Rozdział 7
Beth
Teraz
Jako niedawno zaprzysiężony stróż prawa Beth otrzymała od Maxine Dupree
pozwolenie na podjechanie przed szkołę radiowozem. Zaparkowała samochód
na tyłach, za śmietnikiem, aby Gideon nie zobaczył go przed wejściem.
Teraz dziękowała Bogu za to auto.
Zanim wyszła z sali gimnastycznej, złapała za rękę swoją przyjaciółkę,
pielęgniarkę Natalie Logsdon, która była w łazience, gdy pani Bigsby
zemdlała. Beth od razu skierowała kumpelę do wyjścia, choć ta chciała
najpierw sprawdzić, co z żoną Doktora.
Na imprezie był obecny jeszcze jeden zastępca szeryfa, Lumpkin, którego
wszyscy w miasteczku nazywali Lumpem. Zdążył upić się jeszcze przed
przybyciem Gideona i przysnął sobie na krześle obok beczki podtapianki.
Ponieważ po ostatnich cięciach budżetowych w biurze szeryfa brakowało
ludzi, Beth mogła liczyć tylko na Natalie - pomocniczkę z doskoku.
Wymykając się z sali gimnastycznej, zdążyły usłyszeć jedynie dzwonek
telefonu Archiego Dupree, a teraz pędziły ulicą Guthrie. Beth wiedziała,
że Jax próbuje się z nią skontaktować, ale specjalnie nie odbierała.
Niech nagra się na pocztę głosową. Pewnie chciał, żeby przyniosła mu
trochę jedzenia z imprezy. Była to więc sprawa o zdecydowanie niższym
priorytecie niż brak kontaktu ze strony Meeksa. Szeryf nie tylko nie
zadzwonił, ale też nie odbierał jej telefonów. To było do niego
niepodobne.
Szeryf Meeks żył pracą. Zwłaszcza odkąd cztery lata temu jego żona
zmarła na raka jajnika. Kiedyś powiedział nawet, że gdyby tylko Bóg dał,
byłby na służbie dwadzieścia pięć godzin na dobę. Albo właśnie jechał do
tunelu, albo stało się coś naprawdę złego. W każdym razie Beth nie mogła
przestać myśleć o Szajbusie Simonie. O jego makabrycznym rysunku "z natury" i dwóch ciałach, które dzięki niemu znaleźli. Zwłoki były tak
bardzo zakrwawione i pokryte muchami plujkami, że nawet jej szef
zwymiotował w trawę. Okropny widok, ale teraz Beth modliła się tylko o to, by nie znaleźli trzeciego trupa.
Siedząca na miejscu pasażera Natalie opuściła szybę i z uśmiechem na
ustach powitała zimny powiew wiatru, muskający jej twarz. Miała długie,
czarne włosy, które powiewały teraz niczym podarty latawiec.
- Ty i ja... Jesteśmy jak Bonnie i Bonnie - powiedziała Natalie.
- Z tą różnicą, że nie jesteśmy uciekinierkami wyjętymi spod prawa.
- Racja. My reprezentujemy prawo.
- Nie my, tylko ja. Ja reprezentuję prawo.
Natalie prychnęła.
- A ja to co? Kim jestem? Twoim pomagierem? Dziewczynką na posyłki?
- Nie. Ty jesteś pijaną pielęgniarką - stwierdziła Beth. - Powinnam była
zostawić cię z Lumpem.
- Lump ma poważne problemy ze sobą.
- Wszyscy je mamy.
Natalie popijała wodę z butelki, którą gwizdnęła ze stoiska, zanim
wyszły z sali gimnastycznej. Na imprezie wychyliła cztery kieliszki
czerwonego wina i zależało jej na szybkim wytrzeźwieniu, zanim dotrą do
jaru. Poruszanie się tymi zalesionymi zboczami było wystarczająco trudne
na trzeźwo, a co dopiero po pijaku.
- Na pewno dasz radę tam ze mną pójść? - zapytała Beth, pędząc główną
ulicą na północ, w kierunku jaru i starego tunelu kolejowego. - Możesz
zostać w samochodzie, serio.
- Ta, jasne. Nie puszczę cię tam samej - oznajmiła Natalie, po czym
wypiła duszkiem resztkę wody. - Zaraz mi przejdzie.
Włożyła do ust miętową gumę, jakby świeży oddech mógł pomóc Doktorowi, a następnie wystawiła głowę z powrotem przez okno, jak pies rozkoszujący
się wiatrem.
Ulice były puste. Prawie wszyscy zgromadzili się w sali gimnastycznej.
Wyjątek stanowili ci, którzy mieli dyżur lub leżeli w szpitalu albo byli
niedołężni i zostali w domu. Ponadto na imprezę nie przyszły odludki i osoby spoza miasteczka, które Mickey French zatrudnił do renowacji Ula -
zabytkowego hotelu.
Jak tu spokojnie. Za spokojnie, pomyślała Beth, zaciskając ręce na
kierownicy tak mocno, że aż knykcie jej pobielały.
Beth nie przypuszczała, że impreza Maxine Dupree spotka się z takim
zainteresowaniem. Frekwencja przeszła jej najśmielsze oczekiwania.
Stawiała, że zjawi się jedna czwarta, góra połowa mieszkańców. Kto by
się spodziewał... Ludzie przyszli świętować powrót mężczyzny, którego
wielu z nich wciąż obwiniało o to, co stało się z Sullym. Chociaż Beth
powinna była przewidzieć, że tak będzie. Zwłaszcza teraz, gdy tunel znów
był otwarty. Fakt, że znaleziono przed nim dwa ciała, jedynie dolał
oliwy do ognia. W przeciwieństwie do Beth i Meeksa, reszta mieszkańców
nie znała makabrycznych szczegółów tej sprawy. Założyli więc, że to
kolejna zbrodnia powiązana z "zabójczym tunelem". Jednak Beth była
innego zdania. W całej niechlubnej historii Harrod's Reach zabójstwa
zawsze miały miejsce w tunelu, a tym razem ofiary jedynie podrzucono
blisko jego wejścia. Zbrodni dokonano gdzie indziej. Beth uważała, że te
zabójstwa różnią się od wszystkich dotychczasowych i Meeks przyznał jej
rację. Co więcej, zastępczyni szeryfa doszła do wniosku, że ofiary
zginęły z rąk różnych sprawców. Kobieta prawdopodobnie została
zamordowana przez Podkuwacza, który normalnie grasował daleko na wschód
od Harrod's Reach.
Tak czy inaczej, ludzie się boją - pomyślała Beth. To normalne, że w takich okolicznościach nie chcą być sami. W grupie czują się pewniej.
Zastępczyni szeryfa co jakiś czas zerkała na swoją przyjaciółkę, która
trzeźwiała w przyspieszonym tempie. Trudno jej było zachować powagę. Po
części zazdrościła Natalie jej podejścia do życia. Może powinna
posłuchać jej rady? Wyluzować i trochę się zabawić? Natalie od lat wręcz
błagała o to swoją kumpelę.
Beth nie piła i nie zamierzała, chociaż może w tych okolicznościach
alkohol dobrze by jej zrobił. Ukoiłby nerwy. Ostatecznie serce waliło
jej jak młotem.
Powstały nad drogą baldachim z wysokich drzew tworzył coś w rodzaju
tunelu. Po prawej Beth i Natalie mijały cmentarz White Wall. Z lewej zaś
roztaczał się widok na park, ulicę Mallard i zabytkową nieruchomość
rodziny Dupree, zwaną Powalającym Domem. Jeszcze dalej można było
dostrzec Ul - hotel, w którym najwyraźniej prace remontowe szły pełną
parą. Świadczył o tym odbijający się echem stukot młotków.
We wstecznym lusterku z każdą chwilą to wszystko stawało się coraz
mniejsze.
Zimne powietrze, które Natalie wpuściła przez otwarte okno, działało na
przyjaciółki aż nazbyt ożywczo. Obie miały dreszcze.
Natalie włożyła głowę z powrotem do samochodu, oparła się o zagłówek i zamknęła oczy. Do jaru i Jednostronnej Góry zostały zaledwie trzy
kilometry. Natalie odpłynęła. Jednak gdy samochód wjechał na wyboisty
odcinek ulicy Guthrie w dzielnicy historycznej, pielęgniarka od razu
została wyrwana ze snu. Pomimo tak brutalnego przebudzenia przez wiekowy
bruk, Natalie wyglądała na całkiem wypoczętą.
- I jak tam drzemka?
Natalie ziewnęła.
- Długo spałam?
- Jakieś dziesięć sekund.
Natalie uchyliła okno i związała długie włosy w koński ogon. Była gotowa
do działania.
Wszystkie drogi odchodziły od Guthrie. Tworzyły idealne, wypielęgnowane
kwadratowe przestrzenie z drzewami posadzonymi w równiutkich rzędach.
Latarnie uliczne oraz miejskie ławki z kutego żelaza miały fantazyjne
kształty. Drzewa także były zadbane i rosły wielkie niczym sekwoje. Beth
wjechała najpierw w ulicę DuPont, a potem Malloy, która rozpoczynała
dwustumetrowy odcinek ostrych zakrętów prowadzących do jaru. Do miejsca,
w którym niegdyś znajdowały się tory kolejowe. Zanim zostały pochłonięte
przez roślinność i rozkradzione.
Czasami najlepiej było zaklinać rzeczywistość. Udawać, że tunel to nic
takiego, miejsce jak każde inne. Tak. Właśnie to zamierzała zrobić Beth.
A przynajmniej miała nadzieję, że zdoła do tego stopnia oszukać samą
siebie.
Niestety, nie tym razem. Gdy wyszła z samochodu i zobaczyła zaparkowany
radiowóz Meeksa, wysyłający czerwono-niebieskie światło w ciemność
zarośniętego jaru, wydusiła z siebie jedynie pytanie:
- A kim ja jestem w tym układzie?
Kiedy Natalie spojrzała na nią pytająco, Beth dodała:
- Bonnie czy Bonnie?
Na co pielęgniarka odpowiedziała z uśmiechem:
- Oczywiście, że Bonnie.
Po tych słowach ruszyły w dół zbocza. Beth oświetlała drogę latarką.
Sygnał karetki z każdą minutą stawał się coraz głośniejszy. Jednak zanim
przyjaciółki pokonały pokryte rosą zbocze i zanurzyły się w morze
chwastów, jeżyn i wysokiej trawy, syrena ucichła. Karetka dotarła na
górę. Teraz sygnalizowała swoją obecność jedynie migającymi
biało-czerwonymi stroboskopami, oświetlającymi porośniętą dolinę.
