OBCY ZAPACH
Był marzec. Pogoda naprawdę paskudna - zimno, wietrznie i deszczowo. Panu Kejkowi marzły łapy, dlatego nie lubił, gdy Pani Krysia zatrzymywała się na dłużej, żeby z kimś porozmawiać. Gdy zimno zaczynało mu doskwierać, popiskiwał i trącał opiekunkę nosem, aby przywołać ją do porządku i zaciągnąć do ciepłego mieszkania przy ulicy Kasztanowej. Pani Krysia doskonale rozumiała swojego psa, dlatego gdy tylko zaczynał on zdradzać objawy zniecierpliwienia, grzecznie żegnała swojego rozmówcę i zawracała w kierunku domu. W ten czwartkowy wieczór było podobnie.
Pani Krysia zabrała psa na spacer, a po drodze weszła jeszcze do sklepu, żeby dokupić kilka rzeczy na jutrzejszy obiad. Pan Kejk oczywiście nie mógł wejść do środka, więc grzecznie czekał na powrót opiekunki. Gdy w końcu wyszła z całą torbą zakupów, poczuł ulgę, bo łapy zdrętwiały mu z zimna. Z prawdziwą radością szedł w stronę domu, ciągnąc nieco smycz, żeby zmusić Panią Krysię do zwiększenia tempa marszu. Marzył tylko o tym, żeby położyć się na miękkiej i ciepłej kanapie.
Gdy zbliżali się do bloku przy ulicy Kasztanowej, nos Pana Kejka zwęszył nieznany zapach. Był on na tyle intrygujący, że pies koniecznie chciał iść tym tropem, ale jego pani zdecydowanym głosem i szarpnięciem smyczy dała do zrozumienia, że powinni wrócić do domu i się ogrzać, bo oboje byli przemarznięci i mokrzy. Nie było sensu stawiać oporu, więc kilka minut później Pan Kejk grzał łapy na ciepłej poduszce, a Pani Krysia rozpakowywała zakupy i przygotowywała dla siebie ciepłą herbatę.
Kiedy Pan Kejk odzyskał czucie w łapach, stał się niespokojny. Podszedł do drzwi i zaczął w nie drapać, sygnalizując, że potrzebuje wyjść na dwór, choć przecież wrócił ze spaceru zaledwie kilkanaście minut wcześniej.
- Co jest, piesku? - zapytała Pani Krysia. - Co się dzieje? Przecież dopiero byłeś na dworze. Ale Pan Kejk nie dawał za wygraną. Psi instynkt podpowiadał mu, że koniecznie musi zbadać zapach, który wyczuł. Chciał powiedzieć opiekunce, że to ważne. Pani Krysia jeszcze przez kilka minut starała się ignorować jego dziwne zachowanie, ale kiedy Pan Kejk zaczął piszczeć i poszczekiwać, zrozumiała, że nie odpuści, dopóki nie wyjdzie na dwór.
- Boli cię brzuch, Panie Kejku? Może ty się czymś zatrułeś, może coś zjadłeś pod sklepem? - pytała z troską. Włożyła ciepły płaszcz i buty, przypięła psu smycz i wyszła na kolejny spacer, którego dziś już w planach nie było, mając nadzieję, że Pan Kejk szybko załatwi swoje potrzeby i wrócą do domu.
Na dworze było całkowicie ciemno. Latarnie jeszcze się nie zapaliły i ulica Kasztanowa, smagana strugami deszczu, wyglądała naprawdę ponuro. Gdzieniegdzie leżały kupki brudnego śniegu, który powoli się roztapiał, zwiastując rychłe nadejście wiosny, ale temperatura była zdecydowanie niewiosenna. Pan Kejk zaczął ciągnąć Panią Krysię w kierunku krzaków na końcu uliczki, które wcześniej mijali, wracając ze sklepu. To stamtąd dochodził ten dziwny zapach. Pani Krysia była zupełnie zdezorientowana. Sądziła, że pies potrzebuje załatwić swoje potrzeby, a tymczasem on zachowywał się tak, jakby czegoś szukał i był bardzo zdeterminowany, żeby to znaleźć. Opiekunka starała się za nim nadążyć, ale jej prawa noga wciąż jeszcze była nieco sztywna, więc gdy Pan Kejk zaczął zipać i mocno napinać smycz, zdecydowała się ją odpiąć, żeby mógł swobodnie udać się tam, gdzie prowadził go instynkt.
- No idź, piesku, nie nadążę za tobą, taki jesteś dzisiaj prędki - powiedziała i uwolniła Pana Kejka ze smyczy, a ten natychmiast ruszył pędem w kierunku krzaków. Po chwili zniknął jej z oczu i zaczął szczekać, co zdarzało mu się niezmiernie rzadko. Pani Krysia poczuła pewien niepokój. Ufała swojemu psu, więc od razu zrozumiała, że stało się coś złego, skoro zdecydował się wszcząć głośny alarm.
- Panie Kejku! - zawołała, a pies przybiegł do niej i zaczął głośno szczekać, jakby próbował powiedzieć jej coś naprawdę ważnego. - Co się stało, piesku? Co chcesz mi powiedzieć? - dopytywała. Pan Kejk w odpowiedzi zaszczekał jeszcze głośniej i znów pobiegł w kierunku krzaków, zatrzymując się jednak co chwilę i patrząc w stronę Pani Krysi, jakby sprawdzał, czy na pewno idzie za nim. Ona zaś zrozumiała i nieco wolniej, niż oczekiwał Pan Kejk, podążyła jego śladem. Pies nagle zatrzymał się i zaczął piszczeć. Pani Krysia zbliżyła się do zarośli i próbowała dostrzec coś w ciemności, ale było to prawie niewykonalne. Wyjęła więc z kieszeni telefon, który na prośbę córki od jakiegoś czasu starała się mieć zawsze przy sobie, i zaczęła nerwowo szukać w nim opcji latarki. Tymczasem Pan Kejk wychylał się co chwilę z zarośli, patrzył w jej stronę i znowu znikał w ciemności. W końcu Pani Krysia znalazła na ekranie komórki ikonkę, która przypominała latarkę. Po kliknięciu w nią zrobiło się jasno. Wówczas podeszła najbliżej jak się dało i gdy poświeciła za krzaki, ujrzała najpierw swojego Pana Kejka, a tuż obok jakiegoś innego psa, który leżał bez ruchu.
- Dobry Boże! - krzyknęła Pani Krysia. - Panie Kejku, to przecież pies! Pan Kejk, najwyraźniej dumny z bystrości umysłu swojej opiekunki, zaszczekał i począł trącać zwierzę nosem. Z pewnością żyło, ale wyglądało na wyczerpane i prawdopodobnie było ranne, bo kupka śniegu, na której spoczywała jego łapa, zabarwiła się na czerwono.
Pani Krysia, która zawsze wiedziała, co zrobić w danej sytuacji, w tym momencie poczuła się całkowicie bezradna. Nie mogła przecisnąć się między zaroślami, więc musiała je obejść, co zajęło jej trochę czasu. Tymczasem Pan Kejk stał na posterunku, a jego postawa zdradzała, że nie ruszy się, dopóki nie znajdzie sposobu, żeby tego psa stąd zabrać i mu pomóc. Pani Krysia zbliżyła się do zwierzęcia, schyliła się i najpierw poklepała po grzbiecie swojego bohaterskiego pupila, a następnie dotknęła głowy znalezionego psa.
- Skąd się tu wziąłeś, malutki? - spytała łagodnie. Słowo "malutki" wydało się Panu Kejkowi całkowicie nie na miejscu, bo sądząc po wielkości głowy i łap, pies był z pewnością trzy razy większy od niego, ale wybaczył opiekunce tę nieścisłość, bo akurat znaczenie słów było w tym momencie nieistotne. Znaleziony pies tylko patrzył na Panią Krysię bardzo smutnymi oczami, którymi mrugał wolniej niż powinien, i popiskiwał, gdy starała się pomóc mu wstać. Nawet gdyby ten osobnik miał skłonności do agresji, to w tym momencie był całkowicie bezbronny. Nie miał siły nawet podnieść łapy ani otworzyć pyska, więc nie było mowy, że kogokolwiek skrzywdzi. Pani Krysia nie wiedziała, co robić, ale była pewna, że musi pomóc temu biednemu stworzeniu.
Deszcz przybrał na sile, więc nie było szansy na to, że uda się zaczepić jakiegoś przechodnia i poprosić go o pomoc. Nikt przy zdrowych zmysłach nie wychodził na spacer w taką pogodę. Na szczęście zapaliły się latarnie, więc można było wyłączyć latarkę. Pani Krysia przez chwilę myślała, do jakich służb powinna zadzwonić, żeby zgłosić problem, ale ostatecznie stwierdziła, że najlepiej będzie powiadomić Martę, której w kwestii zwierząt ufała bezgranicznie. Choć krople deszczu skapywały na telefon, Pani Krysia wybrała numer dziewczyny i wcisnęła zieloną słuchawkę.
- Słucham - odezwał się po chwili głos po drugiej stronie.
- Dobry wieczór, Marto. Mówi Krystyna, wiesz, opiekunka Pana Kejka...
- Ach tak, miło panią słyszeć, czy coś się stało? - zaniepokoiła się dziewczyna.
- Nie, to znaczy właściwie tak - gubiła się Pani Krysia. - To znaczy nie z Panem Kejkiem, z nim wszystko w porządku, ale znaleźliśmy psa. To znaczy właściwie Pan Kejk go znalazł. Leży i się nie rusza. Ten pies, nie Pan Kejk.
