Rozdział 4
Jimmy Hittock zacisnął palce na telefonie i policzył do dziesięciu. Nic to nie dało. Wziął głęboki wdech.
- Po staremu! - warknął w słuchawkę. - No mówię przecież! Jak to: "co znaczy po staremu"?! No normalnie. Przecież już ci mówiłem. - Mężczyzna przewrócił oczami i na chwilę odsunął komórkę od ucha. - Przestań się na mnie drzeć, co? Sam mnie zmusiłeś, żebym był kierownikiem produkcji, więc teraz się odw... Przepraszam. Tak, wiem. Przepraszam, tato. Nie powinienem tak do ciebie mówić. Wiem, wiem. Przepraszam. No przepraszam, ile razy mam przepraszać? Wcale nie pyskuję! A nawet jeśli, mam trzydzieści pięć lat. Wiem, synem się jest przez całe życie. Tak, tak.
Jimmy westchnął i przymknął oczy. Przytrzymał brodą telefon i mocniej owinął się swetrem. Monotonnie kiwał głową, w rytm słów ojca, które dobiegały gdzieś z daleka, z innego świata, a w którym nie było bagien ani starych, wilgotnych dworów. Przeszedł się kilka kroków w tę i z powrotem po żwirowej alejce i utkwił spojrzenie w Bridebridge Hall. Przed dom właśnie zajechało auto. Oscar Lyne. No tak. Oczywiście. Musiał przyjechać, przecież trzeba było przepisać całą trzecią scenę z udziałem sióstr Bennet. Na papierze wszystko wyglądało dobrze, ale kiedy przyszło co do czego... Aktorka grająca Lydię okazała się za niska i za blada, żeby stać przy kominku obok Bingleya. Na tle czarnego prostokąta wyglądała jak zjawa. Biedna Sofie dwoiła się i troiła, by dodać jej rumieńców, ale cera dziewczyny była wyjątkowo odporna na kosmetyki. Poza tym Bingleyowi sięgała do łokcia i cały obrazek złożony do kupy sprawiał dość idiotyczne wrażenie. Mogliby oczywiście zaaranżować tę scenę od nowa bez Oscara, który zaraz zacznie się wtrącać we wszystko inne i filozofować, ale Jimmy miał niejasne przeczucie, że poprawek w scenariuszu będzie więcej. A jak postanowią sami grzebać w tej historii, to wszystko się posypie. I później będzie na niego.
Z zamyślenia wyrwał go głos ojca, który wciąż tkwił na linii. I chyba o coś pytał. Jimmy oderwał wzrok od Oscara znikającego już za drzwiami Bridebridge Hall. Zauważył coś dziwnego - wydawało mu się, że ten dom w osobliwy sposób wsysa w siebie ludzi i nasącza ich swoją wiekową, zakurzoną atmosferą. A ojciec nadal chyba o coś pytał. Jimmy usłyszał na końcu zdania wyraźną antykadencję. Zmarszczył brwi.
- Co? Czekaj, coś przerywa. Tutaj słabo z zasięgiem, a ja teraz jestem w parku. Jak to, dlaczego? Przecież tam wszyscy wszystkich podsłuchują! Pytasz, czy nadal się wkurzają? Serio? A dlaczego mieliby przestać się wkurzać? No dobrze. Spokojnie. Wytłumaczę ci. Powinieneś sam rozumieć, ale ci wytłumaczę. Po pierwsze Zoe Alcott jest za chuda. Ona jest naprawdę potwornie chuda. Nie filigranowa ani nie drobna. Wygląda niezdrowo, ale rozumiem, nie możemy dyskryminować aktorki z uwagi na sylwetkę. Niemniej gwiazdorzy i tego nie da się już niczym usprawiedliwić. Strasznie dużo kasy idzie na jej koktajle z trawy, które ponoć pomagają się pozbyć toksyn z organizmu. Po drugie nienawidzi Murphy'ego, na którego ty się uparłeś! To, co tu się dzieje w kwestii Murphy'ego, jest prawie epickie. Nikt, absolutnie nikt nie widzi go w tej roli! Wszyscy mówią, że nowy pan Darcy jest do dupy i komuś musiało paść na mózg podczas castingu. Czyli tobie. W każdym razie z Darcy'ego-Murphy'ego nikt tutaj nie jest zadowolony, a już najbardziej Zoe. Cholernie wielka szkoda, bo akurat ona powinna go trochę lubić. W końcu mają odstawić na ekranie wielką miłość... Może być zajebiście ciekawie, nie powiem... Wiedziałeś, że oni ze sobą sypiali? Wiedziałeś?! I mimo to go zatrudniłeś?! Nie ma innych aktorów w całym cholernym królestwie? No i co z tego, że każdy z każdym śpi, ale oni akurat się teraz nie lubią, ja pierdolę. Okej, jedźmy dalej. Alan Fawley! Kolejna "gwiazda". A nie, przepraszam, ARTYSTA. Szkoda tylko, że nie ma bladego pojęcia o kręceniu filmów. Zdolny jest, to fakt, ma doświadczenie z West Endu, wizjoner, bla, bla, bla, bla. Ale film to nie teatr. No nic, mam nadzieję, że się ogarnie. Głupi nie jest, na szczęście. Bell Kennedy ma przerąbane, jeśli chodzi o stroje, bo Alcott jest za chuda, Ben Rudd-Bingley za wysoki, a na Murphym źle leżą kamizelki. Zresztą może to bardziej krawcowe mają przechlapane, bo ostatecznie one wszystko przerabiają. Co?! Darcy musi mieć kamizelkę, ty wiesz coś w ogóle o strojach z epoki?! Jesteś producentem! Ale Bell daje radę. Twarda babka. Dalej. Ben Rudd dzielnie znosi atmosferę na planie, choć prawda jest taka, że wolałby grać Darcy'ego niż Bingleya, i wszyscy mówią, że właśnie tak powinno być i podczas castingu komuś padło na mózg, że się powtórzę. Bez obrazy. Oscar Lyne narzeka, że kazałeś mu okroić scenariusz, wywalić z oryginału dwie siostry Bennet i zostawić samą Lydię. Jego zdaniem wielbiciele Jane Austen zjedzą nas za to żywcem. Mnie się wydaje, że bez nich się obejdzie, ale Oscar twierdzi, że zabieramy interesujące tło społeczne i film traci swoją treść, stając się debilnym romansidłem. Poza tym Nicole Roth, która gra Lydię Bennet, jęczy, że tak naprawdę musi się wcielić w trzy postaci, bo w scenariuszu Lydia, Kitty i Mary zostały jakby złączone i wyszła z tego trochę dziewczyna z zaburzeniami osobowości. Dalej Irene Lovell, czyli siostra Bingleya... Z nią na razie mało gadałem. Powiedziała tylko, że to i tak mała rola, a my jeszcze ją spłyciliśmy. Rosie Hinds. O matko! Charakteryzatorka narzeka, że ona jest za stara do roli Jane, ale miałeś rację - to prawdziwa aktorka. Umie grać. Ale jest zazdrosna o sukcesy Alcott. Świetnie to ukrywa, a mimo wszystko i tak widać. Też uważa, że Murphy nie pasuje na Darcy'ego. I w ogóle wszyscy uważają, że Darcy jest nietrafiony, wspominałem o tym? Co jeszcze? Facet z Milton Manor ciągle się nie zgadza, żeby wykorzystać jego posiadłość na dom Pana Darcy'ego, więc gdybyś mógł zagadać... Przyjedziesz tutaj? W porządku. Nie, nie mam nic przeciwko temu, dlaczego? Kiedy? Pojutrze? Okej, powiem ludziom. Nie mówić? Hmm... Skoro nalegasz. Dobra, kończę.
Jimmy się rozłączył i wetknął telefon do kieszeni. Pięknie! Ojciec przyjedzie na plan i będzie się do wszystkiego wpieprzał. Ekipa już i tak nazywała Jimmy'ego synalkiem P, a teraz jeszcze tatuś pojawi się osobiście, żeby przypilnować placu zabaw. Co by tu zrobić? A może dobrze, że przyjedzie? Że trochę pozamiata ten bajzel? Nic się jeszcze porządnie nie rozkręciło, a już każdy coś kombinuje.
***
Alan wbiegł na schody, pogwizdując z lekka. Dzień zapowiadał się ciekawie. W Kuchni Nr 1, którą przed chwilą opuścił, atmosfera gęstniała z każdą minutą. W dodatku przez okno w holu na parterze Alan dostrzegł interesującą scenkę. Zoe we własnej osobie szła przez trawnik w stronę domu. Spojrzał w przeciwnym kierunku i zobaczył wyłaniającego się z zagajnika Bena. Również spuszczona głowa, również bluza z kapturem. Scenka robiła się coraz bardziej intrygująca. Na wprost, przemierzając w tę i z powrotem szerokość żwirowanej ścieżki, dreptał Jimmy Hittock. Rozmawiał przez telefon i wściekle gestykulował. Wreszcie się rozłączył i schował telefon. Musiał zauważyć Zoe i Bena, bo przystanął i dyskretnie spoglądał raz w lewo, raz w prawo, wyraźnie czekając na rozwój wydarzeń. A później zerknął w górę i na chwilę zawiesił na czymś wzrok. Albo na kimś. Alan odsunął się od okna i zmarszczył brwi. Czyżby ktoś stał na półpiętrze i jakoś dziwnie się zachowywał?
Zoe i Ben wpadli na siebie w połowie drogi do bram Bridebridge Hall. Oboje podnieśli głowy jak na komendę i głośno - stanowczo za głośno - wyrazili zaskoczenie z powodu tak nieoczekiwanego spotkania. Alan słyszał, jak wymieniają idiotyczne uwagi na temat pięknej okolicy i wyjątkowo rześkiego powietrza. Nie chciało mu się tego słuchać. Cokolwiek ich łączyło, dla niego nie miało kompletnie żadnego znaczenia, o ile nie wpływało negatywnie na film. Mężczyzna się zawahał, po czym wbiegł na schody. Zagwizdał cicho, podejmując przerwaną wcześniej melodię. Półpiętro? A może jednak pierwsze piętro? Co też Jimmy mógł tam zauważyć? Alan poczuł nagle, jak opanowuje go dziwna, niezdrowa wręcz ciekawość. Wzruszył ramionami. Ostatecznie i tak szedł na górę, więc przy okazji można sprawdzić.
- Cześć - odezwała się cicho Rosie, niemal odskakując od okna. Jej policzki zrobiły się purpurowe. Zawsze szybko się rumieniła, kiedy czuła się zakłopotana.
Alan przystanął na ostatnim stopniu i zacisnął palce na poręczy.
- Cześć - bąknął i rozejrzał się nerwowo dookoła.
- Dobrze się baw... Dobrze ci się pracuje? Tutaj? - spytała sztywno, obracając w palcach wilgotny liść, który zerwała przed domem.
- Dobrze. A tobie? Jesteś zadowolona, że...
- Że mi pomogłeś dostać angaż, kiedy byłam żałośnie zdesperowana? Tak, jestem zadowolona. Dziękuję.
- Nie ma za co. Naprawdę. Nie musisz mi dziękować. - Alan spuścił wzrok. Miał wrażenie, że jego serce bije nienaturalnie głośno.
- A ty jesteś zadowolony? Że mogłeś mnie wyratować z opresji? Obiecałam sobie, że o to nie zapytam, ale chyba jednak chciałabym wiedzieć. Więc jesteś zadowolony? W końcu miałeś okazję się na mnie odegrać.
Oczy Rosie zrobiły się błyszczące i szkliste. Alan przełknął ślinę. Chciał do niej podejść, ale jego stopy wrosły w ostatni schodek. Pokręcił wolno głową.
- Proszę, przestań. Zostawmy to, dobrze? Nie chcę do tego wracać. Pomogłem ci, bo po prostu zasługujesz na tę rolę. Powiedziałem ci już, że możesz na mnie liczyć. Na moją pomoc, zawsze. I mylisz się, jeśli uważasz, że kiedykolwiek mógłbym chcieć się na tobie "odegrać".
- Ale przecież chciałbyś - powiedziała cicho.
Alan tylko pokręcił głową. Ściskało go w gardle, kiedy na nią patrzył. Chciał do niej podejść. Położyć dłonie na jej ramionach, choć na chwilę, choć przelotnie jej dotknąć. Zamiast tego chrząknął z zakłopotaniem i spojrzał w bok.
- Wspominałeś o pomocy, wtedy, kilka lat temu - ciągnęła. Jak na siebie była dziś bardzo wylewna. - Kiedy się pakowałeś. Mówiłeś, że mogę liczyć na twoją pomoc. I tylko na pomoc - dokończyła gorzko, ukradkiem ocierając oczy.
- Tak. Tylko na pomoc - potwierdził Alan, uniósł głowę i odetchnął głęboko, kiedy zobaczył jej minę. Ale nie podszedł do Rosie. Odwrócił się i skierował z powrotem na dół. Przez ramię rzucił jeszcze: - To i tak dużo.
Wcale nie chciał tego powiedzieć. Chciał powiedzieć i zrobić coś zupełnie innego. Myślał o niej, tam, pod oknem. O jej bladej twarzy, oczach, które wypełniał smutek. Chciałby wpleć palce w jej włosy. Chciałby...
Zbiegał po dwa schodki naraz, kurczowo trzymając się poręczy. Wiedział, że te ostatnie słowa były okrutne, ale nie potrafił się powstrzymać. Zresztą w gruncie rzeczy tak właśnie myślał. Mógł ją kochać, nadal, po tych wszystkich latach. Ale Rosie nie zasłużyła na pomoc. Nie zasłużyła na najdrobniejszy życzliwy gest z jego strony. A jednak nie odmówił wsparcia. Teraz musiał jakoś to wszystko przeżyć. Zdjęcia. Jej twarz. Jej zapach. Jej bliskość. Obrazy z przeszłości. Tego, co razem przeżyli, nie dało się zapomnieć.
Alan wziął głęboki wdech i wmaszerował do Kuchni Nr 1.
- Bell? Jesteś tu? Mogę cię prosić?
Kobieta posłała mu zaniepokojone spojrzenie znad kubka parującej kawy. Alan się uśmiechnął. Sam zrobił dla niej tę kawę. Z miodem. Taką właśnie lubiła pić zaraz po przebudzeniu. Dziewczyna odwzajemniła uśmiech i wstała od stołu. Rzuciła jeszcze kilka zdawkowych uwag o tym, że Peter Murphy absolutnie nie pasuje do roli Darcy'ego, z czym wszyscy po raz setny się zgodzili, i wyszła na korytarz. Alan złapał ją za rękę i pociągnął w stronę schodów kuchennych. Obejrzał się jeszcze i upewnił, czy nikt ich nie obserwuje. Następnie objął Bell w pasie i mocno przyciągnął do siebie. Kiedy oplatał ją ramionami w silnym uścisku, czuł, że cały drży. Zacisnął zęby i nie wypuszczał dziewczyny z objęć. Czekał, aż się odezwie, zapyta, co się stało i skąd to dziwne zachowanie. Nigdy wcześniej jej tak nie obejmował. W ogóle nigdy jej nie obejmował. Ta relacja nie opierała się na czułych gestach. Alan objął Bell jeszcze mocniej. Musiał zapomnieć o Rosie. Dziś jej widok potwornie nim wstrząsnął, choć przecież widzieli się już wcześniej. Ale tym razem trafiła w samo sedno. Wypowiedziała na głos to, z czego oboje doskonale zdawali sobie sprawę. Alan czerpał satysfakcję z jej beznadziejnej sytuacji. Podobała mu się świadomość, że może wpłynąć na los Rosie. Na los bardzo teraz nieszczęśliwej i zagubionej kobiety, którą się stała. A jednak kobiety nie do końca niewinnej i nieskazitelnej. Kobiety, która kiedyś, dawno temu, zrobiła coś złego. Kobiety, którą kiedyś, dawno temu, kochał. I kochał nadal, niestety. Bardziej niż kogokolwiek.
Alan się wzdrygnął i wtulił twarz we włosy Bell. Milczała. Delikatnie przesuwała dłonią po jego plecach i uparcie milczała. Dziwna dziewczyna. Nie kochał jej i ona też go nie kochała. A jednak coś ich przecież łączyło. Czy to coś mogło wystarczyć?
***
Kiedy Alan zniknął jej z oczu, Rosie wreszcie się rozpłakała. Był to jeden z tych dziwnych rodzajów płaczu, który nie przynosi najmniejszej nawet ulgi. Z kieszeni szerokiego swetra wygrzebała zmiętą chusteczkę i wytarła nos - akurat w chwili, kiedy na schodach pojawiła się Zoe. Alcott zdziwiła się na widok Rosie, jednak nie zatrzymała się na ostatnim stopniu, tak jak przed kilkoma minutami zrobił to Alan. Weszła na półpiętro, przekrzywiła głowę i głośno westchnęła.
- Mażesz się? - spytała, wydymając wargi niczym nadąsane dziecko.
Rosie chciała zaprzeczyć, ale Zoe zbliżyła się do niej i wyciągnęła nową, nieotwartą jeszcze paczkę chusteczek.
- Chujowy scenariusz, nie? Te twoje sceny z Caroline Bingley! Współczuję. Też bym płakała. Tylko wiesz, myślę sobie, że to nic nie pomoże i bez obrazy, ale nasza Sofie i tak narzeka na twoje wory pod oczami, a jak jej przyleziesz zaryczana, to się wścieknie i zacznie rzucać polskimi przekleństwami. I później każdy będzie miał makijaż do dupy, taki na pandę, wiesz - zakończyła i pokręciła głową.
Stały chwilę w ciszy, po czym obie parsknęły śmiechem. Rosie zerknęła z zaskoczeniem na Zoe, która przez ułamek sekundy wydała jej się niemal sympatyczna. I poza tym miała rację. To nie przecież były żadne cholerne wakacje. Należało się wziąć do roboty. Rosie oderwała plecy od parapetu. Weszły po schodach i skierowały się do swoich pokoi. Kiedy już miały się rozejść, Rosie się cofnęła nagle i złapała Zoe za łokieć.
- Słuchaj, może chciałabyś wieczorem przećwiczyć ze mną kilka naszych wspólnych scen? Tak bez świadków? Poczytamy sobie we dwie, może wpadniemy na jakiś fajny pomysł? Brakuje mi prób.
- Pewnie! - Oczy Zoe rozbłysły. - Wreszcie nie traktujesz mnie jak tępej laski, która zrobiła karierę dzięki reklamówkom perfum Givenchy.
- No, ale przecież zrobiłaś karierę dzięki reklamówkom perfum Givenchy - zauważyła bezlitośnie Rosie.
- Wiem. To coś zmienia? Przypomniało ci się i teraz jednak nie chcesz prób? Zdecyduj się może, co?! - Zoe znowu przekrzywiła głowę w charakterystyczny dla siebie sposób i nawinęła na palec pasmo jasnych włosów.
- Pewnie, że chcę.
- No i widzisz? Załatwione. A tak w ogóle, to czego się czepiasz reklam? Bardzo przyzwoita kasa z tego jest. Sama chciałabyś w jakiejś zagrać, przyznaj się!
- Chciałabym - zgodziła się Rosie. - Teraz wzięłabym nawet papier toaletowy, gdyby dobrze płacili.
Zoe parsknęła śmiechem.
- Okej, ja spadam, muszę nałożyć cold cream i wypić koktajl. - Zoe ziewnęła i chwyciła za klamkę.
- Czekaj. - Rosie przełknęła ślinę, po czym wyartykułowała na jednym wydechu: - Tutaj wszyscy mówią, że nic nie jesz i masz anoreksję. Jeśli masz jakieś... problemy, to...
- To co? Mogę do ciebie przyjść na zwierzenia?
- Po prostu tak mówią i...
- Niech sobie mówią, pierdolę to - oświadczyła Zoe i zniknęła w swoim pokoju.
Rosie wzruszyła ramionami. Oczywiście, że to pierdoli. Kto by się przejmował na jej miejscu? Rosie pchnęła drzwi i weszła do swojego pokoju. Zrzuciła przemoczone tenisówki. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo zmarzły jej stopy. Zdjęła sweter, legginsy i podkoszulek. Postanowiła wziąć przyjemny, ciepły prysznic. I wtedy zauważyła, że w jej pokoju ktoś jest. Mężczyzna siedział wygodnie rozparty w fotelu i kartkował przewodnik po Krainie Jezior. Nie patrzył na Rosie. To pewnie dlatego nie dostrzegła go od razu.
- Można wiedzieć, co tu robisz? - odezwała się głucho i wyrwała gościowi książkę.
- Ładne widoki - oznajmił Peter, zerkając na nią z rozbawieniem.
- Jeziora jak jeziora. Już tu kiedyś byłeś... - zaczęła i zdała sobie sprawę, że nie mówił o jeziorach, ale o niej. Stała przed nim w samej bieliźnie. W popłochu narzuciła na siebie wilgotny jeszcze po porannym spacerze sweter. - Zamknęłam drzwi na klucz, jak ci się udało...
- Przestań już, to nudne. Jesteś za bardzo teatralna, tak samo jak nasz reżyser. I ja właśnie w jego sprawie. To dość niefortunne, że wszyscy się tutaj spotykamy, prawda? Cała nasza trójka. W Krainie Jezior. Po prawie dziesięciu latach od...
- Zamknij się! - krzyknęła Rosie, a jej głos lekko zadrżał. - Nie wiedziałam, że zatrudnią cię do tego filmu, naprawdę! Nie miałam pojęcia. Ale teraz już zamknij się, słyszysz?! Ani słowa!
- Dobrze, zamknę się. Ale powiedz mi to jeszcze raz. Czy on na pewno o niczym nie wie? Czy Alan Fawley na pewno o niczym nie wie? Na pewno? - wysyczał mężczyzna i płynnym kocim ruchem wstał się z fotela.
Rosie poczuła na plecach lodowaty dreszcz. Gardło miała wyschnięte na wiór. Zamrugała gwałtownie i wyzywająco uniosła podbródek.
- Alan Fawley o niczym nie wie - skłamała.
Murphy się uśmiechnął. Delikatnie. Pobłażliwie. Prawie ciepło. Rosie jęknęła. Nie potrafiła kłamać. Wiedziała o tym. I Peter też o tym wiedział. Musiała wybrać najprostsze rozwiązanie. Musiała powiedzieć prawdę.
- Alan Fawley nie wie - podjęła na nowo i poczuła, że zaczyna się trząść. - Alan Fawley nie wie o tym, że mi pomogłeś. Myśli, że zrobiłam to zupełnie sama. Tak mu powiedziałam - zakończyła prawie szeptem.
***
Zoe się wyprostowała i podeszła do szafy. Wsunęła dłoń pod stos ułożonych w kostkę bawełnianych bluz. Jej palce zacisnęły się na małej fiolce. Przymknęła oczy i wysypała z niej dwie białe pastylki. To zabawne. Potrafiła je już połykać bez popijania. Chociaż wtedy gorzej się wchłaniają. Po krótkim namyśle Zoe nalała sobie szklankę wody i wychyliła ją duszkiem. Otarła usta wierzchem dłoni. Przysiadła na łóżku i zaczęła się zastanawiać. Ona, Rosie, Alan, cudownie piękny i cholernie cwany Ben, Oscar i oczywiście Peter Murphy! Peter Murphy, którego Zoe najchętniej nie oglądałaby już nigdy na oczy. Peter Murphy, który z pewnością coś kombinował. Jak zwykle. Peter Murphy, który wiedział bardzo dużo. Jeszcze nic nie mówił. Jeszcze nic nie robił. Ale czekał. Z pewnością czekał i ją obserwował.
Pokój zawirował. Ściany falowały, jak gdyby nagle znalazły się pod wodą. Zoe wyciągnęła się na łóżku. Powietrze z wolna gęstniało i nabierało lekko szafirowej barwy. Zamrugała oczyma, ale jej powieki okazały się zbyt ciężkie i po chwili opadły. Nie spać... Nie można spać...