śmy się - wszyst­kie dzie­ci - z tych bia­łych, bo pró­bo­wa­li sie­dzieć na zie­mi tak samo, jak na krze­śle. Po­da­no im świń­skie nóż­ki w li­ściach ba­na­now­ca. Je­den z męż­czyzn w heł­mie o coś po­pro­sił. Nie wie­dzie­li­śmy o co, do­pó­ki nie przy­nie­sio­no mu bia­łej ser­wet­ki z ma­te­ria­łu. Wy­cie­rał nią usta. Za­ry­ki­wa­li­śmy się ze śmie­chu.

Ja wy­pa­try­wa­łam sce­ny, kie­dy miał się po­ja­wić dzia­dek. Był jed­nym z wy­chu­dzo­nych dzie­cia­ków ma­sze­ru­ją­cych boso w bia­łych ko­szu­lach; dru­gim od góry dziec­kiem w ludz­kiej pi­ra­mi­dzie ufor­mo­wa­nej przed bia­ły­mi męż­czy­zna­mi w heł­mach za­ja­da­ją­cy­mi świń­skie nóż­ki. W szko­le ka­za­no nam na­pi­sać wy­pra­co­wa­nie o tym, co obej­rze­li­śmy. Nie mia­łam po­ję­cia, o czym był film, więc na­pi­sa­łam o dziad­ku i przy­to­czy­łam opo­wieść o roz­bit­ku, któ­re­go zna­lazł wy­rzu­co­ne­go na pla­żę przy wio­sce jak ja­kaś roz­gwiaz­da. W tam­tych cza­sach miesz­kań­cy nie mie­li jesz­cze prą­du, bie­żą­cej wody ani nie od­róż­nia­li Mo­skwy od rumu.

&

U źró­deł hi­sto­rii, któ­rą za­mie­rzam opo­wie­dzieć, leży, jak są­dzę, nie­zna­jo­mość świa­ta ze­wnętrz­ne­go. Moja mama wie­dzia­ła tyl­ko tyle, ile usły­sza­ła od ostat­nie­go pa­sto­ra pod­czas ka­zań i roz­mów. Zna­ła ta­blicz­kę mno­że­nia i na­zwy sto­lic da­le­kich państw. Sły­sza­ła, że czło­wiek po­le­ciał na Księ­życ, choć ra­czej w to nie wie­rzy­ła. Nie lu­bi­ła chwa­li­pię­tów. Jesz­cze mniej po­do­ba­ła jej się myśl, że może zo­stać przy­ła­pa­na na nie­wie­dzy albo zro­bić z sie­bie idiot­kę. Nig­dy nie opu­ści­ła wy­spy Bo­uga­invil­le. Pa­mię­tam, że w moje ósme uro­dzi­ny za­py­ta­łam ją, ile ma lat. Szyb­ko od­wró­ci­ła twarz, a ja po raz pierw­szy w ży­ciu zda­łam so­bie spra­wę, że ją za­wsty­dzi­łam.

Zre­wan­żo­wa­ła się py­ta­niem.

- A jak są­dzisz?

Kie­dy mia­łam je­de­na­ście lat, oj­ciec po­le­ciał pra­co­wać w ko­pal­ni. Wcze­śniej ka­za­no mu przyjść do na­szej szko­ły i obej­rzeć fil­my o kra­ju, do któ­re­go się uda­wał. Do­wie­dział się, jak pa­rzyć her­ba­tę. Do fi­li­żan­ki na­le­wa­ło się naj­pierw mle­ko, z ko­lei pod­czas przy­go­to­wy­wa­nia płat­ków ku­ku­ry­dzia­nych mle­ko wle­wa­ło się na koń­cu. Mama wspo­mi­na­ła, że w tej ostat­niej spra­wie ska­ka­li so­bie z oj­cem do oczu jak ko­gu­ty.

Cza­sa­mi wi­dzia­łam, że wra­ca my­śla­mi do tych kłót­ni. Prze­ry­wa­ła to, co aku­rat ro­bi­ła, i mó­wi­ła: "Być może na­le­ża­ło sie­dzieć ci­cho. By­łam zbyt sil­na. Co o tym my­ślisz, dziec­ko?". Były to rzad­kie chwi­le, gdy wy­ra­ża­ła au­ten­tycz­ne za­in­te­re­so­wa­nie tym, co mam do po­wie­dze­nia, a ja, po­dob­nie jak w przy­pad­ku py­ta­nia o wiek, za­wsze wie­dzia­łam, jaka od­po­wiedź po­pra­wi jej hu­mor.

Ojcu po­ka­za­no też inne fil­my. Zo­ba­czył sa­mo­cho­dy, cię­ża­rów­ki, sa­mo­lo­ty. En­tu­zjazm wzbu­dził w nim wi­dok au­to­strad, ale mina mu zrze­dła, gdy wy­świe­tlo­no pre­zen­ta­cję przej­ścia dla pie­szych. Na­le­ża­ło za­cze­kać, aż chło­piec w bia­łej kurt­ce pod­nie­sie znak z na­pi­sem: "Wol­no prze­cho­dzić".

To wzbu­dzi­ło w nim iry­ta­cję. Na fil­mie wi­dać mnó­stwo dróg z wy­raź­nie wy­ty­czo­ny­mi kra­wę­dzia­mi, tym­cza­sem ja­kieś dzie­cia­ki w bia­łych kurt­kach kon­tro­lu­ją ruch za po­mo­cą zna­ków? Znów za­czę­li się kłó­cić. Mama stwier­dzi­ła, że u nas jest po­dob­nie. Czło­wiek nie może cho­dzić, gdzie mu się po­do­ba, bo może obe­rwać w ucho. Bo prze­cież, jak mówi Pi­smo Świę­te, na­wet je­śli czło­wiek sły­szał o nie­bie, nie przy­słu­gu­je mu au­to­ma­tycz­nie pra­wo wstę­pu.

Przez ja­kiś czas prze­cho­wy­wa­li­śmy ni­czym skarb pocz­tów­kę, któ­rą oj­ciec przy­słał z Town­svil­le. Oto, co na­pi­sał. Do­pó­ki sa­mo­lot nie scho­wał się w chmu­rach, miał oka­zję po raz pierw­szy obej­rzeć z góry miej­sce, w któ­rym miesz­ka­li­śmy. Znad mo­rza wi­dać było łań­cuch gór­skich szczy­tów. Nie mógł się na­dzi­wić, że wy­spa wy­da­je się nie więk­sza od kro­wie­go plac­ka. Ale to wszyst­ko mamy nie in­te­re­so­wa­ło. Chcia­ła wie­dzieć, czy do­sta­wał ko­per­ty z wy­pła­ta­mi.

Mie­siąc póź­niej przy­szła ko­lej­na pocz­tów­ka. Na­pi­sał, że ko­per­ty z wy­pła­ta­mi wi­szą na fa­brycz­nych kro­kwiach ni­czym owo­ce drze­wa chle­bo­we­go. To roz­strzy­gnę­ło spra­wę. Mie­li­śmy do nie­go do­łą­czyć, ale wła­śnie wte­dy Fran­cis Ona i jego re­be­lian­ci wy­po­wie­dzie­li woj­nę za­rząd­cy ko­pal­ni mie­dzi, przez co (wte­dy jesz­cze tego nie ro­zu­mia­łam) na na­szej wy­spie po­ja­wi­li się czer­wo­no­skó­rzy żoł­nie­rze z Port Mo­res­by. We­dług Port Mo­res­by two­rzy­my jed­no pań­stwo. Z na­szej per­spek­ty­wy wy­glą­da­ło to tak, że my je­ste­śmy czar­ni jak noc, a ich żoł­nie­rze wy­glą­da­ją, jak­by zo­sta­li ule­pie­ni z czer­wo­nej gle­by. Wła­śnie dla­te­go na­zy­wa­li­śmy ich czer­wo­no­skó­ry­mi.

Wie­ści o prze­bie­gu woj­ny roz­cho­dzą się w po­sta­ci skraw­ków do­my­słów i po­gło­sek. Plot­ka jest jej ulu­bie­ni­cą. Plot­ka, w któ­rą się wie­rzy lub któ­rą się igno­ru­je. Sły­sze­li­śmy, że nikt nie może się do­stać na wy­spę ani się z niej wy­do­stać. Mie­li­śmy wąt­pli­wo­ści, bo czy moż­na od­gro­dzić całe pań­stwo? Czym na­le­ża­ło­by je ob­wią­zać albo w co za­wi­nąć? Nie wie­dzie­li­śmy, w co wie­rzyć. Póź­niej przy­by­li czer­wo­no­skó­rzy żoł­nie­rze i do­wie­dzie­li­śmy się o blo­ka­dzie.

Ota­cza­ło nas mo­rze. Ka­no­nier­ki czer­wo­no­skó­rych pa­tro­lo­wa­ły wy­brze­że, w po­wie­trzu la­ta­ły ich he­li­kop­te­ry. Nie po­tra­fi­li­śmy so­bie wy­ro­bić zda­nia o tych zda­rze­niach, po­nie­waż bra­ko­wa­ło nam ga­zet i ra­dia. By­li­śmy uza­leż­nie­ni od wia­do­mo­ści prze­ka­zy­wa­nych ust­nie. Czer­wo­no­skó­rzy chcie­li spa­cy­fi­ko­wać wy­spę i stłu­mić opór re­be­lian­tów. A przy­najm­niej ta­kie in­for­ma­cje do nas do­cie­ra­ły. "A niech so­bie tłu­mią", stwier­dzi­ła mama. Zu­peł­nie nas to nie ob­cho­dzi­ło. Mie­li­śmy ryby. Mie­li­śmy na­sze kur­cza­ki. Mie­li­śmy na­sze owo­ce. Mie­li­śmy wszyst­ko to, co daw­niej. Zwo­len­nik re­be­lian­tów mógł­by jesz­cze do­dać: "Mie­li­śmy dumę".

Pew­nej nocy świa­tła zga­sły na do­bre. Skoń­czy­ło się pa­li­wo do ge­ne­ra­to­rów. Mó­wio­no, że re­be­lian­ci wła­ma­li się do szpi­ta­la w nad­mor­skim mie­ście Ara­wa i za­bra­li cały sprzęt me­dycz­ny oraz le­kar­stwa. Wia­do­mość ta moc­no za­nie­po­ko­iła na­sze mamy. Wkrót­ce naj­mniej­sze dzie­ci za­cho­ro­wa­ły na ma­la­rię, a my nie mo­gli­śmy im w ża­den spo­sób po­móc. Po­cho­wa­li­śmy je i od­cią­gnę­li­śmy łka­ją­ce mat­ki od ma­leń­kich gro­bów.

Trzy­ma­li­śmy się bli­sko na­szych mam. Po­ma­ga­li­śmy w ogro­dach. Ba­wi­li­śmy się w pod­cho­dy mię­dzy drze­wa­mi wzno­szą­cy­mi się na­wet na sto me­trów w górę. Ta­pla­li­śmy się w stru­mie­niach spły­wa­ją­cych ka­ska­da­mi po stro­mych gór­skich zbo­czach. Od­kry­wa­li­śmy je­zior­ka, w któ­rych mo­gli­śmy zo­ba­czyć na­sze roz­ko­ły­sa­ne fi­glar­ne twa­rze. Ką­pa­li­śmy się w mo­rzu. Na słoń­cu na­sza czar­na skó­ra sta­wa­ła się jesz­cze bar­dziej czar­na.

Prze­sta­li­śmy cho­dzić do szko­ły, kie­dy nasi na­uczy­cie­le od­pły­nę­li ostat­nim stat­kiem do Ra­baul. Ostat­nim stat­kiem. Na te sło­wa opa­dły nam szczę­ki. Gdy­by­śmy chcie­li wy­do­stać się w wy­spy, mu­sie­li­by­śmy na­uczyć się cho­dzić po wo­dzie.

Ku po­wszech­ne­mu zdu­mie­niu Wy­trzeszcz nie wy­je­chał. Pani Watts po­cho­dzi­ła co praw­da z wy­spy, ale mógł­by za­brać ją ze sobą. Inni bia­li tak po­stą­pi­li. Za­bra­li swo­je żony i dziew­czy­ny. Ale to oczy­wi­ście byli lu­dzie za­trud­nie­ni na kon­trak­tach.

Nikt nie wie­dział, czym zaj­mo­wał się Wy­trzeszcz. Ży­li­śmy w prze­ko­na­niu, że nig­dzie nie pra­cu­je. Przez więk­szość cza­su po­zo­sta­wał nie­wi­dzial­ny.

Na­sze domy cią­gnę­ły się wzdłuż pla­ży nie­rów­nym sze­re­giem; ze wszyst­kich roz­cią­gał się wi­dok na mo­rze. Drzwi i okna zo­sta­wia­no za­wsze otwar­te, więc czę­sto sły­sza­ło się roz­mo­wy są­sia­dów. Nikt nie wie­dział, o czym roz­ma­wia­ją ze sobą pań­stwo Wat­t­so­wie, po­nie­waż sta­ra mi­sja, gdzie miesz­ka­li, znaj­do­wa­ła się w znacz­nej od­le­gło­ści od po­zo­sta­łych trzy­dzie­stu do­mów.

Cza­sa­mi wi­dy­wa­li­śmy pana Wat­t­sa na koń­cu pla­ży, kie­dy in­dziej mi­ga­ły nam w od­da­li jego ple­cy. Za­sta­na­wia­li­śmy się wte­dy, skąd szedł i co ro­bił. Do­dat­ko­wą oka­zją były oczy­wi­ście te dziw­ne pro­ce­sje. Wat­t­so­wie wy­ła­nia­li się z bu­szu nie­opo­dal bu­dyn­ku szko­ły, a kie­dy do­cie­ra­li na skraj wio­ski, spo­mię­dzy do­mów wy­cho­dzi­ły im na spo­tka­nie kury i ko­gu­ty. Na dru­gim koń­cu sze­re­gu do­mów pan Watts prze­cią­gał wó­zek z żoną przez wy­bo­isty płat tra­wy i mi­jał za­gro­dy dla świń, kie­ru­jąc się w stro­nę za­ro­śli. Sie­dzie­li­śmy na drze­wach, cze­ka­jąc, aż prze­ja­dą pod na­szy­mi dyn­da­ją­cy­mi no­ga­mi. Mie­li­śmy na­dzie­ję, że pan Watts zro­bi so­bie prze­rwę i za­mie­ni kil­ka słów z żoną; żad­ne z nas nie było nig­dy świad­kiem ich roz­mo­wy. Po­dej­rze­wa­li­śmy, że aby przy­cią­gnąć uwa­gę pani Watts, na­le­ża­ło się po­słu­gi­wać wiel­ki­mi, ol­brzy­mi­mi sło­wa­mi ukła­da­ją­cy­mi się w se­rię grzmo­tów.

Ła­two było uznać ją za wa­riat­kę. Pan Watts był więk­szą za­gad­ką, po­nie­waż po­cho­dził ze świa­ta, któ­re­go w za­sa­dzie nie zna­li­śmy. Mama twier­dzi­ła, że jego ple­mię o nim za­po­mnia­ło. W prze­ciw­nym ra­zie nie zo­sta­wi­li­by na pa­stwę losu pra­cow­ni­ka du­żej fir­my.

Nie zda­wa­łam so­bie spra­wy z wpły­wu szko­ły na na­sze ży­cie, do­pó­ki nie zo­sta­ła za­mknię­ta. Rok szkol­ny wy­zna­czał nam upływ cza­su - po­czą­tek i ko­niec se­me­stru oraz wci­śnię­te mię­dzy nie wa­ka­cje. Od­kąd mo­gli­śmy cie­szyć się wol­no­ścią, nie wie­dzie­li­śmy, co ze sobą ro­bić. Rano nie bu­dzi­ły nas ude­rze­nia mio­tły po ple­cach ani krzy­ki na­szych mam: "Ru­szże się! Ru­szże się, le­niu!".

Nadal bu­dzi­li­śmy się bla­dym świ­tem, ale mo­gli­śmy le­żeć, przy­słu­chu­jąc się po­war­ku­ją­cym przez sen psom oraz bzy­cze­niu mo­ski­tów, któ­rych oba­wia­li­śmy się bar­dziej niż czer­wo­no­skó­rych i re­be­lian­tów.

Na­uczy­li­śmy się pod­słu­chi­wać ro­dzi­ców, co wię­cej - uda­wa­ło nam się zo­ba­czyć rze­czy, któ­re daw­niej zna­li­śmy wy­łącz­nie ze sły­sze­nia. By­li­śmy przy­zwy­cza­je­ni do he­li­kop­te­rów czer­wo­no­skó­rych, któ­re krą­ży­ły w chmu­rach nad gór­ski­mi szczy­ta­mi. Te­raz prze­la­ty­wa­ły wprost nad na­szy­mi gło­wa­mi, zmie­rza­jąc nad otwar­te mo­rze. He­li­kop­ter le­ciał po li­nii pro­stej, aż osią­gnął pe­wien punkt, po czym za­wra­cał, jak­by cze­goś za­po­mniał. Kie­dy wy­ko­ny­wa­ły zwrot, były drob­ny­mi punk­ci­ka­mi na ho­ry­zon­cie. Nie wi­dzie­li­śmy lu­dzi, któ­rych, jak się mó­wi­ło, wy­rzu­ca­no do mo­rza. Czer­wo­no­skó­rzy wy­py­cha­li schwy­ta­nych re­be­lian­tów przez otwar­te drzwi he­li­kop­te­ra; lu­dzie spa­da­li do wody, wy­ma­chu­jąc roz­pacz­li­wie rę­ka­mi i no­ga­mi. Kie­dy na­sze mamy i oj­co­wie mil­kli na nasz wi­dok, ro­zu­mie­li­śmy, że do­szło do ja­kiejś no­wej po­twor­no­ści, któ­rej szcze­gó­łów jesz­cze nie zna­my.

Mi­ja­ły ko­lej­ne ty­go­dnie. W koń­cu zro­zu­mie­li­śmy, cze­mu ma słu­żyć ten cały wol­ny czas. Mie­li­śmy go wy­ko­rzy­stać na cze­ka­nie. Cze­ka­li­śmy na czer­wo­no­skó­rych żoł­nie­rzy albo na re­be­lian­tów - nie wie­dzie­li­śmy tyl­ko, któ­rzy zja­wią się pierw­si. A upły­nę­ło na­praw­dę wie­le cza­su, za­nim przy­by­li do na­szej wio­ski. Po­tra­fię na­wet do­kład­nie okre­ślić, kie­dy do tego do­szło, po­nie­waż wła­śnie tym się wte­dy zaj­mo­wa­łam - od­mie­rza­łam czas. Na trzy dni przed mo­imi czter­na­sty­mi uro­dzi­na­mi czer­wo­no­skó­rzy po raz pierw­szy przy­szli do na­szej wio­ski. Czte­ry ty­go­dnie póź­niej zja­wi­li się re­be­lian­ci. Za­nim jed­nak do­szło do tych fa­tal­nych w skut­kach wy­da­rzeń, w na­szym ży­ciu za­go­ścił Wy­trzeszcz i jego żona Gra­ce.