Pamiętniki wampirów. Księga 7 i ostatnia: Moc przeznaczenia - L.J. Smith

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Drogi Pamiętniku,

ubiegłej nocy miałam przerażający sen. Wszystko było w nim tak, jak jeszcze kilka godzin temu. Znowu stałam w podziemnej komnacie Stowarzyszenia Vitale, pojmana przez Ethana, z jego zimnym, nieubłaganym nożem na gardle. Stefano i Damon patrzyli na nas, czujnie, w napięciu, wyczekując chwili, kiedy któryś z nich zdoła rzucić się na Ethana i mnie ocalić. Ale wiedziałam, że stanie się to za późno. Wiedziałam, że mimo ich nadnaturalnej szybkości Ethan zdąży poderżnąć mi gardło i umrę.

W oczach Stefano dostrzegłam wielki ból. Wiedziałam, jak bardzo zrani go moja śmierć i dlatego krwawiło mi serce. Nie mogłam znieść myśli, że umrę bez Stefano, wiedząc, że w końcu go wybrałam, że całe moje niezdecydowanie jest już za nami.

Ethan przyciągnął mnie jeszcze bliżej do siebie; jego ramię na mojej piersi było twarde i bezlitosne jak stalowa obręcz. Czułam, jak zimne ostrze wbija mi się w skórę.

A potem, znienacka, Ethan upadł i zobaczyłam Meredith. Stała tam, z rozwianymi włosami i dziką, bezwzględną twarzą bogini zemsty, z włócznią wzniesioną ciągle po zabójczym, zadanym w samo serce ciosie.

Powinnam czuć ulgę i radość. I tak było w prawdziwym życiu - wiedziałam, że ocalałam, że znajdę się, bezpieczna, w ramionach Stefano.

Ale we śnie twarz Meredith znikła nagle w błysku czystego, białego światła. Robiło się coraz chłodniej, moje ciało ściął lód, a umysł ogarnął zimny spokój. To, co stanowiło o moim człowieczeństwie, znikało, zastępowane przez coś lodowatego, twardego... Coś innego.

W ferworze walki zapomniałam o tym, co powiedział mi James. Że rodzice obiecali mnie Strażnikom i że moim przeznaczeniem jest stać się jedną z nich. Teraz po mnie przyszli.

Obudziłam się, przerażona.

Elena Gilbert oderwała pióro od kartki pamiętnika. Nie miała ochoty nic więcej napisać. Ubranie w słowa tego, czego obawiała się najbardziej, tylko nadałoby lękom większej realności.

Rozejrzała się po swoim pokoju w internacie, jej nowym domu. Bonnie i Meredith najwyraźniej były tu, kiedy spała. Łóżko Bonnie było nieposłane, a z jej biurka znikł laptop. Część pokoju zajmowana przez Meredith, zwykle skrupulatnie uporządkowana, świadczyła o tym, jak wyczerpana musiała być jej właścicielka. Zakrwawione ubranie, które Meredith miała na sobie, walcząc z Ethanem i jego wampirami, leżało na podłodze. Broń, rzucona na łóżko, została tylko zepchnięta na bok, jakby młoda łowczyni wampirów zwinęła się obok i zasnęła.

Elena westchnęła. Może Meredith zrozumiałaby, co czuje. Ona wiedziała, jak to jest, kiedy twój los jest z góry przesądzony. Jak to jest odkryć, że twoje marzenia i nadzieje nie mają żadnego znaczenia.

Ale Meredith przyjęła swoje przeznaczenie. Teraz nic nie było dla niej ważniejsze, niczego bardziej nie pragnęła niż gromić potwory i ratować niewinnych.

Elena wątpiła, czy uda jej się odnaleźć taką samą radość we własnym losie.

Wróciła do pisania.

Nie chcę być Strażniczką. Strażnicy zabili moich rodziców. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek zdołała się z tym uporać. Gdyby nie oni, moi rodzice nadal by żyli, a ja nie musiałabym się ciągle obawiać o życie tych, których kocham. Strażnicy wierzą tylko w jedno. W porządek. Nie w sprawiedliwość. I nie w miłość.

Nigdy nie zechcę taka być. Nigdy nie zechcę stać się jedną z nich.

Ale czy mam wybór? James mówił o tym tak, jakby to, że zostanę Strażniczką, było czymś, co po prostu się zdarzy. Czymś, czego nie da się uniknąć. Moc nagle da o sobie znać i zajdzie we mnie zmiana, przygotowując mnie na nadejście strasznych rzeczy, jakie się potem wydarzą, czymkolwiek one będą.

