Pan Darek - Jakub Żulczyk

Kup ebooka

45.00 zł
36.00 zł (34,65 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wprowadzenie

Naj­droż­szy Panie Darku!

Mam wielką nadzieję, że Pan się jakoś trzyma, pomimo zde­cy­do­wa­nie nie­we­so­łych oko­licz­no­ści. U nas jakoś idzie, bo prze­cież jakoś iść musi. Nad­cią­ga­jąca jesień przy­nosi ze sobą pewną melan­cho­lię, zwłasz­cza tu u nas, nad morzem. Nie­któ­rym się to podoba, taka aura, zwłasz­cza mło­dym - no ale dla mnie to raczej utra­pie­nie, taka pora roku. Obcość wisi w powie­trzu, jakby czło­wiek był intru­zem we wła­snym mie­ście, we wła­snym życiu. Zimny wiatr nad­ciąga od morza; jak już przyj­dzie, to ni­gdzie sobie nie pój­dzie. Raz jest silny, aż czapki zrywa, raz ledwo wyczu­walny, ale jest zawsze. Ja mówię zawsze, że to taki halny, tylko nasz, nad­mor­ski. Od tego wia­tru głu­pie myśli przy­cho­dzą do głowy. Wiatr idzie też w kości, w stawy, i to też nie pomaga, ale nie będę zadrę­czać Pana oczy­wi­stymi z racji wieku kło­po­tami zdro­wot­nymi, co to, to nie. Póki umiem sama się ubrać, wyjść z miesz­ka­nia do sklepu, przy­nieść zakupy, ukroić sobie kromkę, zapa­rzyć her­batę, póty wszystko u mnie dobrze.

Pewien kło­pot mam z pisa­niem do Pana, takie skrę­po­wa­nie, bo nie wiem, co z tego, co napi­szę, zosta­nie skre­ślone. Na pewno będzie to prze­czy­tane przez osoby trze­cie, ze względu na Pań­skie aktu­alne miej­sce pobytu -?oczy­wi­ście modlę się do Matki Boskiej, aby spę­dził Pan tam jak naj­mniej czasu.

Każdy czło­wiek ma w sobie wiele, nie ma ludzi płyt­kich. Tak chcemy myśleć o innych, aby samemu uprasz­czać sobie swoje życie i myśli, ale nikt z nas nie jest pro­sty ani pusty w środku. Nikt nie jest zupeł­nie głupi. Nawet ci biedni ludzie, upo­śle­dzeni, jak to się brzydko mówi, coś widzą i rozu­mieją; może nawet widzą i rozu­mieją coś, czego nie widzimy i nie rozu­miemy my. Ludzie mogą błą­dzić, krzyw­dzić, popeł­niać zbrod­nie, a jed­no­cze­śnie oka­zy­wać innym uwagę i ser­decz­ność. Ja wła­śnie pozna­łam Pana od tej strony, Panie Darku, jako czło­wieka ser­decz­nego i ofiar­nego, na któ­rego można liczyć w każ­dej potrze­bie, w naj­czar­niej­szą godzinę. Dla­tego też nie będę się sku­piać ani na tym, co ludzie o Panu mówią, ani na zarzu­tach, które na Panu ciążą. Ja nie jestem sądem, nie jestem pro­ku­ra­turą. Ja jestem zwy­czajną kobietą, która prze­żyła życie trudne i nudne. Pełno było w nim znoju, ale też nie było w tym znoju nic nie­zwy­czaj­nego. Nie­wielu na mojej dro­dze spo­tka­łam ludzi życz­li­wych. Życz­li­wym czło­wiekiem był dla mnie Pan, Panie Darku. Dla­tego ja też zawsze będę dla Pana życz­liwa. Zawsze będę miała dla Pana dobre myśli, dobre słowo, poczę­stu­nek.

Jedy­nym praw­dzi­wie spra­wie­dli­wym jest Bóg. I to jego praw­dziwy zamysł poznamy w naszej ostat­niej godzi­nie.

Ewu­nia też za panem tęskni i nosi w sercu tro­skę o Pana. Nie­ustan­nie jest wdzięczna za bez­in­te­re­sowną pomoc, którą nie­jed­no­krot­nie Pan jej oka­zał. Do dzi­siaj serce jej się łamie, gdy sobie przy­po­mni, jak strasz­nie Pana wtedy pobito. Naprawdę żeśmy się wtedy o Pana stra­chu naja­dły, przez cztery dni nie szło panu gorączki zbić z 42 stopni. No ale z dru­giej strony, to po co ma Pan w takiej sytu­acji nie­do­brej wspo­mi­nać tego typu chwile. Lepiej coś miłego wspo­mnieć. Na przy­kład to nie­dzielne popo­łu­dnie, gdy zapro­sił Pan nas na poczę­stu­nek do Hor­texu. Ewu­nia do dzi­siaj zacho­dzi w głowę, jak ona była w sta­nie zjeść dwa kremy suł­tań­skie. Czło­wiek codzien­nie by chciał takie miłe popo­łu­dnia, ale ich się zda­rza w życiu nie­wiele i może jest w tym jakiś ukryty sens.

Ewu­nia zaczęła liceum dla doro­słych, straszne miała przed tym opory, ale w końcu je prze­zwy­cię­żyła. Dużo czuję z niej dumy i pró­buję poma­gać, jak się da. Jej życie to kie­rat, w dzień praca, wciąż ta sama, nie­wdzięczna, potem szkoła, wie­czo­rem, żeby cho­ciaż chwilę z Kubu­siem spę­dzić. A Kubuś już cho­dzi, gada, żywe sre­bro, wszyst­kiego dotyka, wszystko spraw­dza, roz­po­znaje litery i umie począ­tek Ojcze nasz. Pamięta Pan, Panie Darku, jakie to malut­kie dzie­ciątko było. Czas pły­nie, na naszą korzyść i nie­ko­rzyść.

Dziura naj­więk­sza w życiu naszym to fakt, że Marka pocho­wać nie możemy. For­mal­nie wciąż jest zagi­niony, zresztą co to za pogrzeb bez ciała. Oczy­wi­ście można tak zro­bić, i ja się przy­chy­lam, ale Ewu­nia nie­go­towa jesz­cze. Czas jej daję, ale cze­kać już na niego nie cze­kam. Ufam Pań­skim domy­słom, Panie Darku, że nie wyszedł ze sztormu tej okrop­nej nocy.

Chcia­ła­bym, aby kie­dyś zna­lazł się jakiś męż­czy­zna, który się Ewu­nią zaj­mie, który przy­gar­nie Kubu­sia jak swo­jego syna. No ale trudna to sprawa, taki jest nie­stety świat. Modlę się o to, o to chyba naj­sil­niej.

Modlę się i modlę, bo co mogę innego zro­bić? Modlę się też za Pań­ską duszę, Panie Darku. Wie­rzę, że Chry­stus zoba­czy Pana praw­dziwą naturę, i przyj­mie Pana do sie­bie tak, jak przy­jął Bara­ba­sza. Jesz­cze raz, Panie Darku, mnie Pana wina czy nie­win­ność nie inte­re­sują. Ja zoba­czyłam w Panu to świa­tło, któ­rego Bóg ludziom raczej skąpi, bo pew­nie w nie­bie jest go nie­wiele.

Zawsze będę miło wspo­mi­nać wspólny czas razem, kochany Panie Darku. Nie liczę na Pań­ską odpo­wiedź, bo wiem, może być z tym róż­nie. Nie wiem, czy coś panu to da, taka rada sta­rej kobiety, ale gdy przyj­dzie do Pana czarna godzina, straszna godzina zwąt­pie­nia, to można się wtedy ura­to­wać, zawie­rza­jąc serce Matce Boskiej. To Ona jest tą praw­dziwą przy­ja­ciółką, która ni­gdy nie odtrą­ciła nikogo.

Myśla­łam ostat­nio, że jeśli zdro­wie pozwoli, ale i będzie taka moż­li­wość, to może wybie­rzemy się do Pana w odwie­dziny. Pociąg jakiś jedzie, to niby drugi koniec Pol­ski, ale nie takie trasy ludzie poko­ny­wali.

Pozdra­wiamy Pana jak naj­ser­decz­niej.

Zawsze będzie miał Pan w nas ser­deczne przy­ja­ciółki.

Z powa­ża­niem Wanda i Ewa Kunic­kie

Jabłka

Podobno czło­wiek dostaje świa­do­mo­ści nagle, jakby go szlag tra­fił. Jest sobie dzie­ciacz­kiem-pur­chlacz­kiem, śmiga jak maszynka, auto­mat taki. Czołga się, gada coś. Ślina mu leci, prze­ciek ma z każ­dej dziury. Sra­jący chle­bek, reso­ra­czek taki. I nagle cyk, otwiera mu się główka. Wpada do środka taki pro­myk, olśniewa go. Nic nie miał w łapce, a teraz w łapce ma jabłko, zerwane z Drzewa Pozna­nia. Dzie­cia­czek-reso­ra­czek bie­rze jabłko do łapki, zbliża do buzi. Niuch-niuch. Liz-liz. Dziew­czynka. Chło­pa­czek. Szamę je sobie. Am-am. Chrup-chrup.

Szamę je i nagle stoi po kostki w bło­cie przed piękną złotą bramą. Rozu­mie, że będzie czła­pał przez to błoto bar­dzo długo, może więk­szość życia. I rozu­mie, że ten por­tyk złoty, prze­piękny, to są drzwi do Prawdy.

Ja dostaję takich roz­bły­sków od czasu do czasu. Po każ­dym inny tro­chę jestem. Po każ­dym jestem bar­dziej Dar­kiem. Pierw­szy raz, jak ojczym sta­nął w drzwiach do kuchni i zro­zu­mia­łem, że teraz idzie po mnie. Ojczym to taki ojciec zamiast ojca, a to nie był żaden ojciec, tylko parch naj­gor­szy, co wkła­dał w matulę. Sta­nął w drzwiach do kuchni, a ja wszystko zro­zu­mia­łem. Wszy­ściu­teńko. Skoro ojczym tak opra­wił matkę, a matka była duża, nawet więk­sza od ojczyma, to co on zrobi mnie, skoro jestem taki malu­śny? Coś, czyli ojczym, jest więk­sze, coś innego, czyli ja, jest mniej­sze. Coś, czyli ojczym, jest sil­niej­sze, a coś innego, czyli ja, jest słab­sze. Jest coś jesz­cze, coś trze­ciego, czyli matka, która leży za ścianą i może żyje, a może nie. Czyli rze­czy się róż­nią. Wiel­ko­ścią. Siłą. Życiem. Jedną z tych rze­czy jestem ja.

Liz-Liz. Am-am. Chrup-chrup.

Drugi raz mnie olśniło parę lat póź­niej. Przyj­mijmy, że to będzie nasz wła­ściwy począ­tek histo­rii.

Nie jestem już małym bąblem. Ale nie jestem też duży. Jestem średni taki. Nie jestem już mało­lat, doro­sły ze mnie facet, kon­kret­nie doro­sły.

Jestem sobie taki i sie­dzę w samo­cho­dzie.

Jest teraz.

Muszę zacząć od tego, że jestem spo­kojny. Zostały tylko dwa wyj­ścia.

Już nic nie mam, już wszystko zro­bi­łem. Teraz musi się doko­nać to, co zapi­sane.

Albo kurwa mi wszystko odda, albo pójdę na wieczne zatra­ce­nie.

Ten samo­chód to BMW, czarne jak czarci sto­lec, BMW M5 E34 z 1990 roku. Czyli z tego roku, w któ­rym wła­śnie jeste­śmy. Kre­dziak buch­nął je w Ham­burgu, Nie­miec może dwa tygo­dnie pojeź­dził sobie. Chuj w dupę temu Niem­cowi, jak każ­demu Niem­cowi.

Sie­dzę w samo­cho­dzie Kre­dziaka i jestem spo­kojny. Oblany tym spo­ko­jem niczym słoń­cem, praw­dzi­wym takim, nie far­ma­zoń­skim, co wła­śnie świ­ruje zza chmur. To słońce na nie­bie to jakiś chuj docze­pił, wisi tam nie­lep­sze od gwiazdy z celo­fanu na bidu­lo­wej cho­ince. A ja wtu­lam się w śmier­dzące cyce Boga. Wła­śnie teraz, gdy jedziemy na Chy­lo­nię.

Bo wresz­cie wyru­cha­łem dia­bła.

Myślała łajza, że mnie nie ma. Że prze­krę­ciła prze­kręta. Że spa­cy­niła Darka na ludzika swo­jego. Chuj ci na imię, kre­aturo straszna. Pies jebał twój ród.

Może i mam kło­poty. Może dostanę śre­dnio­wieczny wpier­dol. Może żyw­cem z tego nie wylezę. Ważne jed­nak, że Darek Kin­ski nie pój­dzie do ziemi cwe­li­skiem.

Wła­śnie po pra­wej minę­li­śmy Kino Pro­mień i jedziemy w stronę dworca. Ale ja wiem, że Kre­dziak zatrzyma się w cen­trum, przed jed­nym z blo­ków przy Chy­loń­skiej. Zatrzyma się tam, bo ma klu­cze do piw­nicy. I ludzie będą sły­szeć, że Kre­dziak jest w piw­nicy, ale nikomu do pustego łba nawet nie przyj­dzie, żeby zejść tam i się spruć. Nie­któ­rzy trzy­mają w piw­ni­cach rowery, inni sło­iki, a inni ziem­niaki. Kre­dziak dzieli się swoją piw­nicą, nie jest jej jedy­nym kró­lem. U Kre­dziaka mieszka Strach. Wpro­sił się i sie­dzi, nie pła­cąc komor­nego.

-?Musimy poba­je­rzyć, Darek -?mówi Kre­dziak.

Już to raz powie­dział, jak mnie zgar­niał.

Już wszystko rozu­miem, wszystko wiem.

Niuch-niuch.

Chrup-chrup.

Gdy byłem dzie­ciacz­kiem małym, to inne dzie­ciaczki szep­tały sobie bajdę o dia­ble, który jeź­dzi w wiel­kim czar­nym samo­cho­dzie i porywa dziew­czynki i chłop­ców nie wia­domo gdzie. Ni­gdy nie wra­cają, wylo­so­wali jabłko z czar­nym roba­kiem, zły anioł ich poca­ło­wał, no trudno się mówi. Ta czarna fura, to można ją poznać, nie­któ­rzy mówili, bo ma rogi zamiast luste­rek wstecz­nych. Krąży i krąży, jak się ją zoba­czy, trzeba się prze­że­gnać, ale odwrot­nie, i opluć sobie samemu buty, i powie­dzieć apage sata­nas, ale od tyłu. I pamię­tam, że zapy­ta­łem jed­nego, takiego rudego Żukrow­skiego, czy powie­dzieć całość od tyłu, czyli sana­tas egapa, czy każde słowo od tyłu, czyli egapa sana­tas. Rudy Żukrow­ski nie wie­dział. Idź się dowiedz, kurwo ruda, powie­działem. Idź się dowiedz, jaka to jest marka tego auta, czy to jest Wołga, czy to jest Syrenka, czy to jest Tra­bant, czy Duży Fiat. Idź się dowiedz tak, żeby­śmy mogli przed tym dia­błem się scho­wać. Pała bita. Jak nie wie, to po co gada?

