Sprawy, których dotknę, tak są osobliwe i
niezwykłe, że zdawna już świat szeroki żądny był posłyszeć o nich
całkowitą prawdę; i niewątpliwie zatem zadowolić zdołam powszechną
ciekawość. Los zrządził, iż osoba moja zespoliła się silnemi węzły
z ostatniemi latami owej rodziny oraz jej historją; przeto
niepodobna znaleźć człowieka, któryby w równej mierze, jak ja,
umiał wyjaśnić wszelkie owych dziejów zawiłości i pragnął równie
wierną o nich dać relację. Znałem pana dziedzica osobiście, mam w
ręku wiarygodny pamiętnik, dotyczący wielu tajemnych kroków w jego
życiu; byłem niemal jedynym towarzyszem ostatniej jego żeglugi;
uczestniczyłem też w owej zimowej wyprawie, o której rozeszło się
tyle różnych opowieści; nakoniec byłem naocznym świadkiem jego
śmierci. Co się tyczy nieboszczyka mego pana, Lorda na Durrisdeeru,
tom mu służył i byłem mu serdecznym przyjacielem przez lat bezmała
dwadzieścia, a w miarę bliższej i coraz to większej z nim
znajomości myśli moje coraz częściej krążyły koło jego osoby.
Wszystko razem biorąc pod uwagę, sądzę iż nie godzi się zatajać
tylu rzeczy widzianych i słyszanych; prawda jak najszczersza jest
to dług, który winienem pamięci mego chlebodawcy i zwierzchnika, a
myślę że znośniejszym mi się stanie bieg mej starości i siwa moja
głowa cichszego zażywać będzie w nocy odpoczynku, skoro już z długu
tego się wypłacę.
Ród Duriów, panów Durrisdeeru i Ballantrae, był
jeszcze od króla Dawida Pierwszego sławny i możny w
południowo-zachodniej połaci naszego kraju. Piosenka, po dziś dzień
krążąca między gminem:
Hardy i zbrojny jest ród Durrisdeeru;
Zwalczyć ich trudno - lepiej szukać miru -
ma wszelkie znamiona starożytności. Toż samo nazwisko pojawia się w
drugiej jeszcze śpiewce, którą głos pospólstwa przypisuje samemu
Tomaszowi Ercildoune (nie potrafię określić, czy i w jakiej mierze
wieść ta jest prawdziwą), a w której mógłby się ktoś dopatrzeć
aluzji (mniejsza o to, czy słusznej) do wypadków, które mam
opowiedzieć. Takie bowiem jest brzmienie owej śpiewki:
Dwaj Durie'owie z Durrisdeeru -
jeden w obce odszedł strony -
Zły to dzień dla oblubieńca,
smutny dzień dla narzeczonej!...
Zresztą nietylko wieść gminna, ale i rzetelne dziejów
kroniki pełne są niepospolitych czynów tego rodu, acz nie wszystkie
z nich wydałyby się oczom dzisiejszych ludzi nader chwalebne. Wszak
zmienne były rodu koleje; po czasach świetności przechodziły i
chwile upadku, zupełnie jak działo się we wszystkich możnych domach
szkockich. Wszystko to jednak pomijam, przechodząc wprost do
pamiętnego roku 1745, w którym tkwi zawiązek opisywanej przezemnie
tragedji.
W owym to czasie grono rodzinne, złożone z czterech osób,
mieszkało w dworze Durrisdeerskim niedaleko klasztoru św. Brygidy
na wybrzeżu solwayskiem; była to od czasów reformacji główna
siedziba rodu. Mój pan starszy, ósmy już z noszących owo nazwisko,
nie był jeszcze w leciech podeszły; niemniej atoli doznawał
przedwcześnie dolegliwości wieku. Miał miejsce ulubione koło
kominka; tu siadywał w pasiastym szlafroku, zajęty czytaniem; w
słowach był skąpy, ale nikomu nie rzekł nigdy złego słowa. Wyglądał
na starego, wysłużonego burgrabię; wszelakoż słynął wielkiem
wykształceniem, a w okolicy mówiono, iż jest o wiele sprytniejszy,
niżby można było sądzić z pozorów. Syn jego pierworodny, dziedzic z
Ballantrae, na chrzcie nazwany Jamesem, wziął po swoim ojcu
skłonność do poważnej lektury, a może i nieco z jego sposobu
obejścia się z ludźmi; jednakże co w ojcu było polityką i
grzecznością, to u syna stało się czarną obłudą. W rzeczy samej
zachowanie się jego było dzikie i prostackie. Do pióra w noc
siadywał przy kielichu, a przy kartach niekiedy prawie do rana.
Słynął w okolicy jako człek niebezpieczny dla płci pięknej. Wdawał
się ustawicznie w różne awantury, lecz choć stawał do nich
pierwszy, stwierdzono, iż zawsze najlepiej potrafił się z nich
wywinąć, a koszta całej przygody musieli niemal w zupełności płacić
jego wspólnicy. To szczęście czy zręczność wznieciły przeciwko
niemu zawiść wielu ludzi, przeważnie jednak wzmagały one tylko jego
mir i wziętość w okolicy. To też spodziewano się po nim wielkich
czynów w przyszłości, byle nabrał większego ustatkowania i powagi.
Do jego imienia przylgnęła pewna czarna plama; atoli sprawa, która
nań ściągnęła ową zakałę, przycichła zczasem, a przytem tak została
zniekształcona baśniami na wiele lat przed mojem przybyciem w owe
strony, iż wzbraniam się szerzej o niej mówić. Jeśli prawdą było,
co powiadano, tedy postępek ów był u człowieka tak młodego wręcz
potwornością; jeśli natomiast mijało się z prawdą, była to potwarz
równie potworna. Mnie wydaje cię to godnem uwagi, że on się zawsze
szczycił swą nieubłaganą mściwością i dotrzymał tego, co komu
przyrzekł i przeto wśród sąsiadów zyskał sobie przydomek
"człowieka, któremu niebezpiecznie jest wchodzić w drogę". Był
zgoła młodym człowiekiem (w pamiętnym roku 1795 nie ukończył
jeszcze dwudziestego czwartego roku życia), gdy wyrósł na znaną w
całej okolicy osobistość. Rzecz tem mniej dziwna, skoro mało
słyszano o drugim z synów, o panu Henryku (późniejszym mym
chlebodawcy, ś. p. lordzie na Durrisdeerze), który nie był człekiem
ani nazbyt złym ani zbyt zdolnym, ale zacnym, spokojnym i uczciwym
młodzianem, jakich wielu spotkałbyś między sąsiedztwem. Mało o nim
słyszano, jakom powiedział; bo też, prawdę wyznawszy, mało o nim
mówiono. Znany był wśród poławiaczy łososi w morskich odnogach,
gdyż oddawał się pilnie rybołówstwu; był też niepospolicie biegłym
konowałem, a już niemal od dzieciństwa brał główny udział w
gospodarowaniu rodzinnym majątkiem. Jak ciężkie to było
gospodarowanie wobec ówczesnego położenia rodziny, tego nikt nie
jest lepiej świadom odemnie... a również i tego, jak niesłusznie
człek może u ludzi zyskać miano skąpca i okrutnika!...
Czwartą osobą w domu była imć panna Alison Graeme, sierota
i daleka krewniaczka tej rodziny, przytem dziedziczka pokaźnej
fortuny, zdobytej przez ojca w kupieckim zawodzie. Pieniądze te aż
się same prosiły by mogły być przez mojego pana użyte w jego
majątkowych opresjach, bo włości jego były porządnie obdłużone;
zgodnie też z tem przeznaczono pannę Alison na żonę starszego z
synów, co zresztą przyjmowane było z jej strony wcale chętnie; ile
przytem było dobrej woli z jego strony, to już inna sprawa.
Dziewczątko było miłe, w owym zaś czasie wielce żywe i samowolne;
że to bowiem pan starszy nie miał rodzonej córki, a pani starsza
dawno już nie żyła, więc sobie to niebożątko żyło i rosło jak Bóg
dał.
