Wiosenny wieczór spadł na pole, ziejąc mocną wonią świeżo zoranej
ziemi. Mglisto było, pochmurno i cicho. Drogą, zrzadka obsadzoną
drzewami, szła kobieta bosa i w siermiędze. W zmroku i mgle szła
prędko i prosto, nie omijając kałuż ani głębokich kolein, które z
pod bosych stóp jej tryskały wodą i rzadkiem marcowem błotem. Bose
te stopy ciężkie były i silne, doskonale snać zżyte z ziemią, po
której stąpały. Wszystko jedno było idącej kobiecie, co ją
otaczało, byleby jak najprędzej doszła do tego, co było przed nią.
Nie lękała się niczego: ani zwiększającej się coraz ciemności, ani
obejmującej widnokrąg ciszy, ani rozsianych po polu grusz i topoli.
Szła i szła... Przed nią, w końcu drogi, błysnęły dwa oświetlone okna. Były tam
budynki jakiegoś folwarku, otoczone prostym polem z ostrokołów.
Pomiędzy długą stodołą a ogrodem warzywnym można było rozpoznać z
prostych też kołów zrobioną i na jedną tylko stronę otwierającą się
bramę. Brama ta w tej chwili właśnie skrzypnęła, posunęła się z
ciężkością i zaryła się w błocie tak, że posuwająca ją ręka targać
nią zaczęła. Z łoskotem, sprawionym przez trzęsienie i targanie
bramy, złączył się gruby, męski głos: - A psia para! Człowiek z ciężkim worem na plecach stękając przecisnął się przez
ciasny otwór i począł iść drogą w kierunku przeciwnym temu, w jakim
dążyła kobieta. Zdawało się zrazu, że rozminą się nie zwracając na
siebie żadnej uwagi. Chłop jednak, nie odwracając twarzy, zgarbiony
trochę pod ciężarem niesionego wora, przemówił: - Krystyna? - Ja, - odpowiedziała kobieta. - Jaki djabeł nosi ciebie po nocy? - Ten sam co i ciebie - odrzuciła, Z głosu, jakim przemówili do siebie, wnosić byłoby można, że
nienawidzili się, albo zostawali z sobą w zażartej kłótni. Jednak
chłop przystanął. - Czego? - zapytał znowu. - Do ekonoma, - odrzekła kobieta i przystanęła także. Stali
zdaleka od siebie u dwóch brzegów drogi. - Ordynarja? - zapytała, ruchem głowy na wór wskazując. - A ino, ćwiartka żyta za przeszły miesiąc... z pośladem
zmięszała... żeby jej kości pokręciło. - Kto? Wyszyńska, czy ona wydawała? - Dyć ona... czarownica! Żeby on wydawał, pośladu by nie dał...
ale sama z kluczami przyleciała. - "Dawaj chamie worek!" I nasypała
pół żyta, a pół plewy... żeby jej tak chorób nasypało... W miarę jak chłop mówił, Krystyna zbliżała się ku niemu. Gdy
stanęła, widać było, że wpatrzyła się w twarz towarzysza. - Oj! Jasiek, Jasiek! Żeby ona dzień i noc sypała, nie nasypałaby
tobie tyle plewy, ile łez wylało się przez nią z moich oczu... Oczy
ja przez nią nad sobą i synkami memi wypłakiwałam i myślałam, że za
moją krzywdę Pan Bóg na nią prędko koniec zeszle. Nie zesłał.
Panuje i króluje. Stała prosto i trzęsła głową. Chłop raz tylko lekceważącym ruchem
głową kiwnął. - Aha! - mruknął. Wnet jednak zapytał. - Czego ty tam leziesz? Popatrzeć jeszcze chce się? Kiedy młoda
byłaś, wypędził, to co już teraz leźć w oczy? Spałabyś lepiej w
chacie na piecu! Wyprostowana wciąż i nieruchomym wzrokiem w towarzysza wpatrzona,
brodę ująwszy w palce prawej ręki, kobieta mówić zaczęła. - Wypędził, to wypędził... Ale dlaczego on wprzódy swatów, co
przyjeżdżali do mnie, wypędzał? Kiedy nie lubił, to dlaczego swatów
wypędzał? Wymówiła to rozżalonym głosem. I dalej tak samo mówiła. - Mówił bywało: "Krysiu, poczekaj tylko! jak ekonomem mnie zrobią,
ożenię się z tobą!" Swatów wypędzał. Ani mnie kiedy drużki na
dzieży sadzały, ani mi śpiewały przy oczepinach, ani ja ziarno w
kąty mężowskiej chaty sypała, ani mi organista na organach
przygrywał... Jasiek niecierpliwym ruchem wór na plecach poprawił. - Ot - rzekł - przypomniała sobie baba dawne czasy i płacze... Ale Krystyna mówiła dalej. - Nikt mi w gospodarstwie nie pomagał, nikt synków moich nie
niańczył, nikt mnie biednej nigdy nie pożałował. Sama jedna żyłam,
pracowałam, harowałam, skórę z rąk sobie zdzierałam, bosom
chodziła, z postem jadałam, a wszystko dla synków moich. - Dosyć, dosyć - mruknął Jasiek - chodź do chaty! razem iść
weselej będzie! - Nie mogę ja iść do chaty, Jaśku, nie mogę do chaty! - zawiodła
kobieta. - Muszę iść do Wyszyńskiego i pokłonić się mu nisko i o
ratunek dla mego Filipka poprosić... - Aha! - mruknął chłop, jakby teraz zrozumiał, czego Krystyna szła
do ekonoma. - Mądrzejszy on odemnie... może zlituje się nad swoim własnym
dzieckiem... może poradzi... może pomoże... może poratuje... - Aha! - powtórzył chłop. I dodał: - To idź z Bogiem! - Bóg z tobą - powtórzyła, i rozeszli się. Rozstanie to było nagłe i pożegnanie krótkie. Jemu ciężko było stać z ćwiartką żyta na plecach; jej było pilno
prosić o ratunek dla Filipka. Zresztą mieszkać musieli razem albo
blisko siebie, bo, uszedłszy kilkanaście kroków, chłop odwrócił się
i rzucił zapytanie? - Kiedy wrócisz do chaty? - Dziś, zaraz! albo ja tu hulać będę? - odkrzyknęła. Przez ten sam otwór uchylonej nieco bramy, przez który z worem
swym przecisnął się Jasiek, z łatwością Krystyna weszła na ciemny i
błotnisty dziedziniec folwarku. Pośrodku dziedzińca kilka drzew
widać było na szarem tle zmroku. Kilka szerokich promieni padało na
nie z dwu oświetlonych okien niewielkiego domu, złocąc gałęzie.
Krystyna stanęła pod drzewami temi, i ukryta całkiem w ich
czarności czekała. Niebawem z domu wyszedł mężczyzna średniego
wzrostu, barczysty, ciężki, z odkrytą głową. Ciężko stanął, z ganku
zeskoczył i kilka kroków uszedł. Z głębokiej czarności ozwało się
bardzo ciche wołanie: - Panie mój, panie! Wyszyński stanął, a w tejże chwili wysunęła się Krystyna. Bose jej
nogi grzęzły w błocie, wysoka i cienka postać w grubej siermiędze
zgarbiła się pokornie, głowę czerwoną chustką owinęła, schyliła do
ukłonu tak, że twarzy niepodobna było rozpoznać. Oczy tylko poznał
snać Wyszyński. - Aha! to ty Krysiu! - mruknął. Czego na światło wyłazisz? - z przerażeniem szeptać zaczął, -
chowaj się prędko! stań tam między drzewami! No, czego więc chcesz,
gadaj prędko, bo jak baby, broń Boże, zobaczą, będziem się mieli
spyszna. Czego chcesz? Chłopka w siermiędze i z nisko schyloną głową schowała się znowu w
tej ciemności czarnej, w której, gdy zniknęła, ozwał się szept
stłumiony: - Panie! drogi! miły! zlituj się nademną nieszczęśliwą sierotą!
poradź, pomóż, ratuj Filipka. Wyszyński oglądał się wciąż na okna domu. Usłyszawszy imię
Filipka, rękę z chustką w dół opuścił, westchnął i zapytał: - No! wzięli chłopca do wojska! Wiem o tem przecież, boś mi tak
samo przed trzema miesiącami głowę suszyła prośbami, abym go
ratował... - Raz tylko, dobrodzieju, dalibóg, raz tylko prosiłam... - Wzięli, to i wzięli! nie tacy jak on idą... panowie i hrabiowie
do wojska idą... Głupia jesteś ty! co ja ci na to poradzić mogę?...
Ot darmo łazisz tu, mnie i siebie na nieszczęście narazisz...
Siedziałabyś lepiej w chacie. Cóż? jakże ci teraz? Jasiek lepszy
dla ciebie, niż był Maciej? Widzisz, że ja dobry jestem, nie zwierz
żaden. Kiedy dowiedziałem się, że Maciej was krzywdzi, zaraz
umieściłem was w czworaku Jaśka. Z Jaśkami lepiej ci żyć, he?
Ordynarją Antek bierze taką, jak i Jasiek, choć młodszy i słabszy.
Chleba macie dosyć, hę? Otarł znowu chustką czoło i czekał na odpowiedź. Nie otrzymał jej
jednak. Długiej mowy jego kobieta wysłuchała cierpliwie, ale, gdy
umilkł, zamiast odpowiedzieć na zadawane jej pytania, zaczęła: - Wzięli, to i wzięli. Ja wiem, że nie tacy, jak on, do wojska
idą... na to już oni rodzą się, żeby iść... Płakałam, płakałam i
płakać przestałam. Piśmienny, myślę sobie, i taki maleńki, taki
śliczny... radę sobie da, ludzie go lubić będą. Bóg się nim
opiekować będzie. - Więc czego teraz chcesz? - niecierpliwiąc się, zapytał
Wyszyński. W czarnych ciemnościach coś klasnęło, jakby dwie ręce załamały się
z rozpaczą. - Panie, drogi, miły! on chorowity, a jego wysyłają teraz daleko,
daleko, na kraj świata. Pisał do mnie robaczek miły: "Matulu, nie
wytrzymam... drogi takiej dalekiej nie wytrzymam, zimna tamtejszego
i ludzi cudzych nie wytrzymam. Matulu, żeby mnie tu zostawili,
tobym choć czasem mógł ludzi naszych zobaczyć i twoje stare oczy
pocałować. Ale mnie już między wami nie bywać... pójdę i zamrę na
końcu świata... przyjdź ty jeszcze do mnie, matulu, choć raz, niech
choć pożegnam się z tobą!" Poszłam zaraz do Ongrodu... Świata zza łez nie widziałam, ale
szłam... przyszłam do kazarmów. - "Filipku!" wołam. Wyskoczył na
schody... padł mi do nóg i w kolana całuje.... "Matulu, my już z
tobą ostatni raz widzimy się na tym świecie!" - Głupstwo! - sarknął Wyszyński - albo to on jeden w dalekie
strony idzie... Idą inni i wracają... - Oj dolo moja! - jęknęła kobieta - idą, idą, ale nie takie
mizeractwo jak on... bladziuśkie to było i słabiutkie od
urodzenia... potem go ta gorączka schwyciła... - A no! to czemużeś Antka lepiej nie oddala? ten zdrów i silny. - Albom ja kogo oddawała! oj dolo moja! Filipka wezwali, poszedł.
Starszy, dwadzieścia jeden roczek na Święty Józef skończył, a
Antkowi dopiero dziewiętnasty od jesieni się zaczął... Żeby chociaż
zdrów był... ale takie mizeractwo... Zaczęliście go uczyć i nie
skończyliście... Zapomnieliście o biednej sierocie. Parobka
zepsuliście, a księdza nie zrobiliście... Wyszyński poruszył się niecierpliwie. - Ot! jeszcze mi tu wymówki prawić będzie! silnego chłopca przy
niej zostawili, a cherlaka wzięli. To i czegóż chcesz więcej? Co ja
tobie poradzę? Idź precz i nie włócz się tu darmo, bo jak się
rozgniewam, to cię z Antkiem całkiem z majątku wyprawię... Uczynił ruch do odejścia, ale z ciemności wychyliły się naprzód
dwie ręce, które rękę jego pochwyciły, a potem głowa w czerwonej
chuście, która pochyliła się nisko i rękę tę pocałunkami okrywać
zaczęła. - Panie najdroższy! - pośród pocałunków szeptała kobieta - zmiłuj
się... ty mądrzejszy odemnie i od nas wszystkich, biednych ludzi...
Daj radę!.. Gdzie mam iść, kogo prosić, żeby jego daleko nie słali,
żeby jego tu zostawili... żebyście sami do miasta pojechali...
macie znajomych różnych... możebyście co dla niego wykołatali...
toż to twoje rodzone dziecko... toć ja przez ciebie całe życie
nieszczęśliwa byłam... Ani mię drużki na dzieży sadzały, ani mi do
ślubu śpiewały, ani mi nikt w gospodarstwie nie pomagał, ani nikt
mnie biednej nigdy nie żałował! Nagle przerwała. Podniosła głowę. Czarne, zapadłe, spłakane oczy
błysnęły i utkwiły w twarzy mężczyzny. - Paniczu! Stefanku!... ja żalu do ciebie nie mam... Nie
przeklinałam cię dotąd i przeklinać nie będę. Lubiłam ciebie jak
swoją własną duszę. Miej litość nademną i Filipka mego wyratować
pomóż. Wyszyński czuł się zakłopotanym i rozrzewnionym. Z nogi na nogę
przestępował, głośno sapał i ciągle mruczał: - No i czegóż? cóż? dość już! no dość! pomogę, poradzę się...
może... Wtem rozległ się turkot bryczki. Wyszyński od stóp do głowy drgnął
i szeptem Krystynie kilka słów cisnął: - Zmykaj prędzej! zęby i ducha twego nie było! - A sam pośpieszył
do wysiadającego z bryczki podróżnego. Powitawszy gościa, z nim
razem wszedł do domu.