Pomimo całego tego zamieszania Beth skupiła się na wiązce światła
latarki i ostrożnych krokach swojej towarzyszki, która szła dwa kroki
przed nią. Pielęgniarka poruszała się niezwykle pewnie. Niewykluczone,
że była tu więcej razy, niż chciała przyznać.
Natalie odgięła wystającą gałąź i przytrzymała ją tak, by nie uderzyła w twarz Beth. Gdy ich oczom ukazało się południowe wejście do tunelu,
pielęgniarka zamilkła. Jednostronna Góra. Tak naprawdę nikt nie
wiedział, skąd wzięła się nazwa tej części jaru. Jeśli przyjrzeć się
dostatecznie dokładnie, można było dostrzec drugą stronę. Na pewno miała
ją wychodnia, w której wykuto tunel. W końcu to właśnie tam, po drugiej
stronie, Szajbus Simon znalazł ciała.
Teraz w głębi tunelu migotała latarnia.
Z kolei za plecami przyjaciółek świeciły latarki wezwanych ratowników
medycznych. Jakieś dwadzieścia metrów przed łukowatym wejściem do tunelu
Natalie i Beth wymieniły spojrzenia i ruszyły dalej po gruzach. Do
miejsca, w którym cegły zmieniały się w pył, trawę i zbitą glebę. A potem przyjaciółki weszły do tunelu. Od razu poczuły spadek temperatury,
przez co miały wrażenie, jakby znalazły się w jaskini. Powiew wiatru
wzbijał kurz i niósł ze sobą smród zasklepionego brudu. Woda kapała ze
skąpanego w ciemności stropu, ale Beth nie zamierzała świecić nań
latarką. O nie. Natalie tym bardziej - starała się iść ze wzrokiem
wbitym w ziemię. Nic dziwnego. Obie słyszały tę samą niepokojącą
historię z lat siedemdziesiątych o Charliem Ponsetterze. Ponoć pewnej
nocy, będąc w tunelu, mężczyzna skierował światło latarki w górę.
Zarzekał się, że zobaczył wtedy Leonarda Stewarta, miejscowego fryzjera,
wspinającego się po skalistym stropie.
Charlie był uzależniony od alkoholu i trawki oraz znany z wybujałej
wyobraźni i mitomanii. Jednak tamtej nocy w tunelu faktycznie musiał COŚ
zobaczyć. Coś, co sprawiło, że z dnia na dzień zrobił się siwy jak
gołąbek i przez ostatnie osiem lat swojego życia miał nie po kolei w głowie. Aż do jesieni 1982 roku, kiedy to powiesił się na dębie. Na
podwórku swojej macochy.
Przez lata Lenny'ego Stewarta pytano o tę sytuację i zawsze zbywał
żartem dociekania wścibskich mieszkańców. Zresztą w tamtym czasie nikt
nie podejrzewałby go o podobne ekscesy. Lenny Żyleta, bo tak nazywali go
wierni klienci, którym serwował bardzo precyzyjne golenie po strzyżeniu,
był tęgim facetem pod sześćdziesiątkę. Nie wspinał się po żadnych
stropach. A już szczególnie trudno było go sobie wyobrazić w tym długim,
brudnym i zimnym tunelu. Wydawało się to co najmniej absurdalne. Jednak
nikomu nie było do śmiechu, gdy dziesięć lat później Lenny Żyleta zmarł
na atak serca podczas golenia prawego policzka Henry'ego Calcutty.
Nikomu nie było do śmiechu również wtedy, gdy najstarszy syn Lenny'ego,
Joey Żyleta, który również trudnił się fryzjerstwem, przeczytał
testament ojca. Stary Stewart wierzył, że został opętany w tunelu przez
Melinoe. Joey sprawdził, cóż to takiego i odkrył, że ojcu chodziło o pewne bóstwo ze świata zmarłych. Nimfę z mitologii greckiej o przedziwnym wyglądzie, która wywoływała koszmary i szaleństwo. Cóż, nie
da się ukryć, że do przypadku Lenny'ego pasowało to jak ulał.
Jakby tego było mało, testament starego Żylety skrywał jeszcze jedną
niespodziankę. Lenny wyznał w nim, że zostawił mieszkańcom Harrod's
Reach prezent w piwnicy pod swoją stodołą. Joey "otworzył go" jako
pierwszy. Po tym doświadczeniu dwa kolejne dni spędził na piciu
szkockiej i zastanawianiu się, czy wezwać policję. Wiedział, że jeśli to
zrobi, opinia mieszkańców miasteczka na temat jego ojca diametralnie się
zmieni, ale w końcu postanowił zadzwonić. W tamtym okresie detektyw
Harrington zajmował się zabójstwami powiązanymi z tunelem - dokonanymi w środku lub w pobliżu tego miejsca. To były kolejne "złote czasy". Tak je
nazywano. Jedna z wielu podobnych dekad w historii tunelu. Po telefonie
Joeya detektyw wyniósł z piwnicy stodoły Lenny'ego szczątki około dwóch
tuzinów psów i ponad pięćdziesiąt słoików krwi, którą z nich upuścił.
Krwi, którą stary Żyleta lubił popijać sobie w kieliszku do martini.
Siadał w bujanym fotelu na werandzie w czasie pełni księżyca i sączył.
Naprawdę głęboko wierzył w swoje opętanie. Zgodnie z ostatnią wolą
Lenny'ego, rodzina rozsypała jego prochy w jarze oraz tunelu, do którego
właśnie weszły Beth i Natalie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
Beth
Teraz
Beth Gardner zdążyła przepracować raptem dwa tygodnie jako zastępczyni
szeryfa, gdy Szajbus Simon wszedł do ich biura z piłą łańcuchową.
Szeryf Grover Meeks wspomniał jej już kilka dni temu, jak Simon nazywał
swoją piłę. Nie wspomniał jednak, że posunął się do podpisania narzędzia
czarnym markerem. Słowo Rozpruwacz widniało na niebieskiej taśmie
malarskiej przyklejonej do rękojeści piły. Barki Simona były tak
szerokie, że ledwo mieściły się w drzwiach i całkowicie przysłaniały
słońce, co zaskoczyło Beth. Prawie tak bardzo jak to, że mężczyzna nie
zrobił w nazwie błędu ortograficznego.
Beth wstała, gdy tylko Szajbus przekroczył próg biura szeryfa.
- Ani kroku dalej, Simon.
Mężczyzna zastygł w bezruchu, jakby grał w zamrożonego berka.
Simon nie był potworem, tylko dziwnym i ociężałym umysłowo sierotą.
Trzydziestokilkulatkiem, który siał spustoszenie w lasach Harrod's
Reach, odkąd tylko osiągnął wiek umożliwiający utrzymanie w rękach piły
łańcuchowej.
Widać było, że Szajbus Simon nie próżnował. Łańcuch Rozpruwacza
pokrywały wióry, drzewne soki i Bóg jeden wie, co jeszcze.
Ale nie ma krwi. Dobre i to, pomyślała Beth, powoli i ostrożnie robiąc
krok do przodu.
Podobnie jak większość ludzi mieszkających w lesie wokół jeziora
Harrod's, Simon bywał w dzielnicy historycznej tylko wtedy, gdy naprawdę
musiał. Ponadto, według najlepszej wiedzy Beth, do tej pory ani razu nie
wszedł do biura szeryfa z własnej i nieprzymuszonej woli. Oczywiście
szeryf Meeks przyprowadzał go tu wielokrotnie, ale nigdy nie trzymał
dłużej niż kilka godzin. Simon trafiał do biura głównie wtedy, gdy
wycinał drzewa na posesji jednego z sąsiadów, z którymi nie warto było
zadzierać lub porywał się na wycinkę na państwowym terenie. Ale to? To
coś nowego - pomyślała Beth. Choć szeryf Meeks uczył ją, by w obliczu
tak nietypowych sytuacji zachowywała spokój, serce podskoczyło jej do
gardła. Poderwało się jak stado ptaków spłoszonych wystrzałem z pistoletu.
- Co cię do nas sprowadza, Simonie?
Był ciepły, jesienny dzień, co najmniej dwadzieścia sześć stopni, a Simon miał na sobie workowate dżinsy i flanelową koszulę w kratę. Beth
czuła smród jego ciała z odległości trzech metrów. Brązowe włosy
mężczyzny były rozczochrane. Podobnie jak jego broda, wyraźnie bardziej
splątana po lewej stronie. Jakby spał w nocy właśnie na tym boku. Simon
podniósł prawą rękę. Trzymał w dłoni kartkę papieru do drukarki.
- Co to? - zapytała Beth.
Simon wskazał głową na kartkę, jakby chciał powiedzieć: "Weź to i sama
zobacz". Nie był niemową. Beth niejednokrotnie słyszała mamrotanie
Simona. Wielu mieszkańców miasteczka lubiło go przedrzeźniać. Szajbus
miał głos jak Billy Bob Thornton w filmie Blizny przeszłości, dlatego
wolał go nie używać. Zwłaszcza na forum publicznym.
Preferowaną przez Simona formą komunikacji były obrazy i trzeba
przyznać, że facet miał prawdziwy talent. Wrodzony czy zrodzony z konieczności - tego Beth nie wiedziała, ale nawet ze znacznej odległości
dostrzegła na rysunku mnóstwo szczegółów nakreślonych tuszem.
Beth podeszła bliżej i wyjęła kartkę z dłoni Simona, zwracając przy tym
uwagę na wydatne knykcie mężczyzny. Po raz kolejny zerknęła na
zabrudzony łańcuch Rozpruwacza, by upewnić się, że nie ma na nim
ludzkich szczątków, a następnie skupiła wzrok na rysunku. Natychmiast
zdała sobie sprawę, że w Harrod's Reach dzieje się coś naprawdę
niedobrego.
Simon naszkicował dwie postaci - kobiety i mężczyzny. Były całkowicie
ubrane i leżały na plecach. W tle majaczyło wejście do starego tunelu
kolejowego. Tylko od której strony? Północnej czy południowej? Beth nie
była w stanie tego stwierdzić, a nakreślone postaci nie dawały żadnego
pola do interpretacji.
Simon narysował martwych ludzi.
Leżeli obok siebie i trzymali się za ręce, ale najwyraźniej zostali
brutalnie zamordowani.
- To ty znalazłeś te ciała? - zapytała.
Przytaknął, nie odrywając wzroku od swoich porysowanych brązowych butów
z rozwiązanymi i mokrymi sznurowadłami. Którędy Simon szedł, zmierzając
tutaj? Nie wiadomo.
- Dotykałeś ich? Simon?
Simon potrząsnął głową, obgryzając przy tym paznokieć. Beth ponownie
spojrzała na rysunek.
Mężczyzna leżał pośród drzew i opadłych liści. Miał odciętą głowę, która
spoczywała na jego brzuchu jak piłka do siatkówki, przytrzymywana przez
starannie ułożoną prawą rękę. Lewa była wyciągnięta w stronę leżącej
obok kobiety. Mężczyzna ściskał swoją towarzyszkę niedoli za dłoń.
A kobieta...
Beth podniosła wzrok.
- Czy to podkowa, Simonie?
Skinął głową, nie odrywając wzroku od podłogi, po czym niespodziewanie
odezwał się swoim bełkotliwym głosem:
- Tak, proszę pani.
Rozdział 2
Gideon
Teraz
Gideon Dupree wcale nie czuł się jak bohater.
Najpierw przez ponad trzy lata wydmuchiwał pustynny pył z nozdrzy, a teraz jako inwalida wracał do Harrod's Reach. Jak ranny pies z podkulonym ogonem. Nie chciał być witany niczym bohater.
Powiedział to matce, gdy kilka tygodni temu dzwonił zza oceanu, by
poinformować ją o swoim przedterminowym zwolnieniu z wojska. Zwolnieniu
z honorami i Medalem Purpurowego Serca. Przyjął odznaczenie z grzecznym
podziękowaniem. Uścisnął wszystkie ręce, które należało uścisnąć i po
raz ostatni zasalutował swoim zwierzchnikom. W końcu przez cały ten czas
jakoś z nim wytrzymywali. Następnie upchnął swoje życie do wojskowego
worka, który dostał na samym początku służby. Życie, które zaczęło się
tuż po osiemnastych urodzinach Gideona.
Purpurowe Serce leżało w plastikowej torebce. Razem z pociskiem, przez
który miesiąc temu, podczas ataku na Nangarhar, Gideon prawie stracił
nogę. Dupree rozważał nawet położenie pocisku na ladzie stanowiska
odpraw lotniska LaGuardia, gdy przesiadał się na samolot do domu, i zakomunikowanie ładnej stewardesie, że tak naprawdę to jest jego bilet.
Jednak ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu. Po prostu ładnie jej
podziękował i ruszył dalej, czyli zrobił coś, co było zdecydowanie
bardziej zgodne z jego naturą.
Choć idąc przez życie, stale się potykał, miał nadzieję, że pozostanie
niezauważony.
Jeszcze na lotnisku Gideon zadzwonił do matki, by poinformować ją, że
wylądował i wróci do domu Uberem. Już wtedy powinien był się połapać.
Zorientować, że coś się święci. Inaczej Maxine Dupree nie nalegałaby tak
bardzo na to, że sama zamówi mu Ubera. "Żebym mogła za niego zapłacić" -
takie było jej wytłumaczenie. Zanim Gideon się rozłączył, popełnił błąd.
Zapytał, jak tam Sully, jego ośmioletni brat. Odpowiedziała, że w porządku. Zrobiła to jednak po stanowczo za długim wahaniu, przez które
Gideon zaczął się zastanawiać, czy aby na pewno powiedziała prawdę.
Maxine dodała cicho, żeby na siebie uważał, a potem zapytała:
- Słyszałeś o morderstwach?
- Nie, mamo. Co się stało? Jakie morderstwa?
- W tunelu... Te mury...
- Mury? Co z murami? Coś się stało, mamo?
- Po prostu bądź ostrożny, dobrze? Uważaj na siebie.
Myślał o tunelu przez całą drogę z lotniska. Wszystko w starej, sennej
osadzie kolejowej kręciło się wokół miejsca, w którym jego młodszy brat
niemal stracił życie. Tunel został zamurowany trzy lata temu. Gideon
doskonale pamiętał ten dzień. Zaraz po położeniu ostatniej cegły pokazał
temu pokrytemu mchem paskudztwu środkowy palec. Zamurowano go na obu
krańcach Jednostronnej Góry, a niedługo później Dupree wyjechał z Harrod's Reach do wojska. Zamiast zawieźć go do domu, kierowca Ubera jak
gdyby nigdy nic wjechał na pusty parking St. Michael's i powiedział
przepraszającym tonem:
- Miałem podrzucić pana tutaj. Nigdzie indziej. Takie otrzymałem
instrukcje.
Gideon zerknął na drzwi prowadzące do sali gimnastycznej. Wiedział, że w środku czeka pełno ludzi. Nie dał się zwieść pustemu parkingowi. W Harrod's Reach wszędzie można było dostać się na piechotę. Co chwila
mijało się ogródki i dziedzińce, które według obiegowej opinii
przypominały te w bardziej znanym i lubianym mieście Savannah w stanie
Georgia.
- Na pewno nie da się pan przekupić? - Dupree zapytał kierowcę.
- Niestety nie, proszę pana, ale chciałbym bardzo podziękować za pańską
służbę ojczyźnie.
Gideon z trudem wyciągnął swoją niesprawną nogę z samochodu i chwycił za
ciężki worek wojskowy.
Kierowca odwrócił się w stronę tylnego siedzenia i pomógł pasażerowi
wyjąć tobołek z auta, po czym zagadał:
- Podobno jest pan bohaterem... Dostał pan Purpurowe Serce i tak dalej.
To prawda?
Gideon uprzejmie udzielił mu rady, by nie wierzył we wszystko, co
usłyszy, podziękował za przejazd i zamknął drzwi samochodu. Przez chwilę
stał w bezruchu. Rozważał powrót na piechotę, jednak od domu dzieliły go
mniej więcej dwa kilometry spacerem, a wizja kuśtykania z ciężkim
workiem nie wydawała się zbyt kusząca. Doszedł więc do wniosku, że
cokolwiek czeka na niego w sali gimnastycznej, jakoś to przeżyje.
Przecież go nie zjedzą.
Bohaterowie nie uciekają z podkulonym ogonem.
Kiedy z plebanii dobiegło go szczekanie Maxa - grubego psa księdza Freda
- Gideon dostrzegł przez kościelne witraże blask migoczących świec.
Inaczej zapamiętał tę szkołę z czerwonej cegły. Teraz wydawała się
znacznie mniejsza. Podobnie jak sala gimnastyczna i boisko do kickballu.
Wszystko to przypomniało mu o przerwach między lekcjami, zdartych
kolanach, sztywnych wytycznych dotyczących ubioru i spowiedziach, na
których kłamał jak z nut. Pomyślał też o Mary Pat, pewnej zakonnicy,
która prychała za każdym razem, kiedy dzieciaki wygłupiały się podczas
lunchu. Zawsze pytała wtedy: "No kto jest taki zabawny?". Na pewno nie
Gideon. On nigdy się nie wydurniał. Jednak zawsze kręcił się wokół
żartownisiów.
Bohaterowie się nie wahają.
W sali gimnastycznej pewnie była Beth. I Jax.
Z pewnością rodzice Gideona, Archibald i Maxine Dupree, również czekali
w środku na powrót syna marnotrawnego.
Otworzył więc drzwi sali gimnastycznej, spowitej budzącą grozę
ciemnością. Zajrzał do środka. Ktoś kichnął. Ktoś inny zachichotał. Ktoś
trzeci ich uciszał. Zrobił to tuż przed zapaleniem się światła i gromkim, zbiorowym okrzykiem: "Niespodzianka!".
Jednym szybkim ruchem Gideon wyciągnął Sig Sauera P320 i wycelował w pierwszą osobę, która stanęła mu na drodze.
Rozdział 3
Beth
Teraz
Beth od początku była zdania, że przyjęcie niespodzianka dla Gideona to
kiepski pomysł. Teraz jedynie utwierdziła się w tym przekonaniu, stojąc
stłoczona z prawie całym miasteczkiem w dusznej sali gimnastycznej.
Gideon nie lubi niespodzianek.
Beth próbowała delikatnie poruszyć ten temat z matką Gideona.
Zasugerować Maxine Dupree, że jej synowi może nie spodobać się taka
forma powitania. Tylko jak tu odmówić kobiecie, która od trzech lat nie
widziała swojego dziecka?
Gideon od dziecka nie znosił głośnych dźwięków. W gimnazjum podskakiwał
po każdym szczeknięciu psa księdza Freda i wzdrygał się na dźwięk
kościelnych dzwonów. Nawet w Dzień Niepodległości zawsze oglądał
fajerwerki z wnętrza Powalającego Domu. A Sully? Był zupełnym
przeciwieństwem swojego brata. Już jako berbeć oglądał z ojcem sztuczne
ognie na zewnątrz. Ba! Chciał je nawet zapalać.
Dlatego Beth była zdania, że przyjęcie niespodzianka to naprawdę kiepski
pomysł. Nawet pomimo faktu, że Gideon miał już dwadzieścia jeden lat i został odznaczony Purpurowym Sercem.
W sali gimnastycznej zgasły światła. Wszyscy nagle ucichli, ponieważ to
był sygnał. Gideon właśnie wjechał do Harrod's Reach.
Beth trzymała na biodrze Brody'ego, swojego dwuletniego synka. Gdy tylko
zgasły światła, maluch zaczął bawić się odznaką matki. Podobnie jak
szeryf Meeks, jej szef, Beth zawsze była na służbie. Ponoć w tej pracy z czasem skoki adrenaliny pojawiają się coraz rzadziej, a pasja przygasa,
ale Gardner szczerze w to wątpiła. Nie w jej przypadku.
Nie w przypadku kogoś, kto był do tej pracy stworzony. Urodził się, by
nosić odznakę.
- Jest ciemno - zakomunikował Brody.
- Zgadza się.
- A dlaczego?
- Żeby zrobić Gideonowi niespodziankę.
- A kto to? Ten Gideon?
- Przyjaciel z dzieciństwa.
- Jak wygląda?
Jak typowy kujon, pomyślała Beth.
- Za chwilę się dowiesz.
- Tata powiedział, że to twój brat bliźniak.
- Tata tylko tak sobie żartował. Wiesz, tacie nie zawsze wychodzą żarty.
A tobie, zdaje się, nie zawsze wychodzi mówienie szeptem - odparła. Na
te słowa kilka osób stojących tuż obok się zaśmiało. - Ale tak, ja i Gideon urodziliśmy się tego samego dnia - szepnęła Beth - a właściwie
tej samej nocy. Do tego prawie przez całe życie mieszkaliśmy bardzo
blisko siebie.
- To jest twoim bratem bliźniakiem czy nie?
- Nie - odpowiedziała. - I wystarczy już tych pytań. Mieliśmy być cicho.
Brody pogłaskał odznakę swojej mamy. Nie lubił ciemności. Do snu
potrzebował dwóch zapalonych lampek nocnych.
Beth wyjęła telefon z tylnej kieszeni spodni. Złamała w ten sposób
protokół imprezy, ale dodała otuchy Brody'emu. Przynajmniej na chwilę.
- Wyłączę, gdy tylko usłyszę kroki. Zanim otworzy drzwi. Obiecuję -
szepnęła na swoją obronę do osób stojących obok.
Na co jakiś kobiecy głos odpowiedział:
- Nie musisz się tłumaczyć, Beth. Rób co musisz.
Zawsze cieszyła się w miasteczku poważaniem, ale odkąd została
zastępczynią szeryfa, szacunek wzrósł jeszcze bardziej.
Dziesięciokrotnie.
Pal licho przyjęcie niespodziankę. Tak naprawdę Beth niepokoiło zebranie
większości mieszkańców miasteczka w jednym miejscu. W końcu zaledwie dwa
dni temu odkryto zwłoki przed tunelem. To była tajemnicza sprawa. Do
tego te ciała... Beth nie mogła przestać o nich myśleć. Wciąż miała je
przed oczami. Odkąd znalazła wraz z szeryfem Meeksem zwłoki nieszczęsnej
pary. Dotarli do nich mniej więcej godzinę po zjawieniu się Szajbusa
Simona w biurze. Swoją drogą małomówny mężczyzna niezwykle wiernie oddał
na rysunku wygląd miejsca zdarzenia.
Beth odwróciła się tyłem do stojących obok niej ludzi i znów zajęła się
tym, co pochłaniało ją od rana - przeglądaniem artykułów przeróżnych
gazet. Googlowała godzinami w nadziei, że znajdzie jakąś wskazówkę. Coś,
co pomoże jej zrozumieć najnowszą, straszną zbrodnię, której dokonano w Harrod's Reach.
Brody sięgnął po telefon, ale Beth była na to przygotowana.
- Moment, skarbie. Mama pracuje.
Przeczytała wszystko, co wcześniej zdążyła jedynie przebiec wzrokiem.
Wciąż nie udało im się zidentyfikować ofiar. Raczej nie był to nikt z Harrod's Reach. Beth szukała więc w internecie podobnego modus
operandi. Jak dotąd, nie znalazła żadnej sprawy, która przypominałaby
przypadek pozbawionego głowy mężczyzny. Jednak jeśli chodzi o drugą
ofiarę, sytuacja wyglądała bardziej obiecująco. Beth właśnie przeczytała
na telefonie artykuł sprzed dwóch miesięcy o zbrodni w Charlestonie, w Karolinie Południowej: dowody wskazywały na gwałt, uduszenie i urazy
głowy, w tym twarzy, tępym narzędziem. Ponadto na miejscu zdarzenia
sprawca zostawił zakrwawioną podkowę, której użył do zadania ciosów;
leżała na klatce piersiowej ofiary.
- Bingo - powiedziała cicho Beth.
- Bingo - powtórzył za nią Brody i znów spróbował sięgnąć po telefon.
- Już kończę.
Wzrok Beth zatrzymał się na nagłówku: Ostatnia ofiara Dusiciela w śpiączce! Pod spodem mniejszą czcionką było napisane: Walczy o życie w miejscowym szpitalu. Beth zaczęła czytać. Ocalała to niejaka Maddy
Boyle, dwudziestodwuletnia studentka ostatniego roku anglistyki i twórczego pisania w College of Charleston. Gardner chciała dowiedzieć
się więcej, ale w tym momencie ktoś zakomunikował głośnym szeptem:
- Idzie!
Beth wyłączyła telefon i schowała go do kieszeni.
W sali gimnastycznej zapanowała cisza. Wszyscy czekali z niecierpliwością na przybycie bohatera wieczoru, co Beth wciąż wydawało
się dziwne. Jeszcze wczoraj wiele z tych osób szydziło z Gideona i obwiniało go o wypadek Sully'ego. A teraz nagle wszyscy świętowali
powrót starszego z braci Dupree.
Hipokryzja w najczystszej postaci - pomyślała Beth. Miejscowi nie
przepuściliby okazji do picia i imprezowania. Byli gotowi przymknąć oko
na powód świętowania - ten i tak wydawał się zbędny.
- A gdzie tata? - zapytał Brody.
- Jest z Sullym - odpowiedziała Beth.
Nagle drzwi się otworzyły i wraz z Gideonem do sali gimnastycznej wpadł
blask księżyca.
Zapaliły się światła. Wszyscy krzyknęli: "Niespodzianka!".
A kiedy Gideon wyjął broń, Beth nie miała innego wyboru, jak tylko
wyciągnąć swoją.
Rozdział 4
Doktor
Teraz
Od niedawna przed tunelem stał znak z ostrzeżeniem: NIEBEZPIECZEŃSTWO!
WSTĘP WZBRONIONY!
Doktor Travers Bigsby postanowił je zignorować. Zresztą podobnie jak
poprzedniej i jeszcze wcześniejszej nocy. Przeszedł przez las i zszedł w dół jaru. Aż do miejsca, w którym pociągi niczym królowie panowały
kiedyś w Harrod's Reach. Patrząc na to wgłębienie z góry, można było
odnieść wrażenie, że przejeżdżały przez nie lokomotywy z dawno minionej
epoki. Obecnie jar porastała bujna roślinność. Głównie wysoka trawa i chwasty, lecz gdzieniegdzie pojawiły się młode drzewa. W powietrzu
wyraźnie wyczuwało się wilgoć.
Bigsby oświetlał sobie latarką drogę dzielącą go od czarnej dziury,
czyli wejścia do tunelu. Smród był obezwładniający. Doktor czuł go z odległości ponad trzydziestu metrów. Od tunelu bił odór zgnilizny. Jakby
coś znajdującego się w środku zbyt długo pozostawało w zamknięciu.
Wymagało przewietrzenia. Oddechu. Podobnie jak butelka wina.
Mimo wszystko właśnie w tym miejscu Doktor chciał się znaleźć. MUSIAŁ
się tu znaleźć. Tak wytłumaczył się Jane, swojej żonie. Ta z kolei
poszła na przyjęcie niespodziankę. Wszyscy lokalni hipokryci zamierzali
świętować powrót tego samego chłopaka, który jeszcze trzy lata temu był
dla nich trędowaty.
Dobrze, że nie grałeś w ich grę, Gideonie. Dzięki temu nie mogli
wygrać.
Dowaliłeś im. Brawo ty.
Doktor zmierzył wzrokiem tunel.
Nie powinni byli go zamurowywać. Zdecydowanie. Travers był temu
przeciwny. Jako jeden z niewielu w miasteczku. Co roku przez ponad dwie
dekady sprzeciwiał się każdemu wnioskowi, który wpływał w tej sprawie do
rady miejskiej. Ostatecznie jednak przegrał tę wojnę. To, co spotkało w tunelu Sully'ego Dupree, przelało czarę goryczy. Nic dziwnego, dzieciak
był ulubieńcem miasteczka. Jeśli w ogóle ktokolwiek zasłużył sobie na to
miano. Po tragedii, która spotkała małego Sully'ego, nawet Bigsby przez
chwilę miał wątpliwości, czy dobrze robi, sprzeciwiając się woli
większości. Tak czy inaczej, jeszcze przed wyjazdem Gideona ukończono
ceglane mury, które zamieniły tunel w cholerną kapsułę czasu.
Oba mury zawaliły się po zaledwie trzech latach. Najpierw północny.
Runął dwa tygodnie temu, podczas drobnego trzęsienia ziemi, które trwało
jakieś trzy lub cztery sekundy. Drgania pojawiły się nie tylko w samym
Harrod's Reach, lecz także we wszystkich graniczących z nim
miasteczkach. Tak jak przewidział Travers, na zawalenie się drugiego
muru nie trzeba było długo czekać. Doszło do tego cztery noce temu, za
piętnaście pierwsza. Ledwie godzinę po tym, jak Doktor opuścił tunel.
Bigsby przychodził tam nasłuchiwać, a raczej osłuchiwać. Przykładał
stetoskop do cegieł, jakby szukał po drugiej stronie muru bicia serca.
I w pewnym sensie tak było, ponieważ nasłuchiwał czegoś w rodzaju wiatru
- bicia serca tunelu.
Gdy północny mur się posypał, wnętrze tunelu znów zaczęło tętnić życiem.
Można było wyczuć jego puls. Jednocześnie pokruszone cegły sprawiały, że
przedostanie się do środka stanowiło nie lada wyzwanie. Rzecz jasna
niebezpieczne, ale poza tym niemal niemożliwe. Chimp1 Deavers
wraz z jednym ze swoich strażaków próbowali dostać się do tunelu jeszcze
tego samego dnia, kiedy zawalił się pierwszy mur. Byli już nawet bardzo
blisko, ale wtedy cegły zaczęły usuwać się im spod nóg. Postanowili więc
spróbować ponownie za jakiś czas. Pozwolić cegłom najpierw osiąść.
Doktor wiedział, że drugi mur też się zawali, to była tylko kwestia
czasu. Szczególnie że wiatr wlatywał od północnej strony i napierał na
południowe wejście niczym tysiące natrętnych rąk. Nic dziwnego, że
ostatecznie drugi mur runął całkowicie na zewnątrz. Jakby został
kopnięty od środka przez rozwścieczonego olbrzyma.
Dlatego właśnie Jane była tak bardzo zła na swojego męża. Bała się, że
cegły się posypią i spadną na głowę Traversa, że stanie mu się krzywda.
Bigsby nie mógł zaprzeczyć, że niewiele brakowało. Uniknął śmierci o włos. O godzinę. Czasem nawet jadał w tunelu lunch. "I po co? Po co to
wszystko?" - gadali za jego plecami miejscowi. Dla bicia tego serca,
odpowiadał wtedy sobie w duchu.
I oto znów wrócił do tunelu. Trzecią noc z rzędu. Udało mu się nawet
poczynić pewne postępy w usuwaniu cegieł z północnego wejścia. Każdej
nocy wywoził jedną taczkę. Z jakiegoś powodu Bigsby'emu trudniej było
patrzeć na zasypany gruzem niż całkowicie zamurowany tunel. Doktor
sukcesywnie i z pełną determinacją starał się przywrócić to miejsce do
stanu pierwotnego.
Położył latarkę na ziemi, tak aby oświetlała gruzowisko, i zabrał się do
pracy. Poprzedniej nocy zostawił tu taczkę, latarnie i łopatę. Słusznie
założył, że raczej nikt nie odważy się ich zabrać. W przeciwieństwie do
Doktora, większość mieszkańców stosowała się do zakazu wstępu na ten
teren.
Większość nadal bała się tunelu.
Zwłaszcza po tym, co znalazł Simon Bowles. Choć mężczyzna przez
wszystkich w miasteczku nazywany był Szajbusem Simonem, doktor Bigsby
nie zgadzał się z tak prostą, a wręcz prostacką diagnozą. Owszem, Simon
był ociężały umysłowo, ale zdecydowanie nietuzinkowy. Doktor wciąż
uważał narodziny Bowlesa za najbardziej niezwykły poród, jaki
kiedykolwiek odebrał.
Według "Gazety Harrod's Reach", okaleczone ciała zostały znalezione w odległości około pół metra od siebie. Zdaniem Doktora, artykuł o morderstwach sugerował, że ofiary zabito gdzie indziej, a w lesie
jedynie pozbyto się zwłok. Ktoś podrzucił je koło tunelu, jakieś
piętnaście metrów od północnego wejścia. Pozostałe dziewięćdziesiąt
procent opublikowanego w gazecie tekstu stanowiły spekulacje, ponieważ
biuro szeryfa milczało na temat szczegółów dotyczących zbrodni.
Travers obiecał zastępczyni szeryfa, że będzie się trzymał z dala od
miejsca zdarzenia. Żaden problem. Zwłoki zostały znalezione przy
północnym wejściu, a Bigsby i tak wchodził do tunelu od południowej
strony.
W świetle latarki majaczyła mgła, której udało się przedrzeć przez
szczeliny pomiędzy cegłami. Wyglądało to tak, jakby pod gruzami tlił się
ogień, a dźwiękiem przypominało fumarolę. Mgła i poranna rosa - cegły aż
się od nich mieniły.
Doktor był ostrożny. Bardzo uważnie stawiał każdy krok. Widząc efekty
swojej pracy, coraz bardziej zwiększał jej tempo. Serce Traversa również
biło coraz mocniej, a wiatr wciąż się wzmagał.
Wewnątrz tunelu dało się już odczuć spadek temperatury. Jak zawsze
podczas wizyt Doktora. Nie było to gwałtowne ochłodzenie, ale na tyle
wyraźne, by wywołać gęsią skórkę i skroplić wydobywającą się z ust parę
wodną. Noce w Harrod's Reach różniły się od tych w okolicznych
miasteczkach. Zawsze były chłodniejsze. Według niektórych, przyczyny
takiego stanu rzeczy należało upatrywać w tym, że wokół znajdowały się
rozległe lasy, pełne różnych zagłębień terenu, w których hulał wiatr.
Inni byli zdania, że za chłód odpowiedzialna jest unosząca się z rana
nad jeziorem Harrod's mgła, wypychana dalej w świat przez wierzby
płaczące. Jednak większość, do której zaliczał się Doktor, dobrze
wiedziała, że to stary tunel kolejowy działa na miasteczko jak regał
chłodniczy.
Wchodziło się do niego jak do jaskini. Złowrogiej pieczary.
Ściany tunelu były przesiąknięte historią. Każda kropla wody ściekająca
z sufitu odbijała się echem wiedzy i wierzeń ludowych. Echem legendy.
Doktor uśmiechnął się od ucha do ucha. Tunel wzbudzał albo lęk, albo
fascynację. Potrafił pochłonąć człowieka bez reszty.
I to bez względu na wiek, czego najlepszym przykładem był Sully Dupree.
Zauroczenie tunelem nieomal wyprawiło go na tamten świat.
Wielu w tym miejscu mdlało. Dzieciaki przechodziły, a raczej przebiegały
przez tunel tylko w ramach wyzwania, przeklinając po drodze wszystko, co
czuły i widziały w jego wnętrzu. A to było wystarczająco długie, by
pomieścić trzy autobusy szkolne i na tyle wysokie, że krzyki odbijały
się echem.
Miejscowi mieli też niejedno do powiedzenia na temat morderstw
popełnionych w miasteczku od czasu, gdy tunel powstał półtora wieku
temu. Wszystkie te brakujące części ciała... Wszystkie te zaginione
CIAŁA. Gdyby tylko Harrod Guthrie wiedział, jak bardzo złą sławą okryje
się przestrzeń, na którą natknął się zimą 1865 roku... Na pewno nie tak
wyobrażał sobie jej przyszłość. W jego głowie od razu zrodziła się wizja
stworzenia osady kolejowej z prawdziwego zdarzenia i właśnie tym mianem
określił miasteczko trzy miesiące po położeniu w nim torów. Teraz stary
tunel, pokryty porostami i mchem, przypominał bardziej wapienną wiatę
niż obiekt, przez który miały przejeżdżać pociągi.
Co czyni osadę kolejową osadą kolejową?
Szyny i tanie dziewczyny, a przynajmniej taki krążył "żarcik".
Według Doktora bardzo słaby.
Zwłaszcza teraz, gdy droga kolejowa przeszła do historii.
Żaden pociąg nie przejechał przez tunel od czasu katastrofy z 1923 roku,
kiedy to pędzący wagon motorowy z Luxitoni wykoleił się w czarnych jak
smoła czeluściach Jednostronnej Góry. Wszyscy pasażerowie zginęli na
miejscu. Trzydzieści trzy osoby. Po jednej z ofiar pozostały tylko buty.
Ze stopami wciąż tkwiącymi w środku. Ciała, a raczej to, co po nich
zostało, pochowano na cmentarzu White Wall. Ponoć w lokomotywie ogień
tlił się aż przez sześć dni. Żadna ilość wody nie była w stanie ugasić
tej zwęglonej kupy złomu. Leżała tak na torach niczym padlina najpierw
tygodniami, potem miesiącami, a wreszcie latami, zanim została rozebrana
przez mieszkańców miasteczka i żądnych pamiątek turystów.
Pozostałe szczątki porzuconego, zniszczonego pociągu wrosły w ziemię lub
- jak zwykli mawiać niektórzy miejscowi - to ziemia wrosła w pozostałości po maszynie. Póki na skrawku torów leżała lokomotywa i doczepione do niej wagony, całość przypominała starożytny monolit. A teraz? Nic, tylko chwasty, jeżyny i drzewa, które przez te wszystkie
lata zdążyły dojrzeć. Nie można było uświadczyć nawet samych torów.
Sukcesywnie wyrywano je po obu stronach tunelu. W połowie dwudziestego
wieku nie było już po nich śladu. Każdy mieszkaniec Harrod's Reach miał
gdzieś w swoim domu, garażu, sklepie, restauracji lub barze kawałek tej
zabytkowej konstrukcji. Nie tylko szyny, lecz także podkłady, zwrotnice,
tłuczeń kolejowy, śruby, wkręty czy łubki. Niektóre trzymano na
kominkach jak dzieła sztuki, relikty przeszłości. Najwięcej zastosowań
znalazły podkłady. Przybijano je nad gankami, werandami lub drzwiami
wejściowymi na szczęście. Odnawiano je i bejcowano, by mogły zyskać
drugie życie jako element stolika kawowego, bujanego fotela, ławki, a nawet domku na drzewie. Układano z nich chodniki i niewydarzone,
nierówne dziedzińce.
Kiedy Doktor wypełnił pierwszą taczkę, przepchnął ją przez południowe
wejście, wysypał zawartość na trawę u zbocza jaru i wrócił po więcej
cegieł.
Nagle usłyszał wokół swoich stóp znajomy szelest. Spojrzał w dół.
Zobaczył wyschnięty biały liść długości kolby kukurydzy i szerokości
rozłożonej dłoni, niesiony przez wiatr. Bigsby zatrzymał liść butem,
podniósł go i oświetlił latarnią.
- A niech mnie!
Taki sam jak reszta.
Schował liść do swojej skórzanej torby. Zamierzał zabrać znalezisko do
domu, by dokładnie zbadać je pod mikroskopem, a następnie zawiesić na
ścianie. Tak jak pozostałe liście, które zgromadził przez kilka
dziesięcioleci. Dlaczego je zbierał? Ponieważ były tak białe, że
wydawały się wręcz nie z tej ziemi. I jeszcze te ich czerwone żyłki...
Zresztą Doktor zbierał nie tylko liście. Do jego niezwykłej kolekcji
należała między innymi przedziwnie ubarwiona zdechła żaba i wiewiórka,
którą również znalazł martwą. Właściwie trudno było w ogóle nazwać ją
wiewiórką. Dwa dni temu zbiory Traversa zasiliła też dziwaczna muszla.
Leżała pośród gruzu, cała w pyle. Stanowiła znalezisko tym dziwniejsze,
że Harrod's Reach nie było nadmorskim miasteczkiem. Właściwie to mało
powiedziane. Było położone tak daleko od morza, jak to tylko możliwe.
Dwadzieścia minut później Doktor, zlany potem, kończył właśnie
rozładowywać czwartą taczkę. Odkładając na stos ostatnią cegłę, usłyszał
szelest dochodzący z drugiej, północnej strony tunelu. Przez ostatnie
trzy noce Traversowi udało się na tyle powiększyć otwór w zawalonym
murze, że wejście stało się bardziej otwarte na wszelkie odgłosy.
Dźwięki wiatru i lasu po obu stronach tunelu.
Jednak żaden z tych odgłosów nie wydawał się Doktorowi niepokojący.
Aż do teraz.
Bigsby usłyszał za sobą kroki. Odwrócił się w kierunku źródła dźwięku.
Nie udało mu się jednak dostrzec nic poza ceglanym pyłem unoszącym się w świetle trzech zawieszonych przez Doktora latarni.
Jedna z nich właśnie zgasła.
Znowu kroki. Tym razem dobiegające z kompletnej ciemności.
Doktor chwycił łopatę jak pełnoprawną broń i zawołał:
- Kto tam?!
- Panie doktorze... - dobiegł go głos małego chłopca. Zaraz potem Bigsby
zobaczył oślepiający błysk. Usłyszał powolne wycie. Podobne do tego,
jakie czasem wydają zatrzymujące się skrzydła wiatraka.
Doktor Bigsby skierował swoje kroki w stronę głosu.
- Sully?
Nie może być.
- Sully Dupree? Czy to ty?
To niemożliwe...
A jednak.
Głos odpowiedział tylko:
- Chodu.
Rozdział 5
Theodore
Wcześniej
Teddy Lomax wszedł do wiejskiego szpitala w stanie Kansas tak samo jak
poprzedniej nocy, gdy był tu na zwiadach - z przesadną pewnością siebie.
Niewykluczone, że kiedyś go to zgubi.
Ale nie dziś.
Za dużo do zrobienia, za mało czasu - powiedział głos. Teddy lubił
myśleć, że należał do jego taty. W końcu był w nim tak mocno
zakorzeniony... Głos przeszywał go do szpiku kości. Tak bardzo, że cała
klatka piersiowa Lomaxa wręcz pulsowała.
Poprzedniej nocy Teddy przeszedł przez automatyczne dwuskrzydłowe drzwi
jak gdyby nigdy nic. Jakby odwiedzał bliską osobę. Z przystrzyżoną
brodą, w koszulce polo, szortach khaki i niebieskich mokasynach.
Wyglądał zupełnie inaczej niż dziś. Tym razem był świeżo ogolony i miał
na sobie szaro-niebieski uniform szpitalnego woźnego. Właściciel stroju
leżał za szpitalnym parkingiem. W lesie.
Wypadek przy pracy, matulu - pomyślał zeszłej nocy Teddy, wycierając
krew z ostrza noża. Następnie przykrył trupa opadłymi liśćmi i gałęziami.
A teraz uśmiechał się na myśl o tym, jak łatwo mu poszło. Skinął głową
pielęgniarce i sanitariuszowi, którzy zapewne zastanawiali się, od kiedy
Teddy tu pracuje. Gdyby tylko przyjrzeli się trochę uważniej,
zauważyliby, że nowy woźny ma na imię tak samo jak poprzedni. A przynajmniej tak wynikało z naszywki na kieszeni jego koszuli. Czerwony
napis był dobrze widoczny: Travis Beam.
Teddy dobrze wiedział, co zrobiłaby jego matula. Przeżegnałaby się i powiedziała: "O Boże, Theodore... Niech ten biedny człowiek spoczywa w pokoju".
Teddy - żaden, kurwa, Theodore, już nie - wyśmiałby ją, ponieważ ten
cały Bóg to niezły pozer, a matula miała nierówno pod sufitem.
Tak czy inaczej zabicie Travisa Beama dało Lomaxowi porządny zastrzyk
adrenaliny, który czuł aż do teraz. Jakby w jego żyłach płynęła cała
cysterna kofeiny. Dlaczego?
Może ci się to nie spodoba, matulu, ale ten samochód jedzie na czystym
żalu, a ma bak bez dna. Jest napędzany bólem.
Brodę zgolił z konieczności. Okrągła plama białej szczeciny wielkości
piłeczki golfowej była zbyt charakterystyczna pośród ciemnego zarostu.
Miał ją na lewym policzku. Matula uważała, że to kolejny znak.
Świadectwo, że został naznaczony. Modliła się za niego, błagając, by
zgolił brodę. I czasem nawet to robił. Kiedy miał ochotę. Ta plamka w brodzie zdecydowanie wyróżniała go z tłumu. Co do tego nie było
wątpliwości. Dobry sposób na przełamywanie lodów z dziewczynami, które
podrywał w barach - od razu zahaczały o temat jego zarostu. Jednak
podczas dzisiejszej misji zależało mu na tym, by jak najmniej rzucać się
w oczy.
Mijając uroczą rudowłosą dziewczynę w recepcji, Teddy wyszczerzył się,
błyskając śnieżnobiałymi zębami. To nie była ta sama laseczka, która
uśmiechała się do Teddy'ego zeszłej nocy, ale też zawiesiła na nim oko.
Śledziła go wzrokiem, dopóki nie zniknął za rogiem, w głównym korytarzu.
Następnie dał nura do kanciapy woźnego i wyszedł z niej uzbrojony w mop
oraz wiadro na kółkach.
Nikt nie zwrócił uwagi na naszywkę z nazwiskiem, ponieważ sam Teddy
wystarczająco przykuwał wzrok. Miał metr dziewięćdziesiąt wzrostu i burzę falowanych, bardzo ciemnych włosów bez jakichkolwiek przerzedzeń
czy oznak przedwczesnej siwizny. Mógł się też poszczycić mocną
opalenizną i wyraźnie widoczną muskulaturą. Nawet jego twarz sprawiała
wrażenie atletycznej, jakby wyrzeźbionej, a dołeczki jedynie dodawały
jej uroku. Do tego te niebieskie oczy... Dotąd niewiele kobiet było w stanie się im oprzeć. Przynajmniej od dwudziestu siedmiu lat, czyli tak
długo, jak Teddy chodził po tym świecie. Gdyby tylko miał czas i ochotę,
na pewno zdołałby poderwać rudowłosą kobietę w recepcji. Brak obrączki
na serdecznym palcu jej lewej dłoni nie uszedł uwadze Lomaxa. Wszystko
wskazywało na to, że była singielką.
Nie żeby to miało jakiekolwiek znaczenie. Gdyby zechciał, byłaby jego,
ponieważ jednego Teddy Lomax mógł być pewien: potrafił postawić na
swoim.
Jednak nie zawsze tak było. Wszystko zmieniło się dopiero pewnej wiosny.
W ostatniej klasie gimnazjum, kiedy to znokautował Chucka Toomera prawym
sierpowym. Gdy tylko uderzył go w nos, poczuł mrowienie głowy i szum w uszach. Te odczucia nasiliły się na widok krwi ściekającej po wargach
Toomera i strachu w jego oczach. Pierwszy z niezliczonych dowodów na to,
że samochód Teddy'ego jest napędzany bólem. Zaś jeśli chodzi o Toomera... Cóż, jego nos był tak czerwony od krwi, że już nigdy nie
nazwał Lomaxa Rudolfem.
Od tamtego czasu nikt nie ośmielił się tego zrobić.
Teddy wykorzystał teraz to wspomnienie jako dodatkowe paliwo i spojrzał
na salę numer 188 na końcu korytarza. Właśnie tam obecnie leżała Beverly
Madrich, która od trzech tygodni była warzywem. Żywym trupem z prawdziwego zdarzenia.
Za doprowadzenie Beverly do takiego stanu siedział obecnie za kratkami
niejaki Butch Clee, kierowca autolawety. Pijany przejechał na czerwonym
świetle i walnął w kobietę tak mocno, że jej samochód znalazł się w sąsiednim hrabstwie. To było zderzenie boczne. Butch bez wątpienia
modlił się, by Beverly Madrich wkrótce wybudziła się ze śpiączki i zaczęła samodzielnie oddychać. Może nawet chodzić i mówić? Wtedy
kwalifikacja czynu zostałaby zmieniona z usiłowania zabójstwa na coś, za
co prawdopodobnie nie groziłoby mu gnicie w pierdlu do końca życia.
Przykro mi, Butch, pomyślał Teddy, pchając wiadro z mopem po
korytarzu.
Upewniwszy się, że teren jest czysty, Lomax wszedł do pokoju Beverly
Madrich. Leżała tam prawie martwa. Na łóżku, które zdawało się
pochłaniać jej więdnące ciało. Była podłączona do różnych maszyn za
pomocą rurek, kabli i kroplówki. Cała ta aparatura wydawała dźwięki,
które sprawiały, że Teddy miał ochotę zdzielić Beverly po twarzy.
Jeszcze miesiąc temu ta kobieta była wziętą prawniczką. Pięła się po
szczeblach kariery w kancelarii, by w przyszłości zostać partnerką.
A przynajmniej tak pisały gazety. I tak twierdził głos dobywający się z wnętrza tej cholernej jasnoniebieskiej muszli, którą Lomax znalazł w komodzie swojej matuli miesiąc temu. Z początku Teddy myślał, że to
jakiś dziwny wibrator, co zupełnie nie pasowało do jego świętoszkowatej,
pruderyjnej rodzicielki, która żyła jak zakonnica. Ta muszla leżała tam
zupełnie od czapy, ukryta między babcinymi majtkami i podkolanówkami.
Dlatego właśnie Teddy szybko pojął, że to musi być wyjątkowy przedmiot.
Gdy tylko wyjął skorupę z szuflady, poczuł przeszywający prąd. Być może
ta muszla wielkości piłki do softballu była kiedyś żywa i w każdej
chwili mogła ożyć ponownie. Teddy instynktownie przyłożył ją do ucha w nadziei, że usłyszy szum morza. Żeby tylko! Działała jak pieprzony
telefon i mówiła do niego! Co więcej, wydobywał się z niej głos, który
kazał Lomaxowi słuchać uważnie, ponieważ miał do wykonania pewne
zadanie. Powiedział, żeby Teddy dopił whisky, wziął długopis i zaczął
spisywać nazwiska.
To dopiero COŚ. W głowie się nie mieści.
Początkowo na liście było trzydzieści siedem nazwisk. Same żywe trupy
jak Beverly Madrich.
Niedługo po spisaniu listy Teddy spalił ją w umywalce, bo właśnie tak
robili filmowi szpiedzy. Poza tym jego mózg był jak skarbiec. Pamiętał
każde imię i nazwisko z listy w odpowiedniej kolejności. Poza tym
zapamiętywał nowe. Dodawał je do listy w swojej głowie za każdym razem,
gdy muszla go "nawoływała". Nie tyle dzwoniła, co wydawała z siebie
świszczący dźwięk. Na tyle charakterystyczny i wyraźny, że Lomax
wyobrażał sobie, że to telefon, który musi odebrać.
Do dziś nie mógł się nadziwić, skąd podczas pierwszego kontaktu głos
wiedział, że tej nocy Teddy pił whisky. Niesamowite. Jednakże głos nigdy
się nie mylił.
Czaisz, matulu? Ten głos jest prawdziwy. A ja nie jestem ani chory, ani
naznaczony. Nie słyszę i nie widzę nieistniejących rzeczy. Nie mam
schizofrenii.
I... do kurwy nędzy... nie nazywaj mnie Theodore'em.
Teddy westchnął i spojrzał w dół na pożałowania godną Beverly Madrich.
Wiedział, że nietrudno będzie ją wykończyć. Nigdy nie potrzebował wiele,
by wykończyć żywego trupa. W Tennessee, Nowym Meksyku i Nevadzie podawał
się za doktora Lomaxa. Udawał pielęgniarza w Missisipi, Georgii,
Vermoncie oraz Michigan. Sanitariuszem Lomaxem był w Kentucky i Wirginii. Natomiast dla żywych trupów gnijących w hospicjum domowym
odgrywał przeróżne role: od pielęgniarza, poprzez hydraulika, aż po
księdza Lomaxa udzielającego ostatniego namaszczenia.
Mówiąc krótko, był gotowy na wszystko, żeby tylko wykonać misję.
Obecnie znajdował się na zadupiu w Kansas i podobnie jak w Montanie oraz
Dakocie wcielił się w woźnego Lomaxa.
Powiedział Beverly, by zamknęła oczy. Nie zareagowała, więc wyszeptał:
- Koniec tego dobrego, Beverly.
I sam zamknął jej oczy.
Pięć minut później, mniej więcej wtedy, gdy pielęgniarka zdała sobie
sprawę, że Beverly Madrich wydała ostatnie tchnienie, Teddy był już w trasie. Jechał wiejską drogą w kierunku autostrady, stukając palcami o kierownicę w rytm Me and Bobby McGee Janis Joplin. Kierował się na
północ w stronę Iowy samochodem, który ukradł trzy dni temu w Arkansas.
Celem podróży Lomaxa było kolejne nazwisko na liście. Nastolatek, który
zapadł w śpiączkę dwa miesiące temu, po tym, jak oberwał piłką
baseballową w lewą skroń.
A przynajmniej tak pisali w gazetach.
I tak twierdził głos.
Teddy zmierzył wzrokiem muszlę spoczywającą na siedzeniu pasażera.
Nie mógł przecież zostawić jej w domu. Nie chciał ryzykować, że - będąc
w trasie - nie odbierze "telefonu". Nie usłyszy świszczącego dźwięku
przypominającego wiatr. Nie. Nie mógł sobie na to pozwolić. Zwłaszcza
teraz, gdy matula była kompletnie bezużyteczna i unieruchomiona.
Uśmiechnął się, słuchając tekstu piosenki.
Wyobraził sobie matulę, pytającą go: "Co cię tak śmieszy, Theodore?".
Odpowiedziałby jej: "Nic", ale w głębi duszy czuł, że gwiazdy mu
sprzyjają, ponieważ kolejny żywy trup na liście nazywał się Bobby McFee.
Teddy wtórował więc Janis, ale zamiast "dla mnie i mojego Bobby'ego
McGee" śpiewał: "dla mnie i mojego Bobby'ego McFee".
Nie do końca tak samo, ale prawie - pomyślał Teddy, figlarnie pacając
kierownicę.
Prawie bez różnicy.
Rozdział 6
Gideon
Teraz
Gideon wiedział, że może różnie zareagować na to, co zastanie w sali
gimnastycznej St. Michael's, ale nie przypuszczał, że zrobi coś takiego.
Upuścił wojskowy worek w drzwiach swojej dawnej szkoły i wyciągnął broń,
jakby wszedł do O.K. Corral2.
Zatłoczona sala gimnastyczna zmieniła się w próżnię. Wszystko zdawało
się odbywać w zwolnionym tempie: wypowiedzi i bezgłośne krzyki. Palec
Gideona drżał na spuście. Burmistrz Truffant zamarł w bezruchu jak jeleń
w świetle reflektorów. Upuścił plastikowy kubek z piwem i podniósł ręce,
jakby to był napad. Piana z alkoholu wystrzeliła do góry i opadła na
drewnianą podłogę.
Stojący przy stoisku z napojami ksiądz Fred odstawił kubek czerwonego
wina na ladę, przeżegnał się i zrobił niepewny krok do przodu.
- Gideonie! Nie! - rozległ się głos pani Dupree gdzieś pośród tłumu.
Ksiądz Fred miał przekrwione oczy. Był pijany jak bela - na dobrej
drodze do zaliczenia zgonu.
Opuść tę cholerną broń, żołnierzu. Gideon zamrugał, mocno zaciskając
powieki. Albo pociągnij za pieprzony spust, ty koński zwisie.
Śmierdzisz tchórzem, Dupree. Jak kupa krowiego łajna. Tym właśnie
jesteś. Krowim plackiem.
- Gideon! Opuść broń! - Maxine Dupree znalazła się na linii jego wzroku.
Gideon kątem oka zerknął na swoją matkę od stóp do głów - od kiedy
maluje usta i nosi obcisłe dżinsy? - nie spuszczając jednak wzroku z księdza Freda. Duchowny wyglądał, jakby był gotów przyjąć kulkę za swoje
owieczki.
Podobnie skłonny do poświęceń był Bobby Swain w Kandaharze. W konsekwencji amerykańska mina lądowa, pozostała po mudżahedinach z lat
osiemdziesiątych dwudziestego wieku, rozerwała go na kawałki. A konkretnie na dziesięć kawałków.
Tłum znajdujący się na środku sali gimnastycznej ruszył w stronę linii
bocznej boiska do koszykówki. Utworzył w ten sposób między ludźmi
ścieżkę. Prowadziła ona do kosza, którego obręcz była udekorowana
fioletowymi i złotymi balonami. Do miejsca, gdzie Beth Gardner właśnie
podała Justine Baker kędzierzawego malca, którego wcześniej trzymała na
swoim smukłym biodrze.
Beth zbliżyła się do Gideona, celując w niego ze swojego glocka 22.
Przeszła przez linię środkową boiska. Tłum rozstąpił się przed nią jak
Morze Czerwone przed Mojżeszem. Na niebieskiej koszuli zastępczyni
szeryfa, wpuszczonej w eleganckie czarne dżinsy, wisiała błyszcząca
odznaka.
- Gideon - powiedziała Beth, gdy zbliżyła się do niego na odległość
dziesięciu kroków - odłóż broń.
- Widzę, że zostałaś szeryfem - odpowiedział Gideon. Darowałaś sobie
studia i od razu wzięłaś się do roboty. Tak jak planowałaś.
- Zastępczynią szeryfa - poprawiła go, powoli podchodząc coraz bliżej. -
Opuść broń.
- Zawsze mówiłaś, że zostaniesz zastępczynią szeryfa zanim skończysz
dwadzieścia pięć lat.
- To prawda.
- No i patrz, udało ci się.
- Udało mi się - przytaknęła spokojnym tonem. - Opuść broń.
Mózg Gideona chciał rozluźnić ramiona, ale coś sprawiało, że wciąż
trzymał je sztywno. Pociągnij za spust, Dupree. Zabijaj albo giń,
żołnierzu. Powoli opuścił ręce, jakby były na korbę.
- Właśnie tak. - Głos Beth go otrzeźwił. Przeciął jak kosa niewidzialne
więzy. To, co nim zawładnęło. To, co go opętało. Zauważył obrączkę na
jej palcu. Wyszła za Jaxa.
Beth również opuściła broń.
Wciąż nie spuszczali z siebie wzroku. Błękit oczu Beth nadal przywodził
na myśl niebo w letnie południe. Nadal potrafiła sprawić Gideonowi ból
jednym mrugnięciem. Podobnie jak on, wyglądała na zbitą z tropu tym
nagłym obrotem wydarzeń. Jednak wiedział, że może na nią liczyć. Widział
to w sposobie, w jaki go obserwowała. W subtelnym skinieniu głowy i wskazaniu na otaczający ich tłum gapiów. Tak, Gideon wiedział, że
zrobiłaby wszystko, co w jej mocy, by pomóc mu wyplątać się z tej
niezręcznej sytuacji. Poparłaby każde jego wytłumaczenie. Gdyby tylko
jakieś miał...
Kiedy stało się jasne, że Gideon nie wymyśli nic na swoją obronę, Beth
uśmiechnęła się sztucznie i krzyknęła:
- Niespodzianka!
Gideon, wciąż roztrzęsiony, uśmiechnął się niezręcznie do zgromadzonych
i powtórzył za Beth:
- Niespodzianka.
Jednak nie było w tym pewności siebie i wigoru. Życia. Nie miał talentu
komediowego. Nigdy nie potrafił być zabawny. Wcielać się w różne role i postaci. Potrafił być tylko Gideonem Dupree. Nikim innym. Gościem
urodzonym w czasie wielkiej burzy, która odcięła prąd w całym Harrod's
Reach. Gościem urodzonym z rozszczepem wargi i podniebienia tej samej
nocy co Beth Gardner - anielska, chodząca doskonałość.
"Żart" Gideona przyjął się tak dobrze jak kamień rzucony w ruchome
piaski.
Przez tłum przetoczył się nerwowy śmiech, po którym powoli zaczęła
narastać fala ulgi. A potem burmistrz Truffant zaczął rechotać.
Gideon otworzył wojskowy worek i włożył broń do środka, pomiędzy
starannie złożone ubrania. Kiedy się wyprostował, spojrzał na tłum.
Ludzie wciąż się na niego gapili lub wręcz przeciwnie - odwracali wzrok.
Niektórzy nie mogli zebrać się w sobie, by na niego spojrzeć.
Spodziewał się, że pierwszą osobą, która go wyściska, będzie jego matka,
ale nie. To pijany burmistrz Truffant ścisnął ramię Gideona tak mocno,
jakby sprawdzał jego mięśnie. Jak gdyby sprawdzał, czy wojsko
rzeczywiście go zahartowało.
- Nieźle nas wkręciłeś! - przyznał Truffant, po czym spojrzał na Beth i dodał: - Oboje nieźle nas wkręciliście!
Tak, jasne. Jakby Gideon chciał sprawić, by niespodzianka obróciła się
przeciwko zgromadzonym. A przecież nie zrobił tego specjalnie. Po prostu
wrócił w rodzinne strony odmieniony. Zwichrowany i nieprzewidywalny.
Wprawdzie nie był już na wojnie, ale wojna wciąż była w nim.
Beth schowała swojego glocka i wróciła do malucha, którego zostawiła
wcześniej pod opieką Justine Baker.
Ktoś podał Gideonowi piwo, a on wypił je duszkiem.
- Och, Gideonie. - Nie wiadomo skąd pojawiła się jego matka i przytuliła
go mocno. Na początku poczuł się niezręcznie, ale potem objął ją
ramionami. Zdał sobie sprawę, że mógłby tak tulić ją cały dzień.
- Witaj w domu, kochanie - powiedziała. - Bardzo za tobą tęskniłam.
Przed wyjazdem Gideona matka nie piła, ale teraz poczuł od niej gin.
Gdy wypuściła go z objęć, zauważył, że coś ją trapi. Nie dała się
nabrać. Wiedziała, że nie wyciągnął tej broni w ramach durnego żartu.
Zresztą patrząc po sali gimnastycznej, co najmniej połowa zgromadzonych
również nie dała sobie wcisnąć kitu. Najwyraźniej jego wyjazd na wojnę
istotnie wszystko zmienił. Na gorsze.
- Ja też za tobą tęskniłem, mamo.
- Witaj w domu, synu. - Usłyszał za sobą.
Gideon odwrócił się w stronę ojca, który wyciągnął do niego rękę. Archie
nie widział się z synem trzy lata, ale wciąż wydawał się niezdolny do
spojrzenia mu w oczy. Potrząsnął dłonią Gideona dwa razy, po czym ją
puścił. Wyraźnie przymierzał się do odwrotu, lecz spojrzenie małżonki go
powstrzymało.
- No dalej, Archie - powiedziała pod nosem Maxine, uśmiechając się do
wszystkich gapiów i jednocześnie piorunując męża wzrokiem.
Archie był wesołkiem. Roześmiał się, jakby od początku wiedział, że
Gideon tylko zgrywa się z tą bronią. Przytulił syna na pokaz - z rozmachem i polotem - a następnie zmusił się do spojrzenia mu w oczy na
tyle długo, by rzec:
- Stęskniłem się za tobą, synu. Witaj w domu.
Na co ktoś powiedział z wyraźnym uznaniem: "Brawo!", jakby właśnie
zakopano topór wojenny.
Archie uciekł wzrokiem najpierw w dół, a potem w tłum. Z kolei Gideon
obserwował swoją uśmiechniętą matkę. Jeśli chodzi o urodę, Maxine tylko
zyskiwała z wiekiem. Jednak coś w tym pięknym obrazku trąciło fałszem.
Jak gdyby pod swoim urokiem kobieta wciąż ukrywała cierpienie. Udrękę,
która popchnęła Gideona do wyjazdu. A jego ojciec? Zwykle miał wszystko
pod kontrolą. Był poukładanym profesorem historii na uniwersytecie i tak
też wcześniej wyglądał. Najwyraźniej w pewnym momencie się poddał.
Odpuścił sobie. Linia włosów wyraźnie się cofnęła, a to, co z nich
zostało, było nieuczesane. Ojciec przytył co najmniej dziesięć kilo i śmierdział burbonem. Kiedy zaczął pić? Przecież miał cukrzycę... Niegdyś
szerokie i silne ramiona Archiego skrywały się obecnie pod rozlazłą
masą, której nabrał w czasie nieobecności syna.
Gideon również przybrał na masie, ale mięśniowej. Prawie czternaście
kilogramów. Ciekawe, czy Beth to zauważyła... Miał nadzieję, że tak.
Ponadto pożegnał się z okularami. Wydawały się odległym wspomnieniem,
podobnie jak blada skóra. Gideon nie wyglądał już jak frajer. Typowy
kujon. Nawet ledwo widoczna blizna po lewej stronie górnej wargi nie
przywodziła na myśl deformacji. Wojsko zrobiło z niego mężczyznę.
Zahartowało. Przynajmniej z pozoru. Prawdopodobnie dlatego matka
zorganizowała tę imprezę niespodziankę. Chciała udowodnić sobie i innym,
że cisi naprawdę pewnego dnia mogą posiąść ziemię na
własność3.
Nagle, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, Gideon zrzucił na rodziców bombę:
- Jak tam Sully?
Dla Archiego był to wyraźny sygnał, by się oddalić. Zakopanie topora
wojennego? Nic z tych rzeczy. Archie Dupree wciąż obwiniał Gideona o to,
co spotkało Sully'ego - tego lepszego syna, którego wszyscy mieszkańcy
miasteczka uważali za dar od Boga.
Maxine wodziła wzrokiem za Archiem, zanim zniknął w tłumie, po czym
uśmiechnęła się do Gideona i odparła:
- Z Sullym w porządku.
- W porządku?
- Bez zmian.
Chwyciła go za ramiona i zmierzyła wzrokiem od stóp do głów. Przez
chwilę Gideon miał wrażenie, że urosła o parę centymetrów. Dopiero po
chwili zauważył na nogach matki szpilki. Wysokie i czerwone. To było
zupełnie niepodobne do Maxine sprzed trzech lat.
- No, no, kto by pomyślał. Taki paker... Gdzie się podział mój synek?
Po części wciąż jest w tunelu, mamo. Wciąż jest w tunelu. A jeśli
chodzi o pozostałą część, to... Pociągnij za spust, Dupree. Nawet kiedy
żołnierz nie jest na wojnie, wojna jest...
- Boli? - zapytała.
Dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, o co pyta. No tak. Rana.
Powód, dla którego dostał Purpurowe Serce. Odznaczenie spoczywało w worku tuż obok pocisku - biletu do domu Gideona.
- Nie. No, może trochę.
- Kiedy tu wchodziłeś, zauważyłam, że kulejesz.
Gideon Wygibeon.
- Nic mi nie jest - powiedział, przebiegając wzrokiem tłum w poszukiwaniu Beth. - Gdzie on jest?
- Kto?
- Sully?
- W domu.
- Sam?
- Nie, no, skąd. - Wyglądała na urażoną tą insynuacją. - Oczywiście, że
nie. Nigdy nie zostawiamy go samego.
Ponownie ścisnęła jego ramię i poszła zabawiać gości. Najwyraźniej
czuła, że to jej obowiązek.
W końcu, wraz ze spożyciem przez zgromadzonych większej ilości alkoholu,
impreza nabrała rozmachu.
Dzieciaki kręciły się w tę i we w tę, jak podczas wielkopostnych akcji
dobroczynnych ze smażoną rybą w roli głównej. Grupka nastolatków
wymknęła się tylnym wyjściem na boisko do piłki nożnej. Wychodząc, co
rusz ukradkiem zerkali na Gideona. Kiedyś tego typu towarzystwo by go
olało. Może nie wykluczyło, ale niezbyt chętnie widziało. A już na pewno
nie witałoby go z otwartymi ramionami. Gideon pamiętał wszystko, jakby
to było wczoraj. Jax McBride. Carson Knox. Blake Kline. Zapraszali go
tylko po to, by móc się z niego nabijać. Mieć się kogo czepiać.
Nagle odgłosy imprezy sprowadziły go na ziemię.
W odległym rogu sali gimnastycznej obracało się drewniane koło.
Mieszkańcy miasteczka za ćwierć dolara obstawiali liczby, by wygrać
pluszowego zwierzaka lub słoik cukierków. Przygotowano nawet stoisko z ciastami (takie, jak na letni piknik) oraz zabawę w żabi staw dla małych
dzieci. Po przeciwnej stronie ksiądz Fred wspinał się w kąpielówkach do
beczki podtapianki4. Zespół Douglasa Downsa wykonujący
covery R.E.M. właśnie grał Losing My Religion i ludzie zaczęli
tańczyć. Przechodząc przez tłum, Gideon wprawdzie ściskał wyciągane do
niego dłonie, ale w zachowaniu mieszkańców miasteczka wyczuł pewną
desperację. Jakby tylko czekali, by coś uczcić. Cokolwiek. Powrót
Gideona był jedynie pretekstem. Kiedy wyjeżdżał, nie zorganizowali dla
niego wielkiej imprezy pożegnalnej. Zresztą dlaczego by mieli? Gardzili
nim. Dlatego teraz w tych wszystkich śmiechach i wiwatach wyczuwał nutkę
fałszu.
Były wymuszone. Podobnie jak uścisk ojca.
Gideon miał również wrażenie, że im dłużej trwa impreza, tym bardziej
Beth go unika.
Jakiś typ podał mu piąte piwo. Gideon wiedział, że powinien kojarzyć
gościa, ale niestety. Mimo to w końcu zaczął się rozluźniać. Do tego
gapił się na Beth, a ona na niego. Kiedy wzajemnie się na tym
przyłapali, obdarzyła go uśmiechem. Trzymała za rękę swojego szkraba.
Ruszyła w stronę Gideona, akurat kiedy kapela zaczęła grać It's the End
of the World As We Know It, ale nie zdążyła do niego podejść. Za dużo
zadziało się naraz. Pomimo głośnej muzyki Maxine Dupree udało się
zakomunikować, że zaraz zacznie kroić tort. Pech chciał, że zrobiła to w tym samym momencie, w którym Jane, żona doktora Bigsby'ego, runęła jak
długa na samym środku sali gimnastycznej.
Beth i Gideon dotarli do niej jako pierwsi.
- Zemdlała - stwierdziła Beth i poprosiła, żeby ktoś przyniósł lód i mokry ręcznik. Billy Claxton od razu pobiegł po to pierwsze, a Tammy
Liebert po drugie.
- Mamusiu, krew! - zauważył maluch Beth.
Miał rację. Jane Bigsby uderzyła głową o podłogę i znad jej prawej
skroni ciekła krew. Tuż obok, pod zgiętą ręką żony Doktora, leżał
telefon. Najwidoczniej korzystała z niego tuż przed omdleniem.
Gideon dotknął ekranu, zanim komórka przeszła w stan czuwania, i jego
oczom ukazał się SMS. Wiadomość od męża Jane.
Doktor napisał tylko jedno słowo: Pomocy.
- Tunel - powiedziała bez wahania Beth.
- Tunel? Co z tunelem? - zapytał Gideon.
Dzięki chłodnemu okładowi na głowie pani Bigsby zaczynała dochodzić do
siebie i jęknęła:
- Tunel. On jest... w tunelu.
Beth wyciągnęła swoją komórkę i zadzwoniła do szeryfa, by dać mu znać,
że Doktor potrzebuje pomocy.
Choć jakość połączenia nie była najlepsza, dało się usłyszeć głos
Meeksa:
- W tunelu? Po co tam polazł, do cholery?!
- Po prostu tam pojedź - poprosiła Beth. - Ja też zaraz ruszam w drogę.
Gideon spróbował zadzwonić do Doktora z telefonu pani Bigsby. Po sześciu
sygnałach włączyła się poczta głosowa.
- Nie odpowiada.
Beth poprosiła Justine Baker, aby zabrała Brody'ego do domu. Więc tak
się nazywa jej synek, pomyślał Gideon.
Kiedy zerknął na malucha, zdał sobie sprawę, że Brody jest w niego
wpatrzony. Wyszczerzył się do chłopca, a ten odwzajemnił uśmiech. Chwilę
potem Justine Baker wzięła Brody'ego na ręce.
Beth ruszyła do drzwi.
Gideon podążył za nią i zapytał:
- Jak to możliwe, że jest w tunelu?
- Mury runęły - odpowiedziała Beth i zerknęła na Gideona przez ramię. -
Najpierw północny, a potem południowy.
Po tych słowach Gideon chciał dowiedzieć się czegoś więcej, ale wtedy
zadzwonił telefon. W sali gimnastycznej zrobiło się na tyle cicho, że
dzwonek telefonu Archiego Dupree - dźwięk starego klaksonu - było
słychać aż nazbyt wyraźnie. Gideon odwrócił się w stronę swojego ojca,
który stał zaledwie kilka kroków za Maxine. Na środku sali gimnastycznej
pani Dupree wciąż delikatnie podtrzymywała głowę Jane Bigsby.
Gideon zrobił krok w stronę Archiego.
- Panie Dupree - odezwał się spanikowany głos. - Z tej strony Jax...
- Chodzi o Sully'ego? Czy coś się stało? - zapytał Archie.
Jax? Dlaczego zostawili Sully'ego pod opieką Jaxa McBride'a?
- Nie... A przynajmniej nic złego. - Jax brzmiał tak, jakby płakał. -
Sully... Przed chwilą się obudził.