Naraz do uszu tych czworga ludzi doszła wieść o
wylądowaniu księcia Karola - i poruszyło ich wielce. Starszy pan
jak zawsze lubiał wysiadywać przy kominku, tak i teraz był za
zwłoką. Panna Alison innego była zdania, bo jej się ta wyprawa
wydawała "romantyczną", a pierworodny brat, choć pono nieczęsto z
nią się zgadzał, podzielał tym razem jej zdanie. Ciągnęła go, jako
sądzę, chęć przygód, kusiła sposobność wydźwignięcia podupadłej
majętności, nie mniej też nadzieja spłacenia własnych długów, które
były wielkie ponad wszelkie mniemanie. Co się tyczy Pana Henryka,
ten zrazu skąpemi odzywał się słowy, dopiero później przyszła kolej
i na niego. Dzień cały zbiegł im na naradach i rozprawach, aż w
końcu wybrali drogą pośrednią: jeden z synów miał pójść walczyć ze
sprawę króla Jakóba, a pan starszy i drugi syn miał zostać w domu,
by nie utracić łaski króla Jerzego. Było to niewątpliwie
postanowienie starszego pana; zresztą, jak wiadomo, podobną, rolę
odegrało wiele znamienitszych rodzin naszego kraju. Ledwo jednak
ukończono jedną dyspotę, aliści już rozpoczęła się druga. Jegomość
pan starszy, panna Alison i pan Henryk byli we trójkę jednego
zdania: iż rzeczą, młodszego było wyruszyć na pole walki. Natomiast
brat starszy, uwiedzion duchem niespokojnym i próżnością, nie
chciał pod żadnym warunkiem zgodzić się na pozostanie w domu.
Jegomość przekonywał go jak mógł, panna Alison płakała, pan Henryk
przemawiał jasno i rozsądnie; wszystko to jednak na nic się nie
zdało.
- Jeżeli komu, to prawowitemu dziedzicowi Durrisdeeru
godzi się jeździć obok swego króla! - odpowiadał pan James.
- Gdybyśmy po męsku rozstrzygali tę sprawę - rzekł mu na
to pan Henryk, - tedy możnaby za rozsądne uważać takie słowa. A my
cóż czynimy? Gramy w fałszywe karty!
- Ratujemy dom Durrisdeerów, Henryku! - upomniał go
ojciec.
- Zresztą widzisz, Jamesie, - ciągnął dalej pan Henryk, -
jeżeli ja wyruszę na wojnę, a książę odniesie zwycięstwo, tedy
tobie nietrudno będzie dojść do zgody z królem Jakóbem. Ale jeżeli
ty wyruszasz, a wyprawa się nie powiedzie, będziemy musieli
podzielić się prawami i tytułem. Czemże ja wtedy będę?
- Będziesz lordem na Durrisderze - odpowiedział brat
starszy. - Stawiam na kartę wszystko co posiadam.
- Nie chcę takiej gry! - zawołał pan Henryk. - W ten
sposób znajdę się w przykrem położeniu, jakiego nie zdoła ścierpieć
żaden człek rozsądny i uczciwy. Będę wtedy zaprawdę ni z pierza ni
z mięsa!
Krzyknąwszy te słowa, już w chwilę potem przybrał inny
wyraz twarzy, może jaśniejszy niż było w jego zamiarze.
- Twoją powinnością jest pozostać przy ojcu - przemówił. -
Wszak dobrze wiesz, że jesteś jego oblubieńcem.
- Aha! - z przekąsem odparł syn pierworodny. - Wreszcie
odezwała się zazdrość! Chcesz mi podstawić nogę... Jakóbie?
Imię to, brata Ezawowego w biblji pamiętne, wycedził
zwolna, ze szczególną złośliwością.
Pan Henryk nic nie odrzekł, tylko chodził tam i zpowrotem
po przeciwnym końcu świetlicy, człek ten miał zaiste przedziwny dar
trzymania języka za zębami. Nagle odwrócił się i podszedł ku bratu,
mówiąc:
- Ja jestem młodszy, ja więc powinienem iść! Zresztą panem
jest tu nasz ojciec, a on powiada, że ja pójdę! A cóż ty na to
powiesz, mój bracie?
- Powiem ci, Henryku, - odrzekł pierworodny, - że gdy
spotkają się dwaj ludzie uparci i nieskłonni do ustępstw, dwa są
tylko sposoby rozstrzygnięcia ich zwiady: albo walka na szable (a
zdaje się, że nikt z nas dwu nie pragnie, by do niej doszło), albo
też ciągnienie losów... a mam właśnie w ręce złotą, gwineję. Czy
chcesz byśmy od rzutu tej monety uzależnili całą sprawę?
- Uzależniam od niej moje dobre i złe losy - odparł pan
Henryk. - Jeżeli wypadnie główka, to pójdę; jeżeli godło, zostanę.
Rzucono pieniądz. Upadł na ziemię, godłem królewskiem
wgórę.
- Jakób dostał nauczką od Ezawa! - odezwał się
pierworodny.
- Dożyjemy czasu, gdy będziesz tego żałował - odparł pan
Henryk i wypadł pospiesznie z sieni.
Panna Alison podniosła z ziemi złoty pieniądz, który jej
umiłowanemu kazał wyruszać na wojnę, i wyrzuciła go na dwór przez
barwne okno, na którem był wyobrażony herb rodzinny.
- Gdybyś mnie tak miłował, jak ja ciebie miłuję, tedybyś
ostał w domu! - załkała żałośnie.
- "Nie mógłbym ciebie równie miłować, najdroższa, jeślibym
czci mej bardziej nie miłował", - dawną śpiewką odpowiedział jej
pan James.
- Och! och! - szlochała panna. - Jesteś bez serca!...
Ciebie tam śmierć czeka!...
I łzami zalana wybiegła z pokoju do swej panieńskiej
alkowy, by tam się wypłakać dowoli.
Wówczas pierworodny, jako mi opowiadano, z śmiechem
drwiącym zwrócił się do ojca i tak się odezwał:
- Widzi mi się, ze djabeł siedzi w tej kobiecie!
- A mnie się zdaje, - wybuchnął ojciec, że to w tobie
djabeł siedzi mój synu!... w tobie, który zawsze byłeś moim
ulubieńcem, jako ku hańbie mojej powiedziano przed chwilą! Ani
jednej błogiej godziny nie zaznałem przez ciebie, odkąd na świat
przyszedłeś!... Dalibóg, ani jednej godziny!...
Słowa te powtórzył trzykrotnie. Nie wiem, co tak wzburzyło
mego pana i łaskawcę: czy lekkomyślność starszego syna, czy tegoż
krnąbrność czy może wzmianka pana Henryka o względach okazywanych
bratu. Skłonny wszakże jestem przypuszczać, iż ta rzecz trzecia
najwięcej go dotknąła, bo z wszystkiego com słyszał, miarkuję, że
pan Henryk od owej chwili doszedł do większego znaczenia w
ojcowskim domu.
W każdym razie brat starszy wyjechał na północ trawiony
gniewem i poróżniony mocno z rodziną, tem ciężej przychodziło o tem
myśleć pozostałym, gdy już się wydawało zapóźno. Prośbą i groźbą
zdołał skupić przy sobie ze dwunastu chłopa przeważnie synów
dzierżawców; prezentowali się pięknie i hardo, gdy z białemi
kokardami na kapeluszach wjechali na wzgórze koło starego
klasztoru, krzycząc i śpiewając. Desperackie to było
przedsięwzięcie dla takiej małej garstki ludzi przejeżdżać na
własną rękę, bez żadnego wsparcia, przez znaczną część Szkocji; a
co mogło ludność okoliczną jeszcze bardziej utwierdzić w tem
przekonaniu, to traf, że właśnie w ową chwilę, gdy owa mizerna
dwunastka z szczękiem i brzękiem wjeżdżała na wzgórek, do zatoki
zawinął, szeleszcząc banderą, wielki okręt floty królewskiej,
który, wysławszy przeciw nim łódź jedną, snadnie mógłby zmusić ich
do posłuszeństwa!
Nazajutrz po tak pięknym odmarszu brata starszego przyszła
kolej na pana Henryka: odjechał i on, ale sam, bez orszaku,
ofiarować swój oręż i zawieźć listy od ojca pełnomocnikom króla
Jerzego. Panna Alison zamknęła się w alkierzyku i nic, tylko
płakała, póki obaj nie odjechali; własnoręcznie przypięła kokardę
do kapelusza starszego z braci, a jako mi opowiadał sługa Jan
Paweł, kokarda ta, gdy ją mu wynosiła, przesiąknięta była jej
łzami.
W toku wszystkich następnych wydarzeń pan Henryk i
jegomość pan starszy pozostali wierni układowi. Nie potrafiłem
wybadać, czy dokonali czego w owym czasie, wszelakoż wierzę
niezbicie, że stali mocno po stronie króla. W każdym razie uzyskali
świadectwo wierności, korespondowali z lordem prezydentem,
siedzieli cicho w domu i nie utrzymywali żadnych albo prawie
żadnych stosunków z panem Jamesem, póki trwała owa zawierucha.
Zresztą i on ze swej strony niezbyt dbał o nawiązanie łączności z
rodziną. Panna Alison wprawdzie ustawicznie wysyłała gońców do
niego, nie wiem wszakże, czy otrzymała odeń wiele słów odpowiedzi.
Raz jeździł od niej sługa Macconochie; nieopodal Carlysle spotkał
gromadę górali, wśród nich zaś pana Jamesa jadącego konno obok
księcia i piastującego wysokie stanowisko. Ów wziął podany mu list
(jak opowiadał mi Macconochie), otwarł go, przebiegł oczyma,
złożywszy przytem usta jak gdyby sobie pogwizdywał, a potem zatknął
go sobie za pas, skąd, gdy koń dał susa, list ów niepostrzeżony
upadł na ziemię. Macconochie podniósł go z ziemi i zatrzymał przy
sobie; jam go jeszcze widział później w jego rękach.
Pozatem docierały do Durrisdeeru różne wieści dzięki
wędrującym po okolicy (co mnie zawsze dziwiło) gawędom pospólstwa.
Tym sposobem rodzina dowiadywała się o łasce, jakiej doznawał James
u księcia, oraz o źródle, z którego owa łaska rzekomo płynęła: oto,
jak mówiono, z uniżonością mogącą zadziwić u człowieka tak dumnego
(prawda, że nad dumą górowała w nim ambicja) pchał się między
starszyznę, schlebiając Irlandczykom. Sir Tomasz Sullivan,
pułkownik Burke i inni ludzie tejże narodowości, byli mu
codziennymi druhami, przyczem odsunął się od własnych swych
ziomków. Umiał zręcznie rozniecać wszelkie drobne intrygi; w
tysiącznych sprawach bruździł wytrwale naszemu miłościwemu panu,
królowi Jerzemu; zawsze skłaniał się do tej rady, która podobała
się księciu, mniejsza z tem, czy złą była czy dobrą; wogóle, jak
gracz-hazardownik, którym był przez całe życie, zdawał się mniej
zważać na przebieg i wrarunki owej kampanji niżeli na wielkość
łaski, jakiej mógł się spodziewać, gdyby jakimś trafem kampanja się
powiodła. Zresztą w polu sprawiał się wybornie; co do tego nikt nie
miał wątpliwości, gdyż znany był jako człek mężny i nieustraszony.
Niebawem nadeszła wiadomość o bitwie pod Culloden,
przyniesiona do Durrisdeeru przez jednego z synów dzierżawców,
który mienił się być jedynym pozostałym przy życiu z pośród tych
wszystkich, co z śpiewem na ustach jechali niedawno po wzgórzu.
Nieszczęśliwym trafem Jan Paweł i Macconochie rankiem owego dnia
znaleźli złotą gwineję - tę właśnie, która była początkiem całej
niedoli - tkwiącą wśród gałązek jałowca; udali się z nią "w te
pędy", jak wyrażają się słudzy w Durrisdeerze, do kantoru wymiany,
a jeżeli wkrótce mało co pozostało im z tej gwinei, tedy jeszcze
mniej im pozostało oleju w głowie. Cóż bowiem mógł Jan Paweł zrobić
lepszego, jak wlecieć do sali dworskiej, gdzie cała rodzina
siedziała przy wieczerzy, i ogłosić taką nowinę:
- Tomek Macmorland był tu niedawno pod drzwiami... ale...
retyż-ty, rety!... ani jeden już ta za nim nie przyjedzie!...
Przyjęli te słowa, jak skazańcy, w milczeniu, jeno pan
Henryk podniósł dłoń ku twarzy, a panna Alison podparła głowę
rękoma. Jegomość pan starszy blady był jak ściana.
- Mam jeszcze jednego syna - odezwał się; - a oddam ci
sprawiedliwość, Henryku, że został mi ten, który ma lepsze serce.
Dziwnie brzmiały takie słowa w ową chwilę, atoli pan mój
starszy miał wciąż w pamięci przymówkę pana Henryka, a całe lata
mimowolnej krzywdy ciężyły mu na sumieniu. Bądź co bądź jednak
słowa te zabrzmiały dziwnie - i panna Alison znieść ich nie mogła.
Zerwawszy się w gniewie, poczęła łajać pana starszego za owe
niewczesne słowa, czynić wyrzuty panu Henrykowi, że siedzi
bezpiecznie za stołem, gdy brat jego nie żyje, i złorzeczyć sobie
samej, że tak opryskliwie pożegnała się z umiłowanym i zwała go
kwiatem rodu, wołała po imieniu i łamiąc ręce, zapewniała go o swej
miłości - tak iż słudzy stanęli w osłupieniu.
Pan Henryk zerwał się na równe nogi i stał, trzymając
krzesło. Teraz on blady był jak ściana.
- Och! - wybuchnął nagle, - wiem, żeś go kochała!
- Chwała Bogu, wszyscy o tem wiedzą! - zawołała panna
Alison, poczem odcięła się panu Henrykowi: - Ale jednej rzeczy nikt
nie wie oprócz mnie: żeś ty w sercu był mu zdrajcą!
- Bogu wiadomo - jęknął pan Henryk, - że jak twoje, tak i
moje serce doznało straty!...
Czas jakiś upłynął od owych wypadków, nie przynosząc w
domu żadnych zmian, okrom tej jednej, w rodzinie, że było osób
teraz troje zamiast czworga, co im ustawicznie przypominało
poniesioną stratę. Jako pewno pamiętacie, pieniądze panny Alison
były bardzo potrzebne dla poratowania rodzinnego majątku; więc
skoro jeden z synów już nie żył, mój pan starszy umyślił wydać ją
za drugiego. Pracował przeto usilnie nad nią w tym duchu po całych
dniach; gdy siedział przy kominku, trzymając palec na kartach
łacińskiej księgi, przyglądał się jej twarzy z życzliwą bacznością,
która ojcowskim jakimś miłym wyrazem krasiła jego rysy. Ilekroć
panna płakała, on współczuł jej jako człek starszej daty, który
widywał jeszcze gorsze czasy i zaczyna spokojniejszem okiem patrzeć
nawet na zgryzotę; gdy ona szalała z bólu, brał się znów do
czytania swej łacińskiej księgi, zawsze przytem podając jakąś
grzeczną wymówkę; gdy, jak to nieraz czyniła, oddawała im w darze
całe swoje mienie, dowodził, iż nie licowałoby to z jego honorem, i
uświadamiał jej, że nawet jeśliby on się na to zgodził, tedy pan
Henryk napewnoby odrzucił tę propozycję. Non vi, sed saepe cadendo,
było jego ulubione przysłowie; niemasz wątpliwości, że to ciche
prześladowanie w znacznej mierze skruszyło jej zawziętość, również
to rzecz niewątpliwa, iż miał on wielki wpływ na dziewczynę, której
zastępował matkę i ojca; z tego to względu ona sama była też
przejęta duchem rodziny Durie i gotowa była wiele zdziałać dla
choroby Durrisdeeru, choć, jak sądzę, nie zdobyłaby się na to, by
poślubić mego nieszczęsnego pana, gdyby (co rzecz dość osobliwa) w
grę nie weszła rzecz nowa, a mianowicie wielka niepopularność jego
imienia.
Niepopularność ta była dziełem Tomka Macmorlanda. Tomek
nie był człowiekiem złym ani złośliwym, ale miał pewną nader zgubną
słabość, a mianowicie długi język. Gadać lubił długo i wiele, a
ponieważ był na całą okolicę jedynym człowiekiem, który przebywał
na wojnie - albo raczej, jedynym który z niej powrócił - więc mógł
liczyć na ciekawość słuchaczy. Zauważyłem, że ludzie którzy w walce
odnieśli porażkę, bywają skłonni do wmawiania w siebie i drugich,
iż padli ofiarą zdrady. Według relacyj Tomka powstańcy byli
zdradzani na każdym kroku i przez każdego ze swych oficerów;
zdradzono ich i pod Derby i pod Filkirk; nocny pochód wojska był
krokiem do zdrady ze strony miłościwego pana Jerzego, a bitwa pod
Culloden była przegrana wskutek zdrady Macdonaldów.
Zwyczaj przypisywania różnym ludziom zdrady coraz głębiej
zakorzenił się w duszy tego durnia, aż wkońcu zarzut ów musiał
dosięgnąć również i pana Henryka. Rzekomo bowiem (jak plótł ów
gaduła) pan Henryk na szwank wystawił onych młokosów, co wyjechali
z Durrisdeeru; przyrzekł im, że z większym oddziałem podąży za
nimi, i zamiast to uczynić pojechał do króla Jerzego.
- Juści, pojechał, i to zara na drugi dzień! - wykrzykiwał
Tomek żałosnym głosem. - Ledwo nasz biedny, zacny panicz starszy i
biedne, miłe chłopaki, co z nim pojechały, minęły urwisko, a on już
się oddalił z zamku... ten Judasz! Juści, juści, on ma w tem swój
pomyślonek: tak czy owak on będzie panem... a tamok na górach,
wśród wrzosów leży tylu umrzyków!...
W tem miejscu Tomek, jeżeli był już dobrze podchmielony,
zaczynał rzewnie płakać.
Pozwólcie komuś bajdurzyć zbyt długo o jakowejś rzeczy,
obaczycie, iż mu wkońcu ludzie uwierzą. Nie dziwota więc, że ów
pogląd co do postąpień pana Henryka szerzył się zwolna, ale
skutecznie, po całej okolicy; roztrząsali rzecz tę nawet ci ludzie,
którzy wiedzieli, że było inaczej, ale nie byli świadomi bliższych
szczegółów, natomiast dla ludzi nic zgoła nie wiedzących oraz ludzi
złej woli był on jakoby ewangelją, której słuchali i której
wierzyli nader chętnie. Poczęto stronić od pana Henryka, niebawem
jednak doszło do tego, że na jego widok rozlegało się szemranie
wśród pospólstwa, a kobiety (które zawsze bywają najśmielsze, jako
że czują się w większem bezpieczeństwie niż mężczyźni) ważyły się
miotać mu w twarz wyrzuty i obelgi. Starszego panicza ogłoszono
niemal świętym. Wspominano, jak on nigdy nie przyłożył ręki do
uciskania dzierżawców - boć w rzeczy samej miał rękę jeno do
szastania pieniędzmi. Zgadzano - się wprawdzie, że był nieco dziki
i nieokiełznany, ale (jak mówiono) o wiele lepszy był ten zawadjaka
dziki lecz szczery, niśli ten kutwa i śledziennik, wciąż gmerzący
nosem w księgach rachunkowych celem gnębienia i łupienia biednych
dzierżawców! Pewna dziewczyna, która miała kiedyś dziecko ze
starszym paniczem i była przezeń krzywdzona niejednokrotnie, stała
się - o dziwo! - szczególnie gorącą orędowniczką jego pamięci. Dnia
jednego, napotkawszy pana Henryka, cisnęła weń kamieniem, krzycząc:
- Kaj jest ten zacny chłopak, co panu zaufał?
Pan Henryk skierował ku niej konia i spojrzał na nią,
brocząc krwią z rozciętej wargi:
- Co, i ty także, Jess? - zapytał. - Myślałem, że
przynajmniej tyś się na mnie poznała.
Bo trzeba wiedzieć, że on to spieszył jej z pomocą
pieniężną w ciężkiej niedoli.
Kobieta już miał w ręce drugi kamień, którym zamierzyła
się jak gdyby chciała i ten rzucić. Pan Henryk, by się przed ciosem
zabezpieczyć, wzniósł wgórę rękę z trzymaną w niej szpicrutą.
- Co? chcesz bić biedną dziewczynę, ty paskudny... - i
uciekła, wrzeszcząc w niebogłosy, jak gdyby ją obito.
Nazajutrz wieść jak pożar obiegła okolicę, że pan Henryk
zbił Jessie Broun na kwaśne jabłko. Można stąd mieć niejaką miarę
szybkości, z jaką toczyła się i rosła lawina plotek i oszczerstw!
Wkońcu biedny mój panicz tak był pogrzebany w ludzkiej opinji, że
za przykładem starszego pana począł zamykać się w domu. Mogę wam
zaręczyć, że przez cały czas ani razu nie poskarżył się ani nie
zwierzył się z niego wobec najbliższych; samo źródło jego
przykrości było rzeczą zbyt drażliwą i bolesną, by można było ją
omawiać, a pan Henryk był wielce hardy i dziwnie uporczywy w
milczeniu. Jegomość napewno coś zasłyszał czy to od Jana Pawła czy
też od kogo innego; pozatem niewątpliwie zauważył zmienione
zachowanie się syna. Jednakowoż wydaje mi się, że nawet on nie
zdawał sobie należycie sprawy z tego, co w duszy syna działo się
naówczas, co się zaś tyczy panny Alison, była ona najmniej skora do
słuchania nowin, a nawet gdy je słuchała, zajmowały ją w stopniu
nader niewielkim.
W najgorętszym momencie owego rozjątrzania (gdyż ono
później przeminęło, tak jak wzrosło, niewiedzieć z jakiej
przyczyny) przypadły wybory w mieście St. Bride, sąsiadującem z
Durrisdeerem a położonem nad wodami Swift. Gotowały się jakieś
zwady, nie pomnę jakie - o ile wogóle o nich co słyszałem.
Powiadano powszechnie, że jeszcze przed nocą dojdzie tam do srogiej
bójki i że starosta posłał po żołnierzy aż do Durrisdeeru. Jegomość
nalegał, by pan Henryk tam się zjawił; zapewniał go, że jego
bytność tam jest nieodzowna ze względu na poszanowanie należne
domowi:
- Maluczko, a zaczną opowiadać, że my już nie piastujemy
najwyższych stanowisk w naszym powiecie!
- Dziwne-ć to stanowisko, które mógłbym tu objąć - odrzekł
pan Henryk, a gdy go w dalszym ciągu ciągnięto za język dodał:
- Powiem wam szczerą prawdę... Ja nie śmiem pokazać się
ludziom na oczy.
- Nikt przed tobą nie wyrzekł takich słów w tym domu! -
zawołała panna Alison.
- Pojedziemy we trójkę - rzekł pan starszy i w rzeczy
samej po raz pierwszy w ciągu lat czterech wdział buty z cholewami
(wiele się natrudził Jan Paweł, zanim zdołał wciągnąć mu je na
nogi). Panna Alison ubrała się w nieużywany oddawna strój
jeździecki i pomknęli w trójkę konno do miasta.
Ulice były zatłoczone gawiedzią z całej okolicy. Ledwie
oczy pospólstwa spoczęły na postaci pana Henryka, rozległo się
sykanie, urągania i wrzask:
- Judasz! Judasz!... Gdzie jest brat starszy?... Gdzie są
chłopcy-nieboracy, co z nim pojechali?
Ktoś nawet rzucił kamieniem, ale większość zebranych
oburzyła się na ten postępek, biorąc pod uwagę obecność pana
starszego i panny Alison. Nie trzeba było i dziesięciu minut na to,
by starszy pan pojął, iż pan Henryk miał całkowitą słuszność. Nie
rzekł ani słowa, tylko zawrócił konia i odjechał, nazad do domu
opuściwszy głowę na piersi. Panna Alison też nie odezwała się ani
słowem, ale napewno tem więcej rozmyślała nad całą sprawą.
Niewątpliwie czuła się zadraśnięta w swej dumie, gdyż uważała się
za przynależną z krwi i kości do rodziny Durie'ów; musiało też
zaboleć ją serce, gdy obaczyła, iż niesłusznie zelżono jej
krewniaka. W noc ową nie położyła się ani na chwilę.
Niejednokrotnie miałem to i owo do zarzucenia mej chlebodawczyni,
ale gdy wspomnę sobie, co ona przeszła w ową noc, przebaczam jej
wszystko. Nazajutrz wczesnym rankiem podeszła do pana starszego,
siedzącego na zwykłem miejscu, i odezwała się:
- Jeżeli Henryk jeszcze chce być moim mężem, gotowa jestem
wyjść za niego.
Do niego zaś samego przemówiła w te słowa:
- Nie mogę cię darzyć miłością Henryku, ale Bóg wie, że
współczuję ci duszą całą...
Dzień 1 czerwca 1748 roku był datą ich zaślubin, a w
grudniu tegoż roku zajechałem po raz pierwszy przed bramę onego
pańskiego dworu. Od tej chwili snuję kronikę wypadków, na które
spoglądałem własnemi oczyma; zdaję z nich tedy relację wiarygodną i
ścisłą, jakobym był świadkiem w sądzie.