Tłumaczenie Pani Krysi było tak nieskładne, że Marta przez chwilę milczała, próbując ułożyć sobie w głowie to, co usłyszała.
- Marto, jesteś tam? - cisza w słuchawce zaniepokoiła Panią Krysię.
- Tak, jestem. Ale ten pies... żyje?
- Żyje, na pewno, ale wygląda strasznie. Nie wiem, co mu jest. Pomożesz nam? - spytała Pani Krysia drżącym głosem, bo od natłoku emocji do jej oczu niespodziewanie napłynęły łzy.
- Oczywiście, że pomogę. Proszę się uspokoić, będę za kilka minut. Jeśli pani może, proszę zostać z tym psem.
- Pewnie, że zostanę, a gdzie miałabym iść? Przecież Pana Kejka wołami bym stąd nie ruszyła. Pani Krysia wytłumaczyła Marcie, gdzie dokładnie się znajduje i czekała na przyjazd dziewczyny. Miała całkowicie przemoczony płaszcz i zupełnie mokre włosy, a po twarzy spływały jej krople deszczu, które mieszały się ze łzami. Trzęsła się z zimna i ze zdenerwowania. Oba psy również drżały. Pani Krysia co jakiś czas schylała się, aby sprawdzić, czy znaleziony pies oddycha i głaskała go po głowie, próbując dodać mu otuchy, ale w tym momencie sama również potrzebowała wsparcia.
Minęło prawie pół godziny. Deszcz przestał padać, jednak zaczął wiać silny wiatr, który potęgował odczucie zimna. Wtedy Pani Krysia dostrzegła parkujący kilka metrów dalej samochód, a kiedy wysiadła z niego Marta, zawołała ją i pomachała ręką, wskazując w ten sposób, gdzie się znajdują. Marta biegiem ruszyła w jej kierunku.
- Marto, tak się cieszę, że przyjechałaś - rzekła Pani Krysia i niespodziewanie przytuliła dziewczynę, nie zwracając uwagi na to, że może pomoczyć jej ubranie.
- Już dobrze, Pani Krysiu - Marta również objęła kobietę. - Zaraz pomożemy temu biedakowi. Pan Kejk, który normalnie bardzo entuzjastycznie reagował na pojawienie się Marty, tym razem nie ruszył się z miejsca, tylko szczeknął kilka razy, próbując przyspieszyć akcję ratunkową. Odsunął się nieco, aby zrobić miejsce Marcie, ale uważnie przyglądał się jej poczynaniom.
Dziewczyna schyliła się nad znalezionym psem i najpierw pogłaskała go po głowie, a następnie delikatnie zaczęła dotykać jego łap i grzbietu, żeby sprawdzić, co właściwie mu dolega. Cały czas przemawiała łagodnym, miękkim głosem, dzięki czemu zwierzę było bardzo spokojne.
- Co z nim? - zapytała po chwili Pani Krysia.
- Właściwie to z nią - odrzekła Marta z delikatnym uśmiechem. - Nie wiem dokładnie, jest wyziębiona i bardzo słaba, chyba przeszła długą drogę, bo ma pozdzierane poduszki na łapach, ale raczej nie jest połamana. Trzeba ją stąd zabrać, tu jej nie pomogę.
- Dokąd chcesz ją zabrać? - spytała Pani Krysia.
- Najlepiej do lecznicy. Zbadamy ją i zostanie tam do jutra. Jest wycieńczona, mam nadzieję, że przeżyje noc.
Na te słowa Pan Kejk, który dotąd uważnie obserwował, co robi Marta i był gotów jej zaufać, stanął na tylnych łapach, przednie oparł na kolanach dziewczyny i piszczał, zmuszając ją, aby na niego spojrzała. W ten sposób wyrażał swój sprzeciw wobec zabrania suczki do lecznicy. Podobnie jak wszystkie psy, nie znosił tego miejsca, a wizja, że nowa koleżanka miałaby spędzić tam ostatnie chwile swojego życia, wydała mu się tak straszna, że musiał temu zapobiec. Mieszkanie Pani Krysi - psie niebo Pana Kejka - to było jedyne miejsce, gdzie sam czuł się naprawdę bezpiecznie i uznał, że sunia zasługuje na to, aby choć na chwilę tam trafić, choćby miało to być ostatnie miejsce, które odwiedzi w życiu.
Marta zrozumiała, o co mu chodzi. Pani Krysia też, więc decyzja zapadła i trzeba było wymyślić sposób, jak przenieść tę niemałą w końcu suczkę do mieszkania na drugim piętrze, bo nie ulegało wątpliwości, że sama nie da rady się tam dostać.