Pamiętniki Wampirów. Pamiętnik Stefano. Tom 4. Uciekinier - L.J. Smith


Reflow text when sidebars are open.
Sierpień 1888 roku
Jak wiele potrafi się zmienić w ciągu jednego roku. To jedno z tych zdań, które słyszałem kiedyś często w rozmowach, a teraz wciąż grzechocze z tyłu głowy jak kamyk pod kołem powozu. Echo mojego dawnego życia. Kiedyś rok znaczył wiele, miał swoją wagę. Każdy rok otwierał przede mną nowe możliwości: że spotkam wielką miłość, urodzą mi się dzieci, a może umrę. Rok był kolejnym zakrętem na ścieżce życia - ale nie podążam już tą ścieżką.
To, że rok nie jest już tym samym, to jedno. Dwadzieścia lat temu, kiedy cały mój świat stanął na głowie, wszystko inne też się zmieniło.
Rok temu przeprowadziłem się do Anglii, kraju, który tak mocno zanurzony jest w historii, że perspektywa wieczności staje się mniej przytłaczająca. Chociaż całe moje otoczenie było inne, ja pozostałem taki sam. Wciąż wyglądałem tak samo jak w dniu, gdy zostałem przemieniony w wampira. W snach dręczyły mnie te same myśli - o Katherine, Damonie, śmierci i zniszczeniu - nie potrafiłem się od nich uwolnić. Czas miarowo biegł naprzód, ale ja byłem wciąż tym, kim się stałem: demonem, który rozpaczliwie pragnął odkupienia.
Gdybym nie zmienił się w wampira, teraz wkraczałbym spokojnie w wiek średni. Miał bym żonę, dzieci, może nawet syna, którego przygotowywałbym do przejęcia rodzinnego interesu.
Teraz specjalnością rodziny Salvatore były morderstwa.
To dziedzictwo usiłowałem wymazać od dwudziestu lat w nadziei, że jeśli poświęcę całą wieczność na dobre uczynki, to może uda mi się odkupić winy i przelaną krew.
Zacząłem dobrze. Pobyt w Anglii mi służył. Tu zostałem porządnym człowiekiem - na tyle, na ile może nim być ktoś o tak mrocznej przeszłości jak moja.
Nie czuję się już winny, gdy wysysam krew z leśnych stworzeń. Jestem w końcu wampirem. Ale nie potworem. Już nie.
Mimo to czas nie wpływa na mnie tak jak na ludzi. A każdy nowy rok nie jest dla mnie jak nowa karta, z którą wiążą się nadzieje i oczekiwania. Mogę tylko liczyć na to, że kolejne lata będą oddalać mnie coraz bardziej od pełnej okrucieństwa młodości i nie przyniosą nowych skaz na moim sumieniu. To byłaby dla mnie zmiana - i zbawienie.
Słońce zalało surowe sklepienie potężnej kuchni dworu Abbott Manor, gdzie pracowałem jako gajowy. Westchnąłem z zadowoleniem, wyglądając przez grube okna na zielony krajobraz, który roztaczał się wokół domu. Chociaż oddana gospodyni dworu, pani Duckworth, dokładała wszelkich starań, żeby utrzymać go w porządku, w świetle jaskrawych promieni widziałem kłębki pyłków. Ta domowa atmosfera przypominała mi majątek Veritas, w którym pyłki z magnolii często wlatywały do środka przez otwarte okna i osiadały na wszelkich powierzchniach.
- Podasz mi nóż, Stefano? - spytała Daisy, jedna z młodych pokojówek, zalotnie puszczając do mnie oczko.
Pochodziła z sąsiedniej wioski i pani Duckworth zatrudniała ją dorywczo do pomocy w kuchni. Daisy była niska, miała brązowe loczki i bardzo piegowaty, zadarty nosek - przypominała mi Amelię Hawke, jedną z moich przyjaciółek z dzieciństwa w Mystic Falls. Nagle uświadomiłem sobie, że Amelia musiała już mieć dzieci w wieku Daisy.
