Pan Jowialski - Aleksander Fredro

Kup ebooka

8.00 zł
6.88 zł (8,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

SCENA VI.

 

Helena, Szambelan.

 

Szambelan (wychodzi nucąc i podskakując; samotrzask w ręku).

Patrz Helusiu: to mi samotrzask - po dwa ptaszki naraz łapać będzie.

Helena (całując go w rękę).

Kochany ojcze, chciałabym z tobą pomówić, zasięgnąć twojej rady względem pana Janusza.

Szambelan.

Dobrze moje dziecię, bardzo dobrze.

Helena.

Sama nie wiem, co mam robić. Chciałabym stosować się ile możności do świata, w którym żyjemy, a z drugiej strony tam, gdzie idzie o szczęście całego mojego życia...

Szambelan (spuszczając samotrzask, na hałas wzdrygnęła się Helena).

Trzask! już w klatce, jak iskra!

Helena.

Słuchaj mnie ojcze: ja nie mogę, jak tylko...

Szambelan.

Zaraz, zaraz, tylko samotrzask zastawię; zaraz wrócę, na jednej nodze - interesa przed wszystkiém.

(wybiega nucąc)

Helena (sama).

O Nieba! jakże jestem samą! jednak z nim tylko jednym mogę mówić - przynajmniej czasem mnie słucha i pojmuje; przyznaje, że słuszne moje żądania. Macocha od jakiegoś czasu prawdziwą stała się macochą - bylem się jej tylko z domu umknęła! Ach, biedna Heleno!

Szambelan (wchodząc do Heleny).

Jestem słucham. (do siebie nawiasem) Pełno szczygłów i dzwoniec się odzywa. (do Heleny) Ale cóż to znaczy, że jesteś sama? gdzież niewolnik twoich wdzięków?

Helena.

Ach, niewolnik moich wdzięków!

Szambelan.

Jakieś bardzo kwaśne: Ach!

Helena.

Nienajsłodsze, kochany ojcze.

Szambelan.

Nie kochasz go, to nie idź za niego i kwita. Ja ojciec, ja ci to powiadam; rób co chcesz.

Helena.

Wszakże wczoraj inaczej mówiłeś.

Szambelan.

Inaczej?

Helena.

Kiedy matka wzbraniała i tych trzech dni mizernych zwłoki, o które błagałam.

Szambelan.

Prawda, moja żona życzy sobie, abyś poszła za Janusza.

Helena.

A więc?

Szambelan.

A więc?

Helena.

Cóż będzie?

Szambelan.

Czegoż ty chcesz?

Helena.

Rady, rady, kochany ojcze.

Szambelan.

Mojej rady? dobrze, bardzo dobrze; niech pierwiej słyszę, co ty myślisz.

Helena.

Ja myślę, że mam lat dwadzieścia.

Szambelan.

Za to ręczyć mogę.

Helena.

Że stosując się do poziomych ustaw społeczeństwa, czas iść za mąż.

Szambelan.

Zgadzam się z tobą zupełnie w tej mierze.

Helena.

Im starszą będę, tém mniej będę miała w czém wybierać. Tak gruby, ciężki rozsądek do mnie przemawia.

Szambelan.

Więc rada moja: idź za Janusza.

Helena.

Ale z drugiej strony, iść za mąż nie kochając, rzecz okropna.

Szambelan.

Zapewne, dobra uwaga.

Helena.

Janusza kochać nie mogę.

Szambelan.

Ani trochę?

Helena.

Ani trochę.

Szambelan.

Cóż masz przeciw niemu?

Helena.

Nic za nim.

Szambelan.

Przecie?

Helena.

Nie kocham go, więcej nic.

Szambelan.

Człowiek wesoły.

Helena.

Aż nadto.

Szambelan.

Nadto?

Helena.

Przynajmniej jego wesołość jest tak pozioma, tak plastyczna, że nie może wlać w duszę zdroju cichego zadowolnienia.

Szambelan.

Tego niekoniecznie rozumiem.

Helena.

Jest często płaskim trefnisiem.

Szambelan.

Płaskim? No, ale przez to może być dobrym mężem.

Helena.

Jak dla której.

Szambelan.

Ma piękny majątek.

Helena.

Tyle też wszystkiego.

Szambelan.

Rozum.

Helena.

Żadnego.

Szambelan.

On sam powiada.

Helena.

Żadnego, za to ręczę.

Szambelan.

Jednak zawsze uśmiejemy się, do rozpuku. Ale jak tylko ci się nie podoba, nie idź za niego. Niema co mówić; odpraw go, ja ci radzę.

Helena.

Ach, więc piekło domowe ciągle trwać będzie, bo matka nie tak łatwo odstąpi swojego zamiaru. Dziadunia, ciebie i mnie nieustannie dręczyć będzie.

Szambelan.

Wiesz co Helusiu, idź za Janusza, taka moja rada.

Helena.

Mnie się zdaje, że najlepiej będzie zwlekać ile możności. Nie uczynię mu żadnej nadziei, ale też i wzbraniać jej nie myślę. A tymczasem, kto wie - może nastąpi jaka zbawienna odmiana.

Szambelan.

Otóż tak będzie najlepiej. Będziemy zwlekać, a potém zobaczymy; taka moja rada.

 

AKT I.

 

(OGRÓD).

 

SCENA I.

 

Ludmir, Wiktor.

(Obydwaj w dreliszkowych szpencerach, słomianych kapeluszach, tłómoczki na plecach. - Ludmir wchodzi na scenę, oglądając się na wszystkie strony)

Wiktor (za sceną).

Dokąd! dokąd! ja dalej nie idę.

Ludmir.

 Jeszcze tylko kilka kroków, panie kolego - dwadzieścia nie więcéj. Tu, pod to drzewo. - Patrz co za boskie miejsce do spoczynku: chłód, trawnik, strumyk szemrzący....

Wiktor (wchodząc kulejąc z tłómoczkiem w ręku).

Chmury! góry! księżyc! gwiazdy! wszystko razem w twojej głowie. (rzucając kapelusz i tłómoczek pod drzewo) Dobrze mi tak! - Bardzo, bardzo dobrze. - Po kiego diabła mnie było wdawać się z poetą! Z tym szalonym człowiekiem! (kładzie się na ziemi koło tłómoczka, Ludmir chodzi nucąc) Kto dobrze wiersze pisze, myślałem że i dobrze w głowie mieć musi - ale gdzie tam! co inszego papier, co inszego świat. (po krótkiém milczeniu) Śpiewaj sobie, śpiewaj!

Ludmir.

Cóż mam robić?

Wiktor.

Nie słyszałeś com mówił?

Ludmir.

Słyszałem.

Wiktor.

Ja to do ciebie mówiłem.

Ludmir.

Wiem.

Wiktor.

Przeklęta flegma!

Ludmir.

Nie flegma, ale cierpliwość - Spocony napiłeś się nieostrożnie zimnej wody i paraliż tknął twój rozum, ale ja zaczekam: mam nadzieję że wróci do zdrowia.

Wiktor (zrywając się, siada).

Ja rozum straciłem? ja? - A to mi się podoba.

Ludmir.

 Chwała Bogu, że ci się coś przecie podoba.

Wiktor.

Ale pewnie nie to, że ubrany jak na redutą, włóczę się od wsi do wsi - ,,[Miejsca zamknięte podwójnemi przecinkami, mogą być w grze wypuszczone] Ale na rozum nigdy zapóźno, rób więc sobie co chcesz, a ja wiem co zrobię.

Ludmir.

Naprzykład?

Wiktor.

Pójdę, najmę wózek...

Ludmir.

Z końmi, czy bez koni?

Wiktor.

Z końmi, czy osłami - najmę do pierwszéj poczty, a ztamtąd pocztą wracam do domu.

Ludmir.

A potém?

Wiktor (coraz niecierpliwiéj).

A potem wielkiemi literami napiszę...

Ludmir.

Wyrysuj lepiej, bo piszesz nie tęgo, a rysujesz ładnie.

Wiktor.

Więc wyrysuję, wyrysuję łokciowemi literami...

Ludmir.

Gotyckiemi zapewne, z różnemi....

Wiktor.

Jakiemibądź, nieznośny i przeklęty poeto - ale jak najwyraźniejszemi: że szalony i jeszcze raz szalony, kto się wdaje ze stworzeniami nazwanemi poety.

Ludmir.

A ten łokciowy.... wszak łokciowy?

Wiktor.

Sążniowy.

Ludmir.

Sążniowy, wyrysowany napis?

Wiktor.

Zostanie dla dzieci, wnuków, prawnuków.

Ludmir.

Więc chcesz się żenić?

Wiktor.

Być może.

Ludmir.

Bo przecie nie zechcesz mieć wnuków, prawnuków...

Wiktor.

Koniec końców, wracam do mojego cichego pokoiku, do moich obrazów, do moich ołówków.

Ludmir (śpiewa).

Niemądry, kto śród drogi

Z przestrachu traci męztwo...

Wiktor.

Powiedz mi: po co ja się włócze za tobą?

Ludmir.

Twoja teka napełniona rysunkami za mnie odpowie.

Wiktor (z przesadą).

Chodź ze mną Wiktorze - udamy się w odłogiem leżącą krainę - tam pierwotną naturę śledzić będziemy. - Zamki na śnieżnych szczytach Karpat, nieme świadki przeszłości - skały zwieszone, co chwila od wieków grożące upadkiem - potoki rwące, czarne świerki i kwieciste róże razem - do nowych dzieł natchną nas obu. Tam dalecy od świata... Ale gdzie ja mogę sobie przypomnieć te wszystkie słowa, któremi dnie całe jak Syrena...

Ludmir.

Tylko nie z Dniestru, bardzo proszę.

Wiktor.

Jak Syrena więc z Pełtewy, nęciłeś mnie do tej nieszczęsnej podróży. - I zamiast zamków, skał, potoków, jakiejś dzikiej, okropnej i zachwycającej razem natury, której nawet wyobrażenia mieć nie mogłem - włóczymy się od karczmy do karczmy. Tam podparty na ręku, słuchasz godzinami całemi rozmowy chłopów, żydów, furmanów i każesz mi rysować jakiegoś pijanego mularza, rachującego żyda, rozprawiającego organistę.

Ludmir.

Ach, organista, organista! ten wart miliona, ten cię unieśmiertelni - udał ci się doskonale - tylko trzeba abyś go trochę poprawił - podbródek za duży. Wyborny, wyborny organista! pokażno go.

Wiktor.

Daj mi święty pokój! - Wolisz ty pokazać salceson i wino.

Ludmir.

Aha! otóż i słowo zagadki - pan głodny - pan złego humoru. Zaraz panu służyć będę! (dostając) Ale to jednak zakała dla sztuk pięknych, że wy, penzlowi i ołówkowi panowie tak jesteście chciwi tego materyalnego pokarmu.

Wiktor.

A wy, kałamarzowi i piórowi tylko powietrzem żyjecie! tylko natchnieniem Muzy! Uderz więc w złoty bardon - wznieś pieśni wieszcze - niech kamyki tańcują - drzewa płaczą - a ja tymczasem jeść będę, (czas jakiś milczenie) Powiedz mi, mój kochany Ludmirze...

Ludmir.

Oho! kochany Ludmirze - salceson skutkował.

Wiktor.

Żart na stronę - powiedz mi, czego ty się dobrego spodziewasz w twoich brudnych karczmach? czego ty szukasz między prostym ludem?

Ludmir.

Prostego rozumu.

Wiktor.

Piękny rozum! piją i po pijanemu bają.

Ludmir.

Jedz jeszcze, jedz, kochany Wiktorze, bo z twojej uwagi miarkuję, żeś jeszcze diable głodny. - Każdy nasz spoczynek, każdy nocleg w karczmie, niebyłże godnym opisania?

Wiktor.

Szkoda pióra.

Ludmir.

Ach, kiedy też już zejdziemy z tych woskowanych posadzek, na których ciągle kręcimy się i kręcimy aż do nudzącego zawrotu głowy. - Znajdziesz, bądź pewny, między prostym ludem: rozsądek, dowcip, przenikliwość, przebiegłość, lecz inaczej wyrażone; może za ostro, ale za to lepiej. Tam wszystko właściwe nosi nazwisko: kmotr zowie się kmotrem, a łotr łotrem - tam w każdym wyrazie jest myśl, dobra czy zła, ale jest. Nie tak jak w naszych salonach: kwiaty na kwiaty sypią, a dmuchnij, niema nic, zupełnie nic. Dlatego też i my autorowie wolimy trzymać się kwiecistych nicości - łatwiej stroić niż tworzyć. - Ty wina pić nie będziesz?

Wiktor.

Dla czego nie będę pić?

Ludmir (wypiwszy).

Myślałem że nie będziesz dla złego humoru; nic tak nie szkodzi, jak wino na żółć wzburzoną.

Wiktor.

Dolejże.

Ludmir.

Jak te Van-Dyki piją! - Oddaj że mi szklaneczkę.

Wiktor.

Dopieroś wypił.

Ludmir.

Otóż... coś miałem mówić... (pije) Razem wydamy opis naszej podróży; do każdego rozdziału ty dołączysz rycinę.

Wiktor (zrywając się).

Otóżto! to rzecz cała! - Chciał rycin do swoich baśni i pokazał mi gruszki na wierzbie. A ja, ja głupi dałem się uwieść jakiemiś zamkami.

Ludmir.

Po części prawda.., ale i W Karpatach będziemy.

Wiktor.

Jakbym tam już był.

Ludmir.

Może nam się uda spotkać Szandora.

Wiktor.

Jakiego Szandora? Co za Szandora?

Ludmir.

No Szandora, romantycznego herszta rozbójników, o którym rozpowiadają cuda złego i dobrego razem, a którego nikt jeszcze dotąd nie widział.

Wiktor.

Nie jestem ciekawy poznać pana Szandora.

Ludmir.

Przekonasz się, że jest mnóstwo najpiękniejszych widoków, godnych twojego penzla.

Wiktor.

I mnie było być tak ślepym! mnie było jemu wierzyć! mnie o głodzie i chłodzie włóczyć się dla jego rycin.

Ludmir (z udanem zachwyceniem).

Patrz, i tu, nie boskiże to widok? ten dom w kwiatach - ta rzeka - drzewa - dalej, wioska - w głębi, sine Karpaty.

Wiktor.

W samej rzeczy - piękny widok - i światło jak ładnie pada na te świerki.

Ludmir (klękając).

Mam ci służyć za stolik. Połóż tekę na mojej głowie.

Wiktor (chwyta tłómoczek a potém rzuca).

Nie, nie - znowu mnie chcesz zbałamucić.

Ludmir (z udanem zachwyceniem).

To światło! to światło! A ten cień! ach, jestem w zachwyceniu.

Wiktor.

A ja nie. I rób co chcesz, ja wracam do domu.

Ludmir (prosząc).

Wiktorze zostań!

Wiktor.

Nie mogę.

Ludmir.

Wiktorku!

Wiktor.

Ledwie postąpić zdołam.

Ludmir.

Wiktoreczku! Van-Dyku! Rubensie!

Wiktor.

Daremne gadanie.

Ludmir (wstając).

Niechże cię kaci porwą, przeklęty bazgraczu! Ale przynajmniej przyrzekasz, że zastanę rysunki wykończone?

Wiktor.

Ja bazgracz.

Ludmir.

Nie, nie. Ty wiesz, że jesteś mój Van-Dyk, Salvator Rosa.

Wiktor.

Van-Dyk i Salvator Rosa - co ten plecie!

Ludmir.

Będą rysunki?

Wiktor.

Będą, będą. - Adieu!

Ludmir.

Bywajże zdrów, najupartszy człowieku, jakiego kiedy Bogowie na ten padół płaczu w nieprzebłaganym gniewie wyrzucili.

Wiktor (odchodząc).

 Dobrze, doorze.

Ludmir (wołając za nim).

A organiście popraw podbródek. Pamiętaj.

Wiktor (za sceną).

Pamiętam, pamiętam.

 

SCENA III.

 

Szambelanowa, Janusz, Ludmir.

 

Janusz.

Helena kocha mnie, niema wątpienia. I dlaczegóżby nie miała kochać? - Jestem dobrze urodzony, jestem młody, przystojny, rozumny i mam wieś, jakiej daleko poszukać.

Ludmir (na stronie).

Ten widzę, chce zbijać moje rozumowanie.

Janusz.

Nie rozumiem zatém tej zwłoki, której żąda i to już po raz trzeci.

Szambelanowa (mówi powoli, ale zawsze decydująco).

Ja bardzo dobrze rozumiem; ale te wszystkie wykręty na nic się nie przydadzą. Pójdzie za Waćpana, ja za to ręczę. I już dawno byłaby panią Januszową, gdyby nie przeciwności, które ja tylko jedna zwalczyć jestem zdolną i które zwalczę. (zażywa czasami tabaczkę)

Janusz.

W ręku pani Szambelanowej szczęście moje.

Szambelanowa.

W całej rodzinie Jowialskich za grosz rozsądku, to jest rzeczą dowiedzioną i lubo mi nie chcą wierzyć, ja im zawsze powtarzam. Bo ja każdemu prawdę lubię powiedzieć powoli, grzecznie i wyraźnie. - Stary Jowialski nie pyta się co się dzieje, jak się dzieje w domu, byle tylko miał kogo, coby słuchał jego przysłów, bajek i dykteryjek. W jego ręku jednak majątek. - C'est la chose. -

Janusz.

Bardzo mnie lubi.

Szambelanowa.

Co on lubi! jesteś wesoły, siadaj; jesteś smutny, idź za drzwi. - Stara zaś Jowialska, jestto tylko cień swojego najukochańszego małżonka; na nic nie ma już czucia i myśli, tylko na dowcipne słowa swojego bożyszcza, z których śmieje się od lat pięćdziesięciu po dziesięć godzin na dzień. - Cest une mis?re!

Ludmir (na stronie).

Ho ho! tu są charaktery.

Szambelanowa.

Mój mąż dobre stworzenie, ciele, głupkowaty - bez żadnego zdania i dla tego poszłam za niego po nieszczęśliwym przypadku mojego pierwszego męża ś. p. Jenerał-Majora Tuza. Nie wiem czy słyszałeś o przypadku, jakim utonął? Vous savez?

Janusz.

Słyszałem, słyszałem, Mościa Dobrodziejko.

Szambelanowa.

Mój mąż więc teraźniejszy, którego Paniczem w domu zowią, lubo ma lat pięćdziesiąt, nie ma żadnego zdania. U niego wszystko: dobrze, bardzo dobrze - byle nie trudnił się niczém jak tylko swojemi ptaszkami, byle jadł dobrze, spał jeszcze lepiej. To jest człowiek nie do obudzenia, jak worek grysu. Hélas!

Janusz.

Powiedział mi wczoraj, że bardzo będzie szczęśliwy mieć za zięcia tak rozumnego człowieka.

Szambelanowa.

Trzy razy w godzinie powie czarno, biało i znowu czarno, a nawet nie wie, że zmienił zdanie. Mon Dieu!

Janusz.

Zatem robi co Pani Dobrodziejka rozkaże.

Szambelanowa.

Robi co każę, niema wątpienia, bo robić musi; ale za chwilę zrobi także co mu jego strzelec każe. - Szczerze Waćpanu powiadam, że na wotywę dam, jak się z tego domu wydobędę. Co jednak prędzej nastąpić nie może, aż Helena za mąż pójdzie - gdyż stary Jowialski, który bez licznego towarzystwa obejść się nie może, przy naszym ślubie wieś nam wypuszczając położył warunek, iż póty przy nim mieszkać będziemy, póki Helena za mąż nie pójdzie. - Vous figurez-vous.

Janusz.

A natenczas.

Szambelanowa.

Ona z mężem tu bawić będzie. Ale trzeba powiedzieć: ni do dziada, ni do ojca nie podobna. Dobre dziecko moja pasierbica, lecz ma swoje wole i uporek, a ja tego nie lubię - przytém główka trochę romansami i poezyami zawrócona. I do tego, panie Januszu, należałoby się trochę stosować. - Je vous prie.

Janusz.

Mając dobrą wieś, mam być romansowym?

Szambelanowa.

Zdałoby się.

Ludmir (na stronie).

Romansowa! co za pole!

Szambelanowa.

Helena chciałaby jakiegoś smętnego wielbiciela, trawiącego noce śród grobowców. - La!

Janusz.

Na to się nie piszę.

Szambelanowa.

Jakaś tajemna tęsknota, skargi na niesprawiedliwość ludzi, a nawet może i lekka zgryzota sumienia - jak to się dowiedziałam przypadkiem z jej dziennika - nie szkodziłyby wcale.

Ludmir (na stronie).

Jaromir, Alp, Lara. Rozumiem.

Janusz.

To być nie może - ja jestem uczciwym dziedzicem i honorowym Deputatem. - Ale zdaje mi się, że już czas będzie na śniadanie.

Szambelanowa.

W samej rzeczy, chodźmy.

Janusz.

Służę pani, (postrzegając Ludmira) A!...

Szambelanowa (przestraszona).

A! - Co? Żaba?

Janusz.

Nie, jakiś pan Sans-façons śpi sobie pod drzewem.

Szambelanowa.

Komuż ma spać, jeżeli nie sobie? Voyons!

Janusz.

Ale tu, w ogrodzie.

Szambelanowa.

Jakiś wędrownik.

Janusz.

I butelka próżna w krzaku. - Spił się więc obywatel.

Szambelanowa.

Niechże się wyśpi.

Janusz.

Trzebaby mu jaką sztuczkę spłatać.

Szambelanowa.

Ach, znowu! - Allons!

Janusz.

Trzeba się bawić - Pan Jowialski cieszyć się będzie.

Szambelanowa.

Tém się Helenie nie podobasz.

Janusz.

Dlaczego? dlaczego? byle co rozumnego - zaraz - co mu tu zrobić - żebym miał kłaki i papier.... Albo wodą go obleję.

Szambelanowa.

Na to nie pozwolę. - C'est malhonn?te.

Janusz.

Albo... hm, hm... już wiem: każę go przenieść do pałacu.

Szambelanowa.

A to po co?

Janusz.

Widziałem podobną komedyą... wybornie!... śmiać się będziemy dzień cały.

Szambelanowa.

Mnie się to niepodoba. - C'est ordinaire.

Janusz.

Bądź Pani Dobrodziejka łaskawa, nie wzbraniać niewinnej zabawy - wszakże sama mówiłaś, że muszę starać się o łaskę pana Jowialskiego?

Szambelanowa.

Nareszcie rób co chcesz - Ale, ce n'est rien.

Janusz.

Wszystko dobrze będzie, ja ręczę. Każę go przenieść, przebrać w nasze teatralne suknie, wmówimy w niego, że jest.. że jest.. No, o tém naradzimy się wszyscy, tylko najpierwej przenieść go trzeba. Zaraz z ludźmi wrócę po niego - służę pani. Wyborna myśl! - I Heleną to zabawi. (odchodząc) Rozumny człowiek ze wszystkiego korzystać umie.

 

SCENA VII.

 

Pan Jowialski, Pani Jowialska, Helena, Szambelan.

(Pan Jowialski siwy staruszek, ale rumiany i żwawy, równie jak i Pani Jowialska, która bardzo wyprostowana drepci chodząc. - Oboje ze staroświecka trochę ubrani, zwłaszcza Pani Jowialska)

 

Pan Jowialski (we drzwiach do żony).

Co się odwlecze, to nie uciecze.

P. Jowialska.

U Jegomości zawsze jeszcze figle w głowie.

P. Jowialski.

O, nie uciecze, ręczę Jejmości. I stary odmłodnieje, jak sobie podleje.

P. Jowialska.

Co też to Jegomość wygaduje! mój miły Boże, gdzie też to myśleć o tém.

P. Jowialski.

W starym piecu diabeł pali. Jak mówi przysłowie...

P. Jowialska (siadając).

Oj figle, figle! - (dobywa z torbeczki pończoszkę, wkłada okulary i zaczyna robotę. - Zawsze bardzo wyprostowana).

P. Jowialski.

(Szambelan i Helena całują w ręce Jowialskich)

Dzień dobry panie Janie; jak się masz Helusiu. - Co tam słychać?

Helena.

Nic, kochany Dziaduniu.

P. Jowialski.

Nic, to zbytku niema.

Szambelan.

Radziliśmy trochę.

P. Jowialski.

Gdy szukasz rady, strzeż się zdrady.

Helena.

Miedzy mną a ojcem tego lękać się nie można.

P. Jowialski.

Zapewne, zapewne, ale przezto przysłowie dobre. I o czémże była rada.

Szambelan.

O tém, czy ma iść za Janusza, czy nie iść.

P. Jowialski.

Na czémże stanęło ? bo: koniec dzieło chwali.

Szambelan.

Jeszcze na niczém, podobno, wszak prawda?

Helena.

Na niczém.

Szambelan.

Nie dość jeszcze zna, jak powiada - swojego czciciela.

P. Jowialski.

Zjesz beczkę soli, nim poznasz dowoli.

Helena.

Właśnie dla tego waham się jeszcze, i prosiłam o trzy dni do namyślenia się; a jeżeli Dziadunio Dobrodziej będzie łaskaw, to mi jeszcze na tydzień zezwoli.

P. Jowialski.

Ja nie mam nic przeciwko temu, ale nadto długo nie przewlekaj, moja panno, bo to: Czas płaci, czas traci.

Helena.

Wiem ja to dobrze.

P. Jowialski.

A jeżeli się oglądasz na to, że jaki może lepszy trafi się zalotnik - rzecz niepewna. Lepszy wróbel w garści, niż kanarek na powietrzu.

Helena.

Ja też zupełnie pana Janusza nie odprawiam - o zwłokę tylko proszę.

P. Jowialski.

Jak czasem przebieranie na złe wychodzi, nauczy mała bajeczka o Osiołku - znacie ją?

Wszyscy.

Znamy.

P. Jowialski.

Więc słuchajcie:

Osiołkowi w żłoby dano

W jeden owies, w drugi siano.

Uchem strzyże, głową kręci,

I to pachnie i to nęci;

Od któregoż teraz zacznie,

Aby sobie podjeść smacznie?

Trudny wybór, trudna zgoda:

Chwyci siano, owsa szkoda,

Chwyci owies, żal mu siana.

I tak stoi aż do rana,

A od rana do wieczora;

Aż nareszcie przyszła pora,

Że Oślina pośród jadła

Z głodu padła.

 

(Pani Jowialska zdjąwszy okulary, słuchała z wielką uwagą, jakto za każdą bajką - i śmieje się zawsze mocno, ale cicho)

 

P. Jowialska.

Bodaj Jegomości! Co też to zawsze uśmiać się trzeba! O dla Boga! (kładąc okulary) figle! figle! - (Pani Jowialskiej wykrzykniki i pochwały nic nie przerywają albo bardzo mało, toczącą się rozmowę)

Helena.

Jednak, kochany Dziaduniu Dobrodzieju, lepiej nie mieć męża, jak mieć niedobrego.

P. Jowialski.

To niedowiedzione - Lepszy rydz, niż nic.

Helena.

Nie chciałabym matki obrażać, a i o moję spokojność, o moje szczęście idzie mi także niemało.

P. Jowialski.

Między młotem a kowadłem.

Helena.

Może też i matka....

P. Jowialski (sens kończąc).

Nie będzie tak uparta. - O, tak! Im kot starszy, tém ogon twardszy.

Helena (całując go w rękę).

Mogę zatém mieć nadzieję, że Dziadunio Dobrodziej będziesz mnie bronił przeciw niecierpliwej natarczywości pana Janusza.