Pan Kołysanka - J.H. Markert

Kup ebooka

49.99 zł
41.72 zł (41,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 7

Beth

Teraz

Jako nie­dawno zaprzy­się­żony stróż prawa Beth otrzy­mała od Maxine Dupree pozwo­le­nie na pod­je­cha­nie przed szkołę radio­wo­zem. Zapar­ko­wała samo­chód na tyłach, za śmiet­ni­kiem, aby Gideon nie zoba­czył go przed wej­ściem. Teraz dzię­ko­wała Bogu za to auto.

Zanim wyszła z sali gim­na­stycz­nej, zła­pała za rękę swoją przy­ja­ciółkę, pie­lę­gniarkę Nata­lie Logs­don, która była w łazience, gdy pani Bigsby zemdlała. Beth od razu skie­ro­wała kum­pelę do wyj­ścia, choć ta chciała naj­pierw spraw­dzić, co z żoną Dok­tora.

Na impre­zie był obecny jesz­cze jeden zastępca sze­ryfa, Lump­kin, któ­rego wszy­scy w mia­steczku nazy­wali Lum­pem. Zdą­żył upić się jesz­cze przed przy­by­ciem Gide­ona i przy­snął sobie na krze­śle obok beczki pod­ta­pianki. Ponie­waż po ostat­nich cię­ciach budże­to­wych w biu­rze sze­ryfa bra­ko­wało ludzi, Beth mogła liczyć tylko na Nata­lie - pomoc­niczkę z doskoku. Wymy­ka­jąc się z sali gim­na­stycz­nej, zdą­żyły usły­szeć jedy­nie dzwo­nek tele­fonu Archiego Dupree, a teraz pędziły ulicą Guth­rie. Beth wie­działa, że Jax pró­buje się z nią skon­tak­to­wać, ale spe­cjal­nie nie odbie­rała. Niech nagra się na pocztę gło­sową. Pew­nie chciał, żeby przy­nio­sła mu tro­chę jedze­nia z imprezy. Była to więc sprawa o zde­cy­do­wa­nie niż­szym prio­ry­te­cie niż brak kon­taktu ze strony Meeksa. Sze­ryf nie tylko nie zadzwo­nił, ale też nie odbie­rał jej tele­fo­nów. To było do niego nie­po­dobne.

Sze­ryf Meeks żył pracą. Zwłasz­cza odkąd cztery lata temu jego żona zmarła na raka jaj­nika. Kie­dyś powie­dział nawet, że gdyby tylko Bóg dał, byłby na służ­bie dwa­dzie­ścia pięć godzin na dobę. Albo wła­śnie jechał do tunelu, albo stało się coś naprawdę złego. W każ­dym razie Beth nie mogła prze­stać myśleć o Szaj­bu­sie Simo­nie. O jego maka­brycz­nym rysunku "z natury" i dwóch cia­łach, które dzięki niemu zna­leźli. Zwłoki były tak bar­dzo zakrwa­wione i pokryte muchami pluj­kami, że nawet jej szef zwy­mio­to­wał w trawę. Okropny widok, ale teraz Beth modliła się tylko o to, by nie zna­leźli trze­ciego trupa.

Sie­dząca na miej­scu pasa­żera Nata­lie opu­ściła szybę i z uśmie­chem na ustach powi­tała zimny powiew wia­tru, muska­jący jej twarz. Miała dłu­gie, czarne włosy, które powie­wały teraz niczym podarty lata­wiec.

- Ty i ja... Jeste­śmy jak Bon­nie i Bon­nie - powie­działa Nata­lie.

- Z tą róż­nicą, że nie jeste­śmy ucie­ki­nier­kami wyję­tymi spod prawa.

- Racja. My repre­zen­tu­jemy prawo.

- Nie my, tylko ja. Ja repre­zen­tuję prawo.

Nata­lie prych­nęła.

- A ja to co? Kim jestem? Twoim poma­gie­rem? Dziew­czynką na posyłki?

- Nie. Ty jesteś pijaną pie­lę­gniarką - stwier­dziła Beth. - Powin­nam była zosta­wić cię z Lum­pem.

- Lump ma poważne pro­blemy ze sobą.

- Wszy­scy je mamy.

Nata­lie popi­jała wodę z butelki, którą gwizd­nęła ze sto­iska, zanim wyszły z sali gim­na­stycz­nej. Na impre­zie wychy­liła cztery kie­liszki czer­wo­nego wina i zale­żało jej na szyb­kim wytrzeź­wie­niu, zanim dotrą do jaru. Poru­sza­nie się tymi zale­sio­nymi zbo­czami było wystar­cza­jąco trudne na trzeźwo, a co dopiero po pijaku.

- Na pewno dasz radę tam ze mną pójść? - zapy­tała Beth, pędząc główną ulicą na pół­noc, w kie­runku jaru i sta­rego tunelu kole­jo­wego. - Możesz zostać w samo­cho­dzie, serio.

- Ta, jasne. Nie pusz­czę cię tam samej - oznaj­miła Nata­lie, po czym wypiła dusz­kiem resztkę wody. - Zaraz mi przej­dzie.

Wło­żyła do ust mię­tową gumę, jakby świeży oddech mógł pomóc Dok­to­rowi, a następ­nie wysta­wiła głowę z powro­tem przez okno, jak pies roz­ko­szu­jący się wia­trem.

Ulice były puste. Pra­wie wszy­scy zgro­ma­dzili się w sali gim­na­stycz­nej. Wyją­tek sta­no­wili ci, któ­rzy mieli dyżur lub leżeli w szpi­talu albo byli nie­do­łężni i zostali w domu. Ponadto na imprezę nie przy­szły odludki i osoby spoza mia­steczka, które Mic­key French zatrud­nił do reno­wa­cji Ula - zabyt­ko­wego hotelu.

Jak tu spo­koj­nie. Za spo­koj­nie, pomy­ślała Beth, zaci­ska­jąc ręce na kie­row­nicy tak mocno, że aż knyk­cie jej pobie­lały.

Beth nie przy­pusz­czała, że impreza Maxine Dupree spo­tka się z takim zain­te­re­so­wa­niem. Fre­kwen­cja prze­szła jej naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Sta­wiała, że zjawi się jedna czwarta, góra połowa miesz­kań­ców. Kto by się spo­dzie­wał... Ludzie przy­szli świę­to­wać powrót męż­czy­zny, któ­rego wielu z nich wciąż obwi­niało o to, co stało się z Sul­lym. Cho­ciaż Beth powinna była prze­wi­dzieć, że tak będzie. Zwłasz­cza teraz, gdy tunel znów był otwarty. Fakt, że zna­le­ziono przed nim dwa ciała, jedy­nie dolał oliwy do ognia. W prze­ci­wień­stwie do Beth i Meeksa, reszta miesz­kań­ców nie znała maka­brycz­nych szcze­gó­łów tej sprawy. Zało­żyli więc, że to kolejna zbrod­nia powią­zana z "zabój­czym tune­lem". Jed­nak Beth była innego zda­nia. W całej nie­chlub­nej histo­rii Har­rod's Reach zabój­stwa zawsze miały miej­sce w tunelu, a tym razem ofiary jedy­nie pod­rzu­cono bli­sko jego wej­ścia. Zbrodni doko­nano gdzie indziej. Beth uwa­żała, że te zabój­stwa róż­nią się od wszyst­kich dotych­cza­so­wych i Meeks przy­znał jej rację. Co wię­cej, zastęp­czyni sze­ryfa doszła do wnio­sku, że ofiary zgi­nęły z rąk róż­nych spraw­ców. Kobieta praw­do­po­dob­nie została zamor­do­wana przez Pod­ku­wa­cza, który nor­mal­nie gra­so­wał daleko na wschód od Har­rod's Reach.

Tak czy ina­czej, ludzie się boją - pomy­ślała Beth. To nor­malne, że w takich oko­licz­no­ściach nie chcą być sami. W gru­pie czują się pew­niej.

Zastęp­czyni sze­ryfa co jakiś czas zer­kała na swoją przy­ja­ciółkę, która trzeź­wiała w przy­spie­szo­nym tem­pie. Trudno jej było zacho­wać powagę. Po czę­ści zazdro­ściła Nata­lie jej podej­ścia do życia. Może powinna posłu­chać jej rady? Wylu­zo­wać i tro­chę się zaba­wić? Nata­lie od lat wręcz bła­gała o to swoją kum­pelę.

Beth nie piła i nie zamie­rzała, cho­ciaż może w tych oko­licz­no­ściach alko­hol dobrze by jej zro­bił. Uko­iłby nerwy. Osta­tecz­nie serce waliło jej jak mło­tem.

Powstały nad drogą bal­da­chim z wyso­kich drzew two­rzył coś w rodzaju tunelu. Po pra­wej Beth i Nata­lie mijały cmen­tarz White Wall. Z lewej zaś roz­ta­czał się widok na park, ulicę Mal­lard i zabyt­kową nie­ru­cho­mość rodziny Dupree, zwaną Powa­la­ją­cym Domem. Jesz­cze dalej można było dostrzec Ul - hotel, w któ­rym naj­wy­raź­niej prace remon­towe szły pełną parą. Świad­czył o tym odbi­ja­jący się echem stu­kot młot­ków.

We wstecz­nym lusterku z każdą chwilą to wszystko sta­wało się coraz mniej­sze.

Zimne powie­trze, które Nata­lie wpu­ściła przez otwarte okno, dzia­łało na przy­ja­ciółki aż nazbyt ożyw­czo. Obie miały dresz­cze.

Nata­lie wło­żyła głowę z powro­tem do samo­chodu, oparła się o zagłó­wek i zamknęła oczy. Do jaru i Jed­no­stron­nej Góry zostały zale­d­wie trzy kilo­me­try. Nata­lie odpły­nęła. Jed­nak gdy samo­chód wje­chał na wybo­isty odci­nek ulicy Guth­rie w dziel­nicy histo­rycz­nej, pie­lę­gniarka od razu została wyrwana ze snu. Pomimo tak bru­tal­nego prze­bu­dze­nia przez wie­kowy bruk, Nata­lie wyglą­dała na cał­kiem wypo­czętą.

- I jak tam drzemka?

Nata­lie ziew­nęła.

- Długo spa­łam?

- Jakieś dzie­sięć sekund.

Nata­lie uchy­liła okno i zwią­zała dłu­gie włosy w koń­ski ogon. Była gotowa do dzia­ła­nia.

Wszyst­kie drogi odcho­dziły od Guth­rie. Two­rzyły ide­alne, wypie­lę­gno­wane kwa­dra­towe prze­strze­nie z drze­wami posa­dzo­nymi w rów­niut­kich rzę­dach. Latar­nie uliczne oraz miej­skie ławki z kutego żelaza miały fan­ta­zyjne kształty. Drzewa także były zadbane i rosły wiel­kie niczym sekwoje. Beth wje­chała naj­pierw w ulicę DuPont, a potem Mal­loy, która roz­po­czy­nała dwu­stu­me­trowy odci­nek ostrych zakrę­tów pro­wa­dzą­cych do jaru. Do miej­sca, w któ­rym nie­gdyś znaj­do­wały się tory kole­jowe. Zanim zostały pochło­nięte przez roślin­ność i roz­kra­dzione.

Cza­sami naj­le­piej było zakli­nać rze­czy­wi­stość. Uda­wać, że tunel to nic takiego, miej­sce jak każde inne. Tak. Wła­śnie to zamie­rzała zro­bić Beth. A przy­naj­mniej miała nadzieję, że zdoła do tego stop­nia oszu­kać samą sie­bie.

Nie­stety, nie tym razem. Gdy wyszła z samo­chodu i zoba­czyła zapar­ko­wany radio­wóz Meeksa, wysy­ła­jący czer­wono-nie­bie­skie świa­tło w ciem­ność zaro­śnię­tego jaru, wydu­siła z sie­bie jedy­nie pyta­nie:

- A kim ja jestem w tym ukła­dzie?

Kiedy Nata­lie spoj­rzała na nią pyta­jąco, Beth dodała:

- Bon­nie czy Bon­nie?

Na co pie­lę­gniarka odpo­wie­działa z uśmie­chem:

- Oczy­wi­ście, że Bon­nie.

Po tych sło­wach ruszyły w dół zbo­cza. Beth oświe­tlała drogę latarką.

Sygnał karetki z każdą minutą sta­wał się coraz gło­śniej­szy. Jed­nak zanim przy­ja­ciółki poko­nały pokryte rosą zbo­cze i zanu­rzyły się w morze chwa­stów, jeżyn i wyso­kiej trawy, syrena uci­chła. Karetka dotarła na górę. Teraz sygna­li­zo­wała swoją obec­ność jedy­nie miga­ją­cymi biało-czer­wo­nymi stro­bo­sko­pami, oświe­tla­ją­cymi poro­śniętą dolinę.

Pomimo całego tego zamie­sza­nia Beth sku­piła się na wiązce świa­tła latarki i ostroż­nych kro­kach swo­jej towa­rzyszki, która szła dwa kroki przed nią. Pie­lę­gniarka poru­szała się nie­zwy­kle pew­nie. Nie­wy­klu­czone, że była tu wię­cej razy, niż chciała przy­znać.

Nata­lie odgięła wysta­jącą gałąź i przy­trzy­mała ją tak, by nie ude­rzyła w twarz Beth. Gdy ich oczom uka­zało się połu­dniowe wej­ście do tunelu, pie­lę­gniarka zamil­kła. Jed­no­stronna Góra. Tak naprawdę nikt nie wie­dział, skąd wzięła się nazwa tej czę­ści jaru. Jeśli przyj­rzeć się dosta­tecz­nie dokład­nie, można było dostrzec drugą stronę. Na pewno miała ją wychod­nia, w któ­rej wykuto tunel. W końcu to wła­śnie tam, po dru­giej stro­nie, Szaj­bus Simon zna­lazł ciała.

Teraz w głębi tunelu migo­tała latar­nia.

Z kolei za ple­cami przy­ja­ció­łek świe­ciły latarki wezwa­nych ratow­ni­ków medycz­nych. Jakieś dwa­dzie­ścia metrów przed łuko­wa­tym wej­ściem do tunelu Nata­lie i Beth wymie­niły spoj­rze­nia i ruszyły dalej po gru­zach. Do miej­sca, w któ­rym cegły zmie­niały się w pył, trawę i zbitą glebę. A potem przy­ja­ciółki weszły do tunelu. Od razu poczuły spa­dek tem­pe­ra­tury, przez co miały wra­że­nie, jakby zna­la­zły się w jaskini. Powiew wia­tru wzbi­jał kurz i niósł ze sobą smród zaskle­pio­nego brudu. Woda kapała ze ską­pa­nego w ciem­no­ści stropu, ale Beth nie zamie­rzała świe­cić nań latarką. O nie. Nata­lie tym bar­dziej - sta­rała się iść ze wzro­kiem wbi­tym w zie­mię. Nic dziw­nego. Obie sły­szały tę samą nie­po­ko­jącą histo­rię z lat sie­dem­dzie­sią­tych o Char­liem Pon­set­te­rze. Ponoć pew­nej nocy, będąc w tunelu, męż­czy­zna skie­ro­wał świa­tło latarki w górę. Zarze­kał się, że zoba­czył wtedy Leonarda Ste­warta, miej­sco­wego fry­zjera, wspi­na­ją­cego się po ska­li­stym stro­pie.

Char­lie był uza­leż­niony od alko­holu i trawki oraz znany z wybu­ja­łej wyobraźni i mito­ma­nii. Jed­nak tam­tej nocy w tunelu fak­tycz­nie musiał COŚ zoba­czyć. Coś, co spra­wiło, że z dnia na dzień zro­bił się siwy jak gołą­bek i przez ostat­nie osiem lat swo­jego życia miał nie po kolei w gło­wie. Aż do jesieni 1982 roku, kiedy to powie­sił się na dębie. Na podwórku swo­jej maco­chy.

Przez lata Lenny'ego Ste­warta pytano o tę sytu­ację i zawsze zby­wał żar­tem docie­ka­nia wścib­skich miesz­kań­ców. Zresztą w tam­tym cza­sie nikt nie podej­rze­wałby go o podobne eks­cesy. Lenny Żyleta, bo tak nazy­wali go wierni klienci, któ­rym ser­wo­wał bar­dzo pre­cy­zyjne gole­nie po strzy­że­niu, był tęgim face­tem pod sześć­dzie­siątkę. Nie wspi­nał się po żad­nych stro­pach. A już szcze­gól­nie trudno było go sobie wyobra­zić w tym dłu­gim, brud­nym i zim­nym tunelu. Wyda­wało się to co naj­mniej absur­dalne. Jed­nak nikomu nie było do śmie­chu, gdy dzie­sięć lat póź­niej Lenny Żyleta zmarł na atak serca pod­czas gole­nia pra­wego policzka Henry'ego Cal­cutty. Nikomu nie było do śmie­chu rów­nież wtedy, gdy naj­star­szy syn Lenny'ego, Joey Żyleta, który rów­nież trud­nił się fry­zjer­stwem, prze­czy­tał testa­ment ojca. Stary Ste­wart wie­rzył, że został opę­tany w tunelu przez Meli­noe. Joey spraw­dził, cóż to takiego i odkrył, że ojcu cho­dziło o pewne bóstwo ze świata zmar­łych. Nimfę z mito­lo­gii grec­kiej o prze­dziw­nym wyglą­dzie, która wywo­ły­wała kosz­mary i sza­leń­stwo. Cóż, nie da się ukryć, że do przy­padku Lenny'ego paso­wało to jak ulał.

Jakby tego było mało, testa­ment sta­rego Żylety skry­wał jesz­cze jedną nie­spo­dziankę. Lenny wyznał w nim, że zosta­wił miesz­kań­com Har­rod's Reach pre­zent w piw­nicy pod swoją sto­dołą. Joey "otwo­rzył go" jako pierw­szy. Po tym doświad­cze­niu dwa kolejne dni spę­dził na piciu szkoc­kiej i zasta­na­wia­niu się, czy wezwać poli­cję. Wie­dział, że jeśli to zrobi, opi­nia miesz­kań­ców mia­steczka na temat jego ojca dia­me­tral­nie się zmieni, ale w końcu posta­no­wił zadzwo­nić. W tam­tym okre­sie detek­tyw Har­ring­ton zaj­mo­wał się zabój­stwami powią­za­nymi z tune­lem - doko­na­nymi w środku lub w pobliżu tego miej­sca. To były kolejne "złote czasy". Tak je nazy­wano. Jedna z wielu podob­nych dekad w histo­rii tunelu. Po tele­fo­nie Joeya detek­tyw wyniósł z piw­nicy sto­doły Lenny'ego szczątki około dwóch tuzi­nów psów i ponad pięć­dzie­siąt sło­ików krwi, którą z nich upu­ścił. Krwi, którą stary Żyleta lubił popi­jać sobie w kie­liszku do mar­tini. Sia­dał w buja­nym fotelu na weran­dzie w cza­sie pełni księ­życa i sączył. Naprawdę głę­boko wie­rzył w swoje opę­ta­nie. Zgod­nie z ostat­nią wolą Lenny'ego, rodzina roz­sy­pała jego pro­chy w jarze oraz tunelu, do któ­rego wła­śnie weszły Beth i Nata­lie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

Beth

Teraz

Beth Gard­ner zdą­żyła prze­pra­co­wać rap­tem dwa tygo­dnie jako zastęp­czyni sze­ryfa, gdy Szaj­bus Simon wszedł do ich biura z piłą łań­cu­chową.

Sze­ryf Gro­ver Meeks wspo­mniał jej już kilka dni temu, jak Simon nazy­wał swoją piłę. Nie wspo­mniał jed­nak, że posu­nął się do pod­pi­sa­nia narzę­dzia czar­nym mar­ke­rem. Słowo Roz­pru­wacz wid­niało na nie­bie­skiej taśmie malar­skiej przy­kle­jo­nej do ręko­je­ści piły. Barki Simona były tak sze­ro­kie, że ledwo mie­ściły się w drzwiach i cał­ko­wi­cie przy­sła­niały słońce, co zasko­czyło Beth. Pra­wie tak bar­dzo jak to, że męż­czy­zna nie zro­bił w nazwie błędu orto­gra­ficz­nego.

Beth wstała, gdy tylko Szaj­bus prze­kro­czył próg biura sze­ryfa.

- Ani kroku dalej, Simon.

Męż­czy­zna zastygł w bez­ru­chu, jakby grał w zamro­żo­nego berka.

Simon nie był potwo­rem, tylko dziw­nym i ocię­ża­łym umy­słowo sie­rotą. Trzy­dzie­sto­kil­ku­lat­kiem, który siał spu­sto­sze­nie w lasach Har­rod's Reach, odkąd tylko osią­gnął wiek umoż­li­wia­jący utrzy­ma­nie w rękach piły łań­cu­cho­wej.

Widać było, że Szaj­bus Simon nie próż­no­wał. Łań­cuch Roz­pru­wa­cza pokry­wały wióry, drzewne soki i Bóg jeden wie, co jesz­cze.

Ale nie ma krwi. Dobre i to, pomy­ślała Beth, powoli i ostroż­nie robiąc krok do przodu.

Podob­nie jak więk­szość ludzi miesz­ka­ją­cych w lesie wokół jeziora Har­rod's, Simon bywał w dziel­nicy histo­rycz­nej tylko wtedy, gdy naprawdę musiał. Ponadto, według naj­lep­szej wie­dzy Beth, do tej pory ani razu nie wszedł do biura sze­ryfa z wła­snej i nie­przy­mu­szo­nej woli. Oczy­wi­ście sze­ryf Meeks przy­pro­wa­dzał go tu wie­lo­krot­nie, ale ni­gdy nie trzy­mał dłu­żej niż kilka godzin. Simon tra­fiał do biura głów­nie wtedy, gdy wyci­nał drzewa na pose­sji jed­nego z sąsia­dów, z któ­rymi nie warto było zadzie­rać lub pory­wał się na wycinkę na pań­stwo­wym tere­nie. Ale to? To coś nowego - pomy­ślała Beth. Choć sze­ryf Meeks uczył ją, by w obli­czu tak nie­ty­po­wych sytu­acji zacho­wy­wała spo­kój, serce pod­sko­czyło jej do gar­dła. Pode­rwało się jak stado pta­ków spło­szo­nych wystrza­łem z pisto­letu.

- Co cię do nas spro­wa­dza, Simo­nie?

Był cie­pły, jesienny dzień, co naj­mniej dwa­dzie­ścia sześć stopni, a Simon miał na sobie wor­ko­wate dżinsy i fla­ne­lową koszulę w kratę. Beth czuła smród jego ciała z odle­gło­ści trzech metrów. Brą­zowe włosy męż­czy­zny były roz­czo­chrane. Podob­nie jak jego broda, wyraź­nie bar­dziej splą­tana po lewej stro­nie. Jakby spał w nocy wła­śnie na tym boku. Simon pod­niósł prawą rękę. Trzy­mał w dłoni kartkę papieru do dru­karki.

- Co to? - zapy­tała Beth.

Simon wska­zał głową na kartkę, jakby chciał powie­dzieć: "Weź to i sama zobacz". Nie był nie­mową. Beth nie­jed­no­krot­nie sły­szała mam­ro­ta­nie Simona. Wielu miesz­kań­ców mia­steczka lubiło go prze­drzeź­niać. Szaj­bus miał głos jak Billy Bob Thorn­ton w fil­mie Bli­zny prze­szło­ści, dla­tego wolał go nie uży­wać. Zwłasz­cza na forum publicz­nym.

Pre­fe­ro­waną przez Simona formą komu­ni­ka­cji były obrazy i trzeba przy­znać, że facet miał praw­dziwy talent. Wro­dzony czy zro­dzony z koniecz­no­ści - tego Beth nie wie­działa, ale nawet ze znacz­nej odle­gło­ści dostrze­gła na rysunku mnó­stwo szcze­gó­łów nakre­ślo­nych tuszem.

Beth pode­szła bli­żej i wyjęła kartkę z dłoni Simona, zwra­ca­jąc przy tym uwagę na wydatne knyk­cie męż­czy­zny. Po raz kolejny zer­k­nęła na zabru­dzony łań­cuch Roz­pru­wa­cza, by upew­nić się, że nie ma na nim ludz­kich szcząt­ków, a następ­nie sku­piła wzrok na rysunku. Natych­miast zdała sobie sprawę, że w Har­rod's Reach dzieje się coś naprawdę nie­do­brego.

Simon naszki­co­wał dwie postaci - kobiety i męż­czy­zny. Były cał­ko­wi­cie ubrane i leżały na ple­cach. W tle maja­czyło wej­ście do sta­rego tunelu kole­jo­wego. Tylko od któ­rej strony? Pół­noc­nej czy połu­dnio­wej? Beth nie była w sta­nie tego stwier­dzić, a nakre­ślone postaci nie dawały żad­nego pola do inter­pre­ta­cji.

Simon nary­so­wał mar­twych ludzi.

Leżeli obok sie­bie i trzy­mali się za ręce, ale naj­wy­raź­niej zostali bru­tal­nie zamor­do­wani.

- To ty zna­la­złeś te ciała? - zapy­tała.

Przy­tak­nął, nie odry­wa­jąc wzroku od swo­ich pory­so­wa­nych brą­zo­wych butów z roz­wią­za­nymi i mokrymi sznu­ro­wa­dłami. Któ­rędy Simon szedł, zmie­rza­jąc tutaj? Nie wia­domo.

- Doty­ka­łeś ich? Simon?

Simon potrzą­snął głową, obgry­za­jąc przy tym pazno­kieć. Beth ponow­nie spoj­rzała na rysu­nek.

Męż­czy­zna leżał pośród drzew i opa­dłych liści. Miał odciętą głowę, która spo­czy­wała na jego brzu­chu jak piłka do siat­kówki, przy­trzy­my­wana przez sta­ran­nie uło­żoną prawą rękę. Lewa była wycią­gnięta w stronę leżą­cej obok kobiety. Męż­czy­zna ści­skał swoją towa­rzyszkę nie­doli za dłoń.

A kobieta...

Beth pod­nio­sła wzrok.

- Czy to pod­kowa, Simo­nie?

Ski­nął głową, nie odry­wa­jąc wzroku od pod­łogi, po czym nie­spo­dzie­wa­nie ode­zwał się swoim beł­ko­tli­wym gło­sem:

- Tak, pro­szę pani.

Rozdział 2

Gideon

Teraz

Gideon Dupree wcale nie czuł się jak boha­ter.

Naj­pierw przez ponad trzy lata wydmu­chi­wał pustynny pył z noz­drzy, a teraz jako inwa­lida wra­cał do Har­rod's Reach. Jak ranny pies z pod­ku­lo­nym ogo­nem. Nie chciał być witany niczym boha­ter.

Powie­dział to matce, gdy kilka tygo­dni temu dzwo­nił zza oce­anu, by poin­for­mo­wać ją o swoim przed­ter­mi­no­wym zwol­nie­niu z woj­ska. Zwol­nie­niu z hono­rami i Meda­lem Pur­pu­ro­wego Serca. Przy­jął odzna­cze­nie z grzecz­nym podzię­ko­wa­niem. Uści­snął wszyst­kie ręce, które nale­żało uści­snąć i po raz ostatni zasa­lu­to­wał swoim zwierzch­ni­kom. W końcu przez cały ten czas jakoś z nim wytrzy­my­wali. Następ­nie upchnął swoje życie do woj­sko­wego worka, który dostał na samym początku służby. Życie, które zaczęło się tuż po osiem­na­stych uro­dzi­nach Gide­ona.

Pur­pu­rowe Serce leżało w pla­sti­ko­wej torebce. Razem z poci­skiem, przez który mie­siąc temu, pod­czas ataku na Nan­gar­har, Gideon pra­wie stra­cił nogę. Dupree roz­wa­żał nawet poło­że­nie poci­sku na ladzie sta­no­wi­ska odpraw lot­ni­ska LaGu­ar­dia, gdy prze­sia­dał się na samo­lot do domu, i zako­mu­ni­ko­wa­nie ład­nej ste­war­de­sie, że tak naprawdę to jest jego bilet. Jed­nak osta­tecz­nie zre­zy­gno­wał z tego pomy­słu. Po pro­stu ład­nie jej podzię­ko­wał i ruszył dalej, czyli zro­bił coś, co było zde­cy­do­wa­nie bar­dziej zgodne z jego naturą.

Choć idąc przez życie, stale się poty­kał, miał nadzieję, że pozo­sta­nie nie­zau­wa­żony.

Jesz­cze na lot­ni­sku Gideon zadzwo­nił do matki, by poin­for­mo­wać ją, że wylą­do­wał i wróci do domu Ube­rem. Już wtedy powi­nien był się poła­pać. Zorien­to­wać, że coś się święci. Ina­czej Maxine Dupree nie nale­ga­łaby tak bar­dzo na to, że sama zamówi mu Ubera. "Żebym mogła za niego zapła­cić" - takie było jej wytłu­ma­cze­nie. Zanim Gideon się roz­łą­czył, popeł­nił błąd. Zapy­tał, jak tam Sully, jego ośmio­letni brat. Odpo­wie­działa, że w porządku. Zro­biła to jed­nak po sta­now­czo za dłu­gim waha­niu, przez które Gideon zaczął się zasta­na­wiać, czy aby na pewno powie­działa prawdę.

Maxine dodała cicho, żeby na sie­bie uwa­żał, a potem zapy­tała:

- Sły­sza­łeś o mor­der­stwach?

- Nie, mamo. Co się stało? Jakie mor­der­stwa?

- W tunelu... Te mury...

- Mury? Co z murami? Coś się stało, mamo?

- Po pro­stu bądź ostrożny, dobrze? Uwa­żaj na sie­bie.

Myślał o tunelu przez całą drogę z lot­ni­ska. Wszystko w sta­rej, sen­nej osa­dzie kole­jo­wej krę­ciło się wokół miej­sca, w któ­rym jego młod­szy brat nie­mal stra­cił życie. Tunel został zamu­ro­wany trzy lata temu. Gideon dosko­nale pamię­tał ten dzień. Zaraz po poło­że­niu ostat­niej cegły poka­zał temu pokry­temu mchem paskudz­twu środ­kowy palec. Zamu­ro­wano go na obu krań­cach Jed­no­stron­nej Góry, a nie­długo póź­niej Dupree wyje­chał z Har­rod's Reach do woj­ska. Zamiast zawieźć go do domu, kie­rowca Ubera jak gdyby ni­gdy nic wje­chał na pusty par­king St. Michael's i powie­dział prze­pra­sza­ją­cym tonem:

- Mia­łem pod­rzu­cić pana tutaj. Ni­gdzie indziej. Takie otrzy­ma­łem instruk­cje.

Gideon zer­k­nął na drzwi pro­wa­dzące do sali gim­na­stycz­nej. Wie­dział, że w środku czeka pełno ludzi. Nie dał się zwieść pustemu par­kin­gowi. W Har­rod's Reach wszę­dzie można było dostać się na pie­chotę. Co chwila mijało się ogródki i dzie­dzińce, które według obie­go­wej opi­nii przy­po­mi­nały te w bar­dziej zna­nym i lubia­nym mie­ście Savan­nah w sta­nie Geo­r­gia.

- Na pewno nie da się pan prze­ku­pić? - Dupree zapy­tał kie­rowcę.

- Nie­stety nie, pro­szę pana, ale chciał­bym bar­dzo podzię­ko­wać za pań­ską służbę ojczyź­nie.

Gideon z tru­dem wycią­gnął swoją nie­sprawną nogę z samo­chodu i chwy­cił za ciężki worek woj­skowy.

Kie­rowca odwró­cił się w stronę tyl­nego sie­dze­nia i pomógł pasa­że­rowi wyjąć tobo­łek z auta, po czym zaga­dał:

- Podobno jest pan boha­te­rem... Dostał pan Pur­pu­rowe Serce i tak dalej. To prawda?

Gideon uprzej­mie udzie­lił mu rady, by nie wie­rzył we wszystko, co usły­szy, podzię­ko­wał za prze­jazd i zamknął drzwi samo­chodu. Przez chwilę stał w bez­ru­chu. Roz­wa­żał powrót na pie­chotę, jed­nak od domu dzie­liły go mniej wię­cej dwa kilo­me­try spa­ce­rem, a wizja kuś­ty­ka­nia z cięż­kim wor­kiem nie wyda­wała się zbyt kusząca. Doszedł więc do wnio­sku, że cokol­wiek czeka na niego w sali gim­na­stycz­nej, jakoś to prze­żyje. Prze­cież go nie zje­dzą.

Boha­te­ro­wie nie ucie­kają z pod­ku­lo­nym ogo­nem.

Kiedy z ple­ba­nii dobie­gło go szcze­ka­nie Maxa - gru­bego psa księ­dza Freda - Gideon dostrzegł przez kościelne witraże blask migo­czą­cych świec. Ina­czej zapa­mię­tał tę szkołę z czer­wo­nej cegły. Teraz wyda­wała się znacz­nie mniej­sza. Podob­nie jak sala gim­na­styczna i boisko do kick­ballu. Wszystko to przy­po­mniało mu o prze­rwach mię­dzy lek­cjami, zdar­tych kola­nach, sztyw­nych wytycz­nych doty­czą­cych ubioru i spo­wie­dziach, na któ­rych kła­mał jak z nut. Pomy­ślał też o Mary Pat, pew­nej zakon­nicy, która pry­chała za każ­dym razem, kiedy dzie­ciaki wygłu­piały się pod­czas lun­chu. Zawsze pytała wtedy: "No kto jest taki zabawny?". Na pewno nie Gideon. On ni­gdy się nie wydur­niał. Jed­nak zawsze krę­cił się wokół żar­tow­ni­siów.

Boha­te­ro­wie się nie wahają.

W sali gim­na­stycz­nej pew­nie była Beth. I Jax.

Z pew­no­ścią rodzice Gide­ona, Archi­bald i Maxine Dupree, rów­nież cze­kali w środku na powrót syna mar­no­traw­nego.

Otwo­rzył więc drzwi sali gim­na­stycz­nej, spo­wi­tej budzącą grozę ciem­no­ścią. Zaj­rzał do środka. Ktoś kich­nął. Ktoś inny zachi­cho­tał. Ktoś trzeci ich uci­szał. Zro­bił to tuż przed zapa­le­niem się świa­tła i grom­kim, zbio­ro­wym okrzy­kiem: "Nie­spo­dzianka!".

Jed­nym szyb­kim ruchem Gideon wycią­gnął Sig Sau­era P320 i wyce­lo­wał w pierw­szą osobę, która sta­nęła mu na dro­dze.

Rozdział 3

Beth

Teraz

Beth od początku była zda­nia, że przy­ję­cie nie­spo­dzianka dla Gide­ona to kiep­ski pomysł. Teraz jedy­nie utwier­dziła się w tym prze­ko­na­niu, sto­jąc stło­czona z pra­wie całym mia­stecz­kiem w dusz­nej sali gim­na­stycz­nej.

Gideon nie lubi nie­spo­dzia­nek.

Beth pró­bo­wała deli­kat­nie poru­szyć ten temat z matką Gide­ona. Zasu­ge­ro­wać Maxine Dupree, że jej synowi może nie spodo­bać się taka forma powi­ta­nia. Tylko jak tu odmó­wić kobie­cie, która od trzech lat nie widziała swo­jego dziecka?

Gideon od dziecka nie zno­sił gło­śnych dźwię­ków. W gim­na­zjum pod­ska­ki­wał po każ­dym szczek­nię­ciu psa księ­dza Freda i wzdry­gał się na dźwięk kościel­nych dzwo­nów. Nawet w Dzień Nie­pod­le­gło­ści zawsze oglą­dał fajer­werki z wnę­trza Powa­la­ją­cego Domu. A Sully? Był zupeł­nym prze­ci­wień­stwem swo­jego brata. Już jako ber­beć oglą­dał z ojcem sztuczne ognie na zewnątrz. Ba! Chciał je nawet zapa­lać.

Dla­tego Beth była zda­nia, że przy­ję­cie nie­spo­dzianka to naprawdę kiep­ski pomysł. Nawet pomimo faktu, że Gideon miał już dwa­dzie­ścia jeden lat i został odzna­czony Pur­pu­ro­wym Ser­cem.

W sali gim­na­stycz­nej zga­sły świa­tła. Wszy­scy nagle uci­chli, ponie­waż to był sygnał. Gideon wła­śnie wje­chał do Har­rod's Reach.

Beth trzy­mała na bio­drze Brody'ego, swo­jego dwu­let­niego synka. Gdy tylko zga­sły świa­tła, maluch zaczął bawić się odznaką matki. Podob­nie jak sze­ryf Meeks, jej szef, Beth zawsze była na służ­bie. Ponoć w tej pracy z cza­sem skoki adre­na­liny poja­wiają się coraz rza­dziej, a pasja przy­gasa, ale Gard­ner szcze­rze w to wąt­piła. Nie w jej przy­padku.

Nie w przy­padku kogoś, kto był do tej pracy stwo­rzony. Uro­dził się, by nosić odznakę.

- Jest ciemno - zako­mu­ni­ko­wał Brody.

- Zga­dza się.

- A dla­czego?

- Żeby zro­bić Gide­onowi nie­spo­dziankę.

- A kto to? Ten Gideon?

- Przy­ja­ciel z dzie­ciń­stwa.

- Jak wygląda?

Jak typowy kujon, pomy­ślała Beth.

- Za chwilę się dowiesz.

- Tata powie­dział, że to twój brat bliź­niak.

- Tata tylko tak sobie żar­to­wał. Wiesz, tacie nie zawsze wycho­dzą żarty. A tobie, zdaje się, nie zawsze wycho­dzi mówie­nie szep­tem - odparła. Na te słowa kilka osób sto­ją­cych tuż obok się zaśmiało. - Ale tak, ja i Gideon uro­dzi­li­śmy się tego samego dnia - szep­nęła Beth - a wła­ści­wie tej samej nocy. Do tego pra­wie przez całe życie miesz­ka­li­śmy bar­dzo bli­sko sie­bie.

- To jest twoim bra­tem bliź­nia­kiem czy nie?

- Nie - odpo­wie­działa. - I wystar­czy już tych pytań. Mie­li­śmy być cicho.

Brody pogła­skał odznakę swo­jej mamy. Nie lubił ciem­no­ści. Do snu potrze­bo­wał dwóch zapa­lo­nych lam­pek noc­nych.

Beth wyjęła tele­fon z tyl­nej kie­szeni spodni. Zła­mała w ten spo­sób pro­to­kół imprezy, ale dodała otu­chy Brody'emu. Przy­naj­mniej na chwilę.

- Wyłą­czę, gdy tylko usły­szę kroki. Zanim otwo­rzy drzwi. Obie­cuję - szep­nęła na swoją obronę do osób sto­ją­cych obok.

Na co jakiś kobiecy głos odpo­wie­dział:

- Nie musisz się tłu­ma­czyć, Beth. Rób co musisz.

Zawsze cie­szyła się w mia­steczku powa­ża­niem, ale odkąd została zastęp­czy­nią sze­ryfa, sza­cu­nek wzrósł jesz­cze bar­dziej. Dzie­się­cio­krot­nie.

Pal licho przy­ję­cie nie­spo­dziankę. Tak naprawdę Beth nie­po­ko­iło zebra­nie więk­szo­ści miesz­kań­ców mia­steczka w jed­nym miej­scu. W końcu zale­d­wie dwa dni temu odkryto zwłoki przed tune­lem. To była tajem­ni­cza sprawa. Do tego te ciała... Beth nie mogła prze­stać o nich myśleć. Wciąż miała je przed oczami. Odkąd zna­la­zła wraz z sze­ry­fem Meek­sem zwłoki nie­szczę­snej pary. Dotarli do nich mniej wię­cej godzinę po zja­wie­niu się Szaj­busa Simona w biu­rze. Swoją drogą mało­mówny męż­czy­zna nie­zwy­kle wier­nie oddał na rysunku wygląd miej­sca zda­rze­nia.

Beth odwró­ciła się tyłem do sto­ją­cych obok niej ludzi i znów zajęła się tym, co pochła­niało ją od rana - prze­glą­da­niem arty­ku­łów prze­róż­nych gazet. Googlo­wała godzi­nami w nadziei, że znaj­dzie jakąś wska­zówkę. Coś, co pomoże jej zro­zu­mieć naj­now­szą, straszną zbrod­nię, któ­rej doko­nano w Har­rod's Reach.

Brody się­gnął po tele­fon, ale Beth była na to przy­go­to­wana.

- Moment, skar­bie. Mama pra­cuje.

Prze­czy­tała wszystko, co wcze­śniej zdą­żyła jedy­nie prze­biec wzro­kiem. Wciąż nie udało im się ziden­ty­fi­ko­wać ofiar. Raczej nie był to nikt z Har­rod's Reach. Beth szu­kała więc w inter­ne­cie podob­nego modus ope­randi. Jak dotąd, nie zna­la­zła żad­nej sprawy, która przy­po­mi­na­łaby przy­pa­dek pozba­wio­nego głowy męż­czy­zny. Jed­nak jeśli cho­dzi o drugą ofiarę, sytu­acja wyglą­dała bar­dziej obie­cu­jąco. Beth wła­śnie prze­czy­tała na tele­fo­nie arty­kuł sprzed dwóch mie­sięcy o zbrodni w Char­le­sto­nie, w Karo­li­nie Połu­dnio­wej: dowody wska­zy­wały na gwałt, udu­sze­nie i urazy głowy, w tym twa­rzy, tępym narzę­dziem. Ponadto na miej­scu zda­rze­nia sprawca zosta­wił zakrwa­wioną pod­kowę, któ­rej użył do zada­nia cio­sów; leżała na klatce pier­sio­wej ofiary.

- Bingo - powie­działa cicho Beth.

- Bingo - powtó­rzył za nią Brody i znów spró­bo­wał się­gnąć po tele­fon.

- Już koń­czę.

Wzrok Beth zatrzy­mał się na nagłówku: Ostat­nia ofiara Dusi­ciela w śpiączce! Pod spodem mniej­szą czcionką było napi­sane: Wal­czy o życie w miej­sco­wym szpi­talu. Beth zaczęła czy­tać. Oca­lała to nie­jaka Maddy Boyle, dwu­dzie­sto­dwu­let­nia stu­dentka ostat­niego roku angli­styki i twór­czego pisa­nia w Col­lege of Char­le­ston. Gard­ner chciała dowie­dzieć się wię­cej, ale w tym momen­cie ktoś zako­mu­ni­ko­wał gło­śnym szep­tem:

- Idzie!

Beth wyłą­czyła tele­fon i scho­wała go do kie­szeni.

W sali gim­na­stycz­nej zapa­no­wała cisza. Wszy­scy cze­kali z nie­cier­pli­wo­ścią na przy­by­cie boha­tera wie­czoru, co Beth wciąż wyda­wało się dziwne. Jesz­cze wczo­raj wiele z tych osób szy­dziło z Gide­ona i obwi­niało go o wypa­dek Sully'ego. A teraz nagle wszy­scy świę­to­wali powrót star­szego z braci Dupree.

Hipo­kry­zja w naj­czyst­szej postaci - pomy­ślała Beth. Miej­scowi nie prze­pu­ści­liby oka­zji do picia i impre­zo­wa­nia. Byli gotowi przy­mknąć oko na powód świę­to­wa­nia - ten i tak wyda­wał się zbędny.

- A gdzie tata? - zapy­tał Brody.

- Jest z Sul­lym - odpo­wie­działa Beth.

Nagle drzwi się otwo­rzyły i wraz z Gide­onem do sali gim­na­stycz­nej wpadł blask księ­życa.

Zapa­liły się świa­tła. Wszy­scy krzyk­nęli: "Nie­spo­dzianka!".

A kiedy Gideon wyjął broń, Beth nie miała innego wyboru, jak tylko wycią­gnąć swoją.

Rozdział 4

Dok­tor

Teraz

Od nie­dawna przed tune­lem stał znak z ostrze­że­niem: NIE­BEZ­PIE­CZEŃ­STWO! WSTĘP WZBRO­NIONY!

Dok­tor Tra­vers Bigsby posta­no­wił je zigno­ro­wać. Zresztą podob­nie jak poprzed­niej i jesz­cze wcze­śniej­szej nocy. Prze­szedł przez las i zszedł w dół jaru. Aż do miej­sca, w któ­rym pociągi niczym kró­lo­wie pano­wały kie­dyś w Har­rod's Reach. Patrząc na to wgłę­bie­nie z góry, można było odnieść wra­że­nie, że prze­jeż­dżały przez nie loko­mo­tywy z dawno minio­nej epoki. Obec­nie jar pora­stała bujna roślin­ność. Głów­nie wysoka trawa i chwa­sty, lecz gdzie­nie­gdzie poja­wiły się młode drzewa. W powie­trzu wyraź­nie wyczu­wało się wil­goć.

Bigsby oświe­tlał sobie latarką drogę dzie­lącą go od czar­nej dziury, czyli wej­ścia do tunelu. Smród był obez­wład­nia­jący. Dok­tor czuł go z odle­gło­ści ponad trzy­dzie­stu metrów. Od tunelu bił odór zgni­li­zny. Jakby coś znaj­du­ją­cego się w środku zbyt długo pozo­sta­wało w zamknię­ciu. Wyma­gało prze­wie­trze­nia. Odde­chu. Podob­nie jak butelka wina.

Mimo wszystko wła­śnie w tym miej­scu Dok­tor chciał się zna­leźć. MUSIAŁ się tu zna­leźć. Tak wytłu­ma­czył się Jane, swo­jej żonie. Ta z kolei poszła na przy­ję­cie nie­spo­dziankę. Wszy­scy lokalni hipo­kryci zamie­rzali świę­to­wać powrót tego samego chło­paka, który jesz­cze trzy lata temu był dla nich trę­do­waty.

Dobrze, że nie gra­łeś w ich grę, Gide­onie. Dzięki temu nie mogli wygrać.

Dowa­li­łeś im. Brawo ty.

Dok­tor zmie­rzył wzro­kiem tunel.

Nie powinni byli go zamu­ro­wy­wać. Zde­cy­do­wa­nie. Tra­vers był temu prze­ciwny. Jako jeden z nie­wielu w mia­steczku. Co roku przez ponad dwie dekady sprze­ci­wiał się każ­demu wnio­skowi, który wpły­wał w tej spra­wie do rady miej­skiej. Osta­tecz­nie jed­nak prze­grał tę wojnę. To, co spo­tkało w tunelu Sully'ego Dupree, prze­lało czarę gory­czy. Nic dziw­nego, dzie­ciak był ulu­bień­cem mia­steczka. Jeśli w ogóle kto­kol­wiek zasłu­żył sobie na to miano. Po tra­ge­dii, która spo­tkała małego Sully'ego, nawet Bigsby przez chwilę miał wąt­pli­wo­ści, czy dobrze robi, sprze­ci­wia­jąc się woli więk­szo­ści. Tak czy ina­czej, jesz­cze przed wyjaz­dem Gide­ona ukoń­czono ceglane mury, które zamie­niły tunel w cho­lerną kap­sułę czasu.

Oba mury zawa­liły się po zale­d­wie trzech latach. Naj­pierw pół­nocny. Runął dwa tygo­dnie temu, pod­czas drob­nego trzę­sie­nia ziemi, które trwało jakieś trzy lub cztery sekundy. Drga­nia poja­wiły się nie tylko w samym Har­rod's Reach, lecz także we wszyst­kich gra­ni­czą­cych z nim mia­stecz­kach. Tak jak prze­wi­dział Tra­vers, na zawa­le­nie się dru­giego muru nie trzeba było długo cze­kać. Doszło do tego cztery noce temu, za pięt­na­ście pierw­sza. Led­wie godzinę po tym, jak Dok­tor opu­ścił tunel. Bigsby przy­cho­dził tam nasłu­chi­wać, a raczej osłu­chi­wać. Przy­kła­dał ste­to­skop do cegieł, jakby szu­kał po dru­giej stro­nie muru bicia serca.

I w pew­nym sen­sie tak było, ponie­waż nasłu­chi­wał cze­goś w rodzaju wia­tru - bicia serca tunelu.

Gdy pół­nocny mur się posy­pał, wnę­trze tunelu znów zaczęło tęt­nić życiem. Można było wyczuć jego puls. Jed­no­cze­śnie pokru­szone cegły spra­wiały, że prze­do­sta­nie się do środka sta­no­wiło nie lada wyzwa­nie. Rzecz jasna nie­bez­pieczne, ale poza tym nie­mal nie­moż­liwe. Chimp1 Deavers wraz z jed­nym ze swo­ich stra­ża­ków pró­bo­wali dostać się do tunelu jesz­cze tego samego dnia, kiedy zawa­lił się pierw­szy mur. Byli już nawet bar­dzo bli­sko, ale wtedy cegły zaczęły usu­wać się im spod nóg. Posta­no­wili więc spró­bo­wać ponow­nie za jakiś czas. Pozwo­lić cegłom naj­pierw osiąść.

Dok­tor wie­dział, że drugi mur też się zawali, to była tylko kwe­stia czasu. Szcze­gól­nie że wiatr wla­ty­wał od pół­noc­nej strony i napie­rał na połu­dniowe wej­ście niczym tysiące natręt­nych rąk. Nic dziw­nego, że osta­tecz­nie drugi mur runął cał­ko­wi­cie na zewnątrz. Jakby został kop­nięty od środka przez roz­wście­czo­nego olbrzyma.

Dla­tego wła­śnie Jane była tak bar­dzo zła na swo­jego męża. Bała się, że cegły się posy­pią i spadną na głowę Tra­versa, że sta­nie mu się krzywda. Bigsby nie mógł zaprze­czyć, że nie­wiele bra­ko­wało. Unik­nął śmierci o włos. O godzinę. Cza­sem nawet jadał w tunelu lunch. "I po co? Po co to wszystko?" - gadali za jego ple­cami miej­scowi. Dla bicia tego serca, odpo­wia­dał wtedy sobie w duchu.

I oto znów wró­cił do tunelu. Trze­cią noc z rzędu. Udało mu się nawet poczy­nić pewne postępy w usu­wa­niu cegieł z pół­noc­nego wej­ścia. Każ­dej nocy wywo­ził jedną taczkę. Z jakie­goś powodu Bigsby'emu trud­niej było patrzeć na zasy­pany gru­zem niż cał­ko­wi­cie zamu­ro­wany tunel. Dok­tor suk­ce­syw­nie i z pełną deter­mi­na­cją sta­rał się przy­wró­cić to miej­sce do stanu pier­wot­nego.

Poło­żył latarkę na ziemi, tak aby oświe­tlała gru­zo­wi­sko, i zabrał się do pracy. Poprzed­niej nocy zosta­wił tu taczkę, latar­nie i łopatę. Słusz­nie zało­żył, że raczej nikt nie odważy się ich zabrać. W prze­ci­wień­stwie do Dok­tora, więk­szość miesz­kań­ców sto­so­wała się do zakazu wstępu na ten teren.

Więk­szość na­dal bała się tunelu.

Zwłasz­cza po tym, co zna­lazł Simon Bow­les. Choć męż­czy­zna przez wszyst­kich w mia­steczku nazy­wany był Szaj­bu­sem Simo­nem, dok­tor Bigsby nie zga­dzał się z tak pro­stą, a wręcz pro­stacką dia­gnozą. Ow­szem, Simon był ocię­żały umy­słowo, ale zde­cy­do­wa­nie nie­tu­zin­kowy. Dok­tor wciąż uwa­żał naro­dziny Bow­lesa za naj­bar­dziej nie­zwy­kły poród, jaki kie­dy­kol­wiek ode­brał.

Według "Gazety Har­rod's Reach", oka­le­czone ciała zostały zna­le­zione w odle­gło­ści około pół metra od sie­bie. Zda­niem Dok­tora, arty­kuł o mor­der­stwach suge­ro­wał, że ofiary zabito gdzie indziej, a w lesie jedy­nie pozbyto się zwłok. Ktoś pod­rzu­cił je koło tunelu, jakieś pięt­na­ście metrów od pół­noc­nego wej­ścia. Pozo­stałe dzie­więć­dzie­siąt pro­cent opu­bli­ko­wa­nego w gaze­cie tek­stu sta­no­wiły spe­ku­la­cje, ponie­waż biuro sze­ryfa mil­czało na temat szcze­gó­łów doty­czą­cych zbrodni.

Tra­vers obie­cał zastęp­czyni sze­ryfa, że będzie się trzy­mał z dala od miej­sca zda­rze­nia. Żaden pro­blem. Zwłoki zostały zna­le­zione przy pół­noc­nym wej­ściu, a Bigsby i tak wcho­dził do tunelu od połu­dnio­wej strony.

W świe­tle latarki maja­czyła mgła, któ­rej udało się prze­drzeć przez szcze­liny pomię­dzy cegłami. Wyglą­dało to tak, jakby pod gru­zami tlił się ogień, a dźwię­kiem przy­po­mi­nało fuma­rolę. Mgła i poranna rosa - cegły aż się od nich mie­niły.

Dok­tor był ostrożny. Bar­dzo uważ­nie sta­wiał każdy krok. Widząc efekty swo­jej pracy, coraz bar­dziej zwięk­szał jej tempo. Serce Tra­versa rów­nież biło coraz moc­niej, a wiatr wciąż się wzma­gał.

Wewnątrz tunelu dało się już odczuć spa­dek tem­pe­ra­tury. Jak zawsze pod­czas wizyt Dok­tora. Nie było to gwał­towne ochło­dze­nie, ale na tyle wyraźne, by wywo­łać gęsią skórkę i skro­plić wydo­by­wa­jącą się z ust parę wodną. Noce w Har­rod's Reach róż­niły się od tych w oko­licz­nych mia­stecz­kach. Zawsze były chłod­niej­sze. Według nie­któ­rych, przy­czyny takiego stanu rze­czy nale­żało upa­try­wać w tym, że wokół znaj­do­wały się roz­le­głe lasy, pełne róż­nych zagłę­bień terenu, w któ­rych hulał wiatr. Inni byli zda­nia, że za chłód odpo­wie­dzialna jest uno­sząca się z rana nad jezio­rem Har­rod's mgła, wypy­chana dalej w świat przez wierzby pła­czące. Jed­nak więk­szość, do któ­rej zali­czał się Dok­tor, dobrze wie­działa, że to stary tunel kole­jowy działa na mia­steczko jak regał chłod­ni­czy.

Wcho­dziło się do niego jak do jaskini. Zło­wro­giej pie­czary.

Ściany tunelu były prze­siąk­nięte histo­rią. Każda kro­pla wody ście­ka­jąca z sufitu odbi­jała się echem wie­dzy i wie­rzeń ludo­wych. Echem legendy.

Dok­tor uśmiech­nął się od ucha do ucha. Tunel wzbu­dzał albo lęk, albo fascy­na­cję. Potra­fił pochło­nąć czło­wieka bez reszty.

I to bez względu na wiek, czego naj­lep­szym przy­kła­dem był Sully Dupree. Zauro­cze­nie tune­lem nie­omal wypra­wiło go na tam­ten świat.

Wielu w tym miej­scu mdlało. Dzie­ciaki prze­cho­dziły, a raczej prze­bie­gały przez tunel tylko w ramach wyzwa­nia, prze­kli­na­jąc po dro­dze wszystko, co czuły i widziały w jego wnę­trzu. A to było wystar­cza­jąco dłu­gie, by pomie­ścić trzy auto­busy szkolne i na tyle wyso­kie, że krzyki odbi­jały się echem.

Miej­scowi mieli też nie­jedno do powie­dze­nia na temat mor­derstw popeł­nio­nych w mia­steczku od czasu, gdy tunel powstał pół­tora wieku temu. Wszyst­kie te bra­ku­jące czę­ści ciała... Wszyst­kie te zagi­nione CIAŁA. Gdyby tylko Har­rod Guth­rie wie­dział, jak bar­dzo złą sławą okryje się prze­strzeń, na którą natknął się zimą 1865 roku... Na pewno nie tak wyobra­żał sobie jej przy­szłość. W jego gło­wie od razu zro­dziła się wizja stwo­rze­nia osady kole­jo­wej z praw­dzi­wego zda­rze­nia i wła­śnie tym mia­nem okre­ślił mia­steczko trzy mie­siące po poło­że­niu w nim torów. Teraz stary tunel, pokryty poro­stami i mchem, przy­po­mi­nał bar­dziej wapienną wiatę niż obiekt, przez który miały prze­jeż­dżać pociągi.

Co czyni osadę kole­jową osadą kole­jową?

Szyny i tanie dziew­czyny, a przy­naj­mniej taki krą­żył "żar­cik".

Według Dok­tora bar­dzo słaby.

Zwłasz­cza teraz, gdy droga kole­jowa prze­szła do histo­rii.

Żaden pociąg nie prze­je­chał przez tunel od czasu kata­strofy z 1923 roku, kiedy to pędzący wagon moto­rowy z Luxi­toni wyko­leił się w czar­nych jak smoła cze­lu­ściach Jed­no­stron­nej Góry. Wszy­scy pasa­że­ro­wie zgi­nęli na miej­scu. Trzy­dzie­ści trzy osoby. Po jed­nej z ofiar pozo­stały tylko buty. Ze sto­pami wciąż tkwią­cymi w środku. Ciała, a raczej to, co po nich zostało, pocho­wano na cmen­ta­rzu White Wall. Ponoć w loko­mo­ty­wie ogień tlił się aż przez sześć dni. Żadna ilość wody nie była w sta­nie uga­sić tej zwę­glo­nej kupy złomu. Leżała tak na torach niczym padlina naj­pierw tygo­dniami, potem mie­sią­cami, a wresz­cie latami, zanim została roze­brana przez miesz­kań­ców mia­steczka i żąd­nych pamią­tek tury­stów.

Pozo­stałe szczątki porzu­co­nego, znisz­czo­nego pociągu wro­sły w zie­mię lub - jak zwy­kli mawiać nie­któ­rzy miej­scowi - to zie­mia wro­sła w pozo­sta­ło­ści po maszy­nie. Póki na skrawku torów leżała loko­mo­tywa i docze­pione do niej wagony, całość przy­po­mi­nała sta­ro­żytny mono­lit. A teraz? Nic, tylko chwa­sty, jeżyny i drzewa, które przez te wszyst­kie lata zdą­żyły doj­rzeć. Nie można było uświad­czyć nawet samych torów. Suk­ce­syw­nie wyry­wano je po obu stro­nach tunelu. W poło­wie dwu­dzie­stego wieku nie było już po nich śladu. Każdy miesz­ka­niec Har­rod's Reach miał gdzieś w swoim domu, garażu, skle­pie, restau­ra­cji lub barze kawa­łek tej zabyt­ko­wej kon­struk­cji. Nie tylko szyny, lecz także pod­kłady, zwrot­nice, tłu­czeń kole­jowy, śruby, wkręty czy łubki. Nie­które trzy­mano na komin­kach jak dzieła sztuki, relikty prze­szło­ści. Naj­wię­cej zasto­so­wań zna­la­zły pod­kłady. Przy­bi­jano je nad gan­kami, weran­dami lub drzwiami wej­ścio­wymi na szczę­ście. Odna­wiano je i bej­co­wano, by mogły zyskać dru­gie życie jako ele­ment sto­lika kawo­wego, buja­nego fotela, ławki, a nawet domku na drze­wie. Ukła­dano z nich chod­niki i nie­wy­da­rzone, nie­równe dzie­dzińce.

Kiedy Dok­tor wypeł­nił pierw­szą taczkę, prze­pchnął ją przez połu­dniowe wej­ście, wysy­pał zawar­tość na trawę u zbo­cza jaru i wró­cił po wię­cej cegieł.

Nagle usły­szał wokół swo­ich stóp zna­jomy sze­lest. Spoj­rzał w dół. Zoba­czył wyschnięty biały liść dłu­go­ści kolby kuku­ry­dzy i sze­ro­ko­ści roz­ło­żo­nej dłoni, nie­siony przez wiatr. Bigsby zatrzy­mał liść butem, pod­niósł go i oświe­tlił latar­nią.

- A niech mnie!

Taki sam jak reszta.

Scho­wał liść do swo­jej skó­rza­nej torby. Zamie­rzał zabrać zna­le­zi­sko do domu, by dokład­nie zba­dać je pod mikro­sko­pem, a następ­nie zawie­sić na ścia­nie. Tak jak pozo­stałe liście, które zgro­ma­dził przez kilka dzie­się­cio­leci. Dla­czego je zbie­rał? Ponie­waż były tak białe, że wyda­wały się wręcz nie z tej ziemi. I jesz­cze te ich czer­wone żyłki... Zresztą Dok­tor zbie­rał nie tylko liście. Do jego nie­zwy­kłej kolek­cji nale­żała mię­dzy innymi prze­dziw­nie ubar­wiona zde­chła żaba i wie­wiórka, którą rów­nież zna­lazł mar­twą. Wła­ści­wie trudno było w ogóle nazwać ją wie­wiórką. Dwa dni temu zbiory Tra­versa zasi­liła też dzi­waczna muszla. Leżała pośród gruzu, cała w pyle. Sta­no­wiła zna­le­zi­sko tym dziw­niej­sze, że Har­rod's Reach nie było nad­mor­skim mia­stecz­kiem. Wła­ści­wie to mało powie­dziane. Było poło­żone tak daleko od morza, jak to tylko moż­liwe.

Dwa­dzie­ścia minut póź­niej Dok­tor, zlany potem, koń­czył wła­śnie roz­ła­do­wy­wać czwartą taczkę. Odkła­da­jąc na stos ostat­nią cegłę, usły­szał sze­lest docho­dzący z dru­giej, pół­noc­nej strony tunelu. Przez ostat­nie trzy noce Tra­ver­sowi udało się na tyle powięk­szyć otwór w zawa­lo­nym murze, że wej­ście stało się bar­dziej otwarte na wszel­kie odgłosy. Dźwięki wia­tru i lasu po obu stro­nach tunelu.

Jed­nak żaden z tych odgło­sów nie wyda­wał się Dok­to­rowi nie­po­ko­jący.

Aż do teraz.

Bigsby usły­szał za sobą kroki. Odwró­cił się w kie­runku źró­dła dźwięku. Nie udało mu się jed­nak dostrzec nic poza cegla­nym pyłem uno­szą­cym się w świe­tle trzech zawie­szo­nych przez Dok­tora latarni.

Jedna z nich wła­śnie zga­sła.

Znowu kroki. Tym razem dobie­ga­jące z kom­plet­nej ciem­no­ści.

Dok­tor chwy­cił łopatę jak peł­no­prawną broń i zawo­łał:

- Kto tam?!

- Panie dok­to­rze... - dobiegł go głos małego chłopca. Zaraz potem Bigsby zoba­czył ośle­pia­jący błysk. Usły­szał powolne wycie. Podobne do tego, jakie cza­sem wydają zatrzy­mu­jące się skrzy­dła wia­traka.

Dok­tor Bigsby skie­ro­wał swoje kroki w stronę głosu.

- Sully?

Nie może być.

- Sully Dupree? Czy to ty?

To nie­moż­liwe...

A jed­nak.

Głos odpo­wie­dział tylko:

- Chodu.

Rozdział 5

The­odore

Wcześniej

Teddy Lomax wszedł do wiej­skiego szpi­tala w sta­nie Kan­sas tak samo jak poprzed­niej nocy, gdy był tu na zwia­dach - z prze­sadną pew­no­ścią sie­bie. Nie­wy­klu­czone, że kie­dyś go to zgubi.

Ale nie dziś.

Za dużo do zro­bie­nia, za mało czasu - powie­dział głos. Teddy lubił myśleć, że nale­żał do jego taty. W końcu był w nim tak mocno zako­rze­niony... Głos prze­szy­wał go do szpiku kości. Tak bar­dzo, że cała klatka pier­siowa Lomaxa wręcz pul­so­wała.

Poprzed­niej nocy Teddy prze­szedł przez auto­ma­tyczne dwu­skrzy­dłowe drzwi jak gdyby ni­gdy nic. Jakby odwie­dzał bli­ską osobę. Z przy­strzy­żoną brodą, w koszulce polo, szor­tach khaki i nie­bie­skich moka­sy­nach. Wyglą­dał zupeł­nie ina­czej niż dziś. Tym razem był świeżo ogo­lony i miał na sobie szaro-nie­bie­ski uni­form szpi­tal­nego woź­nego. Wła­ści­ciel stroju leżał za szpi­tal­nym par­kin­giem. W lesie.

Wypa­dek przy pracy, matulu - pomy­ślał zeszłej nocy Teddy, wycie­ra­jąc krew z ostrza noża. Następ­nie przy­krył trupa opa­dłymi liśćmi i gałę­ziami.

A teraz uśmie­chał się na myśl o tym, jak łatwo mu poszło. Ski­nął głową pie­lę­gniarce i sani­ta­riu­szowi, któ­rzy zapewne zasta­na­wiali się, od kiedy Teddy tu pra­cuje. Gdyby tylko przyj­rzeli się tro­chę uważ­niej, zauwa­ży­liby, że nowy woźny ma na imię tak samo jak poprzedni. A przy­naj­mniej tak wyni­kało z naszywki na kie­szeni jego koszuli. Czer­wony napis był dobrze widoczny: Tra­vis Beam.

Teddy dobrze wie­dział, co zro­bi­łaby jego matula. Prze­że­gna­łaby się i powie­działa: "O Boże, The­odore... Niech ten biedny czło­wiek spo­czywa w pokoju".

Teddy - żaden, kurwa, The­odore, już nie - wyśmiałby ją, ponie­waż ten cały Bóg to nie­zły pozer, a matula miała nie­równo pod sufi­tem.

Tak czy ina­czej zabi­cie Tra­visa Beama dało Loma­xowi porządny zastrzyk adre­na­liny, który czuł aż do teraz. Jakby w jego żyłach pły­nęła cała cysterna kofe­iny. Dla­czego?

Może ci się to nie spodoba, matulu, ale ten samo­chód jedzie na czy­stym żalu, a ma bak bez dna. Jest napę­dzany bólem.

Brodę zgo­lił z koniecz­no­ści. Okrą­gła plama bia­łej szcze­ciny wiel­ko­ści piłeczki gol­fo­wej była zbyt cha­rak­te­ry­styczna pośród ciem­nego zaro­stu. Miał ją na lewym policzku. Matula uwa­żała, że to kolejny znak. Świa­dec­two, że został nazna­czony. Modliła się za niego, bła­ga­jąc, by zgo­lił brodę. I cza­sem nawet to robił. Kiedy miał ochotę. Ta plamka w bro­dzie zde­cy­do­wa­nie wyróż­niała go z tłumu. Co do tego nie było wąt­pli­wo­ści. Dobry spo­sób na prze­ła­my­wa­nie lodów z dziew­czy­nami, które pod­ry­wał w barach - od razu zaha­czały o temat jego zaro­stu. Jed­nak pod­czas dzi­siej­szej misji zale­żało mu na tym, by jak naj­mniej rzu­cać się w oczy.

Mija­jąc uro­czą rudo­włosą dziew­czynę w recep­cji, Teddy wyszcze­rzył się, bły­ska­jąc śnież­no­bia­łymi zębami. To nie była ta sama laseczka, która uśmie­chała się do Teddy'ego zeszłej nocy, ale też zawie­siła na nim oko. Śle­dziła go wzro­kiem, dopóki nie znik­nął za rogiem, w głów­nym kory­ta­rzu. Następ­nie dał nura do kan­ciapy woź­nego i wyszedł z niej uzbro­jony w mop oraz wia­dro na kół­kach.

Nikt nie zwró­cił uwagi na naszywkę z nazwi­skiem, ponie­waż sam Teddy wystar­cza­jąco przy­ku­wał wzrok. Miał metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu i burzę falo­wa­nych, bar­dzo ciem­nych wło­sów bez jakich­kol­wiek prze­rze­dzeń czy oznak przed­wcze­snej siwi­zny. Mógł się też poszczy­cić mocną opa­le­ni­zną i wyraź­nie widoczną musku­la­turą. Nawet jego twarz spra­wiała wra­że­nie atle­tycz­nej, jakby wyrzeź­bio­nej, a dołeczki jedy­nie doda­wały jej uroku. Do tego te nie­bie­skie oczy... Dotąd nie­wiele kobiet było w sta­nie się im oprzeć. Przy­naj­mniej od dwu­dzie­stu sied­miu lat, czyli tak długo, jak Teddy cho­dził po tym świe­cie. Gdyby tylko miał czas i ochotę, na pewno zdo­łałby pode­rwać rudo­włosą kobietę w recep­cji. Brak obrączki na ser­decz­nym palcu jej lewej dłoni nie uszedł uwa­dze Lomaxa. Wszystko wska­zy­wało na to, że była sin­gielką.

Nie żeby to miało jakie­kol­wiek zna­cze­nie. Gdyby zechciał, byłaby jego, ponie­waż jed­nego Teddy Lomax mógł być pewien: potra­fił posta­wić na swoim.

Jed­nak nie zawsze tak było. Wszystko zmie­niło się dopiero pew­nej wio­sny. W ostat­niej kla­sie gim­na­zjum, kiedy to zno­kau­to­wał Chucka Toomera pra­wym sier­po­wym. Gdy tylko ude­rzył go w nos, poczuł mro­wie­nie głowy i szum w uszach. Te odczu­cia nasi­liły się na widok krwi ście­ka­ją­cej po war­gach Toomera i stra­chu w jego oczach. Pierw­szy z nie­zli­czo­nych dowo­dów na to, że samo­chód Teddy'ego jest napę­dzany bólem. Zaś jeśli cho­dzi o Toomera... Cóż, jego nos był tak czer­wony od krwi, że już ni­gdy nie nazwał Lomaxa Rudol­fem.

Od tam­tego czasu nikt nie ośmie­lił się tego zro­bić.

Teddy wyko­rzy­stał teraz to wspo­mnie­nie jako dodat­kowe paliwo i spoj­rzał na salę numer 188 na końcu kory­ta­rza. Wła­śnie tam obec­nie leżała Beverly Madrich, która od trzech tygo­dni była warzy­wem. Żywym tru­pem z praw­dzi­wego zda­rze­nia.

Za dopro­wa­dze­nie Beverly do takiego stanu sie­dział obec­nie za krat­kami nie­jaki Butch Clee, kie­rowca auto­la­wety. Pijany prze­je­chał na czer­wo­nym świe­tle i wal­nął w kobietę tak mocno, że jej samo­chód zna­lazł się w sąsied­nim hrab­stwie. To było zde­rze­nie boczne. Butch bez wąt­pie­nia modlił się, by Beverly Madrich wkrótce wybu­dziła się ze śpiączki i zaczęła samo­dziel­nie oddy­chać. Może nawet cho­dzić i mówić? Wtedy kwa­li­fi­ka­cja czynu zosta­łaby zmie­niona z usi­ło­wa­nia zabój­stwa na coś, za co praw­do­po­dob­nie nie gro­zi­łoby mu gni­cie w pier­dlu do końca życia.

Przy­kro mi, Butch, pomy­ślał Teddy, pcha­jąc wia­dro z mopem po kory­ta­rzu.

Upew­niw­szy się, że teren jest czy­sty, Lomax wszedł do pokoju Beverly Madrich. Leżała tam pra­wie mar­twa. Na łóżku, które zda­wało się pochła­niać jej więd­nące ciało. Była pod­łą­czona do róż­nych maszyn za pomocą rurek, kabli i kro­plówki. Cała ta apa­ra­tura wyda­wała dźwięki, które spra­wiały, że Teddy miał ochotę zdzie­lić Beverly po twa­rzy. Jesz­cze mie­siąc temu ta kobieta była wziętą praw­niczką. Pięła się po szcze­blach kariery w kan­ce­la­rii, by w przy­szło­ści zostać part­nerką.

A przy­naj­mniej tak pisały gazety. I tak twier­dził głos doby­wa­jący się z wnę­trza tej cho­ler­nej jasno­nie­bie­skiej muszli, którą Lomax zna­lazł w komo­dzie swo­jej matuli mie­siąc temu. Z początku Teddy myślał, że to jakiś dziwny wibra­tor, co zupeł­nie nie paso­wało do jego świę­tosz­ko­wa­tej, pru­de­ryj­nej rodzi­cielki, która żyła jak zakon­nica. Ta muszla leżała tam zupeł­nie od czapy, ukryta mię­dzy bab­ci­nymi majt­kami i pod­ko­la­nów­kami. Dla­tego wła­śnie Teddy szybko pojął, że to musi być wyjąt­kowy przed­miot. Gdy tylko wyjął sko­rupę z szu­flady, poczuł prze­szy­wa­jący prąd. Być może ta muszla wiel­ko­ści piłki do soft­ballu była kie­dyś żywa i w każ­dej chwili mogła ożyć ponow­nie. Teddy instynk­tow­nie przy­ło­żył ją do ucha w nadziei, że usły­szy szum morza. Żeby tylko! Dzia­łała jak pie­przony tele­fon i mówiła do niego! Co wię­cej, wydo­by­wał się z niej głos, który kazał Loma­xowi słu­chać uważ­nie, ponie­waż miał do wyko­na­nia pewne zada­nie. Powie­dział, żeby Teddy dopił whi­sky, wziął dłu­go­pis i zaczął spi­sy­wać nazwi­ska.

To dopiero COŚ. W gło­wie się nie mie­ści.

Począt­kowo na liście było trzy­dzie­ści sie­dem nazwisk. Same żywe trupy jak Beverly Madrich.

Nie­długo po spi­sa­niu listy Teddy spa­lił ją w umy­walce, bo wła­śnie tak robili fil­mowi szpie­dzy. Poza tym jego mózg był jak skar­biec. Pamię­tał każde imię i nazwi­sko z listy w odpo­wied­niej kolej­no­ści. Poza tym zapa­mię­ty­wał nowe. Doda­wał je do listy w swo­jej gło­wie za każ­dym razem, gdy muszla go "nawo­ły­wała". Nie tyle dzwo­niła, co wyda­wała z sie­bie świsz­czący dźwięk. Na tyle cha­rak­te­ry­styczny i wyraźny, że Lomax wyobra­żał sobie, że to tele­fon, który musi ode­brać.

Do dziś nie mógł się nadzi­wić, skąd pod­czas pierw­szego kon­taktu głos wie­dział, że tej nocy Teddy pił whi­sky. Nie­sa­mo­wite. Jed­nakże głos ni­gdy się nie mylił.

Cza­isz, matulu? Ten głos jest praw­dziwy. A ja nie jestem ani chory, ani nazna­czony. Nie sły­szę i nie widzę nie­ist­nie­ją­cych rze­czy. Nie mam schi­zo­fre­nii.

I... do kurwy nędzy... nie nazy­waj mnie The­odore'em.

Teddy wes­tchnął i spoj­rzał w dół na poża­ło­wa­nia godną Beverly Madrich. Wie­dział, że nie­trudno będzie ją wykoń­czyć. Ni­gdy nie potrze­bo­wał wiele, by wykoń­czyć żywego trupa. W Ten­nes­see, Nowym Mek­syku i Neva­dzie poda­wał się za dok­tora Lomaxa. Uda­wał pie­lę­gnia­rza w Mis­si­sipi, Geo­r­gii, Ver­mon­cie oraz Michi­gan. Sani­ta­riu­szem Loma­xem był w Ken­tucky i Wir­gi­nii. Nato­miast dla żywych tru­pów gni­ją­cych w hospi­cjum domo­wym odgry­wał prze­różne role: od pie­lę­gnia­rza, poprzez hydrau­lika, aż po księ­dza Lomaxa udzie­la­ją­cego ostat­niego namasz­cze­nia.

Mówiąc krótko, był gotowy na wszystko, żeby tylko wyko­nać misję.

Obec­nie znaj­do­wał się na zadu­piu w Kan­sas i podob­nie jak w Mon­ta­nie oraz Dako­cie wcie­lił się w woź­nego Lomaxa.

Powie­dział Beverly, by zamknęła oczy. Nie zare­ago­wała, więc wyszep­tał:

- Koniec tego dobrego, Beverly.

I sam zamknął jej oczy.

Pięć minut póź­niej, mniej wię­cej wtedy, gdy pie­lę­gniarka zdała sobie sprawę, że Beverly Madrich wydała ostat­nie tchnie­nie, Teddy był już w tra­sie. Jechał wiej­ską drogą w kie­runku auto­strady, stu­ka­jąc pal­cami o kie­row­nicę w rytm Me and Bobby McGee Janis Joplin. Kie­ro­wał się na pół­noc w stronę Iowy samo­cho­dem, który ukradł trzy dni temu w Arkan­sas. Celem podróży Lomaxa było kolejne nazwi­sko na liście. Nasto­la­tek, który zapadł w śpiączkę dwa mie­siące temu, po tym, jak obe­rwał piłką base­bal­lową w lewą skroń.

A przy­naj­mniej tak pisali w gaze­tach.

I tak twier­dził głos.

Teddy zmie­rzył wzro­kiem muszlę spo­czy­wa­jącą na sie­dze­niu pasa­żera.

Nie mógł prze­cież zosta­wić jej w domu. Nie chciał ryzy­ko­wać, że - będąc w tra­sie - nie odbie­rze "tele­fonu". Nie usły­szy świsz­czą­cego dźwięku przy­po­mi­na­ją­cego wiatr. Nie. Nie mógł sobie na to pozwo­lić. Zwłasz­cza teraz, gdy matula była kom­plet­nie bez­u­ży­teczna i unie­ru­cho­miona.

Uśmiech­nął się, słu­cha­jąc tek­stu pio­senki.

Wyobra­ził sobie matulę, pyta­jącą go: "Co cię tak śmie­szy, The­odore?".

Odpo­wie­działby jej: "Nic", ale w głębi duszy czuł, że gwiazdy mu sprzy­jają, ponie­waż kolejny żywy trup na liście nazy­wał się Bobby McFee.

Teddy wtó­ro­wał więc Janis, ale zamiast "dla mnie i mojego Bobby'ego McGee" śpie­wał: "dla mnie i mojego Bobby'ego McFee".

Nie do końca tak samo, ale pra­wie - pomy­ślał Teddy, figlar­nie paca­jąc kie­row­nicę.

Pra­wie bez róż­nicy.

Rozdział 6

Gideon

Teraz

Gideon wie­dział, że może róż­nie zare­ago­wać na to, co zasta­nie w sali gim­na­stycz­nej St. Michael's, ale nie przy­pusz­czał, że zrobi coś takiego. Upu­ścił woj­skowy worek w drzwiach swo­jej daw­nej szkoły i wycią­gnął broń, jakby wszedł do O.K. Cor­ral2.

Zatło­czona sala gim­na­styczna zmie­niła się w próż­nię. Wszystko zda­wało się odby­wać w zwol­nio­nym tem­pie: wypo­wie­dzi i bez­gło­śne krzyki. Palec Gide­ona drżał na spu­ście. Bur­mistrz Truf­fant zamarł w bez­ru­chu jak jeleń w świe­tle reflek­to­rów. Upu­ścił pla­sti­kowy kubek z piwem i pod­niósł ręce, jakby to był napad. Piana z alko­holu wystrze­liła do góry i opa­dła na drew­nianą pod­łogę.

Sto­jący przy sto­isku z napo­jami ksiądz Fred odsta­wił kubek czer­wo­nego wina na ladę, prze­że­gnał się i zro­bił nie­pewny krok do przodu.

- Gide­onie! Nie! - roz­legł się głos pani Dupree gdzieś pośród tłumu.

Ksiądz Fred miał prze­krwione oczy. Był pijany jak bela - na dobrej dro­dze do zali­cze­nia zgonu.

Opuść tę cho­lerną broń, żoł­nie­rzu. Gideon zamru­gał, mocno zaci­ska­jąc powieki. Albo pocią­gnij za pie­przony spust, ty koń­ski zwi­sie. Śmier­dzisz tchó­rzem, Dupree. Jak kupa kro­wiego łajna. Tym wła­śnie jesteś. Kro­wim plac­kiem.

- Gideon! Opuść broń! - Maxine Dupree zna­la­zła się na linii jego wzroku.

Gideon kątem oka zer­k­nął na swoją matkę od stóp do głów - od kiedy maluje usta i nosi obci­słe dżinsy? - nie spusz­cza­jąc jed­nak wzroku z księ­dza Freda. Duchowny wyglą­dał, jakby był gotów przy­jąć kulkę za swoje owieczki.

Podob­nie skłonny do poświę­ceń był Bobby Swain w Kan­da­ha­rze. W kon­se­kwen­cji ame­ry­kań­ska mina lądowa, pozo­stała po mudża­he­di­nach z lat osiem­dzie­sią­tych dwu­dzie­stego wieku, roze­rwała go na kawałki. A kon­kret­nie na dzie­sięć kawał­ków.

Tłum znaj­du­jący się na środku sali gim­na­stycz­nej ruszył w stronę linii bocz­nej boiska do koszy­kówki. Utwo­rzył w ten spo­sób mię­dzy ludźmi ścieżkę. Pro­wa­dziła ona do kosza, któ­rego obręcz była ude­ko­ro­wana fio­le­to­wymi i zło­tymi balo­nami. Do miej­sca, gdzie Beth Gard­ner wła­śnie podała Justine Baker kędzie­rza­wego malca, któ­rego wcze­śniej trzy­mała na swoim smu­kłym bio­drze.

Beth zbli­żyła się do Gide­ona, celu­jąc w niego ze swo­jego glocka 22. Prze­szła przez linię środ­kową boiska. Tłum roz­stą­pił się przed nią jak Morze Czer­wone przed Moj­że­szem. Na nie­bie­skiej koszuli zastęp­czyni sze­ryfa, wpusz­czo­nej w ele­ganc­kie czarne dżinsy, wisiała błysz­cząca odznaka.

- Gideon - powie­działa Beth, gdy zbli­żyła się do niego na odle­głość dzie­się­ciu kro­ków - odłóż broń.

- Widzę, że zosta­łaś sze­ry­fem - odpo­wie­dział Gideon. Daro­wa­łaś sobie stu­dia i od razu wzię­łaś się do roboty. Tak jak pla­no­wa­łaś.

- Zastęp­czy­nią sze­ryfa - popra­wiła go, powoli pod­cho­dząc coraz bli­żej. - Opuść broń.

- Zawsze mówi­łaś, że zosta­niesz zastęp­czy­nią sze­ryfa zanim skoń­czysz dwa­dzie­ścia pięć lat.

- To prawda.

- No i patrz, udało ci się.

- Udało mi się - przy­tak­nęła spo­koj­nym tonem. - Opuść broń.

Mózg Gide­ona chciał roz­luź­nić ramiona, ale coś spra­wiało, że wciąż trzy­mał je sztywno. Pocią­gnij za spust, Dupree. Zabi­jaj albo giń, żoł­nie­rzu. Powoli opu­ścił ręce, jakby były na korbę.

- Wła­śnie tak. - Głos Beth go otrzeź­wił. Prze­ciął jak kosa nie­wi­dzialne więzy. To, co nim zawład­nęło. To, co go opę­tało. Zauwa­żył obrączkę na jej palcu. Wyszła za Jaxa.

Beth rów­nież opu­ściła broń.

Wciąż nie spusz­czali z sie­bie wzroku. Błę­kit oczu Beth na­dal przy­wo­dził na myśl niebo w let­nie połu­dnie. Na­dal potra­fiła spra­wić Gide­onowi ból jed­nym mru­gnię­ciem. Podob­nie jak on, wyglą­dała na zbitą z tropu tym nagłym obro­tem wyda­rzeń. Jed­nak wie­dział, że może na nią liczyć. Widział to w spo­so­bie, w jaki go obser­wo­wała. W sub­tel­nym ski­nie­niu głowy i wska­za­niu na ota­cza­jący ich tłum gapiów. Tak, Gideon wie­dział, że zro­bi­łaby wszystko, co w jej mocy, by pomóc mu wyplą­tać się z tej nie­zręcz­nej sytu­acji. Popar­łaby każde jego wytłu­ma­cze­nie. Gdyby tylko jakieś miał...

Kiedy stało się jasne, że Gideon nie wymy­śli nic na swoją obronę, Beth uśmiech­nęła się sztucz­nie i krzyk­nęła:

- Nie­spo­dzianka!

Gideon, wciąż roz­trzę­siony, uśmiech­nął się nie­zręcz­nie do zgro­ma­dzo­nych i powtó­rzył za Beth:

- Nie­spo­dzianka.

Jed­nak nie było w tym pew­no­ści sie­bie i wigoru. Życia. Nie miał talentu kome­dio­wego. Ni­gdy nie potra­fił być zabawny. Wcie­lać się w różne role i postaci. Potra­fił być tylko Gide­onem Dupree. Nikim innym. Gościem uro­dzo­nym w cza­sie wiel­kiej burzy, która odcięła prąd w całym Har­rod's Reach. Gościem uro­dzo­nym z roz­sz­cze­pem wargi i pod­nie­bie­nia tej samej nocy co Beth Gard­ner - aniel­ska, cho­dząca dosko­na­łość.

"Żart" Gide­ona przy­jął się tak dobrze jak kamień rzu­cony w ruchome pia­ski.

Przez tłum prze­to­czył się ner­wowy śmiech, po któ­rym powoli zaczęła nara­stać fala ulgi. A potem bur­mistrz Truf­fant zaczął recho­tać.

Gideon otwo­rzył woj­skowy worek i wło­żył broń do środka, pomię­dzy sta­ran­nie zło­żone ubra­nia. Kiedy się wypro­sto­wał, spoj­rzał na tłum. Ludzie wciąż się na niego gapili lub wręcz prze­ciw­nie - odwra­cali wzrok. Nie­któ­rzy nie mogli zebrać się w sobie, by na niego spoj­rzeć.

Spo­dzie­wał się, że pierw­szą osobą, która go wyści­ska, będzie jego matka, ale nie. To pijany bur­mistrz Truf­fant ści­snął ramię Gide­ona tak mocno, jakby spraw­dzał jego mię­śnie. Jak gdyby spraw­dzał, czy woj­sko rze­czy­wi­ście go zahar­to­wało.

- Nie­źle nas wkrę­ci­łeś! - przy­znał Truf­fant, po czym spoj­rzał na Beth i dodał: - Oboje nie­źle nas wkrę­ci­li­ście!

Tak, jasne. Jakby Gideon chciał spra­wić, by nie­spo­dzianka obró­ciła się prze­ciwko zgro­ma­dzo­nym. A prze­cież nie zro­bił tego spe­cjal­nie. Po pro­stu wró­cił w rodzinne strony odmie­niony. Zwi­chro­wany i nie­prze­wi­dy­walny.

Wpraw­dzie nie był już na woj­nie, ale wojna wciąż była w nim.

Beth scho­wała swo­jego glocka i wró­ciła do malu­cha, któ­rego zosta­wiła wcze­śniej pod opieką Justine Baker.

Ktoś podał Gide­onowi piwo, a on wypił je dusz­kiem.

- Och, Gide­onie. - Nie wia­domo skąd poja­wiła się jego matka i przy­tu­liła go mocno. Na początku poczuł się nie­zręcz­nie, ale potem objął ją ramio­nami. Zdał sobie sprawę, że mógłby tak tulić ją cały dzień.

- Witaj w domu, kocha­nie - powie­działa. - Bar­dzo za tobą tęsk­ni­łam.

Przed wyjaz­dem Gide­ona matka nie piła, ale teraz poczuł od niej gin.

Gdy wypu­ściła go z objęć, zauwa­żył, że coś ją trapi. Nie dała się nabrać. Wie­działa, że nie wycią­gnął tej broni w ramach dur­nego żartu. Zresztą patrząc po sali gim­na­stycz­nej, co naj­mniej połowa zgro­ma­dzo­nych rów­nież nie dała sobie wci­snąć kitu. Naj­wy­raź­niej jego wyjazd na wojnę istot­nie wszystko zmie­nił. Na gor­sze.

- Ja też za tobą tęsk­ni­łem, mamo.

- Witaj w domu, synu. - Usły­szał za sobą.

Gideon odwró­cił się w stronę ojca, który wycią­gnął do niego rękę. Archie nie widział się z synem trzy lata, ale wciąż wyda­wał się nie­zdolny do spoj­rze­nia mu w oczy. Potrzą­snął dło­nią Gide­ona dwa razy, po czym ją puścił. Wyraź­nie przy­mie­rzał się do odwrotu, lecz spoj­rze­nie mał­żonki go powstrzy­mało.

- No dalej, Archie - powie­działa pod nosem Maxine, uśmie­cha­jąc się do wszyst­kich gapiów i jed­no­cze­śnie pio­ru­nu­jąc męża wzro­kiem.

Archie był wesoł­kiem. Roze­śmiał się, jakby od początku wie­dział, że Gideon tylko zgrywa się z tą bro­nią. Przy­tu­lił syna na pokaz - z roz­ma­chem i polo­tem - a następ­nie zmu­sił się do spoj­rze­nia mu w oczy na tyle długo, by rzec:

- Stę­sk­ni­łem się za tobą, synu. Witaj w domu.

Na co ktoś powie­dział z wyraź­nym uzna­niem: "Brawo!", jakby wła­śnie zako­pano topór wojenny.

Archie uciekł wzro­kiem naj­pierw w dół, a potem w tłum. Z kolei Gideon obser­wo­wał swoją uśmiech­niętą matkę. Jeśli cho­dzi o urodę, Maxine tylko zyski­wała z wie­kiem. Jed­nak coś w tym pięk­nym obrazku trą­ciło fał­szem. Jak gdyby pod swoim uro­kiem kobieta wciąż ukry­wała cier­pie­nie. Udrękę, która popchnęła Gide­ona do wyjazdu. A jego ojciec? Zwy­kle miał wszystko pod kon­trolą. Był poukła­da­nym pro­fe­so­rem histo­rii na uni­wer­sy­te­cie i tak też wcze­śniej wyglą­dał. Naj­wy­raź­niej w pew­nym momen­cie się pod­dał. Odpu­ścił sobie. Linia wło­sów wyraź­nie się cof­nęła, a to, co z nich zostało, było nie­ucze­sane. Ojciec przy­tył co naj­mniej dzie­sięć kilo i śmier­dział bur­bo­nem. Kiedy zaczął pić? Prze­cież miał cukrzycę... Nie­gdyś sze­ro­kie i silne ramiona Archiego skry­wały się obec­nie pod roz­la­złą masą, któ­rej nabrał w cza­sie nie­obec­no­ści syna.

Gideon rów­nież przy­brał na masie, ale mię­śnio­wej. Pra­wie czter­na­ście kilo­gra­mów. Cie­kawe, czy Beth to zauwa­żyła... Miał nadzieję, że tak. Ponadto poże­gnał się z oku­la­rami. Wyda­wały się odle­głym wspo­mnie­niem, podob­nie jak blada skóra. Gideon nie wyglą­dał już jak fra­jer. Typowy kujon. Nawet ledwo widoczna bli­zna po lewej stro­nie gór­nej wargi nie przy­wo­dziła na myśl defor­ma­cji. Woj­sko zro­biło z niego męż­czy­znę. Zahar­to­wało. Przy­naj­mniej z pozoru. Prawdopodob­nie dla­tego matka zor­ga­ni­zo­wała tę imprezę nie­spo­dziankę. Chciała udo­wod­nić sobie i innym, że cisi naprawdę pew­nego dnia mogą posiąść zie­mię na wła­sność3.

Nagle, bez jakie­go­kol­wiek ostrze­że­nia, Gideon zrzu­cił na rodzi­ców bombę:

- Jak tam Sully?

Dla Archiego był to wyraźny sygnał, by się odda­lić. Zako­pa­nie topora wojen­nego? Nic z tych rze­czy. Archie Dupree wciąż obwi­niał Gide­ona o to, co spo­tkało Sully'ego - tego lep­szego syna, któ­rego wszy­scy miesz­kańcy mia­steczka uwa­żali za dar od Boga.

Maxine wodziła wzro­kiem za Archiem, zanim znik­nął w tłu­mie, po czym uśmiech­nęła się do Gide­ona i odparła:

- Z Sul­lym w porządku.

- W porządku?

- Bez zmian.

Chwy­ciła go za ramiona i zmie­rzyła wzro­kiem od stóp do głów. Przez chwilę Gideon miał wra­że­nie, że uro­sła o parę cen­ty­me­trów. Dopiero po chwili zauwa­żył na nogach matki szpilki. Wyso­kie i czer­wone. To było zupeł­nie nie­po­dobne do Maxine sprzed trzech lat.

- No, no, kto by pomy­ślał. Taki paker... Gdzie się podział mój synek?

Po czę­ści wciąż jest w tunelu, mamo. Wciąż jest w tunelu. A jeśli cho­dzi o pozo­stałą część, to... Pocią­gnij za spust, Dupree. Nawet kiedy żoł­nierz nie jest na woj­nie, wojna jest...

- Boli? - zapy­tała.

Dopiero po dłuż­szej chwili zdał sobie sprawę, o co pyta. No tak. Rana. Powód, dla któ­rego dostał Pur­pu­rowe Serce. Odzna­cze­nie spo­czy­wało w worku tuż obok poci­sku - biletu do domu Gide­ona.

- Nie. No, może tro­chę.

- Kiedy tu wcho­dzi­łeś, zauwa­ży­łam, że kule­jesz.

Gideon Wygi­beon.

- Nic mi nie jest - powie­dział, prze­bie­ga­jąc wzro­kiem tłum w poszu­ki­wa­niu Beth. - Gdzie on jest?

- Kto?

- Sully?

- W domu.

- Sam?

- Nie, no, skąd. - Wyglą­dała na ura­żoną tą insy­nu­acją. - Oczy­wi­ście, że nie. Ni­gdy nie zosta­wiamy go samego.

Ponow­nie ści­snęła jego ramię i poszła zaba­wiać gości. Naj­wy­raź­niej czuła, że to jej obo­wią­zek.

W końcu, wraz ze spo­ży­ciem przez zgro­ma­dzo­nych więk­szej ilo­ści alko­holu, impreza nabrała roz­ma­chu.

Dzie­ciaki krę­ciły się w tę i we w tę, jak pod­czas wiel­ko­post­nych akcji dobro­czyn­nych ze sma­żoną rybą w roli głów­nej. Grupka nasto­lat­ków wymknęła się tyl­nym wyj­ściem na boisko do piłki noż­nej. Wycho­dząc, co rusz ukrad­kiem zer­kali na Gide­ona. Kie­dyś tego typu towa­rzy­stwo by go olało. Może nie wyklu­czyło, ale nie­zbyt chęt­nie widziało. A już na pewno nie wita­łoby go z otwar­tymi ramio­nami. Gideon pamię­tał wszystko, jakby to było wczo­raj. Jax McBride. Car­son Knox. Blake Kline. Zapra­szali go tylko po to, by móc się z niego nabi­jać. Mieć się kogo cze­piać.

Nagle odgłosy imprezy spro­wa­dziły go na zie­mię.

W odle­głym rogu sali gim­na­stycz­nej obra­cało się drew­niane koło. Miesz­kańcy mia­steczka za ćwierć dolara obsta­wiali liczby, by wygrać plu­szo­wego zwie­rzaka lub słoik cukier­ków. Przy­go­to­wano nawet sto­isko z cia­stami (takie, jak na letni pik­nik) oraz zabawę w żabi staw dla małych dzieci. Po prze­ciw­nej stro­nie ksiądz Fred wspi­nał się w kąpie­lów­kach do beczki pod­ta­pianki4. Zespół Douglasa Downsa wyko­nu­jący covery R.E.M. wła­śnie grał Losing My Reli­gion i ludzie zaczęli tań­czyć. Prze­cho­dząc przez tłum, Gideon wpraw­dzie ści­skał wycią­gane do niego dło­nie, ale w zacho­wa­niu miesz­kań­ców mia­steczka wyczuł pewną despe­ra­cję. Jakby tylko cze­kali, by coś uczcić. Cokol­wiek. Powrót Gide­ona był jedy­nie pre­tek­stem. Kiedy wyjeż­dżał, nie zor­ga­ni­zo­wali dla niego wiel­kiej imprezy poże­gnal­nej. Zresztą dla­czego by mieli? Gar­dzili nim. Dla­tego teraz w tych wszyst­kich śmie­chach i wiwa­tach wyczu­wał nutkę fał­szu.

Były wymu­szone. Podob­nie jak uścisk ojca.

Gideon miał rów­nież wra­że­nie, że im dłu­żej trwa impreza, tym bar­dziej Beth go unika.

Jakiś typ podał mu piąte piwo. Gideon wie­dział, że powi­nien koja­rzyć gościa, ale nie­stety. Mimo to w końcu zaczął się roz­luź­niać. Do tego gapił się na Beth, a ona na niego. Kiedy wza­jem­nie się na tym przy­ła­pali, obda­rzyła go uśmie­chem. Trzy­mała za rękę swo­jego szkraba. Ruszyła w stronę Gide­ona, aku­rat kiedy kapela zaczęła grać It's the End of the World As We Know It, ale nie zdą­żyła do niego podejść. Za dużo zadziało się naraz. Pomimo gło­śnej muzyki Maxine Dupree udało się zako­mu­ni­ko­wać, że zaraz zacznie kroić tort. Pech chciał, że zro­biła to w tym samym momen­cie, w któ­rym Jane, żona dok­tora Bigsby'ego, runęła jak długa na samym środku sali gim­na­stycz­nej.

Beth i Gideon dotarli do niej jako pierwsi.

- Zemdlała - stwier­dziła Beth i popro­siła, żeby ktoś przy­niósł lód i mokry ręcz­nik. Billy Cla­xton od razu pobiegł po to pierw­sze, a Tammy Lie­bert po dru­gie.

- Mamu­siu, krew! - zauwa­żył maluch Beth.

Miał rację. Jane Bigsby ude­rzyła głową o pod­łogę i znad jej pra­wej skroni cie­kła krew. Tuż obok, pod zgiętą ręką żony Dok­tora, leżał tele­fon. Naj­wi­docz­niej korzy­stała z niego tuż przed omdle­niem.

Gideon dotknął ekranu, zanim komórka prze­szła w stan czu­wa­nia, i jego oczom uka­zał się SMS. Wia­do­mość od męża Jane.

Dok­tor napi­sał tylko jedno słowo: Pomocy.

- Tunel - powie­działa bez waha­nia Beth.

- Tunel? Co z tune­lem? - zapy­tał Gideon.

Dzięki chłod­nemu okła­dowi na gło­wie pani Bigsby zaczy­nała docho­dzić do sie­bie i jęk­nęła:

- Tunel. On jest... w tunelu.

Beth wycią­gnęła swoją komórkę i zadzwo­niła do sze­ryfa, by dać mu znać, że Dok­tor potrze­buje pomocy.

Choć jakość połą­cze­nia nie była naj­lep­sza, dało się usły­szeć głos Meeksa:

- W tunelu? Po co tam polazł, do cho­lery?!

- Po pro­stu tam pojedź - popro­siła Beth. - Ja też zaraz ruszam w drogę.

Gideon spró­bo­wał zadzwo­nić do Dok­tora z tele­fonu pani Bigsby. Po sze­ściu sygna­łach włą­czyła się poczta gło­sowa.

- Nie odpo­wiada.

Beth popro­siła Justine Baker, aby zabrała Brody'ego do domu. Więc tak się nazywa jej synek, pomy­ślał Gideon.

Kiedy zer­k­nął na malu­cha, zdał sobie sprawę, że Brody jest w niego wpa­trzony. Wyszcze­rzył się do chłopca, a ten odwza­jem­nił uśmiech. Chwilę potem Justine Baker wzięła Brody'ego na ręce.

Beth ruszyła do drzwi.

Gideon podą­żył za nią i zapy­tał:

- Jak to moż­liwe, że jest w tunelu?

- Mury runęły - odpo­wie­działa Beth i zer­k­nęła na Gide­ona przez ramię. - Naj­pierw pół­nocny, a potem połu­dniowy.

Po tych sło­wach Gideon chciał dowie­dzieć się cze­goś wię­cej, ale wtedy zadzwo­nił tele­fon. W sali gim­na­stycz­nej zro­biło się na tyle cicho, że dzwo­nek tele­fonu Archiego Dupree - dźwięk sta­rego klak­sonu - było sły­chać aż nazbyt wyraź­nie. Gideon odwró­cił się w stronę swo­jego ojca, który stał zale­d­wie kilka kro­ków za Maxine. Na środku sali gim­na­stycz­nej pani Dupree wciąż deli­kat­nie pod­trzy­my­wała głowę Jane Bigsby.

Gideon zro­bił krok w stronę Archiego.

- Panie Dupree - ode­zwał się spa­ni­ko­wany głos. - Z tej strony Jax...

- Cho­dzi o Sully'ego? Czy coś się stało? - zapy­tał Archie.

Jax? Dla­czego zosta­wili Sully'ego pod opieką Jaxa McBride'a?

- Nie... A przy­naj­mniej nic złego. - Jax brzmiał tak, jakby pła­kał. - Sully... Przed chwilą się obu­dził.