A potem i tak się zamknął, gdy się w końcu dzięki mnie najadł. Ale o tym póź­niej.

Chrup-chrup.

Hyc-hyc.

Teraz patrzę na lusterka wsteczne Kre­dziaka. Nie są rogami, ni­gdy nie będą. Kre­dziak chciałby być dia­błem. Marzy sobie o tym, tak jak Woj­tek marzył, by zostać stra­ża­kiem. I tak jak Woj­tek, Kre­dziak to sobie może sikawę potrzy­mać.

Mija dwo­rzec powoli. Sie­dzi na fotelu pasa­żera, pro­wa­dzi Balon, jego żoł­nierz. Ja myślę, że Balon to cwel Kre­dziaka, ale cho­wam te przy­pusz­cze­nia dla sie­bie. Balon jest spuch­nięty, paskudny, cały czas żre, bo cały czas łyka meta­na­bol, ruski ste­ryd taki, co go przed olim­piadą w Moskwie sztan­gi­ści brali. Nie­długo wszyst­kie chło­paki będą jak Balon. Prze­ko­nani, że są z betonu, a będą z budy­niu.

Kre­dziak ma na pal­cach sygnety z bia­łego złota. Gdy bębni pal­cami o deskę roz­dziel­czą, te sygnety kli­kają o sie­bie w spo­sób, który jest nawet przy­jemny. Jakby wstęp do pio­senki jakiejś takiej roz­ma­rzo­nej. Myślę o dźwię­kach i pio­sen­kach, bo w takich sytu­acjach ucieka się myślami w różne sprawy. Te dzieci, które porwał sza­tan swoim czar­nym autem, też nie myślały, gdzie wła­ści­wie jadą z tym sza­tanem ani co się sta­nie.

One myślały o tym, czy jak wrócą na wie­czo­rynkę, to im matka da chleba z patelni posy­pa­nego cukrem.

Ale sza­tan to sza­tan, a Kre­dziak to tylko Kre­dziak.

O tym, co mieszka u niego w piw­nicy -?Strach, potworny mąż Zmory -?nie ma tak naprawdę poję­cia. Wywo­ły­wa­nie demo­nów to nie żarty.

-?Nie jesteś dziec­kiem, Darek -?mówi nagle Kre­dziak, jakby umiał czy­tać w myślach. Ale Kre­dziak nie umie czy­tać w myślach, on w ogóle nie umie czy­tać.

Jak posze­dłem do ZOMO, to były tam same Kre­dziaki. Zęby zepsute od uro­dze­nia. Na bakier z lite­rami, na bakier z myślami. Pięty by im jechały, nawet jakby mie­siąc je pumek­sem szo­ro­wali. Ludzie onuce.

Ale skoro tak, to kim ja jestem, tu, na tyl­nym sie­dze­niu?

-?Stary jesteś chłop, Dario. Ile ty masz lat? Trzy­dzie­ści?

-?Nie mów do mnie tak. Mówi­łem ci. Nie mów tak.

-?To jak mam mówić?

-?Ja Darek mam na imię. Prze­cież wszy­ściutko wiesz, Kre­dziak. Wszy­ściu­teńko.

-?Darek, Dario, jeden chuj, powiem ci, w tej sytu­acji. Niech ci będzie. Czy ty wiesz wszy­ściutko, Darek?

-?Tak do końca to nie wiem, co wiem, Kre­dziak. Ty wiesz, co wiesz?

-?Nie cza­ruj, za mądre te zda­nia i jak na cie­bie, i na te oko­licz­no­ści - zwraca uwagę Balon.

Może słusz­nie. Bo oko­licz­no­ści są bar­dzo przy­kre. Mogło być lepiej. Ale jest jak jest.

Wyobra­żam sobie wszystko, co Kre­dziak może mi zro­bić. Nie boję się niczego, a i nic z tego, co Kre­dziak zrobi, nie będzie szcze­gól­nie fine­zyjne. Kre­dziak nie wie zbyt wiele. Jakby coś kie­dyś prze­czy­tał, to może by się zain­spi­ro­wał, na przy­kład śre­dnio­wie­czem. Ale jak już mówi­łem, czy­tać Kre­dziak nie umie. Nie wie, że można być okrut­nym w taki spo­sób, w jaki maluje się malunki albo pisze wier­sze. Kre­dziak lubi sły­szeć, jak ludzie krzy­czą i pro­szą, choć nie podoba mu się sam dźwięk. Podoba mu się, że w kon­se­kwen­cji dosta­nie pie­nią­dze. Kre­dziak ogól­nie jest chudy, ner­wowy, roz­dy­go­tany taki. Szopę czar­nych kudłów ma na łbie, uli­zaną na Beatlesa, z grzywką. Roz­gląda się cią­gle, jak jaki szczur. Myśli, że w końcu tyle pie­nię­dzy będzie miał, że mniej ner­wowy się zrobi. Jak każdy debil.

Robi mi się dziurka w gło­wie i przez tę dziurkę wpada świa­tło. Świa­tło poka­zuje prawdę. Od prawdy podobno zawsze naj­pierw jest głu­pio i wstyd. Prawda jest taka, że jestem tu, gdzie jestem, z powodu dłu­giego pasma pomy­łek. Naj­więk­szą było dać się zro­bić dia­błu.

A kon­kret­nie upio­rzycy.

Oczy­wi­ście, kto kogo prze­krę­cił, to się wła­śnie oka­zało.

Ale udało się kur­wi­sku, na długi czas.

Kre­dziak zatrzy­muje BMW pod blo­kiem przy Chy­loń­skiej, dokład­nie tam, gdzie się spo­dzie­wa­łem.

-?Wysia­daj, Darek -?mówi. Udaje kogoś, kto nie chce tego, co się sta­nie, kto został zmu­szony przez oko­licz­no­ści. Źle udaje. Kre­dziak nie umie uda­wać. Gdyby zdjął buty, smród jego wie­śniac­kich gir poczu­liby aż w Rumi.

Wysia­dam. Stoję pod autem Kre­dziaka, wdy­cham powie­trze pełne węgla i uranu, i pla­stiku jesz­cze, tak, tego pla­stiku jest coraz wię­cej, roz­to­pio­nego; to powie­trze może mnie zabić szyb­ciej niż Kre­dziak, no ale Kre­dziak nie chce oddać pola powie­trzu i popy­cha mnie do przodu. Otwiera drzwi na klatkę, tak po pro­stu. Może i były zamknięte, ale co to dla Kre­dziaka. W środku wali zupą pie­czar­kową i słod­kim kiblem. Jakby sma­ro­wali te ściany szam­bem, a potem cukrem, jakby wie­rzyli, że im to zdro­wia i życia doda. Meta­lowa skrzynka na listy wisi na jed­nym gwoź­dziu, jakimś cudem nie spier­do­liła się jesz­cze na zie­mię. Z piw­nicy wyłazi gruby kot, lokaj Stra­chu, jego odźwierny. Balon chce kop­nąć kota, ale Kre­dziak go powstrzy­muje, łapie za ramię. War­czy na Balona, że chyba go poje­bało. To nie­fart kopać koty. Tyle Kre­dziak wie. Ktoś gło­śno gada w miesz­ka­niu na par­te­rze, stara baba jakaś. Kre­dziak son­duje drzwi, jakby się zasta­na­wiał, czy wje­chać tam z buta i dać jej w mordę. Rezy­gnuje i idzie w dół piw­nicy, w ciem­ność, a ja idę za nim.

Tup, tup. Scho­dzimy sobie w ciemne ciemno. Scho­dzimy sobie w Strach. Kot już gdzieś polazł, podrep­tał sobie. Zro­bił swoje. Czym jest Strach? Mężem kurwy Zmory, to po pierw­sze. Ale myślę sobie coś innego -?że jest takie coś, co dzieje się we mnie, i co ja sobie koja­rzę ze sło­wem strach, co ja sobie tak nazy­wam, ale może wcale stra­chem nie jest. W sen­sie takim, który czują ci nor­malni ludzie, ci, co się boją.

Kre­dziak zapala małą latarkę, taką latarkę, która nazywa się Kora i która ma wmon­to­wane róż­no­ko­lo­rowe szybki, więc można mieć w efek­cie świa­tła w róż­nych kolo­rach, czer­wone, nie­bie­skie, zie­lone. Ale Kre­dziak wybiera to białe.

Białe świa­tło wydo­bywa z ciem­nej ciem­no­ści wąski kory­tarz i zbite z desek drzwi do kolej­nych komó­rek. Nie idziemy jed­nak do żad­nej z tych komó­rek, tylko docho­dzimy do końca kory­tarza, skrę­camy w prawo i tam jest więk­sze pomiesz­cze­nie, nie­pa­su­jące, jakby zro­bione spe­cjal­nie dla Kre­dziaka. Sły­szę za ple­cami ciche pstryk­nię­cie, to Kre­dziak zapala świa­tło, zawie­szona pod sufi­tem goła żarówka poka­zuje mi to kró­le­stwo, w któ­rym mieszka Strach, piw­niczną izdebkę wiel­ko­ści trzech lub czte­rech złą­czo­nych komó­rek. Przy ścia­nie widzę półki z nie­ohe­blo­wa­nych desek, na nich prze­różne szpeje, piłki, klu­cze fran­cu­skie, śruby, sta­cyjki wykrę­cone z samo­cho­dów, pod ścianą koł­paki, felgi, dra­chy, szyby. Sprawy i śmieci z aut przy­własz­cza­nia, maga­zyn taki, a może i kolek­cja. Stół robo­czy z ima­dłem i lutow­nicą, przy któ­rym Kre­dziak albo jakiś jego zuch skleca gzymsy i inne instru­menty zło­dziej­skie. W rogu, obok tego stołu, bez­kształtna bryła ze szmat i kar­to­nów, jak cień tego pokoju, jego spust. Może tam Strach sobie śpi, na tej kupie gówna. Może tam sobie odpo­czywa.

Śni sobie.

O czym śni Strach?

-?Darek.

-?No tak mam na imię, Kre­dziak -?potwier­dzam.

-?Nie rób sobie z nas jaj -?rzuca Balon.

-?Daj­cie się cho­ciaż pośmiać, pano­wie -?odpo­wia­dam. -?Prze­cież to i tak nic nie zmieni.

Kre­dziak odwraca się i pod­cho­dzi do tej góry śmie­cia w rogu pokoju, coś stam­tąd bie­rze.

Chudy jestem. Nie fabrycz­nie chudy, jak Kre­dziak. Nie­do­ży­wiony jestem. To wina Zmory. Oszu­ki­wała mnie od początku. Wmó­wiła mi, że jest moim jedy­nym wyj­ściem. Że bez niej umrę. Że Gór­niak i reszta otwo­rzą mnie lekko jak owoc jakiś, arbuz, który tylko pozo­ruje twar­dość, czer­wo­nej wody pełen.

Prze­biła tę błonę, co świat ludzi odgra­dza od kosz­maru. Prze­kłuła ją pazu­rem, jak raj­stopę. Wla­zła do środka, usia­dła na mnie, wyszcze­rzyła mordę i zro­biła mnie w chuja. Tu można byłoby skoń­czyć. I może wła­śnie tu skoń­czymy.

Kre­dziak wraca, trzyma w łapach dwa przed­mioty, dzierży je dziel­nie, jak król na obra­zie insy­gnia wła­dzy. Poka­zuje mi je, żebym widział bar­dzo wyraź­nie. Jeden przed­miot jest pro­sty, drugi bar­dziej zło­żony.

-?Sytu­acja jest bar­dzo nie­wy­godna dla wszyst­kich.

-?Sytu­acja już nikogo nie dotknie. Już jest po sytu­acji.

-?Nie dotknie? Nie dotknie, Darek? Wszyst­kich nas dotknęła.

-?Naj­bar­dziej kle­chę gru­basa skur­wy­syna -?śmieję się.

Ale Kre­dzia­kowi nie jest do śmie­chu.

-?Wiesz, ile pie­nię­dzy Fry­cowi osta­tecz­nie stra­ci­łeś?

-?To dla­czego ja z Fry­cem nie roz­ma­wiam?

-?Bo Fryc ze śmie­ciami nie gada.

I to jest może naj­bar­dziej przy­kre w tym momen­cie, naj­bar­dziej bole­sne. Że wszystko, co Fryc mówił, całe to bra­ter­stwo fał­szywe, co przede mną dekla­ro­wał, te pokoje swoje sekretne, do któ­rych mnie zabrał -?takim samym było zro­bie­niem w trąbę, takim samym far­ma­zo­nem.

Ten pro­sty przed­miot -?Kre­dziak trzyma go w lewej ręce -?to nóż, moty­lek taki, brud­nawy, ale doostrzony, widać to nawet w tym sła­bym świe­tle.

Ten zło­żony przed­miot to długa meta­lowa rura, czarna cała, śli­ska od smaru, a przez to lśniąca jak wąż, z pla­sti­ko­wym roz­wi­dle­niem na jed­nym końcu i drew­nianą ręko­je­ścią na dru­gim. Kre­dziak dzierży ją mocno, ści­ska tę ręko­jeść, jakby bał się, że rura sama wysu­nie mu się z dłoni i pier­dol­nie go w łeb. Od rury odcho­dzi z jed­nej strony druga, krót­sza, zagięta, z dru­giej wystaje taki mały cycek. Po chwili łapię, że ten cycek to zamek. Blo­kada do kie­row­nicy, żeby ci auta nie pier­dol­nęli. Aha. To tak to. No dobrze.

-?Ja jed­nej rze­czy nie rozu­miem, Darek. Jak chłop, co w Sztu­mie z gadami jechał jak z kur­wami, co pod­pa­lił wła­sną celę, zacho­wuje się teraz jak jakieś fra­je­rzy­sko?

-?Fra­je­rzy­sko -?powta­rzam po nim.

-?Tak, fra­je­rzy­sko, co dzieci sprze­daje.

-?Dzieci sprze­daje -?powta­rzam.

-?Prze­cież nam ta kurwa wszystko powie­działa.

-?A ty, Kre­dziak, na honor ban­dycki przy­sią­głeś, że jej nic nie zro­bisz.

Nie­chęt­nie, ale przy­ta­kuje. No przy­siągł. Pod­cho­dzi do mnie. Zbliża się. Że niby zmięknę, że się ugnę. Ja mu na to, tro­chę dla bajeru:

-?Cie­kawe, co kle­cha powie, jak się ock­nie. Kto tam wlazł do niego i go tak urzą­dził. To nie był fra­jer prze­cież, co, Kre­dziak? Może to ty byłeś? W końcu ty gitem jesteś.

Za głupi jest na takie tek­sty, widać po nim, że mu czapka szwan­kuje. Nie wie teraz, czy ma się obra­żać, czy puszyć.

-?Wiesz, co ci powiem, Darek? Ja podob­nego nauczy­ciela w szkole do cie­bie mia­łem. Mariana takiego dziw­nego, chu­dego. Do dziew­czy­nek pod­cho­dził na lek­cji i je cze­sał wła­snym grze­bie­niem. Coś zepsu­tego w nim było, sple­śnia­łego. I w tobie też to jest.

Co mam odpo­wie­dzieć na tę Kre­dzia­kową ana­lizę? Wzru­szam sobie ramio­nami i tyle. Niech gada dalej.

-?To, co się stało, jest tylko przez cie­bie. Gdańsz­czaku, poje­bie pier­do­lony. Hycle powinny być dla takich waria­tów jak ty. Ścią­gać ich z ulicy i od razu na Sre­brzy­sko w kaftan.

Czym jest to, co ja sobie nazy­wam Stra­chem? To takie pie­cze­nie w brzu­chu, i do tego jakby ktoś wsu­nął palec do tyłka. To pewna przy­jem­ność, dziwna i dzika, wię­zienna taka. W gar­dle robi się sucho. Tro­chę stoi kutas, tak do połowy. Jak przy babie, ale brzyd­kiej. Albo przy cwelu.

Nie­któ­rzy, gdy się boją, chcą ucie­kać. A ja ni­gdy nie chcia­łem.

Nawet gdy ojczym do mnie szedł, jak już opra­wił matulę, to nie ucie­ka­łem. Jak sta­nął w drzwiach i ścią­gnął por­tki.

Puk-puk, jeb-jeb, chrup-chrup.

Ojczym stał przede mną, ja byłem mniej­szy, on był więk­szy, ale się nie bałem. Rze­czy róż­nią się od sie­bie. Można być więk­szym i mniej­szym. Można być grub­szym i chud­szym. Sil­niej­szym i słab­szym. Ale żadna róż­nica o niczym nie prze­są­dza.

-?Jak­byś robił nor­mal­nie, jak­byś był nor­malny, jak­byś nie wpa­dał na pomy­sły, przez które wszy­scy mają kło­poty, to byś wyszedł na swoje, Darek.

-?Głupi jesteś -?dodaje Balon.

Balon robi wszystko to, co Kre­dziak, jest jego echem smro­dli­wym; Kre­dziak gada, Balon powta­rza, Kre­dziak sie­dzi, Balon sie­dzi, Kre­dziak wstaje, Balon wstaje, Kre­dziak piard­nie, Balon wącha.

-?Ty myślisz, Darek, że jesteś jak worek z zagad­kami. Ale prawda jest taka, że jedyną zagadką o tobie jest to, że jesz­cze cie­bie nie ska­le­czyli, tak fest osta­tecz­nie -?bre­dzi dalej Kre­dziak. Pod­krę­cił się, coraz gło­śniej gada.

Myśli sobie, że wyrok na mnie wydaje. Chuja jed­nak on wie, chuja psiego i śmier­dzą­cego, o ska­le­cze­niach moich.

Można być mniej lub bar­dziej honor­nym. Można być więk­szą lub mniej­szą kurwą. Ale to jesz­cze o niczym nie świad­czy.

Kre­dziak, głu­pek z nogami śmier­dzą­cymi, on by dostał wide­lec do dupy pierw­szego dnia. On nie ma poję­cia, co tam się zadziało. On sobie tego nie potrafi w ogóle zobra­zo­wać w gło­wie.

Ojciec stał przede mną, tak jak Kre­dziak teraz. Matula za ścianą naj­pierw w ogóle nie wyda­wała dźwięku, a potem wydała jeden jedyny, jakby głodny kot zaję­czał.

-?Darek, co ja będę gadał. Paskud­nie wyszło. Raz, że nakra­dłeś. Dwa, gorzej, że spro­wa­dzi­łeś na nas nie­szczę­ście.

-?Tobie się mój pomysł spodo­bał.

-?Darek, ja już nie chcę tego słu­chać. Masz wybór.

-?W sen­sie Fryc tak powie­dział, żeby mi dać wybór?

-?A jakie to ma zna­cze­nie, Darek? Ważne, że masz wybór. Ciesz się, nie­któ­rzy nie mają.

-?Ban­dycki.

-?Tak, ban­dycki.

Róż­nice są pozorne. Nie wszy­scy silni są tak samo silni, nie wszy­scy słabi są tak samo słabi. Nie wszy­scy silni i słabi są tacy cały czas. To, że wszy­scy idą w to samo miej­sce, czyli do ciem­nego grobu, nic tu w ogóle nie uprasz­cza.

Pac-pac. Człap-człap.

-?Dosta­niesz kosę, szybką, w kichę. Może się wykrwa­wisz, może nie.

Wiem jedno. Jestem osła­biony, zdra­dzony. Jestem wątły. Zmora zabrała mi wszystko. Mam jedną czwartą krwi, tyle tylko, by powłó­czyć nogami, jedze­nie sobie do mordy wło­żyć. Ale ni­gdy, przeni­gdy, nie mia­łem ochoty ucie­kać.

-?Albo dosta­niesz oprawę blo­kadą. Dwie­ście razy. Wszę­dzie, tylko nie po łbie, wia­domo, bo od jutra wra­casz do roboty i lepiej, żeby nikt się cie­bie o nic nie pytał, prawda? No i to, co jesteś mi krewny, to jesz­cze dzie­sięć pro­cent wię­cej.

Ojczym stał wtedy w drzwiach, a ja mia­łem coś w ręku. Bo gdy mnie włą­czyło, gdy chrup­ną­łem sobie jabłuszko pozna­nia, to pierw­sze, co zro­bi­łem, to wzią­łem coś do małej łapki. Coś małego, co leżało obok. Nawet nie popa­trzy­łem. Po pro­stu wie­dzia­łem, że tam jest.

-?Chodź tu -?powie­dział ojczym.

-?Chodź tu -?odpo­wie­dzia­łem, niby go mał­pu­jąc. Ale nie mał­po­wa­łem wcale.

Kre­dziak waży w dło­niach te przed­mioty. Pod­nosi raz nóż, raz blo­kadę. Raz blo­kadę, raz nóż. Nóż będzie szybki, ale nie wia­domo, jak głę­boko wej­dzie, nawet Kre­dziak nie wie. Tak jak gada, może prze­żyję, może nie.

Blo­kada będzie trwała długo. Blo­kada zamieni mnie w obcą, roz­pa­loną dziw­ność, w chore ciel­sko. I też może prze­żyję, może nie. Od zomow­skiej blon­dyny umie­rały chłopy więk­sze ode mnie.

Znam jedno i znam dru­gie. Byłem w Sztu­mie. Byłem w wielu miej­scach.

-?Chodź tu, Skul­wy­sy­nie -?powie­dzia­łem do ojczyma, pamię­tam to dokład­nie.

Matula tak do niego mówiła, więc ja, malu­śny, myśla­łem wtedy, że on ma na imię Skul­wy­syn. Coś, co mia­łem w łapce, to było czy­ste pozna­nie. Mały owoc, bar­dzo ostry. Nie mam poję­cia, czemu aku­rat tam leżało. U matuli wszę­dzie coś leżało. Nie było żad­nego porządku, co to, to nie. Tu pety, tam szklanki, tu łyżki, tam brudy jakieś, szmatki, nie było wia­domo, czy to do ubra­nia, czy to do ście­ra­nia. Ale ja, maluśki taki, zapa­mię­ta­łem, że to tam leży. W nieświa­domości.

I on ruszył na mnie, ogromny, i szarp­nął mną jak kukłą, jak lalką taką, sra­ją­cym chleb­kiem, ale ja wie­dzia­łem, bo wie­dzia­łem już wszystko - wie­dzia­łem, że to małe, bar­dzo ostre coś muszę trzy­mać mocno w dwóch pal­cach.

Jest jedna prawda na temat świata. Jeśli ktoś raz został ska­le­czony przez sil­niej­szego, uszko­dzony na samym początku, to już zawsze będzie kale­czony. Chyba że prze­rwie to siłą. Chyba że weź­mie żyletkę w małą łapkę swoją.

-?No i jak, Darek? -?Kre­dziak się nie­cier­pliwi.

Roz­kła­dam ręce. Prze­cią­gam się, jak­bym miał wsko­czyć na zawo­dach do basenu.

-?No dobra, Fryc gadać ze mną nie chce. Ale popa­trzeć też nie chciał?

Kre­dziak nie odpo­wiada. Może Fryc patrzy. Może jest tu jakaś dziurka w tej piw­nicy, okienko małe w murze, okienko na jedno oko. Może przy­ci­ska Fryc oko do tego okienka i robi to, co zawsze robi, gdy patrzy na przed­sta­wie­nia.

-?I po co takie cere­giele? Nie lepiej jak z Juran­dem, szyb­ciutko i po kło­po­cie?

-?Szyb­ciej -?war­czy na mnie.

Wytrą­cam go z rów­no­wagi, i dobrze, bo on na rów­no­wagę żadną nie zasłu­guje.

-?Daj się zasta­no­wić, Kre­dziak. Dla cie­bie to i tak bez róż­nicy.

Wszę­dzie coś leżało u matuli. Tu pety, tu smrodki, tu szmatki, tam brudy. Żyletki też. Wszystko brudne, wstrętne. Tylko żyletki były czy­ste.

Moja rączka mała, łapka chleb­kowa wie­działa, gdzie ści­skać. Wie­działa też, gdzie ciąć.

Roz­glą­dam się po tej kan­cia­pie i nagle wiem, rozu­miem -?nie ma żad­nego Stra­chu, Strach to far­ma­zon. Strach wymy­śliły pedały. To, co mi się wyświe­tla w brzu­chu, to nie jest Strach.

To się ina­czej nazywa. Trudno powie­dzieć jak.

Kie­dyś wymy­ślę na to słowo.

Nie odda­łem jej wszyst­kiego, tam w Sztu­mie.

Jak już czło­wiek raz popa­trzy w Drzewo Pozna­nia, jak już raz zerwie to jabłko, to już za każ­dym razem, gdy w nie spoj­rzy, dostrzeże nowy owoc, nowy liść.

Dopiero teraz widzę, że w jed­nym miej­scu jest prze­pi­ło­wana, uszko­dzona. Teraz poj­muję -?pew­nie była na kie­row­nicy tej jego em piątki. To nie jest zwy­kła blo­kada, to tro­feum jego zło­dziej­skie.

Zdej­muję koszulkę.

-?Blo­kada, Kre­dziak. Dawaj.

Tin Pan Alley

Jak to w ogóle się zaczęło, z Kre­dzia­kiem? Choć nawet nie tyle z Kre­dzia­kiem, bo ten poboczną jest posta­cią w tej histo­rii, jak to się zaczęło z Fry­cem, Cukrem, Marecz­kiem, Ben­tle­jem, no i Ewu­nią, i całą tą mena­że­rią ludzką, tra­gi­ko­me­dią? Jak to zaczęło się z eks­ce­len­cją dzie­cio­jebcą i żoną Fryca Gra­żyną? Jak wpa­dłem w to wszystko, cho­ciaż nie powi­nie­nem, bo pre­dys­po­zy­cji nie mia­łem do tego momentu żad­nych, zwłasz­cza siło­wych?

Nie­dawno, ale jed­nak dawno.

Dwa lata potra­fią trwać i dwie­ście lat.

Lato eks­plo­do­wało nisko na nie­bie kulą ognia, co zawi­sła w powie­trzu jak jabłko złote. Lato, które spra­wia, że wszystko zaczyna puch­nąć, przej­rze­wać, mięk­nąć i się roz­pa­dać. Owoce gniją na drze­wach, trawa robi się naj­pierw mokra, a potem brą­zowa, i zaraz gnije, i to się wszystko w jeden dzień dzieje, i duszno się robi, powie­trze zaczy­nają wydzie­lać na kartki, lecz nawet ono jest nie­wy­star­cza­jące, śmier­dzi starą dupą i chorą pachą. I w Gdyni było takie wła­śnie lato, wszystko spły­wało w dół, powie­trze spły­wało, ele­wa­cje domów spły­wały, mordy ludziom spły­wały z mord, lody dzie­ciom z wafli na zie­mię, i wszę­dzie opa­li­zo­wały kałuże sto­pio­nej brei.

To ten kraj spły­wał, tak po praw­dzie. Roz­pa­dło się gówno pole­pione z gówna, radio­ak­tywna bar­da­cha. Dwa wyj­ścia były w tym kur­wi­dole: albo się wdra­pać na przy­pi­saną sobie górkę i tam chłep­tać swój przy­dział śmie­tany, albo iść do kolejki ludzi grzecz­nych i w nagrodę za grzecz­ność gruz z kałem żreć, w gów­nie jeź­dzić, w gów­nie miesz­kać, dymać w pocho­dach, dostać dyplom i talon na balon, ode­brać go ręcami popa­rzo­nymi jak u Bir­kuta.

A teraz się prze­wró­ciło to wszystko, wywa­liło mordą w gnój, mię­dzy chude świ­nie. Ludzie zoba­czyli na fil­mach albo rodzina im powie­działa, że w Chi­cago czy RFN-ie do sklepu wcho­dzisz i jest pełno wszyst­kiego kolo­ro­wego, i możesz sobie to kolo­rowe do chaty zabrać, wyta­rzać się w tym i żreć do popę­ka­nia. Ludzie zoba­czyli, co jest dookoła, podra­pali się we łby, poszli na udry. Kur­wi­sko w bry­lach w odpo­wie­dzi wyłą­czyło Tele­ra­nek, zakne­blo­wało ich woj­skiem. Aku­rat jak ten cyrk odpa­lili, to ja grza­łem ręce przy gazow­niku. Zapier­do­li­łem komuś pałą. Ile ja mia­łem lat, dwa­dzie­ścia, dwa­dzie­ścia jeden, faj­nie było komuś pałą zapier­do­lić. Ci ludzie byli głupi. Życie byli gotowi oddać za kolo­rowe pozłotka. Urban mi się podo­bał, czu­łem, że gdy­bym go spo­tkał, toby­śmy się pośmieli śmiesz­niutko. Recho­tał z tego baj­zlu, i ja też. Jak­bym mu powie­dział, że te nasze pały łaj­dac­kie mogłyby być w kwiatki poma­lo­wane, to by zro­zu­miał.

Upał tylko przy­spie­szał wszyst­kiego spły­wa­nie i gni­cie.

Sta­łem w tym dwa lata temu, niby stary, a w krót­kich por­t­kach, cokol­wiek dziwny, na pewno uszko­dzony. Szu­ka­łem pie­nią­chów. Pie­nią­chy były potrzebne po to, aby trzy­mać się na powierzchni, nie uto­nąć w tych lśnią­cych kału­żach. One tylko wyda­wały się płyt­kie, mówię wam. W nie­które całą nogą można było wpaść, jak w bagno. Pod spodem było pie­kło.

Było równo rok po Sztu­mie, jakoś tak. Ze Sztumu wysze­dłem, wypeł­złem, wyczoł­ga­łem się słaby.

I to tej kurwy Zmory wina.

Przed Sztu­mem byłem potężny. Nie­po­zorny, ale nie­na­żarty. Zja­da­łem sobie całych ludzi, żułem ich, plu­łem kost­kami. Żar­łem fra­je­rów jak pie­czone kur­czaki, jak zrazy. Posa­dzili mnie tam, bo bra­łem sobie, co chcia­łem. Wcho­dzi­łem do skle­pów, do ludzi. Bra­łem i nawet nie patrzy­łem. Wsa­dzili mnie chyba za bim­ber. Pola­złem w kabałę, w noc, w garaże. Śmieszny Darek, wołali na mnie, dobry Darek, ale dobry wariat. Po całym Gdań­sku tak wołali. Czę­sto takie noce mia­łem, noce roz­cią­gnięte do tygo­dni. Wycho­dzi­łem z domu, tylko nóż bra­łem, papie­rosy, żyletkę. Budzi­łem się po tygo­dniu na przy­kład, w polu jakimś. W ostat­nim momen­cie, bo mnie gonili, wie­śniaki jakieś na przy­kład. I wtedy też posze­dłem w taką przy­godę, i bim­bru się komuś zachciało, pola­złem do baby, co metę trzy­mała, zabra­łem jej wszystko, sprze­da­łem kopa. Ale wtedy aku­rat -?no pech prze­świetny -?w cywilu gady też flaszkę kupo­wały. I mnie zwi­nęli na klatce.

W Sztu­mie wypadki zawi­kłane miały miej­sce. O tym póź­niej. W wiel­kim skró­cie -?gorąco się zro­biło, bo miano oka­zać łaskę, a nie oka­zano. Przy­szła do mnie w nocy, usia­dła na kla­cie. Okropną miała mordę, robaki w niej miesz­kały. Cuch­nęło od niej nie­opi­sy­wal­nie. Chciała mnie chro­nić, ale śmiała się ze mnie. Chciała, żebym ją zapłod­nił, wro­dził w jej paskudny brzuch dia­ble bękarty. Potem by cho­dziła z pęka­tym beb­zo­nem, peł­nym pają­ków małych. Potem by je jadła. No tak w wiel­kim skró­cie to ja nie mogłem.

Wzią­łem u niej kre­dyt. Ten kre­dyt to była lichwa, jak każdy kre­dyt u demona. Niby gdyby nie ona, to by mnie tam ukrzy­żo­wano. Gór­niak. Palec. Jajco. I gady. Rzą­pała. Ukrzy­żo­wa­liby mnie jak Jezusa, nawet gąbki z octem do ust by nie podali.

Ukrzy­żo­wa­liby mnie za inność moją.

Tak mi wmó­wiła.

A potem wybuchł ogień.

Na dachach sta­li­śmy na bacz­ność, słońce paliło nas w plecy. Nagra­nie jest z tego, na kame­rze. Można mnie zoba­czyć. Trzeci z lewej. Chudy. Wafe­lek pokru­szony.

Wysze­dłem stam­tąd, ale żywy życiem frędzla. Odda­łem na pro­cent swoją siłę, swoją krew, swój głód.

A może ja już nie żyję, co? Jest to nie­wy­klu­czone, ta moja śmierć. Widzia­łem raz, jak Kre­dziak opra­wił w ten sam spo­sób osiem­na­sto­let­niego byczka, nabi­tego, odkar­mio­nego na ziem­nia­kach. Chło­pak to ledwo prze­żył, potem opo­wia­dali na Chy­loni, że wyszedł z tego ciutkę wol­niej­szy, inny taki.

Więc skoro silny chło­pak był uszko­dzony po tym opra­wia­niu Kre­dzia­ko­wym, to co ja mam powie­dzieć -?cher­lawy, wypom­po­wany, wypeł­niony wła­snymi fla­kami zbi­tymi na mus, na pasz­tet? Tyle ze mnie, ile z przej­rza­łej gruszki, co prze­le­żała pod drze­wem pięć upal­nych dni, ledwo doci­śnięta butem przez prze­bie­ga­ją­cego łobuza. Lekko pac­nąć i roz­pada się w cie­pły mus.

Rok po Sztu­mie, czyli dwa lata temu, sta­łem na ulicy we Wrzesz­czu, kon­kret­niej pod Cri­sta­lem na Kiliń­skiego, i nie wie­dzia­łem, co zro­bić. Zna­czy, leżały przede mną różne pomy­sły, roz­ło­żone jak nie­udany pasjans -?ale żaden jakoś nie paso­wał. Mogłem chwy­cić cegłę czy kamień, trza­snąć w szybę Pewexu, wbiec, wziąć coś, wybiec. Mogłem kogoś wal­nąć w łeb, przy­po­mnieć mu, że życie bywa kru­che. Mogłem się zasta­wić albo zachlać. Mogłem podzia­łać nożem. Nic mi się nie podo­bało. Nic mi nie paso­wało. Chyba tylko tkwie­nie dalej w tej zwy­kło­ści. Bycie prze­strze­leń­cem, pra­cow­ni­kiem. Uda­wa­nie takie. Czła­pa­nie przez życie. Schy­la­nie się do kija przez łeb, kija przez grzbiet. No tak nie można. Nie można odczło­wie­czyć czło­wieka. Nawet naj­więk­sze osła­bie­nie, naj­więk­sze krwio­pij­stwo nie zabie­rze czło­wie­czeń­stwa. Ale tyle mia­łem, wła­śnie tę czło­wie­czość i jej znak, kropkę mię­dzy kciu­kiem a wska­zu­ją­cym. Mia­łem puste zana­drze, żad­nego caca. Siły nic, nie jadłem, tyle, żeby cho­dzić. Jajko jakieś, kromka chleba. Jedze­nie mnie odrzu­cało, Zmora zabrała łak­nie­nie.

Sta­łem pod Cri­sta­lem, bo jesz­cze do nie­dawna robotę tu mia­łem. Kel­ne­ro­wa­nie było dobre, bo obsłu­gi­wało się róż­nych ludzi, więk­szych i mniej­szych, grub­szych i chud­szych. Nie umia­łem w gastro­no­mii dobrze przy­krę­cić, do tego trzeba było na barze stać albo na bramce. Ja bie­ga­łem z tac­kami. Był nawet sens w tym bie­ga­niu, bo do Cri­stala zacho­dzili ci naj­grubsi. Nie­cały rok wcze­śniej były uro­dziny Wałęsy, to na tych uro­dzi­nach widzia­łem po raz pierw­szy dele­ga­cję war­szaw­ską, gru­ba­sów chu­dych, a jed­nak tak upa­sio­nych, że się nie mie­ścili w te za duże mary­narki. Per­szingi, Spa­ringi, Trze­wiki, Sokoły, to wszystko cioty były, ale w Cri­stalu co chwila patrzyli na złote zegarki, nie że która godzina, ale po pro­stu, czy się nie pobru­dziły. Przy­jeż­dżało toto z War­szawy, sia­dało obok Wałęsy i nawi­jało mu maka­ron na uszy o swo­ich dziw­nych spra­wach, potęż­nych inte­re­sach, czer­wony sos kapał im z pal­ców na pod­łogę, nie­któ­rzy go nie widzieli, ale ja go widzia­łem, ten sos kapiący, a Lechu z nimi sie­dział, bo Lechu sie­dział z każ­dym, kto umie­jęt­nie uda­wał, że wielbi go jak Boga. Mogłem się napa­trzeć. Tylko że kel­ne­ro­wa­nie miało też wady, bo było się dla tych ludzi powie­trzem, a nawet gorzej, kukłą nakrę­caną na sprę­żynkę. Co się robi w tej robo­cie, tylko się przy­nosi i nic wię­cej, jak tro­chę za późno, to się obe­rwie blu­zgiem albo łapą w pysk, jak tro­chę za wcze­śnie, to tak samo, a gdy ide­al­nie na czas, to potem w nagrodę ochłap dają, papie­rek nie­zna­czący, za który gwoź­dzia nie kupisz nawet, nawet sznura.

Stoję pod tym Cri­sta­lem, bo wła­śnie stra­ci­łem robotę. Wście­kłem się, gdy przy­szła ta łajza, dzie­cio­jebca soli­dar­no­ściowy w sutan­nie, i kazał brzeg tale­rza po pomi­do­rówce czy­ścić wła­sną koszulą. No co, nio­słem talerz, ciut zawi­ro­wało, obręcz zupy została, tyle, nic się nie wylało. Posze­dłem do kie­row­nika, ten patrzy na gada, mówi, że mam czy­ścić, jak kle­cha roz­ka­zał, wła­sną koszulą, tak, kurwa, nic się nie prze­sły­sza­łeś Darek. Ale będę w brud­nej koszuli latał, mówię mu. Nie, nie będziesz, bo na mojej sali w brud­nych koszu­lach nikt nie lata.

Cri­stal to był wtedy świat, kan­de­la­bry, świecz­niki, żyran­dole, turec­kie dywany mięk­kie na pod­ło­dze, buty się w nie zapa­dały. Wszę­dzie gustowne drewno, menu w skó­rza­nej opra­wie, cięż­kie jak Biblia. I tylko z kibla wiało stol­cem, no trudno, wszę­dzie dawało stol­cem, nie było na to rady. Taka była, jest i będzie pol­ska zie­mia. Niuch-niuch.

-?A więc to tak -?powie­dzia­łem do kie­row­nika. Kie­row­nik miał na imię Roman. Była z niego taka wysoka, szpa­ko­wata i szpo­tawa kurwa z zakrzy­wio­nym nosem. Miał kochankę, raj­sto­piarę taką, z utrwa­lo­nym czu­bem; na szatni sie­działa, a jak gadała, to dawało od niej octem.

-?Tak, to wła­śnie tak. -?Roman poki­wał łbem.

Nie mia­łem nic przy duszy, zresztą co tu było mieć przy duszy w tej Pol­sce śmier­dzą­cej? Dolary, zega­rek Omega. Daczę. Mer­ce­desa. Szklar­nię. Ojca postaw­nego, w gaje­rze lub mun­du­rze, ojca tuż przed zawa­łem, wiecz­nie spo­co­nego, ale jesz­cze coś mogą­cego -?tu prze­sta­wić, tu pod­nieść, tego zepchnąć. Nie mia­łem żad­nej z tych rze­czy. Mia­łem tylko swoje imię. No i kropkę na ręku. Choć ta kropka była jak pie­niądz w kie­szeni. Z dnia na dzień coraz mniej warta.

-?Darek -?powie­dział dziw­nie miło i nagle klep­nął mnie w ramię.

Już nie żyjesz, pomy­śla­łem. Nie ma cię. Znik­niesz sobie, wypa­ru­jesz, pstryk. Nie ma cię i ni­gdy nie będzie, jak w sumie każ­dego -?ale cie­bie to nie będzie szyb­ciej. Dzi­waczne to było, bo od roku robi­łem w Cri­stalu za wycior do pizdy, a ani razu tak nie pomy­śla­łem, w ogóle od Sztumu nie pomy­śla­łem, żeby kogoś naprawdę ska­le­czyć, żeby w gło­wie zro­bić ten miękki krok.

-?Darek, wiesz. Ja potrze­buję kogoś, kto bar­dziej doce­nia to, co ma.

Cof­ną­łem się. Nie zro­zu­mia­łem tego, co powie­dział. Zro­bi­łem nie jeden, ale dwa kroki. Przy tym dru­gim tup­ną­łem. Nikt mnie nie będzie doty­kał, chyba że w chuja ten, komu na to pozwolę, taką przy­sięgę zło­ży­łem już dawno. Popa­trzy­łem w te durne Roma­nowe oczy. Nic nie wie­dział, bo nikt ni­gdy nie wie, kiedy wyda­wany jest wyrok. Wyroku nie sły­chać. Za łatwo byłoby wtedy.

Wró­ci­łem na salę. Pod­sze­dłem do tej klą­twy ludz­kiej w sutan­nie, roz­par­tej i roz­la­nej przy stole, jakby ktoś chlu­snął ropą pro­sto z beczki. Ryj miał przy­ozdo­biony oku­la­rami typu cobra, tyle że korek­cyj­nymi. Ści­skały głowę zwie­szoną smęt­nie nad tale­rzem pomi­do­rówki, z czer­woną obrę­czą zupy powstałą w wyniku lek­kiego zachy­bo­ta­nia.

-?Jestem -?przy­po­mnia­łem mu.

Można kale­czyć róż­no­rako, myśla­łem wtedy. Naprawdę pełno tego, do wyboru do koloru, w sumie naj­lep­szy asor­ty­ment mają w skle­pie z potwor­no­ściami. Można robić krzywdy tępe, takie z samej siły ude­rze­nia. Ale można robić też krzywdy jak pod­stępy, krzywdy ledwo widoczne, okrutne sztuczki. A można też i robić krzywdy naj­strasz­niej­sze, które są jak całe przed­sta­wie­nia. Myśla­łem o tym już wtedy, śniło mi się to po nocach i poci­łem się przez to. Ale wie­dzia­łem jedno. Sam jestem Upiór. Gdy Zmora do mnie przy­la­zła, to przy­szedł swój do swego. Jestem Upiór, ale jedno wiem -?kale­cze­nie to coś, co doro­śli robią sobie nawza­jem. To jest odpo­wie­dzial­ność doro­słego, zro­bić unik, kro­czek w bok, i albo się obro­nić, albo skale­czyć pierw­szemu. Odpo­wie­dzial­ność i umie­jęt­ność. Doro­sły chłop i doro­sła baba mówią sobie: dobra, będę teraz kale­czył, bo taki chcę być, tak chcę mieć chleb, takie chcę mieć życie i rozu­miem, że może być prze­róż­nie. Rozu­miem, że kale­cząc, wyra­żam zgodę, aby ktoś skale­czył mnie. Bum-bum. Ciach-ciach. Jeb-jeb. Tym­cza­sem dzie­cia­czek mały, gów­nia­czek-reso­ra­czek, on nie może sobie posta­no­wić, że będzie kale­czony albo że będzie kale­czył. Dzie­cia­czek nie może posta­no­wić sobie nic.

Różne rze­czy można było robić, ale szar­pać dzieci, gnieść dzieci, wkła­dać dzie­ciom -?ni­gdy. Takie jest prawo. Nie wiem, kto je zapi­sał, ale wiem, że jest inny świat, pod skórą tego gów­nia­nego świata tutaj, i to prawo jest wła­śnie stam­tąd. Zoba­czy­łem je w oczach Zmory. Prze­czytałem je i zapa­mię­ta­łem.

-?Jestem -?powtó­rzy­łem.

Pod­niósł łeb. Chyba już nie pamię­tał, co wcze­śniej gadał ani kim jestem. Obok jego lewej ręki stała pra­wie pusta pół­li­trówa gorzały. Są wstrętne zwie­rzęta, zwie­rzęta zepsute, takie, które tylko szko­dzą innym zwie­rzę­tom, i on był jed­nym z nich. Skoro nosił na szyi znak Boga, a Bóg nic sobie z tego nie robił, zna­czyło to, że Boga nie ma. Nie robi­łem w gło­wie żad­nych mięk­kich kro­ków do niego -?ja pod­bie­głem w myślach do skur­wy­syna, pocwa­ło­wa­łem do niego. Wyro­ków wcale nie sły­chać. Tylko co były warte te wyroki moje, gdy krew ze mnie spusz­czono, pozo­sta­wiono ofermą fra­jer­ską? Co mia­łem zro­bić? Wzią­łem rękaw koszuli i wytar­łem obręcz tale­rza. A potem zdją­łem tę koszulę, zło­ży­łem równo, bo nauczy­łem się wielu rze­czy w miej­scach roz­ma­itych, mię­dzy innymi równo skła­dać koszule, i poło­ży­łem tę zło­żoną koszulę tuż przed nim, przed tym zwie­szo­nym paskud­nym gów­nia­nym łbem.

Parę chwil póź­niej sta­łem pod Cri­sta­lem przy Kiliń­skiego, we Wrzesz­czu, gdzie kie­dyś matka mnie wydała na świat; pod pro­sto­kąt­nym pawi­lo­nem paskud­nym, zabawką radziecką z azbe­stu, dla jakie­goś popro­mien­nego dziecka olbrzyma. Ja nie chcia­łem, by bawiło się mną żadne dziecko. Ja nie chcia­łem do kałuż wpa­dać i się topić. Ja chcia­łem odzy­skać siłę i głód.

To, co mia­łem, a co porzu­ci­łem w kory­ta­rzu ognia, wśród pał, strza­łów i gazu. Pod nie­bem drga­ją­cym od żaru, nie­bem niczym prze­ra­żona twarz. Widać mnie na fil­mie, mówię. Trzeci od lewej.

Sta­łem pod Cri­sta­lem i wie­dzia­łem, że będzie tylko gorzej.

Potrze­bo­wa­łem też pie­nią­chów. Praw­dzi­wych pie­nią­chów, nie papier­ków pol­skich. Nacią­gnięty byłem jak gumka procy, taka cienka, co pisz­czy wciąż, że pęk­nie. Żar był strasz­liwy, bez­na­dziejny. A jak ma się czuć czło­wiek sto­jący z gołą klatą w pie­kiel­nym upale? Prze­cież nie ścią­gnie z sie­bie skóry, może ją co naj­wy­żej ścią­gnąć z kogoś innego.

Te karty, co leżały na stole, to nic w nich nie było. Same dwójki piki.

Czas nary­so­wać swoją wła­sną kartę. Wykroić ją nożem z kar­tonu. Zama­lo­wać na biało. Nary­so­wać ołów­kiem tre­fle albo piki.

Miesz­ka­łem wtedy w kamie­nicy na Jaś­ko­wej Doli­nie. Wró­ci­łem tym samym na śmieci stare niczym obcy czło­wiek. Przez mój czas we Sztu­mie zmie­niło się wszystko, wymie­nili się ludzie, stare ekipy roz­pu­ściły się w nie­by­cie, Gdań­skiem rzą­dzili mało­laci, któ­rzy two­rzyli się w nowe, lepiej zor­ga­ni­zo­wane grupy. Prze­spa­łem angaż do tych grup. Ci, z któ­rymi krę­ci­łem roboty, albo garo­wali wyroki, albo poucie­kali do Austrii i Nie­miec. Ja byłem zgre­dzik. Mia­łem swoje umie­jęt­no­ści prze­różne, ale co z tego. Spo­ty­ka­łem co rusz jakie­goś sta­rego koleżkę, ale ten zawsze robił krok w bok, nie chciał gadać. Jakby wyczu­wał, że coś się we mnie zepsuło, trefny się zro­bi­łem, nie­na­da­jący. Inna sprawa, że zawsze byłem napro­mie­nio­wany inno­ścią swoją, i jeśli trzy­mano się ze mną, to opor­tu­ni­stycz­nie, by wyko­rzy­stać tę moją goto­wość, łap­czy­wość, by użyć tego, że sta­wa­łem się psem naj­wście­klej­szym wolą mocy wła­sną. Inny byłem, ale cho­ciaż silny. A teraz byłem żaden. Darek Kin­ski.

Miesz­ka­łem we wspól­nym pokoju z dwoma chło­pa­kami, nie za bar­dzo wie­dzia­łem, co robią, tyle tylko, że jeden lubił walić się do wyra w tych samych skar­pe­tach, w któ­rych bie­gał cały dzień. Pod każdą celą świata taki zamach na higienę byłby uka­rany okrut­nie i należ­nie. Za ścianą miesz­kała stara kobieta, która dzień i noc bez­kształt­nie zawo­dziła, wyda­wała ten sam dźwięk, nie­ważne, czy spała, czy nie, wyła tę kościelną pieśń, w któ­rej połknęła wszyst­kie spół­gło­ski. Na początku zda­rzało jej się jesz­cze czła­pać po miesz­ka­niu, jakby ją jakaś siła prze­dziwna ani­mo­wała. Potra­fiła wtedy na przy­kład wejść do kibla -?drzwi nie zamy­kały się od wewnę­trza -?i usiąść na kola­nach temu, co sie­dział na dzba­nie. Zepchnąć ją trzeba było do wanny, nim zaczę­łaby srać, ale deli­kat­nie, żeby się nie poła­mała. Raz mi się to przy­tra­fiło, udało mi się ją z reflek­sem prze­sta­wić, ale jed­nego z tych chło­pa­ków budow­lań­ców to zwy­czaj­nie wzięła i obe­srała.

Szybko jej ta wital­ność tajemna prze­mi­nęła. Teraz leżała już w bar­łogu i robiła pod sie­bie. Przy­ła­ził jej doglą­dać syn, krępy, nic­nie­mówny chłop w dre­so­wych por­t­kach. Do nas pukał raz w mie­siącu po pie­nią­dze. Widzia­łem go kie­dyś nad ranem, nie­da­leko dwor­co­wych kibli, roz­glą­dał się ner­wowo, licząc na chuja do dupy, a w ciem­no­ści dookoła niego krą­żyły nie­wi­dzialne dia­bły. Ja go widzia­łem, on mnie nie. Miał więk­sze pro­blemy niż pusta dupa, ale o tym nie wie­dział.

Wsze­dłem do pokoju tylko po to, żeby wło­żyć coś na grzbiet, wytartą pił­kar­ską koszulkę Pumy. Nie było żad­nego z tych dwóch nie­do­myl­ców, pocili się na budo­wach czy zło­mo­wi­skach. Przej­rza­łem ich szafki i kie­sze­nie. Maszynki do gole­nia, jakieś monety, nic szcze­gól­nego. Paczka popu­lar­nych, napo­częta, karty z gołymi babami. Zza ściany znowu usły­sza­łem to jęcze­nie. Coś się stało tej sta­rej, kie­dyś, może na woj­nie. Coś zoba­czyła, pew­nie, jak się soł­daty bawią. Z mamu­nią, z sio­stru­nią. Popa­trzyła sobie tak na to i zaczęła wyć. Może z nią też się zaba­wili. Dla tych ruskich zwie­rząt dziura to była dziura, mała, duża, wsio rawno. Jak zaczęła wtedy wyć, to do dzi­siaj nie prze­stała.

Scho­wa­łem te karty, fajki, te mońce drobne do kie­szeni, cho­ciaż tak naprawdę nie potrze­bo­wa­łem ich wcale. Powoli, na mięk­kich pal­cach, jak zamy­ślony bok­ser wysze­dłem na kory­tarz, wysoki, duszny i ciemny. Po obu stro­nach wzno­siły się przy­kle­jone do ścian zwały szmelcu, któ­rego nie potrze­bo­wał nawet dia­beł. Zza podwój­nych odra­pa­nych drzwi biła mie­sza­nina smro­dów nie­do­brych. Coś we mnie pul­so­wało, zia­renko. Nie umia­łem go nazwać. Czu­łem wyklu­wa­nie. Jaki jest odgłos wyklu­wa­nia? Pok-pok. Plyk-plyk.

Czy to była siła? Czy coś wra­cało? Gdy odda­wa­łem Zmo­rze to, co mia­łem, poszła mię­dzy nami nor­malna bajera. Była w tym moja naiw­ność -?w prze­ko­na­niu, że bajera to bajera, że święte jest święte. Podobno gdy przy­cho­dziła do innych chło­pów, sia­dała im na pier­siach, ści­skała im serca, to oni sikali ze stra­chu, naj­więksi mor­dercy, naj­więk­sze gity. Mnie po pro­stu od niej śmier­działo jak od każ­dej kurwy. Powie­dzia­łem jej to i się zdzi­wiła, a ja zaśmia­łem się w duchu, bo trudno zdzi­wić kurwę, a mnie się jed­nak udało. Teraz zamie­rza­łem zdzi­wić ją znowu. Prze­krę­cić jakoś. Nie wie­dzia­łem jesz­cze jak, ale zrozumia­łem, że zaraz to wykmi­nię. Mądra wcale nie jesteś, myśla­łem. Zro­bię cię w trąbę, a potem będę rene­go­cjo­wać kon­trakt.

-?Czy jesteś tutaj? -?zapy­ta­łem na głos. Myśla­łem, że mój głos będzie dono­śniej­szy, ale to było tylko kwi­le­nie, co ugrzę­zło zaraz w tym ciem­nym, wyso­kim powie­trzu, pod tym czar­nym stro­pem.

Może była, może nie.

Otwo­rzy­łem drzwi, skrzyp­nęły, jakby prze­je­chać nożem po kamie­niu.

Stara leżała w bar­łogu, nie­wiele z niej było, suche nic, plama, nie czło­wiek. Przy­wa­lona koł­drami, uwię­ziona w pie­kle minio­nej chwili, któ­rej oprócz niej nikt nie pamię­tał. Co to była za chwila, mogłem sobie tylko wyobra­żać. Młoda, przed cha­łupą, plamki na hory­zon­cie, coraz bli­żej, ruscy soł­daci. Matka tak zaci­skała nogi, że osta­tecz­nie bagne­tem ją prze­bili. A jej nie prze­bili. Może coś takiego. Nie zdzi­wił­bym się.

Nie­wiele osób zga­dza się na rze­czy­wi­stą naturę świata. Więk­szość pró­buje za wszelką cenę kre­mem ten świat sma­ro­wać. Fał­szy­wym kre­mem, słod­kim. Mnie ten krem ni­gdy nie sma­ko­wał. W świe­cie nic nie ma, naj­bar­dziej nie ma w nim spra­wie­dli­wo­ści.

To gdzieś było. Gdzieś tutaj. Fart. Zaczyn. Pikuta. Chodź, chodź, myśla­łem. Dawaj, dawaj. Wyci­na­łem nowe karty skru­pu­lat­nie, musiały być takie same, nie mogły być nie­far­towne, nie mogły być brzyd­kie. Ostroż­nie, jak dzie­cia­czek malu­śny z wysu­nię­tym języ­kiem, prze­jeż­dża­łem powoli po wyobra­żo­nym bry­stolu, wyobra­żo­nym noży­kiem robiąc wyobra­żone, zaokrą­glone brzegi. Brzegi zaokrą­glone jak małe dupy. Dwa­dzie­ścia cztery karty, wyż­sze arkana, od dzie­wią­tek do asów plus jokery. Serca, karo, tre­fle, piki, ale wszyst­kie czarne. Damy kurwy, jopki cwele, króle gady. Ryso­wa­łem, wydra­py­wa­łem malut­kim kawał­kiem gryfu nowe moż­li­wo­ści. Złu­dze­niem było to -?co wiem już teraz, sto­jąc naprze­ciwko Kre­dziaka w piw­nicy -?że siła wróci szybko. Nie, nie wróci.

Wystar­czyło ciut przy­ci­snąć. Uwol­ni­łem ją do miej­sca, w któ­rym nie musiała już jęczeć. Może nawet było tam to świa­tło, które wyobra­żała sobie we łbie, wyśnione tło jej cier­pie­nia. Nie­wielki, naiwny Jezus patrzył na nią z obrazka, przy­bi­tego do tapety, która wyglą­dała, jakby na nią ludzie na sygnał srali. Ufała mu, z jego serca wycho­dziło świa­tło. W brzu­chu poczu­łem dziwne drap­nię­cie, pie­cze­nie dobrego uczynku. Może ten jej syn, wypa­tru­jący chuja wśród demo­nów, nie­spo­kojny głu­pek, rów­nież poczuje coś takiego, gdy tu wej­dzie. Może podzię­kuje, nie­ko­niecz­nie mnie albo cze­muś kon­kret­nemu, po pro­stu podzię­kuje w powie­trze.

Karty. Nowe. Zoba­czy­łem je. Roz­ło­żone na stole, świeże, czarne, cze­kały. Coś musi tu być, mówiły mi. Ona coś musi mieć. W tej jej gro­cie była taka sama bar­da­cha jak na kory­ta­rzu. Ni­gdy tu nie wcho­dzi­łem. Nie wie­dzia­łem nawet, czego szu­kać. Te przed­mioty to nawet nie były przed­mioty, sple­śniało to na kupie, kiece jakieś stare, halki, koce, pie­rzyny, tylko na sto­liku obok coś wyod­ręb­nione, szklanka z żółtą wodą, tabletki z krzy­ży­kiem, modli­tew­nik, róża­niec, gówno warte. Zaczą­łem zwa­lać, prze­glą­dać, szu­kać, macać. Musiało tu być, wołało mnie. Dawaj, dawaj. Chodź, chodź. Szybko, szybko. Sznela, sznela. Brudne to było, okropne, od cho­roby, naj­le­piej byłoby iść gdzieś się zde­zyn­fe­ko­wać, odpla­mić. Pły­nem lugola, wap­nem. Watą szklaną zedrzeć skórę po tym wszyst­kim. Ale nowe karty uspo­ka­jały. Faj­nie wyglą­dały. Pach­niały pięk­nie. Wszystko w swoim cza­sie, mówiły. Szu­kaj, szu­kaj. Nie bój się. Wąchaj, wąchaj. Znaj­dziesz trop. Niuch-niuch.

Pod zgni­łymi szma­tami, kocami i koł­drami w końcu coś było -?skó­rzana walizka pełna zbu­twia­łego smrodu, jakby do środka napchali mar­twych kró­li­ków. Ale to nie były kró­liki, po pro­stu jesz­cze wię­cej szmat, paku­łów, sta­rej waty bar­da­sza­nej, roz­padu nabrzmia­łego. W końcu wszystko to roz­pad. Jak coś jest całe, nowe, to prze­cież tylko czeka. Otwo­rzy­łem tę walizkę i zaczą­łem wyrzu­cać zawar­tość na zewnątrz, a cho­roba, którą były te rze­czy prze­siąk­nięte, cho­roba pod­kar­miona upa­łem, wyzie­wami sta­rej, wże­rała mi się w dło­nie i wie­dzia­łem, że nie­długo sam będę chory, w gorączce, samotny i zdy­cha­jący od zaka­że­nia.

Trudno. Gryz-gryz. Chap-chap. Niuch-niuch.

Zna­la­złem je w rekla­mówce z Pewexu. Obwią­zane zło­tym łań­cusz­kiem z Matką Boską. Był na nich pre­zy­dent ame­ry­kań­ski Jack­son, co wyglą­dał jak nie­do­ży­wiony Cho­pin. Nali­czy­łem ich pięć­dzie­siąt, tych Jack­sonów. Pięć­dzie­siąt razy dwa­dzie­ścia równa się tysiąc. W siatce były jesz­cze złote pier­ścionki, kol­czyki, taki szmelc. Za tysiąc mogłem kupić wszystko. To miesz­ka­nie, miesz­ka­nie obok i miesz­ka­nie na dole. Za tysiąc mogłem nary­so­wać sobie drzwi w powie­trzu i wejść przez nie do innego świata. Prze­rwać błonę i przejść na drugą stronę. Do czer­wo­nego pokoju. Zna­leźć ją i prze­mó­wić do roz­sądku.

Kształt wyraź­niał. Rysu­nek wyostrzał. Ozna­cze­nia kart mówiły gło­śniej, jesz­cze gło­śniej. Zło­ży­łem pie­nią­dze na pół, scho­wa­łem do kie­szeni. Zaj­rza­łem jesz­cze do pokoju, w któ­rym spa­łem. Te łań­cuszki i złote dyr­dy­małki wło­ży­łem nie­do­myl­com do szu­flady, mię­dzy monety, skar­pety i maszynki do gole­nia, tylko tro­chę głę­biej.

Pie­nią­dze są nie­bez­pieczne, pie­nią­dze to nóż bez ręko­je­ści, samo ostrze z obu stron -?ostrze świetne, zabije każ­dego, ale dłoń zawsze tro­chę krwawi. Od pie­nię­dzy pomy­słów zaczyna być pełno, kipią w gło­wie jak ukrop, trudno je powstrzy­mać, krzy­czą krzy­kiem głod­nych piskla­ków. Nadzieja to upiorny haj, roz­sa­dza oczy i jajca. Gdy wybie­ga­łem z domu sta­rej, nie patrzy­łem na nic i na nikogo, tak jakby cały świat ściekł w dół i została tylko pod­ma­lówka, tapeta taka. Może nawet miną­łem tego jej bied­nego syna chu­jo­roba, zbie­ga­jąc po scho­dach na łeb, na szyję. Nie­ważne, karty mil­czały, dawały mi się wyszu­mieć. Złu­dze­nie, że wyru­chał­bym wszystko we wszystko, było prze­po­tężne, mógł­bym wejść do każ­dego bur­delu w Trój­mie­ście i zosta­wić dziecko w każ­dej kur­wie, myśla­łem -?ale tak naprawdę nie mia­łem na to siły, Zmora wyrwała mi rów­nież kutasa, był nie­przy­datną zabawką, sikawką dzie­ciaczka. To też biorę, powie­działa, sie­dząc na mnie okra­kiem. Zgo­dzi­łem się. Chcia­łem żyć. Chcia­łem przejść przez ogień tak, żeby cokol­wiek ze mnie wyszło po dru­giej stro­nie.

Trzeba było ucie­kać. Ucie­kać z Gdań­ska, z tych sta­rych podwó­rek, na któ­rych miesz­kały tylko duchy. Chcia­łem przejść na drugą stronę. Prze­rwać tę błonę, za którą cza­iła się Zmora. Dziurę zro­bić w bło­nie jak w mem­bra­nie i wycią­gnąć kurwę z dru­giej strony świata, uciąć głowę, zabrać, co moje.

Na razie zde­cy­do­wa­łem się poje­chać do Sopotu.

Bli­żej, a jed­nak gdzieś indziej.

Sopot przy­wi­tał mnie zim­nym, sło­nym wia­trem, który szedł od morza i umiał wyczy­ścić każdy brud i każde kure­stwo. Dla­tego w Sopo­cie tyle tego było -?bo każdy wie­dział, że cokol­wiek zrobi, zosta­nie uła­ska­wiony przez ten wiatr, dosta­nie roz­grze­sze­nie. Zwy­kłych ludzi potra­fił wpę­dzić do trumny, na sznur, wywiać im ostat­nią radość z kości. Ale nas, ban­dy­tów, uła­ska­wiał jak Jezus Bara­ba­sza.

Posze­dłem w Mon­ciak. W gło­wie mi huczało. Dzień się koń­czył, tak długi dzień, który prze­cież dopiero się zaczy­nał. Szu­ka­łem ich, cho­ciaż tak naprawdę nie wie­dzia­łem, kogo szu­kam. Coś popy­chało mnie do przodu, fizycz­nie mnie popy­chało, pie­nią­dze w kie­szeni ważyły kil­ka­na­ście ton, jak głaz przy­tro­czony do sła­bego ciel­ska. Chcia­łem iść na Wzgó­rze Piwo­wara, do Bun­ga­lowu, bo tam sie­dzieli waj­cho­wi­cze, chcia­łem się na nich popa­trzeć, wyba­dać ich, może potem z nimi doga­dać. Iść na Szwedy. Może zacią­gnąć jed­nego w krzaki, poga­dać z nim bar­dziej. Spró­bo­wać, czy mi to dalej sma­kuje, krew tęt­ni­cza.

Ale nie mia­łem siły. Mio­tało mną jak łajbą, nor­mal­nie zaraz na izbę mnie zgarną, pomy­śla­łem. Wla­złem do Hor­texu. Gdy usia­dłem na krze­śle, byłem mokry od potu. Zamó­wi­łem kawę, krem suł­tań­ski, kom­pot jakiś, cokol­wiek, by zjeść i wypić. Kel­nerka coś mówiła, zgrabna dupa, ale jakby nie­ist­nie­jąca, ktoś ją uszył z gabar­dyny, tylko twarz ście­kała jej ze łba jak cie­pły kisiel. Blon­dynka, sło­miana taka. Chłopka ze wsi. Przy­nio­sła cały ten amba­ras, któ­rego nawet nie chciało mi się tknąć, ledwo łyżkę umo­czy­łem w kre­mie. Zła­pa­łem się na tym, że prze­cież nie mam czym zapła­cić -?nie dam wszak tej cipeczce gabar­dy­no­wej całego Jack­sona za plujkę i sma­ro­wi­dło z sal­mo­nellą.

Popa­trzyła na mnie szybko, chyba to zro­zu­miała. Zła­pa­łem ją za dłoń w prze­gu­bie. Puls jej fur­ko­tał. Wzią­łem sobie z tego pulsu odro­binkę, maluśko, tyle, by nie zemdleć. Popa­trzy­łem jej w oczy. Na duszy poja­wiła się jej mała ryska. Szczę­ście masz, że jestem słaby, pomy­śla­łem. Wszy­scy macie tu szczę­ście.

-?Daj kogoś, kto tu coś wie, co się dzieje -?powie­dzia­łem do niej cicho, a ona zro­zu­miała.

Wyglą­dała jak laleczka prze­nie­siona tu z innego świata, porwana z lep­szej epoki. Znik­nęła szybko, zosta­wia­jąc mnie z kawą. Wzią­łem łyk i zmu­si­łem się, żeby nie odpluć na stół. Okro­pień­stwo okropne. Rzyg-rzyg. Tfu-tfu.

Przy­szedł po chwili, w bia­łej koszuli, chu­chro­waty i z wąsami jak u dzie­ciaka z pod­sta­wówki, cie­niami takimi nie­go­lo­nymi; do tego napo­ma­do­wane włosy, nie na sma­lec, coś lep­szego miał ze statku, RFN-owskie sma­ro­wi­dło jakieś -?błysz­czało się dobrze, dziew­czyny musiały to lubić. Na łapie miał zega­rek, Kirow­skije, wyeks­po­no­wany, od ojca dostał jak nic. Młody chło­pak, ale uda­wał star­szego, nawet udat­nie uda­wał. Poka­za­łem mu, żeby usiadł, pokrę­cił głową, że prze­cież nie może, to klienci są od sia­da­nia, a potem prze­my­ślał sprawę, roz­glą­da­jąc się dookoła. Dał mi znak łbem, abym poszedł za nim.

Podwórko było cia­sne, para­pety cie­płe jak płyty w pie­kar­niku, wygrze­wały się na nich koty, któ­rym wciąż było mało. Poczę­sto­wał mnie papie­ro­sem, cho­ciaż to ja powi­nie­nem poczę­sto­wać jego.

-?Jakie­goś zaję­cia szu­kam. No i walu­cia­rza, co mi nie da kursu ban­dyc­kiego.

Zmru­żył oczy. Wypu­ścił dym. Ja pali­łem płytko, nie potrze­bo­wa­łem i mi nie sma­ko­wało, ale gdy­bym skie­po­wał przed fil­trem, byłaby to nie­po­trzebna pogarda.

-?Ja cię koja­rzę. Ty z Gdań­ska jesteś. W Cri­stalu kel­ne­ru­jesz.

Chrząk­ną­łem w odpo­wie­dzi. Nie­do­brze, ale z dru­giej strony, jak miał nie koja­rzyć?

-?Wódki razem nie pili­śmy. -?To nie była z mojej strony nie­uprzej­mość celowa, bar­dziej fak­tów usta­le­nie.

Zaja­rzył. Łbem pokrę­cił na znak, że ow­szem, że nie.

Jakaś baba wysta­wiła łeb przez okno, na para­pe­cie miała przy­go­to­waną poduszkę na podwór­kowe kino. Pew­nie naj­mniej­szy sze­lest przy­wo­ły­wał ją na ambonę.

-?Wszystko w porządku -?powie­dział do niej chło­pak.

Oparta o tę poduszkę, widziała i sły­szała nie­jedną naradę. Może przy­no­sił jej ciastka po robo­cie, wyglą­dała, jakby lubiła słod­kie, zaże­rała słod­kim wszystko, co złe, a dużo tego było, jak to u sta­rej baby.

Rzu­cił petem, zga­sił butem, od razu wsa­dził sobie w gębę następ­nego. Pokrę­ci­łem głową, zanim zdą­żył zapro­po­no­wać. Te pol­skie papie­rosy to zawsze sma­ko­wały jak kur­wia pizda. Idąc tą meta­forą liza­kową, jak czło­wiek pierw­szy raz sztach­nął się porządną pojarą, Marl­boro albo Ben­son & Hed­ges, to jakby nor­mal­nie samemu Jezu­sowi Chry­stu­sowi z poły­kiem knagę ohe­blo­wał.

-?Ja z Gdyni jestem. Marek -?powie­dział. -?Koja­rzę cię, bo my kie­dyś w Cri­stalu spo­tka­nie mie­li­śmy.

-?My. Spo­tka­nie -?powtó­rzy­łem.

Spa­lił się, jakby powie­dział coś za dużo. Wyczu­łem go, zro­zu­mia­łem.

-?Czyli tu tylko w dzień sie­dzisz -?zro­zu­mia­łem.

-?No, cza­sem coś się działa.

-?A jak się nazy­wają ci, dla któ­rych dzia­łasz?

Pokrę­cił głową.

-?Za dużo chcesz wie­dzieć.

-?Ale mówisz, że w Gdyni można podzia­łać -?doci­sną­łem.

-?Jak jesteś z Gdyni. -?Wzru­szył ramio­nami.

-?Ja mogę być z Gdyni, jak trzeba -?odpar­łem.

Coś tak jakby się uśmiech­nął, trudno powie­dzieć. Pedry­lem nie był, choć tro­chę wyglą­dał. Spra­wiał wra­że­nie, jakby ten piczo­wąs to mu tydzień temu przez noc wyrósł, jakby dopiero co wyfru­nął z zawo­dówki, a dziew­czy­nie naj­wię­cej, co zro­bił, to lekko smyr­nął za majt­kami. Z dru­giej strony w tej buźce dzie­cin­nej tkwiły oczy dziw­nie stare i smutne, lekko mleczne. Oczy czło­wieka, który zmiar­ko­wał, że sensu żad­nego nie ma w tym stwo­rze­niu naszym. Zro­biło mi się tro­chę cie­pło do niego. Tak jak kie­dyś do Malinki. Malinka, oj, Malinka. Cho­ciaż Marek piczo­wąs to innego asa mi przy­po­mniał niż Malinka. Gór­niaka. Tak, za Gór­nia­kiem też mi się cie­pło zro­biło, ale ina­czej. Mniej miło­śnie.

Gór­niak. Malinka. Różni od sie­bie byli bar­dzo, lecz obaj zaśpie­wali swój śpiew.

Otrzą­sną­łem się z nie­po­trzeb­nych wspo­mnień.

-?Poga­dał­bym z tobą chwilę kie­dyś.

A on, ku mojemu zdzi­wie­niu, powie­dział:

-?No to wpad­nij do Gdyni. Miesz­kam w Śród­mie­ściu, Abra­hama dwa­dzie­ścia przez osiem. Coś wymy­ślimy. Tu nie przy­chodź, bo się zwal­niam zaraz.

I znik­nął w środku, i tak mnie zosta­wił, z marze­niem i babą na para­pe­cie.

Zanim Zmora zabrała mi siłę, mogłem wsa­dzać w cokol­wiek, nie prze­szka­dzało mi nic. A naj­bar­dziej kocha­łem wsa­dzać w nie­win­ność, nie­ważne, czy w dziew­czynę, czy chłopca. Naj­waż­niej­szy był ten smak, kwa­śnego, co wła­śnie zmie­niło się w słod­kie. To lek­kie pęk­nię­cie w oczach. Słodki taki. Am-am. Niuch-niuch. Żeby było jasne, ni­gdy dzieci. Co to, to nie. To zbrod­nia naj­więk­sza. Wyro­słe, ale nie­winne, a przy tym chętne, cie­kawe -?to było naj­smacz­niej­sze.

Tego wie­czoru cho­dzi­łem po Sopo­cie, dopóki nie opa­dłem z sił. Pot stygł na mnie, tężał w klej. Ska­zany byłem na sie­bie. Cią­gle grza­łem puchę, czę­sto tak jest na wol­no­ści. Tylko na wol­no­ści jesz­cze trzeba uda­wać. Dla­tego się wraca. Bujało mną na lewo i prawo, ale per­fid­nie, to ona bujała. Dosze­dłem do lasu i to na moment mnie zatrzy­mało. Musi­cie wie­dzieć, że Trój­mia­sto jest scze­pione nie­wi­dzialną sie­cią, żyłami i ner­wami dzi­ko­ści. Jeśli gdzie­kol­wiek w Trój­mie­ście wej­dziesz mię­dzy drzewa, to jak­byś wcho­dził w labi­rynt. Jeśli wiesz, jak iść, jeśli umiesz ich słu­chać i czy­tać wycięte w korze nie­wi­dzialne znaki, to możesz wyjść gdzie­kol­wiek, w Gdyni, w Gdań­sku, w Wej­he­ro­wie, w Rumi. Patrz pod nogi, a znaj­dziesz miej­sca, któ­rych nikt nie chce, abyś je zna­lazł; miej­sca, w któ­rych poukry­wane są okrutne skarby.

Może więc to i moje prze­zna­cze­nie, pomy­śla­łem. Przejść na drugą stronę. Do obcej, pol­skiej Gdyni z Gdań­ska nie­miec­kiego. Poszu­kać tam nowych ekip, nowych wra­żeń. Przy­gód. Wes­tchnień.

Bałem się jed­nak opusz­czać Sopot; nie mia­łem siły na te okrutne skarby, nie chcia­łem iść do ludzi taki słaby. Zatrzy­ma­łem się przed Operą Leśną, co wyglą­dała jak ogromny sza­let, porzu­cony w lesie drew­niany upiór. Roz­pa­dało się to dzia­do­stwo na poje­dyn­cze deski, gniło zaśmie­cone i popę­kane, i nie wiem, kto mógłby tam wystę­po­wać, chyba tylko chór śmie­cia­rzy albo kwar­tet smycz­kowy cweli. Był to dla mnie widok szcze­gól­nie przy­kry. Jeśli ist­niało coś, czego nie chcia­łem prę­dzej czy póź­niej zagryźć, szarp­nąć, pociąć -?jeśli coś w życiu rze­czy­wi­ście kocha­łem -?to były to pio­senki. Nie marzy­łem o wła­snym domu, ale zawsze chcia­łem mieć kolek­cję płyt czy kaset, mój zbiór utwo­rów uko­cha­nych.

Sta­łem tak, ogrze­wany przez tysiąc dola­rów w kie­szeni, pewno mia­łem na udzie czer­wony ślad. Sta­łem naprze­ciwko tej ruiny i się waha­łem, zadzi­wia­jąc samego sie­bie tym waha­niem, bo ni­gdy się nie zasta­na­wiam, czy coś mogę, a następ­nie prze­sze­dłem przez zaśmie­cone, obsrane try­buny i wdra­pa­łem się na scenę. Było zupeł­nie pusto, jakby wszystko zde­chło, wszy­ściu­teńko, jakby nawet ptaki i wilki zre­zy­gno­wały z życia albo prze­szły w sen podobny do zimo­wego, ale inny, roz­grzany, taki sen w gorączce. Nawet zwie­rzęta o czymś maja­czą, wie­dzia­łem to.

-?Dzień dobry pań­stwu -?powie­dzia­łem do publicz­no­ści, któ­rej nie było. - Witam pań­stwa bar­dzo ser­decz­nie. Nazy­wam się Darek Kin­ski i popro­wa­dzę dla pań­stwa Srebrny Jubi­le­usz Festi­walu Pio­senki w Sopo­cie.

Cisza. Nawet nie zaszcze­kał pies. Upał wybił wszystko i wszyst­kich. Noc nie przy­nio­sła żad­nej ulgi. Nikt nie zga­sił słońca, po pro­stu zasło­nili je czarną kre­piną.

-?Wystą­pią dziś wyjąt­kowe gwiazdy -?mówi­łem dalej. -?Halina Frąc­ko­wiak, która wydała swoją płytę dłu­go­gra­jącą, z prze­piękną pio­senką Tin Pan Alley z tek­stem Janu­sza Kon­dra­to­wi­cza. Nie­miecki pio­sen­karz Fancy zaśpiewa Fla­mes Of Love. Wie­czór uświetni zaś bry­tyj­ska gwiazda Saman­tha Fox, praw­dziwa blond pięk­ność z namięt­nym utwo­rem Touch Me.

Nie inte­re­so­wało mnie, czy naprawdę tak było. Czy tacy arty­ści wystę­po­wali kie­dyś w Sopo­cie, w takiej kolej­no­ści. Po pro­stu sta­łem na sce­nie i pro­wa­dzi­łem swój festi­wal marzeń. Powoli na widowni poja­wiali się pierwsi ludzie. Zni­kały śmieci. Nad gło­wami widzów roz­bły­sło mięk­kie świa­tło, białe i przy­ja­zne.

-?Dzię­kuję pań­stwu, żeście się tak licz­nie sta­wili. Pro­szę mi wyba­czyć pre­zen­cję ciut wymiotną. Za mną cięż­kie czasy. Z nadzieją patrzę w przy­szłość, ale co zro­bić, chu­jem krzepko waliło. Zresztą co ja tam będę męczył pięk­nych pań­stwa! Kogo obcho­dzą tro­ski Kin­skiego Darka z Gdań­ska!

Z pustych try­bun dotarły ane­miczne okla­ski. Smutne takie, jak na aka­de­mii w szkole. Klask, klask. Coś jakby zwil­żyło mi się oko, na razie lewe.

-?Naj­waż­niej­sza jest pio­senka. Wzru­sza­jący tekst. Piękna melo­dia. Naj­waż­niej­sza jest muzyka. Prawda, pro­szę pań­stwa? Jedyne, co dobre, w tym paskud­nym świe­cie.

Prawe oko też mi się zwil­żyło i teraz z obu mi cie­kło, to nie był płacz taki, jak ludzie pła­czą, raczej prze­ciek z zardze­wia­łej rury.

W Sztu­mie, zanim przy­szła do mnie Zmora, to pio­senki miały mnie w swej opiece. Koiły jak małe matki. Kra­sno­ludki takie. Krót­kim obgry­zio­nym ołów­kiem spi­sy­wa­łem tek­sty z pamięci do kajetu, który potem cho­wa­łem przed gadami w dziu­rze wydra­pa­nej w ścia­nie. Jeśli coś kocha­łem, to te słowa. Powta­rza­łem je, nuci­łem w gło­wie, a gdy powtó­rzy­łem wystar­cza­jącą liczbę razy, to na chwilę mia­łem jakby inną duszę, byłem zro­biony z cze­goś innego. Niech no tylko zakwitną jabło­nie. Jesz­cze się tam żagiel bieli. Wielka dama znów tań­czy sama. Z tobą chcę oglą­dać świat.

Teraz to ja sta­łem na sce­nie, a moje dło­nie zro­biły się nagle fio­le­towe, takim dziw­nym fio­le­tem, z któ­rego można byłoby kieckę uszyć. To roz­bły­sły zawie­szone na dachu reflek­tory. Odwró­ci­łem się, aku­rat gdy wcho­dziła na scenę. Na początku jej nie pozna­łem. Jakby kto piękno skro­plił, jakby ją wyjął wła­śnie z żebra Adama. Szła miękko, kiwa­jąc bio­drami na boki. Włosy uło­żył jej jakiś Bóg. Obszyta ceki­nami suk­nia spły­wała po jej ciele, nada­jąc mu kształt gitary. Widzia­łem, że nie jest już mało­latką, miała pra­wie czter­dzie­ści lat, ale każda mało­latka mogłaby jej co naj­wy­żej opi­ło­wać paznok­cie u stóp. Pode­szła do mikro­fonu, natu­ralna jak wie­trzyk, ukło­niła się, skrom­nie, ale nie nie­win­nie, co to, to nie. Popa­trzyła na mnie, cho­ciaż sta­ra­łem się być nie­wi­dzialny. Wycią­gnęła do mnie dłoń, a kar­mi­nowe paznok­cie zatań­czyły w fio­le­to­wym świe­tle. Odwró­ci­łem się, za mną stroił się zespół, facet w oku­la­rach pole­ro­wał szmatką sak­so­fon, błysz­czącą złotą broń.

-?Dzię­kuję, panie Darku -?powie­działa, a ja poczu­łem, że zaraz czymś try­snę, czymś z serca, czymś, czego ni­gdy nie mia­łem.

Owa­cja, gło­śna jak seria w powie­trze, a zaraz po niej pierw­sze takty i jej głos, jakby anioł roz­ta­piał całe to kure­stwo świata, jedną modli­twą zamie­niał je w masło na roz­grza­nej patelni.

Zabiorę cie­bie wła­śnie tam, samo­lot miękko zej­dzie w dół, i mia­sto jak muzyczny super­sam zbu­dzi sześć śpią­cych strun1.

Doko­nało się. Stra­ci­łem rów­no­wagę, tak porząd­nie, i w końcu się wyje­ba­łem, łup­ną­łem poty­licą o nad­gniłe deski. Łeb prze­szył ból, słodki, sło­dziuśki. Znowu byłem w celi, gry­zmo­li­łem tek­sty w zeszy­cie w kratkę. Palec, nie­pi­śmienny git spod Mrą­gowa, który na wol­no­ści wła­snej matce wci­snął nagrzane żelazko w twarz, robił sobie cezara żyletką, żeby zabrali go na oddział. Cezara robiło się tak: ryso­wało się krwawą linię po obry­sie ciała, głę­boką na pół cen­ty­me­tra, taką, by się nie wykrwa­wić, ale by zaju­szyć wszystko dookoła; ryso­wało się ją też po wnę­trzach pal­ców, po każ­dym zgię­ciu, przez punkt mię­dzy odby­tem a jajami. Palec robił cezara, cała cela pach­niała zardze­wia­łym żela­zem, które wycie­kało mu z ciała, a ten drugi ze Ślą­ska, Jajco, co kolegę zabił w dys­ko­tece, zaczy­nał rzy­gać i bła­gał Palca, żeby prze­stał, ale Palec nie prze­sta­wał, a ja pisa­łem, malut­kimi liter­kami, tak by się wszyst­kie słowa zmie­ściły.

Tak­sówką żółtą tak jak Chi­na­town, ruszymy, tłu­miąc pożar serc, w muzykę, która nie zna prawd i kłamstw, ale jest, cią­gle jest2.

A Zmory nie było. Ani pod celą, ani tutaj. Pani Halina, anioł wspa­niały, chro­niła mnie przed jej klą­twą. Sło­dycz jej głosu cero­wała prze­rwaną błonę mię­dzy świa­tami.

Słu­cha­jąc jej, nie musia­łem robić kro­ków, nie musia­łem ni­gdzie biec, nie musia­łem patrzeć w roz­ło­żone karty, nie byłem słaby ani silny, nie było ognia ani wody, dnia ani nocy; wszystko zlało się w całość; gdy śpie­wała, byłem czy­stym byciem, wszystko zgu­bi­łem, to co zakre­ślało kształty, imię nawet.

Hura­gan okla­sków jak burza stu­le­cia, na widowni musiały być tysiące, dzie­siątki tysięcy ludzi, a Opera Leśna już nie była operą, była naj­więk­szym sta­dio­nem, jakimś Wembley. Leża­łem sku­lony do samego rana, w pozy­cji dzie­ciaczka, ssąc kciuk i patrząc na miej­sce, gdzie jesz­cze przed chwilą były jej stopy, w czar­nych, wyso­kich butach na obca­sie. Te buty mógł­bym zjeść z tale­rza, nożem i widel­cem, patrząc jej głę­boko w oczy. Zja­da­jąc kęs ostatni, zeló­weczkę, try­snął­bym.

Nad ranem zro­biło się chłodno. Zwie­rzęta już coś gadały, nagrzana zie­mia ode­tchnęła na kilka sekund. Publicz­ność znik­nęła. To był począ­tek, choć trudno powie­dzieć czego. Nowe karty dalej leżały na swoim miej­scu, roz­ło­żone, wyraźne. Cegła Jack­so­nów wciąż parzyła mnie w udo. Nikt by mi ich nie zabrał, nikt by się nie odwa­żył, choć za jedną dzie­siątą tego pół Sopotu pode­rżnę­łoby mi gar­dło. Coś mnie chro­niło, może Zmora, może karty, może ja sam. Wsta­łem. Wla­złem w las i sze­dłem, sze­dłem, patrząc pod nogi, aż wysze­dłem w Orło­wie, w popo­łu­dnie jesz­cze bar­dziej roz­grzane niż wczo­raj. Czła­pa­łem przez żar, a świat dookoła drżał, budynki zle­wały się w budyn­kową maź, z tej mazi wyod­ręb­nił się Bun­ga­low, ale to jesz­cze nie był czas, by iść do Bun­ga­lowu, jesz­cze nie. Naj­pierw musia­łem się uczło­wie­czyć, bo do czło­wieka dużo mi bra­ko­wało i nawet oko­licz­no­ści prze­sta­wały mnie uspra­wie­dli­wiać.

Lazłem i lazłem, aż zro­zu­mia­łem, że jeśli cze­goś się nie napiję, to zaraz trafi mnie szlag. W pustym i złym skle­pie smutna kobieta stała na tle pó­łek z octem, musz­tardą i bło­tem w pacz­kach, roz­ka­za­łem podać sobie oran­żadę, była cie­pła, ale wypi­łem ją dusz­kiem, cukier oble­pił zdarte gar­dło lepką gazą. Nie zapła­ci­łem, wydarła mordę, chuj w cie­bie, kurwo stara. Lazłem i lazłem, przez Redłowo aż do Śród­mie­ścia, jak­bym wie­dział, gdzie idę, zupeł­nie tego nie wie­dząc. Roz­grzało mnie i zasmro­dziło do tego stop­nia, że zaczy­nały krą­żyć dookoła mnie muchy, jak­bym był cie­la­kiem.

Myśla­łem o sta­rej. Czu­łem, że mi dzię­kuje za wyzwo­le­nie swoje. Czu­łem jej modli­twy do Jezusa do ściany przy­bi­tego. Pro­siła go o opiekę nade mną, osła­bio­nym, wybra­ko­wa­nym Dar­kiem Kin­skim, Dar­kiem, który kie­dyś jadł ludzi, a teraz nie miał siły pogryźć bułki z masłem. Zro­biła to, zanim roz­to­piła się w świe­tle, a dobry Jezus jej posłu­chał. I może ten jej syn stał w czar­nej nocy wśród sza­ta­nów, pod pustą pikietą, cze­ka­jąc na chuja do dupy, bo ona ni­gdy się za niego porząd­nie nie pomo­dliła.

Kamie­nica na Abra­hama była jedną z tych przed­wo­jen­nych, któ­rych nawet ato­mówka nie zdej­mie. Z pół­tora kilo­me­tra od dworca, z ele­wa­cją znisz­czoną w kolo­rze prze­le­ża­łego ziem­niaka. Drzwi na klatkę otwarte na oścież. W środku było parę stopni chłod­niej i umę­czone mię­śnie zaśpie­wały bólem, jak­bym nagle dostał anginy. Skrzynka na listy stała otwo­rem, dziw, że jej jesz­cze nie zerwali i na złom nie zanie­śli, może na zło­mie nie przyj­mują skrzy­nek pocz­to­wych. Drew­niane schody pod sto­pami skrzy­piały i char­czały jak chłop, co zużył wszystko, co miał, i już nie wal­czy, bo w nie­po­sia­da­niu niczego jest spo­kój, na który czeka się całe życie. W Sztu­mie sły­sza­łem tro­chę takich chark­nięć, prze­do­sta­wały się przez ogień i wrzask.

Na drzwiach była ósemka i bar­dzo blade, nama­zane nie­zgrabną ręką K + M + B. Dzwo­nek nie dzia­łał. Zapu­ka­łem, puk, puk. Zanim cokol­wiek się w środku poru­szyło, minął dobry rok.

Dziew­czyna była piękna w spo­sób nie od początku widoczny. Włosy koloru słomy, cien­kie i zmę­czone spły­wały po gło­wie równą linią. Oczy miała pod­krą­żone, wzrok prze­stra­szony, ale pewny. W drob­nych dło­niach wiele było siły, w tych łap­kach małych, kost­kach, żył­kach, odci­skach. Naj­pierw ktoś zro­bił się we mnie głodny, a potem ktoś inny zatkał temu głod­nemu pię­ścią pysk.

Opar­łem się o fra­mugę. Dotkną­łem Jack­so­nów w kie­szeni, jakby były chu­jem.

-?Ewu­nia? -?dobiegł z głębi miesz­ka­nia głos star­szej kobiety.

Dopiero teraz zaczy­na­łem widzieć detale, zgrzebne płasz­czyki i kurtki powie­szone na hakach, kap­cie i łap­cie, kawa­łek meblo­ścianki z Rubi­nem wysta­jący zza drzwi. Że nikt ich na palto jesz­cze nie zro­bił, pomy­śla­łem. A może zro­bił i nic nie ma w tych pal­tach. Gar­nek jakiś na pod­ło­dze, z czymś, co musi jesz­cze postać, ale jak postoi, to każdy zamlasz­cze.

-?Ewu­nia?

-?Marek jest może? -?zapy­ta­łem, po czym poka­za­łem sie­bie samego ręką. - Prze­pra­szam za mój stan ogólny. Jest nie­cie­kawy, ale może się zmie­nić.

Ewu­nia znik­nęła w głębi miesz­ka­nia. W kory­ta­rzu poja­wił się Marek. Wbrew dekla­ra­cji zdzi­wiony był, że się tu zja­wiam. Ręce o spodnie ocie­rał. Pod­szedł do mnie, ręce ocie­rał o spodnie, zacie­ka­wiony, jakby mnie widział pierw­szy raz.

Powie­dzia­łem nagle, tknięty olśnie­niem:

-?Sły­sza­łem, że loka­tora na pokój szu­ka­cie.

-?Skąd? -?zapy­tał.

-?Z ogło­sze­nia.

-?Z ogło­sze­nia. -?Poki­wał głową, po czym odwró­cił się w stronę kuchni:

-?Matka, dawa­łaś ty jakieś ogło­sze­nie?

Nie wie­dzia­łem, skąd mi się to wzięło. Może ze snu. A może wyczy­ta­łem to z kory­ta­rza, z kształtu miesz­ka­nia. A może poczu­łem nagle, że muszę tu być, za wszelką cenę. Poczu­łem zapach Ewuni.

Pogrze­ba­łem w kie­szeni, jak­bym zapa­łek szu­kał, odkle­iłem jed­nego Jack­sona od cegły, wycią­gną­łem i roz­pro­sto­wa­łem go w powie­trzu. Zatań­czyło Marecz­kowi w oczach, no jak­żeby nie.

Zna­łem takich jak on, pełno ich było tam, gdzie się wycho­wy­wa­łem. Nie­jed­nego takiego ska­le­czy­łem, z łatwo­ścią, jak­bym chleb masłem sma­ro­wał. Żyłem jak zwie­rzak, czoł­ga­łem się albo bie­głem na czwo­ra­kach, uja­da­łem i war­cza­łem. Jadłem tylko to, co upo­lo­wa­łem, wię­cej nic. Byłem brudny i zaro­śnięty i wszystko pach­niało mi krwią, i nie ist­niało nic, czego nie roz­wią­za­łyby nóż, cegła, zęby, pięść, i tylko wyglą­da­łem jak czło­wiek.

Zlewa się. Spływa. Jestem raz tu, raz tam. To w jed­nym cza­sie, to w dru­gim. Tak naprawdę to wciąż jestem w piw­nicy, naprze­ciwko Kre­dziaka, który myśli, że daje mi wybór.

Co do ska­le­czeń. Był jeden taki, nawet podobny do Mareczka, tylko silny. Łapy miał kamienne, podobno przy wyrę­bie pra­co­wał. Chciał, żebym dla niego bie­gał tu, latał tam, przy­no­sił mu to, odda­wał tamto. Nie żebym han­dlo­wał czymś dla niego, tylko mu słu­żył. Do tego był pedry­lem, ale takim wkła­da­ją­cym. Mnie też chciał wło­żyć sisiora. Myślał, że jestem zabawką, małą lalą. Pełno było zbo­czeń­ców. Odma­wia­łem im, odga­nia­łem. Raz jeden oto­czyli mnie w bra­mie jego kla­kie­rzy, a on pod­szedł do mnie z kawał­kiem szkła w ręku i chciał wymu­sić posłu­szeń­stwo.

Dla­czego o nim myślę? Bo podob­nego wąsa miał?

Łeb mi pstryka iskrami, prze­grzany skro­bie dziwne bajki. Marek z Hor­texu. Ten tutaj, ułan. Tam­ten tam, na podwórku. Kre­dziak, teraz. Sztum, kory­tarz. Ogień. Tań­czy to wszystko, tań­czy jak ta piękna dama z pio­senki Jan­ta­ro­wej, dama, co znów tań­czy sama w roz­klo­szo­wa­nej spód­nicy, gorą­cej jak kape­lusz ato­mo­wego grzyba.

-?Marek, to za pół roku jest. I obiad będę chciał, jak będę w domu - mówię i wycią­gam dru­gie dwa­dzie­ścia. -?Za pół roku -?powtó­rzy­łem. - Prze­cież się znamy. Kole­dzy jeste­śmy.

Dał krok w tył. Zły się zro­bił.

-?Żadni kole­dzy, nie znam cię. Ty głupi jakiś jesteś. Nie mamy żad­nego pokoju. Ty bre­dzisz, czło­wieku.

-?O co ci cho­dzi? Do Hor­texu do cie­bie przy­sze­dłem, do pracy.

Pil­no­wa­łem się, by nie zawar­czeć na niego. Coś kazało mi go ugryźć. Coś mi go pod­jeść kazało.

To, co się z czło­wieka odgry­zie i odpluje, potem w ogóle nie przy­po­mina ludz­kich czę­ści. Wygląda jak okrawki z mięsa. Bo tym wła­śnie jeste­śmy. Sumą okraw­ków.

W kory­ta­rzu poja­wiła się zmę­czona kobieta w far­tu­chu i aż podzię­ko­wa­łem jej za to bez­gło­śnie, bo męczyło mnie już sta­nie na klatce, męczyło mnie to cuch­nię­cie, z nogi na nogę prze­stę­po­wa­nie.

-?Dawała mama jakieś ogło­sze­nie, że pokój jest do wyna­ję­cia? -?zapy­tał Marek.

W prze­ci­wień­stwie do niego stara miała oczy i od razu zoba­czyła czter­dzie­ści dola­rów.

-?Dawa­łam -?odpo­wie­działa.

-?Gdzie mama dawała? -?drą­żył dalej, cym­bał.

-?W dupie na słu­pie. Wej­dzie pan. -?Mach­nęła ręką.

Wsze­dłem. Wycią­gną­łem dłoń.

-?Kin­ski jestem. Darek Kin­ski.

-?Wanda Kunicka. -?Wycią­gnęła swoją.

Podo­bał mi się ten uścisk, taki rów­nego z rów­nym. Czyli młoda to jej córka, pomy­śla­łem, po niej ma te silne dło­nie, a Marek z Hor­texu to tylko zięć, doczepka taka. Może nawet jesz­cze narze­czony, bo nie widzia­łem obrączki na palcu ani u niego, ani u niej.

Jasno było w tym miesz­ka­niu, jasno, ale nie gorąco. I słońce nie ośle­piało. Było dobrze, było tak jak trzeba. Trzy­ma­łem Jack­sona w dwóch pal­cach, jak bilet, i tak wła­śnie go do Wandy Kunic­kiej wycią­gną­łem - jak bilet do kon­duk­tora w pociągu. Popa­trzyła mi uważ­nie w oczy. Zasta­na­wia­łem się, czy coś tam zoba­czy. Nie zoba­czyła wszyst­kiego, bo ina­czej cof­nę­łaby się i kazała wyjść. Mło­dzi pocho­wali się po poko­jach, zosta­li­śmy na kory­ta­rzu we dwójkę. Na jed­nej ze ścian wisiał Jezus, taki, jak u sta­rej, ale ściana była czy­sta, biała, nie­dawno malo­wana, wszystko tu było czy­ste, uczciwe, zadbane.

-?Jezus powie­dział, żeby przy­jąć każ­dego. -?Poka­za­łem na typa pal­cem.

-?A co pan takiego ban­dytę z sie­bie robi? -?zapy­tała, wzru­sza­jąc ramio­nami. Były w tym grzecz­ność i spo­kój.

W życiu nic tej kobi­cie nie zro­bię, pomy­śla­łem.

Znik­nęła w głębi miesz­ka­nia, zosta­wia­jąc mnie samego, ale wró­ciła szyb­ciej niż jeden dobry oddech. W lewej dłoni miała ręcz­nik, sprany, ale czy­sty, w pra­wej kostkę mydła. Sta­nęła z tym przede mną, tak jak teraz Kre­dziak z nożem i blo­kadą. Ja wciąż trzy­ma­łem w pal­cach Jack­sona.

-?Marek! -?zawo­łała. -?Pan to taki z roz­miaru do cie­bie podobny, daj mu jakieś por­tki i koszulę.

Marek coś tam fuk­nął w odpo­wie­dzi, ale ona zro­zu­miała to fuk­nię­cie.

-?A kto ci te por­tki pie­rze i ceruje, co? -?zapy­tała. Bo jak się z kimś żyje w jed­nej cha­łu­pie, to się roz­czyta każde pierd­nię­cie.

-?Schowa to pan na razie -?poka­zała na Jack­sony w moich pal­cach -?potem będziemy o pinią­dzach gadać.

-?Niech i tak będzie -?odpo­wie­dzia­łem.

-?Niech i tak będzie -?nie powtó­rzyła po mnie, tylko powie­działa swoje.

Poczła­pa­łem do tej być może pierw­szej czy­stej łazienki, w któ­rej w życiu się myłem, pierw­szej, w któ­rej nie śmier­działo, pierw­szej, do któ­rej nie miały wstępu żadne zmory czy szczury. Nala­łem ukropu do wanny, wla­złem do środka, parzyło mi skórę, wyobra­ża­łem sobie, jak ta skóra odłazi, i sam zaczą­łem ście­kać, wyobra­ża­łem sobie, jak się wydłu­żam, roz­cią­gam, zamie­niam w kro­plę smaru, żywicy jakiejś, pomy­śla­łem, że można mnie w nie­skoń­czo­ność roz­cią­gać, do nie­wi­docz­nej nitki takiej, ale ni­gdy nie pęknę, ni­gdy, i ostat­nie, co usły­sza­łem, to jak gadają na kory­ta­rzu, jak Marek mówi, żeby zapu­kać, bo co ja tam tyle robię, a pani Wanda odpo­wiada:

-?Daj czło­wie­kowi odpo­cząć, daj mu się umyć, widzia­łeś, jaki tu przy­szedł, bądź czło­wie­kiem, Marek, bądź ludzki.

Kino Bambino

Gdy cię katują, przy­cho­dzi taki jeden cios, który jest gra­niczny. Ciało się przy­zwy­czaja, skóra zamie­nia w sko­rupę, ból prze­staje robić wra­że­nie. Nie ma reguły, który to jest. Nie ma co liczyć. Cza­sem piąty, cza­sem pięć­dzie­siąty. Zawsze przy­cho­dzi taki cios. To zna­czy, zawsze przy­cho­dził. A teraz, dziad jeden, przyjść nie chce.

To nie tak, że mnie pierw­szy raz napier­da­lają. Ani drugi, ani trzeci. Ale tym razem jestem słab­szy, krót­szy. Prze­cwe­lony przez demona. Pięć lat temu byłoby ina­czej. Pięć lat temu wyjął­bym mu ten pręt z ręki jak nóż z łapki dziecka. Roz­bił­bym mu łeb niby surowe jajko. Zresztą pięć lat temu to Kre­dziak w ogóle by tego nie zro­bił. Nie przy­szłoby mu to do tego dur­nego Kre­dziakowego łba.

-?Biorę twoją siłę -?powie­działa.

-?A co musiał­bym zro­bić, gdy­bym chciał ją odzy­skać?

-?Coś, na co nie masz siły -?zaskrze­czała.

Nie tylko siłę mi zabrała, nie tylko krew. Zabrała mi god­ność. I jakby ciało pękało, ale nie pęka. Choć może jed­nak pękło niby drzewo? Jakby rysa taka szła, pęk­nię­cie przez cały pień.

Tak mnie urzą­dziła.

-?No nie­stety, Darek.

Jakby w ścianę ude­rzyć kulą do wybu­rza­nia. Kulą w ścianę ciała. Ściana ciała się roz­pada na poje­dyn­cze cegły. A po chwili to już trudno o porów­na­nia, słowa się gubią, od każ­dego ciosu odpada ogromny płat. Po każ­dym cio­sie robię się zdzi­wiony, że jesz­cze coś sły­szę i czuję. No i nie tylko ja jestem zdzi­wiony.

-?Ty, pa go, nie zemdlał jesz­cze -?mówi Balon.

Nikt nie zemdlał. Za to ktoś krzy­czy. Chyba ja. Tak, to ja sobie krzy­czę.

-?No, Darek, wszyst­kich wysta­wi­łeś.

On tak chlasz­cze, ten pręt. Chlasz­cze i klasz­cze o ciało. Ubija je jak kurwa kotleta.

-?Nikt nie rozu­mie.

Chlast.

-?Nikt cię nie rozu­mie, Darek.

Chlast.

-?Nikt cię, kurwo, nie rozu­mie.

Chlast.

-?Ale już nikt nie chce się tobą zadzi­wiać.

Chlast.

-?Szkoda czasu.

Nie wiem, ile razy wal­nął, bo już nie mam ciała. To, które mia­łem, słabe i zepsute, leży na pod­ło­dze, zgnie­cione jak szmata. Ten niby ja, no nie, to jed­nak nie jestem ja. Z każ­dym cio­sem opusz­czam samego sie­bie coraz bar­dziej.

-?Ty weź uspo­kój się tro­chę, zabi­jesz go. -?To chyba głos Balona.

-?Widzisz, Darek? Sam żeś to sobie zro­bił. Sam się teraz napier­da­lasz. Sam się katu­jesz, chło­pie. Taka jest prawda.

Ja nic nie widzę. Czer­wone widzę tylko. Wiel­kie Wszystko Czer­wone.

Głos Kre­dziaka dobiega spod wody, z samego dna Bał­tyku. Kre­dziak sie­dzi tam ski­trany, w pod­ziem­nej gro­cie. Mówi przez mikro­fon scho­wany w wiel­kim dor­szu. Głos nie jest gło­sem, jego głos to wodne echo. Głos Balona docho­dzi z jesz­cze więk­szej dali, bo Balon sie­dzi u Kre­dziaka w dupie.

-?Ej, Kre­dziak. Styk­nie mu.

-?Ryj.

-?Kre­dziak, weź.

-?Ryj, powie­dzia­łem.

Gotuje mi się to ciało w środku, gotuje od gorączki. Ból powi­nien prze­stać już robić na mnie wra­że­nie, no ale dalej robi. Nie przy­cho­dzi z zewnątrz, tylko wypływa z ciała. Ści­ska to ciało jak wiel­kie ima­dło.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki