Jabłka
Podobno człowiek dostaje świadomości nagle, jakby go szlag trafił. Jest
sobie dzieciaczkiem-purchlaczkiem, śmiga jak maszynka, automat taki.
Czołga się, gada coś. Ślina mu leci, przeciek ma z każdej dziury.
Srający chlebek, resoraczek taki. I nagle cyk, otwiera mu się główka.
Wpada do środka taki promyk, olśniewa go. Nic nie miał w łapce, a teraz
w łapce ma jabłko, zerwane z Drzewa Poznania. Dzieciaczek-resoraczek
bierze jabłko do łapki, zbliża do buzi. Niuch-niuch. Liz-liz.
Dziewczynka. Chłopaczek. Szamę je sobie. Am-am. Chrup-chrup.
Szamę je i nagle stoi po kostki w błocie przed piękną złotą bramą.
Rozumie, że będzie człapał przez to błoto bardzo długo, może większość
życia. I rozumie, że ten portyk złoty, przepiękny, to są drzwi do
Prawdy.
Ja dostaję takich rozbłysków od czasu do czasu. Po każdym inny trochę
jestem. Po każdym jestem bardziej Darkiem. Pierwszy raz, jak ojczym
stanął w drzwiach do kuchni i zrozumiałem, że teraz idzie po mnie.
Ojczym to taki ojciec zamiast ojca, a to nie był żaden ojciec, tylko
parch najgorszy, co wkładał w matulę. Stanął w drzwiach do kuchni, a ja
wszystko zrozumiałem. Wszyściuteńko. Skoro ojczym tak oprawił matkę, a matka była duża, nawet większa od ojczyma, to co on zrobi mnie, skoro
jestem taki maluśny? Coś, czyli ojczym, jest większe, coś innego, czyli
ja, jest mniejsze. Coś, czyli ojczym, jest silniejsze, a coś innego,
czyli ja, jest słabsze. Jest coś jeszcze, coś trzeciego, czyli matka,
która leży za ścianą i może żyje, a może nie. Czyli rzeczy się różnią.
Wielkością. Siłą. Życiem. Jedną z tych rzeczy jestem ja.
Liz-Liz. Am-am. Chrup-chrup.
Drugi raz mnie olśniło parę lat później. Przyjmijmy, że to będzie nasz
właściwy początek historii.
Nie jestem już małym bąblem. Ale nie jestem też duży. Jestem średni
taki. Nie jestem już małolat, dorosły ze mnie facet, konkretnie dorosły.
Jestem sobie taki i siedzę w samochodzie.
Jest teraz.
Muszę zacząć od tego, że jestem spokojny. Zostały tylko dwa wyjścia.
Już nic nie mam, już wszystko zrobiłem. Teraz musi się dokonać to, co
zapisane.
Albo kurwa mi wszystko odda, albo pójdę na wieczne zatracenie.
Ten samochód to BMW, czarne jak czarci stolec, BMW M5 E34 z 1990 roku.
Czyli z tego roku, w którym właśnie jesteśmy. Kredziak buchnął je w Hamburgu, Niemiec może dwa tygodnie pojeździł sobie. Chuj w dupę temu
Niemcowi, jak każdemu Niemcowi.
Siedzę w samochodzie Kredziaka i jestem spokojny. Oblany tym spokojem
niczym słońcem, prawdziwym takim, nie farmazońskim, co właśnie świruje
zza chmur. To słońce na niebie to jakiś chuj doczepił, wisi tam
nielepsze od gwiazdy z celofanu na bidulowej choince. A ja wtulam się w śmierdzące cyce Boga. Właśnie teraz, gdy jedziemy na Chylonię.
Bo wreszcie wyruchałem diabła.
Myślała łajza, że mnie nie ma. Że przekręciła przekręta. Że spacyniła
Darka na ludzika swojego. Chuj ci na imię, kreaturo straszna. Pies jebał
twój ród.
Może i mam kłopoty. Może dostanę średniowieczny wpierdol. Może żywcem z tego nie wylezę. Ważne jednak, że Darek Kinski nie pójdzie do ziemi
cweliskiem.
Właśnie po prawej minęliśmy Kino Promień i jedziemy w stronę dworca. Ale
ja wiem, że Kredziak zatrzyma się w centrum, przed jednym z bloków przy
Chylońskiej. Zatrzyma się tam, bo ma klucze do piwnicy. I ludzie będą
słyszeć, że Kredziak jest w piwnicy, ale nikomu do pustego łba nawet nie
przyjdzie, żeby zejść tam i się spruć. Niektórzy trzymają w piwnicach
rowery, inni słoiki, a inni ziemniaki. Kredziak dzieli się swoją
piwnicą, nie jest jej jedynym królem. U Kredziaka mieszka Strach.
Wprosił się i siedzi, nie płacąc komornego.
-?Musimy pobajerzyć, Darek -?mówi Kredziak.
Już to raz powiedział, jak mnie zgarniał.
Już wszystko rozumiem, wszystko wiem.
Niuch-niuch.
Chrup-chrup.
Gdy byłem dzieciaczkiem małym, to inne dzieciaczki szeptały sobie bajdę
o diable, który jeździ w wielkim czarnym samochodzie i porywa
dziewczynki i chłopców nie wiadomo gdzie. Nigdy nie wracają, wylosowali
jabłko z czarnym robakiem, zły anioł ich pocałował, no trudno się mówi.
Ta czarna fura, to można ją poznać, niektórzy mówili, bo ma rogi zamiast
lusterek wstecznych. Krąży i krąży, jak się ją zobaczy, trzeba się
przeżegnać, ale odwrotnie, i opluć sobie samemu buty, i powiedzieć
apage satanas, ale od tyłu. I pamiętam, że zapytałem jednego, takiego
rudego Żukrowskiego, czy powiedzieć całość od tyłu, czyli sanatas
egapa, czy każde słowo od tyłu, czyli egapa sanatas. Rudy Żukrowski
nie wiedział. Idź się dowiedz, kurwo ruda, powiedziałem. Idź się
dowiedz, jaka to jest marka tego auta, czy to jest Wołga, czy to jest
Syrenka, czy to jest Trabant, czy Duży Fiat. Idź się dowiedz tak,
żebyśmy mogli przed tym diabłem się schować. Pała bita. Jak nie wie, to
po co gada?
A potem i tak się zamknął, gdy się w końcu dzięki mnie najadł. Ale o tym
później.
Chrup-chrup.
Hyc-hyc.
Teraz patrzę na lusterka wsteczne Kredziaka. Nie są rogami, nigdy nie
będą. Kredziak chciałby być diabłem. Marzy sobie o tym, tak jak Wojtek
marzył, by zostać strażakiem. I tak jak Wojtek, Kredziak to sobie może
sikawę potrzymać.
Mija dworzec powoli. Siedzi na fotelu pasażera, prowadzi Balon, jego
żołnierz. Ja myślę, że Balon to cwel Kredziaka, ale chowam te
przypuszczenia dla siebie. Balon jest spuchnięty, paskudny, cały czas
żre, bo cały czas łyka metanabol, ruski steryd taki, co go przed
olimpiadą w Moskwie sztangiści brali. Niedługo wszystkie chłopaki będą
jak Balon. Przekonani, że są z betonu, a będą z budyniu.
Kredziak ma na palcach sygnety z białego złota. Gdy bębni palcami o deskę rozdzielczą, te sygnety klikają o siebie w sposób, który jest
nawet przyjemny. Jakby wstęp do piosenki jakiejś takiej rozmarzonej.
Myślę o dźwiękach i piosenkach, bo w takich sytuacjach ucieka się
myślami w różne sprawy. Te dzieci, które porwał szatan swoim czarnym
autem, też nie myślały, gdzie właściwie jadą z tym szatanem ani co się
stanie.
One myślały o tym, czy jak wrócą na wieczorynkę, to im matka da chleba z patelni posypanego cukrem.
Ale szatan to szatan, a Kredziak to tylko Kredziak.
O tym, co mieszka u niego w piwnicy -?Strach, potworny mąż Zmory -?nie
ma tak naprawdę pojęcia. Wywoływanie demonów to nie żarty.
-?Nie jesteś dzieckiem, Darek -?mówi nagle Kredziak, jakby umiał czytać
w myślach. Ale Kredziak nie umie czytać w myślach, on w ogóle nie umie
czytać.
Jak poszedłem do ZOMO, to były tam same Kredziaki. Zęby zepsute od
urodzenia. Na bakier z literami, na bakier z myślami. Pięty by im
jechały, nawet jakby miesiąc je pumeksem szorowali. Ludzie onuce.
Ale skoro tak, to kim ja jestem, tu, na tylnym siedzeniu?
-?Stary jesteś chłop, Dario. Ile ty masz lat? Trzydzieści?
-?Nie mów do mnie tak. Mówiłem ci. Nie mów tak.
-?To jak mam mówić?
-?Ja Darek mam na imię. Przecież wszyściutko wiesz, Kredziak.
Wszyściuteńko.
-?Darek, Dario, jeden chuj, powiem ci, w tej sytuacji. Niech ci będzie.
Czy ty wiesz wszyściutko, Darek?
-?Tak do końca to nie wiem, co wiem, Kredziak. Ty wiesz, co wiesz?
-?Nie czaruj, za mądre te zdania i jak na ciebie, i na te okoliczności -
zwraca uwagę Balon.
Może słusznie. Bo okoliczności są bardzo przykre. Mogło być lepiej. Ale
jest jak jest.
Wyobrażam sobie wszystko, co Kredziak może mi zrobić. Nie boję się
niczego, a i nic z tego, co Kredziak zrobi, nie będzie szczególnie
finezyjne. Kredziak nie wie zbyt wiele. Jakby coś kiedyś przeczytał, to
może by się zainspirował, na przykład średniowieczem. Ale jak już
mówiłem, czytać Kredziak nie umie. Nie wie, że można być okrutnym w taki
sposób, w jaki maluje się malunki albo pisze wiersze. Kredziak lubi
słyszeć, jak ludzie krzyczą i proszą, choć nie podoba mu się sam dźwięk.
Podoba mu się, że w konsekwencji dostanie pieniądze. Kredziak ogólnie
jest chudy, nerwowy, rozdygotany taki. Szopę czarnych kudłów ma na łbie,
ulizaną na Beatlesa, z grzywką. Rozgląda się ciągle, jak jaki szczur.
Myśli, że w końcu tyle pieniędzy będzie miał, że mniej nerwowy się
zrobi. Jak każdy debil.
Robi mi się dziurka w głowie i przez tę dziurkę wpada światło. Światło
pokazuje prawdę. Od prawdy podobno zawsze najpierw jest głupio i wstyd.
Prawda jest taka, że jestem tu, gdzie jestem, z powodu długiego pasma
pomyłek. Największą było dać się zrobić diabłu.
A konkretnie upiorzycy.
Oczywiście, kto kogo przekręcił, to się właśnie okazało.
Ale udało się kurwisku, na długi czas.
Kredziak zatrzymuje BMW pod blokiem przy Chylońskiej, dokładnie tam,
gdzie się spodziewałem.
-?Wysiadaj, Darek -?mówi. Udaje kogoś, kto nie chce tego, co się stanie,
kto został zmuszony przez okoliczności. Źle udaje. Kredziak nie umie
udawać. Gdyby zdjął buty, smród jego wieśniackich gir poczuliby aż w Rumi.
Wysiadam. Stoję pod autem Kredziaka, wdycham powietrze pełne węgla i uranu, i plastiku jeszcze, tak, tego plastiku jest coraz więcej,
roztopionego; to powietrze może mnie zabić szybciej niż Kredziak, no ale
Kredziak nie chce oddać pola powietrzu i popycha mnie do przodu. Otwiera
drzwi na klatkę, tak po prostu. Może i były zamknięte, ale co to dla
Kredziaka. W środku wali zupą pieczarkową i słodkim kiblem. Jakby
smarowali te ściany szambem, a potem cukrem, jakby wierzyli, że im to
zdrowia i życia doda. Metalowa skrzynka na listy wisi na jednym
gwoździu, jakimś cudem nie spierdoliła się jeszcze na ziemię. Z piwnicy
wyłazi gruby kot, lokaj Strachu, jego odźwierny. Balon chce kopnąć kota,
ale Kredziak go powstrzymuje, łapie za ramię. Warczy na Balona, że chyba
go pojebało. To niefart kopać koty. Tyle Kredziak wie. Ktoś głośno gada
w mieszkaniu na parterze, stara baba jakaś. Kredziak sonduje drzwi,
jakby się zastanawiał, czy wjechać tam z buta i dać jej w mordę.
Rezygnuje i idzie w dół piwnicy, w ciemność, a ja idę za nim.
Tup, tup. Schodzimy sobie w ciemne ciemno. Schodzimy sobie w Strach. Kot
już gdzieś polazł, podreptał sobie. Zrobił swoje. Czym jest Strach?
Mężem kurwy Zmory, to po pierwsze. Ale myślę sobie coś innego -?że jest
takie coś, co dzieje się we mnie, i co ja sobie kojarzę ze słowem
strach, co ja sobie tak nazywam, ale może wcale strachem nie jest. W sensie takim, który czują ci normalni ludzie, ci, co się boją.
Kredziak zapala małą latarkę, taką latarkę, która nazywa się Kora i która ma wmontowane różnokolorowe szybki, więc można mieć w efekcie
światła w różnych kolorach, czerwone, niebieskie, zielone. Ale Kredziak
wybiera to białe.
Białe światło wydobywa z ciemnej ciemności wąski korytarz i zbite z desek drzwi do kolejnych komórek. Nie idziemy jednak do żadnej z tych
komórek, tylko dochodzimy do końca korytarza, skręcamy w prawo i tam
jest większe pomieszczenie, niepasujące, jakby zrobione specjalnie dla
Kredziaka. Słyszę za plecami ciche pstryknięcie, to Kredziak zapala
światło, zawieszona pod sufitem goła żarówka pokazuje mi to królestwo, w którym mieszka Strach, piwniczną izdebkę wielkości trzech lub czterech
złączonych komórek. Przy ścianie widzę półki z nieoheblowanych desek, na
nich przeróżne szpeje, piłki, klucze francuskie, śruby, stacyjki
wykręcone z samochodów, pod ścianą kołpaki, felgi, drachy, szyby. Sprawy
i śmieci z aut przywłaszczania, magazyn taki, a może i kolekcja. Stół
roboczy z imadłem i lutownicą, przy którym Kredziak albo jakiś jego zuch
skleca gzymsy i inne instrumenty złodziejskie. W rogu, obok tego stołu,
bezkształtna bryła ze szmat i kartonów, jak cień tego pokoju, jego
spust. Może tam Strach sobie śpi, na tej kupie gówna. Może tam sobie
odpoczywa.
Śni sobie.
O czym śni Strach?
-?Darek.
-?No tak mam na imię, Kredziak -?potwierdzam.
-?Nie rób sobie z nas jaj -?rzuca Balon.
-?Dajcie się chociaż pośmiać, panowie -?odpowiadam. -?Przecież to i tak
nic nie zmieni.
Kredziak odwraca się i podchodzi do tej góry śmiecia w rogu pokoju, coś
stamtąd bierze.
Chudy jestem. Nie fabrycznie chudy, jak Kredziak. Niedożywiony jestem.
To wina Zmory. Oszukiwała mnie od początku. Wmówiła mi, że jest moim
jedynym wyjściem. Że bez niej umrę. Że Górniak i reszta otworzą mnie
lekko jak owoc jakiś, arbuz, który tylko pozoruje twardość, czerwonej
wody pełen.
Przebiła tę błonę, co świat ludzi odgradza od koszmaru. Przekłuła ją
pazurem, jak rajstopę. Wlazła do środka, usiadła na mnie, wyszczerzyła
mordę i zrobiła mnie w chuja. Tu można byłoby skończyć. I może właśnie
tu skończymy.
Kredziak wraca, trzyma w łapach dwa przedmioty, dzierży je dzielnie, jak
król na obrazie insygnia władzy. Pokazuje mi je, żebym widział bardzo
wyraźnie. Jeden przedmiot jest prosty, drugi bardziej złożony.
-?Sytuacja jest bardzo niewygodna dla wszystkich.
-?Sytuacja już nikogo nie dotknie. Już jest po sytuacji.
-?Nie dotknie? Nie dotknie, Darek? Wszystkich nas dotknęła.
-?Najbardziej klechę grubasa skurwysyna -?śmieję się.
Ale Kredziakowi nie jest do śmiechu.
-?Wiesz, ile pieniędzy Frycowi ostatecznie straciłeś?
-?To dlaczego ja z Frycem nie rozmawiam?
-?Bo Fryc ze śmieciami nie gada.
I to jest może najbardziej przykre w tym momencie, najbardziej bolesne.
Że wszystko, co Fryc mówił, całe to braterstwo fałszywe, co przede mną
deklarował, te pokoje swoje sekretne, do których mnie zabrał -?takim
samym było zrobieniem w trąbę, takim samym farmazonem.
Ten prosty przedmiot -?Kredziak trzyma go w lewej ręce -?to nóż, motylek
taki, brudnawy, ale doostrzony, widać to nawet w tym słabym świetle.
Ten złożony przedmiot to długa metalowa rura, czarna cała, śliska od
smaru, a przez to lśniąca jak wąż, z plastikowym rozwidleniem na jednym
końcu i drewnianą rękojeścią na drugim. Kredziak dzierży ją mocno,
ściska tę rękojeść, jakby bał się, że rura sama wysunie mu się z dłoni i pierdolnie go w łeb. Od rury odchodzi z jednej strony druga, krótsza,
zagięta, z drugiej wystaje taki mały cycek. Po chwili łapię, że ten
cycek to zamek. Blokada do kierownicy, żeby ci auta nie pierdolnęli.
Aha. To tak to. No dobrze.
-?Ja jednej rzeczy nie rozumiem, Darek. Jak chłop, co w Sztumie z gadami
jechał jak z kurwami, co podpalił własną celę, zachowuje się teraz jak
jakieś frajerzysko?
-?Frajerzysko -?powtarzam po nim.
-?Tak, frajerzysko, co dzieci sprzedaje.
-?Dzieci sprzedaje -?powtarzam.
-?Przecież nam ta kurwa wszystko powiedziała.
-?A ty, Kredziak, na honor bandycki przysiągłeś, że jej nic nie zrobisz.
Niechętnie, ale przytakuje. No przysiągł. Podchodzi do mnie. Zbliża się.
Że niby zmięknę, że się ugnę. Ja mu na to, trochę dla bajeru:
-?Ciekawe, co klecha powie, jak się ocknie. Kto tam wlazł do niego i go
tak urządził. To nie był frajer przecież, co, Kredziak? Może to ty
byłeś? W końcu ty gitem jesteś.
Za głupi jest na takie teksty, widać po nim, że mu czapka szwankuje. Nie
wie teraz, czy ma się obrażać, czy puszyć.
-?Wiesz, co ci powiem, Darek? Ja podobnego nauczyciela w szkole do
ciebie miałem. Mariana takiego dziwnego, chudego. Do dziewczynek
podchodził na lekcji i je czesał własnym grzebieniem. Coś zepsutego w nim było, spleśniałego. I w tobie też to jest.
Co mam odpowiedzieć na tę Kredziakową analizę? Wzruszam sobie ramionami
i tyle. Niech gada dalej.
-?To, co się stało, jest tylko przez ciebie. Gdańszczaku, pojebie
pierdolony. Hycle powinny być dla takich wariatów jak ty. Ściągać ich z ulicy i od razu na Srebrzysko w kaftan.
Czym jest to, co ja sobie nazywam Strachem? To takie pieczenie w brzuchu, i do tego jakby ktoś wsunął palec do tyłka. To pewna
przyjemność, dziwna i dzika, więzienna taka. W gardle robi się sucho.
Trochę stoi kutas, tak do połowy. Jak przy babie, ale brzydkiej. Albo
przy cwelu.
Niektórzy, gdy się boją, chcą uciekać. A ja nigdy nie chciałem.
Nawet gdy ojczym do mnie szedł, jak już oprawił matulę, to nie
uciekałem. Jak stanął w drzwiach i ściągnął portki.
Puk-puk, jeb-jeb, chrup-chrup.
Ojczym stał przede mną, ja byłem mniejszy, on był większy, ale się nie
bałem. Rzeczy różnią się od siebie. Można być większym i mniejszym.
Można być grubszym i chudszym. Silniejszym i słabszym. Ale żadna różnica
o niczym nie przesądza.
-?Jakbyś robił normalnie, jakbyś był normalny, jakbyś nie wpadał na
pomysły, przez które wszyscy mają kłopoty, to byś wyszedł na swoje,
Darek.
-?Głupi jesteś -?dodaje Balon.
Balon robi wszystko to, co Kredziak, jest jego echem smrodliwym;
Kredziak gada, Balon powtarza, Kredziak siedzi, Balon siedzi, Kredziak
wstaje, Balon wstaje, Kredziak piardnie, Balon wącha.
-?Ty myślisz, Darek, że jesteś jak worek z zagadkami. Ale prawda jest
taka, że jedyną zagadką o tobie jest to, że jeszcze ciebie nie
skaleczyli, tak fest ostatecznie -?bredzi dalej Kredziak. Podkręcił się,
coraz głośniej gada.
Myśli sobie, że wyrok na mnie wydaje. Chuja jednak on wie, chuja psiego
i śmierdzącego, o skaleczeniach moich.
Można być mniej lub bardziej honornym. Można być większą lub mniejszą
kurwą. Ale to jeszcze o niczym nie świadczy.
Kredziak, głupek z nogami śmierdzącymi, on by dostał widelec do dupy
pierwszego dnia. On nie ma pojęcia, co tam się zadziało. On sobie tego
nie potrafi w ogóle zobrazować w głowie.
Ojciec stał przede mną, tak jak Kredziak teraz. Matula za ścianą
najpierw w ogóle nie wydawała dźwięku, a potem wydała jeden jedyny,
jakby głodny kot zajęczał.
-?Darek, co ja będę gadał. Paskudnie wyszło. Raz, że nakradłeś. Dwa,
gorzej, że sprowadziłeś na nas nieszczęście.
-?Tobie się mój pomysł spodobał.
-?Darek, ja już nie chcę tego słuchać. Masz wybór.
-?W sensie Fryc tak powiedział, żeby mi dać wybór?
-?A jakie to ma znaczenie, Darek? Ważne, że masz wybór. Ciesz się,
niektórzy nie mają.
-?Bandycki.
-?Tak, bandycki.
Różnice są pozorne. Nie wszyscy silni są tak samo silni, nie wszyscy
słabi są tak samo słabi. Nie wszyscy silni i słabi są tacy cały czas.
To, że wszyscy idą w to samo miejsce, czyli do ciemnego grobu, nic tu w ogóle nie upraszcza.
Pac-pac. Człap-człap.
-?Dostaniesz kosę, szybką, w kichę. Może się wykrwawisz, może nie.
Wiem jedno. Jestem osłabiony, zdradzony. Jestem wątły. Zmora zabrała mi
wszystko. Mam jedną czwartą krwi, tyle tylko, by powłóczyć nogami,
jedzenie sobie do mordy włożyć. Ale nigdy, przenigdy, nie miałem ochoty
uciekać.
-?Albo dostaniesz oprawę blokadą. Dwieście razy. Wszędzie, tylko nie po
łbie, wiadomo, bo od jutra wracasz do roboty i lepiej, żeby nikt się
ciebie o nic nie pytał, prawda? No i to, co jesteś mi krewny, to jeszcze
dziesięć procent więcej.
Ojczym stał wtedy w drzwiach, a ja miałem coś w ręku. Bo gdy mnie
włączyło, gdy chrupnąłem sobie jabłuszko poznania, to pierwsze, co
zrobiłem, to wziąłem coś do małej łapki. Coś małego, co leżało obok.
Nawet nie popatrzyłem. Po prostu wiedziałem, że tam jest.
-?Chodź tu -?powiedział ojczym.
-?Chodź tu -?odpowiedziałem, niby go małpując. Ale nie małpowałem wcale.
Kredziak waży w dłoniach te przedmioty. Podnosi raz nóż, raz blokadę.
Raz blokadę, raz nóż. Nóż będzie szybki, ale nie wiadomo, jak głęboko
wejdzie, nawet Kredziak nie wie. Tak jak gada, może przeżyję, może nie.
Blokada będzie trwała długo. Blokada zamieni mnie w obcą, rozpaloną
dziwność, w chore cielsko. I też może przeżyję, może nie. Od zomowskiej
blondyny umierały chłopy większe ode mnie.
Znam jedno i znam drugie. Byłem w Sztumie. Byłem w wielu miejscach.
-?Chodź tu, Skulwysynie -?powiedziałem do ojczyma, pamiętam to
dokładnie.
Matula tak do niego mówiła, więc ja, maluśny, myślałem wtedy, że on ma
na imię Skulwysyn. Coś, co miałem w łapce, to było czyste poznanie. Mały
owoc, bardzo ostry. Nie mam pojęcia, czemu akurat tam leżało. U matuli
wszędzie coś leżało. Nie było żadnego porządku, co to, to nie. Tu pety,
tam szklanki, tu łyżki, tam brudy jakieś, szmatki, nie było wiadomo, czy
to do ubrania, czy to do ścierania. Ale ja, maluśki taki, zapamiętałem,
że to tam leży. W nieświadomości.
I on ruszył na mnie, ogromny, i szarpnął mną jak kukłą, jak lalką taką,
srającym chlebkiem, ale ja wiedziałem, bo wiedziałem już wszystko -
wiedziałem, że to małe, bardzo ostre coś muszę trzymać mocno w dwóch
palcach.
Jest jedna prawda na temat świata. Jeśli ktoś raz został skaleczony
przez silniejszego, uszkodzony na samym początku, to już zawsze będzie
kaleczony. Chyba że przerwie to siłą. Chyba że weźmie żyletkę w małą
łapkę swoją.
-?No i jak, Darek? -?Kredziak się niecierpliwi.
Rozkładam ręce. Przeciągam się, jakbym miał wskoczyć na zawodach do
basenu.
-?No dobra, Fryc gadać ze mną nie chce. Ale popatrzeć też nie chciał?
Kredziak nie odpowiada. Może Fryc patrzy. Może jest tu jakaś dziurka w tej piwnicy, okienko małe w murze, okienko na jedno oko. Może przyciska
Fryc oko do tego okienka i robi to, co zawsze robi, gdy patrzy na
przedstawienia.
-?I po co takie ceregiele? Nie lepiej jak z Jurandem, szybciutko i po
kłopocie?
-?Szybciej -?warczy na mnie.
Wytrącam go z równowagi, i dobrze, bo on na równowagę żadną nie
zasługuje.
-?Daj się zastanowić, Kredziak. Dla ciebie to i tak bez różnicy.
Wszędzie coś leżało u matuli. Tu pety, tu smrodki, tu szmatki, tam
brudy. Żyletki też. Wszystko brudne, wstrętne. Tylko żyletki były
czyste.
Moja rączka mała, łapka chlebkowa wiedziała, gdzie ściskać. Wiedziała
też, gdzie ciąć.
Rozglądam się po tej kanciapie i nagle wiem, rozumiem -?nie ma żadnego
Strachu, Strach to farmazon. Strach wymyśliły pedały. To, co mi się
wyświetla w brzuchu, to nie jest Strach.
To się inaczej nazywa. Trudno powiedzieć jak.
Kiedyś wymyślę na to słowo.
Nie oddałem jej wszystkiego, tam w Sztumie.
Jak już człowiek raz popatrzy w Drzewo Poznania, jak już raz zerwie to
jabłko, to już za każdym razem, gdy w nie spojrzy, dostrzeże nowy owoc,
nowy liść.
Dopiero teraz widzę, że w jednym miejscu jest przepiłowana, uszkodzona.
Teraz pojmuję -?pewnie była na kierownicy tej jego em piątki. To nie
jest zwykła blokada, to trofeum jego złodziejskie.
Zdejmuję koszulkę.
-?Blokada, Kredziak. Dawaj.
Tin Pan Alley
Jak to w ogóle się zaczęło, z Kredziakiem? Choć nawet nie tyle z Kredziakiem, bo ten poboczną jest postacią w tej historii, jak to się
zaczęło z Frycem, Cukrem, Mareczkiem, Bentlejem, no i Ewunią, i całą tą
menażerią ludzką, tragikomedią? Jak to zaczęło się z ekscelencją
dzieciojebcą i żoną Fryca Grażyną? Jak wpadłem w to wszystko, chociaż
nie powinienem, bo predyspozycji nie miałem do tego momentu żadnych,
zwłaszcza siłowych?
Niedawno, ale jednak dawno.
Dwa lata potrafią trwać i dwieście lat.
Lato eksplodowało nisko na niebie kulą ognia, co zawisła w powietrzu jak
jabłko złote. Lato, które sprawia, że wszystko zaczyna puchnąć,
przejrzewać, mięknąć i się rozpadać. Owoce gniją na drzewach, trawa robi
się najpierw mokra, a potem brązowa, i zaraz gnije, i to się wszystko w jeden dzień dzieje, i duszno się robi, powietrze zaczynają wydzielać na
kartki, lecz nawet ono jest niewystarczające, śmierdzi starą dupą i chorą pachą. I w Gdyni było takie właśnie lato, wszystko spływało w dół,
powietrze spływało, elewacje domów spływały, mordy ludziom spływały z mord, lody dzieciom z wafli na ziemię, i wszędzie opalizowały kałuże
stopionej brei.
To ten kraj spływał, tak po prawdzie. Rozpadło się gówno polepione z gówna, radioaktywna bardacha. Dwa wyjścia były w tym kurwidole: albo się
wdrapać na przypisaną sobie górkę i tam chłeptać swój przydział
śmietany, albo iść do kolejki ludzi grzecznych i w nagrodę za grzeczność
gruz z kałem żreć, w gównie jeździć, w gównie mieszkać, dymać w pochodach, dostać dyplom i talon na balon, odebrać go ręcami poparzonymi
jak u Birkuta.
A teraz się przewróciło to wszystko, wywaliło mordą w gnój, między chude
świnie. Ludzie zobaczyli na filmach albo rodzina im powiedziała, że w Chicago czy RFN-ie do sklepu wchodzisz i jest pełno wszystkiego
kolorowego, i możesz sobie to kolorowe do chaty zabrać, wytarzać się w tym i żreć do popękania. Ludzie zobaczyli, co jest dookoła, podrapali
się we łby, poszli na udry. Kurwisko w brylach w odpowiedzi wyłączyło
Teleranek, zakneblowało ich wojskiem. Akurat jak ten cyrk odpalili, to
ja grzałem ręce przy gazowniku. Zapierdoliłem komuś pałą. Ile ja miałem
lat, dwadzieścia, dwadzieścia jeden, fajnie było komuś pałą zapierdolić.
Ci ludzie byli głupi. Życie byli gotowi oddać za kolorowe pozłotka.
Urban mi się podobał, czułem, że gdybym go spotkał, tobyśmy się pośmieli
śmieszniutko. Rechotał z tego bajzlu, i ja też. Jakbym mu powiedział, że
te nasze pały łajdackie mogłyby być w kwiatki pomalowane, to by
zrozumiał.
Upał tylko przyspieszał wszystkiego spływanie i gnicie.
Stałem w tym dwa lata temu, niby stary, a w krótkich portkach, cokolwiek
dziwny, na pewno uszkodzony. Szukałem pieniąchów. Pieniąchy były
potrzebne po to, aby trzymać się na powierzchni, nie utonąć w tych
lśniących kałużach. One tylko wydawały się płytkie, mówię wam. W niektóre całą nogą można było wpaść, jak w bagno. Pod spodem było
piekło.
Było równo rok po Sztumie, jakoś tak. Ze Sztumu wyszedłem, wypełzłem,
wyczołgałem się słaby.
I to tej kurwy Zmory wina.
Przed Sztumem byłem potężny. Niepozorny, ale nienażarty. Zjadałem sobie
całych ludzi, żułem ich, plułem kostkami. Żarłem frajerów jak pieczone
kurczaki, jak zrazy. Posadzili mnie tam, bo brałem sobie, co chciałem.
Wchodziłem do sklepów, do ludzi. Brałem i nawet nie patrzyłem. Wsadzili
mnie chyba za bimber. Polazłem w kabałę, w noc, w garaże. Śmieszny
Darek, wołali na mnie, dobry Darek, ale dobry wariat. Po całym Gdańsku
tak wołali. Często takie noce miałem, noce rozciągnięte do tygodni.
Wychodziłem z domu, tylko nóż brałem, papierosy, żyletkę. Budziłem się
po tygodniu na przykład, w polu jakimś. W ostatnim momencie, bo mnie
gonili, wieśniaki jakieś na przykład. I wtedy też poszedłem w taką
przygodę, i bimbru się komuś zachciało, polazłem do baby, co metę
trzymała, zabrałem jej wszystko, sprzedałem kopa. Ale wtedy akurat -?no
pech prześwietny -?w cywilu gady też flaszkę kupowały. I mnie zwinęli na
klatce.
W Sztumie wypadki zawikłane miały miejsce. O tym później. W wielkim
skrócie -?gorąco się zrobiło, bo miano okazać łaskę, a nie okazano.
Przyszła do mnie w nocy, usiadła na klacie. Okropną miała mordę, robaki
w niej mieszkały. Cuchnęło od niej nieopisywalnie. Chciała mnie chronić,
ale śmiała się ze mnie. Chciała, żebym ją zapłodnił, wrodził w jej
paskudny brzuch diable bękarty. Potem by chodziła z pękatym bebzonem,
pełnym pająków małych. Potem by je jadła. No tak w wielkim skrócie to ja
nie mogłem.
Wziąłem u niej kredyt. Ten kredyt to była lichwa, jak każdy kredyt u demona. Niby gdyby nie ona, to by mnie tam ukrzyżowano. Górniak. Palec.
Jajco. I gady. Rząpała. Ukrzyżowaliby mnie jak Jezusa, nawet gąbki z octem do ust by nie podali.
Ukrzyżowaliby mnie za inność moją.
Tak mi wmówiła.
A potem wybuchł ogień.
Na dachach staliśmy na baczność, słońce paliło nas w plecy. Nagranie
jest z tego, na kamerze. Można mnie zobaczyć. Trzeci z lewej. Chudy.
Wafelek pokruszony.
Wyszedłem stamtąd, ale żywy życiem frędzla. Oddałem na procent swoją
siłę, swoją krew, swój głód.
A może ja już nie żyję, co? Jest to niewykluczone, ta moja śmierć.
Widziałem raz, jak Kredziak oprawił w ten sam sposób osiemnastoletniego
byczka, nabitego, odkarmionego na ziemniakach. Chłopak to ledwo przeżył,
potem opowiadali na Chyloni, że wyszedł z tego ciutkę wolniejszy, inny
taki.
Więc skoro silny chłopak był uszkodzony po tym oprawianiu Kredziakowym,
to co ja mam powiedzieć -?cherlawy, wypompowany, wypełniony własnymi
flakami zbitymi na mus, na pasztet? Tyle ze mnie, ile z przejrzałej
gruszki, co przeleżała pod drzewem pięć upalnych dni, ledwo dociśnięta
butem przez przebiegającego łobuza. Lekko pacnąć i rozpada się w ciepły
mus.
Rok po Sztumie, czyli dwa lata temu, stałem na ulicy we Wrzeszczu,
konkretniej pod Cristalem na Kilińskiego, i nie wiedziałem, co zrobić.
Znaczy, leżały przede mną różne pomysły, rozłożone jak nieudany pasjans
-?ale żaden jakoś nie pasował. Mogłem chwycić cegłę czy kamień, trzasnąć
w szybę Pewexu, wbiec, wziąć coś, wybiec. Mogłem kogoś walnąć w łeb,
przypomnieć mu, że życie bywa kruche. Mogłem się zastawić albo zachlać.
Mogłem podziałać nożem. Nic mi się nie podobało. Nic mi nie pasowało.
Chyba tylko tkwienie dalej w tej zwykłości. Bycie przestrzeleńcem,
pracownikiem. Udawanie takie. Człapanie przez życie. Schylanie się do
kija przez łeb, kija przez grzbiet. No tak nie można. Nie można
odczłowieczyć człowieka. Nawet największe osłabienie, największe
krwiopijstwo nie zabierze człowieczeństwa. Ale tyle miałem, właśnie tę
człowieczość i jej znak, kropkę między kciukiem a wskazującym. Miałem
puste zanadrze, żadnego caca. Siły nic, nie jadłem, tyle, żeby chodzić.
Jajko jakieś, kromka chleba. Jedzenie mnie odrzucało, Zmora zabrała
łaknienie.
Stałem pod Cristalem, bo jeszcze do niedawna robotę tu miałem.
Kelnerowanie było dobre, bo obsługiwało się różnych ludzi, większych i mniejszych, grubszych i chudszych. Nie umiałem w gastronomii dobrze
przykręcić, do tego trzeba było na barze stać albo na bramce. Ja
biegałem z tackami. Był nawet sens w tym bieganiu, bo do Cristala
zachodzili ci najgrubsi. Niecały rok wcześniej były urodziny Wałęsy, to
na tych urodzinach widziałem po raz pierwszy delegację warszawską,
grubasów chudych, a jednak tak upasionych, że się nie mieścili w te za
duże marynarki. Perszingi, Sparingi, Trzewiki, Sokoły, to wszystko cioty
były, ale w Cristalu co chwila patrzyli na złote zegarki, nie że która
godzina, ale po prostu, czy się nie pobrudziły. Przyjeżdżało toto z Warszawy, siadało obok Wałęsy i nawijało mu makaron na uszy o swoich
dziwnych sprawach, potężnych interesach, czerwony sos kapał im z palców
na podłogę, niektórzy go nie widzieli, ale ja go widziałem, ten sos
kapiący, a Lechu z nimi siedział, bo Lechu siedział z każdym, kto
umiejętnie udawał, że wielbi go jak Boga. Mogłem się napatrzeć. Tylko że
kelnerowanie miało też wady, bo było się dla tych ludzi powietrzem, a nawet gorzej, kukłą nakręcaną na sprężynkę. Co się robi w tej robocie,
tylko się przynosi i nic więcej, jak trochę za późno, to się oberwie
bluzgiem albo łapą w pysk, jak trochę za wcześnie, to tak samo, a gdy
idealnie na czas, to potem w nagrodę ochłap dają, papierek nieznaczący,
za który gwoździa nie kupisz nawet, nawet sznura.
Stoję pod tym Cristalem, bo właśnie straciłem robotę. Wściekłem się, gdy
przyszła ta łajza, dzieciojebca solidarnościowy w sutannie, i kazał
brzeg talerza po pomidorówce czyścić własną koszulą. No co, niosłem
talerz, ciut zawirowało, obręcz zupy została, tyle, nic się nie wylało.
Poszedłem do kierownika, ten patrzy na gada, mówi, że mam czyścić, jak
klecha rozkazał, własną koszulą, tak, kurwa, nic się nie przesłyszałeś
Darek. Ale będę w brudnej koszuli latał, mówię mu. Nie, nie będziesz, bo
na mojej sali w brudnych koszulach nikt nie lata.
Cristal to był wtedy świat, kandelabry, świeczniki, żyrandole, tureckie
dywany miękkie na podłodze, buty się w nie zapadały. Wszędzie gustowne
drewno, menu w skórzanej oprawie, ciężkie jak Biblia. I tylko z kibla
wiało stolcem, no trudno, wszędzie dawało stolcem, nie było na to rady.
Taka była, jest i będzie polska ziemia. Niuch-niuch.
-?A więc to tak -?powiedziałem do kierownika. Kierownik miał na imię
Roman. Była z niego taka wysoka, szpakowata i szpotawa kurwa z zakrzywionym nosem. Miał kochankę, rajstopiarę taką, z utrwalonym
czubem; na szatni siedziała, a jak gadała, to dawało od niej octem.
-?Tak, to właśnie tak. -?Roman pokiwał łbem.
Nie miałem nic przy duszy, zresztą co tu było mieć przy duszy w tej
Polsce śmierdzącej? Dolary, zegarek Omega. Daczę. Mercedesa. Szklarnię.
Ojca postawnego, w gajerze lub mundurze, ojca tuż przed zawałem,
wiecznie spoconego, ale jeszcze coś mogącego -?tu przestawić, tu
podnieść, tego zepchnąć. Nie miałem żadnej z tych rzeczy. Miałem tylko
swoje imię. No i kropkę na ręku. Choć ta kropka była jak pieniądz w kieszeni. Z dnia na dzień coraz mniej warta.
-?Darek -?powiedział dziwnie miło i nagle klepnął mnie w ramię.
Już nie żyjesz, pomyślałem. Nie ma cię. Znikniesz sobie, wyparujesz,
pstryk. Nie ma cię i nigdy nie będzie, jak w sumie każdego -?ale ciebie
to nie będzie szybciej. Dziwaczne to było, bo od roku robiłem w Cristalu
za wycior do pizdy, a ani razu tak nie pomyślałem, w ogóle od Sztumu nie
pomyślałem, żeby kogoś naprawdę skaleczyć, żeby w głowie zrobić ten
miękki krok.
-?Darek, wiesz. Ja potrzebuję kogoś, kto bardziej docenia to, co ma.
Cofnąłem się. Nie zrozumiałem tego, co powiedział. Zrobiłem nie jeden,
ale dwa kroki. Przy tym drugim tupnąłem. Nikt mnie nie będzie dotykał,
chyba że w chuja ten, komu na to pozwolę, taką przysięgę złożyłem już
dawno. Popatrzyłem w te durne Romanowe oczy. Nic nie wiedział, bo nikt
nigdy nie wie, kiedy wydawany jest wyrok. Wyroku nie słychać. Za łatwo
byłoby wtedy.
Wróciłem na salę. Podszedłem do tej klątwy ludzkiej w sutannie,
rozpartej i rozlanej przy stole, jakby ktoś chlusnął ropą prosto z beczki. Ryj miał przyozdobiony okularami typu cobra, tyle że
korekcyjnymi. Ściskały głowę zwieszoną smętnie nad talerzem pomidorówki,
z czerwoną obręczą zupy powstałą w wyniku lekkiego zachybotania.
-?Jestem -?przypomniałem mu.
Można kaleczyć różnorako, myślałem wtedy. Naprawdę pełno tego, do wyboru
do koloru, w sumie najlepszy asortyment mają w sklepie z potwornościami.
Można robić krzywdy tępe, takie z samej siły uderzenia. Ale można robić
też krzywdy jak podstępy, krzywdy ledwo widoczne, okrutne sztuczki. A można też i robić krzywdy najstraszniejsze, które są jak całe
przedstawienia. Myślałem o tym już wtedy, śniło mi się to po nocach i pociłem się przez to. Ale wiedziałem jedno. Sam jestem Upiór. Gdy Zmora
do mnie przylazła, to przyszedł swój do swego. Jestem Upiór, ale jedno
wiem -?kaleczenie to coś, co dorośli robią sobie nawzajem. To jest
odpowiedzialność dorosłego, zrobić unik, kroczek w bok, i albo się
obronić, albo skaleczyć pierwszemu. Odpowiedzialność i umiejętność.
Dorosły chłop i dorosła baba mówią sobie: dobra, będę teraz kaleczył, bo
taki chcę być, tak chcę mieć chleb, takie chcę mieć życie i rozumiem, że
może być przeróżnie. Rozumiem, że kalecząc, wyrażam zgodę, aby ktoś
skaleczył mnie. Bum-bum. Ciach-ciach. Jeb-jeb. Tymczasem dzieciaczek
mały, gówniaczek-resoraczek, on nie może sobie postanowić, że będzie
kaleczony albo że będzie kaleczył. Dzieciaczek nie może postanowić sobie
nic.
Różne rzeczy można było robić, ale szarpać dzieci, gnieść dzieci,
wkładać dzieciom -?nigdy. Takie jest prawo. Nie wiem, kto je zapisał,
ale wiem, że jest inny świat, pod skórą tego gównianego świata tutaj, i to prawo jest właśnie stamtąd. Zobaczyłem je w oczach Zmory.
Przeczytałem je i zapamiętałem.
-?Jestem -?powtórzyłem.
Podniósł łeb. Chyba już nie pamiętał, co wcześniej gadał ani kim jestem.
Obok jego lewej ręki stała prawie pusta półlitrówa gorzały. Są wstrętne
zwierzęta, zwierzęta zepsute, takie, które tylko szkodzą innym
zwierzętom, i on był jednym z nich. Skoro nosił na szyi znak Boga, a Bóg
nic sobie z tego nie robił, znaczyło to, że Boga nie ma. Nie robiłem w głowie żadnych miękkich kroków do niego -?ja podbiegłem w myślach do
skurwysyna, pocwałowałem do niego. Wyroków wcale nie słychać. Tylko co
były warte te wyroki moje, gdy krew ze mnie spuszczono, pozostawiono
ofermą frajerską? Co miałem zrobić? Wziąłem rękaw koszuli i wytarłem
obręcz talerza. A potem zdjąłem tę koszulę, złożyłem równo, bo nauczyłem
się wielu rzeczy w miejscach rozmaitych, między innymi równo składać
koszule, i położyłem tę złożoną koszulę tuż przed nim, przed tym
zwieszonym paskudnym gównianym łbem.
Parę chwil później stałem pod Cristalem przy Kilińskiego, we Wrzeszczu,
gdzie kiedyś matka mnie wydała na świat; pod prostokątnym pawilonem
paskudnym, zabawką radziecką z azbestu, dla jakiegoś popromiennego
dziecka olbrzyma. Ja nie chciałem, by bawiło się mną żadne dziecko. Ja
nie chciałem do kałuż wpadać i się topić. Ja chciałem odzyskać siłę i głód.
To, co miałem, a co porzuciłem w korytarzu ognia, wśród pał, strzałów i gazu. Pod niebem drgającym od żaru, niebem niczym przerażona twarz.
Widać mnie na filmie, mówię. Trzeci od lewej.
Stałem pod Cristalem i wiedziałem, że będzie tylko gorzej.
Potrzebowałem też pieniąchów. Prawdziwych pieniąchów, nie papierków
polskich. Naciągnięty byłem jak gumka procy, taka cienka, co piszczy
wciąż, że pęknie. Żar był straszliwy, beznadziejny. A jak ma się czuć
człowiek stojący z gołą klatą w piekielnym upale? Przecież nie ściągnie
z siebie skóry, może ją co najwyżej ściągnąć z kogoś innego.
Te karty, co leżały na stole, to nic w nich nie było. Same dwójki piki.
Czas narysować swoją własną kartę. Wykroić ją nożem z kartonu. Zamalować
na biało. Narysować ołówkiem trefle albo piki.
Mieszkałem wtedy w kamienicy na Jaśkowej Dolinie. Wróciłem tym samym na
śmieci stare niczym obcy człowiek. Przez mój czas we Sztumie zmieniło
się wszystko, wymienili się ludzie, stare ekipy rozpuściły się w niebycie, Gdańskiem rządzili małolaci, którzy tworzyli się w nowe,
lepiej zorganizowane grupy. Przespałem angaż do tych grup. Ci, z którymi
kręciłem roboty, albo garowali wyroki, albo pouciekali do Austrii i Niemiec. Ja byłem zgredzik. Miałem swoje umiejętności przeróżne, ale co
z tego. Spotykałem co rusz jakiegoś starego koleżkę, ale ten zawsze
robił krok w bok, nie chciał gadać. Jakby wyczuwał, że coś się we mnie
zepsuło, trefny się zrobiłem, nienadający. Inna sprawa, że zawsze byłem
napromieniowany innością swoją, i jeśli trzymano się ze mną, to
oportunistycznie, by wykorzystać tę moją gotowość, łapczywość, by użyć
tego, że stawałem się psem najwścieklejszym wolą mocy własną. Inny
byłem, ale chociaż silny. A teraz byłem żaden. Darek Kinski.
Mieszkałem we wspólnym pokoju z dwoma chłopakami, nie za bardzo
wiedziałem, co robią, tyle tylko, że jeden lubił walić się do wyra w tych samych skarpetach, w których biegał cały dzień. Pod każdą celą
świata taki zamach na higienę byłby ukarany okrutnie i należnie. Za
ścianą mieszkała stara kobieta, która dzień i noc bezkształtnie
zawodziła, wydawała ten sam dźwięk, nieważne, czy spała, czy nie, wyła
tę kościelną pieśń, w której połknęła wszystkie spółgłoski. Na początku
zdarzało jej się jeszcze człapać po mieszkaniu, jakby ją jakaś siła
przedziwna animowała. Potrafiła wtedy na przykład wejść do kibla -?drzwi
nie zamykały się od wewnętrza -?i usiąść na kolanach temu, co siedział
na dzbanie. Zepchnąć ją trzeba było do wanny, nim zaczęłaby srać, ale
delikatnie, żeby się nie połamała. Raz mi się to przytrafiło, udało mi
się ją z refleksem przestawić, ale jednego z tych chłopaków budowlańców
to zwyczajnie wzięła i obesrała.
Szybko jej ta witalność tajemna przeminęła. Teraz leżała już w barłogu i robiła pod siebie. Przyłaził jej doglądać syn, krępy, nicniemówny chłop
w dresowych portkach. Do nas pukał raz w miesiącu po pieniądze.
Widziałem go kiedyś nad ranem, niedaleko dworcowych kibli, rozglądał się
nerwowo, licząc na chuja do dupy, a w ciemności dookoła niego krążyły
niewidzialne diabły. Ja go widziałem, on mnie nie. Miał większe problemy
niż pusta dupa, ale o tym nie wiedział.
Wszedłem do pokoju tylko po to, żeby włożyć coś na grzbiet, wytartą
piłkarską koszulkę Pumy. Nie było żadnego z tych dwóch niedomylców,
pocili się na budowach czy złomowiskach. Przejrzałem ich szafki i kieszenie. Maszynki do golenia, jakieś monety, nic szczególnego. Paczka
popularnych, napoczęta, karty z gołymi babami. Zza ściany znowu
usłyszałem to jęczenie. Coś się stało tej starej, kiedyś, może na
wojnie. Coś zobaczyła, pewnie, jak się sołdaty bawią. Z mamunią, z siostrunią. Popatrzyła sobie tak na to i zaczęła wyć. Może z nią też się
zabawili. Dla tych ruskich zwierząt dziura to była dziura, mała, duża,
wsio rawno. Jak zaczęła wtedy wyć, to do dzisiaj nie przestała.
Schowałem te karty, fajki, te mońce drobne do kieszeni, chociaż tak
naprawdę nie potrzebowałem ich wcale. Powoli, na miękkich palcach, jak
zamyślony bokser wyszedłem na korytarz, wysoki, duszny i ciemny. Po obu
stronach wznosiły się przyklejone do ścian zwały szmelcu, którego nie
potrzebował nawet diabeł. Zza podwójnych odrapanych drzwi biła
mieszanina smrodów niedobrych. Coś we mnie pulsowało, ziarenko. Nie
umiałem go nazwać. Czułem wykluwanie. Jaki jest odgłos wykluwania?
Pok-pok. Plyk-plyk.
Czy to była siła? Czy coś wracało? Gdy oddawałem Zmorze to, co miałem,
poszła między nami normalna bajera. Była w tym moja naiwność -?w przekonaniu, że bajera to bajera, że święte jest święte. Podobno gdy
przychodziła do innych chłopów, siadała im na piersiach, ściskała im
serca, to oni sikali ze strachu, najwięksi mordercy, największe gity.
Mnie po prostu od niej śmierdziało jak od każdej kurwy. Powiedziałem jej
to i się zdziwiła, a ja zaśmiałem się w duchu, bo trudno zdziwić kurwę,
a mnie się jednak udało. Teraz zamierzałem zdziwić ją znowu. Przekręcić
jakoś. Nie wiedziałem jeszcze jak, ale zrozumiałem, że zaraz to
wykminię. Mądra wcale nie jesteś, myślałem. Zrobię cię w trąbę, a potem
będę renegocjować kontrakt.
-?Czy jesteś tutaj? -?zapytałem na głos. Myślałem, że mój głos będzie
donośniejszy, ale to było tylko kwilenie, co ugrzęzło zaraz w tym
ciemnym, wysokim powietrzu, pod tym czarnym stropem.
Może była, może nie.
Otworzyłem drzwi, skrzypnęły, jakby przejechać nożem po kamieniu.
Stara leżała w barłogu, niewiele z niej było, suche nic, plama, nie
człowiek. Przywalona kołdrami, uwięziona w piekle minionej chwili,
której oprócz niej nikt nie pamiętał. Co to była za chwila, mogłem sobie
tylko wyobrażać. Młoda, przed chałupą, plamki na horyzoncie, coraz
bliżej, ruscy sołdaci. Matka tak zaciskała nogi, że ostatecznie bagnetem
ją przebili. A jej nie przebili. Może coś takiego. Nie zdziwiłbym się.
Niewiele osób zgadza się na rzeczywistą naturę świata. Większość próbuje
za wszelką cenę kremem ten świat smarować. Fałszywym kremem, słodkim.
Mnie ten krem nigdy nie smakował. W świecie nic nie ma, najbardziej nie
ma w nim sprawiedliwości.
To gdzieś było. Gdzieś tutaj. Fart. Zaczyn. Pikuta. Chodź, chodź,
myślałem. Dawaj, dawaj. Wycinałem nowe karty skrupulatnie, musiały być
takie same, nie mogły być niefartowne, nie mogły być brzydkie.
Ostrożnie, jak dzieciaczek maluśny z wysuniętym językiem, przejeżdżałem
powoli po wyobrażonym brystolu, wyobrażonym nożykiem robiąc wyobrażone,
zaokrąglone brzegi. Brzegi zaokrąglone jak małe dupy. Dwadzieścia cztery
karty, wyższe arkana, od dziewiątek do asów plus jokery. Serca, karo,
trefle, piki, ale wszystkie czarne. Damy kurwy, jopki cwele, króle gady.
Rysowałem, wydrapywałem malutkim kawałkiem gryfu nowe możliwości.
Złudzeniem było to -?co wiem już teraz, stojąc naprzeciwko Kredziaka w piwnicy -?że siła wróci szybko. Nie, nie wróci.
Wystarczyło ciut przycisnąć. Uwolniłem ją do miejsca, w którym nie
musiała już jęczeć. Może nawet było tam to światło, które wyobrażała
sobie we łbie, wyśnione tło jej cierpienia. Niewielki, naiwny Jezus
patrzył na nią z obrazka, przybitego do tapety, która wyglądała, jakby
na nią ludzie na sygnał srali. Ufała mu, z jego serca wychodziło
światło. W brzuchu poczułem dziwne drapnięcie, pieczenie dobrego
uczynku. Może ten jej syn, wypatrujący chuja wśród demonów, niespokojny
głupek, również poczuje coś takiego, gdy tu wejdzie. Może podziękuje,
niekoniecznie mnie albo czemuś konkretnemu, po prostu podziękuje w powietrze.
Karty. Nowe. Zobaczyłem je. Rozłożone na stole, świeże, czarne, czekały.
Coś musi tu być, mówiły mi. Ona coś musi mieć. W tej jej grocie była
taka sama bardacha jak na korytarzu. Nigdy tu nie wchodziłem. Nie
wiedziałem nawet, czego szukać. Te przedmioty to nawet nie były
przedmioty, spleśniało to na kupie, kiece jakieś stare, halki, koce,
pierzyny, tylko na stoliku obok coś wyodrębnione, szklanka z żółtą wodą,
tabletki z krzyżykiem, modlitewnik, różaniec, gówno warte. Zacząłem
zwalać, przeglądać, szukać, macać. Musiało tu być, wołało mnie. Dawaj,
dawaj. Chodź, chodź. Szybko, szybko. Sznela, sznela. Brudne to było,
okropne, od choroby, najlepiej byłoby iść gdzieś się zdezynfekować,
odplamić. Płynem lugola, wapnem. Watą szklaną zedrzeć skórę po tym
wszystkim. Ale nowe karty uspokajały. Fajnie wyglądały. Pachniały
pięknie. Wszystko w swoim czasie, mówiły. Szukaj, szukaj. Nie bój się.
Wąchaj, wąchaj. Znajdziesz trop. Niuch-niuch.
Pod zgniłymi szmatami, kocami i kołdrami w końcu coś było -?skórzana
walizka pełna zbutwiałego smrodu, jakby do środka napchali martwych
królików. Ale to nie były króliki, po prostu jeszcze więcej szmat,
pakułów, starej waty bardaszanej, rozpadu nabrzmiałego. W końcu wszystko
to rozpad. Jak coś jest całe, nowe, to przecież tylko czeka. Otworzyłem
tę walizkę i zacząłem wyrzucać zawartość na zewnątrz, a choroba, którą
były te rzeczy przesiąknięte, choroba podkarmiona upałem, wyziewami
starej, wżerała mi się w dłonie i wiedziałem, że niedługo sam będę
chory, w gorączce, samotny i zdychający od zakażenia.
Trudno. Gryz-gryz. Chap-chap. Niuch-niuch.
Znalazłem je w reklamówce z Pewexu. Obwiązane złotym łańcuszkiem z Matką
Boską. Był na nich prezydent amerykański Jackson, co wyglądał jak
niedożywiony Chopin. Naliczyłem ich pięćdziesiąt, tych Jacksonów.
Pięćdziesiąt razy dwadzieścia równa się tysiąc. W siatce były jeszcze
złote pierścionki, kolczyki, taki szmelc. Za tysiąc mogłem kupić
wszystko. To mieszkanie, mieszkanie obok i mieszkanie na dole. Za tysiąc
mogłem narysować sobie drzwi w powietrzu i wejść przez nie do innego
świata. Przerwać błonę i przejść na drugą stronę. Do czerwonego pokoju.
Znaleźć ją i przemówić do rozsądku.
Kształt wyraźniał. Rysunek wyostrzał. Oznaczenia kart mówiły głośniej,
jeszcze głośniej. Złożyłem pieniądze na pół, schowałem do kieszeni.
Zajrzałem jeszcze do pokoju, w którym spałem. Te łańcuszki i złote
dyrdymałki włożyłem niedomylcom do szuflady, między monety, skarpety i maszynki do golenia, tylko trochę głębiej.
Pieniądze są niebezpieczne, pieniądze to nóż bez rękojeści, samo ostrze
z obu stron -?ostrze świetne, zabije każdego, ale dłoń zawsze trochę
krwawi. Od pieniędzy pomysłów zaczyna być pełno, kipią w głowie jak
ukrop, trudno je powstrzymać, krzyczą krzykiem głodnych pisklaków.
Nadzieja to upiorny haj, rozsadza oczy i jajca. Gdy wybiegałem z domu
starej, nie patrzyłem na nic i na nikogo, tak jakby cały świat ściekł w dół i została tylko podmalówka, tapeta taka. Może nawet minąłem tego jej
biednego syna chujoroba, zbiegając po schodach na łeb, na szyję.
Nieważne, karty milczały, dawały mi się wyszumieć. Złudzenie, że
wyruchałbym wszystko we wszystko, było przepotężne, mógłbym wejść do
każdego burdelu w Trójmieście i zostawić dziecko w każdej kurwie,
myślałem -?ale tak naprawdę nie miałem na to siły, Zmora wyrwała mi
również kutasa, był nieprzydatną zabawką, sikawką dzieciaczka. To też
biorę, powiedziała, siedząc na mnie okrakiem. Zgodziłem się. Chciałem
żyć. Chciałem przejść przez ogień tak, żeby cokolwiek ze mnie wyszło po
drugiej stronie.
Trzeba było uciekać. Uciekać z Gdańska, z tych starych podwórek, na
których mieszkały tylko duchy. Chciałem przejść na drugą stronę.
Przerwać tę błonę, za którą czaiła się Zmora. Dziurę zrobić w błonie jak
w membranie i wyciągnąć kurwę z drugiej strony świata, uciąć głowę,
zabrać, co moje.
Na razie zdecydowałem się pojechać do Sopotu.
Bliżej, a jednak gdzieś indziej.
Sopot przywitał mnie zimnym, słonym wiatrem, który szedł od morza i umiał wyczyścić każdy brud i każde kurestwo. Dlatego w Sopocie tyle tego
było -?bo każdy wiedział, że cokolwiek zrobi, zostanie ułaskawiony przez
ten wiatr, dostanie rozgrzeszenie. Zwykłych ludzi potrafił wpędzić do
trumny, na sznur, wywiać im ostatnią radość z kości. Ale nas, bandytów,
ułaskawiał jak Jezus Barabasza.
Poszedłem w Monciak. W głowie mi huczało. Dzień się kończył, tak długi
dzień, który przecież dopiero się zaczynał. Szukałem ich, chociaż tak
naprawdę nie wiedziałem, kogo szukam. Coś popychało mnie do przodu,
fizycznie mnie popychało, pieniądze w kieszeni ważyły kilkanaście ton,
jak głaz przytroczony do słabego cielska. Chciałem iść na Wzgórze
Piwowara, do Bungalowu, bo tam siedzieli wajchowicze, chciałem się na
nich popatrzeć, wybadać ich, może potem z nimi dogadać. Iść na Szwedy.
Może zaciągnąć jednego w krzaki, pogadać z nim bardziej. Spróbować, czy
mi to dalej smakuje, krew tętnicza.
Ale nie miałem siły. Miotało mną jak łajbą, normalnie zaraz na izbę mnie
zgarną, pomyślałem. Wlazłem do Hortexu. Gdy usiadłem na krześle, byłem
mokry od potu. Zamówiłem kawę, krem sułtański, kompot jakiś, cokolwiek,
by zjeść i wypić. Kelnerka coś mówiła, zgrabna dupa, ale jakby
nieistniejąca, ktoś ją uszył z gabardyny, tylko twarz ściekała jej ze
łba jak ciepły kisiel. Blondynka, słomiana taka. Chłopka ze wsi.
Przyniosła cały ten ambaras, którego nawet nie chciało mi się tknąć,
ledwo łyżkę umoczyłem w kremie. Złapałem się na tym, że przecież nie mam
czym zapłacić -?nie dam wszak tej cipeczce gabardynowej całego Jacksona
za plujkę i smarowidło z salmonellą.
Popatrzyła na mnie szybko, chyba to zrozumiała. Złapałem ją za dłoń w przegubie. Puls jej furkotał. Wziąłem sobie z tego pulsu odrobinkę,
maluśko, tyle, by nie zemdleć. Popatrzyłem jej w oczy. Na duszy pojawiła
się jej mała ryska. Szczęście masz, że jestem słaby, pomyślałem. Wszyscy
macie tu szczęście.
-?Daj kogoś, kto tu coś wie, co się dzieje -?powiedziałem do niej cicho,
a ona zrozumiała.
Wyglądała jak laleczka przeniesiona tu z innego świata, porwana z lepszej epoki. Zniknęła szybko, zostawiając mnie z kawą. Wziąłem łyk i zmusiłem się, żeby nie odpluć na stół. Okropieństwo okropne. Rzyg-rzyg.
Tfu-tfu.
Przyszedł po chwili, w białej koszuli, chuchrowaty i z wąsami jak u dzieciaka z podstawówki, cieniami takimi niegolonymi; do tego
napomadowane włosy, nie na smalec, coś lepszego miał ze statku,
RFN-owskie smarowidło jakieś -?błyszczało się dobrze, dziewczyny musiały
to lubić. Na łapie miał zegarek, Kirowskije, wyeksponowany, od ojca
dostał jak nic. Młody chłopak, ale udawał starszego, nawet udatnie
udawał. Pokazałem mu, żeby usiadł, pokręcił głową, że przecież nie może,
to klienci są od siadania, a potem przemyślał sprawę, rozglądając się
dookoła. Dał mi znak łbem, abym poszedł za nim.
Podwórko było ciasne, parapety ciepłe jak płyty w piekarniku, wygrzewały
się na nich koty, którym wciąż było mało. Poczęstował mnie papierosem,
chociaż to ja powinienem poczęstować jego.
-?Jakiegoś zajęcia szukam. No i waluciarza, co mi nie da kursu
bandyckiego.
Zmrużył oczy. Wypuścił dym. Ja paliłem płytko, nie potrzebowałem i mi
nie smakowało, ale gdybym skiepował przed filtrem, byłaby to
niepotrzebna pogarda.
-?Ja cię kojarzę. Ty z Gdańska jesteś. W Cristalu kelnerujesz.
Chrząknąłem w odpowiedzi. Niedobrze, ale z drugiej strony, jak miał nie
kojarzyć?
-?Wódki razem nie piliśmy. -?To nie była z mojej strony nieuprzejmość
celowa, bardziej faktów ustalenie.
Zajarzył. Łbem pokręcił na znak, że owszem, że nie.
Jakaś baba wystawiła łeb przez okno, na parapecie miała przygotowaną
poduszkę na podwórkowe kino. Pewnie najmniejszy szelest przywoływał ją
na ambonę.
-?Wszystko w porządku -?powiedział do niej chłopak.
Oparta o tę poduszkę, widziała i słyszała niejedną naradę. Może
przynosił jej ciastka po robocie, wyglądała, jakby lubiła słodkie,
zażerała słodkim wszystko, co złe, a dużo tego było, jak to u starej
baby.
Rzucił petem, zgasił butem, od razu wsadził sobie w gębę następnego.
Pokręciłem głową, zanim zdążył zaproponować. Te polskie papierosy to
zawsze smakowały jak kurwia pizda. Idąc tą metaforą lizakową, jak
człowiek pierwszy raz sztachnął się porządną pojarą, Marlboro albo
Benson & Hedges, to jakby normalnie samemu Jezusowi Chrystusowi z połykiem knagę oheblował.
-?Ja z Gdyni jestem. Marek -?powiedział. -?Kojarzę cię, bo my kiedyś w Cristalu spotkanie mieliśmy.
-?My. Spotkanie -?powtórzyłem.
Spalił się, jakby powiedział coś za dużo. Wyczułem go, zrozumiałem.
-?Czyli tu tylko w dzień siedzisz -?zrozumiałem.
-?No, czasem coś się działa.
-?A jak się nazywają ci, dla których działasz?
Pokręcił głową.
-?Za dużo chcesz wiedzieć.
-?Ale mówisz, że w Gdyni można podziałać -?docisnąłem.
-?Jak jesteś z Gdyni. -?Wzruszył ramionami.
-?Ja mogę być z Gdyni, jak trzeba -?odparłem.
Coś tak jakby się uśmiechnął, trudno powiedzieć. Pedrylem nie był, choć
trochę wyglądał. Sprawiał wrażenie, jakby ten piczowąs to mu tydzień
temu przez noc wyrósł, jakby dopiero co wyfrunął z zawodówki, a dziewczynie najwięcej, co zrobił, to lekko smyrnął za majtkami. Z drugiej strony w tej buźce dziecinnej tkwiły oczy dziwnie stare i smutne, lekko mleczne. Oczy człowieka, który zmiarkował, że sensu
żadnego nie ma w tym stworzeniu naszym. Zrobiło mi się trochę ciepło do
niego. Tak jak kiedyś do Malinki. Malinka, oj, Malinka. Chociaż Marek
piczowąs to innego asa mi przypomniał niż Malinka. Górniaka. Tak, za
Górniakiem też mi się ciepło zrobiło, ale inaczej. Mniej miłośnie.
Górniak. Malinka. Różni od siebie byli bardzo, lecz obaj zaśpiewali swój
śpiew.
Otrząsnąłem się z niepotrzebnych wspomnień.
-?Pogadałbym z tobą chwilę kiedyś.
A on, ku mojemu zdziwieniu, powiedział:
-?No to wpadnij do Gdyni. Mieszkam w Śródmieściu, Abrahama dwadzieścia
przez osiem. Coś wymyślimy. Tu nie przychodź, bo się zwalniam zaraz.
I zniknął w środku, i tak mnie zostawił, z marzeniem i babą na
parapecie.
Zanim Zmora zabrała mi siłę, mogłem wsadzać w cokolwiek, nie
przeszkadzało mi nic. A najbardziej kochałem wsadzać w niewinność,
nieważne, czy w dziewczynę, czy chłopca. Najważniejszy był ten smak,
kwaśnego, co właśnie zmieniło się w słodkie. To lekkie pęknięcie w oczach. Słodki taki. Am-am. Niuch-niuch. Żeby było jasne, nigdy dzieci.
Co to, to nie. To zbrodnia największa. Wyrosłe, ale niewinne, a przy tym
chętne, ciekawe -?to było najsmaczniejsze.
Tego wieczoru chodziłem po Sopocie, dopóki nie opadłem z sił. Pot stygł
na mnie, tężał w klej. Skazany byłem na siebie. Ciągle grzałem puchę,
często tak jest na wolności. Tylko na wolności jeszcze trzeba udawać.
Dlatego się wraca. Bujało mną na lewo i prawo, ale perfidnie, to ona
bujała. Doszedłem do lasu i to na moment mnie zatrzymało. Musicie
wiedzieć, że Trójmiasto jest sczepione niewidzialną siecią, żyłami i nerwami dzikości. Jeśli gdziekolwiek w Trójmieście wejdziesz między
drzewa, to jakbyś wchodził w labirynt. Jeśli wiesz, jak iść, jeśli
umiesz ich słuchać i czytać wycięte w korze niewidzialne znaki, to
możesz wyjść gdziekolwiek, w Gdyni, w Gdańsku, w Wejherowie, w Rumi.
Patrz pod nogi, a znajdziesz miejsca, których nikt nie chce, abyś je
znalazł; miejsca, w których poukrywane są okrutne skarby.
Może więc to i moje przeznaczenie, pomyślałem. Przejść na drugą stronę.
Do obcej, polskiej Gdyni z Gdańska niemieckiego. Poszukać tam nowych
ekip, nowych wrażeń. Przygód. Westchnień.
Bałem się jednak opuszczać Sopot; nie miałem siły na te okrutne skarby,
nie chciałem iść do ludzi taki słaby. Zatrzymałem się przed Operą Leśną,
co wyglądała jak ogromny szalet, porzucony w lesie drewniany upiór.
Rozpadało się to dziadostwo na pojedyncze deski, gniło zaśmiecone i popękane, i nie wiem, kto mógłby tam występować, chyba tylko chór
śmieciarzy albo kwartet smyczkowy cweli. Był to dla mnie widok
szczególnie przykry. Jeśli istniało coś, czego nie chciałem prędzej czy
później zagryźć, szarpnąć, pociąć -?jeśli coś w życiu rzeczywiście
kochałem -?to były to piosenki. Nie marzyłem o własnym domu, ale zawsze
chciałem mieć kolekcję płyt czy kaset, mój zbiór utworów ukochanych.
Stałem tak, ogrzewany przez tysiąc dolarów w kieszeni, pewno miałem na
udzie czerwony ślad. Stałem naprzeciwko tej ruiny i się wahałem,
zadziwiając samego siebie tym wahaniem, bo nigdy się nie zastanawiam,
czy coś mogę, a następnie przeszedłem przez zaśmiecone, obsrane trybuny
i wdrapałem się na scenę. Było zupełnie pusto, jakby wszystko zdechło,
wszyściuteńko, jakby nawet ptaki i wilki zrezygnowały z życia albo
przeszły w sen podobny do zimowego, ale inny, rozgrzany, taki sen w gorączce. Nawet zwierzęta o czymś majaczą, wiedziałem to.
-?Dzień dobry państwu -?powiedziałem do publiczności, której nie było. -
Witam państwa bardzo serdecznie. Nazywam się Darek Kinski i poprowadzę
dla państwa Srebrny Jubileusz Festiwalu Piosenki w Sopocie.
Cisza. Nawet nie zaszczekał pies. Upał wybił wszystko i wszystkich. Noc
nie przyniosła żadnej ulgi. Nikt nie zgasił słońca, po prostu zasłonili
je czarną krepiną.
-?Wystąpią dziś wyjątkowe gwiazdy -?mówiłem dalej. -?Halina Frąckowiak,
która wydała swoją płytę długogrającą, z przepiękną piosenką Tin Pan
Alley z tekstem Janusza Kondratowicza. Niemiecki piosenkarz Fancy
zaśpiewa Flames Of Love. Wieczór uświetni zaś brytyjska gwiazda
Samantha Fox, prawdziwa blond piękność z namiętnym utworem Touch Me.
Nie interesowało mnie, czy naprawdę tak było. Czy tacy artyści
występowali kiedyś w Sopocie, w takiej kolejności. Po prostu stałem na
scenie i prowadziłem swój festiwal marzeń. Powoli na widowni pojawiali
się pierwsi ludzie. Znikały śmieci. Nad głowami widzów rozbłysło miękkie
światło, białe i przyjazne.
-?Dziękuję państwu, żeście się tak licznie stawili. Proszę mi wybaczyć
prezencję ciut wymiotną. Za mną ciężkie czasy. Z nadzieją patrzę w przyszłość, ale co zrobić, chujem krzepko waliło. Zresztą co ja tam będę
męczył pięknych państwa! Kogo obchodzą troski Kinskiego Darka z Gdańska!
Z pustych trybun dotarły anemiczne oklaski. Smutne takie, jak na
akademii w szkole. Klask, klask. Coś jakby zwilżyło mi się oko, na razie
lewe.
-?Najważniejsza jest piosenka. Wzruszający tekst. Piękna melodia.
Najważniejsza jest muzyka. Prawda, proszę państwa? Jedyne, co dobre, w tym paskudnym świecie.
Prawe oko też mi się zwilżyło i teraz z obu mi ciekło, to nie był płacz
taki, jak ludzie płaczą, raczej przeciek z zardzewiałej rury.
W Sztumie, zanim przyszła do mnie Zmora, to piosenki miały mnie w swej
opiece. Koiły jak małe matki. Krasnoludki takie. Krótkim obgryzionym
ołówkiem spisywałem teksty z pamięci do kajetu, który potem chowałem
przed gadami w dziurze wydrapanej w ścianie. Jeśli coś kochałem, to te
słowa. Powtarzałem je, nuciłem w głowie, a gdy powtórzyłem wystarczającą
liczbę razy, to na chwilę miałem jakby inną duszę, byłem zrobiony z czegoś innego. Niech no tylko zakwitną jabłonie. Jeszcze się tam żagiel
bieli. Wielka dama znów tańczy sama. Z tobą chcę oglądać świat.
Teraz to ja stałem na scenie, a moje dłonie zrobiły się nagle fioletowe,
takim dziwnym fioletem, z którego można byłoby kieckę uszyć. To
rozbłysły zawieszone na dachu reflektory. Odwróciłem się, akurat gdy
wchodziła na scenę. Na początku jej nie poznałem. Jakby kto piękno
skroplił, jakby ją wyjął właśnie z żebra Adama. Szła miękko, kiwając
biodrami na boki. Włosy ułożył jej jakiś Bóg. Obszyta cekinami suknia
spływała po jej ciele, nadając mu kształt gitary. Widziałem, że nie jest
już małolatką, miała prawie czterdzieści lat, ale każda małolatka
mogłaby jej co najwyżej opiłować paznokcie u stóp. Podeszła do
mikrofonu, naturalna jak wietrzyk, ukłoniła się, skromnie, ale nie
niewinnie, co to, to nie. Popatrzyła na mnie, chociaż starałem się być
niewidzialny. Wyciągnęła do mnie dłoń, a karminowe paznokcie zatańczyły
w fioletowym świetle. Odwróciłem się, za mną stroił się zespół, facet w okularach polerował szmatką saksofon, błyszczącą złotą broń.
-?Dziękuję, panie Darku -?powiedziała, a ja poczułem, że zaraz czymś
trysnę, czymś z serca, czymś, czego nigdy nie miałem.
Owacja, głośna jak seria w powietrze, a zaraz po niej pierwsze takty i jej głos, jakby anioł roztapiał całe to kurestwo świata, jedną modlitwą
zamieniał je w masło na rozgrzanej patelni.
Zabiorę ciebie właśnie tam, samolot miękko zejdzie w dół, i miasto jak
muzyczny supersam zbudzi sześć śpiących strun1.
Dokonało się. Straciłem równowagę, tak porządnie, i w końcu się
wyjebałem, łupnąłem potylicą o nadgniłe deski. Łeb przeszył ból, słodki,
słodziuśki. Znowu byłem w celi, gryzmoliłem teksty w zeszycie w kratkę.
Palec, niepiśmienny git spod Mrągowa, który na wolności własnej matce
wcisnął nagrzane żelazko w twarz, robił sobie cezara żyletką, żeby
zabrali go na oddział. Cezara robiło się tak: rysowało się krwawą linię
po obrysie ciała, głęboką na pół centymetra, taką, by się nie wykrwawić,
ale by zajuszyć wszystko dookoła; rysowało się ją też po wnętrzach
palców, po każdym zgięciu, przez punkt między odbytem a jajami. Palec
robił cezara, cała cela pachniała zardzewiałym żelazem, które wyciekało
mu z ciała, a ten drugi ze Śląska, Jajco, co kolegę zabił w dyskotece,
zaczynał rzygać i błagał Palca, żeby przestał, ale Palec nie przestawał,
a ja pisałem, malutkimi literkami, tak by się wszystkie słowa zmieściły.
Taksówką żółtą tak jak Chinatown, ruszymy, tłumiąc pożar serc, w muzykę, która nie zna prawd i kłamstw, ale jest, ciągle jest2.
A Zmory nie było. Ani pod celą, ani tutaj. Pani Halina, anioł wspaniały,
chroniła mnie przed jej klątwą. Słodycz jej głosu cerowała przerwaną
błonę między światami.
Słuchając jej, nie musiałem robić kroków, nie musiałem nigdzie biec, nie
musiałem patrzeć w rozłożone karty, nie byłem słaby ani silny, nie było
ognia ani wody, dnia ani nocy; wszystko zlało się w całość; gdy
śpiewała, byłem czystym byciem, wszystko zgubiłem, to co zakreślało
kształty, imię nawet.
Huragan oklasków jak burza stulecia, na widowni musiały być tysiące,
dziesiątki tysięcy ludzi, a Opera Leśna już nie była operą, była
największym stadionem, jakimś Wembley. Leżałem skulony do samego rana, w pozycji dzieciaczka, ssąc kciuk i patrząc na miejsce, gdzie jeszcze
przed chwilą były jej stopy, w czarnych, wysokich butach na obcasie. Te
buty mógłbym zjeść z talerza, nożem i widelcem, patrząc jej głęboko w oczy. Zjadając kęs ostatni, zelóweczkę, trysnąłbym.
Nad ranem zrobiło się chłodno. Zwierzęta już coś gadały, nagrzana ziemia
odetchnęła na kilka sekund. Publiczność zniknęła. To był początek, choć
trudno powiedzieć czego. Nowe karty dalej leżały na swoim miejscu,
rozłożone, wyraźne. Cegła Jacksonów wciąż parzyła mnie w udo. Nikt by mi
ich nie zabrał, nikt by się nie odważył, choć za jedną dziesiątą tego
pół Sopotu poderżnęłoby mi gardło. Coś mnie chroniło, może Zmora, może
karty, może ja sam. Wstałem. Wlazłem w las i szedłem, szedłem, patrząc
pod nogi, aż wyszedłem w Orłowie, w popołudnie jeszcze bardziej
rozgrzane niż wczoraj. Człapałem przez żar, a świat dookoła drżał,
budynki zlewały się w budynkową maź, z tej mazi wyodrębnił się Bungalow,
ale to jeszcze nie był czas, by iść do Bungalowu, jeszcze nie. Najpierw
musiałem się uczłowieczyć, bo do człowieka dużo mi brakowało i nawet
okoliczności przestawały mnie usprawiedliwiać.
Lazłem i lazłem, aż zrozumiałem, że jeśli czegoś się nie napiję, to
zaraz trafi mnie szlag. W pustym i złym sklepie smutna kobieta stała na
tle półek z octem, musztardą i błotem w paczkach, rozkazałem podać sobie
oranżadę, była ciepła, ale wypiłem ją duszkiem, cukier oblepił zdarte
gardło lepką gazą. Nie zapłaciłem, wydarła mordę, chuj w ciebie, kurwo
stara. Lazłem i lazłem, przez Redłowo aż do Śródmieścia, jakbym
wiedział, gdzie idę, zupełnie tego nie wiedząc. Rozgrzało mnie i zasmrodziło do tego stopnia, że zaczynały krążyć dookoła mnie muchy,
jakbym był cielakiem.
Myślałem o starej. Czułem, że mi dziękuje za wyzwolenie swoje. Czułem
jej modlitwy do Jezusa do ściany przybitego. Prosiła go o opiekę nade
mną, osłabionym, wybrakowanym Darkiem Kinskim, Darkiem, który kiedyś
jadł ludzi, a teraz nie miał siły pogryźć bułki z masłem. Zrobiła to,
zanim roztopiła się w świetle, a dobry Jezus jej posłuchał. I może ten
jej syn stał w czarnej nocy wśród szatanów, pod pustą pikietą, czekając
na chuja do dupy, bo ona nigdy się za niego porządnie nie pomodliła.
Kamienica na Abrahama była jedną z tych przedwojennych, których nawet
atomówka nie zdejmie. Z półtora kilometra od dworca, z elewacją
zniszczoną w kolorze przeleżałego ziemniaka. Drzwi na klatkę otwarte na
oścież. W środku było parę stopni chłodniej i umęczone mięśnie
zaśpiewały bólem, jakbym nagle dostał anginy. Skrzynka na listy stała
otworem, dziw, że jej jeszcze nie zerwali i na złom nie zanieśli, może
na złomie nie przyjmują skrzynek pocztowych. Drewniane schody pod
stopami skrzypiały i charczały jak chłop, co zużył wszystko, co miał, i już nie walczy, bo w nieposiadaniu niczego jest spokój, na który czeka
się całe życie. W Sztumie słyszałem trochę takich charknięć,
przedostawały się przez ogień i wrzask.
Na drzwiach była ósemka i bardzo blade, namazane niezgrabną ręką K + M +
B. Dzwonek nie działał. Zapukałem, puk, puk. Zanim cokolwiek się w środku poruszyło, minął dobry rok.
Dziewczyna była piękna w sposób nie od początku widoczny. Włosy koloru
słomy, cienkie i zmęczone spływały po głowie równą linią. Oczy miała
podkrążone, wzrok przestraszony, ale pewny. W drobnych dłoniach wiele
było siły, w tych łapkach małych, kostkach, żyłkach, odciskach. Najpierw
ktoś zrobił się we mnie głodny, a potem ktoś inny zatkał temu głodnemu
pięścią pysk.
Oparłem się o framugę. Dotknąłem Jacksonów w kieszeni, jakby były
chujem.
-?Ewunia? -?dobiegł z głębi mieszkania głos starszej kobiety.
Dopiero teraz zaczynałem widzieć detale, zgrzebne płaszczyki i kurtki
powieszone na hakach, kapcie i łapcie, kawałek meblościanki z Rubinem
wystający zza drzwi. Że nikt ich na palto jeszcze nie zrobił,
pomyślałem. A może zrobił i nic nie ma w tych paltach. Garnek jakiś na
podłodze, z czymś, co musi jeszcze postać, ale jak postoi, to każdy
zamlaszcze.
-?Ewunia?
-?Marek jest może? -?zapytałem, po czym pokazałem siebie samego ręką. -
Przepraszam za mój stan ogólny. Jest nieciekawy, ale może się zmienić.
Ewunia zniknęła w głębi mieszkania. W korytarzu pojawił się Marek. Wbrew
deklaracji zdziwiony był, że się tu zjawiam. Ręce o spodnie ocierał.
Podszedł do mnie, ręce ocierał o spodnie, zaciekawiony, jakby mnie
widział pierwszy raz.
Powiedziałem nagle, tknięty olśnieniem:
-?Słyszałem, że lokatora na pokój szukacie.
-?Skąd? -?zapytał.
-?Z ogłoszenia.
-?Z ogłoszenia. -?Pokiwał głową, po czym odwrócił się w stronę kuchni:
-?Matka, dawałaś ty jakieś ogłoszenie?
Nie wiedziałem, skąd mi się to wzięło. Może ze snu. A może wyczytałem to
z korytarza, z kształtu mieszkania. A może poczułem nagle, że muszę tu
być, za wszelką cenę. Poczułem zapach Ewuni.
Pogrzebałem w kieszeni, jakbym zapałek szukał, odkleiłem jednego
Jacksona od cegły, wyciągnąłem i rozprostowałem go w powietrzu.
Zatańczyło Mareczkowi w oczach, no jakżeby nie.
Znałem takich jak on, pełno ich było tam, gdzie się wychowywałem.
Niejednego takiego skaleczyłem, z łatwością, jakbym chleb masłem
smarował. Żyłem jak zwierzak, czołgałem się albo biegłem na czworakach,
ujadałem i warczałem. Jadłem tylko to, co upolowałem, więcej nic. Byłem
brudny i zarośnięty i wszystko pachniało mi krwią, i nie istniało nic,
czego nie rozwiązałyby nóż, cegła, zęby, pięść, i tylko wyglądałem jak
człowiek.
Zlewa się. Spływa. Jestem raz tu, raz tam. To w jednym czasie, to w drugim. Tak naprawdę to wciąż jestem w piwnicy, naprzeciwko Kredziaka,
który myśli, że daje mi wybór.
Co do skaleczeń. Był jeden taki, nawet podobny do Mareczka, tylko silny.
Łapy miał kamienne, podobno przy wyrębie pracował. Chciał, żebym dla
niego biegał tu, latał tam, przynosił mu to, oddawał tamto. Nie żebym
handlował czymś dla niego, tylko mu służył. Do tego był pedrylem, ale
takim wkładającym. Mnie też chciał włożyć sisiora. Myślał, że jestem
zabawką, małą lalą. Pełno było zboczeńców. Odmawiałem im, odganiałem.
Raz jeden otoczyli mnie w bramie jego klakierzy, a on podszedł do mnie z kawałkiem szkła w ręku i chciał wymusić posłuszeństwo.
Dlaczego o nim myślę? Bo podobnego wąsa miał?
Łeb mi pstryka iskrami, przegrzany skrobie dziwne bajki. Marek z Hortexu. Ten tutaj, ułan. Tamten tam, na podwórku. Kredziak, teraz.
Sztum, korytarz. Ogień. Tańczy to wszystko, tańczy jak ta piękna dama z piosenki Jantarowej, dama, co znów tańczy sama w rozkloszowanej
spódnicy, gorącej jak kapelusz atomowego grzyba.
-?Marek, to za pół roku jest. I obiad będę chciał, jak będę w domu -
mówię i wyciągam drugie dwadzieścia. -?Za pół roku -?powtórzyłem. -
Przecież się znamy. Koledzy jesteśmy.
Dał krok w tył. Zły się zrobił.
-?Żadni koledzy, nie znam cię. Ty głupi jakiś jesteś. Nie mamy żadnego
pokoju. Ty bredzisz, człowieku.
-?O co ci chodzi? Do Hortexu do ciebie przyszedłem, do pracy.
Pilnowałem się, by nie zawarczeć na niego. Coś kazało mi go ugryźć. Coś
mi go podjeść kazało.
To, co się z człowieka odgryzie i odpluje, potem w ogóle nie przypomina
ludzkich części. Wygląda jak okrawki z mięsa. Bo tym właśnie jesteśmy.
Sumą okrawków.
W korytarzu pojawiła się zmęczona kobieta w fartuchu i aż podziękowałem
jej za to bezgłośnie, bo męczyło mnie już stanie na klatce, męczyło mnie
to cuchnięcie, z nogi na nogę przestępowanie.
-?Dawała mama jakieś ogłoszenie, że pokój jest do wynajęcia? -?zapytał
Marek.
W przeciwieństwie do niego stara miała oczy i od razu zobaczyła
czterdzieści dolarów.
-?Dawałam -?odpowiedziała.
-?Gdzie mama dawała? -?drążył dalej, cymbał.
-?W dupie na słupie. Wejdzie pan. -?Machnęła ręką.
Wszedłem. Wyciągnąłem dłoń.
-?Kinski jestem. Darek Kinski.
-?Wanda Kunicka. -?Wyciągnęła swoją.
Podobał mi się ten uścisk, taki równego z równym. Czyli młoda to jej
córka, pomyślałem, po niej ma te silne dłonie, a Marek z Hortexu to
tylko zięć, doczepka taka. Może nawet jeszcze narzeczony, bo nie
widziałem obrączki na palcu ani u niego, ani u niej.
Jasno było w tym mieszkaniu, jasno, ale nie gorąco. I słońce nie
oślepiało. Było dobrze, było tak jak trzeba. Trzymałem Jacksona w dwóch
palcach, jak bilet, i tak właśnie go do Wandy Kunickiej wyciągnąłem -
jak bilet do konduktora w pociągu. Popatrzyła mi uważnie w oczy.
Zastanawiałem się, czy coś tam zobaczy. Nie zobaczyła wszystkiego, bo
inaczej cofnęłaby się i kazała wyjść. Młodzi pochowali się po pokojach,
zostaliśmy na korytarzu we dwójkę. Na jednej ze ścian wisiał Jezus,
taki, jak u starej, ale ściana była czysta, biała, niedawno malowana,
wszystko tu było czyste, uczciwe, zadbane.
-?Jezus powiedział, żeby przyjąć każdego. -?Pokazałem na typa palcem.
-?A co pan takiego bandytę z siebie robi? -?zapytała, wzruszając
ramionami. Były w tym grzeczność i spokój.
W życiu nic tej kobicie nie zrobię, pomyślałem.
Zniknęła w głębi mieszkania, zostawiając mnie samego, ale wróciła
szybciej niż jeden dobry oddech. W lewej dłoni miała ręcznik, sprany,
ale czysty, w prawej kostkę mydła. Stanęła z tym przede mną, tak jak
teraz Kredziak z nożem i blokadą. Ja wciąż trzymałem w palcach Jacksona.
-?Marek! -?zawołała. -?Pan to taki z rozmiaru do ciebie podobny, daj mu
jakieś portki i koszulę.
Marek coś tam fuknął w odpowiedzi, ale ona zrozumiała to fuknięcie.
-?A kto ci te portki pierze i ceruje, co? -?zapytała. Bo jak się z kimś
żyje w jednej chałupie, to się rozczyta każde pierdnięcie.
-?Schowa to pan na razie -?pokazała na Jacksony w moich palcach -?potem
będziemy o piniądzach gadać.
-?Niech i tak będzie -?odpowiedziałem.
-?Niech i tak będzie -?nie powtórzyła po mnie, tylko powiedziała swoje.
Poczłapałem do tej być może pierwszej czystej łazienki, w której w życiu
się myłem, pierwszej, w której nie śmierdziało, pierwszej, do której nie
miały wstępu żadne zmory czy szczury. Nalałem ukropu do wanny, wlazłem
do środka, parzyło mi skórę, wyobrażałem sobie, jak ta skóra odłazi, i sam zacząłem ściekać, wyobrażałem sobie, jak się wydłużam, rozciągam,
zamieniam w kroplę smaru, żywicy jakiejś, pomyślałem, że można mnie w nieskończoność rozciągać, do niewidocznej nitki takiej, ale nigdy nie
pęknę, nigdy, i ostatnie, co usłyszałem, to jak gadają na korytarzu, jak
Marek mówi, żeby zapukać, bo co ja tam tyle robię, a pani Wanda
odpowiada:
-?Daj człowiekowi odpocząć, daj mu się umyć, widziałeś, jaki tu
przyszedł, bądź człowiekiem, Marek, bądź ludzki.