- Ależ oczywiście, skarbie - powiedziałem z przesadnym południowym akcentem, kłaniając się w pas. Daisy zawsze żartowała sobie z tego, że mówię jak typowy Amerykanin, a ja lubiłem się z nią przekomarzać. Te niewinne i zabawne przepychanki przypominały mi, że słowa nie zawsze skrywają podłe zamiary.
Wyjąłem nóż z szuflady i podałem Daisy. Dziewczyna wyciągnęła ogórka z wielkiej drewnianej misy i położyła go przed sobą na stole, przygryzając wargi dla lepszego skupienia.
- Auć! - syknęła nagle i oderwała palec od ogórka, po czym błyskawicznie przytknęła dłoń do ust. Odwróciła się do mnie. Z ranki kapała krew.
Poczułem, że kły już zaczynają rozsadzać mi wargi, więc przełknąłem ślinę i odskoczyłem o krok. Miałem jeszcze szansę zatrzymać proces transformacji.
- Pomóż mi, Stefano! - poprosiła Daisy.
Chwiejnym krokiem podszedłem bliżej. Zapach krwi wtargnął mi w nozdrza i zaczął sączyć się do mózgu. Wyobrażałem sobie, jak słodko smakowałby ten płyn.
Chwyciłem serwetkę i rzuciłem ją w stronę Daisy. Zacisnąłem przy tym oczy, ale jedyny efekt był taki, że jeszcze potężniej czułem metaliczny za pach.
- Proszę! - zawołałem szorstko, na ślepo wyciągając chusteczkę w jej stronę. Jednak dziewczyna nie wyjęła mi jej z ręki, więc otworzyłem jedno oko, a potem drugie. Daisy wciąż tam stała z wyciągniętą dłonią, ale coś się w niej zmieniło. Zamrugałem. To nie była tylko sztuczka mojej wyobraźni. Myszowate brązowawe włosy zmieniły się w burzę miedzianych loków, a pełne policzki zapadły się, odsłaniając trójkątny kształt twarzy. Na grzbiecie nosa widniało teraz zaledwie kilka jaśniutkich piegów.
Daisy znikła, a jej miejsce w tajemniczy sposób zajął ktoś inny.
- Callie? - zaskrzeczałem, przytrzymując się drewnianego stołu.
Callie Gallagher, pełna temperamentu, nieprzewidywalna, niezwykle oddana dziewczyna- zamordowana przez Damona - właśnie stanęła przed moimi oczami. Ogarnęła mnie powódź myśli. A może Callie jednak nie umarła? Czy zdołała jakimś cudem uciec do Anglii, by zacząć wszystko od nowa? Zdawałem sobie sprawę, że to nie ma sensu, ale przecież właśnie na nią patrzyłem. Wyglądała piękniej niż kiedykolwiek.
- Stefano... - szepnęła, przechylając twarz w moją stronę.
- Callie! - Uśmiechnąłem się, czując, że chowają mi się kły. Serce zabiło mi mocniej, ożywione cieniem tych emocji, które ta dziewczyna kiedyś we mnie rozbudziła. Wyciągnąłem rękę w jej stronę, pogładziłem ją po ramieniu i nieśmiało zacząłem rozkoszować się zapachem, który przypominał jabłka i siano. Ledwo jednak zamrugałem, by lepiej jej się przypatrzeć, znów wszystko się zmieniło.
Miała teraz zbyt mocno rozchylone usta, zbyt białe zęby i przekrwione białka oczu. Powietrze przeszyła woń cytryn i imbiru.
Z przerażeniem otworzyłem szerzej oczy. Strach skuł mi żyły lodem. Czy to możliwe?
To była Katherine... Pierwsza kobieta, w której chyba naprawdę się zakochałem. Wampirzyca, która ukradła mi serce po to, by zdobyć duszę.
- Zostaw mnie w spokoju! - wycharczałem, cofając się tak szybko, że aż potknąłem się o nogę od stołu. Spróbowałem się uspokoić. Wiedziałem, że muszę uciekać. Katherine była zła. To ona mnie zniszczyła. A jednak wyglądała tak pięknie... Jej twarz przybrała figlarny wyraz.
- Ach, witaj, Stefano - powiedziała słodkim tonem, podchodząc bliżej. - Chyba cię nie wystraszyłam? Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha!
- Ty nie żyjesz! - rzuciłem, wciąż nie wierząc w to, co widzę.
Roześmiała się, a ten dźwięk był tak nieodparty i rozgrzewający, jak whisky w lodowaty zimowy wieczór.
- Och, przecież to nic nowego. Miło cię widzieć. Dobrze wyglądasz. Chociaż może trochę blado - stwierdziła Katherine.
- Jak się tu dostałaś? - spytałem w końcu.
Ciało Katherine zostało spalone w kościele w Wirginii, za oceanem. A jednak nie mogłem zaprzeczyć, że stała tuż przede mną w kuchni dworu Abbottów.
- Musiałam się z tobą zobaczyć - oznajmiła, przygryzając wargę nieskazitelnie białymi zębami. - Jest mi tak strasznie przykro, Stefano. Zaszło między nami wiele nieporozumień. Nigdy właściwie nie wytłumaczyłam ci się z tego, co się stało. Czy kiedykolwiek mi wybaczysz?
Poczułem, że przytakuję, chociaż tak bardzo znienawidziłem ją za to, co mi zrobiła. Wiedziałem, że muszę uciekać, ale nie potrafiłem odwrócić wzroku od ogromnych oczu. To nie było zaklęcie oczarowania, tylko coś gorszego. Opętała mnie miłość. Wyciągnąłem ostrożnie rękę i pozwoliłem sobie dotknąć jej skóry. Była tak gładka, że ogarnęło mnie niepowstrzymane pragnienie, by poczuć więcej i więcej jej ciała.
- Mój słodki Stefano - zaszczebiotała Katherine, pochylając się w moją stronę. Musnęła mnie wargami miękkimi jak płatki róży. Przysunąłem się bliżej, ulegając pokusie tego cytrynowo-imbirowego zapachu. Rozbudziło się we mnie pożądanie tłumione od dwudziestu lat. Nie dbałem o to, co zrobiła mnie i mojemu bratu. Pragnąłem jej. Moje wygłodniałe usta odnalazły jej wargi. Pocałowałem ją, wzdychając ze szczęścia i poczucia speł nienia.
Oderwała się ode mnie, więc popatrzyłem jej w twarz. Miała wytrzeszczone oczy i wyszczerzone kły, które lśniły w słońcu.
- Katherine! - wykrzyknąłem zdławionym głosem. Było za późno na ucieczkę. Lodowate dłonie zacisnęły się wokół mojej szyi, przyciągnęły mnie bliżej i nagle poczułem palący ból gardła. Usiłowałem się odwrócić, jednak ból tylko się pogłębiał, przenikał całe ciało, aż dotarł do samej duszy...
Wszystko utonęło w mroku.
I wtedy usłyszałem natarczywe pukanie.
- Katherine? - Uczyniłem kilka niezbornych ruchów i uświadomiłem sobie, że jestem cały spocony. Zamrugałem. Nad sobą zobaczyłem pochyły dach mojej krytej strzechą chatki. Przez szpary w suficie przedzierały się promienie słońca.
Ktoś wciąż pukał.
Wygramoliłem się z łóżka, by wciągnąć bryczesy i koszulę.
- Proszę! - krzyknąłem.
Drzwi gwałtownie się otworzyły i wkroczyła pani Duckworth, z troską wypisaną na okrągłej czerwonej twarzy.
- Stało się co? - spytała.
- Nie, nie, to tylko sen - odparłem, przestępując z nogi na nogę. Czy to naprawdę był tylko sen? Chociaż od dawna nie myślałem już o Katherine, w nocy wydawała mi się taka rzeczywista, taka żywa...
- Kośmary go dręczą... - powiedziała pani Duckworth ze zrozumieniem, krzyżując ręce na potężnym matczynym biuście. - Aż tam, het, słyszałam, jak pokrzykujesz. I nieźle mnie nastraszyłeś, ja myślała, że dopadł cię jakiś lis z lasu. Pani Medlock od Evansów mówiła, że niedawno te niecnoty kury jej podusili, i to w biały dzień!
- Tylko kośmar... - wymamrotałem, opierając się o drewniany filar łóżka. Słońce dopiero zaczynało zachodzić i las za oknem utonął w pomarańczowym świetle.
- Tak, koszmar - powtórzyła cierpliwie gospodyni.
Miała na sobie wykrochmalony biały fartuch i niebiesko-białą sukienkę. Z tyłu głowy wystawał jej potężny kok upięty z gęstych siwych włosów. Służyła we dworze od ponad dwudziestu lat i doglądała wszystkiego, co działo się w domu, z iście macierzyńską troską. George Abbott zawsze żartował, że to ona, nie on, naprawdę rządziła w Abbott Manor. Gdy teraz mnie uspokoiła, natychmiast przypomniałem sobie, że tu jestem bezpieczny.
- Mam tylko nadzieję, że pani cię nie słyszała. Nie chciałbyś chyba, żeby pomyślała sobie, żeś nawiedzony...
- Nie, nie jestem... - odparłem niecierpliwie, po czym chwyciłem koszulę nocną i cisnąłem ją z powrotem na łóżko. Nie podobały mi się aluzje ukryte w kolokwialnej gadce gospodyni. Ani to, że bardzo rzadko udawało jej się sklecić poprawne zdanie. - Ma pani na myśli, że ta chatka jest nawiedzona. Co też jest nieprawdą - dodałem szybko.
- Nie, to cuś siedzi w tobie - orzekła pani Duckworth tonem mędrca. - Na wątrobie ci leży i spać nie daje.
Popatrzyłem na szorstkie, nierówne klepki podłogi. Miała rację. Chociaż uciekłem z domu, wciąż nie uwolniłem się od duchów przeszłości. Czasem śniło mi się, że Damon i ja jesteśmy dziećmi i ścigamy się na koniach po wirginijskich lasach. To było przyjemne. Czasem jednak przypominałem sobie, że chociaż moim przeznaczeniem jest spędzić wieczność na ziemi, część mnie już na zawsze pozostanie w piekle.
- A nieważne już - dodała pani Duckworth, energicznie zacierając ręce. - Przyszłam tu, coby cię na kolację wołać. Chłopcy co i raz o ciebie pytają - powiedziała z pełnym ciepła uśmiechem, z którym zawsze mówiła o Luke'u i Oliverze, młodych dziedzicach Abbottów.
- Naturalnie - odparłem. Uwielbiałem niedzielne kolacje. Były gwarne i wesołe, oznaczały pyszne jedzenie i serdeczne przekomarzanie się z Lukiem i Oliverem. Ich ojciec George podrzucał kolanem najmłodszą z Abbottów, czteroletnią Emmę, a mama Gertrude uśmiechała się dumnie do swoich dzieci. Ja siadałem przy końcu stołu i cieszyłem się, że wolno mi uczestniczyć w tych pięknych scenach. To była typowa niedziela zwyczajnej rodziny i w moich oczach nic - nawet najświetniejsze wieczory w dworach San Francisco albo pełne blichtru, skąpane w szampanie bale Nowego Jorku - nie mogło się z nią równać.
Gdy poprzedniej jesieni przybyłem do Abbott Manor, miałem tylko jedną koszulę na plecach i konia, którego wygrałem w karty w barze w portowej dzielnicy Southampton. Klacz była czarna i przypominała mi Mezzanotte, na której jeździłem w dzieciństwie w Wirginii. Nazwałem ją Segreto, co po włosku znaczy tajemnica, i przez cały miesiąc włóczyliśmy się po okolicy, aż w końcu przybyliśmy do Ivinghoe, miasteczka położonego około osiemdziesięciu kilometrów od Londynu. Szukałem kogoś, komu mógłbym sprzedać Segreto, i wtedy skierowano mnie do George'a Abbotta, który wysłuchawszy sprytnie obmyślanej opowieści o moich licznych nieszczęściach, zaproponował mi zarówno zakup konia, jak i posadę gajowego.
- Lepiej się pośpiesz - przerwała mi rozmyślania pani Duckworth, po czym wyszła z chatki i mocno zatrzasnęła za sobą drzwi.
Przejrzałem się w pośpiechu w lustrze, które wisiało nad moją zgrzebną szafką. Błyskawicznie przygładziłem brązowe włosy i oblizałem dziąsła. Kły wyrastały mi coraz rzadziej, a już prawie nigdy w ciągu dnia. Zacząłem nawet polować na zwierzęta z użyciem łuku i strzał, po czym wyciskałem krew do szklanki i popijałem ją potem przy kominku. Przypomniałem sobie czasy, gdy byłem młodym wampirem szalejącym po Nowym Orleanie i moja przyjaciółka Lexi usiłowała bezskutecznie namówić mnie do picia koziej krwi. Opierałem się, sadząc, że taki napój to obraza i nijak nie przypomina prawdziwej, bogatej w smaku, słodkiej krwi człowieka.
Szkoda, że mnie teraz nie widzi, pomyślałem z żalem. Czasem było mi przykro, że Lexi nie ma przy mnie, zwłaszcza podczas długich, mrocznych nocy. Chciałbym mieć przy sobie kogoś do pogadania, a Lexi traktowałem jak prawdziwą przyjaciółkę. Jednak nasze drogi rozeszły się, ledwo dotarliśmy na Wyspy Brytyjskie. Lexi postanowiła wybrać się dalej, na kontynent, a ja zostałem, by sprawdzić, co Anglia ma mi do zaoferowania. Właściwie było mi wszystko jedno. Chociaż rozstaliśmy się w zgodzie, wyczuwałem, że Lexi zaczyna drażnić moja wieczna melancholia. Nie mogłem mieć do niej żalu. Sam się tym irytowałem i żałowałem, że nie potrafię po prostu iść do przodu, nie oglądając się na przeszłość. Chciałbym flirtować z Daisy bez obawy, że znów wyrosną mi kły. Chciałbym porozmawiać z George'em o moim życiu w Ameryce, nie wzbudzając podejrzeń wzmiankami o tym, że przeżyłem wojnę secesyjną. Ale najbardziej marzyłem, by wymazać z myśli Damona. Czułem, że staję na nogi i zaczynam iść do przodu, ale wystarczył jeden zły sen, żebym znów pogrążył się w dawnej niedoli.
Ale wiele też zależało ode mnie. Nauczyłem się, że wspomnienia to tylko wspomnienia. Nie miały mocy, by mnie zranić. Nauczyłem się też ufać ludziom. I czasem, późną nocą, gdy rozgrzałem się krwią borsuka i wsłuchiwałem w odgłosy lasu budzącego się do życia, czułem się niemal szczęśliwy.
Nie miałem zbyt wielu przygód. Moją codzienność wypełniała rutyna - i bardzo mi się to podobało. Praca przypominała mi to, czym trudniłem się w młodości w Wirginii, gdy ojciec przygotowywał mnie do przejęcia majątku Veritas. Kupowałem zwierzęta, doglądałem koni i naprawiałem wszystko, co się psuło. Wiedziałem, że George jest ze mnie zadowolony, a następnego dnia mieliśmy nawet wybrać się do Londynu i przedyskutować stan finansów farmy. Odebrałem to jako prawdziwy dowód zaufania. Cała rodzina Abbottów chyba mnie lubiła, a ja byłem zdziwiony tym, jak bardzo się do nich przywiązałem. Wiedziałem, że za kilka lat będę musiał ruszać dalej, bo zauważyliby, że nie starzeję się tak jak oni. Ale cieszyłem się tymi chwilami, które mi zostały.
Pośpiesznie ubrałem się w kurtkę z wełny merynosów - jedno z licznych ubrań, które dostałem od George'a w ciągu tego krótkiego czasu, który spędziłem w Abbott Manor. Często powtarzał, że traktuje mnie jak syna, co jednocześnie wzruszało mnie i bawiło. Gdyby tylko wiedział, że w rzeczywistości jest ode mnie parę lat młodszy... George poważnie traktował swoją ojcowską rolę i chociaż nie mógł mi zastąpić prawdziwego ojca, to doceniałem jego gest.
Nie zamknąłem za sobą drzwi i ruszyłem na wzgórze, w stronę domu, pogwizdując po drodze jakąś melodię. Dopiero, gdy doszedłem do refrenu, zorientowałem się, co to było: Boże, chroń Południe - ulubiona pieśń Damona.
Skrzywiłem się, zacisnąłem wargi i niemal biegiem pokonałem ostatnie kroki do tylnych drzwi dworu. Po dwudziestu latach mój brat wciąż czasem stawał mi przed oczami, niespodziewanie i gwałtownie jak piorun w gorący letni dzień. Pamiętałem go dobrze - smutne niebieskie oczy, krzywy uśmiech, południowy akcent z sarkastyczną nutą. Zupełnie jak gdybym widział go dziesięć minut wcześniej. Kto wie, gdzie się teraz podziewa? - pomyślałem.
Mógł już nie żyć. Ta myśl nagle przyszła mi do głowy, ale z niepokojem błyskawicznie ją od siebie odrzuciłem.
Dotarłem do dworu i otworzyłem sobie drzwi. Abbottowie nigdy ich nie zamykali. Nie było takiej potrzeby. Kolejny dom znajdował się osiem kilometrów dalej, a miasteczko - ponad dziesięć. Cała miejscowość składała się poza tym z gospody, poczty i stacji kolejowej. W Anglii nie było bezpieczniejszego miejsca.
- Stefano, chłopcze! - krzyknął George, wychodząc z salonu do foyer. Był lekko rozluźniony i zaczerwieniony od wypitej przed kolacją sherry i wydawał mi się jeszcze bardziej zażywny niż tydzień wcześniej.
- Dzień dobry panu! - powiedziałem entuzjastycznie. Pan Abbott był dość nikczemnego wzrostu, ale powoli nadrabiał ten fakt tuszą. Czasem martwiłem się o konie, gdy postanawiał wybrać się na przejażdżkę po lasach.
Chociaż inni służący nieraz kpili sobie z niego z powodu nieforemnego ciała i słabości do trunków, ja widziałem tylko życzliwość i dobrą wolę. George przyjął mnie, gdy nie miałem niczego, i dał mi nie tylko dach nad głową, ale również nadzieję, że znów uda mi się nawiązać jakieś więzi z ludźmi.
- Napijesz się sherry? - zaproponował, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Z przyjemnością - oznajmiłem z uśmiechem i usiadłem w salonie, na jednym z wygodnych krzeseł obitych czerwonym aksamitem. Pomieszczenie było niewielkie, przytulne i wyłożone orientalnymi dywanami, całymi w psich kłakach. Gertrude Abbott rozpieszczała swoje psy i wpuszczała je do dworu za każdym razem, gdy tylko zaczynało padać - a to zdarzało się prawie codziennie. Na ścianach widniały portrety rodziny państwa Abbottów. Ich krewnych dało się rozpoznać po uroczych dołeczkach w brodach. Nawet surowy stryjeczny dziadek Martin, który czuwał nad barkiem w kącie, wydawał się przyjazny.
- Stefano! - rozległ się krzyk dwóch małych Abbottów wbiegających do pokoju. Pierwszy wpadł do środka Luke, sprytny, ciemnowłosy, z kępką niesfornej grzywy, której nie dało się okiełznać, chociaż matka wkładała w to dużo wysiłku. Za nim przytruchtał Oliver, siedmiolatek o włosach jak zboże i chudych nogach.
Uśmiechnąłem się, gdy młodszy chłopiec objął mnie za kolana. Miał jeszcze we włosach zaplątaną kępkę siana i smugi ziemi na piegowatej twarzy; prawdopodobnie przez wiele godzin szalał po lesie.
- Polowałem na królika! Był taaaki wielki! - wykrzyknął Oliver, odrywając się od moich nóg, by otworzyć szeroko ramiona.
- Taki wielki? - spytałem i uniosłem brwi. - Czy to na pewno był królik? A może niedźwiedź? - Oczy Olivera zrobiły się wielkie jak spodki na myśl o tej możliwości. Stłumiłem śmiech.
- To nie był niedźwiedź, Stefano! - wtrącił Luke. - Tylko królik. I to ja go zastrzeliłem, kula Olivera tylko go wystraszyła.
- Nieprawda! - zaprotestował malec.
- Tato, powiedz Stefano! Powiedz mu, że to ja zastrzeliłem królika!
- No już, chłopcy! - zawołał George, uśmiechając się serdecznie do synów. Ja także się uśmiechnąłem, mimo że w samej głębi serca poczułem ukłucie żalu. Tak dobrze znałem te sceny, rozgrywają się we wszystkich domach na całym świecie: synowie kłócą się między sobą, buntują, dorastają i cały cykl powtarza się od nowa.
Tylko ja i Damon jesteśmy wyjątkiem. Jako dzieci byliśmy zupełnie jak Oliver i Luke. Bez przerwy walczyliśmy i bez skrupułów ciskaliśmy jeden drugiego na ziemię, ale wiedzieliśmy przy tym, że niewzruszona i nieśmiertelna lojalność już po chwili sprawi, że pomożemy sobie wstać. Dopiero Katherine zniszczyła to wszystko, stając między nami.
- Założę się, że Stefano nie ma ochoty słuchać tych awantur - dodał George, pociągając kolejny łyk sherry.
- Nic mi to nie przeszkadza - odparłem, burząc Oliverowi włosy. - Ale chyba powinienem poprosić was o pomoc w pewnym problemie. Pani Duckworth twierdzi, że w lesie jest lis, który kradnie kurczaki od Evansów. Wiem, że tylko najlepsi myśliwi w całej Anglii zdołają pokonać tę bestię - zmyśliłem na poczekaniu.
- Poważnie? - spytał Oliver, znów otwierając szerzej oczy.
- Poważnie! - przytaknąłem. - Tego lista upoluje tylko ktoś, kto jest mały, szybki i bardzo, bardzo sprytny. - Zobaczyłem błysk zainteresowania w oczach Luke'a. Jako prawie dziesięciolatek pewnie czuł się trochę zbyt duży, żeby wziąć udział w tej grze, ale widziałem, że ma na to ochotę. Damon zachowywał się podobnie w tym wieku; był zbyt dorosły, by dać się przyłapać na zabawie z chłopcami nad strumieniem, ale za nic nie chciał żadnej stracić.
- Może zabierzemy też twojego brata - powiedziałem scenicznym szeptem, kątem oka widząc spojrzenie George'a. - We troje stworzymy najlepszą drużynę myśliwską po tej stronie Londynu. Lis nie będzie miał żadnych szans.
- Brzmi jak wspaniała przygoda! - oświadczył uroczyście George, patrząc na wchodzącą Gertrude. Pani Abbott miała rude włosy, zaczesane do tyłu i odsłaniające wysokie czoło. Trzymała na biodrze czteroletnią córeczkę Emmę. Dziewczynka, blondynka o ogromnych oczach, przypominała bardziej wróżkę czy chochlika niż prawdziwe ludzkie dziecko. Uśmiechnęła się do mnie, więc odpowiedziałem również uśmiechem, czując, że promieniuje ze mnie radość.
- Pójdziesz z nami, tatusiu? - spytał Oliver. - Chcę, żebyś zobaczył, jak poluję.
- Och, znacie mnie. - George pokręcił głową. - Tylko bym go spłoszył. Lis usłyszałby mnie z daleka i uciekłby w krzaki.
- Stefano mógłby cię naucyć, jak być cicho! - zaseplenił Oliver.
- Stefano już i tak mnie wiele uczy, na przykład jak prowadzić to gospodarstwo - odparł George i zaśmiał się melancholijnie.
- Chyba wszyscy dzisiaj trochę zmyślamy - powiedziałem dobrodusznie. Chociaż moja praca była wymagająca, naprawdę dobrze się bawiłem w towarzystwie George'a. Czułem się zupełnie inaczej niż w Veritas, gdzie szefował mi własny ojciec. Wtedy miałem żal, że muszę siedzieć w naszym majątku, chociaż wolałbym pojechać na uniwersytet w Wirginii. Nie znosiłem być bezustannie oceniany i osądzany, bo ojciec zastanawia się, czy jestem godny, by przejąć rządy w rodzinnej posiadłości. U Abbottów czułem się doceniany za to, co sobą przedstawiam.
Pociągnąłem głęboki łyk sherry i oparłem się wygodniej o krzesło, pozbywając się ostatnich niepokojących obrazów ostatniego koszmaru. Katherine nie żyła. Damon być może także. A moje życie toczyło się teraz w Abbott Manor.