Elena potarła twarz wierzchem dłoni. Mimo że długo spała, oczy ciągle ją piekły i bolały.

Jeszcze nikomu o tym nie powiedziałam. Meredith i Damon wiedzą, że byłam zdenerwowana po spotkaniu z Jamesem, ale nie wiedzą, co od niego usłyszałam. Ubiegłej nocy wydarzyło się tyle rzeczy, o których nie miałam okazji im powiedzieć.

Muszę porozmawiać ze Stefano. Wiem, że kiedy to zrobię, wszystko stanie się... trochę lepsze.

Ale boję się powiedzieć mu o wszystkim.

Kiedy rozstałam się ze Stefano, Damon sprawił, że zrozumiałam, iż muszę wybrać jedną z dróg. Pierwsza wiedzie w światło dnia i daje szansę na bycie normalną dziewczyną i prowadzenie prawie normalnego, prawie ludzkiego życia ze Stefano. Druga wiedzie w noc, zmusza do przyjęcia Mocy, do przygód i wszystkiego co ma do zaoferowanie ciemność, z Damonem.

Wybrałam światło, wybrałam Stefano. Ale jeśli moim przeznaczeniem jest zostać Strażniczką, czy mogę uniknąć ścieżki ciemności i Mocy? Czy stanę się kimś, kto robi to, co wydaje się nie do pomyślenia? Kto odbiera życie ludzi tak kochających i czystych jak moi rodzice? Czy jako Strażniczka mogę być normalną dziewczyną?

Z zamyślenia wyrwał Elenę zgrzyt klucza w zamku. Zamknęła oprawiony w aksamit pamiętnik i szybko wsunęła go pod materac.

- Cześć - powiedziała, kiedy do pokoju weszła Meredith.

- Cześć - odparła tamta, uśmiechając się szeroko.

Ciemnowłosa przyjaciółka Eleny spała najwyżej kilka godzin. Kiedy Elena poszła już do łóżka, Meredith ścigała jeszcze wampiry ze Stefano i Damonem, a wstała, zanim Elena się obudziła. Mimo to wyglądała na wypoczętą i pogodną. Jej szare oczy błyszczały, a śniade policzki były lekko zaróżowione.

Elena odsunęła od siebie ponure myśli i uśmiechnęła się do Meredith.

- Cały dzień ratowałaś świat, superbohaterko? - spytała trochę ironicznie.

Meredith uniosła ciemną brew.

- Prawdę mówiąc - powiedziała - wracam właśnie z czytelni w bibliotece. A ty nie masz żadnych zaległych prac domowych?

Elena szeroko otworzyła oczy. Przez to wszystko, co się działo, właściwie nie myślała o nauce. Na razie podobały jej się zajęcia w college'u - zresztą w szkole średniej należała do najlepszych uczniów - ostatnio jednak inne sprawy w życiu bardziej ją zaprzątały. Czy rzeczywiście powinna zająć się lekcjami?

Ale właściwie jakie to ma znaczenie? Była to przykra, zniechęcająca myśl. Jeśli mam zostać Strażniczką, studia na nic mi się nie przydadzą.

- Hej! - zawołała Meredith, która wyraźnie nie rozumiała powodów nagłego przygnębienia Eleny. Sięgnęła ręką i dotknęła jej ramienia silnymi, zimnymi palcami. - Nie przejmuj się tak. Poradzisz sobie ze wszystkim śpiewająco.

Elena przełknęła ślinę i kiwnęła głową.

- Oczywiście - odparła z wymuszonym uśmiechem.

- Rzeczywiście ocaliłam wczoraj świat ze Stefano i Damonem - przyznała Meredith, niemal zawstydzona. - Zabiliśmy w lesie cztery wampiry, na skraju kampusu. - Ostrożnie podniosła z łóżka swoją włócznię i zacisnęła palce na jej gładkim drzewcu. - To naprawdę fajne uczucie - dodała. - Robić to, do czego zostałam przygotowana. Do czego się urodziłam.

Elena skrzywiła się lekko przy tych słowach. A do czego ja się urodziłam? Ale musiała powiedzieć Meredith coś, czego nie powiedziała jej ubiegłej nocy.

- Mnie też ocaliłaś - rzekła z prostotą. - Dziękuję.

Spojrzenie Meredith złagodniało.

- Do usług - rzuciła lekko. - Potrzebujemy cię, wiesz o tym. - Otworzyła wąski czarny futerał i włożyła do niego włócznię. - Mam spotkać się w bibliotece ze Stefano i Mattem, i zobaczyć, czy uda nam się wydostać ciała z tajnej komnaty Vitale. Bonnie mówi, że jej kryjące zaklęcie nie utrzyma się już długo i że powinniśmy się ich pozbyć teraz, kiedy jest ciemno.

Elena poczuła w piersi ukłucie niepokoju.

- A co, jeśli wróciły inne wampiry? - spytała. - Matt mówił, że jego zdaniem jest tam więcej niż tylko jedno wejście.

Meredith wzruszyła ramionami.

- Dlatego właśnie biorę ze sobą włócznię - odparła. - Z wampirów Ethana zostało niewielu i są stosunkowo nowi. Stefano i ja poradzimy sobie z nimi.

- Damon się z wami nie wybiera? - spytała Elena, wstając z łóżka.

- Myślałam, że ty i Stefano znowu jesteście razem - powiedziała Meredith, patrząc na Elenę pytająco.

- Jesteśmy - odparła Elena i poczuła, że się czerwieni. - Przynajmniej tak mi się wydaje. Staram się teraz niczego... nie zepsuć. Pomyślałam po prostu, że Damon był z tobą wcześniej i ścigał wampiry.

Meredith wyraźnie się odprężyła.

- Tak, był z nami - potwierdziła z żalem. - Podobała mu się walka, ale w miarę upływu czasu stawał się coraz bardziej milczący... - Zawahała się. - Nie wiem, może był tylko zmęczony. - Wzruszyła ramionami i dodała weselej: - Znasz Damona. Pomoże, ale na swoich warunkach.

Elena sięgnęła po kurtkę.

- Idę z tobą - oznajmiła. Chciała zobaczyć się ze Stefano, bez Damona. Jeśli miała zamiar zostać ze Stefano - jako Strażniczka czy też nie - to powinna wyjawić swoje tajemnice i spojrzeć mu w twarz, niczego nie ukrywając.

Kiedy Elena i Meredith przyszły do biblioteki, Stefano i Matt już tam byli. Czekali w niemal pustym pokoju z napisem "Sala badawcza" na drzwiach. Stefano spojrzał Elenie w oczy z lekkim, pełnym powagi uśmiechem, a ona nagle poczuła się skrępowana. Wiele przez nią przeszedł w ciągu kilku ubiegłych tygodni, a ostatnio tak rzadko byli razem, że miała wrażenie, jakby zaczynali wszystko od początku.

Matt wyglądał okropnie. Jego blada, ściągnięta twarz była posępna, w ręce ściskał dużą latarkę. Miał puste, udręczone spojrzenie. Unicestwienie wampirów Vitale dla wszystkich innych było zwycięstwem, on jednak stracił przyjaciół. Podziwiał Ethana, kiedy jeszcze uważał go za człowieka. Elena przysunęła się do Matta i ścisnęła go za ramię, próbując w ten sposób dodać mu otuchy. Jego ramię zesztywniało, ale przysunął się do niej trochę.

- No to schodzimy - zakomenderowała Meredith. Razem ze Stefano odsunęła dywan, odsłaniając drzwi w podłodze, ciągle zasypane ziołami potrzebnymi do zaklęć, które Bonnie rzuciła pospiesznie poprzedniego wieczoru. Mimo to bez trudu podnieśli klapę. Najwyraźniej zaklęcia już nie działały.

Kiedy we czwórkę schodzili po schodach, Elena rozejrzała się wokół z ciekawością. Poprzedniej nocy myśleli tylko o tym, żeby ocalić Stefano, więc nie zwracała za bardzo uwagi na otoczenie. Pierwsza kondygnacja schodów była prosta, drewniana i trochę rozchwiana, i prowadziła na poziom wypełniony regałami. Na każdej półce stały książki.

- Magazyn biblioteczny - mruknęła Meredith. - Kamuflaż.

Druga kondygnacja wyglądała podobnie, ale kiedy Elena stanęła na pierwszym stopniu, ten nie zatrząsł się lekko jak poprzednie pod jej stopą. Poręcz była gładsza, a kiedy dotarli do podestu, zobaczyli długi pusty korytarz, ciągnący się w ciemności w obie strony. Było tu chłodniej i kiedy przystanęli na moment na podeście, Elena zadrżała. Kiedy zaczęli schodzić niżej, odruchowo złapała Stefano za rękę. Nie oderwał wzroku od schodów przed nimi, ale po chwili jego palce zacisnęły się uspokajająco na jej dłoni. Pod jego dotykiem z ciała Eleny wyparowało całe napięcie. Wszystko będzie dobrze, pomyślała.

Trzecia kondygnacja okazała się bardziej solidna, stopnie zrobiono z jakiegoś ciężkiego, ciemnego drewna, które lśniło w słabym świetle, a poręcz była rzeźbiona. Elena dostrzegła węża, wydłużone ciało biegnącego lisa i inne kształty, których nie potrafiła rozpoznać.

Zeszli ze schodów i znaleźli się naprzeciw rzeźbionych dwuskrzydłowych drzwi, które prowadziły do sali zebrań Vitale. Na drzwiach znajdowały się te same motywy, które widziała na poręczy - zwierzęta w biegu, wijące się węże, skomplikowane symbole. Na środku obu skrzydeł widniała duża, stylizowana litera V.

Drzwi były zamknięte na łańcuch, tak jak je zostawili. Stefano sięgnął ręką - tą, którą nie trzymał dłoni Eleny - i bez trudu rozerwał łańcuch, który spadł na ziemię z brzękiem. Meredith z rozmachem otworzyła drzwi.

Ciężki, miedziany zapach krwi uderzył ich w nozdrza. Zapach śmierci.

Matt przytrzymał latarkę, podczas gdy Meredith szukała włącznika światła. Wreszcie salę zalało świat ło. Zobaczyli ołtarz przewrócony na bok, kilkdziesiąt centymetrów dalej leżała strzaskana misa z krwią. Zgasłe pochodnie zostawiły na ścianach długie ciemne smugi. Ciała wampirów leżały bezwładnie w kałużach lepkiej, zasychającej krwi, z gardłami rozszarpanymi przez kły Damona albo Stefano i piersiami rozdartymi włócznią Meredith. Elena spojrzała niespokojnie na bladą twarz Matta. Nie było go tu na dole podczas walki, nie widział masakry. A przecież znał tych ludzi, znał tę salę udekorowaną na święto.

Matt przesunął wzrokiem po sali i z widocznym trudem przełknął ślinę. Po chwili zmarszczył brwi i odezwał się dziwnie cienkim głosem.

- Gdzie jest Ethan? - zapytał.

Elena szybko spojrzała na miejsce przed ołtarzem, gdzie Ethan, przywódca wampirów Vitale, przyłożył jej nóż do gardła. Miejsce, w którym Meredith zabiła go swoją włócznią. Meredith mruknęła coś.

Podłoga była ciemna od krwi Ethana, ale jego ciała nigdzie nie było.

Rozdział 2

Ciepła krew, słodka od pragnień, wypełniała usta Damona, rozpalając zmysły. Pogładził miękkie, złociste włosy dziewczyny jedną ręką, jednocześnie mocniej przyciskając wargi do jej mlecznej szyi. Spijał jej soki wielkimi, chciwymi łykami.

Dlaczego kiedyś przestał to robić?

Wiedział dlaczego, oczywiście. Elena. Przez cały ostatni rok, zawsze Elena.

Ciągle wykorzystywał swoją Moc, by nakłonić ofiary do uległości. Ale robił to z nieprzyjemną świadomością, że Elena by tego nie pochwalała, nękany wizją jej błękitnych oczu, takich poważnych i oceniających, które mierzyły go wzrokiem i dostrzegały jego braki. Nie był dość dobry, przynajmniej w porównaniu ze swoim małym braciszkiem, tym zjadaczem wiewiórek.

Kiedy wydawało się, że Stefano i Elena na dobre ze sobą skończyli, że może to jednak jemu przypadnie w udziale ta złota księżniczka, w ogóle przestał pić świeżą krew. Przerzucił się na zimną, mdłą, starą krew szpitalnych dawców. Próbował nawet obrzydliwej krwi zwierzęcej, którą żywił się jego brat. Na samo wspomnienie żołądek podszedł Damonowi do gardła. Pociągnął długi, orzeźwiający łyk wspaniałej krwi jasnowłosej dziewczyny.

To właśnie znaczy być wampirem. Musisz żywić się życiem, ludzkim życiem, by utrzymać się przy swoim nadnaturalnym życiu. Wszystko inne - martwa krew w plastikowych woreczkach czy krew zwierzęca - pozwalała ci jedynie być cieniem samego siebie, odbierała siły twojej Mocy.

Damon już nigdy o tym nie zapomni. Pobłądził, ale już się odnalazł.

Dziewczyna poruszyła się w jego ramionach i mruknęła coś pytająco, więc wysłał w jej stronę kojącą dawkę Mocy, by podtrzymać jej uległość. Jak miała na imię? Tonya? Tabby? Tally? Tak czy owak, nie chciał zrobić jej krzywdy. W każdym razie trwałej. Nie skrzywdził nikogo już od bardzo dawna, a przynajmniej nie wyrządził nikomu większej szkody, kiedy wszystko z nim było w porządku. Nie, ta dziewczyna wyjdzie z lasu i wróci do swojego akademika najwyżej trochę zdezorientowana, z mglistym wspomnieniem wieczoru spędzonego na rozmowie z fascynującym mężczyzną, którego twarzy nie będzie w stanie sobie przypomnieć.

Nic jej nie będzie.

A jeśli wybrał ją ze względu na długie, jasne włosy, niebieskie oczy i mleczną skórę, bo przypominały mu Elenę? Cóż, to była już tylko jego sprawa.

W końcu ją wypuścił, delikatnie podtrzymując, kiedy się zachwiała. Była przepyszna - choć daleko jej było do krwi Eleny, niczyja nie miała tak bogatego smaku i nie uderzała tak do głowy - ale wypicie większej ilości krwi tego wieczoru byłoby nierozsądne.

Była ładną dziewczyną, bez wątpienia. Starannie ułożył jej włosy na ramionach, ukrywając ślady na szyi. Zamrugała nieprzytomnymi, zamglonymi oczami.

Z tymi oczami było coś nie tak, do cholery. Powinny być ciemniejsze, w odcieniu czystego lapis-lazuli, i ocienione gęstymi rzęsami. A włosy - teraz z bliska dokładnie to widział, były farbowane.

Dziewczyna uśmiechnęła się do niego z wahaniem, niepewnie.

- Lepiej wracaj do pokoju - nakazal, wysyłając do niej strumień Mocy. - Nie będziesz pamiętała, że mnie spotkałaś. Nie będziesz wiedziała, co się stało.

- Lepiej już wrócę - powtórzyła jak echo. Głos też nie brzmiał jak należy, miał niewłaściwy tembr, zupełnie inny. Jej twarz pojaśniała. - Mój chłopak na mnie czeka - dodała.

Damon poczuł, jak coś się w nim zatrzaskuje. W ułamku sekundy brutalnie przyciągnął dziewczynę z powrotem do siebie. Bez cienia delikatności czy finezji rzucił się jej do gardła, haustami łykając jej gęstą, gorącą krew. Karał ją, uświadomił to sobie, i czerpał z tego przyjemność.

Teraz, kiedy jego zaklęcie już nie działało, krzyczała i wyrywała się, tłukąc go pięściami po plecach. Przygwoździł ją ramieniem i z wprawą ukąsił kilka razy w szyję, żeby pogłębić ranę. Pił coraz więcej, coraz szybciej. Jej uderzenia osłabły, zaczęła się chwiać.

Kiedy zwisła bezwładnie, puścił ją i upadła na ziemię.

Przez chwilę rozglądał się dookoła po ciemnym lesie, słuchając jednostajnego cykania świerszczy. Dziewczyna leżała bez ruchu u jego stóp. Choć tak naprawdę nie musiałby oddychać przez kolejne pięćset lat, dyszał ciężko i kręciło mu się w głowie.

Dotknął własnych ust, a kiedy odsunął od nich dłoń, cała ociekała krwią. Minęło wiele czasu, odkąd ostatnio w taki sposób stracił kontrolę nad sobą. Zapewne setki lat. Spojrzał na ciało leżące u swoich stóp. Teraz dziewczyna wydawała się taka drobna. Jej twarz była pusta i spokojna, na bladych policzkach leżały ciemne rzęsy.

Damon nie był pewny, czy ona żyje. I zdał sobie sprawę, że nie chce wiedzieć.

Odsunął się od dziewczyny, dziwnie zaniepokojony, a potem odwrócił się i zaczął biec, szybko i cicho, przez ciemny las. Słyszał tylko bicie własnego serca.

Zawsze robił to, na co miał ochotę. Czuć się źle z powodu czegoś, co dla wampira jest naturalne, to dobre dla kogoś w rodzaju Stefano. A jednak kiedy tak biegł, czuł coś dziwnego w okolicy żołądka. Coś co bardziej niż trochę przypominało poczucie winy.

- Ale przecież mówiłaś, że Ethan nie żyje - dociekała Bonnie. Poczuła, jak Meredith obok niej drgnęła, i ugryzła się w język. Oczywiście. Fakt, że Ethan mógł przeżyć, to dla Meredith delikatny temat. To ona go zabiła albo tak jej się wydawało. Twarz Meredith była teraz napięta i czujna, nieprzenikniona.

- Trzeba było dla pewności odciąć mu głowę - powiedziała Meredith, przesuwając latarkę na boki, żeby oświetlić kamienne ściany tunelu. Bonnie kiwnęła głową. Zdała sobie sprawę z czegoś, czego powinna była się domyślić wcześniej. Meredith była zła.

Informacja o zniknięciu Ethana dotarła do Bonnie i Zandera akurat, kiedy jedli spóźniony obiad w studenckiej stołówce. Była to miła, niezobowiązująca randka - burgery, cola i Zander, który delikatnie przytrzymywał stopę Bonnie między swoimi stopami, jednocześnie podkradając jej frytki z talerza.

I gdzie wylądowali? Szukali wampirów w podziemnych tunelach pod kampusem z Meredith i Mattem. Elena i Stefano robili to samo w lesie i w kampusie, nad ich głowami. Niezbyt romantycznie jak na randkę z rodzaju: właśnie-wróciliśmy-do-siebie, pomyślała Bonnie z rezygnacją. Ale podobno pary powinny mieć jakieś wspólne hobby.

Matt, idący szybko po drugiej stronie, emanował jakąś posępną determinacją. Zaciskał zęby i patrzył przed siebie w długi ciemny tunel. Bonie zrobiło się go żal. Cały ten stres, który im wszystkim dawał się we znaki, musiał być sto razy gorszy dla niego.

- Jesteś z nami, Matt? - spytała Meredith, najwyraźniej czytając w myślach Bonnie.

Westchnął i potarł dłonią kark, jakby miał napięte, sztywne mięśnie.

- Tak, jestem. - Urwał i nabrał powietrza. - Tylko... - Znowu umilkł i znowu zaczął: - Tylko może niektórym z nich dałoby się pomóc, co? Stefano mógłby im pokazać, jak być wampirem, który nie krzywdzi ludzi. Nawet Damon się zmienił, no nie? I Chloe... - Jego policzki poczerwieniały z emocji. - Żadne z nich na to nie zasługiwało. Nie mieli pojęcia, w co się pakują.

- Fakt - odparła Meredith, dotykając lekko jego ramienia. - Nie mieli.

Bonnie widziała już wcześniej, że Matt zaprzyjaźnił się ze śliczną Chloe, ale teraz zaczynała rozumieć, że było to coś więcej niż przyjaźń. To okropnie zdawać sobie sprawę, że Meredith zapewne będzie musiała wbić włócznię w pierś kogoś, kogo się kocha. A jeszcze gorzej mieć świadomość, że to słuszne.

Spojrzenie Zandera złagodniało i Bonnie zorientowała się, że myślał o tym samym. Pochwycił jej rękę swoimi długimi palcami, a Bonnie przytuliła się do niego lekko.

Ale kiedy wyszli zza rogu, Zander nagle puścił Bonnie i zasłonił ją sobą. Meredith podniosła włócznię. Bonie, pół kroku za resztą, nie widziała dwóch złączonych ze sobą postaci pod ścianą, dopóki się od siebie nie oderwały. Nie, nie, to nie para wtulonych w siebie kochanków, to był wampir i jego ofiara. Matt zesztywniał, wpatrując się w nich, i wydał okrzyk zdumienia. Potem rozległo się warknięcie. W ciemności błysnęły białe zęby i dziewczyna, niewiele wyższa od Bonnie, odepchnęła od siebie ofiarę. Chłopak upadł na ziemię u jej stóp.

Bonnie wyszła zza Zandera, nie spuszczając czujnego wzroku z wampirzycy, która kuliła się teraz pod ścianą. Drgnęła odruchowo pod spojrzeniem jej ciemnych oczu, zwierzęcym, dzikim, ale sunęła dalej, aż przyklękła przy chłopaku na ziemi i sięgnęła, by sprawdzić jego puls. Był równy, ale chłopak mocno krwawił, więc zdjęła kurtkę i przycisnęła ją do jego gardła, żeby zatamować krew. Ręce jej się trzęsły. Skupiła się, próbowała uspokoić i zrobić to, co trzeba. Widziała, jak gałki oczne chłopaka poruszają się pod jego powiekami, w górę i w dół, jakby męczył go jakiś zły sen. Ciągle był nieprzytomny.

Dziewczyna - wampirzyca, przypomniała sobie Bonnie - obserwowała teraz Meredith, napięta, gotowa do walki albo do ucieczki. Cofnęła się, kiedy Meredith podeszła bliżej, odcinając jej drogę. Meredith uniosła wyżej włócznię, celując w sam środek piersi wampirzycy.

- Zaczekaj - zażądała dziewczyna ochryple, podnosząc ręce do góry. Spojrzała ponad Meredith i wyglądało na to, że dopiero teraz zauważyła Matta. - Matt... - poprosiła. - Pomóż mi. - Wpatrywała się w niego intensywnie, wyraźnie się koncentrując, i Bonnie zrozumiała, że wampirzyca chce użyć Mocy, by nakłonić Matta do posłuszeństwa. Ale to nie działało - widocznie nie była jeszcze dość silna - i po chwili jej oczy uciekły gdzieś do góry, a ona sama oparła się o ścianę.

- Beth, chcemy dać ci szansę - powiedział Matt. - Wiesz, co się stało z Ethanem?

Dziewczyna stanowczo pokręciła głową i długie ciemne włosy zatańczyły wokół niej. Cały czas przenosiła wzrok z Meredith na tunel za jej plecami i z powrotem. Zaczęła przesuwać się powoli w bok. Meredith ruszyła za nią. Zbliżyła się i przycisnęła włócznię do piersi wampirzycy.

- Nie możemy jej tak po prostu zabić - rzucił Matt do Meredith z nutą desperacji w głosie. - Jeśli jest inne rozwiązanie.

Meredith prychnęła z niedowierzaniem i podeszła jeszcze bliżej wampirzycy - do Beth, jak nazwał ją Matt. Tamta obnażyła zęby z bezgłośnym warknięciem.

- Chwileczkę - powstrzymał ją Zander, przechodząc nad nieruchomym ciałem ofiary Beth i mijając Bonnie. Potem odciągnął Beth od Meredith i przygwoździł ją do ściany tunelu.

- Hej! - zawołała Meredith z oburzeniem, a potem zdezorientowana zmarszczyła brwi. Zander intensywnie wpatrywał się w oczy Beth, ze spokojnym, poważnym wyrazem twarzy. Ona też na niego patrzyła, jej oczy znieruchomiały. Oddychała ciężko.

- Wiesz, gdzie jest Ethan? - spytał Zander niskim głosem. Bonnie miała wrażenie, że coś, jakiś niewidzialny podmuch Mocy, przeleciał nagle między nimi.

W sekundzie czujna twarz Beth została wyprana z wszelkiego wyrazu.

- W kryjówce na końcu tuneli - powiedziała jak przez sen, odłączona od własnych myśli.

- Są z nim inne wampiry? - Zander nie odrywał od niej nieruchomego spojrzenia.

- Tak - odparła Beth. - Zostaną tam do zrównania dnia z nocą, kiedy spełnią się wszystkie nadzieje Ethana.

Dwa dni, pomyślała Bonnie. Inni powiedzieli jej, że Ethan planował wskrzesić Klausa, pierwotnego wampira.

Zadrżała na tę myśl. Klaus był przerażający. Był jedną z najbardziej przerażających istot, jakie kiedykolwiek widziała. Naprawdę mogli to zrobić? Ethan nie dostał krwi Stefano ani Damona, a bez tego nie mógł rzucić wskrzeszającego zaklęcia. A może jednak?

- Spytaj, czy mogą się bronić - podpowiedziała Meredith. Myślała tylko o jednym.

- Jest dobrze strzeżony? - dociekał Zander.

Beth gwałtownie, sztywno kiwnęła głową, jak marionetka na niewidzialnych sznurkach.

- Nikt się do niego nie dostanie - odrzekła tym samym sennym, monotonnym głosem. - Jest w kryjówce, a każdy z nas odda życie, żeby go bronić.

Meredith kiwnęła głową, wyraźnie zastanawiając się nad kolejnym pytaniem, ale nagle wtrącił się Matt.

- Czy możemy ją ocalić? - poprosił, a ból w jego głosie sprawił, że Bonnie aż skuliła się w sobie. - Może gdyby nie była taka głodna...

Zander skupił się jeszcze mocniej na Beth i Bonnie znowu poczuła fale emanującej z niego Mocy.

- Czy chcesz krzywdzić ludzi, Beth? - spytał cicho.

Beth zaśmiała się, głuchym mrocznym śmiechem, choć jej twarz pozostała bez wyrazu. Śmiech był pierwszą emocją, jaką okazała od chwili, kiedy Zanderowi w jakiś sposób udało się wprowadzić ją w trans i zmusić do mówienia prawdy.

- Nie chcę krzywdzić, chcę zabijać - odparła z okrutnym rozbawieniem w głosie. - Nigdy jeszcze nie czułam tak bardzo, że żyję.

Zander odsunął się z szybkością i gracją zwierzęcia. W tej samej chwili Meredith skoczyła do przodu i wbiła włócznię w serce Beth.

Usłyszeli straszny odgłos rozdzieranego drewnem ciała. Beth upadła. Ciszę przerwał tylko zdławiony jęk Matta. Chłopak leżący przy kolanach Bonnie poruszył się lekko, odwracając głowę. Bonnie odruchowo poklepała go uspokajająco. Drugą ręką przyciskała jego ranę.

- Wszystko w porządku - powiedziała cicho.

Meredith obronnym ruchem odwróciła się do Matta.

- Musiałam - stwierdziła.

Matt spuścił głowę, jego ramiona opadły.

- Wiem, wiem, możesz mi wierzyć. Tylko... - Przestąpił z jednej nogi na drugą. - Była taką miłą dziewczyną, dopóki to się z nią nie stało.

- Przykro mi - powiedziała Meredith cicho i Matt skinął głową, ze wzrokiem ciągle wbitym w ziemię. Potem Meredith odwróciła się do Zandera. - Co to było? - spytała. - Jak ją zmusiłeś do mówienia?

Zander poczerwieniał lekko.

- Hm, cóż... - mruknął i wzruszył ramionami, wyraźnie skrępowany. - Niektórzy z nas, pierwotnych wilkołaków, to potrafią. Musimy tylko ćwiczyć. Umiemy skłonić ludzi do mówienia prawdy. To nie zawsze działa, ale warto spróbować.

Bonnie patrzyła na niego, zaskoczona.

- Nie mówiłeś mi o tym.

Zander przykląkł i ponad nieprzytomnym chłopakiem spojrzał na Bonnie szeroko otwartymi, szczerymi oczami.

- Bardzo mi przykro - odparł. - Naprawdę o tym nie myślałem. To po prostu tylko jedna z tych dziwnych rzeczy, które potrafimy robić.

Nieprzytomny chłopak nie krwawił już tak mocno i Bonnie podniosła się trochę i kucnęła. Zander z nadzieją uniósł brwi, a ona uśmiechnęła się do niego. Doszła do wniosku, że będzie musiała się dowiedzieć, o jakich innych "dziwnych rzeczach" jej jeszcze nie wspominał.

- Zdaje się, że to może być bardzo użyteczne - stwierdziła, a twarz Zandera rozjaśnił szeroki, radosny uśmiech.

Meredith chrząknęła. Ciągle patrzyła na Matta. W oczach miała współczucie, ale jej głos brzmiał oschle.

- Powinniśmy jak najszybciej wszystkich zebrać. Jeśli Ethan ciągle próbuje wskrzesić Klausa, musimy natychmiast opracować jakiś plan.

Klaus. Kamienna podłoga tunelu pod kolanami Bonnie nagle stała się zimna jak lód. Klaus był mrokiem, przemocą i strachem. Udało im się pokonać go wtedy w Fell's Church dzięki wstawiennictwu duchów miasteczka, które przeciw niemu powstały. Nie zdołają tego powtórzyć. Więc co powinni zrobić? Bonnie na moment zamknęła oczy. Kręciło jej się w głowie. Wyraźnie zobaczyła ciemność powstającą pod nimi, gęstą i duszącą, gotową w każdej chwili ich pochłonąć. Nadciągało coś złego.

Koniec wersji demonstracyjnej