WHO IS KONRAD?
Konrad Kuźmiński, członek Zarządu Dolnośląskiego Inspektoratu Ochrony Zwierząt. Jego wstrząsające filmiki z interwencji przyciągają uwagę internautów na Facebooku i Twitterze. (16.03.2019, naTemat.pl)
Konrad Kuźmiński jest na ustach całego świata. Piszą o nim zagraniczne tabloidy, które zachwycają się jego bohaterstwem, odwagą oraz nieskrępowaną miłością do zwierząt. (22.03.2022, dolnyslaskinfo.pl)
Brytyjski dziennik "Daily Mail" opublikował artykuł o mężczyźnie, który ratuje porzucone zwierzaki. (7.03.2022, kobieceinspiracje.pl)
Początek grudnia. Umówienie się na spotkanie z Konradem nie jest prostym zadaniem. DIOZ to całe jego życie, a dla zwierząt poświęca wszystko. Oprócz pracy w organizacji są jeszcze wizyty w szpitalu. W końcu udaje nam się ustalić termin. Na prezesa Dolnośląskiego Inspektoratu Ochrony Zwierząt czekam u siebie w domu. Zależy mi na swobodnej rozmowie, chociaż nie wiem, czego się spodziewać. Celebryta od zwierząt czy może człowiek wycofany ze świata ludzi? Nie szukam o nim informacji, nie sprawdzam w internecie opinii. Czysta karta. Sama jestem ciekawa, jakie będzie pierwsze wrażenie. To spotkanie ma być krótkie, tylko żeby się poznać.
W końcu pojawia się chłopak, młody, nieco skrępowany. Siadamy przy stole i od tego momentu wiem, że to będzie niezwykła rozmowa, a on sam jest wyjątkową osobowością. Kolejne dolewki herbaty dowodzą, że o tym, co robi, Konrad może opowiadać godzinami, bo pasję przerodził w pracę, a pracę w pasję. I tak powoli zaczyna się wyłaniać odpowiedź na pytanie, kim właściwie jest Konrad. I jest ona prostsza, niż się wydaje.
"Kim jestem? Chłopakiem z normalnej rodziny, wychowywanym w blokowisku, jeżdżącym co weekend do babci na wieś. Ze zwyczajnej polskiej rodziny, że tak powiem, średnia klasa robotnicza, z rozbitego małżeństwa", tak o sobie opowiada. Po prostu. Bez żadnych barwnych opisów. W internecie obserwują go tysiące osób. Chyba nikt zajmujący się prawami zwierząt w Polsce nie budzi tyle emocji. Ale czy czuje się gwiazdą? Zupełnie nie. Kiedy o to pytam, czuje się wręcz speszony, spuszcza wzrok, jakby chciał się schować. Ze zwierzętami idzie mu łatwiej niż z ludźmi. "Nie wiem, czy "gwiazda" to dobre określenie, chociaż rozpoznawalność faktycznie jest ogromna. Dzisiaj na przykład dostałem za darmo sernik w cukierni, bo panie mnie rozpoznały i powiedziały, że mam tu kawę i wszystko".
Instagramowy profil DIOZ-u obserwuje prawie 700 tysięcy osób. Takim wynikiem mogą się pochwalić niezłej klasy influencerzy. A przecież Konrad niczego nie reklamuje, nie lukruje świata, nie znajdziemy u niego zabawnych filmików z parodiami ani banalnych życiowych porad. Znajdziemy za to rzeczywistość - często brutalną i smutną, a także coś, co mój dawny szef w jednej z redakcji, w której pracowałam, nazywał krótko: "gehenna".
"Był taki przełomowy moment, kiedy na Instagramie ruszyliśmy naprawdę ostro, zaczęliśmy ludziom pokazywać, jak wygląda rzeczywistość, no i ludzie zaczęli się tym interesować, zaczęli śledzić na bieżąco to, co robimy każdego dnia", mówi Kuźmiński. I tak udało się stworzyć całą społeczność skupioną wokół organizacji. Ludzi, którzy z zapartym tchem śledzą każdy dzień z życia DIOZ-u i Konrada. To stała grupa. Są też tacy, którzy zaglądają sporadycznie, szukając sensacji, ale ci stanowią jedynie ułamek wszystkich, którym obserwowanie działań Konrada weszło w nawyk. Nie tylko znają imiona zwierząt, którymi zajmuje się DIOZ, ale wystarczy jeden dzień ciszy w mediach społecznościowych, aby zaczęli się martwić, czy wszystko jest okej. Wtedy zaczynają się maile, telefony i pytania - czasem zupełnie prozaiczne: "Czy wszyscy żyją?". I tak powstał istny DIOZ-owy Big Brother. Tyle że taki bez lukru, bez specjalnego montażu, bez przekłamywania rzeczywistości. Są za to realia, jakich ludzie często nie znają, brudne, szokujące i wstrząsające. A do tego dostępne na wyciągnięcie ręki. Nie trzeba już czekać na program interwencyjny albo wydanie serwisu informacyjnego. Facebook lub Instagram przeniosą nas w świat obrońców praw zwierząt od razu, ukazując to, czego oczekują zarówno ci spragnieni sensacji, jak i ci, którym los zwierzaków naprawdę leży na sercu.
Ale o szczegółach działalności DIOZ-u jeszcze powiemy, tak samo jak o tym, z czym musi się mierzyć Konrad Kuźmiński i jego współpracownicy. Skupmy się jeszcze przez chwilę na tym młodym chłopaku, którego wszędzie jest pełno, który nie może usiedzieć na miejscu i dla którego całe życie to DIOZ. Ten chłopak nagle słyszy, że musi zadbać o siebie. W styczniu 2023 roku dostaje zakrzepicy - puchnie mu prawa ręka, a mimo to czeka aż tydzień, zanim zgłasza się do lekarza, bo jest ciągle zbyt zajęty, bo zwierzęta czekają, bo trzeba przygotować się do kolejnej interwencji. Okazuje się, że zakrzep ma 30 centymetrów. Konrada przyjmują do szpitala - wytrzymuje w nim trzy dni. W stowarzyszeniu dużo się dzieje, szpitalne łóżko go męczy, myślami jest cały czas w DIOZ-ie. Lekarz w końcu zgadza się go wypisać, pod warunkiem że będzie ściśle przestrzegał zaleceń. Wciąż nie wiadomo jednak, co jest przyczyną zakrzepicy.
Zaczyna się długi proces diagnostyczny i nagle Konrad traci słuch. Najpierw przestaje słyszeć na jedno ucho. Pierwsza myśl: przeziębienie. Potem drugie ucho, stopniowo jest coraz gorzej. Do lekarza początkowo się nie zgłasza - znów obowiązków jest tak dużo, że szkoda mu czasu. I tak mija miesiąc. Ale w końcu idzie na badania. Kolejna diagnostyka, masa leków, w tym antybiotyki. Zlecona endoskopia pokazuje trzycentymetrowy guz zlokalizowany w nosogardle. Zablokowane zostały trąbki słuchowe. Lekarze podejrzewają nowotwór złośliwy. I znowu powrót na badania, potem wycięcie guza, ale okazuje się, że to "zmiany niespecyficzne". Następuje powrót do punktu wyjścia: nie wiadomo, co to jest. Konrad wraca do szpitala, trzeba zrobić punkcję szpiku. Dalej wycięcie węzłów chłonnych, setki badań krwi, gastroskopia, kolonoskopia i... nic. Badania nie dają odpowiedzi na pytanie, co się właściwie dzieje. Niektóre wyniki pokazują przeciwciała, które świadczą o chorobie nowotworowej, ale lekarze nie mogą znaleźć ogniska pierwotnego, czyli miejsca, gdzie miałyby się namnażać komórki rakowe. Zdarza się, że takie ognisko pierwotne jest za małe, aby zobaczyć je w badaniach obrazowych, lub może być ukryte obok większego nowotworu wtórnego. Diagnostyka jest więc bardzo szczegółowa. W wynikach zaczynają się pokazywać uszkodzone nerki, wątroba, płuca, układ żylny, układ nerwowy, układ limfatyczny. Ale widać również całą masę przeciwciał odpowiadających za choroby autoimmunologiczne: za zapalenie wątroby oraz zapalenie mięśni. I wtedy przychodzi kolejny objaw: ogromny ból całego ciała, drętwienie rąk i nóg. Konrad dostaje opioidy, bez nich nie może już funkcjonować w bólu. Pojawia się bezsenność, wysoka gorączka. Ale mimo wszystko działa dalej. Sprawy stowarzyszenia same się nie rozwiążą. Ma poczucie, że musi być aktywny, żeby utrzymać wszystkie zwierzęta, które ma pod opieką DIOZ. Od miesięcy jego życie to ciągła podróż między szpitalem a stowarzyszeniem. Diagnostyka trwa. Kiedy rozmawiamy, siedząc przy herbacie w mojej jadalni, Kuźmiński wciąż nie wie, co mu dolega. Jest zmęczony. Nie chce nawet myśleć, że za chwilę wróci do szpitalnego łóżka. Woli skupiać się na tym, co ma do zrobienia i ile interwencji trzeba jeszcze przeprowadzić.
"Najgorsza w tym wszystkim jest ta wielka niewiadoma - mówi. - Bo ja od roku nie wiem, co mi jest, a czuję się coraz gorzej. Z tygodnia na tydzień widzę, że jest coraz gorzej, wyglądam coraz gorzej, zachowuję się coraz gorzej, bo choroba ma wpływ nie tylko na aspekt fizyczny, ale na psychologiczny również".
Zniecierpliwienie i strach przed tym, co będzie dalej, to już codzienność szefa DIOZ-u. Wyjścia jednak nie ma. Zrezygnowanie z leków oznacza ból, i to niemały. Wtedy przychodzą utrata świadomości, gorączka, całkowity brak możliwości normalnego funkcjonowania. I cały czas słyszy to samo: zmiany są niespecyficzne, wciąż nie wiadomo, czym spowodowane. Tym sposobem oddziały onkologii, hematologii, reumatologii, neurologii i hepatologii stały się jego drugim domem, a często też drugim biurem, z którego Konrad koordynuje pracę stowarzyszenia. Za każdym razem, kiedy przekracza próg szpitala, w głowie ma tylko jedną myśl: przecież ja nie mogę sobie pozwolić na chorowanie. Boi się o zwierzęta i wie, że jeśli utknie na oddziale, DIOZ przestanie funkcjonować. Z jednej strony to go napędza, z drugiej - przytłacza. Są dni, kiedy chciałby odpocząć, nie odbierać telefonów, skupić się na leczeniu. Ale kiedy próbuje się wyłączyć, jest jeszcze gorzej. Czuje odpowiedzialność za ponad 500 zwierząt, które ma pod opieką, i prawie 40 zatrudnionych osób. Dlatego pracuje. Nawet kiedy miał punkcję szpiku czy wycięcie węzła chłonnego, jeszcze tego samego dnia pojawił się w ośrodku prowadzonym przez DIOZ. Będąc na oddziale neurologii, pracował nad zmianami w ustawie dotyczącej praw zwierząt. Nie marnował czasu, a lekarze przestali już zwracać mu uwagę. Oni zresztą doskonale wiedzą, czym Konrad się zajmuje, niektórzy śledzą działalność stowarzyszenia, można powiedzieć, że są wręcz jego fanami. Denerwują się jedynie wtedy, kiedy Konrad na oddziale organizuje spotkania, a pielgrzymki interesantów zdają się nie mieć końca. Zdarza się nawet, że takie dyskusje ze współpracownikami ciągną się do północy. Dostaje jednak taryfę ulgową, bo kiedy pracuje, ma większą motywację do leczenia i lepiej znosi badania, a tych jest naprawdę dużo.
Kiedy rozmawiamy, nad Kuźmińskim wisi widmo kolejnej hospitalizacji. Tym razem na oddziale reumatologii. Lekarze podejrzewają chorobę autoimmunologiczną. On jednak stara się nie zwalniać tempa, chyba że dostaje mocną chemię lub silne leki przeciwbólowe - wtedy w siedzibie DIOZ-u szykuje sobie miejsce do spania, tak żeby nie jeździć do domu i cały czas być w centrum wydarzeń. Tam też zawsze może liczyć na czyjąś pomoc, bo najgorsze, co mogłoby go spotkać, to zamknięcie się w czterech ścianach mieszkania. O wakacjach nawet nie myśli. Przez tydzień być z daleka od swoich zwierzęcych podopiecznych? Nierealne. Nieważne, czy jest środek tygodnia, czy weekend.
Na jedną z rozmów umawiamy się w niedzielę. Wyjątkowo Konrad przełącza telefon w tryb uśpienia. Pod koniec naszego spotkania ma już na nim 40 powiadomień, SMS-ów i nieodebranych połączeń. Ale zakładając stowarzyszenie, miał świadomość, że to na nim będzie spoczywać odpowiedzialność za bardzo wiele rzeczy. I nie chodzi tylko o kwestie dotyczące samych zwierząt, ale chociażby o konieczne tematy remontowo-budowlane, sprawy pracownicze czy te związane z sanepidem. Wiele rzeczy stara się cedować na współpracowników, tak żeby sam mógł się skupić na tym, do czego, jak sam mówi, został stworzony - czyli na ratowaniu zwierząt. Wie, że kontakty z ludźmi wychodzą mu różnie, a jako szef szybko się denerwuje. Często chciałby, żeby wszystko było gotowe na już, jednak świat tak nie działa. I to go frustruje. Dopiero przy zwierzętach się uspokaja.
Wróćmy jednak do naszego pytania: KIM JEST KONRAD? Czy odpowiedź będzie podana wprost? Nie. Zostawię Ci, drogi czytelniku, przestrzeń na własne wnioski i interpretację zdarzeń.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI