W jednem z większych miast
prowincjonalnych, posiadającem kilkadziesiąt tysięcy ruchliwej i
dość zamożnej ludności, stał duży, dwupiątrowy dom z trzech stron
otoczony ogrodem, a z czwartej posiadający obszerny dziedziniec
rozdzielony z ulicą wysokiem żelaznem ogrodzeniem. W środku
ogrodzenia tego była brama na klucz zamknięta, obok niej również
zamknięta furtka; a gęsto zasadzone od strony domu krzewy głogów i
berberysu nie dopuszczały wzroku przechodniów w głąb
podwórza.
W pogodny, a nieupalny dzień majowy, podwórze to nie brukowane,
zdobne w trawnik, rozliczne klomby z kwiatów i krzewów i w kompas
bielejący w środku, zapełnione było rojem panienek różnego wzrostu
i wieku, z których jednak najstarsze nie miały więcej nad lat
szesnaście. Jedne z nich kopały grzędki, inne chodziły zwolna po
źwirowanych ścieżkach, trzymając się pod ręce - inne jeszcze
siedziały na ławeczkach, lub trawnikach pod cieniem krzewów i
drzew. Przez otwarte okna pierwszego piętra rozlegał się gwar
mnóstwa młodziutkich, kobiecych głosów podobny temu, który
napełniał dziedziniec, i kiedy niekiedy ukazywały się przez nie
główki dziecięce lub dziewicze: uśmiechnięte, śpiewające lub w
wesołym szczebiocie poruszające świeżemi usteczkami, które nie
miały jeszcze czasu zapoznać się z gorzkim uśmiechem, lub smutnemi
słowy goszczącemi tak często w tem życiu na ustach ludzkich.
Jednostajna barwa sukien tych kilkudziesięciu dziewcząt,
napełniających dziedziniec i wyglądających przez okno, jak też
książki i zeszyty licznie ukazujące się w ich rękach, z łatwością
dawały poznać pensję i pensjonarki. W istocie, w domu tym, jednym z
najpiękniejszych i najwygodniej położonych z całego miasta,
mieściła się pensja żeńska pani D., zdawna i zaszczytnie znana w
prowincji.
O kilka kroków od furtki, w niewielkiej altanie utworzonej z
gęstych, splątanych i pełnych kwiecia gałęzi głogu - na drewnianej
kanapce siedziała przełożona pensji. W ręku trzymała cienkie
płótno, które pilnie zszywała, kiedy niekiedy tylko podnosząc wzrok
na młodą osobę, która siedząc obok niej na krześle, czytała głośno
leżącą na stole książkę. Suknia ostatniej długa i ciemna dawała
poznać, że nie była to już pensjonarka, ale jedna z młodych
nauczycielek pensji.
U furtki dziedzińca dało się słyszeć silne pociągnięcie
dzwonka.
- Ach, mój Boże! - zawołała pani D., - otóż jakaś wizyta! a
ja właśnie przed chwilą wysłałam odźwiernego z listem do miasta i
nie ma komu otworzyć furtki i zapytać, kogo to Bóg do nas prowadzi!
- Jeżeli pani pozwolisz, - rzekła powstając nauczycielka, -
ja na ten raz spełnię obowiązek odźwiernego.
- A bądźże tak dobrą, kochana panno Emiljo, - żywo odrzekła
przełożona, składając na stole robotę; - otwórz furtkę... zapytaj o
nazwisko odwiedzającego czy odwiedzającej i przyjdź powiedz mi, kto
jest tam i za jakim interesem.
Panna Emilja żywo wybiegła z altanki i zbliżyła się do
bramy.
Na ulicy przed bramą pensjonu stał piękny koczyk, zaprzężony
parą koni błyszczących strojnemi szorami, a u furtki z ręką
niecierpliwie zawieszoną u taśmy od dzwonka, stał mężczyzna w
wysokim kapeluszu, będącym w prowincjonalnem mieście oznaką
wysokiej męskiej elegancji.
Furtka otworzyła się nieco i ładna główka panny Emilji, z
prostotą strojna w bogate złociste włosy na wpół wysunęła się na
ulicę.
- Czego pan sobie życzy? - zapytała z nieśmiałością
niedawnej pensjonarki.
Mężczyzna lekko się skłonił, dotknął ręką kapelusza i
odrzekł:
- Jestem Kalikst Graba, przyszedłem odwiedzić siostrzenicę
moją, a uczennicę tutejszej pensji, pannę Matyldę W.
- Niech pan raczy zatrzymać się tu przez chwilę, uprzedzę
przełożoną, - rzekła Emilja grzecznie choć zawsze nieśmiało i
zamknąwszy furtkę, aby ciekawe spojrzenia przechodniów nie mogły
zaglądać w głąb dziedzińca, odeszła.
W parę minut potem przechadzające się po dziedzińcu
pensjonarki, z uszanowaniem ustępowały z drogi przed przełożoną, i
ukradkiem, a ciekawie zerkały na nieznajomego mężczyznę, który wraz
z nią przechodził dziedziniec, zmierzając ku domowi.
Pani D. wprowadziła gościa do ładnego salonu, położonego na
dole, i z poważną grzecznością wskazując mu stojący przy kanapie
fotel, rzekła:
- Chciej pan usiąść i zająć się przez chwilę przejrzeniem
albumów, a wnet przyszlę tu do pana Matyldę, która będzie zapewne
uradowana przybyciem wuja.
Wyszła, a pan Kalikst Graba zamiast usiąść i przeglądać
albumy - zbliżył się do zwierciadła o złoconych ramach, wiszącego
nad marmurową konsolą, i wielce starannie począł poprawiać fryzurę
i krawat. Gdyby ktoś wchodzący do salonu ujrzał go tak pilnie
zajętego swą powierzchownością, mógłby wnieść, że był to bardzo
młody człowiek - jeden z tych, którzy zostawszy zaledwie dorosłymi
młodzieńcami, nie mogą się nacieszyć świeżo wyrosłym wąsem i
tużurkiem zastępującym im od wczoraj szkolny mundur. A jednak pan
Kalikst Graba nie był już wcale debiutantem na scenie tego świata,
i dość było jednego nań rzutu oka, aby rzec, iż dostatecznie miał
czasu dla oswojenia się z bujną swą fryzurą, czarnym wąsem i
eleganckim tużurkiem. Wprawdzie najbieglejszy znawca fizjognomji
ludzkich nie mógłby stanowczo określić jego wieku. Wnosząc z
powierzchowności, mógł on mieć lat trzydzieści, ale mógł też mieć i
pięćdziesiąt. Włosy i usta miał młodzieńcze, cerę twarzy starca,
oczy młodzieńca, to starca na przemian. Silny brunet, o czarnych
jak węgiel włosach, brodę miał gęstą i również czarną - i drobny
czarny wąs. Ściągłą twarz o pięknych i regularnych rysach pokrywała
żółtawa bladość, będąca zwykle świadectwem fizycznych lub moralnych
chorób, i przykro odbijała od głębokiej czerni włosów i brody. Oczy
duże zapadłe były, a nad brwiami rysowały się drobne, ale gęste
zmarszczki. Wyższą wargę i część lewego policzka przebiegało mu co
chwilę nerwowe drganie, jakie daje się spostrzegać u ludzi
wyniszczonych chorobą lub namiętnościami; drganie to udzielało się
niekiedy i lewej powiece, wtedy zdawał się mrugać na kogoś jednem
okiem. Wzrost miał wysoki, rękę małą i wielkiej białości, ale
bardzo chudą, chudość ta zresztą raziła w twarzy jego i psuła
piękność całej postawy, rzucając na nią cechę wyniszczenia i
bezsilności. Ubrany był modnie i wykwintnie, krawat miał spięty
małą szpilką z brylantem, na ręku także brylantowy pierścień.
Skończywszy przegląd swojej tualety w zwierciadle, pan Kalikst
Graba odwrócił się, ziewnął szeroko, i rzekł do siebie:
- Istna niedola z temi wszystkiemi siostrami i
siostrzenicami! Przyzwoitość kazała, abym przybywszy do M.,
odwiedził Matyldę, inaczej siostra dobrodziejka przy widzeniu się
dostałaby swoim zwyczajem kurczów i palnęłaby mi na dobitek
kazańko; i o czemże będę mówił z tym dzieciakiem? Gdybyż była
przynajmniej dorosła, mógłbym w ładne oczki spojrzeć, choć to
siostrzenica, a w tak bliskim pokrewieństwie kanoniczne prawa
wzbraniają podobnych zachcianek. Ale hm, hm, hm! któż dziś zważa na
kanoniczne i niekanoniczne prawa? pewno nie ja! Szkoda, żem tej
błaźnicy nie przyniósł cukierków, ułatwiłoby to konwersację!...
Skończywszy ten zaszczytny dla braterskiej i wujowskiej
miłości swój monolog, w ciągu którego nerwowe drganie przebiegło mu
raz usta i część policzka, niecierpliwie rzucił się na fotel.
Śliczne i piękne oprawne albumy pani D., w których zapewne
niejedna piękna i zajmująca rzecz się mieściła, nie zdawały się go
wabić, patrzył ku drzwiom i z cicha pogwizdywał.
Tymczasem pani D., opuściwszy salon, zwolna przeszła
wschody, prowadzące na pierwsze piętro i weszła do dużej sali,
będącej salą nauki dla dorastających pensjonarek. Tam przy długim w
środku stojącym stole, siedziało kilka panienek zajętych pisaniem.
- Matyldo W., - rzekła pani D., zwracając się do jednej z
nich, - wuj twój, pan Kalikst Graba przyjechał i chce ciebie
widzieć, czeka w bawialnym salonie.
Matylda nie wydała tego okrzyku radości, z jaką zwykle
dziewczęta będące na pensji i długo oddalone od swoich, witają
przybycie krewnych, zwróciła się tylko do przełożonej i zapytała:
- Mamże teraz iść, pani?
- Otóż tak moja droga, - odpowiedziała pani D., zdziwiona
obojętnością panienki; - zapewne uszczęśliwioną jesteś przybyciem
wuja i pragniesz coprędzej go zobaczyć?
- Ja bardzo mało znam wuja Kaliksta, - rzekła dziewczynka i
zabierała się do wyjścia.
- Panno Kamilo, - ozwała się pani D., - chciej towarzyszyć
Madzi do bawialnego salonu.
Na to wezwanie, pod oknem podniosła się zwolna postać
smukłej panny, i pięknie zarysowała się na tle szyb ocienionych
wysokimi drzewami ogrodu.
- Jestem gotowa, pani, towarzyszyć Matyldzie, -
odpowiedziała.
Poczem wezwana położyła ołówek, którym przed chwilą rysowała
na rejsbrecie, zakryła starannie rysunek i zwolna przeszła przez
salę.
W parę sekund potem kończyło się niecierpliwe oczekiwanie
pana Kaliksta Graby, bo drzwi bawialnego salonu otworzyły się i
wbiegła przez nie najprzód jasnowłosa i rumiana Matylda, a za nią
ukazała się jedna z nauczycielek pensji, panna Kamila G.
Czy pan Kalikst podobny był do siostry i twarzą swą
przypominał młodej pensjonarce drogie rysy matki - czy też
obecnością swą wywołał w niej wspomnienie rodzinnego domu, dosyć,
że na widok jego obojętność Matyldy znikła i dziewczynka z radosnym
okrzykiem rzuciła się ku niemu. Ale on nie wyciągnął ku niej
ramion, jak do ukochanej dzieciny jedynej siostry; ukłonił się
tylko z wyszukaną elegancją i wyciągając do niej białą i chudą
rękę, rzekł z pełnym ustępstw uśmiechem:
-
Bon jour, chére Mathilde,
Na ustach Matyldy zamarł czuły uśmiech i radosny okrzyk z
jakim biegła do pokoju, podała mu nawzajem drobną rączkę i robiąc
przed nim stereotypowy dyg pensjonarki, odrzekła:
-
Bon jour, mon oncle.
Matylda była na pensji od lat trzech i przez cały ten czas
nie widziała wuja - zdawało się, że brat jej matki powinienby z
zajęciem przyglądać się zmianom, jakie przez ten czas zaszły w
twarzy i postaci siostrzenicy. Wszakże nie tak było. Matylda nie
skończyła jeszcze swego klasycznego dygu, gdy oczy pana Kaliksta
odbiegły od niej i spoczęły na twarzy stojącej we drzwiach
nauczycielki.
Kamila nie chcąc zapewne bliską swą obecnością krępować
niejako powitania dwojga tak bliskich krewnych, zatrzymała się
chwilę na progu, z dłonią złożoną na klamce drzwi, w których stała,
z głową nieco w tył odrzuconą. Była to dwudziestoletnia panna,
wysoka, szczupła, ale mimo szczupłości tej silnie i bogato
rozwinięta. Przedziwnie utoczoną jej głowę z pyszną prostotą
stroiły czarne, jak krucze pióra, warkocze, i w błyszczących
zwojach wiły się nad śniadem, szlachetnie zarysowanem czołem. Usta
jej miały niższą wargę nieco wysuniętą naprzód, co podnosiło ich
piękność, a dla fizjognomisty stanowiłoby niezawodny dowód dumy.
Rękę miała śniadą, jak twarz, i niezbyt drobną, ale bardzo
kształtną; ubrana była w czarnej wełnianej sukni z wąskim białym
kołnierzykiem pod szyją, ażurowy strój ten podniesiony był tylko
pąsową kokardą, która krwistą barwą wybornie harmonizowała ze
śniadością twarzy i czernią włosów.
Nie była to powiewna, przezroczysta powierzchowność
młodziutkiego dziewczęcia, ale zdrowa i energiczna piękność w pełni
rozwiniętej kobiety. Oczy pana Kaliksta tak upornie utkwiły w
twarzy Kamili, że przez kilka sekund zdawał się zapominać o
obecności siostrzenicy, i celu swojej wizyty. Przy tem wpatrywaniu
się, oko jego silniej jak wprzódy drgnęło nerwowo, a tym razem
drgnięcie udzieliło się i ustom.
- Niech kochany wuj usiądzie, - rzekła Matylda z powagą,
którą dorastające dziewczynki przybierać lubią, - jakże się ma moja
droga mama, którą kochany wuj niedawno widzieć musiał?
- Zdrowa, zupełnie zdrowa, - z roztargnieniem odpowiedział
pan Kalikst, nie spuszczając z oka Kamili, która przeszła z wolna
część salonu, z dala od rozmawiających, usiadła pod oknem i zajęła
się robotą, którą dostała z kieszeni.
- Kto jest ta panna, Madziu? - spytał pan Kalikst, siadając
obok siostrzenicy i schylając się prawie do jej ucha.
- To panna Kamila G., od roku nasza nauczycielka, a była
uczennica tutejszej pensji, odrzekła równie cicho pensjonarka. -
Czy kochany wuj dawno widział się z moją mamą i z memi siostrami? -
spytała głośno.
- Djabelnie ładna! - mruknął między zębami kochany wuj, a
głośno odpowiedział:
- Przed dwoma tygodniami byłem u twojej matki, bo jadąc z
Warszawy do M., przejeżdżałem przez wieś waszą.
- Czy wuj na długo do M. przyjechał?
Na to pytanie dziwny wyraz przemknął po twarzy pana
Kaliksta.
- Sam nie wiem, - odpowiedział, - będzie to zależeć od tego,
jak pójdą moje interesa: może przepędzę tu kilka tygodni, a może i
kilka lat.
Przy wyrazie: moje interesa - szyderczy wyraz twarzy
Kaliksta stał się wydatniejszym i nerwowe drganie przebiegło mu
znowu usta i oko.
W tej chwili Kamila podniosła wzrok od roboty i spojrzała na
rozmawiającego z uczennicą jej gościa. Spojrzenie to zupełnie było
obojętne zrazu, ale w miarę jak patrzyła, okazywała się w niem
ciekawość z głębszą jakąś połączona myślą.
Umysł Kamili odpowiadał zupełnie poważnemu i surowemu
rodzajowi jej piękności. Chociaż młoda, lubiła ona może czytać w
twarzach ludzkich, a twarz pana Kaliksta musiała się jej wydać
godną czytania.
W istocie, wielka bladość rozlana na pięknych rysach
Kaliksta, zmienny wyraz jego oczu, i to ustawiczne drganie nerwowe,
nadające twarzy niezwykłą ruchliwość, mogły zwrócić i zaciekawić
każde oczy. Ale co oznaczały te zjawiska oblicza ludzkiego, jakich
zjawisk moralnych były one objawem i wypływem? Nie każdym oczom
mogło to być zrozumiałe, a niepojętem koniecznie zostać musiało dla
młodej dziewicy, która przed dwoma zaledwie laty opuściła ławę
szkolną.
Kamila nie zrozumiała zapewne twarzy Kaliksta, i patrzyła na
nią, jakby siląc się, aby ją zrozumieć. I nie patrzyła wcale
ukradkiem, z obawą zwyczajną niedawnym pensjarkom, ale śmiało i z
uwagą.
Ręce jej, trzymające haft zaczęty, opadły na kolana, piękna
głowa znowu nieco się w tył odrzuciła.
Bywają oczy, które nieprzepartą, im właściwą siłę mają w
swojem spojrzeniu. Nie potrzebują one pomocy ust, aby przywołać
kogo, lub zwrócić na się czyjąś uwagę; same są energicznem
wołaniem, i zmuszają głowy ludzkie, na które patrzą do odwracania
się ku nim, jak się zwracają ku słońcu głowy słoneczników. W pewnem
mieście znano kobietę, która gdy patrzyła z okna pierwszego piętra,
każdy przechodzący ulicą musiał podnieść głowę i spojrzeć na nią,
nikt nie mógł oprzeć się magnetyzmowi jej wzroku. Kobieta ta nie
była wcale piękną; ale miała oczy, w których utworzyły się
rezerwoary niezmiernej siły życiowej, i z których tryskały prądy
magnetyczne, pociągające ku sobie inne oczy. Słabe, miękie i
limfatyczne natury oczu takich nie miewają; bywają one własnością
istot utworzonych z krwi i ognia, silnych w miłości i nienawiści.
Kamila miała właśnie takie oczy, mocą pociągania obdarzone,
i gdy zaczęła patrzeć na Kaliksta, który się był na chwilę zajął
siostrzenicą i siedział profilem zwrócony do niej; głowa jego
poruszona tą niewidzialną siłą, która płynęła ku niemu z oczu
Kamili, zwróciła się, i wzrok jego spoczął znowu na jej twarzy.
Kamila nie spuściła oczu, ale zwolna przeniosła je w zamyśleniu na
otaczające przedmioty, jakby nie przestawała myśleć o tej twarzy,
na którą tak bacznie patrzyła przed chwilą; Kalikst dojrzawszy
zajęcie, jakie w niej wzbudził, uśmiechnął się z dziwnym wyrazem, w
którym był tryumf, połączony z szyderstwem.
- Ogromnie wyrosłaś Matyldo, od czasu jakem cię nie widział,
- rzekł po chwili, jakby czując, że trzeba coś mówić.
- Cztery lata, kochany wuju! - przeciągle odrzekło dziewczę.
- Czy prędko ukończysz pensję?
- O, już za dwa lata! - zawołała Madzia z uśmiechem naiwnej
radości.
- Ale jak że tam idą nauki? - spytał i z pełnym grzeczności
ruchem zwrócił się do Kamili. - Pani to zapewne najlepiej mi o tem
powiedzieć możesz? - rzekł z uśmiechem, który wnet zniknął pod
nerwowem drgnięciem.
Kamila na to pytanie nagle ku niej zwrócone, podniosła znowu
oczy na twarz Kaliksta i odrzekła spokojnie:
- Matylda ma wielkie zdolności do nauk, a pilnością swą i
całem postępowaniem najzupełniej zadowala nauczycieli.
- Miło mi jest to dobre świadectwo o siostrzenicy mojej
słyszeć wygłoszone tak pięknemi usty, - wyrzekł Kalikst z pełnym
galanterji ukłonem.
Na twarzy Madzi odmalowało się zdziwienie. Dziecię pierwszy
raz w życiu usłyszało to, co się zwie w salonach komplementem. Ale
twarz Kamili pozostała najzupełniej surową i zimną, najmniejszy nie
ożywił ją uśmiech.
- Sądzę, - odrzekła, biorąc się znowu do swej roboty, - że
świadectwo to sprawiłoby panu przyjemność, wygłoszone każdemi usty.
Teraz zdziwienie ukazało się na twarzy Kaliksta; spodziewał
się zapewne naiwnego rumieńca lub zalotnego uśmiechu, a otrzymał
śmiałą i zimną odpowiedź, nabierającą jeszcze wyrazistości od
dźwięku głosu Kamili, który w czystym swym kontr-alcie miał powagę
i dumę, jaką nacechowana była cała jej powierzchowność.
Popatrzył na nią kilka sekund, ale widząc, że młoda
nauczycielka zajęła się całkiem swą robotą, zwrócił się znowu ku
siostrzenicy i zaczął jej coś opowiadać o jej rodzinnym domu. Ale
mówiąc do dziecka, usiłował wyraźnie ściągnąć na słowa swe uwagę
pięknej panny, która siedziała o kilkanaście kroków.
- Siostra twoja, Marja, wychodzi za mąż, - mówił, -
narzeczonym jej jest pan Juljan K., którego może pamiętasz, bo
bywał często w domu twojej matki; zakochani są w sobie szalenie.
Madzia otworzyła szeroko swoje dziecięce oczy; nikt dotąd
nie mówił do niej w ten sposób. Dziecię nie odgadło wcale, że
wyrazy te: "zakochani w sobie szalenie," wymówione ze szczególnym
przyciskiem, wcale nie dla jej uszów przeznaczone były; ale w myśli
jej wuja grały rolę wędki zarzuconej na uwagę i spojrzenie Kamili.
Młode dziewice zwykle tak chciwie słuchają, gdy mowa o kochaniu i z
takim wdzięcznym wyrazem nieśmiałej ciekawości podnoszą swe marzące
oczy na tych, którzy o niem mówią... Ale Kamili oczy nie były
marzące, ani nieśmiałe, i nie podniosły się na Kaliksta, tak, jak
gdyby on mówił o tem, że w dzień jest widno, a w nocy ciemno, coby
nie stanowiło zapewne ciekawego do rozmowy przedmiotu.
- Babka twoja była bardzo chorą, - mówił dalej Kalikst,
widząc że opowiadanie o miłości kochanków nie osiąga pożądanego
skutku. - Twoja matka była w rozpaczy, bo wiesz, jak niezmiernie
przywiązaną jest córką. Co też to za piękne i silne uczucie,
przywiązanie córki do matki! - dodał z sentymentalnym nagięciem
głosu i spojrzał znowu na Kamilę.
Tym razem udało mu się; dziewica podniosła na niego
błyszczący wzrok, który zdawał się z całej duszy mówić: o tak!...
Spostrzegł to Kalikst, i szyderstwo znowu przemknęło mu po ustach,
ale w mgnieniu oka przybrał wyraz twarzy rozrzewniony i mówił
dalej:
- Przyjechałem do twoich rodziców właśnie w chwili, gdy
babka twoja, a moja matka bardzo się źle miała, i przyjazd mój był
prawdziwie opatrznościowy. Wiesz, jak wieś twoich rodziców jest
oddalona od miasta, a zatem od wszelkiego lekarskiego ratunku. Ojca
twego nie było w domu, a matka z boleści traciła przytomność. Wnet
wziąłem ekstrapocztę, w największą bezdróż puściłem się w drogę do
najbliższego miasta, we 24 godzin przebyłem mil piętnaście tam i
napowrót, i przywiozłem doskonałego doktora, który wyleczył twoją
babkę tak, że dziś zupełnie już jest zdrowa.
Teraz oczy Kamili patrzyły na Kaliksta z wyrazem, który
mówił: o jakże szacuję dobrych synów!
Kalikst dojrzał, iż korzystne dla siebie na pięknej pannie
sprawił wrażenie.
W tej chwili na dziedzińcu ozwał się donośny głos dzwonka;
Matylda żywo powstała.
- Co to jest? - spytał Kalikst.
- Druga godzina wybiła, - odpowiedziało dziewczę, - lekcje
się zaczynają i profesor W. przyjść musiał.
- Czy siostrzenica moja nie może dłużej pozostać ze mną? -
spytał pan Kalikst, zwracając się ku nauczycielce.
- Przepisy pensji pozwalają na przyjmowanie wizyt przez
uczennice tylko w godzinach rekreacji. - odpowiedziała Kamila
powstając i chowając robotę do kieszeni.
- Trzeba się więc do nich stosować, - rzekł Kalikst, wstając
także i podając rękę Matyldzie; - do widzenia, Madziu, wkrótce cię
znowu odwiedzę, bo dzisiejsza moja wizyta zachęciła mnie do innych.
Mówiąc ostatnie wyrazy patrzył na Kamilę, potem wziął
kapelusz, pocałował w czoło siostrzenicę, skłonił się z grzecznym
uśmiechem i wyrazistem spojrzeniem nauczycielce i wyszedł.
Po chwili elegancki koczyk, porwany rączemi końmi, z hukiem
odjeżdżał od bramy pensjonu, wioząc niedbale rozpartego w nim
mężczyznę. Na ustach Kaliksta igrał zwykły mu szyderczy uśmiech,
patrzył na dom, w którym uczyła się jego siostrzenica, dopóki nie
znikł mu z oczu, poczem uderzył laseczką o dywan, wyścielający
powóz i szepnął do siebie:
- Djabelnie ładna!...