Pan Dudkowski i jego folwark - Bolesław Prus

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PAN DUDKOWSKI I JEGO FOLWARK

Pociąg miał ruszać. Niskie taczki tragarzy biegały z podwójną szybkością, spóźnieni podróżni niespokojnie wypytywali się o miejsca w wagonach, roznosiciele pism kręcili się między przedziałami, dokuczliwi jak komary. Zawiadowca co chwilę podnosił do ust świstawkę, ażeby wydać ostatnie hasło, a zniecierpliwiona lokomotywa parskała kłębami pary. Pan Dudkowski już miał miejsce w drugiej klasie. Walizkę i torbę położył w siatce, laskę i parasol oparł w kącie, a szal rozesłał na siedzeniu. Potem, zdjąwszy kapelusz, umieścił go obok walizki, a na głowę włożył czarną, jedwabną czapeczkę z miękkim daszkiem. Wydobył ukradkiem lusterko z kieszeni i przekonawszy się, że szpakowata broda i płócienny kitel nadają mu powierzchowność ziemianina z krwi i kości, uśmiechnął się i stanął w oknie. Na platformie, jego małżonka, Hermancja, prowadziła ożywioną rozmowę z młodzieńcem o bladej twarzy i niebieskich oczach, a kilkunastoletnia córeczka, ziewając, zapytywała guwernantki: kiedy nareszcie ruszy pociąg, gdyż ją bolą nogi od stania? Pan Dudkowski wychylił się z wagonu. - No, dowidzenia, Minciu! - rzekł do pani. - Dowidzenia, dowidzenia! - odparła dama, nie patrząc na niego. Zdawała się być silnie zajęta wybladlym młodzieńcem. - Uważasz, Minciu! - mówił pan. - Przyszlij mi na wieś ten duży kosz zamykany, to będziesz miała co tydzień świeże jarzynki... Trzeba także wydobyć ze strychu kojec, bo chciałbym wam przysyłać kurczęta. - Naco się to wszystko zdało? - odparła pani z odcieniem niewiary. - Jakto naco? - oburzył się pan Dudkowski. - Poto przecie kupiłem folwark, ażeby mieć pożytek. - Kwaśne mleko i świeże powietrze - dodała pani. - Kwaśne mleko, świeże powietrze i owoce dla siebie, a jarzyny, masło i kurczęta dla was. Rozległ się ostatni dzwonek. W wagonach trzeciej klasy zaszumiało jak w ulu, pociąg ruszył, a za nim przez kilkanaście kroków biegła gromada Żydków, którym widać zabrakło czasu do ukończenia interesów z odjeżdżającymi współwyznawcami. Pan Dudkowski wychylił się jeszcze mocniej z okna. - A nie tęsknijcie za mną!... - wołał, machając jedwabną czapeczką. Blady młodzieniec zdjął kapelusz, córka przesłała mu kilka pocałunków, guwernantka zawołała: atie!... atie!... - i tylko pani Hermancja skinęła niedbale głową i ręką, zabierając się do powrotu z bladym towarzyszem. Do przedziału wszedł konduktor i zażądał biletów. - Pan dobrodziej na wieś, na letnie mieszkanko? - rzekł do Dudkowskiego. - A tak, do mego folwarku - odparł pan Dudkowski, nieco ociągając się ze znalezieniem biletu. - Gdzie ja go podziałem?... - pytał i szukał po kieszeniach. - Człowiek aż się zapomina, tyle ma kłopotów... W Warszawie kamienica, a jeszcze do tego kupiłem folwark z pysznym ogrodem... Oto bilet - ciągnął, wydobywając kartę z kieszeni od kamizelki. - Ciekawym, jak mi się też powiedzie gospodarka na wsi... Konduktor zwrócił się do drugiego podróżnego, a ostemplowawszy bilety, dotknął ręką daszka i wyszedł z przedziału. Przez chwilę słychać było tylko dudnienie i turkot wagonów. Drugi podróżny, z zachmurzoną twarzą, wcisnął się w najdalszy kąt siedzenia, a pan Dudkowski kręcił się i chrząkał, chcąc zacząć z nim rozmowę. Wreszcie zapytał: - Pan dobrodziej daleko jedzie? - W Brześć. - Ja na czwartą stacją... W tych czasach kupiłem tam folwarczek... Pyszna miejscowość!... Domek wygodny, ogród owocowy, pięć morgów gruntu... Posłałem tam onegdaj kucharkę, ażeby mi urządziła mieszkanie, a dziś jadę sam, na całe lato i jesień... Pan dobrodziej, zdaje mi się, jest obywatelem ziemskim? - Nie - mruknął niedbale podróżny. - Aha!... to pewnie pan dobrodziej ma kamienicę w Warszawie?... - Nie. - Ja - mówił pan Dudkowski - mam także kamienicę w Warszawie. Dwadzieścia pięć okien frontu, cztery piętra i trzy oficyny, tuż obok przystanku tramwajów. Dałem za nią przed dwudziestu laty trzydzieści tysięcy rubli, a dziś warta sto dwadzieścia tysięcy. No, alem się też napracował przy niej!... Codzień byłem sam na każdem piętrze, co miesiąc sam odbierałem komorne od lokatorów... Bo u mnie, panie dobrodzieju, niema wielkich mieszkań, tylko małe, po dwa i po trzy pokoiki. Te dają najlepszy dochód, osobliwie, jeżeli wynajmować na miesiące... - Pan nie gra w karty?... - spytał nagle podróżny. - Nie - odparł z pośpiechem pan Dudkowski i pomyślał: "Do licha! czy to nie jest jeden z tych karciarzy, co ogrywają pasażerów na kolejach?..." - Pan może nie ma przy sobie kart? - rzekł podróżny. - Nigdy nie jeżdżę z kartami - odparł pan Dudkowski. Podróżny zamyślił się. - Pan nie umie grać, czy pan nie chce grać?... - spytał znowu. - Nie, nie, nie... Nie umiem!.. - Szkoda! No, ale kiedy tak, to trzeba spać - zakonkludował podróżny, sięgając ręką pod siedzenie. Wydobył stamtąd pękatą butelkę, wychylił część jej zawartości, mruknął: "Sławna!" - i wyciągnąwszy się na wąskiej kanapce, zaczął chrapać jak astmatyk. Tak niezwykłe postępowanie zaniepokoiło trochę pana Dudkowskiego, który zaczął przypuszczać, że nieznajomy, nie mogąc ograć go w karty, może zechce go uśpić i zrabować. Przytulił się do swego rogu i udając, że drzemie, ślubował, że za pierwszym podejrzanym ruchem nieznajomego, schwyci alarmową linkę, zwieszającą się nad oknem wagonu, i wstrzyma pociąg. "Pocom ja u licha mówił mu o kamienicy i folwarku?..." - myślał pan Dudkowski, obserwując podróżnego z pod daszka. Ale podróżny spał tak szczerze, iż trwoga pana Dudkowskiego uspokoiła się, a miejsce jej zastąpił sen, coprawda bardzo czujny. Jednocześnie z zatrzymaniem się pociągu podróżny gwałtownie obudził się. - Co to?... - zawołał. - Pociąg stanął na stacji - odparł słodko pan Dudkowski. Podróżny popatrzył na niego zaczerwienionemi oczyma, jakby usiłując coś sobie przypomnieć, a po chwili zapytał niewyraźnie: - Pan gra w karty? - Nie - odparł pan Dudkowski. - Szkoda, będzie nudno jechać! - mruknął. Następnie wydobył z pod siedzenia flaszkę, przez chwilę pił tak, aż mu oczy łzami zaszły i ułożywszy się powtórnie na kanapce, rzekł: - Spać się chce. W Warszawie całe dwie noce nie spałem. - Pan komisarz bawił się zapewne z przyjaciółmi - zapytał pan Dudkowski, nie wiedząc, skąd przyszedł mu do głowy ten tytuł. - Trochę z przyjaciółmi, trochę z damami... Damy najwięcej zabierają czasu... Tfu! - splunął podróżny i w tej chwili zasnął. Pan Dudkowski uczuł pogardliwą litość dla człowieka, któremu damy czas zabierają, i - znowu zaczął drzemać. Potem przypomniał sobie, że i w jego życiu kobieta odegrała wielką rolę. Ożenił się, będąc już w pewnym wieku, z osobą młodą i przystojną, która nigdy nie okazywała mu nadmiaru przywiązania, a zaś od pięciu lat traktowała go z lodowatą obojętnością. Pomimo, że pan Dudkowski i teraz, jak dawniej, regularnie co miesiąc odbierał od lokatorów komorne, co roku podnosił cenę mieszkań, a w ostatnich czasach wybudował w kamienicy parę sklepów, żona coraz mniej dbała o niego. Skończyło się wreszcie na tem, że nietylko zagarnęła wszystkie dochody, ale nawet odmawiała mężowi drobnej pensyjki na cygara i czarną kawę po obiedzie, nie żałując jednak wydatków na teatry, koncerty i stroje dla siebie. Pan Dudkowski czuł swoje upakarzające stanowisko, ale do wyemancypowania się nie miał siły, ani, co gorsza, odwagi. Dopiero wdali się w to starzy przyjaciele, a jeden z nich, wysłuchawszy spowiedzi zawojowanego męża, powiedział mu, że nienaturalna jego rola w domu i coraz trudniejsza pozycja wobec żony pochodzi - z żołądka. - Wylecz się - mówił przyjaciel - nabierz sił, a wszystko wróci do porządku. Ponieważ pan Dudkowski szczerze pragnął już nie przewagi, ale choćby równouprawnienia wobec swojej małżonki, więc - zwołał konsyljum. Doktorzy obejrzeli go, opukali, nakiwali się głowami, a wkońcu zdecydowali, że jeżeli może co przywrócić w domu powagę pana Dudkowskiego, to chyba świeże powietrze, mleko, szczególniej kwaśne, i owoce, słowem - wieś i odpoczynek. Teraz - wieś, odpoczynek i odzyskanie sił stały się zmorami nieszczęśliwego właściciela kamienicy. Nie dawały mu spać, chodziły za nim po wszystkich piętrach domu, przeszkadzały w zapisywaniu meldunków, myliły mu preferansa. Wkońcu tak zatruły mu życie, że przeczytawszy na wiosnę ogłoszenie o "posiadłości ziemskiej w pięknem położeniu, z ogrodem i budowlami, w sąsiedztwie drogi żelaznej" zaciągnął trzy tysiące rs. pożyczki na osiem procent i bez targu - kupił folwarczek. W parę tygodni wysłał tam kucharkę Małgorzatę, we dwie doby po niej wyjechał sam, nie spotkawszy ze strony małżonki najmniejszego oporu. Owszem, zrobiła nawet uwagę, że już od pięciu lat powinien był zacząć kuracją, co, mówiąc nawiasem, zasępiło mu ostatnie godziny pobytu w Warszawie. Oparty w kącie wagonu i pogrążony we wspomnieniach, ani spostrzegł pan Dudkowski, że pociąg przejechał już dwie stacje. Dopiero głos konduktora, zwiastującego zbliżanie się do celu podróży, obudził go. Jednocześnie zerwał się z kanapki i jego towarzysz. - Co to?... - zawołał, z trudnością podnosząc obrzmiałe powieki. - Dojeżdżamy do mego folwarczku - objaśnił uprzejmie pan Dudkowski. - Ciekawym, czy też Małgorzata spodziewa się mnie? - mówił jakby do siebie, zdejmując walizkę i torbę. - Żegnam pana komisarza dobrodzieja!... Obaj panowie ukłonili się sobie, a zostający w wagonie podróżny mruknął: - Bardzo szkoda, że pan nie gra w karty!... Potem wydobył z pod siedzenia swoją butelkę i nie pierwej odjął ją od ust, aż pan Dudkowski wysiadł z wagonu. - Szczęśliwej podróży!... - zawołał nowy ziemianin, uchylając mięciutkiej czapeczki. Podróżny smutnie kiwnął głową i jeszcze energiczniej wyciągnął się na kanapce. Stanąwszy przed dworcem, pan Dudkowski uczuł, że się pod nim nogi chwieją, co mu przypomniało opowiadania o żeglarzach, którzy, po kilkomiesięcznym pobycie na statku, wysiadłszy na ląd, zataczają się jak pijani. Pochlebiało mu, że jest tak zmęczony podróżą, i z przyjemnością myślał, że w tej chwili znajduje się przeszło o sześć mil od Warszawy. Co też tam mówią o nim przyjaciele, rodowici warszawiacy, z których żaden nie zdobył się na tak śmiałą wycieczkę i nie chwiał się na nogach ze zmęczenia!... Tymczasem pociąg odjechał, urzędnicy stacyjni rozeszli się, a na platformie został tylko pan Dudkowski i stróż, apatycznie zabierający się do nałożenia fajki. Pan Dudkowski zwrócił się do niego. - A niema tu, mój bracie - rzekł - jakich koni do wynajęcia?... Stróż powoli, napychając tytuń w fajkę, obejrzał pana Dudkowskiego od stóp do głów i odparł: - Jest tu paru Żydków na stacji, co odwożą gości. Istotnie, jakby z pod ziemi, ukazało się trzech Żydków, kłócących się widocznie o pasażera. Jeden z nich bez pytania schwycił torbę pana Dudkowskiego, drugi wziął go za szal i rękaw płóciennego kitla, a trzeci odepchnął obu, wrzeszcząc: - Idźcie do djabła, to mój gość!... Mnie tu przecie gospodyni nakazała, cobym wielmożnego pana przywiózł... - Co ty masz za brykę?... - odparł drugi. - Tobie cielęta wozić, nie państwo... - On ma tylko jednego konia, wielmożny panie! - wołał trzeci, zastępując drogę panu Dudkowskiemu. Ale Żydek, przysłany przez gospodynię, okazał najwięcej energji. Wyrwał wahającemu się panu Dudkowskiemu z rąk parasol i laskę, zarzucił sobie na plecy walizę i torbę i odepchnąwszy wymyślających mu współzawodników, szybko pobiegł na dziedziniec. Pan Dudkowski machinalnie poszedł za nim. Bryczka, którą miał jechać, nie obudziła w nim ufności. Miała wydarte boki i mały pęczek grochowin w siedzeniu, a ciągnął ją jeden wysoki i chudy koń, na nogach dziwnie pokrzywionych. Ponieważ jednak furman naglił do wsiadania, a dwaj inni już i panu Dudkowskiemu zaczęli wymyślać, siadł więc prędko, polecając się Bogu. W tej chwili po raz pierwszy uczuł tęsknotę za Warszawą. Żydek zaciął konia i popędził po nierównej drodze, ścigany przez dwie inne bryczki, z których dolatywały szydercze śmiechy i złorzeczenia. Nie dość na tem, Żydkowie bowiem wyprzedzili jego ekwipaż i jadąc naprzód, wzniecali ogromne tumany kurzu, który wnet zasypał odzież pana Dudkowskiego i począł mu włazić w oczy, uszy, w nos i usta. Ale podróżny nie zważał na to, zajęty utrzymywaniem równowagi. Siedzenie co chwilę wymykało się z pod niego, a wreszcie grochowiny rozlazły się tak, że pan Dudkowski musiał klęknąć w bryczce, trzymając się obu rękami krawędzi. Do kurzu, trzęsienia, podrzucania i tym podobnych dolegliwości fizycznych dołączyły się jeszcze moralne. Naprzód koń, idąc po jednej stronie dyszla, wciąż spychał bryczkę na rów przydrożny, gdzie, według przewidywań pana Dudkowskiego, można było utonąć. Powtóre, należało przejechać sosnowy lasek, w którym nowy ziemianin obawiał się rozbójniczej napaści ze strony niechętnych mu furmanów. To też zdarzały się w ciągu tej krótkiej zresztą podróży chwile, podczas których pan Dudkowski tracił wszelką nadzieję odzyskania sił na świeżem powietrzu i czuł niedającą się opowiedzieć tęsknotę do Warszawy. Parę razy chciał krzyknąć: "Zawracaj!" - ale powstrzymała go od tego reszta ambicji, jaką wywiózł z domu w charakterze właściciela folwarku. Gdy zaś skutkiem gwałtownego nachylenia się bryczki na skręcie, zupełnie już stracił ambicją i krzyknął: "Stój!..." - w blaskach zachodzącego słońca ujrzał szczyt dachu i wierzchołki topoli, które otaczały jego folwark.

CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI