Pan Mikołaj, czyli serce ludzkie odmienione - Nicolas-Edme Rétif-de-La-Bretonne

Kup ebooka

49.90 zł
42.30 zł (42,21 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Mikołaj Edme Rétif (1734-1806) przyszedł na świat w Sacy, w rodzinie zamożnych burgundzkich wieśniaków. "Urodziłem się pisarzem, można powiedzieć" - oświadczył po latach. Rzeczywiście, miał ledwo piętnaście lat, kiedy zaczął pisać: poemat, dramat, wiersze i coś na kształt dziennika. Terminując u drukarza w Auxerre, obdarzał swoimi wierszami młode dziewczęta. Jako czeladnik zamieszkał w Paryżu; czytając korekty, powtarzał sobie w duchu: "Przecież ja też umiałbym napisać powieść!". I napisał ich kilka, naśladując modnych autorów. Nie przyniosły mu ani rozgłosu, ani pieniędzy. Przekroczywszy czterdziestkę, wydał Wieśniaka znieprawionego i z dnia na dzień stał się sławny. Opowiedział w nim, podobne do jego własnych, dzieje wiejskiego chłopca zepsutego przez Miasto. Odtąd pisał już "swoim stylem", dość moralizatorskim, nieraz nudnawym, ale często zwięzłym i energicznym. Bo Rétif bywa i świetny, i kiepski. Ta nierówność, a może bardziej niezasłużona opinia pornografa i grafomana (napisał ponad dwieście tomów) sprawiła, że później czytelnicy odwrócili się od niego, a krytycy o nim zapomnieli. Sytuacja zmieniła się jakieś pięćdziesiąt lat temu: zaczęto go starannie wydawać, czytać i pisać o nim - we Francji, bo w Polsce pozostaje niemal nieznany. Arcydziełem Rétifa, a raczej po prostu arcydziełem, jest jego autobiografia Pan Mikołaj. W ciężkich czasach Rewolucji w biedzie wydrukował na małej domowej prasie czterysta pięćdziesiąt egzemplarzy pierwszych pięciu Epok, po czym zmniejszył tę liczbę do połowy. Książka nie odniosła sukcesu, na który liczył, część nakładu poszła po jego śmierci na makulaturę. Miała jednak kilku znakomitych czytelników, zachwycony Mercier, autor Obrazu Paryża, napisał w recenzji: "Umiem czytać, wiele czytałem, wciąż czytam i niniejszym oświadczam potomności, że Serce ludzkie odsłonione Mikołaja Restifa de la Bretonne jest najbardziej zdumiewającym i niezwykłym dziełem osiemnastego stulecia". Potem przez pół wieku o Panu Mikołaju nikt nie wspominał, pewno i dlatego że był trudno dostępny. Dopiero koło roku 1850 zachwycił się nim Gérard de Nerval i napisał jego krótką, uprzyzwoiconą adaptację Zwierzenia Mikołaja Restifa. Później ukazało się kilka skróconych i parę pełnych wydań oraz przekłady na angielski i niemiecki, ale dopiero pod koniec dwudziestego wieku Pierre Testud swym monumentalnym wydaniem krytycznym wprowadził autobiografię Rétifa do panteonu arcydzieł zwanego Biblioteką Plejady.

II

Od najwcześniejszych lat Rétif chciał opowiadać o sobie. Jako piętnastolatek, z braku przeżyć godnych uwiecznienia, układa poemat Moich dwanaście prac, historię dwunastu wyimaginowanych kochanek. Parę lat później pisze liczące ponad cztery tysiące wierszy dzieło, w którym upamiętnił "wszystkie znaczące wydarzenia swego życia, poczynając od dzieciństwa". Oba utwory przepadły. Pod koniec roku 1762, chyba już z myślą o druku, szkicuje pierwszy "zalążek Odsłonionego serca"; na podstawie zachowanego fragmentu można przypuszczać, że miała to być pisana w pierwszej osobie historia rozwoju intelektu i uczuć autora, dzieło dydaktyczne i zapewne moralizatorskie. Rétifowi brakuje jednak werwy, a pewno i materiału, nie jest zadowolony, zniechęca się. Ale chęć, czy też potrzeba, przedstawienia się czytelnikom bynajmniej go nie opuszcza.

Kiedy pięć lat później, odważnym i ryzykownym aktem woli, rzuca gwarantującą mu szacunek i względny dostatek posadę kierownika dużej paryskiej drukarni, by "zostać autorem", ma już na swoim koncie Cnotliwą rodzinę (1767), w której bohater poznaje piękne dziewczę na wiejskiej zabawie, podobnie jak Pan Mikołaj w Vaux, a potem, jak tenże, ratuje z opresji dwie Angielki zagubione w Paryżu. W Niezbędnym wyznaniu (1769) pobrzmiewają liczne echa sielskiego dzieciństwa i migają sobowtóry znanych z autobiografii Franka Courtcou i Małgorzaty Pâris. Wieśniak znieprawiony (1775) jest już prawie "cały złożony z upowieściowanych przygód" autora.

Bohater tej powieści w listach, Edmund R** z wioski S**, jako młody chłopak zostaje oddany na naukę do artysty malarza pana Parangona w pobliskim mieście Au**. Jego edukacji towarzyszy upadek moralny; o duszę młodzieńca walczy demoniczny franciszkanin Gaudet d'Arras z anielską panią Parangon, w której Edmund się zakochuje i która odpowiada mu platonicznym, macierzyńskim uczuciem. Niestety żonie malarza nie udaje się uratować ukochanego, który dopuszcza się na niej gwałtu. W połowie powieści akcja przenosi się do Paryża i odtąd jedynie w epizodach jest zgodna z autobiografią. Edmund i jego siostra Urszula zstępują na dno rozpusty, czego symbolicznym wyrazem jest ich kazirodcze zbliżenie. Urszula trafia do szpitala dla prostytutek, skąd po jakimś czasie pani Parangon zabiera ją do Au** i wyprowadza na drogę cnoty. Edmund natomiast coraz bardziej pogrąża się w nieprawości. Obraca się wśród paryskiego pospólstwa i przyjaźni z prostytutką Zefirą, która szlachetnie opiekuje się nim w chorobie. Przeżywa serię mało prawdopodobnych i dość banalnych przygód erotycznych, które odnajdziemy w Panu Mikołaju jako przygody autora. Dalsze wydarzenia to już raczej powieść sensacyjna niż obyczajowa: Edmund się żeni, truje żonę, by zgarnąć jej majątek, zostaje skazany na galery, ucieka, dla odkupienia win zostaje żebrakiem; wprowadzony w błąd co do moralności Urszuli zabija siostrę i zrozpaczony wyrusza z kapitanem Cookiem w podróż dookoła świata. Po powrocie niebo lituje się nad nim i karze go na tym, czym zgrzeszył, jako jednoręki i ślepy impotent przychodzi pokazać tym, co go kochali, przykład zemsty niebios. Pani Parangon, która tymczasem została wdową, proponuje mu małżeństwo. W dzień ślubu Edmund ginie pod kołami karety, żona umiera wkrótce po nim.

W roku 1780 Rétif, zachęcony sukcesem Wieśniaka, pisze Wieśniaczkę znieprawioną, myśląc równocześnie o autobiografii. Zanim zniechęci się po raz drugi, znajdzie tytuł, Kum Mikołaj, napisze przedmowę, którą przytoczy w Panu Mikołaju, i parę początkowych zdań, które wykorzysta w Odkryciu człowieka latającego (1781):

Nazywam się Kum Mikołaj. Byłem pasterzem, winnicznikiem, ogrodnikiem, rolnikiem, sztubakiem, mnisim praktykantem, miejskim rzemieślnikiem, mężem, rogaczem, rozpustnikiem, moralistą, głupcem, spryciarzem, ignorantem i filozofem; na koniec zostałem autorem. Napisałem wiele książek, w większości kiepskich, potrafiłem je wszakże ocenić i słusznie się ich wstydziłem.

Widać stąd, że Kum miał być żartobliwy i lekki, a więc całkiem inny niż kształcący Pan Mikołaj. Byłby powieścią pikarejską, podobną do Przypadków Idziego Blasa, Życia Marianny czy Kariery wieśniaka, ale Rétif chciał się przedstawić jako filozof i moralista, a Kum Mikołaj był jedynie pasterzem, sztubakiem, mnisim praktykantem itd. Bardzo prawdopodobne, że właśnie ta sprzeczność sprawiła, że projekt upadł. Dopiero później, w Panu Mikołaju, Rétif ośmielił się połączyć rozkosz zmyślania z moralizatorstwem, na szczęście faworyzując zmyślenie.

Sukces Wieśniaka przekonał go, że życie chłopów i miejskiego gminu może być poważnym tematem literackim. Ośmielony, hojnie czerpie ze swojej biografii: powstaje sielski Żywot mojego ojca (1778) oraz paryskie powieści w listach, Czterdziestolatek (1777) i Ojcowskie przekleństwo (1779), w których pisze o małżeństwie z Harriet Kircher, przygodach z Elizą Tulout, Luizą, Wirginią oraz o modystkach pani Monclar, podglądanych w latach 1776-1778. Widać, jak zmniejsza się odstęp między przeżyciem a jego opisaniem. Rétif jak gdyby żyje już tylko po to, by opowiadać swoje życie.

Następna powieść, Ostatnia przygoda czterdziestopięcioletniego mężczyzny (1783), świadectwo zasadniczej przemiany autobiograficznego pisarstwa Rétifa, zapowiada już Pana Mikołaja, do którego zresztą autor włączył ją w roku 1797. To szczegółowa relacja z trwającego od końca roku 1780 do lipca 1782 związku autora z osiemnastoletnią córką jego gospodyni, Sarą. Rétif notował na bieżąco, może nawet szkicując fragmenty, przebieg "przygody", z myślą o wykorzystaniu jej jako materiału na nowelkę w wielotomowym zbiorze umoralniających opowiadań zatytułowanym Współczesne, który wówczas zaczął wydawać. Zerwawszy z Sarą, zorientował się, że życie napisało mu nie nowelkę, a powieść, w dodatku niezbyt umoralniającą. Natychmiast chwycił za pióro; pisał i jednocześnie drukował.

Teraz ośmielił się użyć narracji pierwszoosobowej, opowiadając poważnym tonem o sprawach prywatnych i codziennych; ośmielił się sięgnąć po owo dostojne pamiętnikarskie "ja", zarezerwowane dla ludzi wielkich i wpływowych. Zapewne przekonały go Wyznania Jana Jakuba Rousseau, których pierwsza część wyszła w kwietniu bądź maju 1782 roku. W ten sposób otworzył sobie drogę do Pana Mikołaja, którego Ostatnia przygoda zapowiada także obfitością drobnych realistycznych szczegółów i dociekliwością analiz psychologicznych, często subtelnie fałszywych, a niekiedy zabawnych, jak choćby ten wykrzyknik: "Biedne stworzenie zrodzone do miłości, zawsze szukałem szczęścia w tym, żeby być kochanym, a odpłacano mi jedynie czarną niewdzięcznością!".

Po dwudziestoletnim krążeniu wokół projektu autobiograficznego 14 listopada 1783 roku Rétif zaczyna Pana Mikołaja. Pisze go z przerwami, poprawiając i uzupełniając napisane już partie, do 20 sierpnia 1785, kiedy to dochodzi do końca Epoki ósmej, czyli "dnia dzisiejszego". Wykorzystując życzliwość wicehrabiego de Toustain-Richebourga, który w marcu parafował Wieśniaczkę znieprawioną, wybiera go na cenzora świeżego dzieła. Uzyskanie zgody na druk najwidoczniej nie było łatwe, bo cenzor trzymał Pana Mikołaja prawie trzy lata. W maju i czerwcu 1788 Rétif czyta cały rękopis i wprowadza poprawki, w czerwcu, lipcu i sierpniu przedstawia jego fragmenty gościom salonu hrabiny Fanny de Beauharnais, zaczął się bowiem obracać w wielkim świecie. Potem szuka wydawcy; nie znalazłszy go, w roku 1790 decyduje się na kupno małej drukarni i własnoręczny druk "w domu", ciągnący się z przerwami do jesieni 1796. Wtedy to uzupełnia Epokę ósmą jednokartkowym skrótem lat 1786-1796, bo nie wie, czy zdoła napisać rozpoczętą w roku 1791, Epokę dziewiątą, której ma tylko parę stron. Pisze ją wszakże i drukuje w roku 1797, dając chaotyczne świadectwo uwiądu wyobraźni i sił twórczych, bo jest już zdolny jedynie do kreślenia małych obrazków i krótkich opowiastek, a przede wszystkim świadectwo zagubienia w nieżyczliwym i niezrozumiałym, odmienionym przez Rewolucję świecie. Powtarza się; zaburza chronologię; opis niewielu wydarzeń przeplata dłuższymi zestawieniami przyjaciół, wrogów, proszonych obiadów, córek, chorób, miejsc pobytu. Każde z nich pozwala mu jeszcze raz uchwycić jakąś część swego życia i uśpić na chwilę dojmujący ból jego rozpadu. Ale czytelnikowi sprawia zawód, kiedy miast opowiedzieć o Rewolucji, opowiada mu paranoiczną historię córek odnajdywanych w Palais-Royal.

Wreszcie któregoś wieczora, obchodząc, jak to miał w zwyczaju, Wyspę Świętego Ludwika, rozczulony, upamiętnia wielki dzień inskrypcją na murze:

26 września 1797

WIEDZ, UKOCHANA WYSPO,

ŻE MOGĘ JUŻ UMRZEĆ:

SKOŃCZYŁEM MOJE WIELKIE DZIEŁO!

Po czym wraca do domu i pisze testament.

Rok przed Panem Mikołajem ukazał się pięciotomowy Dramat życia przedstawiający całego człowieka. To autobiografia Rétifa "rozpisana na kolejne sztuki regularne oraz luźne sceny, przeznaczone do odegrania przez chińskie cienie". Główne wydarzenia są odtworzone w sztukach regularnych: Pani Parangon, Zefira, Róża i Eugenia, Eliza, Luiza i Teresa, Wirginia, Sara, Felicytka i Filetka. Luźne sceny przedstawiają pomniejsze przygody.

Po Panu MikołajuDramacie życia, na przełomie roku 1797 i 1798, zaczął pisać i drukować, zapewne w nadziei na zysk, pornograficzną wersję swego życiorysu, Antyjustynę albo rozkosze miłości, w której jego fantazmaty osiągnęły apogeum. Jak wiemy z listów, już w marcu 1798 roku miał zamiar zniszczyć swe dzieło. W kilku zachowanych egzemplarzach opowieść urywa się w połowie zdania na stronie 252.

Kończąc druk Pana Mikołaja, Rétif obmyślał już następną, tym razem baśniową wersję autobiografii, którą zatytułował Żywoty powtórzone. Napisał ją w roku 1798. O ile przedtem ograniczał się do wprowadzania poprawek w swym życiorysie i dopisywania doń barwnych epizodów, teraz całkiem odmiennie ułożył swoje losy. Postanowił być doskonale szczęśliwy, wziąć odwet za starość i biedę, odrobić wszystkie życiowe błędy. Czarodziejski napój pozwolił mu odmładzać się, gdy zechce, a bajecznie bogaty przyjaciel Gaudet d'Arras podzielił się z nim swą fortuną. Mając te dwa atuty, wystarczyło poprawić wydarzenia. Jak słusznie bowiem zauważył: "Aby osiągnąć szczęście, człowiek winien kierować się rozwagą, a że tę rodzi wyłącznie doświadczenie, są mu potrzebne dwa życia, następujące jedno po drugim bez żadnej przerwy. Życie powtórzone byłoby tym prawdziwym. Moje życie jest znane, bo je wydrukowałem, Czytelnik zorientuje się zatem, gdzie - zgodnie z doświadczeniem - poprawiam wydarzenia, pokazując, czego mi było potrzeba, by osiągnąć szczęście". I opisał dwadzieścia cztery warianty swego drugiego życia, tego prawdziwego, poprawiając dwadzieścia cztery główne wydarzenia pierwszego, dokonując lepszych wyborów i podejmując właściwe decyzje.

Wszystkie wersje autobiografii, osobiste wątki w powieściach, opowiadania o panach Tefri, Firté, Férit, de Balertone, Salonic itd., wreszcie rozsiane tu i tam drobne wzmianki tworzą razem dzieło totalne, w którym Rétif przedstawia i ogląda siebie samego. Rétifiści pilnie je studiują, chcąc dociec prawdy o swoim autorze, bo wiedzą, że jest mitomanem. Kłamstwa snującego swe chimery autora wykrywa szybko także czytelnik Pana Mikołaja. I nie ma o to pretensji, bo Rétif kłamie z wdziękiem i przede wszystkim chce okłamać samego siebie. W poszukiwaniu owej prawdy porównywano wszystkie wersje przygód, z których najpiękniejsze, jak ta z panią Parangon czy z Zefirą, zdawały się zawędrować do autobiografii nie z życia, lecz z Wieśniaka znieprawionego. Przekonano się o tym ostatecznie, badając warianty i niedbale rzucane informacje. Stwierdzono w szczególności, że włączając Ostatnią przygo do Pana Mikołaja, autor wprowadził zmiany, niekiedy istotne. Porównajmy dwa odpowiadające sobie fragmenty (w pierwszym, bez podawania nazwisk, wymienione są kolejno Joasia Rousseau, pani Parangon, Róża Lambelin, Agnieszka Leb?gue, Eliza Tulout i Luiza).

Ostatnia Przygoda (1783):

Moja pierwsza miłość - miałem wtedy trzynaście lat - jest mi droga do dzisiaj. Nieśmiałość nie pozwoliła mi się do niej odezwać, nie zdradziłem się ani jednym słowem, a jednak kochałem ją ponad pięć lat tak samo gorąco.

Drugą była pewna mężatka, jej także nie odważyłem się wyznać swoich uczuć.

Trzecią była dość brzydka dziewczyna, w której jednakowoż zasmakowałem. Cały drżący, powiedziałem jej, że ją kocham. Ta odpowiedziała na moją miłość i wydałem się sobie półbogiem. Później się odmieniła i pogrążyła mnie w rozpaczy.

Pojechałem wtedy do Paryża i wpadłem w rozpustę; to znaczy tam nie kochałem.

Następnie wróciłem w rodzinne strony, gdzie zakochałem się do szaleństwa w niewysokiej, cokolwiek dziobatej osóbce, która zgasiła wszystkie inne afekty. Kochałem ją przez dziesięć lat, mimo jej cierpkiego usposobienia i niewierności.

W 1768 o mało nie pokochałem znowu. Ale wydawało mi się, że moje serce jest już zużyte: odsunąłem się od rozumnej panienki, której nie czułem się godny.

W 1772 miałem mniej skrupułów. Trzynastoletnie apatyczne uczucie dogasało w mym sercu. Zdawało mi się, że wszedłem już w wiek, kiedy z miłością można śmiało igrać, nie lękając się jej strzał.

Pan Mikołaj (1797):

Moja pierwsza miłość, Joasia - miałem wtedy trzynaście lat - jest mi droga do dzisiaj. Nieśmiałość nie pozwoliła mi się do niej odezwać, nie zdradziłem się ani jednym czułym słowem, a jednak kochałem ją ponad pięć lat tak samo żarliwie.

Drugą była pewna mężatka, arcydzieło Natury, uwielbiam ją do dziś.

Pojechałem do Paryża i wpadłem w rozpustę; to znaczy tam nie kochałem.

W 1768 o mało nie pokochałem znowu. Ale wydawało mi się, że moje serce jest już zużyte: odsunąłem się od Elizy, rozumnej panienki, której nie czułem się godny.

W 1772 miałem mniej skrupułów. Zdawało mi się, że wszedłem już w wiek, kiedy z miłością można śmiało igrać, nie lękając się jej strzał.

Co z tego porównania wynika? W roku 1783 Rétif przyznaje, że nie odważył się wyznać swych uczuć pani Parangon! Przyznaje, że żeniąc się z Agnieszką Leb?gue, kochał ją do szaleństwa i że miłość ta trwała dziesięć, a nawet trzynaście lat! Czytelnicy autobiografii zdębieliby ze zdumienia. W roku 1797 te rzucone nawiasem informacje zostały starannie zatarte, choć zapewne mówiły prawdę. Czytelników dziwiło jedynie to, że w swym podsumowaniu Pan Mikołaj nie wspomniał o żonach: Madelon Baron, Harriet Kircher i Zefirze.

Przygoda, z której Rétif wywiódł swój mit o Zefirze, choć przyjemnie zapadła mu w pamięć, nie była aż tak piękna i wyjątkowa. W grudniu 1784 roku, pisząc w ostatnim tomie Współczesnych o będących wówczas w modzie kuracjach mesmerycznych, Rétif wspomniał mimochodem swoją przyjaciółkę, zapewne właśnie wtedy mówiąc prawdę:

A oto przypadek mesmeryzmu, jaki przytrafił się jednemu ze znajomych autora w roku 1759. Ów młodzieniec cierpiał na duszności, obawiano się krwotoku z płuc. Nasz wspólny przyjaciel, Loiseau, najszlachetniejszy i najcnotliwszy z ludzi, opiekował się nim od sześciu tygodni, pracując w dzień, czuwając w nocy. Brakowało pieniędzy [...] pobiegł pożyczyć ludwika. [...] Gdy mijał rue des Bons-Enfants, zauważyła go Zefira, młoda i ładna znajoma chorego. Wybiega za nim, pyta o przyjaciela. Loiseau mówi, że choruje na ulicy Świętej Anny przy Pałacu. Zefira pędzi tam jak na skrzydłach. Chory, zlany potem, bardzo cierpi. Patrzy nań, podchodzi, przemawia doń czule, ociera mu twarz, poprawia pościel, długo trzyma rękę na jego sercu. Chorego ogarnia rozkosz: czuje się lepiej, oddycha!... [...] Ręka Zefiry przyłożona do piersi chorego niemal go uzdrowiła. Zefira czuwała przy nim przez całą noc, nazajutrz wstał zdrowy... Dzisiaj wspomina te szczęsne chwile. Nie ważcie się żartować, to były pieszczoty siostry, miłość się jeszcze nie zrodziła. Przez zapomnienie, przez obojętność nie odezwał się do tej znajomej, lecz ona go kochała.

Sprzeczności w Rétifowych opowieściach nie uszły uwagi współczesnych. Jego wierny czytelnik i korespondent, niejaki Marlin, wyższy urzędnik administracji morskiej, poprosił o ich wytłumaczenie. Rétif odpowiedział mu publicznie w trzydziestym tomie Współczesnych (skrywając go pod nazwiskiem Milran): "Pan Milran z Cherbourga zdziwił się bardzo, znajdując rozbieżnymi niektóre opowieści. Nie zna ludzkiego serca!". Bo prawdę o sercu człowieka mówią też jego kłamstwa, którą to mowę autor Pana Mikołaja opanował znakomicie. Nad całą jego autobiografią unosi się wielkie, uskrzydlone kłamstwo. Jakże przyziemna wydaje się przy nim maksyma Jana Jakuba: "Choćby się było nie wiem jak prawdomównym, trzebaż przykłamać czasem".

III

Pana Mikołaja zestawia się często, zresztą jak najsłuszniej, z Wyznaniami Rousseau. Rétif idzie jego śladem, zaznaczając niekiedy swoją odmienność. Jak on obnaża się i składa w ofierze dla dobra ludzkości, ale jego inicjalnemu stwierdzeniu: "Nie jestem podobny do żadnego z tych, których widziałem", przeciwstawia zamiar opowiedzenia czytelnikowi życia "jednego z [jemu] podobnych". Później określi to wyraziściej niemal Baudelairowskim wykrzyknikiem: "Zawsze byłem tylko człowiekiem, twoim bliźnim, twoim lustrem, twoim sobowtórem!...". Swój dystans do Jana Jakuba zaznacza także, odpowiadając pokornemu wyznaniu: "Przyszedłem na świat wątły i chory" dumnym "Urodziłem się ładny i dobrze ukształcony".

Naśladuje go natomiast, opowiadając o dzieciństwie i przebudzeniu zmysłów. Bo to autor Wyznań pierwszy uznał dzieciństwo za temat literacki, przed nim je ignorowano. Ale Rousseau pamięta siebie dopiero w wieku lat sześciu. Rétif sięga głębiej. Przytacza piękne, symboliczne przeżycie dwulatka, historię stłuczonego lustra; nim doszedł czterech lat, przeżył jeszcze pięć godnych upamiętnienia wydarzeń, opisanych w Epoce pierwszej. Odważniej mówi też o pierwocinach seksualności. Podczas gdy Jan Jakub dyskretnie omawia swoje igraszki z panną Goton: "Pozwalała sobie ze mną na najdalej idące poufałości, nie dopuszczając mnie do żadnej", Pan Mikołaj dokładnie opisuje pieszczoty Marysi Piôt. Nie tylko jest śmielszy i naturalniejszy, lecz także prekursorski w swoim rzeczowym i pogodnym podejściu do sfery erotyzmu, która dla autora Wyznań była ciemna i wstydliwa. Rousseau się spowiada, Rétif zwierza się Przyjacielowi Czytelnikowi (w późniejszych dodatkach i w partiach pisanych po wybuchu Rewolucji - Współobywatelowi Czytelnikowi), dla jego nauki i własnej przyjemności, bo w odróżnieniu od wielu memorialistów adresuje swe dzieło do współczesnych i wydaje za swego życia.

Jan Jakub wprowadził do literatury nie tylko dzieciństwo, jego drugim wielkim odkryciem jest natura. Pan Mikołaj poszedł i tym tropem, a że naturę znał lepiej, znów zaszedł dalej. Rousseau podziwia przyrodę trochę jak gość w ogrodzie botanicznym, Rétif się w niej zanurza. Pierwszy herboryzuje, drugi gania po łąkach i tarza się w trawie. U pierwszego prawie nie ma zwierząt, u drugiego jest ich mnóstwo, domowych i żyjących na swobodzie. Co więcej, zwierzęta mają osobowość: pies Mikołaja, Lotka, jest "prawdziwym skarbem wierności i rozumu", składa złapane zające u stóp pana; koń Joussier-Patagona "zna drogę do portu jak Ojcze nasz". Zachwyt naturą wzbudził w Janie Jakubie przekonanie o wyższości wsi nad miastem; upraszczając, orzekł, że na wsi ludzie zachowują cnoty, a w mieście się psują. Pan Mikołaj, mając większe doświadczenie, sądzi, że "ludzie zebrani w gromadę psują się na wsi prawie tak samo jak w mieście". Ale to pierwszemu dano wiarę, bo był sławny, więc kształtował poglądy.

Rétif znał i wieś, i miasto, on pierwszy opisywał z całą powagą życie wieśniaków i drobnych miejskich rzemieślników. Interesowało go wszystko: ludzie, obyczaje, folklor. Portrety bohaterek są dość konwencjonalne i przesłodzone. Rzadko trafiają się nietuzinkowe obserwacje, podobne tym z opisu Zefiry: "żywość ciemno niebieskich oczu sprawiała, że zdały się czarne" - jak oczy pani Bovary! - "wejrzenie miała bystre i przymilne [...], usta wypukłe". Sylwetki mężczyzn - ojca, proboszcza Foudriata, braci księży czy Ludwika Gaudeta - są w swym realizmie bardziej udane. Obyczaje rodzinnej wioski Sacy, prowincjonalnego Auxerre i Paryża Rétif opisał z zacięciem etnografa, przytaczając pasterskie opowieści braci Courtcou (opuszczone w tym wyborze) i - jak można się domyślać - miejskie legendy prostytutek, które podał za własne przygody. To on wprowadził Paryż do literatury. Nie Paryż salonów, bo ten zagościł tam wcześniej, ale Paryż ulicy, niewielkich sklepików, podrzędnych hoteli i sublokatorskich pokoików. I on pierwszy przedstawił go nocą, ciemny z rozjarzonymi oknami sklepów, niczym szeregiem małych teatrzyków. Przed Balzakiem nikt inny nie zdobył się na dokładność, z jaką opisuje topografię swych paryskich wędrówek i drobne szczegóły miejskiej architektury: wysunięty bardziej od innych dom naprzeciwko Oratorium, małe balkoniki na ulicy Payenne, żelazną listwę, na której można przysiąść, by patrzyć na okna Luizy. Z tą samą dokładnością odtwarza też trasy swych peregrynacji wokół rodzinnego Sacy. Przywołując nazwy znajomych miejsc i ulic paryskich, układając w litanie imiona dziewcząt, wraca w swą przeszłość i wciąga w nią czytelnika.

Czas przedstawiony jest w Panu Mikołaju równie nowatorsko jak przestrzeń i w sposób znacznie bardziej wyrafinowany niż w Wyznaniach; podobne mistrzostwo osiągnie dopiero Chateaubriand w Pamiętnikach zza grobu. Rétif na marginesie każdej strony podaje rok, w którym rozgrywają się opisywane wydarzenia. Przez obfitość dat podawanych w tekście, często z dokładnością do dnia tygodnia, a nieraz i godziny, przez ciągłe antycypacje i cofanie się, przez splecenie czasu akcji z czasem narracji rozwarstwionym na czas pisania, poprawiania, czytania korekt, składania tekstu i drukowania dzieła narzuca czytelnikowi współuczestnictwo w swym życiu i w bolesnym odczuwaniu przemijania.

Z mnóstwa przykładów splątania warstw czasowych przez późniejsze wstawki i przypisy warto przytoczyć dwa, bo wskazują także na ton, którym autor przemawia do czytelnika. Pisząc o roku 1761 i o przyrodniej siostrze, wtrąca nagle, zapewne w korekcie: "choć ma już osiemdziesiąt lat, zaprosiła mnie jeszcze na kolację 1 listopada 1795, stary kalendarz". Podobnie, poprawiając Epokę pierwszą, zaskakuje porównaniem oczu swojej kuzynki Nannon, która odwiedziła go w roku 1745, do "roześmianych oczu Aurory Marii Parizot, kuśnierki z ulicy de l'Ancienne Comédie (w tym lokalu, gdzie kiedyś była kawiarnia Baptysty)", a jej uśmiechu do "uśmiechu miłej Filetki, ślicznej młodziutkiej zegarmistrzowej, trzeci sklep powyżej Orleańskiej". Czytelnik pozna pierwszą dopiero w Epoce ósmej, a drugą w dziewiątej. Przypomina się W poszukiwaniu straconego czasu, gdzie nazwisko pani de Saint-Loup pojawia się bez żadnego wyjaśnienia na początku, a ona sama dopiero tysiąc stron dalej.

Pan Mikołaj jest bardziej spontaniczny, mniej się kontroluje od narratora Wyznań, ma znacznie więcej wigoru, bogatszą wyobraźnię i wrażliwsze zmysły; za to Jan Jakub myśli głębiej i szerzej, i kocha muzykę, która dla tamtego jakby nie istniała. Ale przy wszystkich różnicach mają wiele cech wspólnych. Obaj łączą nieśmiałość z poczuciem własnej wartości, obaj snują chimery, łapczywie czytają i uwielbiają długie piesze wędrówki wypełnione rozmyślaniami. Obaj cenią "cnotę" i chętnie o niej rozprawiają, obaj obdarzeni są romantycznym "czuciem".

Boy ośmielił się nazwać Wyznania książką niesympatyczną i nieraz wstrętną, co znaczy, że taki wydał mu się jej bohater. Dodajmy, że przez swoją nieznośną drażliwość i podejrzliwość jest też niesłychanie irytujący. Pana Mikołaja można natomiast polubić.

IV

Po dokładniejszej analizie czytelnik zaczyna się jednak dziwić swojej dla niego sympatii, bo Pan Mikołaj jest przecież skrajnym egotystą, zwłaszcza odkąd został autorem. Wymykają mu się stwierdzenia bulwersujące i równocześnie rozbrajające swą naiwnością i bezwiednym komizmem, jak choćby to, którym podsumowuje opowiedzianą po raz któryś przygodę z Elizą Tulout: "Ona dała mi szczęście, ja dałem jej dziecko - jesteśmy kwita". Ma zresztą i inne wady, do których sam się przyznaje, poprzedzając ich wykaz krótszą listą swych zalet:

Zawsze byłem skromny, pracowity, oszczędny, współczujący aż do przesady; nie byłem ani graczem, ani pijakiem, ani żarłokiem; pełen pokory, czerwieniłem się, gdy okazywano mi szacunek; później byłem najsurowszym krytykiem swoich książek, czasem najbystrzejszym; często oddawałem część wynagrodzenia, mówiąc: "Nie zasłużyłem na tyle".

Ale z drugiej strony byłem popędliwy, brutalny, zajadły, odpychający, bezwzględny, nie znosiłem przymusu, a kobiety pociągały mnie tak gwałtownie, że poświęcałem dla nich wszystko, posuwając się do karygodnych ekscesów, za nic mając wstyd i obyczajność. [...] Czasem, nieludzko skąpy, odmawiałem jakiegoś drobiazgu; często rozrzutny i tak słaby, że dawałem się łupić, tchórzliwie opłacałem występek, pyszny i łasy na pochwały, którymi na pozór gardziłem; beztroski i bezinteresowny z lenistwa; cyniczny, dumny i pewny swojej wartości; próżny aż do śmieszności; zazdrosny, zawistny, kostyczny, dziwaczny, bezwstydny, jakich wad jeszcze mi brakowało?

Ta samoocena swą zręczną formą, szczerością i pozornym obiektywizmem - czyż to zalety, że ktoś nie jest hazardzistą, pijakiem i żarłokiem? - też budzi naszą sympatię, bo Pan Mikołaj potrafi manipulować czytelnikiem niczym sprawny współczesny powieściopisarz.

W przedmowie, jak każdy memorialista, zawiera z nim pakt: powie mu prawdę o swoim życiu, a ten cierpliwie go wysłucha i osądzi dopiero po przeczytaniu całości. Następnie tak szczegółowo, barwnie i przekonująco opisuje swoje dzieciństwo, że czytelnik - mimo niepokojących szczegółów świadczących o podejrzanie wczesnym rozwoju seksualnym - nabiera przekonania, że to, czego się dowiaduje, jest szczerą prawdą. Tym bardziej że wszystko poparte jest datami i zapewnieniami o doskonałej pamięci narratora, który jednocześnie prowadzi subtelną grę. Zwierza się ze swych aktualnych kłopotów, ze swego wzruszenia wspomnieniami, uprzedza niedowierzanie, podpowiada oceny i stale podkreśla niezwykłość swego losu. Zapewnia czytelnika, że obaj mają równie czułą duszę, mówi "my", nazywa go przyjacielem; kiedy zgrzeszy, odmawia sobie do tego prawa, kiedy postąpi szlachetnie, przyznaje je sobie z powrotem. Prosi o współczucie, przeciwstawia czytelnika ludziom bez serca, których jego historia nie wzruszy, nazywa go zacnym, roztropnym, sprawiedliwym; kiedy indziej znów atakuje, twierdząc, że czytelnik grzeszy tak samo jak on, jak wszyscy. Ta umiejętnie narzucona zażyłość czyni nas uległymi, przyjmujemy punkt widzenia Pana Mikołaja, wierzymy w szczególne zainteresowanie Losu jego osobą. Z początku jesteśmy nawet skłonni uwierzyć w znaki zapowiednie, druzgocące klęski o krok od szczęścia i nieoczekiwane spotkania z córkami naturalnymi; kiedy zaczynamy wątpić, już go lubimy za umiejętność żywego i zajmującego opowiadania, za szczerość, dociekliwość i wrażliwość. A także za marzenia, za chimery, które z początku mu ułatwiają, a później zastępują smutne i samotne życie. Bo jego barwne przygody rozgrywają się głównie na pograniczu rzeczywistości, marzenia i snu. U Rétifa te trzy światy wzajemnie się przenikają, a "czar snów, gdy są wyraziste, zawsze przewyższa wszystkie uroki rzeczywistości".

Marzenia chronią Pana Mikołaja przed trudną do zniesienia codziennością i przed przyszłością, "przepastną i przerażającą otchłanią". Chroni go także kontemplacja przeszłości. "Oddalając się od nas, wszystkie wydarzenia nabierają uroku; patrzenie w przeszłość jest rzeczywistą, zmysłową rozkoszą" - zanotował w swoim Memento. Lecz Rétif nie tylko patrzy w przeszłość, powraca w nią wszystkimi zmysłami, całą swoją istotą. Czytelnik autobiografii zna te ucieczki, sam autor najwyraźniej mówi o tym w Nocach paryskich, opowiadając o datach, które ryje na murach Wyspy Świętego Ludwika, by upamiętnić ważne wydarzenia swego życia i obchodzić ich rocznice: "Dzięki moim datom, stale żyję w dniu teraźniejszym i zarazem rok, dwa lata, trzy i cztery lata wcześniej; każdego dnia przeżywam to, co czuję w chwili obecnej, i to, co czułem przed rokiem i przed dwoma laty. W ten sposób moja wrażliwość podwaja się i potraja, a równocześnie łagodnieje, staje się podnietą do pracy". Według Rétifa szczęście znajduje się tylko grzebiąc w okruchach przeszłości; podobnemu przekonaniu dał wyraz Nerval w Sylwii, dziś tego samego dowodzi Modiano.

Przy całym swym prekursorstwie Pan Mikołaj mógłby być tylko historycznoliteracką osobliwością - ożywia go jednak niezwykły talent narracyjny autora. Pisarze, którzy potrafią opowiadać tak spontanicznie, barwnie i zajmująco, nie zostaną zapomniani, zawsze znajdą czytelników, zawsze ktoś o nich przypomni. A właśnie w zapomnieniu widział Rétif największe niebezpieczeństwo; jedynym lekarstwem na lęk przed śmiercią była dlań nadzieja przetrwania w czyjejś pamięci i wzruszeniu, nadzieja, że będą o nim opowiadać. Pisząc o sobie, rejestrując najdrobniejsze i najmniej znaczące wydarzenia swego życia, walczył nie o sławę, lecz o nieśmiertelność. Zdobył ją tak, jak przepowiedział:

Pan Mikołaj to moje ostatnie dzieło, kiedy je weźmiesz, Czytelniku, do ręki, mnie już nie będzie. A jednak przez przemieszanie naszych myśli, będę żył razem z tobą - będę poruszał twoją duszę i będziemy wspólnie istnieli.

*

Niniejszy wybór z Pana Mikołaja stanowi około jedną trzecią całej autobiografii Rétifa. Tłumacz starał się wybrać najlepsze i najbardziej charakterystyczne partie tego obszernego dzieła. Skracanie i wybieranie uważa wszakże za barbarzyństwo, i czytając tak spreparowane książki, nieraz podejrzewał, że opuszczono to, co najciekawsze. Jednak w odniesieniu do memorialistów nierzadko stosuje się takie zabiegi; na przykład polskie tłumaczenia Dzienników Samuela Pepysa i Pamiętników Casanovy są mocno okrojone. Niech usprawiedliwieniem będzie i to, że kiedy Poulet-Malassis, wydawca i przyjaciel Baudelaire'a, przysłał mu do oceny spis tytułów planowanej serii pisarzy osiemnastowiecznych, ten odpisał: "A gdzie jest Rétif, z którego można wybrać świetne i wdzięczne fragmenty?".

Opuszczeń nie zaznaczano, popsułoby to przyjemność lektury. Czasem podano w klamrach streszczenie opuszczonej partii. W kilku przypadkach dla jasności dodano parę słów, także ujętych w klamry. Przypisy dolne pochodzą od autora, końcowe od tłumacza.

Podstawą tłumaczenia było wydanie Monsieur Nicolas z roku 1989 w serii Biblioth?que de la Pléiade, które Pierre Testud opatrzył znakomitym komentarzem i przypisami - tłumacz niejednokrotnie z nich korzystał. Tekst tego wydania porównano z faksymile drukowanego przez samego Rétifa oryginału, wydanym w roku 1988 przez Slatkine Reprints. Nazwisko autora Pana Mikołaja występuje także w formie Restif, której on sam używa w autobiografii (co zostało zachowane w przekładzie), to próba uszlachetnienia chłopskiego nazwiska Rétif, znaczącego: uparty, oporny.

Ryszard Engelking

Do Czytelnika

Zamierzam przedstawić Ci w całości życie jednego z Tobie podobnych, nie skrywając niczego z jego myśli ani uczynków. Człowiekiem, którego ducha zanatomizuję, mogę być tylko ja. Choć nie czytałem jeszcze Montaigne'a, wiem, że powiedział: "Wszystko wziąwszy w rachubę, mówić o sobie, zawsze przynosi nam stratę: własna przygana zawżdy znachodzi wiarę, własna pochwała trudniej"1. Jednakowoż obstaję przy swym zamiarze: nie opowiadam własnego życia; piszę historię Człowieka.

Istnieją dwa przykłady takiego przedsięwzięcia: Wyznania biskupa Hippony oraz obywatela Genewy. Mam wiele cech Augustyna, mniej przypominam Jana Jakuba: nie będę naśladował ani jednego, ani drugiego. Mam dowody na to, że Rousseau zmyślał; co zaś do Augustyna, to jego Wyznania są raczej apologią. Skoro usiłuję anatomizować serce ludzkie na podstawie własnego wnętrza, zgłębiając otchłanie mojego ja, prawdziwość i szczerość będą nieodzowne w tym zamierzeniu. Nie tyle piszę swe Wyznania, ile odsłaniam Sprężyny ludzkiego serca. Zniknij, Mikołaju, niech zostanie Człowiek!... Niemniej to jednak prawda, że nikt inny, tylko Mikołaj składa z siebie ofiarę i miast schorowanego ciała oddaje uczonym swą znieprawioną duszę, by kroili ją publicznie dla pożytku obecnych i przyszłych pokoleń. Będę szczery nawet wtedy, gdy prawda ściągnie na mnie pogardę. W takich sytuacjach trzeba ośmielić się na wszystko lub zamilknąć; półśrodki by mnie zhańbiły.

Od urodzenia powodują mną żywe namiętności: przez nie byłem szczęśliwy i nieszczęśliwy. Jeśli mowa o szczęściu, to nigdy żaden król, żaden wybraniec Losu nie doznał tylu rozkoszy, co ja. Jeśli zaś o moich niedolach i cierpieniach, to któż bardziej ode mnie zasłużył na współczucie! Byłem znienawidzony, postponowany, zdradzany, z nędzy skazany na najcięższą i nieustanną pracę; poniżano mnie i spychano między takich, co nie byli mnie warci, kobiety unieszczęśliwiły mnie bez reszty; wyzuty z tego, co niezbędne, straszony więzieniem, drżący o życie, opętany myślami samobójczymi, radość, czy raczej pociechę, znajdywałem jedynie w nadziei na bliską śmierć; taki był mój los, w tym strasznym obrazie nie ma żadnej przesady.

Jeśli ktoś, rzuciwszy okiem na moje zalety, zechce je wyliczyć, okaże się, że zawsze byłem skromny, pracowity, oszczędny, współczujący aż do przesady; że nie byłem ani graczem, ani pijakiem, ani żarłokiem; pełen pokory czerwieniłem się, gdy okazywano mi szacunek; później byłem najsurowszym krytykiem swoich książek, czasem najbystrzejszym; często oddawałem część wynagrodzenia, mówiąc: "Nie zasłużyłem na tyle".

Ale z drugiej strony byłem popędliwy, brutalny, zajadły, odpychający, bezwzględny, nie znosiłem przymusu, a kobiety pociągały mnie tak gwałtownie, że poświęcałem dla nich wszystko, posuwając się do karygodnych ekscesów, za nic mając wstyd i obyczajność; narażając się i narażając czyste dotąd istoty na straszne skutki rozpusty, wciągając w tę piekielną otchłań młode dziewczęta stojące jeszcze nad jej brzegiem. Czasem, nieludzko skąpy, odmawiałem jakiegoś drobiazgu; często rozrzutny i tak słaby, że dawałem się łupić, tchórzliwie opłacałem występek, pyszny i łasy na pochwały, którymi na pozór gardziłem; beztroski i bezinteresowny z lenistwa; cyniczny, dumny i pewny swej wartości; próżny aż do śmieszności; zazdrosny, zawistny, kostyczny, dziwaczny, bezwstydny, jakich wad jeszcze mi brakowało?... A jednak niekiedy oddawałem biedakom to, czego sam potrzebowałem; niejednemu pomogłem w sekrecie; wspierałem moich wrogów i broniłem ich, o czym się nigdy nie dowiedzieli; służyłem pomocą moim znajomym, jakoby w imieniu innych, którym nie przychodziło to nawet do głowy, bo wolałem być przyjacielem niż dobroczyńcą; osłodziłem ostatnie chwile umierającego, udając, że proszono mnie, bym go pojednał z kimś bliskim i potem ich obu pojednałem; ocaliłem honor niejednej panienki i trzech zamężnych kobiet; pokonałem najsroższe namiętności; powtarzałem jako życzliwe nieżyczliwe opinie, żeby pogodzić wrogów. Ale zdarzało mi się skłócić przyjaciół przez nieostrożność czy lekkomyślność; kłamałem z niewinną miną; znieważałem kobiety i dziewczęta lubieżnymi słowy...

Niepojęty labiryncie ludzkiego serca! Chaosie, pełny wszelkich sprzeczności, kto cię ogarnie?... Ja, w sobie samym! Nie skryję niczego, Czytelniku, występków ani zbrodni, bezeceństw ani plugastwa!... Tak, wyznam nawet tajemną przyczynę, która skłoniła mnie do spisania mego żywota. Chcę zadziwić przesadą w szczerości, i to będzie moja zasługa! Przyjacielu Czytelniku! - bo nie wątpię, że mnie polubisz, a może nawet, pomimo mych przywar, obdarzysz szacunkiem - bądź cierpliwy! Proszę cię o sprawiedliwość: nie sądź mnie podług tego czy tamtego uczynku, ale dopiero po przeczytaniu całości. Daję Ci dzieło naturalisty, wynoszące mnie nad Buffona; dzieło filozoficzne stawiające mnie obok Jana Jakuba, Woltera i Monteskiusza. Opowiem Ci życie człowieka naturalnego, bojąc się jedynie kłamstwa. Zostawiam ten przykład przyszłym pokoleniom. Naśladowanie będzie niełatwe!

1 Próby, księga trzecia, rozdział ósmy (tłum. Tadeusz Boy-Żeleński).

Moje pierwsze lata 1734-1746

Miłośniku Prawdy! Czytaj mnie bez obawy! Nie zwiodę cię pięknymi słowy ani nie oszukam, przekręcając fakty. Dosyć już mam pisania powieści, w których prawdziwość fundamentu nie wykluczała fantazjowania. Spragniony jestem najczystszej prawdy i daję ci ją, albowiem ona i tylko ona może uczynić to dzieło pożytecznym.

*

1734

Światło dzienne ujrzałem w roku 1734, dnia 22 listopada3, w wiosce Sacy, po łacinie Saxiacus, od saxum (skała), jak mówił wielebny Antoni Foudriat, miejscowy proboszcz. W istocie, cały mój kraj rodzinny, aż po granice jurydyki, poutykany jest wapiennymi kamieniami, które pług zdziera przy orce, bo rodzajna ziemia ma tu zaledwie dwa albo trzy cale grubościA.

Mój ojciec żenił się dwukrotnie: wpierw z Marią Dond?ne, która dała mu siedmioro dzieci4, potem z Barbarą Ferlet de Bertrô. Z nią miał także siedmioro dzieci, z których ja jestem pierwszym. Do chrztu trzymali mnie Edme Mikołaj, najstarszy syn z pierwszego łoża, w zastępstwie Mikołaja Ferleta, dziadka po kądzieli, i Anna, najstarsza z całego rodzeństwa, w zastępstwie i imieniu Anny Małgorzaty Simon, babki nieboszczki ze strony ojca5. Staruszek nie mógł przybyć do Sacy z powodu niepogody. Nadano mi imiona Mikołaj, Anna, Edme6, ojciec chciał, by jego imię było ostanie. Spisując akt, Jakub Bérault, nauczyciel, opuścił imię Anna, którego już nie nadpisano, ale które wymieniono w formule chrztu podczas ceremonii. Ojciec zdecydował, że wszyscy mają nazywać mnie Mikołajem. To bardzo piękne imię, złożone z dwóch słów greckich nike (zwycięstwo) i laos (lud). Znaczy zatem "zwycięzca" albo "rządca ludów".

Matka łączyła w sobie po równo bystrość umysłu, dobroć serca i piękno ciała. Choć blondynka, była żywa aż do swawoli. Ale potrafiła się powściągnąć, być usłużną i uległą bez reszty. Ojciec też pracował nad sobą, był popędliwy, a zachowywał się jak uosobiona łagodność. Ale w pracy i innych użytecznych zajęciach był prędki i gorliwy. Tak więc ukształtowany zostałem w trzech czwartych z ognia i tylko w jednej czwartej z innych żywiołów. Można tak przynajmniej sądzić po sile uczuć: miłości, odwagi, strachu, niecierpliwości, złości, oburzenia, zapału, współczucia, które wszystkie przejawiały się u mnie z niepojętą wprost energią. Z pewnością poczęto mnie w gorącym uścisku, który dał fundament mojemu usposobieniu. Gdyby uściskowi towarzyszyły niecne skłonności, byłbym potworem. Przyrodzona mi zacność jest dowodem czystości rodzicielskich serc... Moją krew i charakter rozpaliła jeszcze mamka, najbardziej temperamentna kobieta w okolicy (bo matka nie mogła sama mnie karmić, ojciec jej nie pozwolił i z pewnością miał po temu powody). Poczciwa Lolive, z męża Lemoine, przyjmując mnie, odstawiła od piersi swoją, dość już silną Anusię. Ale, niestety, nie mogła się uchronić przed poskramianym od półtora roku pożądaniem męża. Kiedy miałem sześć miesięcy, musiano mnie odstawić... Osłabiło to moją kompleksję, ale do mamki nie mam żalu; zawsze tak czule mnie kochała, że byłbym niewdzięcznikiem, odmawiając jej należnego mlecznej matce szacunku!

W pierwszym roku życia zaniesiono mnie na pasterkę. Był to pomysł moich zabobonnych sióstr, które chciały mi w ten sposób zapewnić bezpośrednią opiekę Dzieciątka Jezus. Miały najlepsze intencje, bardzo mnie bowiem kochały dla mojej urodyB.

1735

Miałem dziewięć miesięcy, kiedy zaniesiono mnie do pana Colleta, przyjaciela mego ojca i notariusza w Vermenton. Było to w pierwszą niedzielę po odpuście w tym miasteczku, który wypada w połowie sierpnia. Opowiadano, że dwie małe dziewczynki, pięcio- i trzyipółletnia, pokłóciły się wówczas o to, która zostanie moją żonąC. Później poznałem ich nazwiska. Wielka to osobliwość! Nie zostałem mężem żadnej z nich, lecz uwielbiałem obie!

1736

Moje pierwsze zapamiętane dziecięce przeżycie pochodzi z czasów, kiedy kończyłem dwa lata. Czekając nago, aż ktoś mnie ubierze, niecierpliwiłem się i w końcu wyładowałem złość na lustrze, w którym moja siostra Margot pokazała mi mą wykrzywioną buzię. Stłukłem je trzonkiem stołowego noża. Liczne pęknięcia uczyniły obraz buzi jeszcze brzydszym, a pojedyncze szybki, mnożąc odbijane przedmioty, stworzyły wrażenie wielu światów! Na ten widok łzy przestały mi płynąć. Zaznałem pierwszego w życiu zdumienia, pierwszego zachwytu; zrodziła się we mnie pierwsza myśl... Nie ukarano mnie. Matka opłakała jedynie swoje ostatnie lustro toaletowe8...

1737

Drugie przeżycie jest późniejsze o pół roku. Moją siostrę i chrzestną matkę wydano właśnie za mąż do Vermenton. Kiedy nas opuszczała, aby zamieszkać razem z mężem, odprowadziliśmy ją aż do MłynicyD. Mnie niesiono na rękach. Nazajutrz, gdy tylko zostawiono mnie samego, skorzystałem z okazji i puściłem się znowu w tamtym kierunku. Szedłem i szedłem... Koło Côtes-des-Prés, już całkiem blisko Młynicy, spotkałem poczciwą Klaudynę Sirop, wieśniaczkę z Sacy. Ujrzawszy na drodze samotne dziecko, które ledwo umiało chodzić, pomyślała, że któraś z sióstr musi być w naszej winnicy. Zaczęła wołać. A ponieważ nikt nie odpowiadał, podeszła do mnie i zapytała:

- A dokąd to pan Mikołaj się wybiera?

- Idę do Vermenton odwiedzić moją siostrę Annę u jej męża, który ją uściskał.

- Sam jeden idziesz, skarbiku?

- Tak.

- Wracaj ze mną, kurczaczku, bo jeszcze jaki wóz cię przejedzie! - Chwyciła mnie za rękę i chciała zawrócić. Szamotałem się i krzyczałem:

- Zaprowadź mnie do Vermenton! - ale musiałem ulec dłoni silniejszej niż moja.

Kuma Sirop, żeby mnie uspokoić, wsadziła mnie do kosza na plecach i poniosła. Złorzeczyłem jej i zamyśliłem poskarżyć się rodzicom, że mnie zbiła. Kiedy przyszliśmy do domu, opowiedziała o moim wyczynie. Serdecznie jej dziękowano. Ale ja nazwałem ją czarownicą i wytoczyłem swoje oskarżenie. (Nieprawy już jako dziecko! Mści się z premedytacją! Szczęśliwie, od tego czasu inna namiętność stłumiła we mnie mściwość!).

- Naprawdę cię zbiłam, skarbiku?

I zaraz nazwano mnie kłamczuchem. To była straszna kara! Odwracałem wzrok, nie śmiąc spojrzeć oskarżonej w oczy, płakałem i udawałem rozpieszczone dziecko, które skarży się, że je zbito, kiedy tylko przywołano je do porządku... Ta przygoda, dzięki rozsądkowi rodziców, zniechęciła mnie do obmowy.

1738

Przypominam sobie, że pochwały mojej buzi mile mnie łechtały, ale też ceniłem je sobie w proporcji do wdzięków chwalącej osoby, szczególnie jeśli była to młoda dziewczyna. Od najwcześniejszego dzieciństwa instynkt ciągnął mnie ku płci przeciwnej, ale kobiety zamężne i domowa krzątanina raczej mnie odpychały!... Najbardziej podobały mi się wtedy dziewczęta, których policzki miały kolor róży. Tomasz Piôt, który razem z moim ojcem pobierał od włościan podatki na rzecz biskupa i kapituły w Auxerre (za dawnego reżimu), miał cztery córki, już dorosłe panny. Druga z nich, MarysiaE, miała piękne rumieńce. Magda, trzecia z kolei, była bielutka i pulchniutka. Anetka, najmłodsza, była zwyczajnie ładna. Najbardziej podobała mi się Marysia, bo miała piękną bagazjową chusteczkę w czerwone bukieciki, które podkreślały żywość jej cery. Kilka lat później wolałbym na pewno Magdę. W wieku męskim goniłem za kobietami suchymi i chudymi, takimi jak Agata, najstarsza z czterech sióstr.... Ale wróćmy do różanej Marysi Piôt.

W niedzielne popołudnia, zaraz po obiedzie, wymykałem się do niej, nie tyle dla łakoci, którymi mnie karmiła, ile dla jej gorących pieszczot, i żeby zaniosła mnie na ręku na nieszpory. Uważam za swój obowiązek wyliczyć tutaj pieszczoty Marysi, które zaszkodziły nie tylko moim obyczajom, ale także mojemu zdrowiu, bowiem ich wspomnienie wielce pobudzało mą zapalną wyobraźnię, a nie miałem jeszcze mocy jej studzenia. Marysia całowała mnie w policzki i w usta, bo usta zawsze miałem apetyczne. Potem, w zupełnej niewinności, wsuwała dłoń pod moją koszulkę i z lubością poklepywała mnie i łaskotała. Wreszcie posuwała się jeszcze dalej... i później dosłownie zjadała mnie pocałunkamiF... Powtarzam jeszcze raz: Marysia była tak samo niewinna jak ja, ale ulegała ślepemu pociągowi. Widząc sympatię, jaką darzyły mnie jej siostry i inne dziewczęta, taka była dumna z pierwszeństwa, którym się u mnie cieszyła, że jej sympatia przeszła w namiętność. Moja delikatna, dziewczęca buzia wzbudzała zachwyt w okolicy, gdzie krew jest zepsuta przez błotniste wyziewy, którymi oddychano tam do niedawna. Byłem dla wszystkich fenomenem! Kiedy Marysia niosła mnie do kościoła, otaczały ją najładniejsze dziewczęta ze wsi i wszystkie po kolei mnie całowały. Pamiętam mniej więcej, co przy takiej okazji powiedział jej raz do ucha pewien chłopak: "Majisiu... Kiedym zoczył, jak całujesz tego małego, tom se pomyślał, że bedziesz dobro matko i żono. Pewno chcesz mieć takieguśkiego synka? Ja też chce, byś go miała, i żeby to ja ci go zrobił!..." - Marysia spłonęła rumieńcem i spuściła wzrok, ale po chwili podniosła go znowu i patrzyła za Jasiem Nôlin, dopóki nie zniknął jej z oczu. Niebawem ją poślubił, a ja byłem na ich weselu.

Czwarte przeżycie, z tego samego roku, raz jeszcze pokazuje, jak groźny jest dla dzieci widok czułości małżeńskich, nawet w wieku zupełnej niewinności, kiedy niczego z nich nie pojmują. Pewnego dnia byłem u sąsiada, niejakiego Cornevina, który ożenił się niedawno z Anetką B?lin, całkiem ładną dziewczyną. Zajmowali niewielki domek, wynajęty od mojego ojca. Mąż sposobił tyczki do wina i po zacięciu każdej sztuki podchodził do żony, całował ją i świadczył inne czułości, które budziły we mnie naiwne zdumienie. Moja mina musiała się Anetce wydawać bardzo zabawna, bo za każdym razem, kiedy mąż ją pieścił, patrząc na mnie, wybuchała śmiechem. Śmiałem się z tego śmiechu, co jeszcze potęgowało jej rozbawienie. Mąż mówił jej jakieś dziwne rzeczy, które mi się nie spodobały, sądzę, że przez swój bezwstyd, ale może nawet bardziej przez naturalną samczą zazdrość, która u ludzi nierzadko pojawia się przed osiągnięciem wiadomej zdolności. Nienawiść, którą wzniecił wtedy we mnie Cornevin, trwa do dziś. Wyszedłem od nich rozgniewany na widok jakiegoś wyuzdanego karesu. Śmiech młodej kobiety był czarujący! Ale mężczyzna był tak brzydki, że zupełnie nie pojmowałem, jak Anetka może tolerować jego pieszczoty, a nawet mu je oddawać. Obrazy tych lubieżnych scen nigdy się nie zatarły, a w dzieciństwie zgubnie wpływały na moje ledwo rozwinięte zmysły, szczególnie po drugim przedstawieniu, które odegrali dla mnie w stodole Tomasz Carré ze swoją narzeczoną, córką Miluśki (nazywanej tak przez antyfrazę). Widziałem cały akt, nic z niego wtedy nie rozumiejąc, ale to był wstęp do moich przygód z Nannette Rameau i z Małgorzatką Miné.

Piąte przeżycie mojego najwcześniejszego dzieciństwa jest innego rodzaju, wiąże się z małym oszustwem, którego się dopuściłem, żeby dostać nagrodę obiecaną za noc bez moczenia. Sypiałem w ojcowskiej sypialni, między dwiema szafami, pod dużym ośmiokątnym obrazem Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Obudziły mnie, podczas moczenia, głosy parobków najętych do młocki, którzy przyszli po światło. Przybity przykrą i upokarzającą słabością, wpadłem na pomysł, żeby wysuszyć pościel własnym ciepłem; do świtu wydawało się jeszcze daleko!... I udało mi się. Kiedy rano wstałem, obsypano mnie pochwałami. Przyjmowałem je skromnie, nie ośmielając się wspomnieć, że za zasługę należy mi się nagroda! Zrobiła to za mnie jedna z sióstr. Dostałem galaretki porzeczkowej, za którą przepadałem. Wziąłem do ręki tartynkę, ale przypomniałem sobie, że Matka Boska zawsze płacze, kiedy skłamię, spojrzałem więc na obraz i przywidziało mi się, że widzę na nim łzy! Wyjąłem z ust nadgryzioną tartynkę i podałem ją Margot. Odmówiła. Wszyscy się dziwią, patrzą czym nie chory, wypytują. Czerwienię się, spuszczam oczy, pokazuję na obraz: "Ona płacze!" - mówię, szlochającH. Matka zrozumiała, uścisnęła mnie i kazała zjeść tartynkę w nagrodę za to, że się przyznałem. Ale moja naiwność miała niefortunne następstwo. Siostry się ze mnie śmiały, były jakieś szepty. Słuch miałem świetny! Usłyszałem, jak któraś mówi do Margot, prawie tak łatwowiernej jak ja: "Pomyśl tylko, czyż malowane płótno może płakać?". - Pojąłem ze spojrzenia, że malowane płótno to była Matka Boska. Przyglądałem się jej później dokładnie, kiedy siostry mówiły, że płacze albo że się śmieje, i stwierdzałem, że to nieprawda. W ten sposób, zanim jeszcze zacząłem myśleć, straciłem wiarę. A przecież moje przekonanie o cudownych właściwościach obrazu było oparte na faktach! Zanim usłyszałem zdanie o malowanym płótnie, widziałem, jak obraz płakał po każdym moim kłamstwie. Później fakty mówiły co innego: Matka Boska miała suche oczy, choć kłamałem jak najęty... Gdyby wstręt do kłamstwa, który chciano mi wszczepić, oparto na innej zasadzie, skutek nie byłby tak szybki, ale trwalszy.

Przyczyną nadmiernego strachu, jaki budzą we mnie psy (strachu tak żywego, że na widok psa zawsze zaczynam drżeć), jest moje szóste dziecięce przeżycie. Bawiłem się przed stodołą z naszym brytanem Jupiterem (którego imię moje przyrodnie siostry wymawiają, rozczulone, jednym tchem z imieniem parobka Grzegorza) i chyba go uraziłem, turlając się z nim na słomie, bo ugryzł mnie mocno w łydkę, odsłoniętą przez przykrótką pończochę. W tejże samej chwili na nasze podwórze wpadł wściekły pies, uciekając przed goniącą go gromadą, i schował się za wielki dzięcior na kurczęta. Na odgłos krzyków z domu wyszedł ojciec z fuzją, wymierzył i zastrzelił chore zwierzę. Przerażony, krzyknąłem! Podbiegają do mnie... Jestem zakrwawiony!... Ojciec blednie!... Obejrzał mnie dokładnie, rana na nodze nie mogła mu się spodobać. Zjawia się cyrulik. Wystawcie sobie przerażenie wszystkich: oświadcza, że jestem pogryziony przez psa! Miano mnie już za straconego, ale zaczęto się dopytywać. "To ten zdrajca mnie ugryzł" - powiedziałem, wskazując na Jupitera, którego uważałem za kolegę. Kiedy opowiedziałem o wszystkim, matka i ojciec nabrali trochę otuchy. Pies dostał jeść i pić, a potem go zamknięto, żeby zobaczyć, co będzie dalej. Utył. Czułem wokół siebie niepokój, patrzyłem na uwięzionego Jupitera i słyszałem, jak dyskutowano, czy się wścieknie, czy nie. Pamiętałem wielkiego czarnego psa tarzającego się we krwi, pamiętałem przerażenie na wszystkich twarzach. Te obrazy i wyjaśnienia cyrulika, które rozumiałem o wiele lepiej, niż sądzono, musiały głęboko odcisnąć się w moim mózgu!I

Mój strach na widok psa i moje nocne lęki miały to samo źródło: silne poruszenie wyobraźni. Szczególnie w nocy, kiedy nie zajmował jej świat widzialny, moja wyobraźnia robiła się pobudliwa i zapalna, stawiała mi przed oczyma przeraźliwe ruchome obrazy, zamieniając w udrękę to, co miało być odpoczynkiem. Drugą przyczyną tej ostatniej przypadłości były wszczepione zbyt wcześnie pojęcia religijne. Jak tylko gasło światło, otaczały mnie szpetne rogate postacie, ohydnie się do mnie wykrzywiające! Krzyczałem ze strachu i budziłem matkę:

- Co ci to, Mikołaju?

- Boję się!

- Dziwne jest to dziecko - mówił ojciec - czarna wrona je zabierze!

- Ja też bałam się ciemności, kiedy byłam mała - odpowiadała matkaJ.

Słuchałem tego wszystkiego i same ich głosy mnie uspokajały. Widziałem wtedy procesje, księży w ozdobnych pluwiałach, a diabły uciekały. Lubiłem te święte wizje... Przypuszczam, że starsze siostry, a przede wszystkim Margot, młoda jeszcze i głupia, opowiadały mi historie o diabłach albo opowiadały je sobie w mojej obecności. Nie pamiętam jednak żadnej, chociaż pamiętam sny, które były jakby ich odbiciem. Dowodzi to, że kształtują nas także wrażenia, które odbieramy, zanim rozum się rozwinie.

Przypominam sobie, że w owym czasie moje zaufanie do kobiet i dziewcząt nie miało granic. Uważałem je za jedyne istoty dobre, współczujące, niezdolne mnie oszukać ani wyszydzić, a ironia była figurą retoryczną, którą nieuchronnie doprowadzano mnie do wściekłościK. Jednym słowem, uważałem kobiety za zacne stworzenia, które w żadnym wypadku nie zrobią mi nic złego, są natomiast skłonne świadczyć mi wszelkie dobro w granicach swych możliwości. O mężczyznach, wyjąwszy ojca, miałem wręcz przeciwną opinię. Uważałem ich za stworzenia oschłe, surowe, złośliwe i złe: przerażali mnie, bałem się ich i uciekałem przed nimi w strachu prawie jak przed psem. Jaki był tego powód? W ich obecności przybierałem poważną minę, uważali mnie więc za rozsądnego chłopca i niczego nie puszczali mi płazem. Odosobnienie sadyby La Bretonne sprawiło później, że zrobiłem się dziki jak kocięta wychowane na odludziu. Duma i świadomość własnej niemocy jeszcze bardziej odsunęły mnie od mężczyzn. Wreszcie moi dwaj starsi bracia, wówczas klerycy, odstraszali mnie swoją jansenistyczną surowością.

1739

Przypominam sobie, że w piątym roku życia zobaczyłem u rodziców dziadka po kądzieli, Mikołaja Ferleta. Bardzo mi wówczas dokuczała kolka; w trakcie jednego z gwałtownych ataków usłyszałem, jak starzec mówi do córki:

- Zaiste, nie będzie nam dana radość dochowania Mikołaja! - Te słowa sprawiły, że poczułem się ważny i podniosły mnie na duchu. Po chwili kolka przeszła, zabrałem się żywo do zabawy. - Buntuje się przeciw bólowi, dobrze! - powiedział dziadek. - To świadectwo wrażliwej duszy! Nigdy nie lubiłem cierpiętników ani męczenników; nie wiadomo, czy to ludzie, czy ostrygiL.

Dotkliwy i uparty ból, który mi zwykle towarzyszył, kwasił mi usposobienie i sprawiał, że niekiedy coś psułem, że wydawałem się dość obojętny na czułości matki, uciekałem przed jej pieszczotami, a jeśli je przyjmowałem, to niecierpliwie i niechętnieM. O tym wszystkim Barbara Ferlet powiedziała dziadkowi, przeciwstawiając się jego opinii. Zasmuciła się mymi przywarami i zapłakała:

- Widzi ojciec, że chłopak ma straszne wady!

- Tak, tak! Jest swawolny, krnąbrny, lubi psuć, wynosi z domu, co tylko nadybie, i rozdaje rówieśnikom. Wiem, że musisz go karcić surowo przez wzgląd na dzieci z pierwszego łoża, które biorą ci to zresztą za złe i częstokroć wstawiają się za małym winowajcą, niepomne, że ten odpłaca się im niewdzięcznością. Albowiem z racji jego delikatnych rysów ich słabość do tego chłopca jest ogromna, kochają go i każolują nawet wtedy, gdy są na ciebie zagniewani, nie tylko darowują mu nieposłuszeństwa i despekty, jakie im czyni, ale nawet ukrywają je przed tobą, co go tylko rozbestwia. Ale nigdy nie uwierzę, moja kochana córko, że twój chłopiec ma złe serce. Pozwól mi go poobserwować przez te dwa dni świąt, które tu spędzam; zanim pójdę, powiem ci bez schlebiania, co o nim myślę, byście oboje z mężem mogli go naprawić.

Szacowny Mikołaj Ferlet przez dwa świąteczne dni miał mnie wciąż przy sobie. Zaraz po przyjeździe zdobył moją sympatię cukrem i kasztanami. Poddawał mnie różnym próbom, aby dokładnie wybadać mój charakter. Nietrudno było mnie przeniknąć. Wieczorem drugiego dnia, kiedy dzieci poszły spać, dziadek powiedział do zięcia i córki: "Widzicie mnie, moje dzieci, w wielkiej radości. Znam teraz małego Mikołaja tak, jak znam jego matkę. Dzieciństwo waszego syna podobne jest twojemu, moja dobra Barbarko, a wszakoż byłaś zawsze dobrą córką i jesteś dobrą żoną. Wasz chłopiec jest roztropny i zarazą naiwny; jest dumny nie przez oschłość, lecz przez poczucie godności; nie może ścierpieć, tak jak ty w jego latach, moja córko, upokorzenia i przymusu bez dania racji. Ma się jakby za królewskie dziecię i nikomu nie pozwala się ze sobą poufalić, ani tobie, swemu ojcu, ani tobie, swej matce. Sondowałem go na wszystkie sposoby, a jutro rano, zanim was porzucę, poddam go, w waszej obecności, jeszcze jednej próbie. Tyle tylko mogę wam rzec dzisiejszego wieczora, jutro przy pożegnalnym śniadaniu dam wam ujrzeć więcej". Tak mówił dziadek, jak sam go słyszałem i jak powtarzała mi matka w roku 1767, kiedy to spędziłem u niej cztery miesiące.

Nazajutrz, przy pożegnalnym śniadaniu, mój dziadek Ferlet--Bertrô zawezwał mnie do siebie. Właśnie mnie ubierano, żebym mógł go jeszcze zobaczyć. Pobiegłem doń na pół nagi.

- Mikołaju, synu mój - powiedział zacny starzec - wiem, że masz wiele wad, które smucą twoją matkę, a moją córkę, zawsze mi posłuszną. Bądź mi i ty posłuszny i popraw się, bo jeśli się nie poprawisz, dostaniesz ode mnie baty jak ten pies, kiedy go układano. - Zaskoczony takimi słowami w ustach człowieka, który okazywał mi tyle czułości, spojrzałem na niego spode łba i ze złości połamałem mojego tekturowego konika i paryską karetę, a potem cisnąłem w ogień kręgle i kulę, i usiadłem, obracając się tyłem. - Mikołaju! - podjął dziadek. - Powiedziałem tak, aby poddać cię próbie. Czy naprawdę myślisz, że ten dziadziuś, który miał dla ciebie tyle serca wczoraj i przedwczoraj, mógłby dziś potraktować cię jak myśliwskiego psa? Wiesz, myślałem, że jesteś roztropniejszy! - Kiedy mówił, powoli się obracałem. - Matkę masz roztropną, ojca roztropnego, a sam wcale taki nie jesteś. Powiedz mi, w kogo ty się wdałeś? - Całkiem już do dziadka obrócony, odparłem:

- Nie jestem zwierzęciem jak pies myśliwski.

- Nie jesteś, ale myślałem, że masz więcej rozsądku, że poznasz się na żarcie. Bo to był żart. Zbyt kocham twoją matkę, żeby i ciebie nie kochać nad życie. Chodź no tu! - Rzuciłem mu się w ramiona. - To jeszcze nie wszystko. Chcę cię pogodzić z matką, którą zasmuciłeś, i to bardzo! Bowiem im więcej matka kocha dziecko, tym więcej się smuci, kiedy jest oschłe i nieczułe.

- Ja nie jestem taki, jak dziadek mówią, wcale nie jestem.

- Nie dalej jak wczoraj wieczór upewniałem w tym twoją matkę. Ręczyłem, że będziesz dobrym synem i że ją kochasz, tak samo jak i ojca. Dała mi wiarę i obiecała cię ucałować. - Matka wyciągnęła do mnie ramiona. Nie tylko się ku niej nie rzuciłem, ale nawet ją trochę odepchnąłem. - Cała ty - powiedział dziadek do córki - jako dziecko nie znosiłaś pieszczot, odpychałaś nawet matkę i mnie... Mikołaju, twój ojciec cię kocha; czy ty go też kochasz?

- O tak, kocham go, dziadku!

- A gdyby był w niebezpieczeństwie i dla jego ocalenia trzeba by, na przykład, włożyć rękę w ogień, włożyłbyś czy nie?... Tu, w ten ogień?

- Tak, dziadku!

- A żeby mnie ocalić?

- Dziadka? Tak, tak!

- A matkę?

- Mamusię? Obie, obie ręce!

- Zobaczymy, czy mówisz prawdę, bo mamusia bardzo potrzebuje twojej pomocy. Jeśli kochasz mamusię, musisz jej tego dowieść! - Nic nie odpowiedziałem, ale wiążąc razem to, co dziadek powiedział, skierowałem się w stronę kominka i kiedy dorośli, zajęci sobą, porozumiewali się znakami, wsadziłem prawą rękę w ogień. Ból sprawił, że głośno westchnąłem. Barbara spostrzegła się pierwsza. Krzyczy: "Moje dziecko!", rzuca się i odciąga mnie od kominkaN... Na widok mojej oparzonej ręki zemdlała. Ojciec i dziadek, zupełnie zaskoczeni, myślą z początku jedynie o jej ratowaniu. "Czekajcie, czekajcie - powiedziałem - włożę rękę w ogień, żeby przyszła do siebie, ale lewą, bo prawa za bardzo mnie boli!" - Dziadek puścił córkę i skoczył do mnie. Matka odzyskała przytomność i w pierwszym odruchu ucałowała moją bolącą rękę. Potem zerwała się na nogi i szybka jak błyskawica pobiegła po świeże masło, którym posmarowała oparzelinę. Jednak pomimo jej starań paznokieć z prawego serdecznego palca zeszedł, a kiedy odrósł, było na nim podłużne pęknięcie. Matka chciała zatrzymać mnie w objęciach.

- Puść mnie, mamusiu! Niedługo ci się polepszy, bo ręka bardzo mnie boli! Pozwól mi pobiegać, żebym jej nie czuł! Chyba że powinienem zostać?

- Moje biedne dziecko! Moje kochane dziecko, dla którego byłam taka niesprawiedliwa!

- Nie trzeba o dzieciach sądzić przedwcześnie - powiedział dziadek. - Zaczekajmy, niektórzy mężczyźni dojrzewają dopiero w wieku trzydziestu-trzydziestu pięciu lat. Oceniać ich wcześniej, to tak jak jeść doskonały owoc jeszcze zielony i robić wyrzuty drzewu... Do widzenia, mój zięciu, do widzenia, moja córko... Dbaj o rękę twojego syna, przysłuży się wam któregoś dnia; jak, jeszcze nie wiadomo! Próba wypadła lepiej, niż się spodziewałem. Powiadam wam, że Mikołaj jest wielkoduszny. Pamiętajcie moje słowa, a kiedy mnie już nie będzie, na pewno powiecie: "Ojciec Ferlet to przewidział!". - Przycisnął mnie na pożegnanie i poczułem na sobie łzy szacownego starca. Poruszyło mnie to, ale mną nie wstrząsnęło: dziadek słusznie widział we mnie dumę, dzięki niej miałem ogromne poczucie własnej godności. (Niestety, straciłem je, i to już dawno!). Mikołaj Ferlet, ostatni męski przedstawiciel rodu Bertrô, ruszył w drogę i nie ujrzałem go już nigdy więcejO.

Żeby wypełnić zadanie, które przed sobą postawiłem, nie wolno mi opuścić niczego, co miało na mnie jakiś wpływ. Muszę więc opowiedzieć o jeszcze jednym przeżyciu. Wzmogło ono moją nienawiść do mężczyzn i dostarczyło pierwszego dowodu na to, że dorośli mogą się mylić i postępować niesprawiedliwie. Straszne odkrycie! Dzieci nie powinny o tym wiedzieć przed osiągnięciem pełnego rozwoju umysłowego. Przepoiło mnie ono nieufnością do tych, których z racji starszeństwa darzyłem dotąd ślepym zaufaniem. Szczęśliwe złudzenie! Pierwsze, które straciłem!... Kończyłem wtedy pięć lat. Musiało to być w październiku albo listopadzie. Do szkoły chodziłem razem z moją siostrą Margot, naszym nauczycielem był Jakub Bérault, rudy i ufryzowany. Kazał najmłodszym dzieciom czytać, a sam łupał pręty łoziny albo sposobił tyczki do wina. Łaciński elementarz znał na pamięć, więc kiedy dziecko źle sylabizowało, mógł je poprawiać bez zaglądania do książeczki. Czytaliśmy Pater noster, które sylabizowałem na starą modłę, poprzedzając spółgłoski zniekształcającymi je samogłoskami. Miałem przeczytać noster, a wychodziło mi enoesteer. Płakałem, myśląc, że nauczyciel kpi sobie ze mnie, każąc mi czytać noster. Mistrz Jakub uprzedził się do mnie. Ponieważ wytarłem kciukiem dwie pionowe kreski w słowie tuum, w drugim u była teraz tylko pierwsza kreska, a w m jedynie dwie kreski. Resztka farby z wytartej części u utworzyła kropkę nad pozostałą kreską i tak powstało całkiem wyraźne tu in. I tak to przeczytałem dwadzieścia razy pod rząd. Nauczyciel mnie poprawiał, siostra i wszyscy koledzy podpowiadali mi: tuum, ale ja przecież widziałem tu in i nie chciałem kłamać, czytając inaczej... Wtedy Jakub Bérault zrobił błąd: zniecierpliwił się i wychłostał mnie witką, nie zaglądając do mojej książeczki. Zajrzał dopiero potem i wielce się zadziwił! Kiedy wyszedł na chwilę, wszyscy uczniowie zobaczyli fatalne tu in i oświadczyli, że mistrz Jakub nie miał racji. Margot płakała, a ja, po pierwszej w życiu chłoście, czując, jak taka kara piecze, nawet w zimie, rozszlochałem się. Wtedy Edmund Rameau i jego siostra Małgosia, wówczas już moi wrogowieP, wpadli na pomysł, żeby pokazać mi tuum w ich elementarzu. Wszyscy, którzy znali Pater na pamięć, naśmiewali się z nich: "Gdyby mały Pan Mikołaj, zamiast czytać, przypomniał sobie modlitwę, wyrecytowałby od razu sanctificetur nomen tuum!". - Nauczyciel, wróciwszy, nie uczynił niczego, co powinien był zrobić, żeby mnie oświecić, pomyślałem więc sobie, że jest głupszy od swoich uczniów. Margot powiększyła jeszcze zło, kiedy po naszym powrocie do domu zaczęła głośno wyrzekać na mistrza Jakuba. I ojciec, zazwyczaj taki przezorny, wyraził w mojej obecności swoje niezadowolenie. Zachowałem się wtedy jak rozpieszczone dziecko i ze łzami w oczach jąłem się skarżyć. Sądząc, że nie słyszałem rozmowy, orzeczono, że nie mam racji. "Dlaczego tak mówią?" - pomyślałem. To pytanie, na które wówczas sobie nie odpowiedziałem, parę lat później wydało zgubne owoce: odkryłem taktykę odmawiania dzieciom racji, która ograniczonym umysłom wydaje się doskonała, a jest w najwyższym stopniu szkodliwa. Upomnienia, nawet rodzicielskie, miałem odtąd za etykietalne frazesy, a wyrzuty, które robili mi rodzice, za rozmyślnie przesadzone. Uznałem, że zazwyczaj nie mówią tego wszystkiego poważnie, i nie zmieniałem postępowania.

Wybaczcie mi te wszystkie drobne szczegóły, niezbędne na początku mojej historii. Wynagrodzę cię, Czytelniku, ciekawszymi przygodami późniejszych Epok.

Po tym wydarzeniu wysłano mnie pierwszy raz na krótki pobyt u mojej siostry Anny osiadłej w Vermenton. Miś Linard, jej mąż, był człowiekiem osobliwym, dziwacznym. Lekkomyślnymi opiniami o moim ojcu i matce nieodwracalnie wypaczył mi charakter! Uważałem oboje za nieskazitelne bóstwa, a on przypisywał im słabości. Miś, straszny gaduła, lubił wygłaszać przy mnie, mimo znaków dawanych przez siostrę, oszczerstwa... których nie wolno mi powtórzyć... Podobało mi się u siostry za tego pierwszego pobytu, bo nie zrobiłem się jeszcze całkiem dziki. Chodziłem do szkoły do pana Conversa, o wiele uczeńszego od mistrza Jakuba. Czułość siostry, pieszczoty, jakimi dla mej urody obsypywano mnie u wszystkich jej znajomych, a zwłaszcza u zaprzyjaźnionego z moim ojcem notariusza i sędziego, pana Colleta, który miał kilka uroczych córekQ, sprawiły, że przeżyłem wtedy najpiękniejsze dni mego dzieciństwa. Za drugiego pobytu będzie już całkiem inaczej: mój charakter zdąży się odmienić; zdążę zasmakować życia i swobody na ziemi rodzinnej; zdążę się do niej przywiązać; i w Vermenton doświadczę bólu wykorzenienia, uczucia tak potężnego, że potrafi powstrzymać ludzi wolnych i zwierzęta przed opuszczeniem miejsca urodzenia. Straciwszy na urodzie, nie będę już tak kochany i moja dzikość się spotęguje. Bardzo możliwe, że ojciec, zabierając mnie od mistrza Jakuba, przeczuwał przykre skutki takiego postępowania z synem; nie wiedział wszakże na jak wielkie wystawia mnie niebezpieczeństwa.

Po powrocie z Vermenton objawiła się u mnie owa dumna i dzika nieśmiałość, która miała się stać nieszczęściem mojego życia.

Drobne zdarzenie ujawniło moją niezwykłą wrażliwość fizyczną: Margot, zakładając mi ubranie, wpadła na pomysł, żeby mnie połechtać - zemdlałem na amen. Sądzono, że dała mi klapsa, nie wierzono, kiedy zaprzeczałem. Wielebny Proboszcz, na prośbę starszych sióstr, Marii, Marianny i Magdaleny, wielkich purystek, obiecał sprawdzić przy spowiedzi, czy Margot skłamała, bo na wsiach spowiedź służy do wszystkiego. Penitentka się wybroniła, a niepokój rodziców się spotęgował; "Nie dochowamy go!" - mówili szeptem.

O ile Margot udało się wtedy wybronić dzięki spowiedzi, to nie wiem, jak mogłaby usprawiedliwić inny postępek, wręcz niepojęty! - aczkolwiek dowodzący jej niewinności. Któregoś dnia zabrała mnie i moją rówieśniczkę Marię Ludwisię i zaprowadziła nas w wysokie konopie, gdzie disposuit nos ignorantissime, quemquem nostrum sedentem e regione, dicendo: "Hem! coite!...". Maria Ludovicella, pro sua intellegentia obediebat; ast ego nec voluntatem, neque facultatem habebam, et nihil nisi conatus inertes efficiebam. Erubuit tandem Margaritella, et nos dimisit integros, fando: "Stulti vos, abite!..."13. Nigdy nie mogłem zrozumieć, do czego trzynastoletnia wówczas Margot chciała doprowadzić. Pewno jakiś chłopak do czegoś ją namawiał albo podpatrzyła scenę podobną do tej, którą opowiedziałem... I mówią, że na wsi panuje niewinność! Wszędzie, gdzie są mężczyźni i kobiety rodzi się ferment i zepsucie.

1740

Moją pierwszą przyjaźń zawiązałem w wieku sześciu lat... O, rozkoszne uczucie, roztkliwiające mnie zawsze tak samo jak miłość, obyś mogło dłużej niż ona przetrwać w sercu, w którymś wcześniej od niej zagościło! Mym pierwszym przyjacielem był chłopczyk, sąsiad urodzony tego samego dnia co ja, na imię miał Edme albo, jak mówią u nas, Mlo, nazywał się Bérault. Moje oddanie dlań nie znało granic! Wyczuwałem jednak, że nie odpowiada mi tym samym, że jego ścierpłej duszy obca była moja wrażliwość i delikatność. Cierpiałem przez to. Żeby go zjednać, dawałem mu prezenty - środek mało skuteczny wobec niewdzięcznych przyjaciół, jak i wobec kreatur, które kobietami są tylko z pozoru... Zaczynałem już kochać samotność; dziś rozumiem przyczynę: była nią duma. Wiedziałem, że nie zdołam zabłysnąć zaletami. Nie ceniłem swojej urody, która w Sacy ściągała na mnie same zgryzoty, bo w naszych stronach nie pojmują piękna kwiatów, a zwierzęta cenią tylko dla ich siły i użyteczności; czułem się lichy, ciemny, tępy. Byłem igraszką starszych dziewcząt, które całowały mnie dla zabawy, a raczej, by rozochocić swoich rówieśników; nienawidziłem tych chłopaków z kpiącymi, nieżyczliwymi minami; dorośli mężczyźni zdawali mi się brutalni. Lubiłem za to starców obojga płci, gdyż rozmawiali ze mną poważnie, chwalili mnie i nie wydrwiwali. Ale towarzystwo mojego szkolnego kolegi było dla mnie prawdziwą rozkoszą! Byliśmy tacy sami, kosztowałem przy nim słodyczy równości. Starałem się mówić doń jak dorosły, naśladując w tym ojca, który powtarzał czasem, że właśnie tak traktował w dzieciństwie swoich towarzyszy. Gdyby, jak niektórzy rodzice, chełpił się nagannymi wybrykami, wykoślawiłby mój charakter i na zawsze wypaczył rozum... Nie pamiętam już, od kogo usłyszałem o jaskiniach, być może upodobanie do kryjówek leży w naturze człowieka, dość że polubiłem jamę w pobliżu naszego domu, z której niegdyś wydobywano glinę. Zrobiłem tam rodzaj ławki, zaniosłem jakieś należące do matki i sióstr drobiazgi oraz moje dziecinne sprzęty, także klęcznik i krucyfiks. Kiedy wszystko było gotowe, wziąłem Mlo Béraulta za rękę i tam zaprowadziłem. Cieszyłem się na myśl o jego zdumieniu i wdzięczności, kiedy mu oświadczę, że jest współwłaścicielem mojej dziury, bo u nas nie używają słowa jaskinia. Nie zdziwił się ani wzruszył; ale kryjówa przypadła mu do gustu, bo była chłodna... Postanowiliśmy chodzić tam co dzień, nikomu o tym nie mówiąc. Nie posiadałem się z radości! Codziennie z wielką uciechą podejmowałem tam Mlo podwieczorkiem. Dania nie były wyszukane ani trudne do zdobycia; mały wieśniak jadał tylko czarny chleb; u nas jedzono biały, który dla niego był przysmakiem. Do chleba dodawałem orzechy albo łuskany groszek, surowy lub smażony, jakim częstuje się dzieci w pierwszą niedzielę Postu, czasem soczewicę, a kiedy pieczono u nas chleb, placuszek lub podpłomyk: to były nasze smakołyki! Moja dawna mamka, która trzymała pszczoły, dawała mi niekiedy trochę miodu, konfitur, suszonych winogron albo orzechów laskowych; zanosiłem to do groty i Edmlot, zajadając, podwajał przyjemność, jaką sprawiały mi łakocie. (Podobnie, później, podwoję rozkosze miłości, opowiadając o nich przyjacielowi nazwiskiem Loiseau...). Przywiązywałem się przez swe dary i z nas dwóch byłem szczęśliwszy.

Któregoś dnia, jedząc surowy groszek, odrzucaliśmy robaczywe ziarnka na świeżo osuniętą ziemię zalegającą dno jamy. Nazajutrz padało; deszcz trwał cały tydzień i nie mogliśmy odwiedzać naszej kryjówki. Ósmego dnia się rozpogodziło i znów ją odwiedziliśmy. O cudzie! Czekało tam na nas pole kiełkującego groszku! Zaskoczenie było równe radości, największej, jaką dotąd zaznaliśmy; zwłaszcza kiedy jeden z groszków, nie całkiem zakryty ziemią, okazał się naszym robaczywkiem! "To nasze groszki?" - pytaliśmy jeden przez drugiego zadziwieni. Rośliny przez nas zasadzone! Toż to prawie ojcostwo: co za chwała! Doprawdy wielki wódz po świetnym zwycięstwie nie jest tak z siebie zadowolony! Patrzyliśmy na nasz pierwszy plon w nieustającym upojeniu! To było nasze pólko, nasz ogródek, nasza grządka, nasz sad, nasze włości, nasze królestwo; chcielibyśmy je ogrodzić... Właśnie tak zrodziło się poczucie własności, źródło występków i nieszczęść żałosnych śmiertelników! Nie mogło się nie zrodzić... Dzień w dzień chodziliśmy oglądać nasze pólko: z każdym świeżym listkiem rosły nasze serca.

Szczęście było za wielkie, bym zamknął je w sobie:

- Ojcze - powiedziałem któregoś wieczora - posiałem groszek i wzeszedł, jakby sam ojciec go zasiał!

- Ach, jak to dobrze! Jeśli nie wzejdzie na naszym polu, zbierzemy z twojego.

- Ale on nie jest tylko mój, Edmlot Bérault ma połowę!

- Podzielimy się plonem.

Cóż za radość! W głębi serca pragnąłem, żeby groszek nie wzeszedł na ojcowskim polu, wtedy moje by się przydało. Bowiem od dzieciństwa za najwyższą wartość człowieka uważałem jego użyteczność dla bliźnich i ta szlachetna zasada kierowała mną potem we wszystkim, co czyniłem.

Niebawem, po dwóch deszczowych dniach, przywitał nas kwitnący groszek: i znowu ekstaza! Wszystko nas dziwiło! Wszystko było cudowne i rozkoszne... Zawiązały się strąki; później się wypełniły. Nadchodziła już pora zbiorów, kiedy pewnego dnia, nie znalazłszy przyjaciela, poszedłem sam zwiedzić nasze włości. Wielki Boże! Cóż za klęska! Jakie spustoszenie! Groszek powyrywany! Strączki pootwierane i doszczętnie wyjedzone przez jakiegoś łakomczucha, który urządził tu sobie śniadanie - bo na ziemi zauważyłem okruchy czarnego chleba. Niewiele brakowało, a byłbym zemdlał! Wróciłem ze łzami w oczach i bolącym sercem... Ha! Gdybym był dorosłym i królem, jakąż okrutną wojnę wydałbym bandytom, którzy pozbawili mnie plonów z pierwszego obsianego przeze mnie pola!

Dzwonili w szkole. Poszedłem. Mlo siedział z oczyma wbitymi w książkę; byłem zbyt lojalny, by go podejrzewać; prawdę poznałem dopiero po dziesięciu latach... Ta nieszczęsna przygoda wyleczyła mnie na długo z potrzeby posiadania, która zanikła we mnie całkowicie, by odrodzić się w bardzo późnym wieku.

1741

Prawie już siedmioletni byłem świadkiem czegoś, co zaskoczy i co potwierdzi opinię, że ludzie zebrani w gromadę psują się na wsi prawie tak samo jak w mieście; a wiejskie zepsucie powiększają jeszcze, wracając do swoich pieleszy, lokaje, pokojowe i żołnierze zepsuci z dala od domu... Kilkunastu chłopców, dwa razy ode mnie starszych, to znaczy w wieku dojrzewania, urządziło w słoneczny dzień przy Dolnej Bramie (druga, wschodnia nosiła nazwę Górnej) pokaz, którego nie mogę opisaćR... Nie wspominałbym o nim, gdyby nie ważny problemat. Czy to natura uczy nas fizyki miłości, kiedy osiągamy wiek młodzieńczy, czy też uczymy się jej, patrząc i słuchając? Sądzę, że natura długo by zwlekała i uczyła snami. Skądinąd wystarczy jedno słowo, i gdyby nawet rodzice żyli samotnie na wsi, bez służby, to słowo zawsze pada. "Co teraz zrobić?" "Trzeba wyjaśnić. I naśladować naturę, która udziela wyjaśnień w miarę przyrostu sił". "A jeśli wyjaśnień udzielił przypadek, czy należy z dzieckiem rozmawiać?" "Tak, żeby je przestraszyć i ostrzec przed fizycznymi konsekwencjami". Mnie mądry przyjaciel strachem ocali od rozpusty między dwudziestym pierwszym i dwudziestym piątym rokiem życia. Opóźnić u młodych pierwszy wybuch, to zwyciężyć, bo niebezpieczeństwo polega zazwyczaj na dysproporcji sił i przedwczesnego pożądania... Żeby opóźnić poznanie prawdy przed czasem, wiejscy rodzice nie powinni dopuszczać dzieci do stołu, jeśli w domu jest gość; powinni zlecać im prace w polu i wypas bydła, zawsze pod własnym nadzorem; ale taką możliwość mają tylko w Scioto15. Rodzicom w dużych miastach pozostaje jedynie smutna ostateczność: uświadamiać dzieci osobiście, dając im odtrutkę na jad.

Nareszcie skończyłem siedem latS. Nadal byłem w przyjaźni z Mlo Bérault: nie podejrzewałem go wcale o nieuczciwość, czy raczej łakomstwo, przez które sam zjadł plon z naszego wspólnego pola. Pewnego dnia, kiedy zaszedłem po Mlo w drodze do szkoły, jego matka oznajmiła: "Dzisiaj obaj kończycie siedem roków, boście się rodzili w tym samym dniu, prawie że o jednej godzinie: tera musicie uważać, żeby nie zgrzeszyć i popsuć niewinność; a do ninie, że bezrozumni, byliście bezgrzeszni; odtąd musicie we wszystkim być posłuszni". Mlo słuchał z rozdziawionymi ustami pouczenia wartego tyle, co inne. Ja zaś byłem nim przerażony! Cieszyłem się, że mam siedem lat i stałem się istotą rozumną, ale zamartwiałem się myślą o grzechu, do którego matka wpoiła mi wstręt swoimi opowieściami! Wychodząc od ciotki Bérault, miałem łzy w oczach. Pełen szacunku dla swego świeżego rozumu, przybrałem skromną i skruszoną minę dziewczynki przystępującej do pierwszej komunii. Doszliśmy do szkoły. Byłem przykładnie grzeczny, choć zazwyczaj nie mogłem usiedzieć na miejscu. Mistrz Jakub to zauważył i spytał mnie ze śmiechem: "Cóż to się stało z panem Mikołajem?". "Skończyłem dziś siedem lat, mistrzu Jakubie, będę grzeszył i obrażał Pana Boga! A strasznie chciałbym się przed tym strzec!" "To nietrudne, wystarczy, że zawsze będziesz spełniał swój obowiązek". Ta niejasna odpowiedź mnie uspokoiła, chyba ten jeden jedyny raz mistrz Jakub odpowiedział mi właściwie.

Lekcje dobiegły końca, wyszliśmy. Moje siedem lat i mój świeży rozum miały już dla mnie same dobre strony. Entuzjazm uczynił mnie poetą: chwyciłem za ręce Mlo i drugiego kolegę, jego starszego o dwa miesiące kuzyna, Stefka Dumonta, i razem zaśpiewaliśmy mój pierwszy wiersz:

Niech się dziwi cały świat,

Skończyliśmy siedem lat!

Poszedłem podzielić się tą nowiną z siostrami: zdziwiła je moja niezwykła radość, bo nie odgadły, że bardzo chciałem dorastać i w końcu zostać mężczyzną. Ojciec i matka byli przenikliwsi; spytali, kto uświadomił mi mój wiek, i skorzystali z okazji, by udzielić kilku wskazówek, których wysłuchałem z bardzo rezolutną miną. Zrozumiałem, że nie we wszystkim zgadzają się z ciotką Bérault, lecz ich argumenty przerastały moje pojmowanie.

1742

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

A Sacy, w dawnej diecezji Auxerre, leży o pięćdziesiąt mil od Paryża, trzy od Tonnerre, trzy od Noyers, cztery od Vézelay, cztery od Chablis, o milę od Joux i od Nitry, półtorej mili od Vermenton, dwie od Saint-Cyr, pięć od Saint-Bris i siedem od Auxerre. Ma trzy przysiółki: Courtenay, oddalony o pół mili, La Loge, koło Courtenay, i Vaudupuits, oddalony o trzy czwarte mili. Ten ostatni należał do dawnej Burgundii, a Sacy do Szampanii.
B Myślę, że powinienem tu uczciwie powiedzieć to, co często słyszałem: byłem najładniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek u nas widziano. Z dziećmi o wyrazistych rysach w typie włoskim zwykle tak bywa, że są piękne aż do osiągnięcia wieku młodzieńczego. Dodam jeszcze, że wynikiem pobożności moich sióstr, wielce krytykowanej przez wielebnego Antoniego Foudriata, była kolka żołądkowa, na którą często i okrutnie cierpiałem aż do jakichś jedenastu-dwunastu lat!
C Colette Collet miała pięć lat. Joasia Rousseau, córka notariusza z Courgis, gdzie później mój brat był proboszczem, trzy i pół7.
D Był tam niewielki młyn, którego ruiny można jeszcze było oglądać w czasach mojej młodości. Oto dowód doniosłej fizycznej prawdy: źródła i rzeki stopniowo wysychają. Żeby młyn mógł pracować, wody z Joux musiały spływać do Sacy, razem z wodami spod Kaplicy, wodą ze źródła La Farge, dwoma strumieniami z Saint-Jean (leżący bardziej na południe wysechł ponad sto lat temu), strumieniem w sadybie La Bretonne i wodą z Dziur Crot-Domo. Musiały przepływać przez usypisko, na którym są jeszcze ślady starego łożyska, w które się zlewały i gdzie jako dziecko widywałem ryby. Co spowodowało tak szybkie wyschnięcie wód? Wyrudowanie wszystkich okolicznych pagórków, które nie tylko pozbawiło je wilgoci, ale ułatwiło zmywanie gleby przez deszcze. Do tego nawet stopnia, że ziemia na Łąkach de Rôs, czyli Rosistych, podniosła się o cztery stopy, skutkiem czego z podmokłych stały się uprawne. Ziemia starzeje się i usycha jak my!
E Zajrzyjcie do Kalendarza, ważnego członu mojej Historii, w którym czczę pamięć najważniejszych 366 kobiet, z którymi zetknął mnie los. W tym jakby spisie rzeczy mojego Żywota zebrałem wszystkie razem, by można je było ogarnąć jednym rzutem oka. Niektóre z nich nie są wspomniane w Historii; wtedy Kalendarz podaje niezbędne szczegóły, stając się w ten sposób nieodzowną częścią niniejszego dzieła. Jeśli kilka kobiet należy do tej samej przygody, umieszczam je pod wspólną datą9. F Tu muszę uciec się do sformułowań w języku uczonych, które panowie przetłumaczą paniom w oględny sposób. Mentulam testiculosque titillabat, quoadusque erigerem; tunc subridebat velatis oculis humore vitreo, et aliquoties deficiebat10... A ja oddawałem jej pieszczoty, śmiejąc się nerwowo z rozkoszy... Tak oto kolejne błahe przyczyny rozwijały i wzmacniały mój temperament erotyczny, który tylekroć sprowadzi mnie na manowce i zadziwi cię jeszcze, Czytelniku!... Wielka to nauka dla rodziców, których dzieci mają przyjemną powierzchowność.
H Podobnie ludzie w zaraniu powolnego i trudnego rozwoju cywilizacji najpierw wierzyli na słowo, a potem widzieli cuda, o których opowiadali im kapłani. Dziś nie widuje się już cudów, bo ludzie przestali być dziećmi. Jedno mnie dziwi, to mianowicie, że wciąż jeszcze obowiązuje przysięga religijna. Czyż może ona wiązać filozofa? A dziś wszyscy jesteśmy filozofami... Ludzie pytają, kto unicestwił religię? Światło nauki i księża! Nauka obaliła dogmat, a księża moralność. Z jakimż bezwstydem ci ostatni śmieli sprzeciwiać się swemu Prawodawcy nawet w najmniejszym drobiazgu! Pragnienie zakazanych bogactw, pragnienie honorów zamiast przepisanej pokory, pragnienie zemsty, zawziętość w procesach... Byli na tyle nieostrożni, że między sobą szeptali: "Religia chrześcijańska to bajka, wykorzystajmy ją na swój użytek!". Ale ludzie ich usłyszeli, jak ja usłyszę szept sióstr.
I Kiedy miałem lat dziesięć i pół nie bałem się wilka, jak to się okaże w roku 1745. Mając piętnaście lat, goniłem wilka w gęstej mgle, w której widać było ledwo na dziesięć kroków. Tego samego roku pies, siedzący pośrodku tejże ścieżki, zmusił mnie do zboczenia na uprawne pola, za co skrzyczeli mnie chłopi ze stróży. Naiwnie wskazałem palcem na straszne zwierzę. Rzucili się hurmem na potwora. Był to mały piesek, trochę większy od zająca, uciekł, skomląc żałośnie.
J Pamiętam, że myślałem wtedy: "Wydaje im się, że nie rozumiem". - Pierwszą przyczyną moich lęków była żywość wyobraźni, lecz ta przyczyna zaczęła działać dopiero pod wpływem gwałtownego strachu, wywołanego strzałem z fuzji, śmiercią i krwią wściekłego psa. Zawsze cechowała mnie ogromna wrażliwość fizyczna: nie tylko mdleję na widok własnej albo cudzej krwi, ale nawet na opowieść o czyjejś chorobie. Zdarzało się, że odebrawszy całkiem lekkie uderzenie, byłem nieprzytomny przez trzy kwadranse. Pod tym względem byłem kobietą, ale kobiecej wrażliwości towarzyszył wigor właściwie ukształtowanego mężczyzny. Z taką wrażliwością i z tym wigorem zacznę wkrótce miłosne podboje!... Wszystkie moje namiętności także były krańcowe. Byłem krańcowo nieśmiały, krańcowo gniewliwy; krańcowo skromny, krańcowo próżny; krańcowo odważny, krańcowo tchórzliwy; despotyczny i uległy; czuły, okrutny itd. Taki krańcowy charakter nie sprzyja uprawianiu nauk ani sztuk, przynajmniej w okresie pełnego rozwoju. Ale jeśli nie zużyje się przedwcześnie, koło czterdziestego, czterdziestego piątego roku życia dyktuje młodzieńcze dzieła, jak Janowi Jakubowi Rousseau. K Ironia i szyderstwo, w czyichkolwiek ustach, są świadectwem złego serca; powiem więcej: łotrostwa, i nie jest to za mocne słowo. Popatrzcie na niegodziwca, co znęca się nad swym bliźnim i wydziera z niego sarkazmy (u Greków słowo to oznaczało kawały ciała), i powiedzcie, czy człowiek ten nie jest stworzony na oprawcę lub kata? Archiloch, nawet Arystofanes, musieli być łajdakami. W Paryżu jest drukarz Ppstts, którego jedni unikają, drudzy komplementują, a wszyscy nienawidzą - dlatego że Ppstts lubuje się w szyderstwach11. L To wielka i piękna prawda, którą na zawsze świetnie zapamiętałem, bo nie zdradzając się niczym, słuchałem tej rozmowy bardzo uważnie. Uchroniła mnie później przed podziwem dla fałszywej cnoty. Maltretują człowieka, a ten ani piśnie. Czego to dowodzi? Że jest lepszy od innych czy że mniej cierpi? Bynajmniej, wyłącznie tego, że ma hartowniejsze włókna (nasi powieściopisarze powiedzieliby: hartowniejszą duszę). Ten tak podziwiany człowiek o hartownych włóknach jestże lepszym synem, lepszym mężem, lepszym ojcem, lepszym przyjacielem? Nie, to człowiek oschły, niedostępny, trudny w pożyciu. Dajmy sobie spokój z dziecinadą cnoty na modłę Plutarcha i Seneki! Prawdziwy mężczyzna krzyczy albo oddaje ciosy, kiedy go biją. Ten tak podziwiany Scewola musiał być niezłym łotrem. Kto nam dowiedzie, że Regulus nie krzyczał? Stoicy wynaturzali człowieka, głosząc, że go doskonalą. Podobni ćwiczycielom linoskoków, uczyli jedynie niezwykłych sztuk, budzących zachwyt prostaczków i oklaskomanów, ale niemających nic wspólnego z moralnością.
M Nigdy nie znosiłem pieszczot poza miłosnymi; pieszczenie się z krewnymi i przyjaciółmi było mi wstrętne. Szacunek rodzicom i przywiązanie przyjaciołom chciałem okazywać innymi sposobami. Miłości oddawałem się cały, nawet przed osiągnięciem mocy, nawet po jej utracie (bo dziś, w 1793, już prawie nie jestem zdolny), i tylko ona mogła mnie była ucywilizować, jak ucywilizowała cały rodzaj ludzki, który od tak niedawna włada naszym globem; tylko ona mogłaby złagodzić dokuczliwe troski schyłku mojego życia... Zobaczycie wszakże niedługo, że uciekałem przed starszymi dziewczętami, które chciały mnie całować. Ale to dlatego że zrobiłem się dziki i uciekałem przed tym, co sprawiało mi przyjemność, i dlatego jeszcze, że dziewczęta całowały mnie siłą. Najlepszym dowodem jest to, że w tym samym czasie całowałem się ukradkiem z Maryjką Fouard i Magdą Piôt, kuzynkami, i to nie tylko całowałem. Ta niechęć do pieszczot wypływała z męskiej części mojej natury: uważałem, że dziecinne karesy przystoją jedynie niewieściuchom.
N Ryc. 1. Ręka w ogniu. - Mały Pan Mikołaj, żeby zapobiec cierpieniom matki, wkłada rękę w ogień. Barbara Ferlet podbiega, Edme Restif i dziadek Mikołaj Ferlet jeszcze jedzą śniadanie: "Moje dziecko!"12.
O Zdaje mi się, że tylko raz odwiedzałem dziadka w jego wiosce Accolay. Ale wspomnienie zatarło się i nie wiem, czy to było przed, czy po opowiedzianym przeżyciu. Nigdzie indziej nie widziałem takiego przyjemnego małego domku. Miał tylko jedną izbę na dole i stryszek, ale stał w ogródku, przez który płynął strumień. Ochłodzono w nim wino i obiad jedliśmy na brzegu. Ten strumień mnie zachwycił; na końcach ogrodu był zastawiony siatką i służył za sadz. Ostatnia posiadłość ostatniego Bertrô przeszła w ręce ciotki Mairat, której dzieci, wtedy biedniejsze, są dziś znacznie bogatsze ode mnie. Byłem tam jeszcze w roku 1764, kiedy dla spłacenia parafii w Vermenton naszego długu sprzedawałem inny mały ogródek, własność mojej matki. Przy tej okazji poznałem śliczną kuzynkę La Ramée, o której później opowiem i którą umieściłem w moim Kalendarzu... Jeśli czymś spełniłem przepowiednię dziadka, to chyba tylko Żywotem mojego ojca, dziełem, o którym nawet moi wrogowie muszą mówić z szacunkiem. (Bez rękopisu, 31 października 1790 roku).
P Już jako małe dziecko miałem zawistników: panią Rameau - córkę podsędka Boujata, poprzednika ojca, a zarazem stryjecznego kuzyna pierwszego męża matki - i wszystkie jej dzieci. Pan Rameau był nadzwyczaj bogaty, ale stanowisko po jego teściu wolano dać ojcu. Inde irae. Często odwiedzałem księdza proboszcza: ciągnęły mnie tam obrzynki opłatka, które duszpasterz, szykując hostie, dawał mi do zjedzenia. Ponieważ był naszym sąsiadem, zawsze mnie na nie wołał. Było mu przyjemnie, kiedy jak małe kocię kręciłem się koło jego nóg, zbierając najdrobniejsze kawałeczki... Wtedy jeszcze nie byłem dziki. Ta duszna choroba naszła mnie dopiero, kiedy rozwinął się rozum, i tym bardziej przeraziła rodziców, że u syna naszego kuzyna Droina Bogatego przerodziła się była w manię. Pani Rameau, częsty świadek tej łaskawości wielebnego Antoniego Foudriata, zdecydowała, że obrzynki hostii powinny dostawać się tylko jej dzieciom. W tym celu należało doprowadzić mnie do popełnienia jakiegoś błędu, o którym potem można by rozpowiadać. Dopomógł jej przypadek. Miała trzy córki: najstarszą była urocza Urszula, tak wyniosła, że się jej bałem, średnią brzydka Cadette, której nienawidziłem, a ostatnią Małgosia, za którą też nie przepadałem. Kazała synom ściągnąć mnie do domu, nie wątpiąc, że się jakoś skompromituję. Rozpoczęliśmy zabawę. Kiedy pokłóciłem się z Edmundem i Frankiem, podbiegła Małgosia, przewróciła mnie i z wyraźnym ukontentowaniem trzymała siłą na ziemi. Wierzgałem, próbując się wyswobodzić. Urszula i Cadette zbliżyły się do mnie... Przysięgam, że nie miałem żadnych niecnych zamiarów... W zamieszaniu moja dłoń znalazła się pod spódniczką Urszuli: wymacałem coś, co swą miękkością i puszystością przewyższało wszystko, czego wcześniej dotykałem. Wrażenie, którego doznałem, było rozkoszne, ale okazało się niebezpieczne i niezatarte. Urszula krzyknęła i uciekła do matki, której coś powiedziała szeptem. Zabawa się skończyła. Pani Rameau z surową miną odesłała mnie do domu i zamiast porozmawiać z rodzicami, poszła na skargę do proboszcza. Ksiądz przyszedł do nas i wymierzył mi własnoręcznie karę, tając przed matką przyczynę, do której się jej przyznałem dopiero w roku 1746, chory na wietrzną ospę. Tak oto pozbawiono mnie łask proboszcza. Dzieci pani Rameau miały wszystkie obrzynki, a ja znalazłem się poza owczarnią i nigdy nie służyłem w Sacy do mszy. Oto pierwsza przyczyna mojej dzikości, której fundamentem była moja wielka duma. Kiedy przestałem myśleć, że wszyscy mnie kochają, że wszystko, co robię, wzbudza zachwyt, zrobiłem się wstydliwy, a ze wstydliwego zupełnie dziki... Pani Rameau okazała się wcieloną przewrotnością. Kiedy zobaczyła, że jej unikam, zaczęła udawać, że szuka mojego towarzystwa. Któregoś dnia, kiedy siedziała z księdzem przed drzwiami plebanii, obszedłem kościół przez cmentarz, żeby się do niej nie zbliżać. Zobaczyła mnie i nazwała "swoim kurczaczkiem". Zamiast podejść, uciekłem, ale zdążyłem jeszcze usłyszeć, jak ta zacna dama zwraca uwagę księdza na mój brak ogłady. Kiedy dorosłem, zrobiła się moją wielką przyjaciółką, i nie wątpię, że oddałaby mi Małgosię, gdybym się o nią starał, ale ja miałem wtedy inne widoki.
Q To podczas mojego pierwszego pobytu w Vermenton ujrzała mnie i pieściła Ta, której nadam imię Colette, późniejsza pani Parangon. Domyślam się, że już wtedy zbudziła się w niej słabość do mnie. Pamiętam jak przez mgłę anielską twarzyczkę, dla której ufałem jej bardziej niż innym Pięknościom. Miała wtedy dwanaście lat, czyli o siedem więcej niż ja, już w tym wieku była rozsądna, rozumna i tkliwa. Jej pieszczoty były czułe i wzruszające, inne dziewczęta pieściły mnie całkiem bezmyślnie... Colette pierwsza pocałowała mnie w usta, poczułem wtedy rozkoszne drżenie. Zapewniam jednak, że jej pieszczoty nie zaszkodziły moim obyczajom, bo ich wspomnienie nigdy nie wprawiało mych zmysłów w lubieżny niepokój.
R Omnes, sine verecundia, mentulas exhibitens, ad retractionem pr?putii certatim ludebant. An ad emissionem usque seminis eruperunt, non potui, pro ?tate mea, distinguere: sed erubescere vidi neminem14. Mniej więcej w tym samym czasie, co ów pokaz, widziałem, jak sobie teraz przypominam, sławną kometę roku 1740 albo 1741. Słyszałem, jak rozprawiali o niej ksiądz Tomasz i pewien seminarzysta z Auxerre.
S Od dwóch lat nie byłem już jedynym dzieckiem z drugiego łoża: urodziły się siostry bliźniaczki16. Nie przypominam sobie, żebym miał jakiekolwiek pojęcie o ciąży matki, co dowodzi mojej skromności. Kiedy się rodziły, wysłano mnie do mojej mamki, co bardzo mnie zdziwiło, bo właśnie u niej byłem, a zwykle dostawałem burę, jak poszedłem tam bez pozwolenia. Kiedy wróciłem, ujrzałem dwoje dzieci, powiedziano mi, że to moje siostry. Byłem zachwycony i zadawałem mnóstwo pytań, na które nie dostawałem odpowiedzi. Głowiłem się nad tym przez cały wieczór. Widziałem, że matka jest chora, sądziłem, że ze zmęczenia. Domem zajmował się ojciec, jako że był silniejszy. Bo wyobrażałem sobie, że przez cały dzień fabrykowali tę dwójkę dzieci ze swojej krwi i ciała. Jak? - nie miałem pojęcia.
2 Każdy cezar w kołysce wzorem męstwa świeci. Boski duch wzrasta szybciej, jest nad wiek dojrzały. Niszczy to, co go tłamsi, hamuje przycisza. Owidiusz, Sztuka kochania, Księga I, w. 184-186 (tłum. Ewa Skwara).
3 Rétif urodził się 23 października 1734, ale przez prawie całe życie za dzień swego urodzenia uważał 22 listopada tegoż roku. Prawdziwą datę poznał dopiero w wieku sześćdziesięciu lat, kiedy gromadził dokumenty z myślą o powtórnym ożenku. Na początku autobiografii podaje kilka razy datę fałszywą; prawdziwą podał tylko raz, na jej końcu (zob. str. 588).
4 Przyrodnie rodzeństwo autora z pierwszego łoża ojca: Anna, zam. Linard (1714-1769), Mikołaj Edme (1715-1800), Maria, zam. Beaucousin (1716-1808), Marianna, zam. Marsigny (1718-1784), Tomasz (1720-1786), Magdalena (1723-1775), Margot, zam. Bizet (1727-1808).
5 Według dokumentów babka Simon zmarła dopiero w kwietniu 1735 roku. Rétif przywykł zapewne w dzieciństwie do określenia "babka nieboszczka" i stąd ten lapsus.
6 Pierwsze dwa imiona po rodzicach chrzestnych, w tym jedno żeńskie, jak było wówczas w zwyczaju. Ojcowskie imię Edme (wymawiane: Em) to często spotykana w Panu Mikołaju burgundzka odmiana imienia Edmund, związana z kultem św. Edmunda z Abingdon (ok. 1170-1240), arcybiskupa Canterbury, zmarłego w drodze do Rzymu i pochowanego w opactwie Cystersów w Pontigny koło Auxerre; żeńska forma tego imienia ma postać Edmée albo Aimée (wymawiane: Eme).
7 W Panu Mikołaju Colette (w istocie Małgorzata) Collet, czyli pani Parangon, jest młodsza niż w rzeczywistości: urodzona w roku 1724, w roku 1735 miała jedenaście, a nie pięć lat. Wiek Joasi Rousseau jest zgodny z metryką.
8 W spisie inwentarza sporządzonym po śmierci ojca autora w roku 1764 figuruje "zwierciadło oprawne w ramę, stłuczone na wysokości trzech palców od góry" oraz wspomniany dalej ośmiokątny święty obraz.
9 Mój Kalendarz nie wszedł do niniejszego wyboru z Pana Mikołaja.
10 Łaskotała członeczek i jądra aż do erekcji; wtedy się uśmiechała i oczy zachodziły jej szklistym płynem, czasem robiło się jej słabo.
11 Tajemniczy Ppstts to najprawdopodobniej drukarz Stouppe dwukrotnie wymieniony w Panu Mikołaju (drugi raz jako Stoupe). Rétif, powtarzając bądź zmyślając paryskie plotki, często ukrywa ich bohaterów pod kryptonimem, anagramem czy zdeformowanym nazwiskiem, w znakomitej większości przypadków dając jednak swym osiemnastowiecznym czytelnikom i późniejszym badaczom szansę na ich zdemaskowanie. Nazwiska mieszkańców Sacy i okolicznych wiosek są autentyczne.
12 Rétif zaplanował około stu pięćdziesięciu rycin do Pana Mikołaja, musiał z nich jednak zrezygnować ze względu na koszty. Ilustrator wcześniejszych dzieł pisarza, Louis Binet, zrobił pierwszych kilkanaście rysunków, wygląda jednak na to, że nie trafiły one nigdy do rytownika. Autorskie opisy rycin, umieszczone w autobiografii, stanowią jej integralną część i są niewątpliwie interesujące, choćby dlatego że upamiętniają wydarzenia, które autor uznał za najważniejsze, i niekiedy zawierają szczegóły pominięte w tekście.
13 Posadziła nas, całkiem niewinnych, twarzą w twarz mówiąc: "No, parzcie się!...". Maria Ludwisia posłuchała, nie całkiem rozumiejąc; ja, nie czując pragnienia i nie mając zdolności, czyniłem tylko jakieś niezręczne ruchy. Margot się w końcu zawstydziła i niczego nie osiągnąwszy, odesłała nas ze słowami: "Głupiście oboje, idźcie sobie!".
14 Wszyscy bezwstydnie prezentowali członek i dla zabawy na wyścigi ściągali w tył napletek. Ze względu na mój wiek, nie zorientowałem się, czy kończyło się to ejakulacją; ale nie widziałem, żeby któryś się zaczerwienił.
15 Jałowe tereny w późniejszym stanie Ohio sprzedane w roku 1789 kolonistom francuskim jako kraina płynąca mlekiem i miodem. Wielkie oszustwo głośno reklamowane w Paryżu.
16 Katarzyna i Maria Genowefa, którą Rétif nazywa Genowefką.

Indeks

(obejmujący jedynie głównych bohaterów Pana Mikołaja i rejestrujący najważniejsze o nich wzmianki)

A

Aimée, kucharka

Argeville, prostytutka

B

Baptiste Jakubina, aktorka

Barbier Julia

Baron Madelon

Beaucousin, mąż Marii, przyrodniej siostry Mikołaja

Beauharnais, hrabina de

Beaumarchais Pierre Augustin, Caron de

Bérault Jakub, nauczyciel

Berthé Peregryna

Boudard, kolega Mikołaja

Bourgeois Róża

Bourgoin, chirurg

Bourgoin Manon

Bourgoin, prot

Breugnot, przyjaciel Mikołaja

Butel-Dumont, podskarbi królewski

C

Camargo młodsza, tancerka

Cazotte Jacques

Chambon, zegarmistrz

C?urderoi Omfala

Colette (Collet), patrz Parangon, pani

Collet Mikołaj, ojciec pani Parangon

Couillard Agnieszka, teściowa Mikołaja

Crébillon syn

Czartoryski Adam, książę

D

Debée, pani, matka Sary

Demailly, Janeczka

Dumont Stefek

E

Edmée-Colette

E** (Egmont), hrabina de

Eliza, patrz Tulout Eliza

Esteretka

Esterka

F

Fagard Agata

Fanchette (Collet)

Felicytka (Prodiguer)

Felizetka (Saint Léger)

Ferlet Barbara, matka Mikołaja

Filetka, zegarmistrzowa

Fouard Maryjka

Foudriat Antoni, proboszcz

G

Gaudet d'Arras

Gaudet Ludwik

Genowefka, siostra Mikołaja

Goldoni Carlo

Goton, pokojówka panny Hollier

Greslot, pani

Guéant, panna, aktorka

Guilbert de Préval, lekarz

H

Hérissant Klaudiusz, właściciel drukarni

Huet, kolega Mikołaja

K

Kircher Harriet

Knapen André, właściciel drukarni

L

Lallemand, pani

Lambelin Róża

La Reyni?re, Grimod de

Leb?gue Agnieszka, żona Mikołaja

Lenclos Tonton

Lév?que Maria Joanna

Loiseau Ludwik Tymoteusz, przyjaciel Mikołaja

Londo Wiktoria

Luiza (Alan)

M

Madelon, ciotunia

Margot, przyrodnia siostra Mikołaja

Marianna, pokojówka

Maria, przyrodnia siostra Mikołaja

Marote, pokojówka panien Baron

Marta Wiktoria

Massé, burdelniczka

Melin, kolega Mikołaja

Mentelle Sydonia, aktorka

Mercier Louis Sébastien

Milpourmil

Miné Małgorzatka

N

Naireson

Nannette, żniwiarka u pani Rameau

Nécard Adelajda

Nimot Anżelika

Nougaret Pierre Jean-Baptiste

O

Obwieś, zięć Mikołaja

P

Parangon, pan

Parangon, pani

Pâris Małgorzata

Parizot Aurora Maria

Piôt Marysia

Potocki Stanisław Kostka

Prudhomme Junona, aktorka

Prudhot Manon

Q

Quillau Franciszek Augustyn, właściciel drukarni

R

Rapenot Edme

Renaud Jan, drukarz

Restif Agnieszka, córka Mikołaja

Restif Edme Mikołaj, przyrodni brat Mikołaja, ksiądz

Restif Edme, ojciec Mikołaja

Restif Jan, adwokat

Restif Marion, córka Mikołaja

Restif Tomasz, przyrodni brat Mikołaja, ksiądz

Rousseau Joasia

S

Sade, markiz de

Saint-Sarm, kawaler de

Sara (Debée)

Scaturin

Sellier Bona

Servigné Edmée

T

Tangis Marianna

Teresa (Desrais)

Teresa od Courbuissonów

Tiennette, kucharka

Toinette (Dominé), kucharka

Tourangeot

Tulout Eliza

V

Vernier Manon, paryżanka

W

Wiktoria (Saintonge)

Wirginia (François)

Z

Zefira

Zefiretka

Zoe (Delaporte), ukochana Loiseau

Jedną z ciekawszych rzeczy są pośmiertne kariery pisarzy, płynność w kolejnym stosunku pokoleń do dzieł przeszłości. Pod warunkiem że nie będzie się szukało jego wyrazu w oficjalnej historii literatury. Ta rzekoma nauka tym różni się od innych nauk, że bardzo niechętnie odmienia swoje poglądy; co więcej, często nie trudzi się sprawdzać ich bezpośrednim wrażeniem, ale zadowala się przepisywaniem utartych już sądów. Co miało szczęście wejść do historii literatury, to już w niej trwa, bodaj w stanie doskonałej mumifikacji; pisarz natomiast, którym ten trybunał wzgardził, niewielkie ma widoki wznowienia swego procesu, a w każdym razie niełatwa to sprawa.

Zdawałoby się, że w piśmiennictwie francuskim mniej grożą trwałe niesprawiedliwości lub pomyłki. Krytyka jest tam czujna, wolniejsza od uprzedzeń i postronnych kryteriów, mniej paraliżowana fałszywym pietyzmem; stosunek do przeszłości jest tak żywy, że na przestrzeni co najmniej trzech wieków wstecz pisarze są tam przedmiotem nieustającej dyskusji. Dyskutuje się i rewiduje wszystko - osoby i dzieła: pęcherz Russa, inteligencję Wiktora Hugo; o Rasynie mówi się jak o współczesnym, a o Rostandzie jak o nieświeżym nieboszczyku...

A jednak i w literaturze francuskiej istnieje pisarz, do którego stosunek dziwnie wydaje się nieuporządkowany. Pisarzem tym - niejeden z czytelników usłyszy to nazwisko ze zdziwieniem, inny ze zgorszeniem - pisarzem tym jest Rétif de La Bretonne. Przypadek tym różny od innych, że nie idzie tu o autora niedocenionego za życia - wręcz przeciwnie: cieszący się u współczesnych olbrzymim rozgłosem, wielbiony, czytany, potem zapomniany doszczętnie, niemal naznaczony piętnem hańby, wyrzucony za nawias literatury, bywał Rétif zbywany w fundamentalnych nawet podręcznikach paroma słowami petitu. Śmierć cywilna! Ale równocześnie od paru dziesiątków lat posiada on swoich żarliwych miłośników, swoich zapalonych badaczy, którzy - bez hałasu i głośnych rewindykacji, bo w istocie Rétif nie nadaje się na francuskiego Norwida - gromadzą dokumenty do jego życia i twórczości, tak jak się to robi tylko z największymi1.

Bo też ci zagorzali "rétifiści", mimo że nie rewindykują wprost insygniów wielkości dla swojego klienta, nie są dalecy od przyznawania mu ich w duchu. Aż wreszcie autor wybornej o nim monografii (1928), Funck-Brentano2, zamyka bez ogródek swoją książkę wyznaniem, że dla niego Rétif jest największym pisarzem XVIII wieku. Paradoks? "Cóż chcecie, takie jest moje zdanie i podzielam je" - kończy z humorem Funck-Brentano, czerpiąc tę lokucję bodajże z pana Prudhomme.

Gdyby ta opinia choć w połowie była prawdą, wówczas stosunek literatury do tego pisarza - bojkot trwający przez cały wiek z górą - trąciłby skandalem! Sam ten fakt wydaje mi się dostatecznie ciekawy. Ale jeszcze ciekawsze może są okoliczności, które go objaśniają. Casus Rétifa (darujmy sobie owo "de La Bretonne", którym przyozdobił stare rodowe nazwisko wieśniaków) jest bardzo znamiennym przyczynkiem do ewolucji obyczajowej dwóch stuleci.

Koleje literackie Rétifa były pokrótce takie. Syn chłopski, zecer w Auxerre, później w Paryżu - z którym to fachem nie rozstał się niemal do końca życia - samouk, autor kilku przez prasę ledwo zauważonych utworów, nagle bierze szturmem krytykę i publiczność powieścią Chłopek znieprawiony (Le Paysan perverti). Powieść, wydaną (1775) bezimiennie, wzięto zrazu za dzieło Diderota albo Beaumarchais'ego! Sukces na miarę sukcesu Nowej Heloizy Russa. Autor staje się z dnia na dzień najsławniejszym człowiekiem w Paryżu. Ma wówczas lat czterdzieści jeden. Odtąd płodność jego nie ustaje ani na chwilę; Rétif wyrzuca raz po raz po kilka tomów powieści, rozpychając tę podatną formę swymi rojeniami na wszystkie tematy, projektami reform, dysertacjami, filozofią, kosmogonią, socjologią, ale przede wszystkim wprowadzając w powieść elementy własnego życia i własnych przygód, przekształcanych, upiększanych i urozmaicanych na wszystkie sposoby. Publiczność czyta go chciwie; Rétif, taki, jak jest, ze swymi zaletami i wadami, odpowiada jej potrzebom. Popularny autor wciąga zresztą publiczność jakby do współpracy; kilkudziesięciotomowy (!) jego utwór Les contemporaines (rodzaj kroniki "pań swowolnych" XVIII wieku) mieści niejedną autentyczną opowieść, nadesłaną mu przez czytelnika i tylko przysposobioną do druku. Sam Rétif ze wszystkimi swoimi maniami i dziwactwami staje się osobliwością Paryża, staje się legendą; osoby z najświetniejszego towarzystwa uciekają się do podstępów, aby spędzić parę godzin w towarzystwie tego człowieka, naznaczonego dla współczesnych piętnem geniuszu, odludka przy tym i filozofa-cynika w rodzaju Jana Jakuba.

Poważna krytyka ówczesna zachowuje wobec tego trwałego sukcesu pewną powściągliwość. Z zaciekawieniem przeglądałem kolejne oceny sumiennego Meistera w rocznikach słynnej "Correspondance Littéraire". "Gdzież, u diaska, lokuje się geniusz?" - woła krytyk oszołomiony bogactwem, nowością i bezwstydem Chłopka znieprawionego. Ale później nierówność, niedbałość i bezkrytyczna, grafomanią trącąca obfitość Rétifa, w której tonęły oryginalne pomysły, śmiałe obrazy i szczęśliwe rzuty jego natchnienia, ściągały na pisarza częściej ujemną niż dodatnią ocenę. I rzecz charakterystyczna, która później powtórzy się z Balzakiem - wady jego, z których najcięższą był brak smaku, mniej szkodziły mu za granicą niż w ojczyźnie: w Niemczech, w Szwajcarii sławią go równocześnie jako największego pisarza współczesnej Francji, niemalże Europy. Dopełnia reputacji Rétifa utwór uznany za jego arcydzieło: Monsieur Nicolas, czyli serce ludzkie odsłonione; nie mniej niż szesnaście tomów licząca autobiografia, bezwzględnością obnażania się w "spowiedzi" pozostawiająca daleko poza sobą Wyznania Russa. Rozpływa się nad tą książką Schiller; Goethe po przeczytaniu Monsieur Nicolas pragnąłby poznać autora, Humboldt kreśli mu z Paryża jego wizerunek. Nie ma co mówić: Rétif był w danym momencie bardzo wielką figurą literacką.

Wszystko to zapada się jak czarami w nicość wraz ze swoją epoką. Autor Monsieur Nicolas, który dożył cesarstwa i umarł w roku 1806, zdążył umrzeć w zapomnieniu. Bo w istocie nigdy nie nastąpiła równie nagła przemiana społeczeństwa. Inny był już styl, inne gusta, inne reformy, inne zagadnienia; inny zwłaszcza Paryż, inna literatura.

Zapomnienie, w jakim utonął Rétif, pogłębiało się z biegiem lat. Nikt nie kwapił się odkryć na nowo przesławnego niegdyś autora. Jeśli go kto brał w rękę, to jakby przez szczypce. Bo do zmiany gustów i obyczajów przyłączyły się zmiany kryteriów moralnych.

Rétif w powieściach swoich malował Paryż Ludwika XV. Ale nie ten świat, który zwykło się łączyć z epoką - kawalerowie i markizy, wytworne i dyskretne zepsucie Laclosa czy Crébillona. Ten chłopek rzucony w wielkie miasto, urodziwy mężczyzna obdarzony gwałtownym pociągiem do kobiet i - jeśli mu wierzyć - fenomenalnymi w tym kierunku zdatnościami, poznał ów Paryż, który bliższy był rynsztoka niż pałacu; oglądał więcej niż wątpliwe dessous owej olbrzymiej spódnicy, którą była wówczas nakryta stolica świata. Paryż Rétifa to Paryż drobnego mieszczaństwa; Paryż gryzetek, modystek, baletnic, rajfurek, niebieskich ptaków; Paryż, w którym każdej niebrzydkiej dziewczynie przyświeca kariera jakiejś Pani Dubarry, każda wyciąga jedną rękę ku protektorowi o pełnej sakiewce, a drugą ku młodzieńcowi o ognistych zmysłach. Że przy tym handlu serc kochankowie obdarzają się nieraz mniej pożądanymi upominkami, to rzecz prawie nieunikniona i Rétif przekonał się o tym na własnej skórze... Niczego nam nie zataił; urodzony realista, malował to, co widział; chciał mówić - i w tym jego olbrzymie nowatorstwo w danej epoce - tylko prawdę i całą prawdę, a wyłącznie sprawą jego wciąż przekrwionego mózgu jest, że prawda ta barwi się raz po raz kolorami wyuzdanej fantazji. Zarazem, wyprzedzając Russa - bo jego, w znacznym stopniu autobiograficzny, Chłopek znieprawiony pojawił się, zanim Wyznania ujrzały światło dzienne - Rétif pakuje w literaturę siebie ze wszystkim, z duszą, z ciałem (i ze wszystkimi jego częściami), w pełnej świadomości, że każdy człowiek jest sam dla siebie niezastąpionym przedmiotem analizy i obserwacji. A równocześnie ten wykolejony syn wsi zachował w pamięci wyidealizowane obrazy sielskiej niewinności. Żyjąc w jednej z najbardziej rozwiązłych epok, dzieląc jej pokątne namiętności i rozkosze, sławi równocześnie surowe cnoty ojców swoich w siermiędze; jeżeli maluje jaskrawo i z takim smakiem zło, to dlatego aby od niego odstraszyć... Wszystko to najzupełniej trafiało w gusty jego epoki: podniecano swój apetyt miłosny jego opisami, wzdychano wraz z nim do cnoty, podziwiano abnegację jego spowiedzi, uznawano zacne intencje jego reformatorskich rojeń, szanowano go.

Z upadkiem monarchii zmieniły się po trosze obyczaje, ale zwłaszcza zmienił się fason. Nastał kolejno styl spartański, rzymski, klasyczny; potem heroiczny styl Cesarstwa, potem bigoteria Restauracji, potem mieszczańska pruderia Ludwika Filipa, potem cnotliwe cesarstwo cesarzowej Eugenii. Wszystko to stworzyło szereg klimatów nieprzyjaznych dla literackiej oceny Rétifa. Pamiętajmy, że w roku 1824 skonfiskowano... Niebezpieczne związki Laclosa, wydane pierwszy raz w roku 1782. Kiedy w roku 1828 Stendhal wziął w powieści Armance temat poważny, ale nieco drażliwy (impotencję), musiał go spowić w takie omówienia, że nikt z czytelników nie domyślił się, o co autorowi chodzi, i dopiero niedawno, po stu latach, rzecz ta została, dzięki znalezionym listom autora, wyświetlona! A proces Pani Bovary - w roku 1857... Pani Bovary, której inkryminowana wówczas opisowość jest w porównaniu z Rétifem istnym świętym obrazkiem!

Otóż trzeba pamiętać, że właśnie w atmosferze tej różnorakiej, ale nieustannej pruderii obyczajowej wzrasta nowa nauka: krytyka literacka, historia literatury. Czy może być znamienniejszy fakt niż to, że w swoich szesnastu tomach Poniedziałków Sainte-Beuve, którego chlubą jest, że nic w piśmiennictwie francuskim nie było mu obce, nie wymienia nawet nazwiska Rétifa de La Bretonne, pisarza tak wsławionego w poprzednim jeszcze pokoleniu? Nie darmo nazwał Gautier Sainte-Beuve'a "higrometrem epoki". To świętoszkostwo, które towarzyszy początkom krytyki literackiej jako nauki, niewątpliwie zaciążyło na niej; ono to przede wszystkim tak długo nie pozwoliło jej ocenić właściwą miarą Balzaka, tak długo kazało jej zamykać oczy na geniusz Stendhala.

Nieporozumienie to pogłębiało się z biegiem czasu, a to tym bardziej, że wyrzuciwszy Rétifa za nawias literatury, historycy jej czuli się zwolnieni od obowiązków czytania tego rozwlekłego i niechlujnego autora, zwłaszcza że, jak zaraz wskażę, czytanie to było dość utrudnione. Załatwiano się z nim coraz krócej, przeważnie epitetami. I surowy Bruneti?re dawał tylko dobitniejszy wyraz potocznej opinii, kiedy za całą charakterystykę nazywał go po prostu świnią czy wieprzem (ce pourceau de Rétif).

Jest w tym niewątpliwie co najmniej - uproszczenie... Bo ten Rétif, uważany przez kilka pokoleń krytyków XIX wieku za pornografa i świntucha, był dla współczesnych przede wszystkim - moralistą. Tego nie odmawiali mu nawet przeciwnicy, taką opinię o nim mieli nawet zacni księża. La Harpe (czerpię te relacje z monografii Funck-Brentano) chwali jego "grunt moralny"; inny zwie go "przyjacielem cnoty, który umie budzić do niej miłość"; ksiądz de Fontenay powiada toż samo, że "zawdzięczamy mu wspaniałe lekcje cnoty"... Dodajmy wreszcie, że jeden z utworów Rétifa, Życie mego ojca, był do dziś po wielekroć przedrukowywany w zbiorach literatury budującej, a ostatnie jego wydanie (1929) ukazało się z przedmową sędziwego Paula Bourgeta. Takie skrócone egzekucje, jak epitet Bruneti?re'a, mogły wyniknąć jedynie z braku perspektywy literackiej, z sądzenia jednej epoki kryteriami drugiej. Rzadko krytyka francuska popełnia ten błąd, ale w stosunku do Rétifa popełnia go wyraźnie.

(Jak te sprawy konwenansów literacko-moralnych bywają skomplikowane, niech świadczy fakt, że ten sam wiek XVIII, który się karmił romansami Rétifa, nie mógł znieść na afiszu teatralnym tytułu komedii Moliera Le Cocu imaginaire i zastąpił go gwoli przyzwoitości umyślnie na ten cel podrobionym tytułem Le mari qui se croit trompé3).

Jedno może być usprawiedliwieniem dla zbyt srogich gnębicieli Rétifa. Jest grube podejrzenie (i "rétifiści" popierali je nieraz dowodami), że jak wspomniałem, wiele osób, wyrażając sumaryczne sądy o tym pisarzu, nie widziało jego pism na oczy albo, o ile to i owo z nich czytali, czytali je źle, raczej po to, aby pobieżnym rzutem oka utwierdzić się w sądach odziedziczonych, niż aby sobie wyrobić sąd własny. I tu znowuż (strach, jakie to wszystko jest skomplikowane!) mieszają się w sprawę względy techniczne.

Oto jakie: Rétif był autorem straszliwie płodnym. Powieści jego mają po kilka lub kilkanaście tomów4. Ogółem napisał tomów dwieście czy więcej. Pisał improwizując; często, nie mając pieniędzy na koszt druku, sam - jako biegły zecer - składał rzecz wprost czcionkami, z głowy, bez pośrednictwa rękopisu5. Pisał (lub składał) jednym tchem, w gorączce tworzenia; pozbawiony wszelkiej samokrytyki i smaku, nie umie się ograniczyć, powtarza się, kołuje, ględzi, pakuje w powieść wszystko, co mu przejdzie przez głowę. Jako pisarz jest straszliwie nierówny, dla przygodnego odbiorcy bywa wręcz nieczytelny. "Gdzie Rétif jest dobry - powiedziano o nim - tam przewyższa najlepszych pisarzy swojej epoki; gdzie jest lichy, tam jest poniżej wszystkiego". Aby go poznać naprawdę, trzeba mieć cierpliwość, trzeba mu udzielić kredytu życzliwego nastawienia. Rétif jest jako człowiek zjawiskiem tak ekscentrycznym, dzieło zaś jego - będące po trosze jego dwustutomową autobiografią - tak ściśle zespolone jest z człowiekiem, że trzeba go koniecznie poznawać w związku z epoką, z biografią samego autora, z historią jego dzieł; na ten zaś trud dla mniej niż podrzędnego pisarza, jakiego zeń uczyniono, mało który z oficjalnych krytyków znajdował czas i ochotę.

Poznawać Rétifa... Ale skąd go brać?6 Drukowane za życia autora w niewielkich nakładach, sprzedawane na makulaturę, gdy minął okres powodzenia, pierwotne wydania Rétifa stały się rychło rzadkością. Niektóre utwory zaginęły całkowicie. (Kompletny zbiór oryginalnych wydań Rétifa posiada dziś zaledwie jeden bibliofil - szacują ten zbiór na pół miliona franków). Otóż, kiedy przyszło długie zapomnienie, księgarze nie mieli odwagi przedrukowywać Rétifa lub też przedrukowywano tylko niektóre jego utwory, najdrastyczniejsze, a i te podawano zwykle w silnych skrótach, sporządzonych pod kątem erotyzmu, co oczywiście przyczyniło się do utrwalenia swoistej opinii pisarza. Księgarze do reszty wypromowali Rétifa na pornografa.

Ta słaba i niepełna znajomość pisarza, jego nierówność, nieczytelność wreszcie wielu jego pism - wszystko to opóźniło rewizję sądów o nim; rewizję, która w normalnych warunkach byłaby nastąpiła zapewne od dawna. Bo sankcje, na których zasadzie potępiono go i wyświęcono z literatury, stały się od dawna przeżytkiem. Zważmy, że przez ten czas przewiał realizm, naturalizm, literatura brutalna, "literatura dokumentu" - wszystkie rodzaje, które mogłyby się powołać na ojcostwo Rétifa. Przyszły w literaturze kierunki przyznające ogromne miejsce sprawom płci, traktowanym z nie mniejszą, raczej o wiele większą od Rétifa dokładnością. Można dziś czytać Rétifa z nowym zaciekawieniem jako kopalnię dokumentów ludzkich, ale gorszyć się nim, np. po Kochanku Lady Chatterley, trudno.

Czemuż to mimo wszystko "rehabilitacja" literacka Rétifa idzie tak opornie? Może właśnie dlatego że wciąż, jeżeli już nie etycznie, to "technicznie" znajduje się on poza nawiasem literatury. Co za pisarz, którego nie ma sposobu przeczytać? Czytać Rétifa to znaczy szperać po bibliotekach, nieraz męczyć oczy nużącą pisownią (bo on miał i swoje manie ortograficzne), wyławiać pyszne stronice w istnym oceanie mętnej wody. I ta alternatywna: albo czytać go w trudnym do znalezienia i uciążliwym oryginale, albo też w skrótach, nieraz wątpliwej wartości.

Prawda, że w ostatnich latach (1930-1932) ukazało się piękne wydanie Rétifa (Editions du Trianon), opatrzone komentarzem jednego z najbardziej przekonanych i kompetentnych "rétifistów". Ale cóż? I to wydanie znalazło się w obliczu nieszczęsnej obfitości pisarza; aby dwieście z górą tomów Rétifa wcisnąć w dziewięć (wielkich co prawda) tomów Editions du Trianon, trzeba go było potężnie okroić. W Paysan et Paysanne pervertis, powieści pisanej w listach, mnóstwo listów postreszczano w dziesięciu słowach, co oczywiście przerywa prąd wrażeń... Monsieur Nicolas trzeba było zredukować do trzeciej części. Mimo to wydanie Editions du Trianon znakomicie posunęło naprzód sprawę Rétifa.

Ale znowuż... gdzie ono jest? Wydanie to, drogie, odbite luksusowo w niewielkiej ilości egzemplarzy, rozchwytane przez bibliofilów, rychło wyczerpane, też nie dotarło do ogółu; wciąż Rétif pozostał w kręgu ciekawostek literackich. Miał dobry instynkt Laclos, że cały streścił się w kilkuset stronicach Niebezpiecznych związków, a niemniej dobry instynkt miał Prévost, że w mnogości swoich, jakże zapomnianych dziś, utworów wylągł małą perełkę - Manon Lescaut... Ale nie dla Rétifa takie miniatury; jego dwieście tomów są organicznym wyrazem jego furii wyżycia się, nieustannej erekcji jego mózgu i wyobraźni.

Jak bądź się rzeczy mają, faktem paradoksalnym może, ale niemniej faktem jest, że autor, mieniony przez swego monografistę (starego, poważnego historyka) "największym pisarzem XVIII wieku", nigdy nie doczeka się pełnego wydania7. Bo "klasyk" o tyle opłaca się księgarzom, o ile jest "dla młodzieży"; nie wyobrażam sobie takiej koniunktury obyczajowej, w której Rétif, mimo swego kultu cnoty, stałby się autorem dla młodzieży. Dzieła jego będą tedy zawsze mniej lub więcej niedostępne. I to jest dość osobliwa sytuacja.

Nie pomogła nawet dwóchsetna rocznica jego urodzenia, która przypadła właśnie (1934)8. Wiadomo, jak Francuzi umieją i lubią święcić takie daty. Ale nie "wieprza"... Toteż ta rocznica wypadła nader słabo, mimo wystawy poświęconej Rétifowi i jego epoce. Specjalny numer wydało pismo humanistyczno-lekarskie "Hippocrate", gdzie we wstępnym artykule lekarz, dr Charpentier rozważa Rétifa z punktu widzenia - psychopatologii. Jednym z epitetów, jakie mu z dawien dawna przyczepiono, jest "erotoman". Po części dlatego że napisał m.in. utwór - jak wszystkie autobiograficzny - Ostatnia przygoda czterdziestopięcioletniego mężczyzny. To wystarczyło, aby cnotliwa krytyka literacka wieku XIX obrzuciła go epitetami "starczy", "lubieżny" itd. Dziś, gdy okres miłości przesunął się nieco (nawet w pojęciach cnotliwej krytyki), warto by może zrewidować ów wyrok. Ale skądinąd nie ulega wątpliwości, że Rétif, jak każdy wielki twórca, ma cechy patologiczne, że jest dosłownie opętany swoim życiem, swoją płcią, swoim dziełem. Może nawet trochę więcej od innych. "Fetyszysta", "mitoman" "kompleks kazirodztwa" - takie padają słówka z jego powodu. I kiedy czytać wielką spowiedź Rétifa, Monsieur Nicolas, uzupełnioną Moim kalendarzem - "rozumowanym" indeksem trzystu sześćdziesięciu pięciu kobiet - kiedy sobie uprzytomnić jego samego, jak błądzi nocami po Wyspie Świętego Ludwika w Paryżu, ryjąc na kamieniach parapetu daty i wypadki swego miłosnego życia, aby je co rok odczytywać ze łzami (Felicitas! - data tota9 - pisze, zawsze po łacinie, na kamieniu), ma się uczucie, że w wielkiej menażerii osobliwych zwierząt, jaką po trosze jest literatura, ogląda się w Rétifie jedno z niesamowitszych. I trudno oprzeć się myśli, że historia literatury dotkliwie się zubożyła, pozbawiając się tego okazu.

Więcej niżby się mogło zdawać. Bodaj przez wzgląd na ulubiony rozdział o "wpływach". Co za kopalnia tematów! Rétif a Balzak; Gaudet d'Arras a Vautrin. Prowincja a Paryż u Rétifa a u Balzaka, Rétif a Laclos, markiza de Merteuil!... Rétif a Zola... A Rétif jako prekursor! Przerażająca (i niewolna może od przesady) jest ilość dziedzin, w których, wedle "rétifistów", ten genialny samouk i poligraf był prekursorem, od Fouriera i Saint-Simona aż do rozmaitych innych. Bądź co bądź ustęp, w którym Rétif między dwoma sprośnymi scenami mimochodem szkicuje zasadę przyszłej nauki wielkiego Pasteura, jest w istocie zdumiewający. "Gdzież, u diaska, lokuje się geniusz!" - trzeba powtórzyć wykrzyknik Meistera.

(Słówko o rycinach, które też są pośrednim objawem "fetyszyzmu" Rétifa. Biedaczysko rujnował się, aby ozdabiać pisma swoje ilustracjami, które malarz Binet musiał wykonywać ściśle podług jego wskazówek: mikroskopijna nóżka, dwa razy za mała dla wyniosłej postaci, talia cienka jak osa, wydatny biust, podany jak legumina na talerzu. Malarz bronił się, jak mógł, inaczej te ideały Rétifa zmieniłyby się w istne monstra).

Przyznaję, że odkąd zetknąłem się z tym pisarzem, interesuje mnie on bardzo. I jako problem krytyki, i jako zjawisko literackie. Toteż mam nadzieję jeszcze do niego powrócić, bodaj aby zalecić ową tak interesującą Ostatnią przygodę czterdziestopięcioletniego mężczyzny, którą przygotowuję do druku w polskim wydaniu10. Znalazłem w bibliotekach warszawskich (zwłaszcza w Bibliotece Krasińskich) stare, pożółkłe egzemplarze jego najgłośniejszych utworów. Otwierałem je z szacunkiem i ze wzruszeniem: może jaka prababcia czytała je z wypiekami na twarzy? Mam w Biblioth?que Elzévirienne jego dziwne Inscripcions11 (owe napisy w kamieniu) i różne nowe wydania Rétifa. Do jednego - najpiękniejszego - doszedłem w oryginalny sposób. Przed kilu laty pewnego dnia poczta wręczyła mi dużą paczkę z Paryża. Otwieram i widzę, zdumiony, owo wspaniałe wydanie Editions du Trianon, pan Stanisław Kahan, Polak, bibliofil i smakosz literatury, doniósł mi, że przeczytał w restauracji polskiej mój felieton o Stykach i że przez wdzięczność przesyła mi ten upominek. To było utrwalenie mojego "rétifizmu". Przez Stykę do Rétifa! - Jak nie być mistykiem wobec tak wyraźnego odcisku palca Opatrzności!...

Z tomu Nieco mitologii, 1935

1 W roku 1985 powstało wciąż prężnie działające Towarzystwo Rétifowskie (Société Rétif de la Bretonne) mające stronę internetową http://retifdelabretonne.net/ i wydające pismo "Etudes Rétiviennes", którego ukazały się dotąd pięćdziesiąt dwa zeszyty, pierwszy liczył czterdzieści cztery strony, ostatni około trzysta. Badanie dokumentów archiwalnych dotyczących Rétifa rozpoczął już w czasach Boya Gilbert Rouger. Później na tym polu szczególnie zasłużyli się Philippe Havard de la Montagne i Jean Charleux.
2 Po monografii Frantza Funck-Brentana Rétif de la Bretonne, Portraits et documents inédits (1928) ukazała się książka Adolphe'a Tabaranta Le vrai visage de Rétif de la Bretonne (1936), będąca pierwszą próbą dotarcia do prawdy przesłoniętej przez Pana Mikołaja. Z późniejszych biografii na uwagę zasługują tylko dwie: Ned Rival, Les Amours perverties. une biographie de Nicolas-Edme Rétif de la Bretonne (1982) i Daniel Baruch, Nicolas-Edme Restif de la Bretonne (1996). Ze stale rosnącej literatury o twórczości Rétifa najcelniejsze są trzy monografie: Charles A. Porter, Restif's novels (1967), Pierre Testud, Rétif de la Bretonne et la création littéraire (1977) i David Coward, The Philosophy of Restif de la Bretonne (1991). Z opracowań w języku polskim wypada wymienić poświęcony Rétifowi monograficzny numer "Literatury na Świecie" 4-5 (1997), gdzie podano dalszą literaturę.
3 Oryginalny tytuł Moliera Rogacz z urojenia zastąpiono przez Mąż, który mniema się zdradzanym.
4 Boy się rozpędził: najwyżej osiem, na ogół cztery. Kilkanaście tomów mają zbiory szkiców i nowel, poza Współczesnymi, które liczą sobie czterdzieści dwa (małe) tomy.
5 W istocie tak bywało, ale z rzadka, kiedy Rétif dodawał coś w korektach.
6 Tu sytuacja całkiem się odmieniła. We Francji pojawiło się parę starannych wydań Wieśniaka znieprawionego (to tytuł lepszy niż Boyowski Chłopek), dwa wydania Wieśniaczki znieprawionej i kilka pomniejszych powieści. Od jakiegoś czasu wydawnictwo Honoré Champion wydaje utwory Rétifa w doskonałym opracowaniu krytycznym Pierre'a Testuda; niedawno wyszedł tom Wieśniak i wieśniaczka znieprawieni, a ostatnio Noce paryskie.
7 Boy szczęśliwie okazał się kiepskim prorokiem: w wydawnictwie Slatkine Reprints ukazało się w dwustu siedmiu tomach faksymile wszystkich pierwszych wydań utworów Rétifa.
8 Dwusetną rocznicę śmierci (2006) uczczono m.in. dużą wystawą w Auxerre z bardzo ciekawym katalogiem zatytułowanym Je suis né auteur, pour ainsi dire. Tamże stanął brzydki pomnik Rétifa.
9 Szczęście! - Oddała się bez reszty.
10 Ostatniej przygody Boy nie wydał. Ukazała się w roku 1989 w przekładzie, ze wstępem i przypisami Ryszarda Engelkinga.
11 Wydanie w serii Biblioth?que Elzévirienne, o którym pisze Boy, już się zdezaktualizowało: Pierre Testud wydał w dwóch tomach komentowane wydanie Napisów i odnalezionego przez siebie Dziennika z lat 1785-1796 (Mes Inscripcions et Journal, Manucius 2006 i 2010). Inne ważne i bardzo ciekawe dzieło Rétifa, Żwoty powtórzone (Les Revies, Voltaire Foundation 2006), wydał z rozproszonego, niekompletnego rękopisu Pierre Bourguet.